Read here

Satyry

Marcin Bielski · 1889 · Free in the US

28,313 words · about 1 h 59 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1889 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Satyry_(Bielski,_1889)&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Marcin Bielski
Language
Polish
Published
1889
Length
28,313 words · about 1 h 59 min
Sections
4 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (4)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 1 h 36 min
  3. Słowo wstępne about 11 min
  4. Objaśnienia i słowniczek about 12 min

Continue:

Front matter

WYDAWNICTWA AKADEMII UMIEJĘTNOŚCI W KRAKOWIE

BIBLIJOTEKA PISARZÓW POLSKICH.

MARCINA BIELSKIEGO

całość

WYDAWNICTWA AKADEMII UMIEJĘTNOŚCI W KRAKOWIE

BIBLIJOTEKA PISARZÓW POLSKICH.

MARCINA BIELSKIEGO

Y

I. SEN MAJOWY,

II. ROZMOWA BARANÓW, III. SEJM NIEWIEŚCI.

Wydał

Dr. Władysław Wisłocki.

W KRAKOWIE,

pod zarządem Józefa Lakocińskiego.

1889.

NAKŁADEM AKADEMII UMIEJĘTNOŚCI.

SŁOWO WSTĘPNE.

Urodzony około r. 1495 wielkich swego czasu zasług uczony żołnierz-ziemianin i kronikarz-poeta, Marcin Bielski, zjadliwych trzech satyr swoich: »Snu majowego«, »Rozmowy baranów« i »Sejmu niewieściego«, które sam poniekąd raczej za paszkwile uważał, za życia swego nie drukował, a przynajmniej żaden z nich do naszych czasów ślad się nie dochował. Dopiero w kilka lat po jego śmierci, która 18 grudnia r. 1575 nastąpiła, ogłosił wszystkie trzy drukiem, każdą w osobnej książeczce i każdą po kilkakroć, jedyny syn jego Joachim. Wszystkie też trzy, swego czasu niewątpliwie z niezwykłem czytane zajęciem, należą dzisiaj niezaprzeczenie do pierwszorzędnych rzadkości bibljograficznych. Wystarczy w tej mierze, jeżeli zauważę, że publiczne nasze biblijoteki albo wcale ich nie mają, albo tylko po jednej, z prywatnych zaś wszystkie trzy posiada w komplecie jedynie tylko księgozbiór im. Cieńskich w Oknie, pod Obertynem na Pokuciu, gdzie w nadzwyczaj cennym starożytnych druków polskich zbiorze w wielkiem i bardzo starannem przechowane są poszanowaniu. W naszych czasach tylko ostatnią z nich, Sejm niewieści, podług wydania z r. 1595, i to z egzemplarza prawdopodobnie bardzo uszkodzonego, przedrukował r. 1856 św. p. Wójcicki w warszawskiem »Archiwum domowem« (str. 349—391). O dwóch pierwszych zaś, Śnie majowym i Rozmowie baranów, szczegółową wiadomość i obszerne z nich wyciągi, właśnie na podstawie otrzymanych za łaska- wem pośrednictwem Dra Ant. Małeckiego od św. p. Ludomira Cieńskiego z jego księgozbioru egzemplarzy, podałem sam w lwowskim »Przewodniku naukowym i literackim« z marca i kwietnia r. 1873, i w osobnej artykułu tego odbitce p. n. »Dwie rzadkości bibliograficzne« (w 8-ce str. 32). Obecnie, także na podstawie egzemplarzy z biblijoteki im. Cieńskich okieńskiej, ogłaszam wszystkie trzy w całości i w porządku, w jakim je, mojem zdaniem, autor kolejno po sobie mógł był napisać, a skłania mnie do tego nietylko ich rzadkość , ale i zawartość ich wewnętrzna. Zdania o dziejach naszych w połowie w. XVI mocno już w chwili bieżącej są podzielone, niech więc i stary Bielski, życiu i wypadkom owym współczesny, satyrami swoimi w całej rozciągłości do dzisiejszych przemówi pokoleń. Pierwsza z nich w małej ćwiartce, drukowana literami gockiemi, liczy razem z kartą tytułową stron 19 (w wydaniu niniejszem str. 1—18), opatrzonych dodatkowo zwyczajem ówczesnym umieszczoną u dołu sygnaturą drukarską Aij—C. Tytuł jej brzmi dosłownie:

Sen Maiowy /

Pod gáiem źielonym iednego

Pustelniká.

Przez Marćiná Bielskiego nápisány / y teraz

nowo przez Ioáchimá Bielskiego / sy-

ná iego, wydány.

Miejsce druku, rok wydania i firma drukarza wyrażone na końcu (str. 19):

W Krákowie /

W drukarni Jákubá Siebeneycherá /

Roku Páńskiego 1586.

Na odwrocie tytułu (str. 2) dołączył syn Joachim od siebie herb Szafrańców, Stary koń, i sześciowiersz pod nim na ten klejnot starodawny, na następującej zaś karcie (str. 3—4) krótką swego pióra rymowaną dedykacyję, złożoną z 24 wierszy, Stanisławowi Szafrańcowi z Pieskowej Skały, wojewodzie sandomierskiemu. Sam Sen majowy zaczyna się dopiero na str. 5, idzie już odtąd bez przerwy do końca, i liczy oprócz owego sześciowiersza i rymowanej tej dedykacyi, ogółem wierszy 432, a z nimi razem 462. Najważniejsze wszakże uzupełnienie jego stanowi wcale misternie pomyślany i wykonany drzeworyt na karcie tytułowej, widocznie rylca jakiegoś W. B., który się dosyć wyraźnie przezierającemi literami temi u lewego jego na dole rogu zdradził. Pierwsza też ta u nas w swoim rodzaju karykatura polityczna, jak ją sam kronikarz-poeta w ciągu Snu majowego wyjaśnił, dodawszy tu i ówdzie na marginesach obok wierszy odpowiednych: »Segiet«, »Soliman«, »Selim«, »Tatarowie«, »Turek«, »Cesarz«, »Królewic«, »Papież« i t. p. przedstawia: Nad rzeką Almas w południowych Węgrzech wznosi się gniazdo ptasze = warowny Sziget. Wzlatuje nad nim jego właściciel Orzeł = cesarz niemiecki i król węgierski Maxymilijan, przybrawszy groźną postać względem pretendenta do korony św. Szczepana, księcia Siedmiogrodu i pana mniejszej połowy Węgier, królewicza Jana Zygmunta Zapolyi, który w postaci »zębiatego« Wilka z królewsko-węgierskim pierścieniem w paszczy wychyla się z lasu. Przywołany przez Orła na pomoc Struś = papież Pius V, »łaje« z brzegu rzeki wilkowi, że sprowadza na chrześcijan = ptaków, dzikie zwierzęta czworonożne pod wodzą żarłocznych Rossomaków = Turków, których zbliżanie się pod mury Szigetu zwiastuje już płynący rzeką półksiężyc, godło ich potęgi. W oddaleniu u wnijścia do świata podziemnego stoi mityczna Harpija plugawa = Tatarzy, potwór skrzydlaty ze szpetną twarzą kobiety, którą zarówno do ptaków jak i do innego rodzaju zwierząt zaliczano. Niby obojętnie przypatruje się walczącym, niezde- cydowana po czyjej stanąć stronie; czy się przyłączyć do wilka i innych zwierząt czworonożnych, czy też poprzeć sprawę skrzydlatych ptaków. W dalszym ciągu przedstawia drzeworyt nad brzegiem rzeki: »w miesiącu maju pod gajem zielonym« w postaci siedzącej wspartego o drzewo i śpiącego pustelnika starego = samego Bielskiego, do którego zbliżywszy się »mąż srogi« olbrzymi Anteus ziemski, wszystkie te widziadła, jak mu się we śnie objawiły, całą tę nito Ezopową ptaków z innymi zwierzętami walkę bliżej mu tłómaczy. Tę samę rycinę powtórzył syn-wydawca także na drugiej, dotychczas wiadomej, Snu majowego edycyi, ogłoszonej drukiem r. 1590 również u Siebenejchera w Krakowie, jak to przynajmniej z krótkich i urywkowych o ponownem wydaniu tem zapisek wypływa, podanych przez Ossolińskiego w »Wiadomościach historyczno-krytycznych«, I 412 i 434, przez Wiszniewskiego w »Historyi literatury polskiej«, VII 61, przez Sobieszczańskiego w rozprawie »O życiu i pracach piśmiennych Marcina i Joachima Bielskich«, str. LV i nn., i przez innych. Druga z rzędu naszego kronikarza-poety satyra, drukowana także w małej 4-ce i literami gockiemi, liczy razem z kartą tytułową stron 34 (w wydaniu niniejszem str. 19—53), opatrzonych u dołu sygnaturą Aij—E. Tytuł jej w całości opiewa:

Rozmowá nowych Proro-

kow / dwu Báránow o iedney głowie / stá-

rych obywátelow Krakowskich / o przemienność

ninieyszego wieku náprzeciw stáremu w porządkách /

w obyczáiách / y w spráwách ludzkich.

Kśiążki przez Marćiná Bielskiego niegdy nápi-

sáne: á teraz przez Ioáchimá Bielskiego /

syná iego / wydáne.

Wyrażenie się autora w trzecim wierszu »o przemienność« zwykłą chyba jest tylko myłką typograficzną; w dal- szym ciągu bowiem (str. 3, w obecnem zaś wydaniu str. 23), gdzie w skróceniu tytuł ten jeszcze raz jest powtórzony, brzmią już te wyrazy, jak należy: »o przemienności«. Miejsce zresztą druku, czas jego ogłoszenia i oficyna drukarska podane są również na końcu:

w Krákowie /

W drukarni Jákubá Siebeneycherá /

Roku Páńskiego 1587.

Od siebie na początku nie dodał już tym razem syn Joachim żadnego wiersza wstępnego ani też dedykacyi. Na odwrocie karty tytułowej (str. 2) mamy więc tu najprzód samego ojca Marcina liczącą 14 wierszy »Przedmowę dwu baranów o jednej głowie«, poczem zaraz (str. 3 do końca) idzie już sama Rozmowa, rozłożona przez autora na 11 dłuższych ustępów, które po swojemu nazwał jeszcze »rozdzieleniami«, i które razem 896 wierszy liczą i w ten sposób po sobie następują, że w nich raz to prawy, to znowu na przemian lewy przemawia baran. Ogółem zatem zawiera Rozmowa baranów, uwzględniając i jej Przedmowę, dłuższych rozdziałów 12, wierszy zaś okrągło 910. Najważniejszem jednak uzupełnieniem jej zewnętrznem jest znowu zamieszczony na jej tytule drzeworyt, choć nie tego samego już rylca i nie tak zręcznie wykonany, jak w Śnie majowym, a nawet poniekąd pomylony i trochę niedokładny. Rycina przedstawia kamienicę narożną w północno-zachodniej stronie wielkiego w Krakowie rynku, zwaną już w XVI w. »domem Pod barany«, której róg wprost w ul. Wiślną patrzy, skąd niekiedy w dni pogodne okazały na Karpaty i Babią górę przedstawia się obraz. Stroną jedną zwrócona przytem na rynek, liczne jego kramy i Sukiennice, drugą zaś do ul. św. Anny, otrzymała była nazwę swoję właśnie od dwóch u jej rogu u góry w ten sposób ustawionych baranów kamiennych, że obydwa jednę tylko miały głowę, którą równocześnie i na ludny rynek i w ul. św. Anny i w ul. Wiślną spoglądać mogły. Przed nimi zresztą roztacza się na drzeworycie z wysokości widok na górę Sikornik czyli św. Bronisławy, dzisiejszy kopiec Kościuszki, i położony u jego stoków kościół św. Salwatora, przed nimi zaś u dołu w małej gromadce w strojach współczesnych ciekawy stoi ludek krakowski, starzy i młodzi, niewiasty i dzieci. Tę same rycinę powtórzył prawdopodobnie wydawca Joachim Bielski także na tytule drugiego dotąd znanego Rozmowy baranów wydania, drukowanego również u Siebenejchera w Krakowie w r. 1590 o którem urywkowo i bardzo pobieżnie Lelewel w »Bibliograficznych księgach« I 180, Wiszniewski, VII 150, i inni wspominają. Trzecia nakoniec satyra, ze wszystkich obecnie, dzięki przedrukowi Wójcickiego z r. 1856, najwięcej jeszcze znana, nosi napis:

Syem Niewieśći

Marćiná Bielskiego.

Teraz nowo przez Ioáchymá Biel-

skiego / syná iego wydány.

Drukowana także gotyką i również w małej ćwiartce, liczy str. 41 (w wydaniu niniejszem str. 55—95), z sygnaturą u dołu Aij—Eiij. Miejsce druku, rok wydania i drukarz wyrażone są także na końcu:

W Krákowie /

W drukarni Iákubá Siebeneycherá /

Roku Páńskiego 1586.

I tej nie poprzedził już od siebie syn-wydawca żadnym wierszem wstępnym ani też dedykacyją. Na odwrocie tytułu (str. 2) mamy więc i tu zaraz pióra samego Marcina Bielskiego złożoną z 12 wierszy »Przemowę białychgłów do męszczyzn«, po których na kartach dalszych (str. 3 do końca) już sam Sejm niewieści następuje. Cały też utwór ten, najdłuższy ze wszystkich, liczy 1040 wierszy, a razem z Przedmową 1052 w., w wydaniu Wójcickiego niestety, dla kilku we środku opuszczonych miejsc, trochę krótszy. I tę wszakże, jak i dwie poprzedzające, ozdobił wydawca dodatkowo na tytule dosyć surowo zresztą wykonanym drzeworytem, przedstawiającym sejmujące przy stole szlacheckiego rodu niewiasty polskie w okazałych strojach ówczesnych, przeciw czemu właśnie mocno autor powstaje. Inni, jak Ossoliński, l. c., Wiszniewski, VII 306 i nn., Sobieszczański, str. LVII i n., a za nimi drudzy, znali tylko późniejsze Sejmu niewieściego wydanie, drukowane w 4-ce r. 1595 u Siebenejchera w Krakowie, o 39 stronicach ze sygnaturą Aij—Eij, to samo właśnie, które za dni już naszych Wójcicki w Archiwum domowem z niemałemi i dosyć ważnemi ogłosił myłkami. Większego wszakże od niego dopuścił się przy jego opisie bałamuctwa w r. 1845 autor Historyi literatury polskiej w VII dzieła swojego tomie. Wiszniewski w miejscu wskazanem przytoczył, rzekomo z wydania z r. 1595, kilka z Sejmu niewieściego wyjątków, które się wszakże ani z jego edycyją z r. 1586, ani z przedrukiem Wójcickiego podług wydania z r. 1595 nie zgadzają. Jeden z tych wyjątków n. p. wygląda:

Nuże mili stateczni harcerze Bierzcie na się zbroję i pancerze; Ubrawszy się z łukiem w szarawary, Jedźcie żartko, poraźcie Tatary.

Są to w edycyi z r. 1586 i w przedruku Wójcickiego podług edycyi z r. 1595 wiersze 687—690 (w wydaniu niniejszem str. 83), wyrazy jednak i litery pochylonym oddane w nich drukiem: »harcerze, zbroję, żartko«, brzmią w obydwóch oryginalnych z r. 1586 i 1595 wydaniach zgodnie: »rycerze, zbroje (l. mn.) i skokiem«, i żadną miarą autor Historyi literatury polskiej z edycyi z r. 1595 zaczerpnąć ich nie mógł. Jeszcze bardziej zastanawia inna, niemniej ciekawa okoliczność. Wiszniewski cytuje zaraz niżej jeszcze inny ze Sejmu niewieściego, także rzekomo podług wydania z r. 1595, a mianowicie następujący wyjątek:

Gdyż tak sestra nasza sobi poczynała, I tej premudrej radie czasto prymawlała; Licz szczoś buła choroszoho za to zasłużyła, Ałe jej toho rada troszeńka ulżyła. Zaczem jej tak z dekretu powidat kazała, Aby już więcej w radie z nami ne sidała; A budeli szczo jeszcze meży namy wichryt, Tedy sia jej musymy pewne bardzo sprykryt.

Sejm niewieści w edycyi z r. 1595, a więc w wydaniu dokonanem jeszcze pod okiem syna Joachima, który umarł dopiero 8 stycznia r. 1599, byłby zatem przeplatany miejscami przez autora wierszami w języku małoruskim, trochę wprawdzie spolszczonymi, ale w każdym razie nie czysto polskimi. Na pierwsze wejrzenie niemożliwem wprawdzie byćby to nie mogło. Marcin Bielski służąc za młodu wojskowo, strawił był wiele lat młodszego życia swego w ziemiach ruskich, na Pokuciu, w Przemyskiem i na Podolu. Znał też niewątpliwie pokrewny język czerwonoruski wybornie, a nawet uległ był w pewnej mierze jego wpływowi i polszczyznę swoję czasami po rusku zacinał, pisząc n. p. niekiedy, co i w satyrach jego się powtarza: »hruby« zamiast »gruby«, lub »kohut« zamiast »kogut« i t. p. Nie byłoby mu tedy z pewnością wielkiej sprawiło trudności, dla rozmaitości polskie swoje wierszowane utwory przeplatać od czasu do czasu także małoruskimi rymami. Niestety, przytoczony przez Wiszniewskiego wyjątek stanowi i w edycyi Wójcickiego podług wydania z r. 1595, tego samego właśnie, które rzekomo autor Historyi literatury polskiej miał mieć pod ręką, i w edycyi z r. 1586, (w wy- daniu obecnem str. 84), wiersze 709—716, wszystkie czysto polskie, bez żadnej zgoła obcej przymieszki. Skąd więc przyszedł do tego Wiszniewski, że w pomnikowem dziele swojem podawszy obok innych i ten wyjątek, zapewnił przy nim, że wzięty z Sejmu niewieściego, a w szczególności z wydania jego z r. 1595? Sprawiła to, jak mi się zdaje, drukowana w Krakowie u Filipowskiego r. 1639 Wład. Stan. Jeżowskiego »Konsultacya przezacnych matron koronnych«. Wiszniewskiemu wiadomo było skądinąd, że pod zmienionym tym tytułem z małemi tylko różnicami i przeróbkami językowemi, wydał był właśnie Jeżowski jako swoję pracę Bielskiego Sejm niewieści. Wiszniewski nazywa nawet to postępowanie Jeżowskiego, VII 310, wprost »bezczelną i wobec całego narodu bezkarnie popełnioną kradzieżą literacką«. Z Konsultacyi tej zatem, jak mi się zdaje, przytoczył prawdopodobnie autor Historyi literatury polskiej owe wyżej podane wyjątki, a w pośpiechu czy też przez nieuwagę dodał przy nich, że wzięte z wydania Sejmu niewieściego z r. 1595. Wątpliwość tę rozstrzygnąć ostatecznie powinna sama Jeżowskiego Konsultacya z r. 1639, w której jednak na razie, mimo usilnych zabiegów, bliżej rozpatrzyć się nie mogłem. Nie jeden zresztą Jeżowski w niedozwolony sposób, według własnego widzi mi się, przerabiał Bielskiego Sejm niewieści. Czynili to samo z większem lub mniejszem powodzeniem i wcześniej i później od niego także i inni pomniejsi poeci nasi; ze wszystkich bowiem satyr zasłużonego kronikarza-poety ta właśnie najbardziej jeszcze przypadła była do upodobania różnym domorodnym humorystom naszym, dlaczego też ku uciesze i dla zabawy współczesnych sobie »matron, pań i panien polskich«, już od samego początku w. XVII, zaraz po śmierci Joachima Bielskiego, jużto pod własnem, już pod przybranem nazwiskiem lub bezimiennie przeróżne, mniej lub więcej nieudolne puszczali w świat utwory wierszowane, jak: »Sejm białogłowski«, »Sejm panieński«, »Apologia ro- dzaju Ewinego«, »Wiersz o fortelach białogłowskich«, »Żona wyćwiczona« i t. p. We wszystkich większy lub mniejszy czuć wpływ Sejmu niewieściego, wszystkie są poniekąd jego naśladownictwem lub ciągiem dalszym. Tyle więc z zakresu bibljograficznych o Śnie majowym, Rozmowie baranów i Sejmie niewieścim wiadomości. Na pytanie zaś, dlaczego je w przedruku niniejszym w tym właśnie, nie innym ogłaszam porządku, choć utarte i rozpowszechnione jest u nas do tej pory zdanie, poparte nawet przez takie powagi, jak Maciejowski w »Piśmiennictwie polskiem«, I 407, i Tyszyński w »Wizerunkach«, str. 53, ze Bielski przedewszystkiem napisał był przed rokiem 1569 Sejm niewieści, po ukończeniu zaś tej satyry dopiero Sen majowy i Rozmowę baranów, daję odpowiedź przy końcu (str. 97 i nn.) w Objaśnieniach do niektórych utworów tych miejsc i wierszy. Na końcu dołączam także »Słowniczek trudniejszych wyrazów obcych i przestarzałych«, z opuszczeniem naturalnie całkiem zwykłych, jak: »apelacya, dekret, persona...«, lub staropolskich: »abo, barzo, chocia, doma, jedennasty (str. 53), kamienie, knucie, mier... zasadka, żena«, które i dzisiejszym czytelnikom, jak sądzę, żadnej trudności znaczniejszej sprawiać nie powinny. Słowniczek urosł i tak nad miarę dla stosunkowo nader licznych wyrazów obcych, wziętych z języków: łacińskiego i niemieckiego, z angielskiego, francuskiego i włoskiego, z arabskiego, perskiego, tatarskiego, tureckiego, węgierskiego i innych. Dziś dostałby się Bielski za nie niechybnie na listę zarzucających bez potrzeby mowę ojczystą »barbaryzmami i dziwolągami językowemi«. Inna rzecz w XVI stuleciu. Polszczyzna ówczesna, jak nigdy przedtem, pełną pracowała piersią, ażeby w rzędzie cywilizowanych świata zachodniego narodów należne sobie wywalczyć naukowe stanowisko europejskie, a Bielski należał właśnie do tych, co jedni z pierwszych licznemi pracami swojemi, przed Rejem jeszcze i przed Kochanowskim, z całej siły we wielki na to nabo- żeństwo dzwon uderzali. O wszystkich też tych użytych przez niego wyrazach słusznie i bez przesady powiedzieć można, co dzisiejszy uczony niemiecki o wyrazach obcych wogóle pisze: »Viel — powiada V. Hehn, autor historyczno-lingwistycznego dzieła »Kulturpflanzen und Hausthiere in ihrem Übergange aus Asien nach Griechenland und Italien, sowie in das übrige Europa« — viel Fremdwörter, viel Kulturverkehr, viel entlehnt, viel gelernt«! Zresztą winienem jeszcze chyba ostrzec, że w oryginalnych satyr Bielskiego wydaniach wszystkie autora przypiski umieszczone są obok każdego wiersza na brzegu marginesów. W edycyi niniejszej musiały pójść dołem, widocznie z tego powodu, że szerokość kolumny nie pozwalała na to, żeby zgodnie z pierwotnem wydaniem znalazły się były na brzegach przy odpowiednych wierszach swoich. Nie po mojej myśli stało się także w przedruku obecnym, że z ogólnego wszystkich wierszy liczbowania w każdej satyrze z osobna wyłączone zostały wstępne ich wiersze i dedykacyje. Sprawiło mi to nawet trochę trudności przy układaniu Objaśnień i słowniczka, gdzie zamiast zawsze i jednostajnie do wierszy, jakby dla odmiany lub rozmaitości, raz do stronicy, to znowu do wierszy odwoływać mi się wypadło. Kraków, w kwietniu r. 1889.

SEN MAJOWY

POD GAJEM ZIELONYM JEDNEGO PUSTELNIKA

PRZEZ MARCINA BIELSKIEGO NAPISANY

I TERAZ NOWO PRZEZ JOACHIMA BIELSKIEGO,

SYNA JEGO, WYDANY.

NA HERB I KLEJNOT STARODAWNY JAŚNIE WIELMOŻNEGO PANA

PANA STANISŁAWA SZAFRAŃCA

Z PIESKOWEJ SKAŁY

WOJEWODY SĘDOMIERSKIEGO, ETC. ETC.

Nie on to koń Paegasus z dziwnemi skrzydłami, Na którym Bellerophon z trzemi Chimerami Miał potrzebę. Koń to jest cnych Szafrańców własny, Co pod Tryonem zawsze był pohańcom straszny. Przeto godzien też, aby gwiazd około siebie Pełno mając, nam świecił, i siadł w jasnem niebie.

Jaśnie Wielmożnemu Panu

PANU STANISŁAWOWI SZAFRAŃCOWI

Y

WOJEWODZIE SĘDOMIERSKIEMU, ETC. ETC. PANU MEMU

MIŁOŚCIWEMU.

Ten wiersz niegdy od ojca mego napisany Na on rozruch węgierski, nam dziś opłakany, Który przytem wzór naszych spraw zamyka w sobie, A nam też jest przestrogą, — Wojewodo tobie Ofiaruję, wiedząc to, żeś swojej ojczyzny Jest takim pilnym stróżem, że nad cię nikt inny Zdrowia i swobód więcej jej życzyć nie będzie, Dokąd jedno ta nasza Polska kwitnąć będzie. Coś nam w tych czasiech nieraz dość jaśnie pokazał, I wiecznie temeś się nam udał, żeby rzazał Z nas każdy ślepą zazdrość, gdyby inak śmiała Mówić, a ciebie czarnym swym jadem sięgała. Skąd sława wielka, skąd cześć nieśmiertelna ciebie W niebo (wierz mi) wprowadzi. I jeśliże w niebie Srzód gwiazd siedzi Scipio, obrońca ojczyzny, I cny Juliusz świecąc, swym daje rok żyzny, Albo jeśli Herkules i Pollux z Kastorem To sobie zasłużyli: i ty tymże torem Idąc (rzec pewna), mieć to od nas będziesz, I dni pełen, w domu gwiazd po tych pracach siędziesz. Co ja raczej na inszy czas Muzom odkładam, A teraz cię niebawiąc, wiersz ci mały dawam. Proszę, za wdzięczne przyjmi dar ten mój maluczki, Może (da Bóg) godniejszy być oczu twych inszy.

SEN MAJOWY

pod gajem zielonym pustelnika jednego.

Uda mi się rozmyślać o niniejszym wieku: Jako są wszelkie rzeczy przeciwne człowieku, Jaką w ludziech odmienność te czasy sczyniły, Zwierciadło Boskiej prawdy na ziemi zaćmiły. Jako mają pogani swe dary od Boga, Jako na chrześciany często bywa trwoga. Złośliwi planetowie nad nami przewodzą, Walki, głody i mory, i wszystko złe rodzą. Coś nowego k temu świat ukazać się bierze, Bo żadna rzecz na świecie nie stoi w swej mierze. Płocho stoją porządki, płocho i kościoły, Powstały przeciwko nam i same żywioły. Jeśli na nas nie wejźrzy swem okiem Pan miły, Pewnieby nas planety ku ziemi schyliły. Te rzeczy rozmyślając, po dąbrowiem chodził W ten czas, gdy pod Bliźnięty swój wóz Tytan woził; Wonią mi wdzięczną z kwiecia ziemia podawała, Osobne potwierdzenie głowa moja miała. Ptacy też rozmaite głosy wymyślali: Chwalebne sprawy Pańskie głośno wysławiali Kosowie i grzywacy, kukały gżegżołki, A brzęczęcy na kwieciu zbierały miód pszczołki. W temże miejscu ze zdrojów ciekła żywa woda, Tegoż mi się trafiła dnia czysta pogoda:

Słuchając rozkosznego śpiewania słowika, Słodki mię sen umorzył nagle pustelnika. Dziwym widział w zaśnieniu. Jawnie mi się zdało, Żem widział wojska wielkie, zwierz, ptastwa niemało. Wilk ze wszemi zwierzęty na orła powstawał, Orzeł z ptaki wszystkimi naprzód mu nie dawał. Wilk mówił srogą mową ku jego posłowi, Czemu mi tu przekaża, powiedz tak orłowi: Przestań orle na gęsiach, mojeć konie, woły, Wina, zboża nie ruszaj z mej własnej stodoły. I z ziemie precz wyciągaj, nie tu twego bytu, Musisz dać posesyą bez wszelkiego kwitu. Twoja rzecz, po powietrzu jako ptaszek latać, Nie chciej tu orle z ptaki naszej ziemie chwatać. Wszak wiesz, jako o naju u Ezopa stoi, Iż się orła zębiaty wilk namniej nie boi. Orzeł zasię powiedział: Wilku, być ci w sieci, Mam na cię sprawiedliwość, która jaśnie świeci. Przywiodłeś cudzy naród na niewinne ptaki, Przez cię okrutni smocy gniotą nieboraki. Łacniej się było tobie zgadzać społu z nami, Niźliby Rossomacy mieli władać nami. Wielbłąd idzie na pomoc wilkom z wschodu słońca, Aby niewinne ptaki podawił do końca. Orzeł posłał do strusa, co klucz Piotrów nosi, By mu byli na pomoc, wszystkich ptaków prosi. Przyleciał strus na pomoc do Rakuz orłowi, Leciał potem do Węgier, jął mówić wilkowi: Jako ty śmiesz w swéj gębie świętą szablę nosić, A tyś skąsał zęboma swych chrześcian dosyć. Daj szablę, daj i pierzcień, bo nie tobie służą, Więcej tu Rossomacy, niźli wilcy płużą.

Wilk mu zasię powiedział: Leć precz panie strusie, I zawrzy się (ja radzę) w swym złotym lamusie. Jeśli się nie najadasz żelaza w swej włości, Najesz się go tu dosyć aże do sytości. Strus mu zatem jął łajać: Jest temu lat kilka, Węgrzy króla psa mieli, teraz zasię wilka, I węża łakomego, co dzieci połyka. Ale poślem bociana, co rad węże smyka, Wilki w sieci połowim a wielbłądy w dole, Rossomaki połupim, lamparty, sobole. Mięso wasze psom damy, nogi, głowy, brzuchy, Z skór waszych poczynimy czeladzi kożuchy, Harpie poślem do was. Wilk zasię powiedział: Ci ptacy z nami będą, abyś o tem wiedział; Te poślemy oględać wasze wszelkie sprawy, Co wam trunki i smaczne splugawią potrawy. Orzeł zasię tak mu rzekł: Poślem na nie kruki, Co im oczy wykłują i zmylą ich sztuki, Poślem gryfy, co im pstre namioty wywrócą, I ten zwierz nieskrócony sieciami okrócą. Zatém przyszły zwierzęta z wielką mocą starsze, I wzięły gwałtem gniazdo w onym kraju ptasze; Starego Rossomaka z pośrzodka stracili, A nowego wybrali, co z nim dobrze pili. Ten to ptakom jął mówić: Jestem ja bicz Boży, Który Mahometowę wiarę wszędzie mnoży. Nie przepuszczę żadnemu, kto nie Bessermanem, Bóg w niebie rozkazuje, ja na ziemi panem. Strus mu zaraz zatem rzekł: Jeśliś jest bicz Boży, Czemuż tedy ten twój bicz dobrych nie rozmnoży? A złych czemu nie karze, co lud boży trapią, Mordują, zabijają, żywności ich drapią?

Potem przyszedł lew mocny, przyleciał pelikan, Które posłał w poselstwie na ten świat wielki Pan. Zjął zimny strach zwierzęta, chcieli precz uciekać. Czynił lew do wszystkich rzecz: Nie chciejcie się lękać, Czemu się o cudzy świat tak srodze wadzicie, Wiele naszych poddanych zwierzątek tracicie. Wszakeście opatrzeni żywnością na świecie, Czemuż jeden drugiego o kęs ziemie gniecie? Wiedząc, iżeście tu są, jako jedni goście, Barzo krótki tu wiek wasz, próżno się nie wznoście. Snadź się drudzy chcą czynić tu ziemskimi Bogi, Nie wierzą, by nad nimi miał Bóg swój bicz srogi. Idź woźny, swoje wici przyłoż im do boku, Aby nie doczekali do drugiego roku, Kiedy takową srogość światu okazują, A mnie na niebie Boga nad sobą nie czują. Przystąpiło powietrze, wielki lud pożarło, Przez sto tysiąc z obu stron tam ludzi pomarło. Widziałem potem stolec cudnie przyprawiony, Na nim siedział monarcha, a panowie z strony. Siedli też w swych infułach księża po prawicy, Ziemska Rada siedziała króla po lewicy. Zbiory wielkie ze wszech stron pieszych, jezdnych stali, Jedni drugich jakoby snadź nigdy nie znali. Przed monarchą goły miecz jeden pan piastował, Jakoby był piany przed wszemi szermował. Wyszedł k niemu z cepami jeden błazen prawy, Pódź ty ze mną szermować, a schowaj miecz krwawy. Przed duchownymi zasię księgi piastowano, Spory Pisma świętego przed wszemi czytano. Wyrwał się jakiś rzecznik, Statutem szermował, Gadanie w świętem Piśmie zaraz zahamował,

Mówięcy: Co wam po tem, że o tem mówicie, Żadnego na swą wiarę tu nie nawrócicie. Czekajcie, że czas przyjdzie, którego potrzeba, Obaczym się, gdy nam czas sam Pan ześle z nieba. Czytajcie radniej Statut, pożyteczniej będzie, Głośniej wam niż Biblia w imieniu zagędzie. Potem po małej chwili wielkie wojska przyszły, Wiodły je białegłowy, i same wprzód wyszły. Nad pierwszem zacna pani była przełożona. A jakoby na twarzy trochę zasmucona: W prawej ręce sierp ostry, w lewej kłosie miała; Nie wiem, co z Anteusem, synem swym, gadała. Wzięła miecz rycerzowi, wzięła księgi księżej, Kiedy się nie zgadzacie, będzie wszystkim ciężej. Prokuratorowi Statut on z ręku wydarła, Uderzyła o ziemię, a potem podarła, Mówiąc srogiemi słowy: żeście pobłądzili Tak w wierze jak w Statucie, alboście się spili. Do błazna się rzuciła i skłuła oń cepy, Więcej się ten lud kocha w błaźniech, alboć ślepy. W drugiem pani o dwu głów była przełożona, Na jednej czapkę miała, na drugiej korona. Więc w prawej ręce kubek pozłocisty miała, A w lewej grono wina, w uściech chleb trzymała. Trzecie wojsko białychgłów barzo płocho stało, Stroną wszystko chodziło, jakoby się bało. Starsza się rozkudłała, posąg miała srogi, Wołu dwiema rękoma trzymając za rogi. Anteusza widziałem płacząc w swej starości, Iż doczekał na świecie takiej odmienności, Wołając: Biada, biada, już przyszły te czasy, Musim przed Antychrystem uciec w góry, lasy.

Jużci przyszedł do morza z wielkością wielbłądów, Dość chrześciany błędów i nierządów. Jużci jest: oto jego idą właśni słudzy, Próżno go jeszcze dłużej czekać mają drudzy. Już z wojski oto idą, już są drudzy z skorby, Pójdą w swar o Chrystusa, aż się imą za łby. Dopieroż będzie wielkie wszędzie krwie rozlanie, Płacz, ucisk, głody, mory i prześladowanie. Potem ku mnie przystąpił, mówiąc on mąż srogi: Wstań pustelniku, a pisz, które widzisz, trwogi. Imę pytać: co tego zbioru za przyczyny? Powiedział: Polska matka to jest z swymi syny. To drugie wojsko wyszło z węgierskiej krainy, Do których się przybliża zmocniony lud inny. Dwie głowie znamionują dwu panów w tej ziemi, Będzie im żal, że kiedy byli niezgodnymi. Śrebro, złoto, wino, chleb znaczy ich kraj hojny, Przetoż dawno używa ze wszystkich stron wojny. Wilka nosi królewic, a orzeł cesarski: Wilk z zwierzęty, z pogany, orzeł z nami ptaki. Strusa z kluczem malują na miejscu papieskiem, Który winienby pomoc wszem książętom rzeskim. Trzecie wojsko, co stroną tu ówdzie chodziło, Wojsko tożto wałaskie z matką swoją było; Naszy byli, ale ich pogani na poły Teraz mają. W swej ziemi mają dobre woły. Pytałem go, ktoby był? Tak mię z tem odprawił: Jestem Anteus ziemski, przetożem się stawił, Abyś wiedział, co znaczą ty wojska zebrane, A twój sen precz nie leciał przez wrota kościane. A zatem mi brzmieć imą w moich uszu słowa, Które mówiła ona pierwsza białagłowa

Przed onym majestatem i przed wszystką Radą, Także i przed posłami, co na syem zjadą: Synowie, którzyście są właśni moi mili, I ze mnie wszystkorodnej matki się zrodzili, Co wam powiem, bierzcie w swe uszy i w swe głowy, Miejcie o spólnem dobrem pilniejsze rozmowy. Nie dajcie się na stronę prywacie uwodzić, Bo to i wam i dziatkom waszym będzie szkodzić. Otoście mię, matkę swą własną, opuścili, A cudzych ziem zwyczajów i spraw się napili. Patrzcie, jakiem ja państwo wam nagotowała, A jak walecznych ludzi dość pohołdowała. I chowałam was prawie jako syny, córki, W dostatku wielkim, właśnie jako matka pszczółki: Płodem świętym, powietrzem zdrowem opatrzała, A wżdym u was niewdzięczną macochą została. Gdy z obcych ziem zwyczaje wy do mnie wnaszacie, Wiedzcie, że mię na sztuki matkę swą targacie. Takież, gdy nieprzyjaciel po mnie zbrojno chodzi, Ciężko mi to, a ciężej, gdy w naszej krwi brodzi. Także w swoich kościelech gdy słyszę różnice, Nie mogę być bez smutku i wielkiej tesknice. Nie lubię też łakomstwa, opilstwa i pychy, Chcę, aby syn każdy mój był stateczny, cichy, Jeździł po moich piersiach na koniu we zbroi, Takiej się gotowości zły Tatarzyn boi. Nie na swoje samsiady, ale na Turczyny Konia osiadł, i zbroję włożył z szefeliny. