Read here

Leśniczy

Klemens Junosza · 1890 · Free in the US

57,527 words · about 4 h 2 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1890 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Leśniczy&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Klemens Junosza
Language
Polish
Published
1890
Length
57,527 words · about 4 h 2 min
Sections
12 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (12)
  1. Obrazek wiejski under 1 min
  2. Obrazek wiejski about 2 h 1 min
  3. Obrazek wiejski about 9 min
  4. Obrazek wiejski about 11 min
  5. Obrazek wiejski about 9 min
  6. Obrazek wiejski about 8 min
  7. Obrazek wiejski about 14 min
  8. Obrazek wiejski about 9 min
  9. Obrazek wiejski about 23 min
  10. Obrazek wiejski about 9 min
  11. Obrazek wiejski about 11 min
  12. Obrazek wiejski about 18 min

Continue:

Obrazek wiejski

LEŚNICZY.

I

PRZEZ

Klemensa Junoszę.

I • II • III • IV • V • VI • VII • VIII • IX • X

Obrazek wiejski

LEŚNICZY.

I

PRZEZ

Klemensa Junoszę.

I.

Jesień niekiedy smutna, a niekiedy najpiękniejsza pora roku, tym razem dziwnie jest piękna. Potroszę liście już więdną, ale dobrotliwe słońce łagodzi im chwile konania, zdejmuje z nich szatę zieleni, a natomiast daje złotą. Róże pospadały z krzewów, ale jaskrawe astry uśmiechają się jeszcze, georginie wspaniałemi kwiatami się pysznią, gdzieniegdzie jabłka się na drzewach rumienią, z rozpiętej na ścianie domu winorośli zwieszają się złote i czarne grona. Jest najpiękniejsza pora roku, najmilszy czas, zwłaszcza w tym ogrodzie wpół owocowym, wpół dzikim, co się na łagodnej pochyłości wzgórza rozciągnął aż ku rzece. Na ławce kamiennej, pod jodłą, co jak baldachim gałęzie swoje rozpostarła, siedzi człowiek i szeroko otwartemi oczami patrzy prosto w słońce. Dziwne oczy! jasne, niebieskie, duże, niby jak zwykłe oczy, ale czegoś im brak. Są nieme. Określenie na pozór niewłaściwe, ale mówi prawdę. Te oczy milczą, nie zdradzają ani zachwytu, ani ożywienia, ani troski, są bez wyrazu, jak martwe. I naprawdę martwe; patrzą w słońce bezkarnie i znoszą jego blaski bez mrugnięcia, bez spuszczenia powiek. Podobno orły to potrafią, ale te oczy nie są orle, to ludzkie źrenice, tylko nieszczęśliwe i martwe. Obojętna jest im ciemność nocy i blask dnia, umarło dla nich piękno i brzydota, zniknęły barwy. To są oczy nieżywe w człowieku żyjącym. Umarły one przed laty siedmioma i kto wie, jak długo jeszcze poruszać się będą w ciemnicy, bo człowiek do którego należą jest w pełni wieku i sił. Wśród długich, ciemno blond włosów, gdzieniegdzie przewija się ledwie dostrzegalna nitka siwizny, twarz o rysach regularnych i pięknych, jest czerstwa, długa jedwabista broda dodaje jej pewnego wdzięku i powagi. Obok niego dzieweczka siedzi, dziecko raczej; także ma oczy jasne, niebieskie i duże, ale jakież inne! Tamte w słońce patrzą, te się pod cień rzęs prześlicznych kryją, a gdy otworzą się, gdy spojrzą, to tyle życia, tyle wyrazu, tyle wdzięków i blasków w sobie mieszczą, że w nie, równie jak w słońce, długo wpatrywać się nie można! Ładnie zarysowana główka, o klasycznym profilu, dźwiga warkocz jasny, bogaty, ciężki; na białych policzkach rumieniec barwy polnej róży jaśnieje. Lekka sukienka biała uwydatnia rozwijać się zaczynające kształty, a z pod niej wychyla się nóżka zgrabna, maleńka. Niewidomy posuwa ręką po ławce, poruszając palcami; w ruchu tym natrafił na książkę. — Masz do czytania co? — spytał. — Tak, ojczulku. — Gdzie my jesteśmy, Anielciu? — W ogrodzie, pod jodłą, gdzie ojczulek tak lubi siadywać... — To dobrze. Wszak słońce jeszcze świeci? — Świeci, ojczulku... — Ja to czuję... a szmer, który do uszu moich dochodzi, to jest szmer rzeki, prawda? — Tak, ojczulku, rzeka zawsze szemrze, a tu szczególniej, bo brzeg płaski, a na nim mnóstwo kamyków i muszli. — Czy ty jeszcze, Anielciu, zbierasz muszle jak dawniej? — Nie. Robiłam to będąc dzieckiem, ale teraz, gdy jestem już panną dorosłą... — Ty dorosłą panną! — rzekł z uśmiechem — któż ci to powiedział? — Ciocia. — A czy ty ładna jesteś, Anielciu? — Nie wiem — odrzekła, oczy spuszczając — ciocia mówi, że jestem bardzo podobna do nieboszczki mamy. — O! w takim razie jesteś niezwykle piękna, ale ja już urody twojej nigdy nie zobaczę... Jakie książki przyniosłaś z sobą? — Te trzy, które leżały na stoliku, przy łóżku ojczulka. — Pismo święte, Skarga i Mickiewicz. Otwórz którąkolwiek i przeczytaj mi co chcesz. — Ale którą? — Którąkolwiek i gdzie się otworzy. Dzieweczka poezye wzięła i zaczęła czytać dźwięcznym głosem:

