Read here

Tajemnica roku 1688

Stanisław Tarnowski · 1889 · Free in the US

14,273 words · about 1 h to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1889 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Tajemnica_roku_1688&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Stanisław Tarnowski
Language
Polish
Published
1889
Length
14,273 words · about 1 h
Sections
3 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (3)
  1. Front matter about 7 min
  2. I about 21 min
  3. II about 33 min

Continue:

Front matter

TAJEMNICA ROKU 1688.

„Stupebit posteritas" — mówił król Jan po skończonej Radzie Senatu 24-go marca w Grodnie, po zerwanym Sejmie roku 1688 — „że po takich zwycięstwach i tryumfach, po tak szerokiej na świat rozgłoszonej sławie, aeterna nas, żal się Boże, potkała labes et irreparabille damnum." I spełniła się jego przepowiednia. Dziwi się potomność i pojąć nie może, jakim sposobem sejm, po trzechletniej przerwie pierwszy zebrany, a w okolicznościach dla Ojczyzny tak niezmiernie ważnych, bo wojna turecka trwała zawsze i o odzyskanie Podola chodziło; że sejm, od którego tyle zawisło, mógł się rozejść bez pożytku, ze szkodą Rzeczypospolitej. Zdumiewa się i pojąć nie może potomność, jakim sposobem prywata dojść mogła do takiej mocy i takiego poszanowania, że błahy (choćby nawet słuszny) powód, a dopieroż marny choć chytry pozór, mógł przeważyć wszystkie względy i potrzeby publiczne i pięć tygodni nie dopuszczać sejmu nawet do wyboru marszałka, bez którego się też, nierozpoczęty naprawdę, zakończył. Ale najbardziej może stupet posteritas na widok tej nienawiści zawziętej, jaką ścigany jest na każdym kroku król Jan III od swego z wyprawy wiedeńskiej powrotu. Zdawałoby się, że wdzięczność była naturalną i konieczną; że miłość ojczyzny i miłość chwały powinny były zwrócić nasze umysły i serca do człowieka, który zwyciężył. Wedle logiki i wedle wrodzonych praw ludzkiej natury, po Wiedniu król powinien był być silniejszym, aniżeli przedtem, w przekonaniu i w przywiązaniu narodu mocno zakorzenionym. Tymczasem wbrew temu, czego po ludzku i logicznie należałoby wyglądać, każdy jego zamiar natrafia na niechęć, na podejrzenie, na opór, na stanowcze i nieprzełamane przeszkody; każdy krok na złośliwe tłómaczenie i oskarżenie; każdy zamiar czy krok, na udaremnienie. Zamiast głosów wdzięczności i tryumfu, coraz liczniej, coraz głośniej i coraz bezczelniej podnosi się głos paszkwilów, w których coś prawdy zawsze jest, żeby większa część kłamstwa prawdziwszą wydać się mogła; zamiast skupienia się około zwycięzcy i sprężystego uwieńczenia dzieła pokojem, zwracającym Polsce Kamieniec, sejmy zrywane, skarb pusty, wojsko nieopatrzone i niepłacone, a wskutku tego wojna, ślimacząca się pomału, bez skutku. Zamiast tej, jeżeli już nie wiernej miłości, to przynajmniej marnej popularności, jaką król pod Wiedniem zdobyć sobie u narodu miał prawo, konszachty z zagranicznymi panami i spiski przeciw swojemu. Tłómaczymy się i wymawiamy powszechnym, współcześnie bardzo zepsutym obyczajem publicznym w Europie; na pociechę przywodzimy sobie na pamięć obce przykłady zgorszenia i przekupstwa, angielskie ministeryum, kabały i króla na żołdzie nieprzyjaciela, Ludwika XIV, ale wymówka to niedostateczna a pociecha słaba, bo okoliczności łagodzące mało złagodzić mogą smutek, jakiego się doznaje na widok, że osłabienie publicznego ducha i rozprzężenie państwa doszło u nas do gorszącego i rozpaczliwego stopnia. Tego rozprzężenia dowodem jednym z najwymowniejszych był sejm grodzieński r. 1688, zerwany przed wyborem marszałka jeszcze, i następny warszawski, zaczęty w grudniu tegoż, zerwany 31-go marca 1689 roku. Jeden, zamiast podatków na zapłacenie wojska i dalszą wojnę turecką, zatrudniony był sprawą prawomocności lub nieprawomocności wyboru Dąbrowskiego, chorążego wileńskiego, na posła, i wynikłą ztąd protestacyą; drugi, zamiast spraw tych samych i innych (jak odszkodowanie obywateli ziem odstąpionych... traktatem Grzymułtowskiego, jak traktat handlowy z Holandyą, jak poprawa monety), zatrudniony był sprawą małżeństwa Radziwiłłównej 1-o voto margrabiny Brandeburskiej królewiczowi Jakóbowi zaręczonej z księciem Neuburskim; jeden i drugi w tych sprawach podrzędnych znajdował tylko pozór i sposób do tamowania ważniejszych i krzyżowania zamiarów króla; jeden i drugi odbywał się pod skrytem działaniem uknutego przeciw królowi spisku, a bezskuteczność ich była tego spisku skutkiem. Ze wszystkich zagadek przeszłości najzawilsze, najtrudniejsze do wykrycia i do porządnego organicznego złożenia całości, bywają historye minionych spisków. Nie przed współczesnymi — tylko przed potomnością także i historyą ukrywa się spisek z natury rzeczy, bez osobnego zamiaru. Pisze oczywiście jak najmniej; najważniejsze tajemnice jeżeli pisać musi, to cyfruje; papiery swoje dla ostrożności często niszczy; wreszcie prawdy nie mówi a myśli nie wyjawia, bo do wtajemniczonych wyraźnie pisać nie potrzebuje (dorozumieją się zawsze, o co chodzi), a w tem, co przeznaczone jest dla wielkiej liczby stronników mniej zaufanych, całej i prawdziwej swojej myśli wyjawić nie chce, owszem nadaje sobie zawsze szlachetne pozory niewinnego, uczciwego sprawiedliwego celu. Ztąd trudność dla biegłego i dla wielkiego nawet historyka, trudność niezmierna w wyśledzeniu i w dobyciu na wierzch początków i wątku, powodów i celu, wszelkiego w przyszłości spisku. Kto historykiem nie jest, kto badać źródeł i faktów składać nie uczył się i nie umie, ten nie ma prawa zrywać się na zadanie nad siły i naraża się na naganę tak słuszną, jak szewc, kiedy zarozumiale sięgał ultra crepidam; a byłby i bez wymówki zupełnie, gdyby opłakiwany, a nigdy dosyć, jeneralny sekretarz tej Akademii jednem z ostatnich swoich życzeń i poleceń nie był wymógł na nim przyrzeczenia, że na najbliższem publicznem posiedzeniu Akademii, zwróci uwagę słuchaczy na ten fakt ciekawy a mało znany, gdyby nie był wskazał, jakiemi środkami i w jaki sposób zadanie to rozwiązanem być może. Bez nadziei rozwiązania i tylko w poczuciu spełnienia tej ostatniej woli, podjętą była niniejsza praca, której niech to wyznanie wytłómaczy nietylko błędy, ale i samo istnienie. Że w roku 1688 i 1689 był jakiś przeciw królowi Janowi spisek, to wiadomem było wszystkim, co się historyą polską uważniej zajmowali. Nie mówiąc o źródłach lżejszych, opowiadających, jak Dalerac, Coyer itp. Załuskiego Epistolae Historico-Familiares zawierają tyle widocznych i niezaprzeczonych śladów takiego faktu, że w nowszych historyach Polski znajduje się on zawsze, wspomniany przynajmniej, jeżeli nie opowiedziany. We wszystkich zgodnie i trafnie za powód jego podany jest antagonizm francuzkiej i austryackiej polityki, oddawna znajdujący w Polsce plac swoich walk i popisów; za narzędzia i główne role te lub owe wielkie domy i osobistości magnackie, zazdrosne między sobą, królowi nienawistne i prowadzące na własną rękę politykę w Wiedniu, Paryżu lub Berlinie; za punkt wyjścia i pozór częścią rzeczywiste dworu nadużycia lub błędy (jak sprzedawanie urzędów), częścią niedowiedzione, nieokreślone i nieustalone, ale dla opinii ówczesnej zawsze przestraszające dążenia króla do absolutum dominium. Wiedziano też, że spisek wykryty, do wiadomości króla, następnie senatu i wszystkich doszedł; wiedziano, że pomimo gwaru i oburzenia skończył się, jak zwykle, na bezkarności winnych a przebaczeniu królewskiem; ale tych ogólnych zarysów szczegółami nie wypełniono dotąd bo te szczegóły nie były wyszły na jaw. Najobszerniej, najdokładniej opowiada tę sprawę A. Z Helcel w jednym z rozdziałów „Dwukrotnego małżeństwa Ludwiki Karoliny Radziwiłłównej," gdzie podaje przebieg sejmu warszawskiego z r. , ale i jego opowieść jest ogólnym tylko głównie na Załuskiego Epistolach opartym zarysem. W ostatnich latach zarys zaczął się wypełniać i nabierać konsystencyi; p. Klemens Kantecki ogłosił w Przewodniku Naukowym z 1877 r. (str. 767) z manuskryptu biblioteki Im. Ossolińskich list króla Jana, pisany do Szczuki, podówczas rejenta kancelaryi koronnej dnia 20 maja 1688 roku, w którym król donosi: „że owych w Grodnie odkrytych zawziętości i spisków już rzetelne następują effectus. Sejmiki Czerski y Łęczycki złośliwie zerwane, Warszawski limitowany, a to wszystko na to, żeby indepensam mieć i zostawić Rempublicam, y żeby Colligaci bez nas pokoy uczynili, ponieważ im y sobie w niczym pomagać nie chcemy. Wielmożny Kanclerz WXLgo przejeżdżając Warszawę, żegnał nas tanquam non reversurus. Wyznał wszystko, prosił o amnestyą którąśmy mu z chęcią dali. Opowiedział wszystko z wielkim żalem, wprzód przed czterema senatorami, to jest xiążę Kamienickim, Inflantskim, Biskupami, Bełskim i Malborskim. Wojewodami. Potwierdził to potym y Scriptem przy podpisie własnej ręki swojej"... „Możesz uprzejmość Twa communicare komu rozumieć będziesz, iako cudownym sposobem P. Bóg te spiski odkrył, naprzód w Grodnie przez urodzo Kuchmistrza y Miecznika Lito, potym w Wilnie przez Wielm. Wdę Połockiego, na ostatek tu przez P. Kanclerza Lito „Są y insze jeszcze rzeczy świeże (iuż także po odjeździe Uprzeym. Tw.) cudzoziemskie wprawdzie, ale tym smacznieysze, iż przywoźne specyały." Jest więc dowód wyraźny, że w Grodnie (zatem w początkach roku 1688) król wpadł na trop jakiegoś spisku, a przynajmniej wpaść mniemał; są ludzie, którzy ten spisek wydali; jest w ich wysokich stanowiskach conajmniej wskazówka, że nie była to rzecz błaha i nieznacząca, i jest wreszcie ślad, że ta w Grodnie wykryta spiskowa robota nie skończyła się w Grodnie, nie dała za wygraną, ale owszem ciągnęła się dalej, skoro w Koronie pokazują się jej „rzetelne effectus," skoro wykrywają się coraz nowe „authentyczne" dowody, skoro kanclerz litewski stwierdza to, co przedtem zeznali inni. Ale jeżeli można z tego listu nabrać przekonania, że spisek był i że trwał, to tego jeszcze poznać nie można, kto go i w jakim celu zawiązał. Może inne źródła pozwolą na to pytanie choć w części odpowiedzieć. List wyżej przytoczony, przechowany w Bibliotece Im. Ossolińskich, należy do papierów Stanisława Szczuki, regenta podówczas kancelaryi królewskiej, później referendarza kor., w końcu podkanclerzego W. Ks. Lit. Dostały się one w posiadanie Józ. Max. Ossolińskiego przez Ignacego Potockiego, marszałka nad. lit., ale były częścią tylko tych papierów, które córka Szczuki wniosła po ojcu w dom Kątskich, a jej córka znowu w dom Potockich, linii zwanej podówczas Radzyńską. Wiadomo, że dawny obyczaj polski pozwalał regentom kancelaryi zatrzymywać w swojem posiadaniu wszystkie te jej akta, które nie były wciągnięte w metrykę koronną; to tłómaczy, jakim sposobem dziś w rękach prywatnych znajduje się nieraz wiele nieocenionych papierów królewskich; to tłómaczy, jakim sposobem papiery Szczuki znajdują się w Bibliotece Wilanowskiej. Z ukrytych skarbów tamtejszych, bez których rzetelna znajomość dziejów króla Jana zgoła była niemożliwą, wiele już wyszło na jaw, dzięki pracowitym i wspaniałym wydawnictwom p. Fr. Kluczyckiego, a da Bóg, że po kolei ogłoszone będą i te, które się do lat późniejszych odnoszą, między niemi i dokumenta do roku 1688 i 1689. Ale zanim dojdą w całości do rąk czytającego świata polskiego, pozwalamy sobie wydobyć niektóre z nich, skoro szlachetna uprzejmość ich zawiadowcy i wydawcy, łaskawie dała nam do nich przystęp, a za uprzejmość tę należne i gorące wyrażając dzięki, na nich oprzeć następującą wiadomość.

