Front matter
LITERATURA I SZTUKA.
ALEKSANDER GŁOWACKI
(Bolesław Prus).
całość
LITERATURA I SZTUKA.
ALEKSANDER GŁOWACKI
(Bolesław Prus).
I.
W tylowiekowem a daremnem usiłowaniu określenia prawideł dla twórczości artystycznej krytyka powinnaby już znaleźć dla siebie przestrogę, że jeżeli nie chce być jedną z Danaid, napełniających bezdenne beczki wodą, z poważnym celem i skutkiem może tylko badać i szacować zjawiska w ten sposób, w jaki to czynią nauki przyrodnicze. Zoologia również wyróżnia pewne zwierzęta, botanika — rośliny, którym przyznaje wyższą organizacyę, większą wartość użytkową i estetyczną, w pewnej nawet mierze każda z nich zapomocą krzyżowań zmienia i urozmaica rozwój naturalny, wywołując postacie i odmiany nowe, świadomie pożądane; ale zawsze jest to tylko co najwyżej nadanie innych warunków działaniu praw natury. Pomimo wszelkich trzeźwień, nawoływań i rozumowań, zwłaszcza H. Taine’a, zwracających krytykę artystyczną w kierunku zasad prawdziwie naukowych, pozostaję ona ciągle systemem wyłącznej hodowli, a nie przedmiotowego badania. Ogrodnik, wytwarzający pewne gatunki róż, lub gospodarz — pewne gatunki kur, nie odmawiają innym racyi bytu; tymczasem krytyk, wybrawszy sobie jakiś rodzaj umysłów i ich dzieł, po za nim wszystkie inne lekceważy i praw do istnienia pozbawia. Nie widziano zoologa, któryby np. uznawał tylko zwierzęta przeżuwające, a potępiał drapieżne, ani takiego mineraloga, któryby chwalił opale, a ganił rubiny; ale co krok spotkać można krytyka, który wykreśliłby z literatury utwory idealne lub realne. To już nie badacz, ale stróż kodeksu, szermierz chorągwi, przedstawiciel i obrońca szczególnych upodobań, sędzia i hodowca, który nie godzi się na to, co przez talenty i geniusze rodzi natura, ale wymaga przestrzegania pewnych przepisów i powstawania pewnych postaci. Gdyby był ogrodnikiem, nakazałby wszystkim krzewom, ażeby wydawały róże oznaczonej barwy. Nieszczęściem dla niego sztuka jest także naturą, a nie apteką, w której przyrządzają się lekarstwa według recept. Po przez całe dzieje umysłowości ciągną się namiętne spory przedstawicieli odmiennych sposobów tworzenia artystycznego, które mają zawsze dwojaki a niezmiernie pouczający wynik: strona zwycięzka nie sobie nigdy panowania wiecznego i po pewnym czasie ustępuje pola innym przeciwnikom, zwyciężona zaś nie traci swojego stanowiska i znaczenia w historyi. Zwróćmy się np. pamięcią, do walki naszych klasyków z romantykami: ostatni wyszli z niej jako tryumfatorowie, ale nie zdołali ani utrzymać swego sztandaru w okresie późniejszym, ani wyprzeć pierwszych z literatury; jeżeli zaś dotąd Mickiewicz jest królem naszej poezyi, a Słowacki i Krasiński jej książętami, jeżeli romantyków bardziej cenimy i uwielbiamy, niż ich następców lub poprzedników, to przyczyna takiej szczególnej dla nich czci spoczywa nie w ich romantyzmie, ale genialności. Twórca Sonetów krymskich nawet w obozie Dmochowskiego byłby hetmanem, podczas gdy Dmochowski w obozie Mickiewicza nosiłby zaledwie szlify podoficerskie. O ich randze poetycznej rozstrzygnął nie sztandar, ale uzdolnienia. Każdy z nas, obejrzawszy kościół św. Magdaleny w Paryżu i katedrę medyolańską, wybierze dla swego gustu pierwszy lub drugą; każdy znajduje większą przyjemność w słuchaniu muzyki Mozarta lub Schumanna; ale nikt, wykształcony estetycznie, nie powie, że któryś z tych kościołów lub któraś z tych muzyk jest robotą nieudolną lub niedorzeczną. Tymczasem ustawicznie wydajemy takie wyroki o równoważnych artystycznie utworach literackich. Kto podziwia Irydiona, lekceważy Germinala, lub naodwrót. W tej dziedzinie sądy zabarwiają się wyraźnie gustami osobistymi, upodobania indywidualne dają sankcyę obowiązującym wszystkich regułom, cała natura ludzka wraz ze swoją nieskończoną rozmaitością zostaje wtłoczona w naturę jednostki lub pokrewnego z tą jednostką stronnictwa i o tyle uprawniona do bytu, o ile w niej się mieści. Stąd też w historyi ciągle powtarza się to dziwne i dla rozumu człowieczego niezaszczytne zjawisko, że najgenialniejsze utwory literackie nie znajdują odrazu należytego dla siebie uznania, a nawet bardzo długo są przedmiotem pośmiechów, zanim odległa potomność otoczy je promieniami zasłużonej chwały. I rzecz szczególna: znakomite odkrycia i wynalazki, dzieła pędzla lub dłuta zyskują natychmiastową sławę, podczas gdy napozór (tylko napozór!) dostępniejsze umysłowi ludzkiemu poematy lub przekonywające teorye naukowe potrzebują nieraz dziesiątków lub setek lat dla osiągnięcia rozgłosu. Rafael i Tycyan byli tak czczeni przez współczesnych, jak Matejko i Meissonier; nigdy w dziejach nie narodził się poemat, któryby tak szybko zjednał sobie podziw, jak telefon lub wieża Eiffla. Różnica ta płynie z dwu źródeł: naprzód ogół najłatwiej pojmuje i ocenia to, co widzi oczami, powtóre producenci opinii publicznej są zawsze, mniej lub więcej, w czynach lub zamiarach, przedstawicielami i wyznawcami jakiegoś kierunku twórczości literackiej. Jeden napisał powieść lub dramat, drugi pisze, a trzeci chciałby napisać i naturalnie ten rodzaj uważa za najdoskonalszy, w którym sił swoich spróbował