— Przestań że dziecko, i nie strasz mnie. — Czem, ojcze? — Czem? tem, że mi słońce po raz trzeci zagaśnie. — Ja nie rozumiem, co ojczulek mówi. — Raz mi zagasło, gdy matka twoja umarła, drugi raz, gdym wzrok utracił, a trzeci raz zagaśnie ono już ostatecznie, gdy mi i ciebie zabiorą. — Mnie? a któż ma prawo oddalić mnie od ojca? — Dziecko jesteś. Będą takie ptaszki, co ci dadzą ze swych skrzydełek po piórku i uniosą. Nie, Anielciu! ty mi nie czytaj poezyi, jestem dziś rozstrojony i smutny... Ciężkie myśli mnie trapią, noc przepędziłem bezsennie. Pokrzep mnie, weź Pismo święte. Czytaj gdzie się księga otworzy. Dziewczyna znowu czytać zaczęła: „Jako sługa pragnie cienia, a jako najemnik czeka końca pracy swojej, takem ja, prawem dziedzicznem wziął miesiące próżne, a noce bezsenne są mi naznaczone. „Układę-li się, tedy mówię: kiedyż wstanę? i pełen bywam myślenia, aż do świtania. „Dni moje prędsze są niż czółnek tkacki i strawione są bez nadziei. „Wspomnij o Panie, że wiatrem jest żywot mój, i nie wróci się oko moje, aby widziało rzeczy dobre.” — Ojczulku! — zawołała, składając książkę — ja tego czytać nie mogę, to zanadto smutne i bolesne. — To skargi i żale nieszczęśliwego Hioba. Nie czytaj, kochanie, jeśli przykrość ci sprawiają. Pocałuj mnie, Anielciu. Wzięła jego rękę i przycisnęła do ust. — Nie, jedyna, ty mnie w czoło pocałuj, w oczy zagasłe... moje ty słońce! Rzuciła mu się na szyję i obsypała go pieszczotami, on rączkę jej wziął i do czoła, a potem do ust przytulił. — Przeszedłbym się — rzekł, wstając z ławki. — A dokąd ojczulek iść pragnie? — Prowadź nad rzekę, pójdziemy brzegiem po piasku; pamiętam, że dawniej ten brzeg piasczysty był. — Jest i teraz taki, ale już zmienił się dużo. Część lądu woda zabrała, a w jednem miejscu, gdzie było bardzo płytko, teraz głębina. — A ja chciałem onegdaj puścić się sam nad rzekę. — Niech ojczulek nie robi tego nigdy, nigdy! — zawołała z przerażeniem — niech mi to ojczulek przyrzeknie. — Dobrze, dobrze, wiesz, że cię zawsze Nikt mi tak nie dogodzi jak ty, nikt mi tak nie potrafi uprzyjemnić chwil gorzkich. Prowadź nad rzekę, Anielciu, ja bardzo lubię jej szmer. Dziewczynka wzięła ojca pod rękę i poszli. — Powiedz mi co? — rzekł niewidomy. — Ale co? — Co chcesz... co się w domu dzieje? bo ja z nikim dziś nie mówiłem, oprócz z tobą, nawet pan Hieronim odwiedzić mnie nie raczył. — Wuj Hieronim, ojczulku, skoro świt pojechał. — Dokąd? po co? — Nie wiem, zdaje się, że do miasta. — A któż przy gospodarstwie? — Grzelewicz ekonom, karbowy. — Powiedz mi, Anielciu — rzekł, zatrzymując się nagle — już dużą panienką jesteś, więc może się poznasz na tem, powiedz mi szczerze, co się u nas dzieje? bo ja mam przeczucie, że źle, że mnie oszukują, zwodzą, że każdy przedemną prawdę ukrywa. Oni tu źle rządzą, a co gorsza kłamią przedemną. Siostra chce mi oszczędzić zmartwień i dlatego milczy, pan Hieronim, choć brat cioteczny, ale kręci, nawet bez wielkich ceremonii, dziś mówi tak, jutro inaczej. Kaliński człowiek uczciwy, ale nie widuję go wcale, od czasu jak osadzili go w lesie. Słyszę, że często ktoś przyjeżdża, że odbywają się jakieś szepty, narady. Co to jest?... Moja Anielciu, obawa mnie męczy, sypiać nie mogę, głowę mam nabitą najsmutniejszemi myślami, wyprowadź mnie z niepewności tej, oświéć mnie duszko. Dziewczyna westchnęła: — Mój ojczulku — rzekła — cóż poradzę? ja się na niczem nieznam, o żadnych interesach nie wiem, a wuj Hieronim prawie nigdy ze mną nie rozmawia. Jedyna rzecz jaką zrobić mogę, to chyba pana Kalińskiego ojczulkowi sprowadzę... tylko nie wiem jak to wykonać. Jego tu nie lubią, nie puszczają go i kto wie, czyby się go dawno nie pozbyli, gdyby nie ojczulek. Już mam sposób! — zawołała radośnie. — Ciocia pozwala mi czasem jeździć na spacer maleńkim wolańcikiem i powozić samej. Pojadę na Leśniczówkę i pana Kalińskiego poproszę. — Nie, kochaneczko, ja mam lepszy sposób, pojedziemy do niego jutro razem, ja z tobą.