I

Jesteśmy w Grodnie, na sejmie otwartym dnia 27 stycznia. Dwór zajęty (nieszczęśliwie a niezręcznie bardzo) kwestyą, czy królewicz Jakób będzie miał krzesło postawione obok tronu pod baldachimem; opozycya, widząca lub udająca zręcznie, że widzi w tem zamach na wolną elekcyę i krok do absolutum dominium; Dąbrowski, poseł i chorąży wileński, wyszedł z protestacyą przed wyborem marszałka jeszcze, za nim wyszedł p. Tokarzewski, poseł inflantski, i cały czas trwania sejmu zeszedł na pytaniu, czy protestujący do Izby powrócą, na zabiegach, żeby do niej wrócić raczyli. Podczas tego zawieszenia i oczekiwania panowie senatorowie nie bardzo jakoś spieszą się do Grodna. „Na raku Primores na sejm jadą," — pisze kardynał Radziejowski do Szczuki z Reszlu 24go lutego — „szyja moja w tym, że to ex industria, coby się ta materya (krzesło przy tronie dla królewicza) na tę albo na ową stronę wprzód determinowała." Ale i sama Eminencya księcia biskupa Warmińskiego a dezygnowanego już następcy Wydżgi na Prymacyalną gnieźnieńską stolicę, jakoś się z przyjazdem ociąga. Miesiąc przeszło upłynął od otwarcia sejmu, a on co chwila staje, zatrzymuje się po drodze, wypoczywa, bawi się w mięsopust lub odprawia exekwie za zmarłych przyjaciół, i listami tylko zapytuje, czy przyjechać może, czy mu wypada. On, pełen submisyi, gotów zawsze, zrobić co mu każą, gotów złożyć pieczęć mniejszą, skoro ta z arcybiskupstwem gnieźnieńskiem nie jest compatibilis; gotów i wielką przyjąć, wakującą właśnie po śmierci kanclerza Wielopolskiego, gotów na wszystko dla usług Jego Król. Mości, a jednak jakoś się waha, czegoś się obawia, nie od króla, „bo geniusz jego jest wiadomy," ale „a susurronibus," i tylko prosi kores- pondenta swego, żeby go pilnie uwiadomiał, a postanowienia swoje i przyjazd w opiekę zaufanej i troskliwej jego dyskrecyi oddaje (Listy do Szczuki z 2 lutego, 26 lutego, i 1 marca). Załuski znowu, biskup kijowski, był w Grodnie już 1 lutego, ale dobrze przez króla, gorzej przez królową zdawna na niego gniewną przyjęty, usunął się rychło i przesiadywał na wsi w okolicy więcej niż w Grodnie samem. Hetman w. lit. Kazimierz Sapieha, nieobecny także. Zdarzało się często, że frekwencya senatorów małą bywała na sejmach, ale w tym razie właśnie, i właśnie tych, czy nie odpychała od Grodna i dworu, tajemnicza jaka niespokojność i obawa? Na dworze tymczasem, w największej zapewne tajemnicy, odbywa się dnia, którego oznaczyć nie możemy, scena zajmująca, której się domyśleć a prawie przypatrzeć możemy. W gabinecie zapewne króla i w jego prawdopodobnie obecności, siedzi regent kancelaryi królewskiej, i jako protokulista sądowy pisze szybko po słowie człowieka stojącego zapewne i pomięszanego. Że pisał szybko i po słowie, dowodzi pismo na karcie, która się do naszych (Rkps. Bibl. Wil.) czasów dochowała. Mówi tedy ów zeznający, że „Naypierwey skrypt spisku warszawskiego podpisał Michał Radziejowski biskup Warmiński y nominat-arcybiskup Gnieźnieński; 2. Biskup chełmiński, Opaliński; 3. Załuski, biskup kijowski; 4. Lubomirski, marszałek w. kor. (Stanisław Herakliusz). 5. Wielopolski, kanclerz kor. y wszystek skript ręką jego pisany, który skript był u Pa Podskarbiego W. X. L. y sam mnie namawiał pan Kanclerz do podpisu; 6. Ja; 7. Zamoyski, Podskarbi koronny (Marcin); 8. Sapieha, Podskarbi W. X. L. (Benedykt); Dziewiątego i dziesiątego nie pamiętam, ale zda mi się pan Morstyn, co był Zatorskim chorążym, a teraz kasztelanem Czerskim. Przypomniałem sobie dziesiątego, pana Rostworowskiego, chorążego Liwskiego.“ Punkta tego skryptu były: „1. Vivente principe o żadnym Panu nie myśleć; 2. In commune bonum cokolwiek który kandidat dał obrócić; 3. Urzędy wszystkie in suo esse zostawać mają; 4. Consurgere przeciwko temu ktokolwiek ad normam króla Kazimierza i Ludwiki po kominach jeżdżąc zbiera podpisy. Dla wojewody wileńskiego było miejsce zostawione. Przychodzili w chorobie moiey z drugim skriptem w Grodnie, Unichowskiego ręką pisanym, alem się nie podpisał y nie chciałem wchodzić w te niecnotliwe rady. W Grodnie na skrypcie Unichowskiego iest JMć Xiądz Kardynał y JMć Pan Marszałek w. koronny, y P. Wda Wileński, Podskarbi koronny y Wgo X. Litewskiego, Miecznik W. X. Lit., y różnych więcey Biskupów podobno trzech czyli czterech." Z tego zeznania wypływa pewność, że w Warszawie raz poprzednio, drugi raz świeżo w Grodnie zawarty był związek jakiś, podpisany na pierwszem miejscu przez kardynała nominata prymasa i królewskiego krewnego, na dalszych przez większość królewskich ministrów, a spisany pierwotnie własną ręką kanclerza państwa i szwagra króla. Rzecz tak trudna do pojęcia i wiary, że przypuszczać się chce jakąś pomyłkę, nie w osobach, ale w rzeczy, i rozumie się wątpliwość Helcla (O dwukrotnem zamężciu Ludw. Kar. Radziwiłłównej str. 75—81), że widząc poważne nazwiska marszałka wiel. kor., zwanego „Katonem i Salomonem polskim," uchodzącego za wzór mądrości i cnoty, i równie dobrej sławy używającego, a z królem tak blisko połączonego kanclerza, pyta, czy zamierzona konfederacya nie była zawiązaną jedynie dla odparcia zamiarów i intryg dworu, myślącego zawsze o zabezpieczeniu następstwa tronu dla królewicza Jakóba. Istotnie punkta skryptu, jak je ów zeznający podaje, są tak niewinne, tak zdaje się w granicach prawa zawarte, tak wyraźnie i ostro zwrócone przeciw zamiarom w rodzaju Jana Kaźmierza i Maryi Ludwiki, że zdaje się, jakoby nic