lub je tylko uczuwa. Dlatego to tak rzadko zdarzają się krytycy, którzyby rozpoznali nowy, odmienny talent przy pierwszym jego występie i ocenili nowonarodzone wielkie dzieło literatury. Zwykle bowiem zasiadają oni na sądy ze starym, dawno zatwierdzonym kodeksem i gotowemi upodobaniami, podczas gdy on im przynosi inny kodeks i inne upodobania. Potrzeba na to bardzo bystrego i rozległego umysłu, ażeby zrozumiał nawet wielkość, jeśli ona od poprzednich wielkości jest różną. Gdybyśmy mineralogowi okazali kryształ, któryby posiadał czucie i ruchy, niewątpliwie badacz zdumiałby się, ale zachowałby go i starałby się przeniknąć tajemnicę jego życia; przeciwnie estetyk, spotkawszy podobne dziwo, odtrąca je i wyłącza ze sztuki. Jest on bowiem (z bardzo nielicznymi wyjątkami) najzatwardzial- szym konserwatystą, który opiera się na przeszłości i wymaga prawowitych rodowodów. Kto nie może wyprowadzić swego pochodzenia od Shakespeare’a, Balzaca, Mickiewicza i innych słynnych antenatów, ten jest podrzutkiem w literaturze. Żaden inny myśliciel nie ulega w tym stopniu, co krytyk artystyczny, naiwnemu złudzeniu, że natura, objawiająca się również — jak rzekliśmy — w sztuce, wyczerpała już swoje pomysły i że pozostaje nam tylko badać, porządkować i formułami związać postacie jej dotychczasowe. Na tem stanowisku popełnić można największe niesprawiedliwości i największe głupstwa. Jakkolwiek bowiem od tysiąców lat pracujący duch człowieczy wyczerpał ze swej głębi wiele, wydobywa nowe nieustannie, a ile jeszcze z niej wydobędzie, nawet przybliżenie wyobrazić sobie nie możemy. Jest to bezdeń, objęta bezmiarem przyszłego rozwoju. Najpewniej przeto ustrzegą się omyłek ci, co nie zamkną odmian i granic obszaru twórczości ludzkiej w widnokręgu swej wiedzy i upodobań, a ustawicznie pamiętać będą, że mają przed sobą nieskończoność, która ani swej drogi, ani zwrotów, ani kresu nie oznaczyła. Jednakże i tu jakieś zasady sądzenia istnieć muszą. Niezawodnie. Jak w naturze rozproszone są, pod postacią większych lub mniejszych skupień, szlachetne kruszce, tak w literaturze — geniusz. Chociaż przyznajemy go tylko umysłom najwyższej miary, znajduje się on prawie we wszystkich, a przynajmniej we wszystkich, posiadających jakieś wyraźne uzdolnienia. Znamy złoto w bryłach, znamy w rudach bogatych i tak ubogich, że go z nich wydobywać nie warto. Podobnie rzecz się ma z geniuszem w świecie ducha ludzkiego, w pokładach literatury. Mylimy się, mniemając, że on tkwi w Dantem, Goethem i Mickiewiczu, a że go wcale niema u Kondratowicza, Asnyka lub Konopnickiej. Jest to taki sam błąd, jak gdyby ktoś twierdził, że złoto wcale nie istnieje w piasku Kalifornii, lub że dyament dwukaratowy nie jest dyamentem. Jest nim, pomimo że jego piękność i wartość są mniejsze; jest genialnym Asnyk lub Konopnicka, pomimo że blaskiem i ceną nie dorównywają twórcy Pana Tadeusza. Zasadę tę można rozciągnąć jeszcze dalej: bo czyż w najpospolitszych ludziach, a nawet waryatach, nie spotykamy często myśli, które są jak gdyby drobinami geniuszu? Wobec tej zasady zadanie krytyki (a z nią estetyki) wykreśla się jasno: powinna ona każdorazowo oznaczyć, w jakim stosunku pozostaje utwór do najdoskonalszych wzorów w znanym rodzaju lub też — jeśli on wprowadza rodzaj własny — o ile wnosi nowe pierwiastki myśli i postacie, formy świeże a piękne. Czyli — mówiąc językiem powyższego porównania — ma ona ocenić: jak wielkim i o ile z innemi, pośledniemi materyami pomieszany jest przedstawiony jej dyament, lub też — jeżeli to klejnot nowy — z jakich on pierwiastków się składa i według jakich form je krystalizuje. W każdym tedy wypadku, zarówno przy dziełach znanego, jak nieznanego rodzaju, jedynym kodeksem dla sprawiedliwego osądzenia ich jest geniusz, bądź świecący ideałem w przeszłości, bądź rozpalający swe światło na przyszłość. Wszelka teorya oderwana i udogmatyzowana jest systemem bredni, godnym tego, co ją zwykle spotyka, kiedy ją potężny umysł jak wicher tchnieniem swojem wywraca. Pamiętając o nieskończonej rozmaitości przejawów sił natury, powinniśmy raz na zawsze odmówić sobie prawa ograniczania ich do pewnych kombinacyj i postaci dla nas zrozumiałych i pożądanych. Prawodawcą estetycznym jest sam twórczy geniusz, a nietylko ten, który objawia się w najwyższej potędze i okazałości, ale także ten, który występuje pod skromniejszą formą t. z. talentu lub szczególnego uzdolnienia. Bo chociaż wtedy zdradza on swe pokrewieństwo z jakimś duchowym przodkiem, którego charakterystyczne rysy odziedziczył, dopełnia je często i zmienia tylu własnymi, że może rościć słuszną pretensyę do pewnej samodzielności i stanowienia dla siebie w jej zakresie swojego odrębnego kodeksu. Jeżeli zaś w życiu nie zmuszamy syna, ażeby wiernie naśladował ojca, to czyż możemy wymagać w sztuce, ażeby jakiś twórca był kopią swego pierwowzoru? Przeciwnie, najbardziej winniśmy cenić to, co jest w nim najlepszem — oryginalność. Takim oryginalnym w dość znacznej mierze, a przeto dla literatury bardzo wartościowym umysłem, kryształem nie nadzwyczajnej wielkości, ale szczególnego i pięknego kształtu, jest Bolesław Prus.
II.
Wielce nierównomierna wartość tych artykułów, które podpisywał swojem nazwiskiem i tych utworów, pod które kładł pseudonym, sprawiła to, że zarówno literatura, jak ogół prawie nie znają drugiego, tylko pierwszy. Pseudonym zrósł się z nim tak mocno, że nawet ze stosunków prywatnych wyparł nazwisko, które pozostało jakiemś nic niemówiącem wspomnieniem. Tylko dla kolegów szkolnych przechrzczonego autora ma ono pewne znaczenie. Głowacki bowiem bardzo wcześnie zdradzał jakąś oryginalność, której niepodobna było określić i ocenić, która jednakże znamionowała umysł niepospolity. Towarzysze jego gimnazyalni pamiętają, że nauczyciel języka polskiego, oddając przejrzane ćwiczenia, mawiał zwykle. „Z p. Głowackim o jego pracy kilka słów pomówimy.“ Oprócz tych ćwiczeń celował on w matematyce i humorystyce. Żartobliwe łatki, przypinane profesorom i kolegom, które obiegały klasę, wydobywanie śmieszności tam, gdzie ona się kryła, lub narzucanie tam, gdzie jej nie było, karykaturowanie rzeczy i osób, tłumaczenie wszystkiego na język drwiny, przeskakiwanie w czapeczce z dzwonkami od przedmiotów najbłahszych do najbardziej uświęconych, dowcip i błazeństwa, nieprzebaczające nikomu i niczemu — oto były pierwiastki tego humoru, rozlewającego się w zakresie wiedzy i pojęć gimnazisty. Była to jedyna epoka śmiałej wolnomyślności w rozwoju duchowym Głowackiego. Naturalnie, bawiąc się temi zawiązkami przyszłego talentu, lekceważono je, i jeżeli on sam lub ktokolwiek myślał o jego przyszłości, przypuszczał, że będzie to kiedyś znakomity — matematyk. Z najwyższem też odznaczeniem za postępy w tej nauce ukończył gimnazyum i wstąpił na wydział matematyczny w Szkole Głównej. Od tej chwili przechodzi on drogę zygzakowatą, coraz bardziej odsuwając się od kierunku, który mu wskazywano i który sam dla swych zdolności wykreślił. Po dwu latach porzuca studya uniwersyteckie i bez planu chwyta się doraźnych zarobków (pra- cuje u fotografa, daje lekcye itd.), które szybko zmienia, a wreszcie wpada w jakąś apatyę i chorobę woli. Koledzy wyciągają go z tego stanu i... nakłaniają do zajęć literackich. Uwierzyć trudno, że dokonywają tego z wielkim wysiłkiem namowy. Głowacki czuł pociąg do pióra, ale bronił się pokusie. Wreszcie zaczyna pisać... ciężko rodzone, bezkrwiste artykuły społeczno-pedagogiczne do Opiekuna domowego. Były to krople zdrowego rozsądku, rozpuszczone w zwyczajnej frazeologii. Beletrystykę omija, tryskający coraz żywiej humor rozlewa jedynie w stosunkach prywatnych, poświęcając mu na ofiarę również własne artykuły. W owym czasie Przegląd tygodniowy był jedynym obozem młodych zapaśników literackich, walczących pod sztandarem postępu. Do tego obozu przyczepił się luźnie Głowacki, bardziej jako ciekawy gość, niż jako bojownik. Bywał na naradach redakcyjnych, ale czynnego udziału w piśmie nie brał. Raziła go w niem zbyt czerwona chorągiew, zbyt zaczepna taktyka. Natomiast gdy z Przeglądu wyłoniły się dwie kolonie — Opiekun domowy (Chmielowski, Ochorowicz i in.), oraz Niwa (Meyet, Ochimowski, Plebiński i in.) — głoszące „postęp umiarkowany“ i po części walczące z Przeglądem, Głowacki przyłączył się do nich bądź jako współredaktor, bądź jako współpracownik. Ale zawsze był tylko albo kontrolerem, albo kaznodzieją zdrowego rozsądku, albo tłomaczem „pozytywizmu.“ Cała ta praca, z której czasami drwił, widocznie nie odpowiadała jego naturze i nie zaspakajała jego potrzeb umysłowych, skoro znowu zamienił ją na zajęcie robotnicze przy kowadle w fabryce Lilpopa i Rau, którą opuścił po kilku miesiącach leczniczej dla jego złudzeń próby. Te nic nieobiecujące pierwsze występy literackie, te dziwne przeskoki od roli socyologa do robotnika fabrycznego miały swoją przyczynę w istocie jego talentu i ukształcenia. Zwykle młodość wchodzi do literatury poważną, odzywa się głosem uroczystym, kaznodziejsko-profesorskim. Pragnie ona tą postawą i tym tonem dopełnić swój wiek i nadać sobie dojrzałość. Śmiać się ze świata zaczyna człowiek dopiero wtedy, kiedy nie obawia się zarzutu młokosowstwa i pustoty. Toż samo zrobił Głowacki. Ale ponieważ nie przeszedł systematycznych studyów uniwersyteckich, ponieważ skłonność do matematyki odciągała go od samouctwa w tej dziedzinie, w której mógł zdobyć naukę potrzebną dla dziennikarza, ponieważ skromne zasoby wiedzy nie dawały mu mocnej podstawy dla wystąpień śmiałych, dla krytyki i reformatorstwa w imię nowych zasad, więc stawiał kroki lękliwie, niechętnie, oparty głównie na zdrowym rozsądku. Badacz literatury łatwo przytem zauważyć może, że ów „zdrowy rozsądek,“ angielski common sense, jest znamienną przynależytością, duchem doradczym wszystkich znakomitych humorystów. Z tem zwierciadełkiem, odbijającem każdą śmieszność, chodzą oni po świecie, tym probierzem sprawdzają wartość wszelkich myśli i uczuć, na tych szalach ważą każdy owoc życia i pracy. Przed tym trybunałem, który liczy prawie tylu sędziów, ile ludzkość głów, przegrać może sprawę najgłębsza filozofia i najszczytniejsza poezya. Jeżeli pierwsza przed nim stanie z twierdzeniem, że to, co widzimy, jest wytworem naszego ducha, lub druga z opowieścią o Prometeuszu, łatwo będą przekonane, że prawią niedorzeczności. Wszakże nawet ktoś radził uderzyć filozofa kijem dla dowiedzenia mu, że dostał po plecach nie „wytworem własnej myśli.