Front matter
Bolesław Brus: „Lalka.”
całość
Bolesław Brus: „Lalka.”
I.
rus nie należy do żadnego stronnictwa. Pochodzi to niewątpliwie ztąd, że u nas właściwie stronnictw niéma, tylko grupy przyjaciół, którzy, obrawszy sobie jakiś niewinny frazes za zasadę, na jego tle rozwijają cały szereg może bardzo logicznych, ale bardzo dalekich od rzeczywistości wniosków. Na tak osobistych zbudowane podstawach grupy z konieczności walczą pomiędzy sobą w sposób osobisty, a walki te przyjmują nieraz charakter bardzo jaskrawy. Gdybyśmy jednak bliżéj zbadali istotę tych walk, to przekonalibyśmy się, że są one tylko pozorne, że redukują się wszystkie do jednego ruchu rzeczywistego, który w społeczeństwie się odbywa i który wszystkie inne prądy pochłania. Umysł więc, który ten główny prąd odczuwa i rozumié i który staje się jego świadomym rzecznikiem — z konieczności stoi ponad stronnictwami, gdyż uchwycił istotę każdego z nich i odgadł rzeczywiste dążenie swego czasu. Takim właśnie umysłem jest Bolesław Prus. Luźno związany z kierunkiem pozytywnym, luźno związany z zachowawczą prasą codzienną, zlekka przeczuwający walki socyalne, kierowany zdrowym rozsądkiem, pozbiérał on najlepsze pierwiastki różnych poglądów i połączył je w całość dziś jeszcze bardzo eklektyczną, nieco może zbyt mechanicznie pomięszaną. Poza tém jednak nie zatracił swéj własnéj indywidualności i przetrawił tę mięszaninę swoim zdrowym rozsądkiem, pobłażliwą ironią i dobrotliwym uśmiechem; dodać należy do tego genialne błyski fantazyi, gorącą miłość ludzi i wiarę w przyszłość. Prus więc posiada najcenniejszą zaletę pisarza: samoistność. Żadnym bogom cudzym nie służy i własny kościół sobie zbudował. Podsłuchał on istotny prąd swego czasu i swego społeczeństwa, i poszedł za nim. Tym istotnym prądem jest powstawanie mieszczaństwa krajowego; społeczeństwo nasze przetwarza się i z szlachecko-rolniczego staje się handlowo przemysłowém; jedném słowem wdziéwa strój nowożytny, demokratyczny. Ruch ten dotąd miał dwie fazy: w piérwszéj nosił nazwę pracy organicznéj, w drugiéj wyspecyalizował się w tak zwany antysemityzm; w piérwszéj fazie stan średni wytwarzał się bezwzględnie; w drugiéj zaczął usuwać z zajmowanych dotąd stanowisk Żydów, dotychczasową klasę średnią w kraju. Jest-to ruch tak potężny, że cała prasa szlachecka, mieszczańska i anty-mieszczańska, w istocie rzeczy temu tylko ruchowi służą; wszystkie walczące ze sobą grupy główne: liberały i antysemici, konserwatyści młodzi i starzy, demokraci ludowi i radykalni — w jednym dążą kierunku: wytwarzają polskie mieszczaństwo. Jest-to jedyny realny, istotny ruch dzisiejszéj chwili u nas i najbardziéj wszechstronnym, najbardziéj świadomym jego rzecznikiem jest Prus. Oczywiście trzydzieści lat dla sformowania całéj klasy społecznéj jest-to okres czasu nieskończenie mały. Nie dziw téż, że nowe mieszczaństwo jest jeszcze w niedorozwoju, że tradycye szlacheckie nieraz jak echo, w niém się budzą i jego nowe dążenia tamują; że nakoniec musi ono walczyć z Żydami, którzy dotąd przeważnie, jeśli nie jedynie, wypełniali w tym kraju funkcye handlowo-mieszczańskie. Jednakże, pod wpływem pojęć demokratycznych, lud, pojmowany jako stan oddzielny od mieszczaństwa, staje się punktem programowym niektórych grup: ale ta nieznana warstwa narodu występuje dotychczas (w prasie) raczéj w formie statystyki i etnografii, niżeli w formie żywéj gromady; wreszcie w naukowych artykułach programowych lud staje się podobny do drukowanych liter i nazbyt go czuć atramentem: mimowoli schodzi on na drugi plan wobec nowotworzącéj się klasy mieszczańskiéj. „Lalka,” nowa powieść Prusa, wyobraża wszechstronnie, pół instynktowo jeszcze, a pół świadomie, ten bogaty ferment naszego społeczeństwa. Oś główna powieści jest bardzo prosta: on jest z podłego stanu, ona z rodu pańskiego; on pragnąłby ją posiadać, ona i chciałaby (ze względu na jego miliony) i boi (ze względu na jego pochodzenie); ostatecznie arystokratka zgadza się wyjść za kupca, ale przedtém jeszcze kupiec odgadł, że jego bogini jest tylko zimną kokietką bez serca — porzuca ją i znika. Tak więc na osi głównéj stoją dwie postaci: on — Wokulski, i ona — Izabela. Za Wokulskim stoją jego sklep i cała gromada mieszczan i kupców; za Izabelą — salony arystokratów. Sporadycznie zjawia się lud w oddziel- nych postaciach, a w dalekiéj perspektywie, gdzieś na ziemi francuzkiéj, widać jakąś scenę z „Germinala,” gdzie ten lud występuje jako pełna grozy potęga. Właściwością humorysty jest widzenie szczegółów; dzięki temu nagromadzeniu szczegółów, niezawsze dostrzega on całość; tak się stało i u Prusa w „Lalce.” Idea ogólna dopiéro wynika z powieści, nie jest zaś postawioną