— Ah! ojczulku — zawołała, klaszcząc w dłonie — jak to dobrze! Pojedziemy razem, będziemy rozmawiali przez całą drogę, ja ojczulka powiozę doskonale. — Umiesz powozić? — Znakomicie... nasze koniki są mi bardzo posłuszne. — Kiedyż pojedziemy, Anielciu? — Kiedy ojczulek każe, rano, po obiedzie, przed wieczorem... — Chciałbym jak najraniej, przed powrotem pana Hieronima. Im wcześniej tem lepiej. — Więc o wschodzie słońca! — O wschodzie... a co niebo zapowiada na jutro? Przecież ty, gosposia, powinnabyś znać się na tem. — Zdaje się, że niebo dobrze wróży, a zresztą niech ojczulek sam osądzi. Słońce schowało się za las; widać jeszcze cząstkę jego tarczy czerwonawej, od tej tarczy w górę i na obie strony rozchodzą się promienie szczerozłote, niebo jest czyste, lazurowe, a maleńkie białe chmurki płynące wysoko w powietrzu, nabierają barwy różowej. Taki zachód podobno pogodę zapowiada. — Niezawodną. — Teraz, ojczulku, słońce już całkiem za lasem; czerwoność blednie, złota przybywa, tworzą się na zachodzie smugi seledynowe, przecudne. — Moje ty oko! — odezwał się niewidomy — ty mi chcesz jasność przywrócić. Gdzie jesteśmy teraz? — Nad rzeką. Zdaje się, że powoli ona płynie, a jednak pieni się przy brzegu. — Pieni się gdzie płytko, a głębia milczy poważnie... Słyszysz? — Co? — Śpiew... daleko, bardzo daleko. — Jaki ojczulek ma słuch bystry! ja nic nie słyszę. — Mam słuch dobry istotnie; jest to jakby wynagrodzenie za krzywdę jaka się oczom moim stała. Nie widzę nic, ale najlżejsze szmery uchem łowię. To ktoś w górze rzeki śpiewa, może rybak, ale czemuż tak tęskno zawodzi? — I ja teraz słyszę, przybliża się; rzeczywiście śpiew smutny. — Wszystko jest smutne na świecie. — Ah! ojcze! kto tak mówi!? — Dalekoż ten rybak? — Mignął się na zakręcie, koło wyspy, a teraz zasłoniły go wierzby. Z prądem płynie, więc niedługo tu będzie. — Ciekawym kto to? — Może rybak, może chłop ze wsi, alboż mało ludzi łódki trzyma? Wejdźmy na wzgórze, ja go dojrzę. — Przestał śpiewać. — Dostrzegł nas zapewne. Widzę go. Jak ten człowiek szybko płynie... i śmiały, o śmiały! Płynie w małem czółenku stojąc, jak retman przed flisami, ale to nie retman... Teraz jesień, tratwy dawno już przeszły. Ah! to Walek! — Cóż to za Walek? — Sierota... po Bartłomieju, co przed dziesięciu laty podczas powodzi utonął... — Ah! ten... przypominam sobie. — On teraz na Leśniczówce służy, ojczulku... Płynie wprost ku nam, uczepił łódkę do wierzby, wysiada, idzie tu... Po pochyłości wzgórza, lekkim, elastycznym krokiem biegł chłopiec młodziutki, prawie jeszcze dziecko. Z pod kapelusza słomianego długie, lśniące i czarne włosy spadały mu aż na ramiona, twarz miał opaloną, prawie bronzową od słońca, oczy duże, wyraziste, piwne, rysy dość regularne i drobne. Szedł uśmiechnięty, a z po za warg barwy krwistej, błyskał dwoma rzędami zębów białych, drobnych, równiutkich. Gdy już był blizko ociemniałego i jego córki, zdjął kapelusz i mówić zaczął: — Wiedział pan Kaliński kogo posłać. Pan Kaliński powiedział: Walek! dymaj duchem do pana, ale żeby cię nikt nie widział, jak i którędy... myszkuj koło ogrodu i pana samego zobacz, a jeśli pana nie zobaczysz, to panienkę zobacz i rzeknij, czy panience, czy panu, żeby pan żadnych papierów nie podpisywał. To słowo powiedz i zmykaj. Ja tak zrobiłem; z Leśniczówki parłem przez las, potem polem, potem do rzeki, złapałem Michałowe czółenko i rzeką tu, aż pod ogród, zobaczyłem panienkę i pana, przybiegłem, rzekłem, żeby pan nic nie podpisywał i zmykam... — Czekaj — rzekł niewidomy. — Waluś! — zawołała Anielcia — Waluś! wróćże się, pan cię woła. Chłopak nie słyszał, czy może udawał że nie słyszy, jak kula stoczył się ze wzgórza, wsiadł w czółenko i w górę rzeki odpłynął. — Gdzież on jest? gdzie jest? — pytał z niecierpliwością niewidomy. — Anielciu, gdzież ten chłopiec? — Już odpłynął, ojcze, nie ma go, wołałam, nie chciał słuchać. Jaki on silny, jaki silny, pod prąd płynie tak szybko. — Głos przyjaciela ostrzega — mówił niewidomy do córki, czy może sam do siebie — głos przyjaciela... w tem coś jest, Anielciu... Czy nie ma na niebie chmur czarnych? — Ależ, ojcze! — odrzekła — mówiłam, że zachód prześliczny... — A jednak, ja czuję chmury ciężkie, groźne... Dziecko moje, ty mnie musisz zaprowadzić do Leśniczówki. — O wschodzie słońca pojedziemy. — Może lepiej pieszo pójść, bo nas wypatrzą... — Kto nas wypatrzy? — Albo ja wiem kto? oni... ci... tamci... przecież ja nie widzę, Anielciu. Dziewczyna zrobiła minkę poważną. — Ojczulku! — rzekła — nas nie wypatrzy nikt. My skłamiemy, to jest ja skłamię za nas oboje. Powiem cioci, że pojedziemy do miasteczka. Ojczulek potrzebuje cygar, ja... nie wiem doprawdy czego mi brakuje... ale mniejsza oto, potrzebuję włóczek. nie ma czasu, ponieważ jutro ma zatrudnienie w gospodarstwie, więc, naturalnie jedziemy sami we dwoje. Ja wiozę ojczulka. Wyjeżdżamy na drogę, przez nowy most za groblą, a w lesie skręcamy na lewo. Ja wybornie znam wszystkie dróżki, do Leśniczówki trafię. Czy ojczulek akceptuje mój plan? — Wszystko akceptuję, bylebym jutro mógł się porozumiéć z Kalińskim. Źle jest, moje dziecko, bardzo źle. Niewidomy posmutniał, oparł się na ramieniu córki i szedł ku domowi powoli, wzdychając, a w uszach brzmiał mu nieustannie ów wiersz z Hiobowych żalów: „i nie obróci się już oko moje, aby widziało rzeczy dobrze”.

II.

Tegoż samego dnia, przed wieczorem, akurat w tej chwili, gdy Walek w maleńkiem czółenku do stóp wzgórza przybijał, aby panience lub panu słówko od Kalińskiego rzeknąć, do miasta gubernialnego wjeżdżała lekka bryczka, zaprzężona w trzy tęgie konie. Na bryczce siedział mężczyzna okazały, z sumiastemi wąsami, mocno szpakowaty, o wejrzeniu bystrem, przebiegłem. Bryczka wtoczyła się w bramę pierwszorzędnego hotelu i wnet obok niej zjawiła się gromada faktorów, którzy witali przybyłego z uniżonością. — Aj waj! jasny pan... złoto, srebro widziałem! — Może jasny pan chce sprzedać zboże? mam kupców, ślicznie płacą, na moje sumienie. — A może jasny pan pieniędzy potrzebuje? Jankiel da... choćby pięć tysięcy! Dlaczego nie ma dać? On bogacz, on jaśniego pana zna. — Powóz mam na sprzedanie, bardzo fajn, od jednego hrabiego, całkiem nowy... — Konie mam... prawdziwe angliki... żebym tak szabasu nie doczekał. — Idźcie do kroćset — huknął potężnym basem przybyły. — O numer proszę, obszerny, nie wysoko, rzeczy znieść. — Powóz mam... — Pójdź precz! Icka mi zawołać. — Herste? Icka? Ny, my wiemy, jaśnie pan tylko Icka lubi, Icek ma szczęście! Nu, niech un ma, niech jemu dyabli wezmą. Do bramy hotelowej wbiegł zadyszany, rudy żyd, przecisnął się przez tłum faktorów i zawołał: — Jaśnie pan wołał. Ja już jestem!

— Bardzo mnie to cieszy, że jesteś — odrzekł przybyły — właśnie chciałem po ciebie posyłać. Za chwilę przyjdź do numeru, potrzebuję z tobą pomówić. Faktor skłonił się do samej ziemi. — Jestem na usługi wielmożnego pana — rzekł — w każdym momencie. Służba wniosła na górę dwie walizki podróżne, szlachcic rozgościł się w numerze. Umył się, przebrał, włosy przyczesał, a potem wyjrzawszy na korytarz, zawołał, aż się po całym hotelu rozległo: — Gdzież ten szelma?! Icek natychmiast się zjawił. — Ja czekam — odrzekł — czekam tu, aż wielmożny pan zawoła, ciągle czekam. — Chodźże prędzej. Żyd do stancyi wszedł, drzwi za sobą zamknął i stanął w postawie wyczekującej. Szlachcic na kanapkę się rzucił. — Cóż, zrobiłeś? — zapytał. — Wielmożny panie, ja robiłem. Nie mogę się pochwalić, że zrobiłem, ale robiłem co mogłem, żebym tak długie życie miał. — Co ty pleciesz! — zawołał szlachcic — albo na drzewo teraz kupców nie ma? Chyba upiłeś się dzisiaj. — Wielmożny panie, com się miał upić? Drzewo zawsze było dobry towar, a teraz tembardziej, bo trudno go dostać. W naszej okolicy lasy całkiem zniszczone. — Chyba nie w Magdzinie! — Właśnie ja to powiadam, w okolicy same patyki, a u państwa las towarowy, śliczny las! ktoby takiego nie chciał kupić?! Mendel chce, Judka chce, stary Wigdor też ma wielką ochotę. — No, więc? — Więc, wielmożny panie, oni nie wierzą, że Magdziński las na sprzedanie jest, po prostu śmieli się, jak im to powiedziałem. — Łotry jedne, bydlęta! skoro ja mówię, że jest, to znaczy że jest. — Ja im to tłomaczyłem, ale oni nie wierzą, żeby pan Ludwik chciał kontrakt podpisać. — Oni! a ty od czego jesteś faktor? od czego gębę masz? Nie płacę ci? nie pcham w ciebie pieniędzy jak w dziurawy worek? Wynoś mi się ztąd zaraz i żeby cię moje oko więcej nie widziało, bo... Żyd ku drzwiom się cofnął przerażony. — Wielmożny panie — rzekł — jaśnie panie, w czem ja zgrzeszyłem? niech pan powie, niech mnie pan nauczy co mam zrobić, to ja zaraz polecę, będę gadał, będę klektał, cały wieczór, całą noc, do samego rana! Nawet ja nie potrzebuję dużo klektać, bo oni mają wielką chęć do kupna, abym im tylko mógł powiedziéć jak to kupno zrobić, żeby było . Wielmożny pan rozumie, interes jest duży, a kto daje pieniądze, chce miéć trochę pewność. — Gęsi tobie paść a nie faktorem być! To ty nie wiesz, że pan Ludwik jest niewidomy i chory, że niczem się nie zajmuje, z nikim nie rozmawia, że zupełnie nie chce się wtrącać do interesów. Czy ty nie wiesz, że ja wszystkiem rządzę, że mam plenipotencyę jeneralną do wszystkiego, a zatem i do sprzedaży lasu, że z mocy tej plenipotencyi ja mogę kontrakt podpisać i to będzie ważne... Nie wiesz, pierwszy raz o tem słyszysz? co? — Przepraszam wielmożnego pana, ja o plenipotencyi wcale nie wiedziałem. — Proszę, a przecież pośredniczyłeś przy tylu interesach, któż to naprzykład sprzedaje zboże Magdzińskie? — Wielmożny pan. — Kto wypuścił Szmulowi młyn na sześć lat? — Ny, też wielmożny pan. — Kto płaci podatki, raty towarzystwa, procenta, kto zaciąga pożyczki na Magdzin, hę? — Wiadomo, że wielmożny pan... — Więc któż ja jestem, kto? ekonom, karbowy? parobek, czy pastuch? — Pfe! kto takie brzydkie słowo może powiedziéć? wielmożny pan jest główny plenipotent. — To idźże, niedołęgo, do twoich współbraci i wytłomacz im, że mam prawo zrobić w Magdzinie co mi się tylko podoba. Rozumiesz? — Rozumiem, wielmożny panie. — Jeszcze tu jesteś?! — Już, już, lecę... kiedy mogę tu przyjść? — Zaraz jak załatwisz, albo nie... Słuchaj no, czy tu jest teraz jaka buda? — Co to jest buda? jaka buda wielmożnemu panu potrzebna? — No, buda... wyraźnie powiadam, teatr. — Za co nie ma być teatr? Jest, bardzo porządny, niedawno przyjechał. Mówią, że fajn wesołe sztuki te komedyanty pokazują. — Więc pójdę do teatru, a na ciebie czekam rano. — Koło dziewiątej, dziesiątej. — Co!? u mnie rano zaczyna się równo ze dniem. — Wielmożny pan będzie sfatygowany, zechce sobie spocząć. — To moja rzecz, a pamiętaj spraw się porządnie. — Ny, ny. Po wyjściu żyda, pan Hieronim zaczął chodzić po pokoju szybkiemi krokami. Czynił to zawsze, gdy był rozdrażniony i wzburzony. — Proszę — mruczał do siebie pod wąsem — pan Ludwik kontraktu nie podpisze!? pan Ludwik się nie zgodzi, pan Ludwik nie zaakceptuje sprzedaży! pan Ludwik! ha! ha! właśnie będzie kto pytał, czy on się raczy zgodzić, czy nie... jak gdyby Magdzin faktycznie nie był moją własnością... Jest mój i będzie mój, a panna Aniela, piękna kuzyneczka... także może być moja, jak zechcę. Nie zaakceptuje! on nie zaakceptuje! Rozśmiał się tak głośno, że aż numerowy, sądząc, że go wołają, przybiegł. — Co chcesz? — zapytał pan Hieronim gniewnie, zły że mu bieg myśli przerwano. — Jaśnie pan wołał. — Przesłyszałeś się. — Przepraszam. — Albo nie, dobrze, nie przesłyszałeś się. O której zaczynają w teatrze? — O ósmej, jaśnie pan pójdzie? — Tak... ktoby się do mnie zgłaszał, niech przyjdzie rano. — Pytano się już o jaśnie pana. — Kto? — Nie znam, jakiś pan nietutejszy. Dziś podobno przyjechał, stoi w Angielskim hotelu. — Czy nie zostawił biletu? — Nie, pytał tylko jak długo jaśnie pan zabawi, ale nie umiałem mu tego powiedziéć. Mówił, że się dziś jeszcze zgłosi... — Mniejsza o niego, wychodzę, a wiedz, że mam zwyczaj bardzo rano wstawać i jestem wściekły jeżeli służący o tem nie pamięta. — Niech jaśnie pan będzie spokojny — odrzekł numerowy — ja wcale nie mam zwyczaju sypiać. Dwunastą godzinę dzwonił zegar ratuszowy, gdy pan Hieronim powracał do hotelu. Był widocznie w dobrem usposobieniu, gdyż szedł zamaszystym krokiem, wywijał laską i półgłosem nucił walczyka ze świeżo słyszanej operetki. W bramie hotelu zatrzymał go jakiś niepozorny człowieczek. Dość dziwna to była kreatura. Miał minę biedaka, chociaż ubrany był porządnie, a nawet elegancko; wzrostu średniego, wydawał się jednak małym, tak jakoś chował głowę w ramiona, tak się pochylał i kurczył. było sądzić, że jest stary, chociaż w rzeczywistości był w średnich latach. Nie nosił brody ani wąsów, twarz miał wygoloną, stąpał na palcach, mówił prawie szeptem, kłaniał się nizko, każdemu z drogi ustępował. — O mało mnie, kochany pan Hieronim nie rozdeptał — rzekł — jak marnego robaczka. Usłyszawszy ten głos, szlachcic drgnął i zatrzymał się. Niepozorny człowieczek mówił z uśmiechem. — Jak małego robaczka, ale usunąłem się w porę. Hi! hi! pańska mina, pańska postawa, pański chód... jakby czwórką jechał! Padam do nóżek, jak zdrowie pana Hieronima dobrodzieja? o interesa nie pytam, bo wiem, że świetnie idą, ale pan dobrodziej może mnie już nie poznaje hi! hi! — Zkąd się tu wziąłeś, krecie? — zapytał szlachcic, z odcieniem niezadowolenia, którego mimo chęci utaić nie mógł. — Przejazdem jestem w tych stronach, a dowiedziawszy się, że i pan tu się znajduje, pośpieszyłem natychmiast, ażeby mu złożyć uszanowanie... — Spóźnioną godzinę wybrałeś na wizytę. — Co tam godzina! patrz pan raczej na intencye, na serce... — Serce? — A tak, tak, pomimo że, o ile się zdaje, obecność moja pana nie zachwyca, jednak ja w przyjaźni stały jestem. Chciałbym pogwarzyć, dawne czasy przypomniéć, interesik też mam do pana... — Nie możnaby do jutra? — Lepiej dziś... pan Hieronim zna dobrze moje usposobienie; odkładać nie lubię; co mam jutro zrobić wolę dziś, trzymam się tej zasady; przytem, któż wie, kiedy i w jakich okolicznościach znowu się spotkamy? — Więc proszę, uprzedzam jednak, że już północ a jutro raniutko mam wstać. — Dziękuję za uprzejme zaproszenie, drogi czas pana dobrodzieja cenić umiem i nadużywać go nie będę...

Gdy weszli do numeru i usiedli, mały człowieczek spojrzał na pana Hieronima i roześmiał się złośliwie. — Cóż cię tak cieszy? — zapytał szlachcic. — Raduję się, widząc szanownego pana w dobrem zdrowiu. Przypominają mi się chwile spędzane razem z nim tak przyjemnie w Odessie, w Warszawie... najbardziej w Warszawie... Złote czasy, brylantowe, drogi panie Hieronimie, wszak pamiętasz? — Daj pokój wspomnieniom, przystąp od razu do rzeczy, powiedz co chcesz i w jakim celu się rozmowy. Jest godzina późna, a czas mój drogi. Nie przyjechałem do miasta po to, żeby gawędzić, lecz dla załatwienia interesów. Jutro wcześnie wstać muszę. — Wiem, wiem, czas drogi, interesa ważne... Ha jednym szydła golą, drugim brzytwy nie chcą, to wiadomo... Ja nigdy bo nie miałem szczęścia... los nie dał mi ociemniałego kuzyna, dóbr do administracyi, lasów do cięcia, pieniędzy do zbierania... Żeby to!... miałbym już trochę uskładanego kapitaliku... może nie tyle co pan Hieronim dobrodziej, ale trochę, na czarną godzinę. — Nie pleć-no za dużo... Czego żądasz?... — Hi, hi, jaki pan nie domyślny. Czego żądam? Juścić nie błagam ani o kwiatek, ani o promień włosów, boś nie panienka... chcę pieniędzy. — Zawsze pieniędzy. — Zawsze nie, ale w pewnych terminach. Wszakże jestem pańskim oficyalistą... płacisz mi pan za to żebym milczał, a ja znów milczę dlatego, żebyś mi pan płacił. Interes wspólny. Ja także muszę żyć, a czas ciężki, tem więcej, że już od lat dwóch nie widziałem ani jednego rubelka od pana. — I nie zobaczysz! — Jak pan sobie życzy. Jaśnie pan odpędza swego niegdyś przyjaciela, a ostatnio uniżonego sługę. Cóż robić? Uniżony sługa odchodzi. Ma się rozumiéć, unosi z sobą pamięć i język, z którego potrafi zrobić użytek... Żegnam pana dobrodzieja. Mały człowieczek podniósł się z krzesła i uśmiechał się szyderczo, a pan Hieronim patrząc na niego czerwieniał coraz bardziej, ręce mu się trzęsły nerwowo, oczy rzucały błyskawice gniewu. — Ty ztąd nie wyjdziesz, gadzino! — syknął — ja cię zaduszę jak kota! Zanim zdążył rękę wyciągnąć, mały zwinnym ruchem znalazł się w kącie, skurczył się, przyczaił i wyciągnął ku przeciwnikowi rękę uzbrojoną w rewolwer. — Hi, hi — zaśmiał się szydersko — uprzedzam, że pięć kul mam na swoją obronę. Pan Hieronim splunął, ale się zbliżyć nie śmiał, w szarych oczach przeciwnika malowała się stanowczość. — Wyjdźże do licha z kąta i broń schowaj, dokądże będzie ta komedya? — Nie, panie dobrodzieju, dla pana może to i komedya, dla mnie kwestya życia. Nie mam chęci dostać się w pańskie rączki. Jestem uniżony, uprzejmy, nikogo nie napadam, ale życia swego bronię. To mi wolno. Pan postępujesz porywczo, namiętnie. Chcesz mnie zadusić jak kota!... i do kryminału pójść za to; gdybyś się zastanowił nad sytuacyą, to starałbyś się utrzymywać ze mną dobre stosunki. Wiesz, że nie jestem bez zdolności, w wielu razach przydać się mogę; wspólnik ze mnie idealny, wierny, dyskretny, umiejący co potrzeba ominąć, co zawadza usunąć. Zamiast więc dusić, uczyń mnie swoim doradzcą, a lepiej wyjdziesz na tem, panie Hieronimie... jak cię poważam. — Wspólników ani doradzców nie potrzebuję, ile żądasz odczepnego? — Kilka tysięcy, wcale nie dużo, tymczasem wystarczy mi pięć. Skoro je dostanę, zniknę panu z oczu i nie pokażę się aż... za dwa lata... Cóż pan myśli o tej propozycyi? — Myślę żeś łotr i wyzyskiwacz... ale niech cię licho porwie. Zgoda, dam co żądasz, może przez te dwa lata znajdziesz okazyę do skręcenia karku, czego ci z całego serca życzę. — Nie wątpię o szczerości pańskich uczuć, żeby zaś nie zabierać panu drogiego czasu, proszę o pieniądze. — Nie mam z sobą, dam ci rewers. — A, panie dobrodzieju, ja nie handluję takiemi dokumentami, wierzę tylko w gotowiznę. — Powtarzam, że nie mam przy sobie. — I na to jest sposób, zgłoszę się później. Za trzy dni, za tydzień, jak panu dogodniej. — Ja jutro wyjeżdżam. — Trafię do Magdzina... mała przejażdżka zrobi mi dobrze na zdrowie. Spodziewam się, że będę przyjęty ze starodawną gościnnością. Nieprawdaż? Już ja pana dobrodzieja znam. Hi! hi! a może też trafię na lepszy humor, na weselsze usposobienie. Pogawędzimy o dawnych czasach, o interesach, o przyszłości. Dobranoc, kochanemu panu, moje uszanowanie, najniższy sługa... Z dziwną zręcznością mały człowieczyna przesunął się między kanapą i stołem i zanim pan Hieronim zdążył się odwrócić, był już za drzwiami. Nazajutrz szlachcic wstał z bólem głowy, gdyż noc przepędził fatalnie, spać nie mógł. O szóstej rano kazał sobie wylać na głowę kubeł zimnej wody i wypił kilka filiżanek czarnej kawy bez cukru. To orzeźwiło go nieco, a orzeźwienia tego bardzo potrzebował. Icek przyprowadził trzech żydów, którzy zdecydowani byli kupić las Magdziński na współkę. Do samego południa trwały targi, umawiano się o cenę, o warunki sprzedaży, termin cięcia... Panu Hieronimowi aż pot na czoło wystąpił, a w gardle zaschło od ciągłego mówienia. Interes można było uważać za skończony, żydzi jednak postawili za konieczny warunek, żeby sam właściciel kontrakt podpisał. Nadrabiając miną, powiedział pan Hieronim, że ostatecznie jest to głupstwo i że pan Ludwik bez wahania się da swój podpis. Wtenczas jeden z kupców, który miał niejakie wątpliwości pod tym względem, a kupno wszelkiemi siłami pragnął doprowadzić do skutku, odezwał się: — Proszę wielmożnego pana, my wiemy, że to jest tylko formalność, że co wielmożny pan zechce zrobić, to będzie zrobione... — A więc o co chodzi? — Ja wielmożnemu panu wytłomaczę. Gdyby, dajmy na to, dziedzic, sam dziedzic, wyjechał na dłuższy czas za granicę i nie był tu, i gdyby zostawił wielmożnemu panu plenipotencyę do tej sprzedaży, to na co by nam było potrzeba tego podpisu? ale dziedzic siedzi... on jest chory, on się na interesach nie zna, on swojej korzyści nie rozumie i może być z tego powodu kwestya, sprawa, proces, a proces, jak panu wiadomo, ślizka rzecz... Można wygrać, można przegrać... pan dobrodziej o tem wie... Kto się chce narażać? Ja mówię prawdę. — On mówi prawdę — potwierdzili dwaj inni. — odezwał się a kto wam powiedział, że dziedzic nie wybiera się za granicę? On chory jest, on potrzebuje kuracyi... Kiedy ja już słyszałem od wielmożnego pana o tym projekcie! Do Wiednia miał jechać. — Istotnie — rzekł pan Hieronim — zamiar był. — Aj — wtrącił Icek — co tu gadać. Zamiar był, a skoro był to i jest, a skoro jest, to cała kwestya, trochę pieniędzy i paszport! Pieniędzy w Magdzinie nie brakuje, a paszport bagatelka, w jednym dniu można wyrobić... Oj, oj, aby tylko zdrowie było... to można jeździć po całym świecie, teraz kolej idzie w każdą stronę i do każdego kraju... Interes został ułożony, żydzi żądali czasu do postarania się o pieniądze, za dwa tygodnie przyrzekli stanąć do kontraktu. Po ich odejściu pan Hieronim odetchnął. Otworzył okno na oścież, aby odświeżyć powietrze, przepełnione dymem cygar, i rzekł półgłosem: — W samej rzeczy, dlaczegoby pan Ludwik nie miał się przejechać za granicę?!

III.

Prześliczny był poranek jesienny. Słońce świeciło jasno, orzeźwiający wietrzyk poruszał żółkniejącemi już liśćmi. Przed dwór w Magdzinie zatoczył się wolant, zaprzęgnięty w dwa rosłe, siwe konie. Wnet też na ganku ukazał się pan Ludwik, prowadzony pod rękę przez córkę. Anielcia ubrana była w obcisłą, popielatą sukienkę, na głowie miała nizki kapelusik filcowy, na rękach długie, jelonkowe rękawiczki. — Tu ojczulku jest stopień — mówiła, podtrzymując niewidomego pod ramię. — Proszę usiąść śmiało, z lewej strony. Prawą rezerwuję dla siebie. Teraz, Janie — dodała, zwracając się do stangreta — dajcie mi lejce, wy zostaniecie w domu. Wzięła lejce do ręki, konie ruszyły. przez wieś, kilka wiorst gościńcem, przez nowy most i groblę. Konie spokojne, doskonale ujeżdżone, szły równo, Anielcia szczebiotała nieustannie. — Teraz, ojczulku, wjeżdżamy w las — rzekła. — Czuję to — odpowiedział niewidomy — słyszę szmer liści. Niegdyś bardzo lubiłem las i polowanie. Znałem tu każdą ścieżkę, każde prawie drzewo. Zdaje mi się, że i dziś jeszcze nie zabłądziłbym tutaj. W której stronie lasu jesteśmy? — Zdaje mi się, że ta jego część nazywa się Stawek, chociaż nie wiem dlaczego, bo tu wody wcale nie ma. — Musiała niegdyś być. Woda wyschła a nazwa została. Niegdyś zabiłem dzika w tem miejscu. — Teraz, ojczulku skręcimy na lewo, do Leśniczówki, ale pojedziemy wolno, bo dróżka wązka, a nad nią gałęzie. Ujęła lejce prawą ręką, lewą zaś miała na pogotowiu, aby strzedz ojca od zetknięcia z gałązkami leszczyny, które wychylały się gdzieniegdzie nad dróżkę. — Do Leśniczówki już niedaleko, ojczulku, za pół godziny będziemy na miejscu. — Byle Kalińskiego w domu zastać, bo koniecznie rozmówić się z nim muszę. — A gdzieżby pan Kaliński był? On zawsze w lesie. — W domu, a w lesie to różnica... las duży. — Przecież go znajdziemy. Na dość dużej polance wznosił się domek, otoczony ogródkiem, zabudowania gospodarskie, brożek pod daszkiem ruchomym, dwa stogi siana, gołębnik. Wyglądało to niby kolonijka, niby osada, zamożniejszego chłopa. Widocznie z okien domku dostrzeżono wolant, bo ktoś przed dom wyszedł. — Jest pan Kaliński? — zawołała Anielcia, podjechawszy jednak bliżej ujrzała obcego zupełnie człowieka.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…