“ Siecią „zdrowego rozsądku“ wyłowić można ze świata daleko więcej głupstw, niż się w nim znajduje, bo ona oprócz rzeczywistych zgarnia i pozorne, których ta ograniczona w swem pojmowaniu władza zrozumieć nie może. Nic też dziwnego, że humorysta tę sieć w toń życia ciągle zapuszcza. Humorystą urodzonym był niewątpliwie Głowacki, a jeżeli nie odrazu wystąpił w tej roli, to wynikło z właściwego młodości poważnego nastroju przy pierwszem wejściu arenę publiczną i z nieuznania dla tego rodzaju talentów. Filozof lub poeta znajdują w literaturze przyjęcie zaszczytne, żartowniś — lekceważące. Gdyby mógł roztoczyć całą skalę swych uzdolnień, oceniono by go natychmiast; ale on zwykle w początkach jest śmieszkiem, płytkim i niewybrednym w pomysłach kpinkarzem. Inaczej patrzymy na Thackeraya, Dickensa, I. Pawła Richtera lub Lama, gdy staną się wielkimi komikami na scenie literatury, a inaczej gdy dopiero debiutują w niej konceptami. Wtedy jeszcze nie wiadomo, czy to będą pospolite błazny, czy znakomici satyrycy. Oto były powody, które Głowackiego długo wstrzymywały zdala od właściwego pola, które wytwarzały w nim niezadowolenie z pracy literackiej i popychały w kilku zawrotach do mechanicznej. Po raz pierwszy użył on swego talentu właściwie i po raz pierwszy osłonił się pseudonymem, którego dotąd nie zdjął, w Opiekunie Domowym (1872), w „Listach ze starego obozu.“ Jakie on miał wówczas mniemanie o najgłówniejszym nerwie swego umysłu, świadczy nietylko ów kaptur, ale także i godło, jakie później umieścił na zbiorku, do którego owe „listy“ włączył: „Dobry humor jest jak oset, który, chętnie wyrasta na zwaliskach, kaleczy dobrze uformowaną gębę a cieszy niewymownie osłów.“ Humor tedy owa błyskawica, która „zabija ofiarę, rozświecając widnokrąg,“ był, według niego, strawą istot poślednich. W tej wszakże pierwocinie Prusa przeważał jeszcze zdrowy rozsądek. Doświadczony wuj, uśmiechając się kątem ust z wad ludzkich, prawi siostrzeńcowi „kazanie“ z takim sensem moralnym: Zawody spotykają nas między innemi dlatego, że nazbyt często się łudzimy. Łudzimy się w pojmowaniu natury szczęścia, w pojmowaniu praw kierujących życiem, a wreszcie w pojmowaniu naszej osobistej wartości. Przyczyną tych złudzeń jest nieznajomość życia codziennego.“ A więc: „wielką ci w tej pracy (badania życia) usługę odda dziennik, systematycznie ułożony i porządnie prowadzony, w którem na właściwem miejscu powinieneś mieć spis twoich ruchomości, stosunków, celów, ; notatki, dotyczące wydatków bieżących, zobowiązań, przeczytanych książek, pragnień przykrości, przyjemności, a w końcu uwagi nad życiem. Takie rachunki wykonywaj co dzień, odczytuj co tydzień, co miesiąc, wreszcie co rok, nigdy nie spuszczaj z uwagi tego, co się dzieje w tobie i około ciebie, a wówczas przekonasz się (!), że życiem kierują niewzruszone prawa.“ W radzie tej nie widzimy ani włosa filozofa, a natomiast wychyla się z nich cała peruka Schulmeistra — nauczyciela zdrowego rozsądku. Tu i owdzie streszczono i za swój świeży blask pochwalone iskry humoru znagliły Prusa do przechylenia się ku bożkowi śmiechu. Pochodzące z owej epoki jego żarty (prozą i wierszem) wyszły osobno we wspomnianym zbiorku p. t. „To i owo, właściwie zaś ani to, ani owo, 48 powiastek dla pełnoletnich dzieci“ (Warszawa 1874). Tytuł wyborny, bo jest to rzeczywiście „ani to, ani owo“, a jeśli dla pełnoletnich, to tylko dzieci. Prus nazwał go w dedykacyi „kielichem goryczy, nudów, przywidzeń i lichych konceptów.“ Najwięcej w tej mieszaninie jest kropel ostatnich. Warto przeczytać tę książkę dla przekonania się, jak długą nieraz drogę przechodzi w swym rozwoju talent i jak wielka odległość dzieli najniższy jego stopień od najwyższych. Nieraz bowiem zdaje się, że te „powiastki“ pisał Rozbicki. Ktoś obliczając się z cukiernikiem za kawę i ciastka, nie może zrozumieć, że 10 i 15 to stanowi razem 25 kop.; nauczyciel pytając: na czem zależy szczęście człowieka, podpowiada uczniom: na..., a je- den z nich kończy: naleśnik; to znowu pasterz śpiewa po stracie kochanki:
A jednakże obok bezmyślnych konceptów obok badyla zabarwił się czasem w owym zbiorku kwiatek dowcipu, który dla uważnego wzroku świadczył, że z gruntu tego wyrosnąć mogą kiedyś piękne i oryginalne postacie humoru. Podobne znaki dobrej wróżby znaleźć można było w Kłopotach babuni (1873), chociaż utwór ten jest także zwitkiem dziecinnych konceptów w starokalendarzowym stylu. Prus bowiem, zaciągnięty wówczas do współpracownictwa w pismach humorystycznych i kalendarzach, nie dostrzegł jeszcze, że może kusić się o lepsze wieńce, niż wawrzyn Rejowskich figlików. Widocznym postępem zarówno w technice, jak i wyborze przedmiotu była powiastka Pałac i rudera (Warszawa 1876). Chociaż ona swą wartością artystyczną nie dorównywa późniejszym, jest to typowy utwór Prusa — pierwsze ogniwo w łańcuchu jego tragikomedyj. Prawie wszystko, co później wyszło z pod jego pióra w zakresie powieściowym, nosiło w sobie pierwiastki Pałacu i rudery, prawie zawsze był to: ponury dramat w żartobliwem oświetleniu, niedola przeciwstawiona zbytkowi, marzycielstwo wynalazcze szukające środków do urzeczywistnienia swych pomysłów, szlachetni dobrodzieje zakładający kasy dla biedaków i wyrabiający rozmaite plasterki, które sprawiają ulgę nędzy, ale jej nie goją, frazesowa filantropia, pyszałkowata głupota i t. d., a po nad tym smutno-wesołym obrazem unoszące się dwa duchy zapłakane: litość i zdrowy rozsądek. Jeśli humorysta zechce być poważnym, to zwykle jest poważniejszym, niż mówca pogrzebowy; gdy zechce być dramatycznym, wpada natychmiast w melodramatyczność. Wahadło jego umysłu zatrzymuje się tylko na krańcach przeciwległych, nigdy w środku. Przyzwyczajony do przesady w jednym kierunku, nie może jej ustrzedz się w drugim. Wszystkie też powieści Prusa z cyklu tragikomedyj obok rzęsistych wytrysków śmiechu toczą strumienie krwi i łez łożyskiem melodramatu. W pałacu, a raczej zwykłej kamienicy śród ubogich domków, mieszka jej właściciel z wnuczką, Piołunowicz, który pali fajkę z siedmiu cybuchów, ponazywanych według dni tygodnia, prysznicuje się, przewraca koziołki na gimnastyce pokojowej i jest prezesem „naukowo-filantropijnego towarzystwa.