à priori; ferment, odbywający się w społeczeństwie naszém dzisiaj, staje się widocznym z powieści Prusa dopiéro wówczas, gdy zamkniemy oczy na pojedyncze figury i nadamy im znamiona ogólne, lekceważąc tysiączne — zresztą bardzo miłe w czytaniu — szczegóły. Nie można jednak cechy téj uważać za ujemną; dzięki temu właśnie, że Prus nie postawił żadnéj tezy à priori, jego powieść nie nosi téj nieestetycznéj plamy, która się zowie tendencyą; życie w niéj tryska i mówi za tendencyą. Taką postacią żywą i beztendencyjną jest Wokulski. Jak już wiémy, w powieści toczy się pewna walka między nowopowstającém społeczeństwem mieszczańskiém a resztkami feudalizmu rycersko-szlacheckiego. Ale ta sama walka odbywa się w Wokulskim: ma on nowożytne, demokratyczne dążenia, ale w duszy walczy przeciw nim jego rycerska natura. Nie dość na tém, przeciw jego pracy na polu handlowém, przeciw bezmyślnemu życiu salonów buntują się w nim pragnienie sławy i żądza wiedzy. Nakoniec, jeżeli jego pozycya mieszczańska wiąże się z jego duszą rycerską w jednę siłę, w miłość ku hrabiance Izabeli, to znów rodzi się w nim nowy antagonizm: walka jego żądzy wiedzy z jego miłością. Z tak rozmaitych pierwiastków, już-to znajdujących się w walce, już-to pogodzonych z sobą, składa się Wokulski. W istocie rzeczy nie jest on bynajmniéj kupcem: zamłodu był chłopcem w handlu kolonialnym, ale zza kantorka uciekł do uniwersytetu, gdzie rozmyślał nad kierowaniem balonów; kupcy go nie chcą dlatego, że jest uczony, a uczeni dlatego, że służył w sklepie. Żeni się zatém z zamożną wdową i, jako mąż kupiony, pracuje nad potrojeniem dochodów swéj połowicy. Wreszcie zacna dama umiéra; Wokulski wpada w apatyą, gdy nagle, ujrzawszy raz w teatrze Izabelę, budzi się ze snu. Człowiek ten, który doszedł lat cztérdziestu, który walczył o wiedzę, który cierpiał dla idei, który zmuszony był sprzedać się, aby z głodu nie umrzéć, który, będąc lwem z natury, zmienił się w wołu — człowiek ten nigdy dotąd nie kochał kobiéty. A było w nim zatajone olbrzymie pragnienie miłości; Izabela zapaliła w nim tę iskrę i nanowo się zbudził w Wokulskim rycerz. Czego nauczył się, będąc wołem, postanowił użyć jako lew. Rycerz średniowieczny dla swéj pani szedł zdobywać tron sycylijski, lub burzyć meczety niewiernych i składać u jéj nóg skarby padyszachów. Rycerz nowożytny idzie zdobywać piéniądze i staje się liwerantem wojskowym wczasie wojny tureckiéj, a powraca z Bułgaryi milionerem. Oto jak wiążą się w naszym ustroju społecznym dwie potęgi: piéniądz i miłość. Koniec końców Wokulski staje się wielkim kupcem: rozszérza sklep, wchodzi w związki handlowe ze Wschodem, jedném słowem występuje jako działacz pracy organicznéj na széroką skalę. Ale, mając na widoku swe miliony, przedewszystkiém myśli o téj, dla któréj je gromadzi, o pannie Izabeli Łęckiéj. Tak więc kupcem jest on tylko przypadkowo, zewnętrznie, pozornie, wistocie zaś jest to Werter, Faust, rycerz, romantyk, marzyciel, rzucony w wir epoki pozytywnéj i zmuszony pozytywnych środków używać, aby zdobyć swe cele idealne. Bardzo téż pozytywne są piérwsze środki, zapomocą których Wokulski zdobywa zaufanie ojca, następnie wejście do jego domu i zbliżenie do niéj, do Izabeli. Wykupuje weksle p. Tomasza, bierze w zastaw srébra domowe Łęckich, daje papie swéj bogini wygrywać w winta... Jaknajmniéj widuje pannę, jaknajmniéj rozmawia z nią o sobie, o swém uczuciu, zdaje się jakby pragnął, aby ona nie wiedziała o jego miłości, jakby przygotowywał dla niéj jakiś zdumiéwający coup de théâtre, któryby naraz jéj dowiódł potęgi jego uczuć i przechylił jéj serce ku niemu. Płonie i milczy, rumieni się jak student, lęka się jéj, jak niedoświadczony młodzik, ale działa, działa bezustannie. Puszcza konia na wyścigach, pojedynkuje się z baronem, kupuje dom Łęckich, podstawiając Szlangbauma, urządza owacye Rossiemu, tworzy spółkę handlową na użytek hrabiów i baronów, uczy się po angielsku, wizytuje kościoły w dzień Grobów, błądzi po Łazienkach, marzy, rozpacza, pragnie śmierci, pragnie milionów, sławy — wszystko dla niéj, tylko dla niéj... A tymczasem ona kokietuje mizernego samca, swego kuzynka, z którym mówi zamorskim językiem i wyraża się bardzo pogardliwie o Wokulskim. On słów jéj nie rozumié, ale czuje poraz piérwszy coś fałszywego w jéj głosie. Przed paru dniami przyjaciel jego, Suzin, proponował mu znakomity interes w Paryżu; nasz kupiec-bohatér, chcąc być blizko damy swego serca, opiérał się téj podróży, ale widok kuzyna-samca i oczy kokietki uszczęśliwione jego widokiem, i tajemnicza rozmowa angielska o nim — wszystko to wpłynęło na jego wyjazd do Paryża. Pojechał, myśląc o tém, czy warto stawiać życie na kartę — za tę oto maskę duszy, która kłamie, — czy może on kiedykolwiek miéć choćby cień nadziei, że obudzi żywsze bicie serca w tym marmurowo-jedwabnym posągu. Oto Paryż — Paryż bardzo fantastyczny, bardzo nierzeczywisty, ale pełen gorączkowego życia, pełen wiru, pełen ruchu, wesela i pracy. Początkowo Wokulski (którego miliony tymczasem robi Suzin) błądzi po Paryżu apatycznie i bez celu, myśli wciąż o Izabeli, każde słowo, każdy dźwięk, każdy ruch na ulicy przypomina mu ją i nową truciznę w serce mu wléwa. Ale płynąca w powietrzu świetlana dusza Paryża zwolna i jego odrętwiałą istotę budzi z uśpienia i jego myśl podnieca. Z podziwieniem czuje, że wciągu paru dni przeżył w tém mieście więcéj, niżeli przez całe życie w swoim kraju; przypomina, jak się dusił w piwnicy Hopfera, zkąd się rwał do szkoły, — jak się dusił w szkole, rwąc się do czynu, — jak się dusił w sklepie przy boku swéj żony, jak wyjałowiał po jéj śmierci i zapatyczniał, jak się dusił w stęchłéj atmosferze małomieszczańskiéj, jak się dusił, kiedy, kochając, znalazł na swojéj drodze nieprzepartą bramę przesądów, — jak dla otwarcia, téj bramy złotego klucza szukał w Bułgaryi, jak nakoniec spotkał się z protekcyjnym wzrokiem papy i cynicznym uśmiechem kuzynka, jak chciał się wyrwać z tego zaduchu i znalazł wreszcie świéże powietrze na obcéj ziemi. Nieszczęśliwy kraj — mówi książę. Podłe społeczeństwo — woła p. Tomasz. Głupi naród — mówi Szuman. Marny świat, nędzny kraj, szczególne społeczeństwo — mówią inni, a każdy za obowiązek sobie uważa wymyślać na ten kraj, naród i społeczeństwo, lub ubo- léwać nad niemi, biadać i wyrzekać. Wyrzekanie to stało się chlebem powszednim i nikt już uwagi na to nie zwraca: używa się tych wyrażeń, jak dzień dobry, jak się masz, co słychać, na które zapytany nie ma wcale zamiaru odpowiadać. Ale Wokulski czuje dobrze, czego brak temu krajowi: jest-to społeczeństwo, w którém dusi się każdy, co nie podpada pod miarę uznaną, w którém niéma miejsca dla nikogo, co ośmiela się miéć własne zdanie i nie podzielać opinij „bieżących,” w którém panuje banalność, a każda myśl samoistna, każde śmielsze pragnienie uważane są za bluźnierstwo i póty ulegać będą niwelującym wpływom otoczenia, aż, jak ono, staną się banalnemi i bezkrwistemi. Jest-to społeczeństwo anemiczne i w anemii swéj rozmiłowane. Dla Wokulskiego miejsca tam niéma: on, który mógł być uczonym, sprzedaje perkaliki; on, który mógł zdobyć sławę, marzy o jakiéjś lalce bez duszy. I nagle zjawia się przed nim fantastyczna postać, Geist, mędrzec, który stworzył metal lżejszy od powietrza, wynalazek, mający świat zreformować. Czy umysł ludzki zdoła kiedykolwiek opanować naturę tak, aby przynajmniéj z plemienia człowieczego usunąć straszliwą walkę o byt, o tém wyrokować nie można. Tymczasowo jednak każdy nowy wynalazek, każde nowe odkrycie z dziedziny wiedzy przyrodniczéj jest jednym krokiem naprzód na drodze opanowania i uspołecznienia natury. Jakkolwiek fantastycznym jest wynalazek Geista, stanowiłby on niewątpliwie przełom w technice, a zatém i w społeczeństwie. Wokulski, który oddawna marzył o rozmaitych środkach opanowania natury, z entuzyazmem przyjmuje wiadomość o tym wynalazku. Myśl ta pozwala mu zapomniéć na chwilę o Izabeli; czasami zdaje mu się, że zdobył wkońcu rzeczywisty cel życia i że temu wynalazkowi cały się poświęci. Zostanę tu — mówi. Ale w téj saméj chwili odbiéra list z kraju, gdzie go zapraszają na wieś i gdzie ma być Izabela; zatém jedzie i tu rozpoczyna się dla niego epoka idyliczna; panna, choć nie rozkochana, jest bardzo życzliwa i, choć jeszcze niezdecydowana, daje mu nadzieję. Wkońcu zostaje narzeczonym — i tu język angielski jest zdrajcą płaskości ducha Izabeli. Wokulski ją porzuca, naprzód w rozpaczy chce samobójstwo popełnić, późniéj zaś wpada w apatyą, wreszcie znika. Niektórzy sądzą, że zginął pod ruinami zamku zasławskiego, który niedawno został dynamitem rozsadzony. — Stylowy człowiek — mówi Szuman. — Runął pod resztkami feudalizmu. Widzieliśmy w Wokulskim półkupca, półrycerza, półkochanka, półuczonego. Rycerz walczył w nim z kupcem, ale kupiec i rycerz godzili się, aby wytworzyć kochanka, z kochankiem znów walczył uczony i ostatecznie kochanek zabił kupca, rycerza i uczonego, wkońcu sam zginął. To téż jeżeli Wokulski, kierowany romantyzmem, wystąpił jako działacz pracy organicznéj, to ten właśnie romantyzm rzucił go na szyny lokomotywy. A zanim go przygniotły resztki feudalizmu, przedtém jeszcze tenże feudalizm, nibyto schodząc ku demokracyi, każdy jego postępek krzyżował. Cała jego działalność została złamaną; panna z rodu arystokratycznego okazała się istotą mizerną, a sklep i spółkę wzięli po nim Szlangbaumowie.
II.
est baśń ludowa o trzech królewnach, którym dziewosłębią trzéj królewicze, czarodziejską mocą przemienieni w potwory. Jeden jest żubrem, drugi sokołem, trzeci delfinem. Oczywiście, królewne śmieją się z takich zalotników; ale królewicze przemocą porywają oporne księżniczki. Wiele kobiét znajduje się w tém położeniu: spotykają człowieka, który jest dla nich potworem, bo go natura stworzyła lwem, albo przypięła mu skrzydła; a jeżeli człowiek ten wahać się będzie w użyciu przemocy, to królewna zadrwi z jego lwiéj istoty i wynajdzie sobie osła na pocieszenie. Taką jest Izabela. Staje przed nią Wokulski, potwór dziwaczny, wół i orzeł zarazem, który jéj się wydaje podły, bezczelny i śmiészny, którego ona się lęka, którym gardzi, którego lekceważy, a który ją ubóstwia, czci i bezustannie ofiary składa na jéj ołtarzu. Ale — jak mówi pani Méliton — nie ofiarą zdobywa się kobiétę, ale siłą, siłą pięści. Otóż Wokulski, ten zaklęty królewicz, nie ma odwagi użyć swojéj pięści, a przeto zostaje zwyciężony. Autor jednakże w takiéj sytuacyi postawił swoich bohatérów, że gdyby chciał napisać powieść tendencyjną, z Wokulskiego uczyniłby apostoła; Izabelę z błędnéj drogi, by nawrócił i zakończyłby weselem, na którém piłby miód i wino. Ale Wokulski nie jest apostołem, a Izabela jest niepoprawną; Wokulski jest-to człowiek, który kocha pannę z wielkiego świata, Izabela zaś jest-to panna, szukająca karyery, o ile można w tymże wielkim świecie. Dodajmy, że jest-to panna uboga, która straciła niejako swoje stanowisko w wielkim świecie i któréj ojciec nawet zaczął się bawić w demokracyą. Pan Tomasz jest-to jeden z tych demokratów, o których Fredro powiada:
Właśnie to ubóstwo panny Izabeli, jéj zachwiane stanowisko w wielkim świecie staje się dla Wokulskiego źródłem nadziei, że ją pozyska. Wszyscy dawni konkurenci ją opuścili, pozostało dwóch bardzo starych, których Iza nie chce; zjawił się nowy, Wokulski, który dla królewny był potworem. Ona odrazu przeczuła w nim człowieka, który chce ją oplątać siecią intryg i wziąć do niewoli. Początkowo opiéra się mu, nie chce go; późniéj łagodnieje, ma chwilę prawdziwego rozrzewnienia, prawie go kocha, wreszcie oddaję mu rękę i wtedy nanowo czuje odrazę, zdradza go przed ślubem jeszcze. Nakoniec go traci i wtedy dopiéro uczuwa miłość, kiedy już jest zapóźno... Zauważmy, że podobnie jak Wokulski, tak i Izabela nigdy dotąd nie kochali; jeżeli jednak w Wokulskim rozwój miłości powstrzymały już-to idea, już-to nędza — w Izabeli naodwrót zabiła serce sztuczna atmosfera jéj otoczenia: żadna myśl, prócz myśli użycia, nie przyświéca temu otoczeniu; rozkosz jest tu celem istnienia. Wszystkie środki służą ku temu celowi, czynią życie snem egzotycznym, dokąd szara rzeczywistość nie zagląda wcale, a jeżeli zagląda, to stara się przybrać twarz jaknajbardziéj uśmiéchniętą i jaknajweselszą. W takim świecie wszystko jest egzotyczném, nienaturalném, niezdrowém. Egzotyczne kwiaty w salonach, egzotyczne potrawy na stołach, egzotyczna miłość w sercach. — Któraż tu zdrowa? — pyta p. Wąsowska, spoglądając na całą gromadę pań w salonie. — W żadnéj z nich serce nie rozwinęło się normalnie; każda miłość swoję okuła w konwenanse i, jeżeli kocha, to albo błazna takiego, jak kuzynek Izabeli, — albo skrzypka blagiera, jak Molinari, a jeżeli wychodzi za mąż, to niewątpliwie za człowieka, którego najmniéj kocha i do którego nieraz czuje odrazę. Najosobliwszą jednak była miłość Izabeli: kochała ona posąg Apollina belwederskiego, który stał w jéj pokoju i który obsypywała gorącemi pocałunkami. Wyobraźnia jéj nadawała Apollinowi najrozmaitszą twarz: raz był-to jakiś książę, to znów aktor znakomity, to znów generał, to kuzynek, a nawet niekiedy Wokulski. Otóż Apollo był kochankiem jéj duszy, ale oprócz duszy, panna z towarzystwa ma pozycyą, o którą dbać należy i nad którą czuwają „stare damy i sędziwi panowie.” Pozycyą zaś stanowią: piękne nazwisko i duży majątek. Póki Izabela była bogatą, odpychała od siebie wielbicieli chłodem i ironią; gdy straciła majątek — wielbiciele odbiegli. Panna zaczyna się starzéć, pozycya się chwieje. Stare damy radzą jéj marszałka lub barona, Izabela sama czuje sympatyą do , kapryśnego kuzynka, który od czasu do czasu ją kokietuje, ale w chwili stanowczéj ucieka do Chin i znów się pokazuje, kiedy już jest zaręczoną z Wokulskim, i znów ją łudzi, aby życie jéj ostatecznie złamać. Otóż panna z towarzystwa zostaje opuszczoną od wszystkich, pozostaje jéj tylko posąg Apollina, który jest nieżywy, a przeto pozycyi dać nie może, oraz Wokulski, który jest kupcem i może dać pozycyą bardzo poślednią. „Z salonów Wiktora Emanuela do sklepu, ach!...” Całą historyą miłości Wokulskiego podzielićby można na trzy momenta: moment epiczny, moment liryczny i moment dramatyczny. W momencie piérwszym Wokulski pod wpływem miłości staje się bohatérem: dla nieznanéj i dalekiéj toczy walki, o których ona nic nie wié, marzy o niéj, jak o oddalonéj gwieździe, nakoniec powraca z nadzieją tryumfu. Rozpoczyna się nowy okres działania epicznego, działania, które Izabeli zdaje się bezczelném i podłém: Wokulski ujrzał swe bóstwo, znalazł się na jednych z nią salo- nach, jest już w połowie drogi. Panna go jednak traktuje raczéj jak plenipotenta swego ojca, niżeli jako wielbiciela. Są chwile, że go nienawidzi, najczęściéj ma dla niego tylko pogardę i lekceważenie. Widok budzi w nim niepewność; wyjeżdża do Paryża, gdzie tajemniczy metal Geista na chwilę odrywa jego myśl od kobiéty. Ona zaś jak nie kochała nigdy, tak i teraz nie kocha, ona tylko manewruje, manewruje tak, aby pokazać Wokulskiemu, że stoi zawysoko dla niego. I naraz Wokulski w rodzinie panny znalazł protektorkę: jest-to zacna staruszka, prezesowa, która za młodych lat kochała jego stryja i którą rozłączyły z kochankiem przesądy. „Wszystko minęło, minęła młodość, minęły nadzieje, minęły troski — i tylko jeden żal pozostał w sercu, żal niewygasły...” W chwili, kiedy Wokulski chciał się związać z Geistem, otrzymuje on list od prezesowéj, która go zaprasza na wieś do siebie, dodając, że Iza tam będzie i że kilkakrotnie o nim wspominała. Tu się zaczyna idyla: panna Izabela, dzięki namowom ciotki, dzięki aureoli, jaka zaczęła otaczać Wokulskiego, jako znakomitego obywatela, dzięki temu wreszcie, że odnalazła w nim cnoty rycerskie i temu nakoniec, że nikogo innego nie miała pod ręką — stała się bardziéj przystępną, życzliwą, nawet rozrzewniała się w jego towarzystwie. Scena w lesie, szmer strumienia, łabędzie na stawie, ruiny zamku, nawet blady księżyc, cała idyliczna dekoracya — wywołują w jéj sercu taką harmonią, że zdawałoby się, iż dusze ich śpiéwają unisono. Jednakże ta harmonia jest tylko pozorem: panna Izabela znowu tylko manewruje, manewruje tak, aby Wokulskiemu pokazać, że pozwala mu wstąpić na swe wyżyny. Nakoniec długotrwały sen Wokulskiego urzeczywistnia się: zostaje narzeczonym i jest tak szczęśliwym, że nie widzi wcale pewnego żalu swéj wybranéj, że tak nizko upadła, że upadła niżéj swoich egzotycznych salonów. Bywają chwile, że dziwna wątpliwość napełnia duszę bohatéra, czasami nie widzi on w niéj ani trochy uczucia, ani trochy serca, tylko lodowatą obojętność: są-to chwile rozwagi, piękna panna rozważa skutki swego kroku; manewruje więc znowu, aby pokazać przyszłemu mężowi, że, choć pozwoliła mu wstąpić na swoje wyżyny, powinien jednak trzymać się w pewnéj odległości. Punktem kulminacyjnym jest scena w wagonie: panna Izabela rozmawia z po angielsku, cynicznie szydząc z swego przyszłego męża; na nieszczęście Wokulski rozumié jéj mowę. Tym razem manewry p. Izabeli były nieszczęśliwe: dowiodła ona, że jest niegodną, aby Wokulski zniżył się ku niéj. Gdyby Prus był Dumasem, kazałby niewątpliwie bohatérowi swemu zgładzić Izabelę ze świata z okrzykiem: „Zabiłem potwora!” Izabela rzeczywiście w pewnym stopniu robi wrażenie istoty potwornéj: jest pełną ambicyi, egoizmu, niewdzięczności i obłudy, jeden krok jeszcze, a popełniłaby grzéch śmiertelny, gdyż „każdy biały anioł jest w dziesiątéj części prostytutką.” Wogóle dla płci pięknéj niebardzo łaskawy jest Prus. Oprócz prezesowéj, która jest zacną staruszką, i p. Stawskiéj, która jest bardzo miłą i poczciwą kobiétą, wreszcie p. Wąsowskiéj, sceptycznéj lecz sympatycznéj kokietki, wszystkie inne kobiéty są-to istoty potworne, jak n. p. Ewelina. Poza tém rozrzucił autor po swém dziele mnóstwo sarkastycznych uwag o miłości, o kobiétach, o ich rozumie i sercu. Jego bohatérowie mają najczęściéj bardzo sceptyczne pojęcie o „królowéj stworzenia.” Uważa on je za bardzo pożyteczne, ale tylko do rodzenia dzieci. We wszelkiéj robocie poważnéj są one tylko zawadą. Trzeba jednak w jakiś w sposób zużywać energią, albo przynajmniéj drażnić nerwy, a do tego celu potrzebne są kobiéty piękne, eleganckie i odpowiednio wytresowane. Wogóle mówiąc, najlepiéj jest zmieniać kochanki cokwartał, bo inaczéj człowiek staje się niewolnikiem jednéj, a najczęściéj „mężczyzna jak kogut uwija się między kulkunastoma kurami, albo kobiéta, jak wilczyca w lutym, wabi za sobą całą zgraję ogłupiałych wilków lub psów.” Ale i wśród kobiét znajdują się takie, które przeciw temu porządkowi protestują, które chciałyby podnieść stanowisko kobiéty: taką jest p. Wąsowska, osoba pełna inteligencyi, ale słabéj woli, i która umié tylko mężczyzn oskarżać, wołając: „Wszyscy jesteście podli, wszyscy jesteście nikczemni... Wyście obdarli nas z ideałów, uczyniliście z kobiéty odaliskę, przeznaczoną dla rozpusty.” Wokulski zaś nieraz zastanawia się nad tém, co możnaby nazwać metafizyką miłości: o ile dana osoba jest rzeczywiście tą przeznaczoną i narzeczoną zgóry. Oczywiście Wokulski myśli o Izabeli, rozważając, o ile najpiękniejszy lew może obudzić miłość w najszlachetniejszéj gęsi? Niestety, gatunek ludzki rozdzielił się na klasy, otoczył się prawami i konwenansem i nie masz drogi, zapomocą któréj gęś mogłaby pokochać lwa, a jeżeli cud taki się stanie, to niewątpliwie poto tylko, aby przesądy i konwenanse mogły złamać życie dwojga ludzi, jak to było z prezesową.
III.
okulski i Izabela są-to dwie główne postacie romansu: poza nimi znajduje się cały szereg figur drobniejszych i zupełnie drobnych, które przewijają się, niby w kalejdoskopie, po rozmaitych kołach powieści. Najważniejszą z tych figur jest Rzecki, stary subiekt w sklepie Wokulskiego, poczciwiec, siwy, nieznający życia romantyk, zapleśniały w sklepie; jednakże ma i on namiętność: kocha swego pryncypała. Na te dwie nici nanizał on swój pamiętnik, który przeplata rozdziały powieści. Pamiętnik ten jest pisany z humorem i dobrotliwością, ze szczególném uwzględnieniem wszelkich drobiazgów życia: wogóle nosi te wszystkie cechy, które charakteryzują Prusa; z tego powodu niewiele on się różni od tonu saméj powieści i aż nadto czuć, że Prus i Rzecki, jest-to właściwie ta sama osoba. Pomimo to postać Rzeckiego ma swoję charakterystykę bardzo ścisłą, bardzo dokładną; chociaż niekiedy wypowiada on myśli zbyt wysokie w stosunku do swego poziomu umysłowego, można go śmiało nazwać najbardziéj skończoną i jednolitą postacią romansu; najwięcéj odpowiada on temperamentowi autora i najwięcéj się zgadza z jego usposobieniem: dlatego jest w nim najmniéj sprzeczności i Prus najlepiéj go rozumié. Wokulski ma w sobie wiele cech znakomitych, ale znajdują się w jego malowidle sprzeczności, niekonsekwencye, powtarzania: w podejrzany sposób zbogacił się w Bułgaryi i uważa się za porządnego człowieka; jego miłość, bardzo wzniosła, miéwa chwile zupełnie odwrotnego charakteru; jego rozmyślania o Izabeli toczą się zawsze około jednego punktu i chwieją między miłością a śmiercią, co się wkońcu staje nieco monotonne; czasami w jego miłości nie czuć wcale zmysłów i zdaje się, że Wokulski kocha głową raczéj, niż sercem; jedném słowem w Wokulskim zbyt wiele jest kontrastów; jest-to postać zbyt przerastająca drobiazg otoczenia, tak iż autorowi nieraz trudno z tych kontrastów wybrnąć. Jeszcze więcéj niedokładności zawiéra w sobie postać Izabeli: i tu widocznie kontrastowość zbyt uniosła autora, tak że uczyniwszy z Wokulskiego człowieka aż nazbyt szlachetnego, przemienił Izabelę w istotę potworną. Tymczasem Izabela jest-to w gruncie bardzo miła i dobra panienka, zepsuta nieco dzięki swéj atmosferze, obdarzona wykwintnym smakiem estetycznym i która lęka się nędzy tylko przez poczucie estetyczne. Jest ona przytém dość szczéra, aby nie kłamać Wokulskiemu, że go kocha (jak to na przykład czyni Ewelina), i wistocie rzeczy nie można się dziwić, że ona go nie kocha, choć zdaje się czasem, że autor ma o to pretensyą do swéj bohatérki. Zdaje mi się wogóle, że Prus zbyt wiele własnego uczucia wléwa nietyle w swoje postacie, ile w ich stosunki i że, dzięki temu, zarówno on sam, jak i czytelnicy z fałszywego punktu spoglądają na nie. Dzięki téj właściwości Prusa, że widzi on najlepiéj szczegóły i drobiazgi, im figura drobniejsza, tém lepiéj ją odtwarza, przytém umié każdéj z tych figur nadać tak żywą, tak odrębną, tak prawdziwą fizyognomią, że nieraz pragnąłbyś, aby zamiast kilku figur wielkich, Prus malował ci setki maleńkich postaci. Poza Wokulskim i Rzeckim widzimy całą gromadę drobnego mieszczaństwa — kupców, agentów, subiektów handlowych, Żydów i tym podobnych figur; za Izabelą stoi świat salonowy, książę, protektor przemysłu, marszałek, baron, rozmaici hrabiowie, szlachta nienawidząca magnatów, p. Tomasz demokrata i t. p. Na dalszym planie dom, nabyty od Łęckich, a w nim baronowa Krzeszowska, pani Stawska, Maruszewicz, studenci, praczki, panny służące i wiele, wiele innych postaci. Jakby oddzielny świat stanowią u Prusa ludzie poszukujący kwadratury koła — Ochocki, Szuman, we Francyi Geist, częściowo i sam Wokulski. Inny znów, oddzielny świat poznajemy na wsi, u prezesowéj: jest-to właściwie ten sam świat salonowy, ale bez konwenansu, bez fałszu, owiany jakąś spokojną atmosferą dobroci zacnéj staruszki, która wciąż pamięta o swym straconym, a niezapomnianym poruczniku. Na końcu widziéć się dają pojedyncze postacie z ludu: Wysocki, Magdalenka, . W dalekiéj perspektywie ruchliwe życie Paryża i raz jeden scenę z Germinala, gdzie znowu lud występuje, ale nie pojedynczo już, tylko zwartą masą. Jednakże te oddzielne światy nie żyją każdy życiem osobném, ale przeciwnie, jeden w drugi wchodzi, jeden drugi wspiéra, jeden drugiemu zawadza; one przenikają się nawzajem, jeden wléwa się w drugi, jeden ściga, drugi uchodzi, to znów naodwrót. Jedném słowem widzimy w „Lalce” społeczeństwo, które nie stoi na miejscu, ale przeciwnie, tak się porusza, że zaciérają się kontrasty tych oddzielnych światów, lub wytwarzają się nowe. Jest-to społeczeństwo w fermencie, gdzie widzimy najrozmaitsze grupy ludzi, z których każda swoje własne interesa uważa za piérwszorzędne i dzięki temu powstają konflikty między nią a inną grupą. Wokulski pragnie wejść w świat arystokratyczny, książę chce się zbliżyć do przemysłowców i kupców, Izabela czuje wstręt wrodzony do kupiectwa, pani Wąsowska chciałaby zreformować małżeństwo, prezesowa chciałaby znieść różnice klasowe, Szlangbaumowie wdziérają się w sprawy sklepu i spółki, Klein chciałby całe społeczeństwo odgóry dodołu przemienić. Jedném słowem każda grupa czy jednostka wdziéra się w interesa drugiéj jednostki lub grupy; jeden tylko Rzecki jest człowiekiem na swojém miejscu, nie upa- da on niżéj ze swego stanowiska, ale téż nie pnie się ku górze; jest niby stojąca woda, w któréj się wszystko odbija, ale prawie zawsze ma te same widoki. Izabela na przykład jest-to kwiat egzotyczny, któremu naraz wypadło stanąć oko w oko z rzeczywistością i naturalnie zjawisko to przeraziło ją swojém brutalném obliczem; ona chciałaby ujść od téj rzeczywistości, ale ta całym ciężarem ją przywala, przeto wchodzi z nią w kompromis obłudny i nielitościwy. Przeciwnie, Wokulski z całą świadomością pnie się ku górze, łamie zamknięte wrota salonów, narzuca arystokracyi swoje myśli, jak zdobywanie nowych rynków handlowych, jednocześnie stara się oplątać swą boginię siecią swoich poświęceń i posiąść jéj serce i rękę: on stanowi właśnie tę rzeczywistość, która Izabelę przeraża. Książę wraz z grupą salonowych panów — biadając nad nieszczęśliwym krajem — schodzi ze swego Olimpu ku zwykłym śmiertelnikom, aby od nich otrzymać 15% od kapitału włożonego do spółki handlowéj. Również nieustaloną jest pozycya Żydów: inaczéj wyglądają oni w I‑ym tomie, inaczéj w III‑cim; wciągu pisania romansu zmienił się sposób widzenia Prusa i również zmienił się charakter Szlangbauma i Szumana; wzajemny stosunek humanitarny, jaki trwa między nimi i ich otoczeniem, zmienia się w antagonizm, którego źródło leży ostatecznie w tych samych przyczynach, jakie wywołały owe stosunki humanitarne. Podobnie jak Wokulski, i cała powieść tchnie jednym duchem: widzimy tu społeczeństwo w fermencie, gdzie stary romantyzm i nowy pozytywizm przenikają się wzajem i walczą ze sobą; romantyzm w gruncie rzeczy wyobraża dawne tradycye rycerskie, pozytywizm zaś nowe dążenia demokratyczne. Dążenia te formułują się w zasadzie pracy organicznéj i polegają na wytwarzaniu narodowego handlu i przemysłu; w piérwszym momencie wytwarzanie to odbywało się solidarnie z dotychczasowym elementem przemysłowym, w drugim — nowy element występuje odpornie przeciw Żydom. Szlangbaum i Szuman w I‑ym tomie wyobrażają ten piérwszy moment, w III‑cim tomie ten moment drugi. Jakkolwiek w „Lalce“ nowotworząca się warstwa — w przedstawicielu swym Wokulskim — upada niejako zwyciężona przez bardziéj wyćwiczony element dawny tak, iż ostatecznie Szlangbaumowie biorą sklep i spółkę, to jednak możemy bardzo przejrzyście dostrzedz, jakie przyczyny powodują ten upadek. Nie leżą one bynajmniéj w pozytywnych, kupieckich błędach bohatéra, tylko w jego romantyczno-werterowskiéj naturze, w jego pogoni za nieuchwytnym ideałem. Znając tedy przyczyny upadku Wokulskiego, możemy łatwo przewidziéć jego następców, którzy nie będą ścigać Izabeli, ani marzyć o nieważkim metalu, ci energiczniéj poprowadzą walkę z dawnym elementem handlowym i wypłyną na pełne morze pracy organicznéj. Tak więc „Lalka” stanowi ruchomy kalejdoskop społeczeństwa, które się formuje, które się staje, ztąd porywy są w niém sprzeczne, dążenia osłabiające się nawzajem, rozczarowania bolesne, upadki gwałtowne; jeszcze częściéj apatya i ubezwładnienie woli, ściéranie się podobieństw i przeciwieństw wywołują ten rezultat, że sympatye i antypatye, analogie i różnice giną i w ostatecznym wyniku znajdujemy bierność, nijakość, indyferentyzm, anemią, a w najlepszym razie malkontentyzm i pesymizm. Ponad temi prądami psychicznemi płynie fatum, dla którego te drobiazgowe walki są niczém i które — pomimo nas i przeciw nam — do swoich celów dąży; jednym ze środków do tego celu prowadzących jest owo stawanie się nowego społeczeństwa, owa formacya nowéj warstwy, proces biologiczny wewnątrz organizmu narodowego. „Lalka” wyobraża ten proces na rozdrożu między żywiołowym ruchem mechanicznym, a częściowém tego ruchu uświadomieniem; atawistyczne odruchy dawnego społeczeństwa i instynktowe dążenia nowego wywołują, dzięki starciu swoich własnych piérwiastków, bezustanne wahania jednostek to w tę, to w owę stronę. Gdyby „Lalka” była świadomém tego ruchu wyobrażeniem i gdyby stała wyżéj, niż to ma miejsce pod względem artystycznym, stanowiłaby piérwsza ściśle nowożytną powieść polską, byłaby całkowitym obrazem dzisiejszego fermentu społecznego: byłaby arcydziełem, może nawet stanowiłaby przełom i stworzyłaby epokę. Niestety, „Lalka” arcydziełem nie jest. Jeżeli beztendencyjność „Lalki” stanowi jéj cechę estetyczną, to przeciwestetyczną cechę stanowi przypadkowość jéj roboty, w całém dziele widoczna. Autor, zdaje się, pisał ją nie według jednego planu, ściśle i logicznie, ale pojedynczemi urywkami, felieton po felietonie, które przerywał tygodniowém albo i dłuższém milczeniem, zapominał o swoich postaciach, nanowo je wywoływał, stwarzał nowe figury, gromadził figury na figury, wypadki na wypadki. Są tam opuszczania, powtarzania, zapomnienia. Są tam niespodzianki, zadziwiające zarówno autora, jak i czytelnika. Jedném słowem, pisząc każdy felieton zosobna, kierował się autor przypadkiem swego natchnienia, przytém bardzo kapryśnego, i dzięki temu, stworzył powieść, w któréj pojedyncze zdania są genialne, sceny wyborne, rozdziały bardzo dobre, tomy bardzo przyjemne, a całość chaotyczna, rozerwana i niejednolita. Przypadkowo mi się zdarzyło, żem przeczytał naprzód tom II‑gi i tom III‑ci, a późniéj tom I‑szy, którego treść w kilku słowach mi powiedziano: nic-em nie stracił. Za drugim razem czytałem w porządku I, III i II i znów żadnego braku nie czułem w czytaniu. Za trzecim razem czytałem w porządku naturalnym (I, II, III) i przekonałem się, że mógłbym „Lalkę“ czytać w jakimkolwiek porządku i okazałoby się, że każdy tom jest dobry i że wszystko w niéj jest potrzebne i niepotrzebne. Jest-to suma kilkudziesięciu małych powiastek, z których każda jest arcydziełkiem, ale suma ta nie jest całością, tak jak oddzielnie wzięte wszystkie organa człowieka, choćby nawet zszyte i zesztukowane, nie są człowiekiem. Jest-to wynik pewnego lekceważenia sztuki, jakie Prus wielokrotnie wyrażał w swoich kronikach i rozprawach, jest-to może również wpływ téj atmosfery anemicznéj, która nas otacza i która wywiéra zabójczy wpływ na wszystko, co jest literaturą, sztuką i artyzmem. Godne to uwagi, że w téj powieści, która całe społeczeństwo ogarnia, w któréj widzimy kupców, szlachtę, hrabiów, panny dobrze urodzone, studentów, praczki, tragarzy, żołnierzy, magdalenki, damy z wielkiego świata, karciarzy, socyalistów, Żydów, adwokatów, Anglików, Włochów, Francuzów, mistyków, techników, dzieci, lud, nawet reporterów — w całéj téj powieści Prus nie znalazł miejsca dla jednego choćby artysty (nie można tu rachować cudzoziemskich postaci Rossiego i Molinarego). Nie wątpię, że Prus potrafiłby również dobrze oddać psychologią artysty, jak to uczynił n. p. z Wokulskim: ale, poprostu, fotografując nasze życie, nie widział on w niém tego elementu i dlatego téż nie czuł potrzeby umieszczenia go w swoim romansie. Bo gdzieżby go pomieścił? Już i tak ci ludzie, którzy cokolwiek sięgają poza małomieszczański koniec swego nosa (jak Wokulski, Ochocki, Szuman) — już i ci ludzie marnieją. Gdzieby mógł on pomieścić artystę? Koło sklepu Wokulskiego, koło salonów księcia, koło baronowéj Krzeszowskiéj, koło poczciwéj pani Stawskiéj, koło Izabeli? Nie, nigdzie niéma tu dla niego miejsca, żyje on całkowicie poza sferą ciążenia wszystkich tych grup społecznych, które maluje Prus. Podobnie jak śród setki figur „Lalki” nie masz artysty, tak w jéj całości czuć brak artyzmu. Jest-to zapewne wina Prusa, że zaniedbał dzieło swe udoskonalić: ale jest-to również wina otoczenia, które nie wymagało odeń téj doskonałości; a może nawet ono właśnie zabiło w nim — jak i w wielu innych — dążność do doskonałości. Jest-to bowiem otoczenie, w którém arcydzieła rodzić się nie mogą: godne uwagi, że najznakomitsze dzieła polskie powstały nie w społeczeństwie polskiém, ale poza jego granicami, jakgdyby w tém społeczeństwie powietrze było zbyt duszne, aby w jego miazmatach mogło powstać jakieś dzieło skończone i jakby dopiéro tam budziło się pragnienie arcydzieł, gdzie wpływy tego zatrutego powietrza sięgnąć nie mogą. Możliwe bardzo, że gdyby Prus dzieło swoje napisał poza tą duszną atmosferą, „Lalka” byłaby powieścią epokową. W obecnéj swéj formie jest ona tylko dziełem znakomitém, a w każdym razie stanowi événement litteraire mijającego wieku. Czytelnicy zaś mogą miéć do autora pretensyą tylko o to, że nie stworzył arcydzieła, chociaż mógł był i powinien to uczynić.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Bolesław Prus: „Lalka”.