innego prócz zabezpieczenia wolnej elekcyi nie miały na celu. Na samym wstępie jako punkt pierwszy stoi wyraźnie: „Vivente Principe o żadnym Panu nie myśleć." Ale czy to niezłudny pozór tylko? czy nie wywiesza się ta flaga na to, by pod nią bezpieczniej podejrzany towar przemycić? Jest jedno słówko małe, nie znaczne, ale stanowcze, które związkowych zdradza, i dowodzi, że porozumiewali się z różnymi a porozumiewali o zmianę panowania. „Cokolwiek który kandydat dał, to ma się obrócić in comune bonum." Kandydat? do czego? kandydat który dawał? Co i na co? Nie o kandydatach polskich na urzędy i godności tu mowa, bo tacy nie byliby kupowali skóry na żywym niedźwiedziu i płacili związkowym za obiecane na przyszłość po- sady, tacy, jeżeli kupować chcieli a płacić czem mieli, targi swoje byliby prowadzili tam, gdzie de facto był targ na wakanse — w gabinecie królowej. A więc wniosek logiczny i domysł pewny, że były porozumienia z jakimiś zagranicznymi panami, którzy panowie byli kandydatami nie do senatorskich oczywiście krzeseł, ale do królewskiej stolicy; że ci kandydaci stronnikom swoim dawali nie przyrzeczenia, które in commune bonum obrócićby się dały, ale gotowe pieniądze; że dwór i jego wierni nie byli może dalecy od prawdy, kiedy zaniepokojeni świeżą marszałka w. kor. podróżą za granicę, pytają, po co tam jeździł i co tam robił. I sam Helcel nawet, choć zda się wierzy w katońską cnotę pana marszałka i w prawość kanclerza, skłania się przecież z żalem do domysłu, że „ich myśl sięgała dalej“ (tamże str. 81), i że „związek mógł być wciągniętym w plany nierównie dalsze, niż zrazu zamierzał.“ Kto jest ów „Ja,“ co się na skrypcie owym szósty podpisał, a teraz królowi rzecz całą wydał? Związkowi posądzali różnych, a naprzód zdaje się Ogińskich. W tych samych papierach znajduje się list Ogińskiego, miecznika W. Ks. Lit. do podskarbiego , datowany z Grodna 7go kwietnia, a pisany w odpowiedzi na gwałtowne jak wnosić można wyrzuty tamtego. Czy wiarogodny? Zapewne nie, zapewne kłamliwy także, skoro król w liście do Szczuki, przed którym udawać nie miał powodu, wymienia miecznika i kuchmistrza jako tych, którzy mu w Grodnie spisek odkryli. Ale tym, którego zeznanie do nas doszło, nie jest miecznik w. lit. Karol Ogiński, skoro o nim mówi jako o mieczniku a o sobie Ja. Zatem porównawszy to zeznanie z przytoczonym już listem króla, przypuszczać trzeba, że zeznanie zrobił kuchmistrz. Czy litewski, czy koronny — tylko o to chodzi? Tego król w przytoczonym liście swoim nie oznacza. Kuchmistrzem litewskim był podówczas Kazimierz Dowmunt Siecicki, Chorąży wiłkomierski, koronnym — Franciszek Junosza Gałecki, później kasztelan kaliski. Że zaś Helcel w opowiadaniu swojem (o dwukrotnem zamężciu Ludw. Kar. Radziwiłłownej) wymienia zawsze Gałeckiego jako tego, który królowi spisek odkrył, trzeba nam zapewne, idąc za jego powagą, przypuścić, że owym Ja jest kuchmistrz wiel. kor. Możnaby wiele rozwodzić się z uwagami nie już nad sprawą samą, ale nad każdym w niej nieledwie szczegółem, i porównywać postępki ze słowami każdego nieledwie z podpisanych; ale czas nie pozwala, a żadne uwagi nie byłyby tak wymowne, jak własną króla ręką spisane wyliczenie łask w ostatnich leciech panom Ogińskim i Wielopolskim skim świadczonych, gdy je porównać z ich względem króla wdzięcznością. Zapisuje tedy król, że w dom pp. Ogińskich w kilku leciech weszło: „1. Pieczęć wielka cum praeiudicio X-cia Radziwiłła mniejszego pieczętarza; 2. Województwo połockie; 3. Buława mnieisza; 4. Woiewództwo Mścisławskie; 5. Woiewództwo Witebskie; 6. Kasztelania Nowogrodzka; 7. Chorąstwo W. X. Lit.; 8. Miecznikostwo W. Lit.; 9. Starostwo sądowe Mścisławskie, Wołkowyskie, Tryskie, nie rachując tak wiele urzędów. W tym tedy żal naiwiększy ma król, że... dla domu Ogińskich tak wiele uczynił“... a oni „z króla żart sobie tylko czynili.“ W dom pana Kanclerza w. kor. w kilku leciech: „1. Pieczęć wielka; 2. Starostwo Dolińskie (50,000 intraty); 3. Starostwo Przemenkowskie; 4. Łentkowice od wielkich Rządów stołowych; 5. Synowi i Synowey na toż dożywocie; 6. Tegoż synowi Cześnikostwo koronne; 7. Starostwo Krakowskie; 8. Wsi od Starostwa Bieckiego; 9. Synowi drugiemu Starostwo Krakowskie; 10. Województwo Sieradzkie; 11. Kasztelania Wojnicka; 12. Kasztelania Oświecimska i Żarnowska; 13. Urzędy Krakowskie i Sandomirskie prawie wszystkie.“ (Rkps. Will. 51). Akt związku sam, ułożony tak zręcznie, że zdaje się istotnie obstawać tylko przy prawie wolnej elekcyi, zdolny podobać się niezmiernie całej szlacheckiej opinii i autorów w świetle obrońców i bohaterów wolności ukazać, przy bacznej rozwadze przecież daje poznać w jednym ustępie swoim, że jest przeciw królowi wymierzony. Zacząwszy bowiem od tego, że „teraźniejszego czasu koniunktury ad eversionem Status et ruinam bene sententium Rplca ściągają się,“ zobowięzuje akt ten podpisanych pod przysięgą, „iż liberam Electionem in casu fatorum moderni regnantis manutenebimus“ a nadto „imo, stante regimine jego actum ad ambitum Throni nikomu ex civibus nie dopuścimy, owszem, przeciwko takowemu wszyscy consurgemus.“ Otóż syn królewski był civis tylko, a był „stante regimine o ambitum Throni posądzony.“ Przeciw niemu zatem, przeciw domniemanym króla zamysłom przysięgają związkowi consurgere. Że król synowi następstwo po sobie zapewnić chciał, rzecz pewna; chciał tego tak samo każdy z jego poprzedników Zygmunt I i III i z następców August II. Uczucie ojcowskie i troskliwość królewska o Rzpltę zawsze w bezkrólewiu zagrożoną, mogły zarówno składać się na to pragnienie. Ale co król zrobił na to, by synowi tron po sobie zapewnić? co zwłaszcza zrobił w tym celu prawu przeciwnego? Tego nie wskazuje nikt. Nie znać tu stałego i już wykonywanego zamiaru, jak było za Jana Kazimierza; nie widać żadnego kroku, żadnego czynu, któryby pozwalał sądzić, że myśl ta ze sfery marzeń i pragnień weszła w sferę wyrozumowanych i statecznych przedsięwzięć. Ale król raz we Lwowie przy audyencyi posłów... posadził królewicza przy sobie pod baldachimem? i tak samo chciał go posadzić teraz w Grodnie na sejmie a to przecież, mówią przeciwnicy króla, poszlaka niemylna jego zamiarów, a przecież zabiegów i prośb było bez liku, żeby gorliwi o wolność senatorowie na to krzesło przy tronie pozwolili, a przecież królowa (tak zawsze przeciwnicy mówili) dlatego tylko sejm przez swoje narzędzia zerwała, że tego otrzymać nie mogła? Cała ta sprawa krzesła przy tronie była wielkim niezaprzeczenie błędem ze strony dworu, była niezręczna i była błaha, dziecinna, bo nic nie znaczyła i nie doprowadziła do niczego. Przypuściwszy, że byłaby się udała, że zamiast wywołać gwałtowną opozycyę, która z tak wygodnego pozoru skorzystać nie omieszkała, sprawa kończyła się po myśli dworu i królewicz zasiadał przy tronie; to i cóż po tem? cóż z tego? Czy to krzesło było krokiem zrobionym do tronu? Czy on przez to stawał się de facto lub de jure następcą, a choćby kandydatem? Czy była w tem rękojmia a choćby tylko ułatwienie i przygotowanie jego po ojcu elekcyi? Bynajmniej. Królewicz mógł całe życie przy tronie ojca zasiadać, a w jego stanowisku prawnem i w jego widokach przyszłości nie byłoby się przez to zmieniło nic. Jeżeli więc tyle tylko wymyślił i zrobił dwór, żeby królewiczowi drogę do tronu otworzyć, to wymyślił i zrobił bardzo mało. A jednak na tem zamierzonem następstwie zasadzały się i w nim czerpały siłę i wziętość wszystkie przeciwne królowi widoki. Czy więc król zrobił po temu coś więcej? Oto co myśleli, a w każdym razie co mówili i głosili przeciwnicy, co się spotyka w ówczesnych manifestach, broszurach i paszkwilach: „Oddawna już w tajemnicy chowa się na dworze ta myśl sukcessyi Tronu. Plan wykonania zaś uknuł przed laty zmarły ksiądz podkanclerzy Gniński. On to, osor libertatis i powtarzający zawsze, że wolność polska sama siebie zgubić musi, wiedząc dobrze, że na żadnym Sejmie prawie zamiar ten wykonać się nie da, radził królowi, aby go wykonać na Sejmie konnym, zwołać pospolite ruszenie jak pod Wolą na Elekcyę zawiązać konfederacyę przy królu, a przez nią zrobić co się zechce. Ale do zwołania pospolitego ruszenia i zawiązania konfederacyi potrzeba pozoru. Wynajduje go szatańska intryga księdza podkanclerzego i uczy króla, że jeżeli chce szlachtę do konfederacyi na swoją korzyść doprowadzić, to musi udać i rozpuścić wieść, jakoby Senatorowie, prawdziwi obrońcy wolności, knuli spiski jakieś przeciw niemu. Szlachta uwierzy, oburzy się i da się uwieść i przywieść do wszystkiego. W tym celu przed pięcioma laty udano jakieś niebezpieczne niby konszachty podskarbiego Morsztyna z Francyą i mówiono o jakichś cyfrowanych listach, których wszakże nie pokazano nikomu. Plan gotowy byłby doszedł do wykonania, gdyby wyprawa wiedeńska nie była mu stanęła na przeszkodzie. Po powrocie nie można było o tem myśleć, bo król stracił powagę i sławę, sromotną pod Parkanami ucieczką, stracił miłość narodu i wojska, i wojsko samo w niepotrzebnej i nieszczęsnej włóczędze po Węgrzech; umarł też i wynalazca planu, podkanclerzy, okoliczności nie składały się pomyślnie. Ale teraz myśl odżyła na nowo: krzesło dla królewicza przy tronie, wieści o jakichś przeciwko królowi spiskach, posądzenie, że Marszałek w. kor. w podróży swojej znosił się z zagranicznymi panami, wszystko to dowodzi, że zamiar się spełnia, a zmierza do wyznaczenia następcy za życia króla, zatem do zamachu na wolną Elekcyę, zatem do absolutum dominium. Gdy zaś król po zerwanym Sejmie oświadczył się, że jeżeli tak dalej posądzać go i oskarżać będą, to zwoła pospolite ruszenie i złoży mu diploma electionis: król się sam z zamiarem swoim zdradził. Bo któżby był dość ślepym i łatwowiernym, by ufał, że on naprawdę chce ten dyplom złożyć? Gdyby chciał złożyć koronę, składałby ją poprostu na Sejmie, jak Jan Kazimierz. Ale pospolite ruszenie, ale król przed niem składający diploma, cóż to znaczy i do czego prowadzi? Oto, że jedni się rozczulą, drudzy przelękną, inni dadzą się namówić i przekonać, i wszyscy obrócą się przeciw gorliwym obrońcom wolności, a wykrzykną chórem: Vivat królowi, który wtedy tego potwierdzenia swej władzy, tej powtórnej niejako elekcyi bezwarunkowo już nie przyjmie, ale przez stronników i zauszników swoich rzuci zręcznie myśl wyznaczenia następcy, a uwiedzione, oszukane, zahukane województwa wykrzykną: Vivat successor!“ Czy król rzeczywiście myślał zniechęcony o abdykacyi, a dyplom elekcyi chciał złożyć w ręce tych, którzy go pospolitem ruszeniem wybierali? Czy myślał istotnie o takiej apelacyi do narodu i chciał u niego szukać potwierdzenia swej władzy, a poparcia przeciw podkopującym go przeciwnikom? To dziś jeszcze w każdym razie wyjaśnić i twierdzić się nie daje. Ale co jest jasne, to wrażenie, jakie tego rodzaju tajemne niby rewelacye i poufne insynuacye, rozrzucane pod formą listów, relacyj i broszur, wywierać musiały na łatwowierną i w śmiertelnym strachu wiecznie utrzymywaną opinię szlachecką. Wszystko to musiałoby wydawać się jasnem jak słońce, pewnem jak dogmat, tak było zręcznie złożone i w słabsze strony tej opinii trafiające. A cóż przeciw temu król? jak sobie radził? jak się bronił? Próbował zbijać zarzuty. Na sławną informacyę, która jemu przypisywała zerwanie sejmu, a była złośliwym paszkwilem, polecił porzucić odpowiedź, która sprawę całą z jego stanowiska przedstawiała. Polecił ją i spalić publicznie w Grodnie. Ale racye i argumenta nie na wiele się przydały, a spalenie na nic. Zaraz ludzie mówili, że z popiołów Informacyi powstanie fenix: jakoż powstał paszkwil pod tym tytułem, gorszy, stokroć zjadliwszy od dawnego, i utrzymywał ogół w tych samych wyobrażeniach i uczuciach. Ale względem tych spiskowych, których nazwiska wydał mu pan kuchmistrz w. kor., co król przedsięwziął, jak z nimi postąpił? Czy chciał ich zawstydzić, przekonać i zdeptać? czy sądzić i karać? czy nawracać i na swoję stronę przeciągnąć? Do sądzenia i karania nie było zapewne dostatecznych dowodów; na przebaczeniu (bo nie przejednaniu) skończyło się ostatecznie, ale są ślady, że król, mając poszlaki w ręku, chciał przeciwników wybadać, zmusić do wyznania, zawstydzić, przez to mieć ich w ręku; są ślady, że wielu z nich wzywał i pytał, są ślady ich odpowiedzi i tłómaczeń. Kanclerz w. kor. do posłuchania pociąganym być nie mógł, bo chorował właśnie i podczas sejmu umarł, ale nie oczyszcza go z podejrzeń ta okoliczność, że, jak twierdzi Helcel (O dwukr. zam. str. 79) „martwiejącą już ręką palił swe tajne papiery,“ a jak świadczy Załuski (Epist. Hist. fam t. I, pars II, str. 1147) (który w tem widzi tylko sprawiedliwą obronę przeciw napaści i niesłychanemu zamachowi na wolność), wdowa jego komisarzy królewskich: Warszyckiego, wojewodę sandomierskiego i Krajewskiego, urzędnika kancelaryi królewskiej, zesłanych na rewizyę papierów, przyjęła jak najgorzej i omal z domu nie wyrzuciła. Chwalebna jest ta osobista godność i w obronie wolności gorliwość pani kanclerzyny, ale niegodne i tyrańskie postępowanie króla a niewinność nieboszczyka męża byłyby tem jaśniej pokazały się wszem wobec, gdyby była pozwoliła papiery przetrząść i gdyby w nich dopiero na zawstydzenie dworu nie było się nic złego znalazło. Siemion Karol Ogiński, miecznik W. Ks. L., donosi podskarbiemu lit. Sapieże dnia 7 kwietnia z Grodna: (Rkps. Bibl. Willan. 15, 432). „że Król JMć od kogoś instructus pytał, jeżelim się do jakiego nie podpisał scriptu, et non negavi żem się podpisał, ale tam nihil contra Majestatem nie było napisano, y powiedziałem co w nim iest, że wolną spirat to pismo Electią Pana, że stante vita Pana de subiecto na Thron nie myśleć, post sera zaś fata ex civibus, jeżeliby się kto ważył aspirować, przeciwko takiemu consurgere.“ Pytał król prócz tego, czy innego jakiego skryptu nie było, ale miecznik odpowiadał, że był jeden tylko na dwie ręce przepisany, że podpisów było na nim pięć czy sześć tylko, i że się ks. JMć kardynał na nim nie podpisał. A ks. IMć kardynał? Ten „niewinność et pressuram swoją Panu wywiódł“ — pisze do Szczuki 26 marca — „y życzliwość palam pokażę, non ad pompam, ale pro affectu.“ Był więc do przesłuchania wzywany, a jak domyślać się pozwala przechowana w Bibliotece Willanowskiej (Rkps. 47 II 11) Elucidatio zerwania sejmu r. 1689 przez Stanisława Szołkowskiego, stolnika wiłkomirskiego, napisana, stawił się tam po naradzie z innymi i może wszystkich z kłopotu wydobył. Nawiasowo bowiem mówi owa Elucydacya, że ów skrypt, spiskiem nazwany, „od JMć Panów samych przez ręce Xiążęcia Prymasa był prezentowany Jego Król. Mości — który go acceptował y był kontent z niego.“ Zdaje się z tego, że z narady wypadło pokazać królowi ów przytoczony wyżej akt sprzymierzenia, że to wydało się najpewniejszym środkiem obrony, bo dokument ten tak był ułożony, że wprawdzie musiał utwierdzić króla w moralnem przekonaniu, iż przeciwnicy jego conajmniej upatrywali kandydatów do korony po jego śmierci i z takowymi się znosili, ale żadnego dowodu prawnego przeciw nim nie dostarczał. Wywinął się więc kardynał z całej sprawy gładko, ale że go ona pod wrażeniem pewnej obawy zostawiła, tego domyślać się można ztąd, że jak napisał, tak istotnie życzliwość swoję z pewną ostentacyą, nawet i przesadą dworowi okazywał. Kiedy na radzie senatu wojewoda sieradzki, Pieniążek, zuchwale króla w mowie swojej obraził, kardynał pierwszy wystąpił w obronie i słów na oburzenie swoje znaleść nie mógł (Załuski t. I, p. II, str. 1075), a współczesne opozycyjne broszury wymawiają mu z przekąsem, że mówił „humillime nadspodziewanie, bośmy się czego twardszego od niego do mastykowania obawiali,“ a on, „ad mentem Pana wszystko mówił.“ Przypuszczać można, że czuł potrzebę przejednania, zasłużenia się królowi. Prawda, że nietylko przebaczenia, ale i łaski jego potrzebował, że ten król miał właśnie wielką pieczęć koronną do dania, być więc może, że wzgląd na przyszłość powodował tę powolność i wysłużność Radziejowskiego, a nie świadomość win w przeszłości względem króla popełnionych. A pan marszałek w. kor.? „Pan marszałek w. kor. miał być u króla JMci i u mnie; czemuż nie był?“ — zapytuje Szczuka w jednej swojej zapisce, a to pytanie wygląda na przypuszczenie, że marszałek nie stawił się na wezwanie, bo miał sumienie nieczyste. Ale choć nie w gabinecie królewskim, dał się przecie pan marszałek słyszeć w tej sprawie, i to w chwili, kiedy najmniej się można było tego spodziewać. Była po zerwanym sejmie rada senatu, Puncta Consilii, czyli spis materyj pod dyskusyę przyjść mających, obejmowały różne wiszące i zaległe sprawy (moneta, odszkodowanie eksupantów, zwrot sum pożyczonych Rzpltej przez króla, poseł jak długo ma przy boku króla zostawać, persów czyby do wojny z turkiem nie pobudzić i innych kilka), ale o sprawie spisku nie mówiły wcale. Nie mówili też o niej w votach swoich senatorowie, którzy pierwsi głos zabierali, trzymając się ściśle tego, co dziś porządkiem dziennym nazywamy. Ale gdy kolej mówienia przyszła na pana marszałka, wystąpił on z apologią swoją własną, patetyczną prawie jak apologia Sokratesa, tak piękną, że aż sam Helcel nazywa ją „wyborną,“ a mowcę „prawdziwie szlachetnym.“ Zaczyna od słów oblubienicy z pieśni Salomona: „nolite me considerare quod fusca sim, decoloravit me sol, posuerunt me custodem in vinea...“ i dość wyraźnie mówi, że plamy, które na jego dobrą sławę padły, wypaliło na niej słońce królewskiego majestatu, zamilcza zaś, ale do domysłu daje, iż to dla tego może, że był zbyt dobrym stróżem polskiej winnicy. Przypomniawszy potem królowi, ile mu usług wyświadczył, upomniawszy, że na konfidencyi i zgodzie trzech stanów zawisła pomyślność Rzpltej, i że każdy senator przysięgą jest obowiązany donosić o wszystkiem i wszystkiemu przeszkadzać, gdyby co szkodliwego dostrzegał; że sumienne dochowywanie tej przysięgi musi prawego senatora nieraz narodowi, a nieraz majestatowi narazić, daje naukę, że te „domy nasze, które Rzpltę składają, a krwią, cnotą, zasługą i groszem tylekroć upadającą trzymały, godne są, aby je od wszelkich podejrzeń uwolnić.“ Zarzucają mu, że jeździł za granicę? Przed ośmnastu laty zrobił votum pielgrzymki do Rzymu i dotrzymać musiał; jechał przez same z Rzpltą zaprzyjaźnione kraje i na takichże był dworach. Upadł do nóg Ojca Ś-go, cesarzowi, ojca i domu swego dobrodziejowi (jak to wspomnienie ojca i dobrodziejstw austryackich mile brzmieć musiało w uszach króla polskiego? i jaką było złośliwą a ukrytą groźbą) — musiał złożyć hołd, przejeżdżając przez jego stolicę; u weneckiego doży też był, królewskiego sprzymierzeńca; a że pokłonił się byłej królowej polskiej, z której pierwszym mężem królem Michałem był w pokrewieństwie, tego wymagała najprostsza już przyzwoitość. Będąc u niej, musiał widzieć jej męża drugiego, księcia lotaryngskiego. „Oto mówi cała historia jego zagranicznej podróży, oto źródło tylu na niego podejrzeń i potwarzy.“ Rzeczywiście wydaje się pan marszałek niewinnym jak nowonarodzone dziecko, tylko jedno wydaje się w nim podejrzanem, to, że odpowiada, choć go nikt nie pyta, zbija zarzuty, choć mu ich nikt na radzie senatu nie robił. Czyby czuł potrzebę tłómaczenia? Qui s’excuse s’accuse, a pan marszałek wymawia się skwapliwie i dużo. Wiadomo zresztą, że ten Salomon polski nie trzymał się maksymy swego patrona vanitas vanitatum. Że miał ducha ambicyi i intrygi, dowodzą inne fakta z jego życia. Wszakże i o koronie węgierskiej zamyślał, i jak pokazują ogłoszone z archiwum francuzkiego dokumenta, tłómaczył Ludwikowi XIV, że z wielkim byłoby dla niego pożytkiem, gdyby malkontenci węgierscy z Tekelym na czele cesarza od korony swojej odsądzili, a jego, Lubomirskiego, na tron swój powołali (Akta Historyczne do objaśnienia Rzeczy Polskich, wydanie Akad. Um. Archiwum Francuzkie Spraw zagr. do dziejów Jana III opracował Kazim. Waliszewski. Tom I, str. 87 i następne). Projekt ten dowodzi niemałej ambicyi i zarozumiałości, ale nie wielkiej zaiste znajomości spraw, a zarazem fantastycznej, dziecinnej polityki. Z tego wszystkiego, co się dotąd wie o tej sprawie, jedno tylko wychodzi oczywiście i niewątpliwie — to przekonanie króla, że był przeciw niemu uknuty spisek, że obok niego istniał jakiś rząd tajemny, który jeżeli nie za życia z tronu go złożyć, to o następstwo po jego śmierci z zagranicznymi panami układać się nie wahał. Wszystkie listy króla, wszystkie pisma w jego obronie ogłaszane, wszystkie jego słowa pełne goryczy dowodzą, że takie było jego przekonanie. Ale między moralnem przekonaniem a dowodem prawnym jest przepaść, prawnego zaś dowodu król nie miał. Być może, że nawet z takim dowodem w ręku, ten król bez stronników byłby się uznał za słabym na to, by się o krzywdę swoją upomnieć, a na winnych wymierzyć sprawiedliwość; ale bez dowodu, wobec zręczności przeciwników i pozornej legalności w jakiej zostawali, król do energicznego kroku posunąć się nie mógł. I to tłómaczy jego dalsze postępowanie, przebaczenie, załagodzenie, przyjęcie wszystkich do łaski. W goryczy serca patrzy na to, „co się dzieje nietylko z nami, z Domem naszym, ale z całą Rzpltą“ — przewiduje — „że się to na tychże samych, którzy tych zamysłów byli okazyą, obróci głowę“ (List do Szczuki z 5-go maja 1689 r.) — ale dochodzić już więcej nie chce, a gorycz swoję tłumi i zamyka w sercu. „My to wszystko w ranach Zbawiciela naszego utopićbyśmy chcieli, zemsty z największych naszych nie pragniemy, y nie potrzebuiemy nieprzyjaciół; Oyczyzny tylko tey, w któreyśmy się urodzili i wychowali. Nas dusza boli, że ią intrygi w niewyplątany wprowadzą labirynth. Sławy przytem cnego narodu tego, która upadać poczęła, żałujemy, gdy się stawamy pośmiewiskiem narodów, opproborum et abiectio plebis.“ Tak czuł, to myślał, ale upominać się o siebie nie myślał, i milczał. Przebrała się przecież miara cierpliwości, i gdy tyle wytrzymawszy słuchać musiał, jak go Pieniążek, woj. Sieradzki obraźliwie skarżył i uczył, że miary i zgody inter Majestatem et libertatem trzymać nie umie, a przezto jest powodem nieszczęść Rzplej, gorącej krwi Pan, jak wybuchnął niegdyś, kiedy do szabli porwał się na Paca, tak wybuchnął i teraz znaną gwałtowną a tragiczną mową, w której przypomniawszy, co dla Ojczyzny i co od niej znosił, poprzysięgłszy się, że nie on przeciw prawom Rzpltej knuje, odwołał się do potomności, która „stupebit na taki wstyd i taką szkodę, do Boga, który odkryje te niby mysteria Regni, quia potens et misericors et justus,“ cytował smutne z Pisma ś. proroctwo: „quadraginta adhuc dies et Ninive subvertetur, czego, żal się Boże, już znaczne są początki.“ I tej mowy nie darowano mu, ale skorzystano z niej zręcznie. Niebawem krążyć zaczął paszkwil, który jest złośliwą od początku do końca jej parafrazą, a zaczyna od tego, że ten, kto powiedział „parcae curae loquuntur ingentes stupent,“ byłto „commoediant, któremu raczeyby przystało stupere na postępki Tyrannowe“. (Rkps. Bibl. Dzik. Collecta. Seria.) Cóż więc jest tajemnicą roku 1688? Że związek jakiś stanął, że był przeciw królowi i jego zamiarom, że król miał go za coś ważnego i wysoko mierzącego, wierzył, iż chodziło jeżeli nie o zmianę panowania, to w każdym razie o układy z jego po śmierci następcą — inaczej nie byłby przeciwnikom zarzucał, że stawiają altare contra altare — to tajemnicą nie jest. Nie jest nią także fakt, że te knowania z roku 1688 są dalszym ciągiem tych, które zaraz po elekcyi zaczęte, objawiły się najwyraźniej w roku 1683; nowym dowodem tego, że od początku swego panowania król podkopywany był systematycznie i ustawicznie. Tym razem tylko intryga szukała oparcia nie we Francyi, ale w Austryi. Liga trwała, ale od wiedeńskiej wyprawy przyjaźń bardzo była ochłodła, a odkąd dwór polski wyprawił kanclerza Wielopolskiego w uroczystem do Ludwika XIV poselstwie, naturalnie zachwiać się musiała do reszty. Że dwór cesarski zamiarom polskiego stawał na wspak, a widoki jego krzyżował, dowodów jest wiele; nie trzeba lepszego, jak tajemny ślub narzeczonej królewicza z bratem cesarzowej, odbyty w pałacu austryackiego poselstwa. Czy i o ile gabinet wiedeński dawał otuchy i pomocy intrygom i planom polskiej opozycyi? Historya Jerzego Lubomirskiego świadczy, że politykę tego rodzaju dwór ten prowadzić umiał. Być może zapewne, że jak niegdyś Ludwik XIV do detronizacyi króla Michała mięszać się nie chciał, tak teraz cesarz Leopold nie byłby pomagał do detronizacyi króla Jana. Ale o miłym sobie i przyjaznym następcy na tron polski może i mówić z sobą pozwalał, zwłaszcza jeżeli tym następcą miał być mąż siostry cesarskiej. Ale to przypuszczenie tylko, bo jeżeli stosunek opozycyi polskiej do dworu wiedeńskiego tajemnicą nie jest, to rzetelna myśl dworu tego o przeciwnikach króla Jana dotąd na jaw nie wyszła. Że ich usiłowania były natchnione wielką przeciw królowi zawiścią, a ich agitacya na wielką skalę prowadzona, dowodzi tego mnóstwo złośliwych, oszczerczych a zręcznych paszkwilów, które rozsiewają, dowodzą oczywiste fałsze, któremi wojują, dowodzi wszystko aż do takich drobiazgów, że gdy król zarzuca przeciwnikom, iż stawiają altare contra altare, oni tłómaczą to pałacem, który marszałek wielkokoronny w pobliżu Willanowa wystawił, o co się król miał na niego obrazić. Nierozjaśnioną tajemnicą jest jedno tylko, ale najważniejsze: to, co o stopniu winy stanowi i byłoby jego miarą. Czy spisek zamierzał króla Jana za życia z tronu złożyć, a nowego króla osadzić, lub też, czy chciał tylko królewicza do następstwa nie dopuścić, a swojego kandydata na przypadek bezkrólewia mieć w pogotowiu? Różnica jest wielka. Pierwsze byłoby zupełnym i formalnym zamachem stanu, takim samym, o jakim niedawno za króla Michała myślał prymas Prażmowski i (niestety) marszałek w. kor. Sobieski; drugie nie byłoby zupełnie prawnem, skoro prawo zabraniało za życia króla myśleć o następcy; byłoby zawsze brzydkiem i podłem, bo całą swoję intrygę przeciw królowi zasadzali pozornie na tem, że prawa i wolnej elekcyi bronili przeciw królowi, który o następcy myślał, a sami następcy szukali i z nim się umawiali; ale byłoby mniej zuchwałem i mniej złem, a wobec ówczesnych pojęć politycznych byłoby prawie legalnem, wobec ówczesnego obyczaju i pojęć moralnych tak mało zdrożnem, że można było i czyn taki popełnić i w swojem otumanionem sumieniu mieć się za najlepszego obywatela, zasłużonego stróża praw i wolności. Akt ich na- pisany jest tak zręcznie, ma pozory tak legalne, że to ostatnie zdaje się prawdopodobnem. Przekonanie króla, sposób, w jaki o tych zamysłach mówi, myśl choćby przelotna złożenia dyplomu electionis w ręce pospolitego ruszenia, i wreszcie ten ustęp ich związkowego aktu, w którym poprzysięgają sobie, „powstać przeciw każdemu, ktoby o następcy za życia króla myślał," kiedy powodem związku jest, jak twierdzą, to właśnie, że król o następstwie dla syna myśli, to są względy, które sprawiają, iż nie da się stanowczo twierdzić, jakoby o zmianie panowania, o detronizacyi wcale nie byli myśleli. Może dalszy ciąg tej samej sprawy, mianowicie sejm r. 1689 i jego zerwanie, zdoła przyczynić się cokolwiek do wyjaśnienia tajemnicy.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…