“ Zbiera się ono u niego dla kolacyi i obrad nad pauperyzmem. Ruderę, naprzeciwko pałacu, zajmuje z wygłodzoną i schorzałą rodziną biedak Hoff, który pracuje nad maszyną, mającą „zastąpić lokomotywy, młyny i wszystko.“ Kiedyś był zamożnym. Razu pewnego podczas uczty chrzcin wszedł do niego nędzarz z siostrą i jej synem, prosząc o przytułek i jałmużnę: wyrzucono żebraków. Kobieta umarła, a jej brat, zostawszy później lichwiarzem, wytężył wszystkie siły dla zebrania majątku siostrzeńcowi i pomszczenia się na okrutnym Hoffie. Jakoż zrujnował go i wydziedziczył nawet z rudery. Wnuczkę Piołunowicza pokochał świeżo przybyły z zagranicy malarz Gustaw Wolski, który przyjmując udział w obradach „towarzystwa naukowo-filantropijnego,“ słowem i przykładem nakłania deklamatorów do miłosierdzia czynnego. Dzięki kochającemu go wujowi, bogatemu finansiście, może sam ofiarować wiele. Zebrawszy naprzód składkę dla Hoffa, udaje się z członkami towarzystwa do rudery, gdzie zastaje lichwiarza, który już ją nabył za kwitki i w którym poznaje swego wuja, zamaskowanego niebieskiemi okularami. Podczas gdy inni odeszli, on ukrył się w sieni. Lichwiarz, broniąc się od napaści zięcia Hoffa, kryminalisty, który chciał mu odebrać przyniesione pieniądze, strzelił i zabił Gustawa. Ten osłonięty tajemniczością dwuosobowy lichwiarz, przebywający w dwu mieszkaniach pod dwoma nazwiskami, te niebieskie okulary, ta jego długoletnia i nienasycona zemsta, akt wywłaszczenia spisywany wobec opryszków, śród piorunów burzy i śmierci dwu istot, te zwłoki biednej Heluni (wnuczki Hoffa), „złożone (w mieszkaniu Piołunowicza) na memoryale o pauperyzmie i przykryte protokółami posiedzeń towarzystwa filantropijnego“ — wszystko to są środki artystyczne starego melodramatu. Natomiast szczery i oryginalny humor mieni się w charakterystyce gadających filantropów, którzy kłócą się o błahe szczegóły formalistyki wtedy, kiedy nędza kąsa i zagryza swoje ofiary. Widmo jej, przesuwające się śród tego sytego grona, chociaż nieraz zbyt sztucznie wprowadzone, odbija wybornie na swym cieniu śmieszność filantropii, która karmi głodnych pustemi słowami.
III.
Pierwsze lata ósmej dziesiątki obecnego wieku były w naszem życiu umysłowem porą pewnego przełomu, epoką namiętnej walki o zasady i przekonania naukowe i społeczne. Prasa, przedstawiająca dotąd ciało proste, spokojne, leniwe lub zestarzałe, doznała wstrząśnienia, zaczęła się gwałtownie rozwijać, różniczkować i burzyć. Potworzyły się w niej obozy nieprzyjacielskie, których wartownicy od każdego niemal przechodnia wymagali bardzo ścisłych legitymacyj. Kto występował publicznie, musiał należeć do jakiejś chorągwi, nosić znaki jakiegoś pułku, czcić swoje, a poniewierać cudze godła. Dziennikarze kłóli się boleśnie stalówkami lub obrzucali błotem, po za dziedziną starć publicznych nienawidzili się zawzięcie w stosunkach prywatnych, unikali nawet towarzyskich zetknięć z przeciwnikami, uważali za zarażoną owczarnię, do której bodaj na chwilę wpadła owca z wrogiego im stada. W takich chwilach i w takiem rozgorączkowaniu wszelki głos umiarkowany nie ma posłuchu, wszelka barwa niejaskrawa budzi odrazę, wszelki kierunek pośredni między krańcami nie znajduje zwolenników. To też Opiekun domowy i Niwa, chociaż redagowane starannie, a zwłaszcza ostatnia z nastrojem po- ważno-naukowym, nie zyskały sobie szerokiego koła czytelników i po kilku latach daremnego szamotania się z burzą, zatonęły. Zapadał wraz z tymi statkami pod wodę i Głowacki, a wynurzywszy się, popłynął do portu, który zajmował stanowisko przeciwległe względem przystani postępowej i najenergiczniej ją ostrzeliwał — do Kuryera warszawskiego. Tu radykał z lat młodzieńczych, późniejszy liberał umiarkowany, nietylko został zdecydowanym konserwatystą, ale nawet przypasał miecz krzyżowca i stanął w szeregach wyprawy przeciw „niewiernym.“ Odciągając się całą mocą w pewnym kierunku, skoro opora rąk naszych pęknie, odlatujemy i padamy dalej, niż staliśmy. Prus odchylał się ciągle w Opiekunie i Niwie od Przeglądu tygodn., gdy więc stracił w nich oparcie, odpadł aż do Kuryera warszawskiego, gdzie zaczął pisywać swoje słynne i szeroko czytane „Kroniki tygodniowe.“ Być może, iż widziałby on wówczas większe zadowolenie w „postępie umiarkowanym,“ ale raz znalazłszy się w prądzie konserwatywnym, został przez jego fale uniesiony. Wielki talent, który nie poprzestaje na roli biernego świadka, kiedy inni walczą, wielka pobudliwość, która łatwo ulega wrażeniom chwili, ostrzący się w utarczkach dowcip, który pragnie okazać swą ciętość, świerzbiączka pióra, które chce okazać swą siłę, wreszcie brak idej, do których nie można sięgnąć „zdrowym rozsądkiem“ — wszystko to pasowało Prusa na jednego z najczynniejszych rębaczów oddziału, robiącego podjazdy przeciw „młodej prasie.“ Jak rozmawiał Głowacki wówczas ze swoją duszą w chwilach, kiedy go omijała gorączka harców? Czy tęsknił do „umiarkowanego postępu“ i żałował zbytniego posunięcia się ku krańcowi zachowawczemu? Czy wogóle przemiana odbyła się w nim po walce wewnętrznej? Nie wiemy, wiemy tylko, że z gąsienicy liberalnej wyfrunął piękny motyl konserwatywny z zabarwieniem mocno deistycznem i opatrznościowem, objawiający skłonność do wysysania słodyczy z kwiatów tradycyi i wysuwający żądło w ich obronie. Zapewne w pewnym stopniu był to naturalny wynik talentu, który więcej i lepiej działa od zdolności mniejszych, ale żaden współpracownik Kuryera warszawskiego nie wyrzucił tyle i tak ostrych pocisków przeciwko postępowcom, ile ten dawny ich towarzysz broni. Dopiero kiedy wojna skończyła się, a przynajmniej utraciła poprzednią zajadłość i przeszła w utarczki łagodniejsze, zaczęły Prusa coraz częściej nawiedzać mary młodości, a nawet jedna z nich oczarowała tak dalece, że do swej nielicznej biblioteki ksiąg świętych wstawił Spencera. Ale też i Kuryer nie potrzebował już w czasach dziennikarskiego pokoju przestrzegać tak surowo zasad konserwatywnych, jak w okresie wojny. Z tych różnorodnych zabarwień wytworzyła się w umyśle Prusa i trwa dotąd pewna pstrokacizna, pewien eklektyzm, pewna mieszanina znamion sprzecznych, którą on sam czasem dostrzega, a raz wybornie określił. „— Proszę pana — zapytała go znajoma — do jakiej pan należy partyi? — Jako człowiek do żadnej, a jako dziennikarz do... — Do postępowej? — To jest... niezupełnie. — Więc do konserwatywnej? — Właściwie... cokolwiek. — Może do klerykalnej? — O! to bardzo mało, prawie nie. — Więc do wolnomyślnej? — Tak... troszeczkę... odrobinę... — Ależ ostatecznie do jakiej? — wykrzyknęła moja towarzyszka, szeroko otwierając oczy, piękne jak dwa jeziora Czterech Kantonów. — Widzi pani, my, dziennikarze, należymy właściwie do partyi -klerykalno--arystokratyczno-demokratycznej.“ Śród tych „my“ stoi na pierwszym planie Prus. Po Niwie i Opiekunie, po pismach rozchodzących się w szczupłem gronie zwolenników, kilkudziesięciotysięczny zastęp czytelników Kuryera warsz. sprawiał młodemu autorowi wielkie zadowolenie i zapewniał mu sławę. Ani też artykuły pedagogiczno-społeczne, ani powiastki nie rozgłosiły imienia Prusa tak szeroko, jak „Kroniki tygodniowe.“ Była to chwała, rozchodząca się w kręgu warstw niższych i mniej ukształconych, ale w kole o długim promieniu. Czy wszakże ta popularność nie wzrastała, a wytwarzająca ją praca nie odbywała się kosztem talentu? Niewątpliwie, chociaż nie należy wcale za to winić Kuryera. Pismo brukowe, czytane nietylko przez ludzi ukształconych, ale przez sklepikarzów, robotników, woźniców, szwaczki, posłańców publicznych itd., nie mogło wzlatywać nad ziemię, a nawet nad miasto i musiało naginać swego fejletonistę do uczenia lub bawienia tłumu, do zajmowania się sprawami najdrobniejszej wagi i obchodzącemu największą ilość czytelników. Tej potrzebie Prus dogadzał, czasem tylko do zgrzebnej osnowy swych „Kronik“ nawiązując cieńsze nici. Miał on zawsze umysł z lotem zwinnym, lecz przyziemnym, podobnym do jaskółki, która ciągle krąży około domostw, nad stawami i rolą, chwytając robaczki; praca w Kuryerze jeszcze bardziej lot ten zniżyła. Więc przepyszny humor fejletonisty polewał ulice, wymiatał rynsztoki, czyścił podwórza, karcił dorożkarzy, porządkował ogrody i ze swobodą Satyra prawił o kobietach. Ten ostatni, a bardzo ulubiony przedmiot, z którego tłuste oczka pływają dotychczas w „Kronikach,“ ściągał na dowcipnisia wielokrotnie publiczne i prywatne nagany. Rzeczywiście niejedna matka uczułaby sama niesmak i znalazła się w prawdziwym kłopocie, gdyby ją młoda córka zapytała, dlaczego np. Prus, wprowadziwszy chłopa na koncert, gdzie są zebrane dorodne niewiasty, każe mu myśleć o... wiązce siana. Lubieżnym w swych pismach był również Heine. Ale między niemieckim a naszym humorystą zachodzi różnica. Tamten wystawiał na pokaz swoje popędy i stosunki, ten bezimiennie cudze; tamten je rozbierał do naga, ten osłania przezroczystą gazą; tamten miał zuchwałość szczerego bezwstydu, ten odwagę figlarnych domyślników; tamten szczypał, ten łechcze; tamten był cynicznym grekiem, ten swawolnym francuzem; tamten naśladował Boccacia, ten podochoconego Ezopa; tamten używał zawsze słów, ten — często kropek. Te tłuste Jovialitates lub Fraszki Prusa są po części odbiciem realistycznej natury jego talentu, ale także wynikiem ciasnoty obrębu, w którym mógł się obracać jego humor. Zakres ten, z innych powodów mały, był nadto jeszcze ograniczony stanowiskiem pisma i poczytnego. Z jednej bowiem strony pragnie ono nie wychodzić zbyt daleko po za dziedzinę przedmiotów, zajmujących ogół, a z drugiej unikać ośmieszania rzeczy powszechnie szanowanych, warstw społecznych i ludzi wpływowych, od których jego popularność zawisła. To też jeżeli porównamy skalę humoru Heinego, J. Paula lub nawet Lama a Prusa, otrzymamy taką różnicę, jak gdybyśmy zestawili fortepian siedmiooktawowy z dwuoktawowym. Skoro fejletonista Kuryera przestał uważać prasę postępową za dom, około którego ustawicznie przejeżdżał, ażeby w nim wybić kamykiem szybę i zaczepić osią wozu o węgieł dla odłamania kawałka muru, kiedy życie zaczęło coraz skąpiej sączyć swe krople, o czem bawiciel miał opowiadać rzeszy śmiechu łaknącej? O kobietach i o tem, o czem one lubią ze spuszczonemi oczami słuchać, a mężczyzni z podniesionemi mówić. Więc chociaż gniewano się nieraz, czytano go za- wsze i tak chętnie, jak żadnego z dziennikarzów warszawskich. A on nietylko sypał szczodrze te koncepty, pod które najskwapliwiej podstawiano uszy, ale coraz bardziej wykształcał swój dowcip w kierunku owych zręcznych łechtań i zyskiwał przywileje, które w całej prasie polskiej on sam jeden posiada. Gdyby jakikolwiek inny fejletonista pozwolił sobie tej swobody pióra, której Prus używa, czytelnicy natychmiast zaprotestowaliby przeciw wykroczeniu po za granice, obyczajem publicznemu słowu zakreślone. Tymczasem nawet ci, co przywołują znakomitego humorystę do porządku, czynią to z widoczną dla niego pobłażliwością. Bo co wolno... Prusowi, tego nie wolno... wszystkim. Nie jest zaś to uprzywilejowanie objawem jakiejś wyjątkowej czci dla utalentowanego pisarza, ale raczej skutkiem rozbrajającego działania jego humoru. Prus umie być i bywa bardzo złośliwym i zjadliwym, ale zwykle jest dobrodusznym. Śmieje on się nie wątrobą, ale sercem; nie kąsa, nie szarpie, nie zagryza, nie napuszcza zadanych ran żółcią, nie wypuszcza strzał zatrutych, lecz sadza swą ofiarę na krześle połączonem z bateryą elektryczną i przepuszcza zręcznie prąd, wykrzywia nim mięśnie twarzy i członki w sposób zabawny. On nie umie nad nikim się pastwić, ale umie znakomicie urządzać komiczne oświetlenia, którym nie oparłaby się powaga Arystotelesa lub Kopernika. Niema w jego piórze ani kropli jadu Voltaire’a, natomiast jest wiele śmiechu Rabelais’go. Kobiety traktuje jak Falstaff. Jeżeli np. postawi sobie pytanie, dlaczego one nie idą do zaciągu wojskowego, odpowiada: dlatego, że wszystkie pragnęłyby być... podoficerami. Jeżeli zacznie mówić o ich emancypacyi, to pochwaliwszy ładne oczy i usta, opuszcza szybko w badaniu ich uzdolnień głowę. Wszedłszy do przypuszczalnego uniwersytetu kobiecego, napłata tyle figlów, że wkrótce z ławek audytoryum zrobi łóżka, a z katedry — toaletę. Gdy zaś uczuje potrzebę poważnego usprawiedliwienia się z tej psoty, bierze swą czytelniczkę za rękę i częstując ją po drodze cukierkami, prowadzi przed sąd swego Salomona — zdrowego rozsądku, przed którym naturalnie sprawę wygrywa. Wszystko to jednak czyni z dobrodusznością i wylewem serdecznego humoru, zdolnym rozweselić rozpacz. Dodać przytem trzeba, że jest on nietylko opowiadaczem zabawnym, roztapiającym humor w przedstawieniu rzeczy i szczególnym układzie stosunków lub obrazów, ale także pisarzem niezmiernie dowcipnym, może najdowcipniejszym we współczesnej literaturze naszej. Miewa chwile szczęśliwe, w których najsłuszniej mierzyć się może z Dickensem lub Thackereyem, a Wilkońskich lub Jordanów przerasta niezmiernie. Dowcip spada z jego ust tak łatwo i ciągle, jak iskra z krzesiwa. Przez dziwnie ukształtowane źrenice jego oczu świat przedstawia mu się w karykaturze i ukazuje śmieszne rysy nawet tam, gdzie najbystrzejsze oko dostrzega samą tylko powagę. Gdyby Prus nie miał współczucia dla cierpień, nie miałby nawet snów smutnych. Te właściwości jego talentu uwydatniły się przedewszystkiem w „Kronikach,“ ale także i w powieściach, których przerwany temi uwagami ciąg podejmiemy znowu.
IV.
Prus ma o ludziach, o ile ich czyni bohaterami, przekonanie czysto ewangieliczne. Co jest w życiu poniżonem, to w jego powieściach wywyższonem — i naodwrót. Człowiek ukształcony z jego analizy wychodzi głupcem, dobroczyńca — obłudnikiem, prostak — mędrcem, dziecko — filozofem, gbur — czułym poetą. Zdaje się, jak gdyby on mówił nam: świat jest czemś zupełnie innem, niż się przedstawia; ulegamy łudzącym jego pozorom, a powinniśmy przy pomocy zdrowego rozsądku pojąć, że A jest nie-A, a nie-A jest A. Ta odwrotność poglądu objawia się u niego szczególnie w umiłowaniu maluczkich. Jak w swych „Kronikach“ unika lotu po szczytach i chętnie zagląda do każdego załamka nizin; nie unosi się nad żadną wielkością, a skwapliwie broni małość, którą nieraz nawet sofistyką rozdyma, ociera z kurzu i brudu, myje i stroi; podobnie w swych utworach zjednywa serca czytelników przedewszystkicm dla istot maluczkich, ciemnych, upośledzonych i sponiewieranych. Gdy pani Wincentowa straciła męża (Sieroca dola, 1876), zabrał ją z synem do siebie na wieś poczciwy kre- wny, który biedną wdowę uczynił guwernantką i klucznicą, pracującą dlań darmo, a sierotę bił za przewinienia swych synów. Gdy zaś przyjął ją, jako płatną nauczycielkę, istotnie zacny sąsiad owego kuzyna, zamożny ziemianin, to wkrótce stracił majątek, skutkiem zbyt gorliwego czytania artykułów, uczących go umiejętnej gospodarki. Wdowa wraca z synem do Warszawy, ale tu umiera na tyfus głodowy. Jej synek dostaje się pod opiekę filantropa, rozmyślającego ciągle nad projektami uszczęśliwiania ludzi, który go uznaje za własne dziecko, powoli zamienia na kopciuszka, a wreszcie oddaje do krawca. Tu mały Jaś nietylko nie zaraża się miazmatami pijacko-złodziejskiej atmosfery, ale nawet oddziaływa uszlachetniająco na dorosłego czeladnika. Nie ulega on również po ucieczce od krawca złym wpływom towarzystwa i związku z piaskarzami, z którymi tylko w beczce sypia, ale kraść i oszukiwać nie chce, a pod skrzydła owego zrujnowanego szlachcica powraca niepokalanym moralnie. Kowal kochał bardzo swego jedynaka (Przygoda Stasia, 1878), ale kiedy dziecko jeszcze było maleńkiem, przywiózł mu w darze... dyscyplinę. Matka również kochała chłopca, ale położywszy go raz spać na polu, po wielu najczulszych pieszczotach, rzekła do niego i psa: „Ja pójdę buraki pleć, a jak się tu nie będziecie dobrze sprawowali, to złapię tyczki i tak wam kości porachuję...“ Bo czytelnik Prusa musi być rozczarowanym z iluzyi, że miłość chłopska jest idealną i nie miesza się z okrucieństwem. Michałka nazywano we wsi „durnym“ (Michałko, 1880), a jednakże on, przybywszy na zarobek do Warszawy, przy każdej sposobności odsłaniał swoją wielką duszę, zdolną do najgłębszych uczuć i najbezinteresowniejszych poświęceń. Antek był próżniakiem (Antek), którego matka nie mogła nagiąć do żadnej pracy i często musiała obijać, jak leśne jabłko. Ale on dlatego nie pilnował trzody na pastwisku i pogrążał się w lenistwie, że go pochłonęła myśl o zbudowaniu wiatraka, a potem marzenia mechaniczno-artystyczne. W szkole ciągle go bili; z kuźni, gdzie zdradził wielką zdolność, kowal go wypędził. Nieszczęśliwy Antek, wyrzeźbiwszy krzyżyk dla uczczenia młodej wójtowej, którą pokochał, zawiesił go w kościele, opuścił wioskę i powędrował w świat. W Powracającej fali (1880) widzimy bogatego fabrykanta z kamiennem sercem, topniejącem tylko jak wosk dla hulającego syna, którego długi i marnotrawcze wydatki pokrywa oszczędnościami na robotnikach. Przedłuża on im bezlitośnie dzień pracy, wyzyskuje, gnębi, aby zwiększyć swoje dochody i nadwyżką ich opłacać rozpustę i szaleństwa jedynaka. Jest tak okrutnym, że biednej kobiecie, błagającej go o trzy ruble na pochowanie dziecka, odpowiada brutalnie: — Niech ci się dzieci nie zachciewa, kiedy im nie masz za co sprawić pogrzebu. Daremnie zgorszony tym egoizmem pastor usiłuje rozgrzać serce przemysłowca ciepłem napomnień chrześciańskich i grozi mu „powracającą falą“ krzywdy, która w winnych uderza zemstą. Sęp coraz głębiej zapuszcza swe szpony fabrycznego wyzysku, a kiedy dla oszczędności oddalił lekarza i felczera, stał się pośrednim sprawcą śmierci zdolnego majstra, który, poszarpany przez maszynę, umarł skutkiem braku natychmiastowej pomocy. Nareszcie Nemezys sprowadziła falę pomsty: młody Adler zginął w pojedynku, a stary, obłąkany rozpaczą, spalił fabrykę i sam w jej ogniu zginął. Prus, który w swych zasadach społecznych nie odsuwa się zbyt daleko od złotego środka i jest „konserwatywno-klerykalno-wolnomyślno-arystokratyczno-demokratycznym,“ w przedstawieniu stosunków powyższego obrazu nie użył ani tej radykal- nej ostrości, ani tego kolorytu, jakie zastosowałby pisarz demokratyczny czerwieńszej barwy; pomimo to wszakże Powracająca fala jest nadzwyczaj wyrazistem, a w literaturze naszej może najwyrazistszem odmalowaniem męczeństwa pracy w niewoli u kapitału. Jak Michałka w przeróbce włączono do biblioteki ludu wiejskiego, tak Powracająca fala znalazłaby niewątpliwie chętnych czytelników śród ludu fabrycznego. W ruchu umysłowym i społecznym, płynącym dziś szeroko z tego źródła, Prus poniekąd wyprzedził u nas dowodzenia teoretyczne i działalność praktyczną. Jak widzieliśmy, jest on nietylko obrońcą, ale czcicielem maluczkich i upośledzonych. Nie należy jednak sądzić, ażeby ta jego sympatya, często artystycznie i psychologicznie paradoksalna, przejawiała jakąś suchą lub od życia oderwaną adwokaturę. Nawet wtedy bowiem, kiedy on rzeczywistość zaprawia sentymentalizmem, kiedy w duszach płytkich otwiera bezdenne tonie, a głębokie zasypuje piaskiem, kiedy rozpala ogień w wodzie, a mgle nadaje twardość, kiedy np. dziecku każe filozofować, chłopu zamawiać nauczyciela dla dziecka, które jest jeszcze niemowlęciem, a lichwiarzowi, który wielu „panów wykierował na dziady“ i zgubił wiele „wdów i sierot,“ kupować markę na list niefrankowany, wystawiony w szafce pocztowej, w najdziwaczniejsze osnowy wplata tyle świetnych spostrzeżeń i szczegółów realnych, że jego zmyślanie mieni się ciągle znamionami prawdy. W zbiorku, stanowiącym pierwszy tom Pism Prusa, jedna z najpiękniejszych jego powiastek, Antek, zawiera opis nauki chłopca wiejskiego w szkole elementarnej. Zgodziwszy się na pewną przesadę, bez której sztuka obejść się nie może, zobaczymy rzeczywistość podpatrzoną w najcharakterystyczniejszych rysach. — „A dobry też z niego profesor? — pyta matka Antka jednego z gospodarzów o nauczyciela. — No, niczego. On niby, jak z nim gadać, to taki jest trochę głupowaty, ale uczy — jak wypada. Mój przecie chłopak chodzi do niego dopiero trzeci rok i już zna całe abecadło — z góry na dół i z dołu do góry. — E, cóż to znaczy abecadło — odezwał się drugi gospodarz. — Jużci że znaczy — rzekł pierwszy. Nibyście to nie słyszeli, co nieraz nasz wójt powiadają: żebym ja choć umiał abecadło, tobym z takiej gminy miał dochodu więcej, niż tysiąc rubli, tyle co pisarz.“ Pomimo że Antek posiada zdolności niezwykłe, nie może zdobyć tej wiedzy, o której marzył wójt dla pomnożenia swych dochodów i ustawicznie dostaje tylko chłostę „na rozgrzewkę.“ Skarżącego się pociesza matka: — „Bo widzisz to początek. Dopiero później będziesz brał i za naukę.“ Dała ona nauczycielowi czterdzieści groszy. Po dwu miesiącach mistrz bezpłatnej oświaty, nie otrzymawszy więcej, oświadczył stanowczo: — „Ja tam sobie nad nim darmo ręki zrywać nie będę. Taka nauka, jak moja, to nie dla biednych.“ — „Cóżeś się ty wisusie nauczył przez te dwa miesiące? — spytał Antka przyjaciel jego matki. — się tam miał nauczyć! — odparł chłopiec. Kartofle skrobią się tak we szkole, jak i w domu, świniom tak samo daje się jeść. Tyle tylko, żem parę razy profesorowi buty wyczyścił. Ale za to porwali na mnie odzienie przy tych tam... rozgrzewkach.“ Dickens nie umiał pyszniej splatać śmiechu ze smutkiem. Te pierwsze utwory Prusa, o których mówiliśmy, miały znaczenie rozstrzygające dla jego sławy i rodzaju jego twórczości. Zarysował on się w nich, jako znakomity nowelista, to jest twórca krótkich powiastek, zawierających myśl głębszą, oprawio- ną w ramy kunsztownego i szczerego humoru, a niezmiernie pożądanych dla każdego pisma peryodycznego. Bo jakkolwiek prasa drukuje powieści obszerne, a nieraz nawet, kiedy one snują swój wątek w sposób zaciekawiający, posiada w nich długotrwałą przynętę dla czytelników, najchętniej wszakże pomieszcza krótkie, jedno lub kilkociągowe, które nie nużą uwagi i olśniewają błyskawicami talentu. Prus tedy, prawdziwy Meissonier nowelistyki naszej, stał się dla dziennikarstwa siłą pierwszorzędną, nieoszacowaną, a zarazem zaczął uprawiać z zamiłowaniem tę niwę, na której wyrastały bujne wawrzyny. O szerokie malowidła się nie kusił i poprzestawał na małych, w których rzeczywiście doszedł do wysokiego mistrzowstwa. Niektóre z tych pięknych klejnotów przeszły do literatur zagranicznych, a jeżeli tam nie oceniono ich należycie, to tylko dlatego, że wystąpiły one nielicznie i że w przekładach zatarły się przepyszne, dla cudzoziemców często niezrozumiałe barwy miejscowe. Bo czyż niemiec np. może odczuć i pojąć szkołę z „rozgrzewką“?
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Aleksander Głowacki (Bolesław Prus) (Świętochowski, 1890).
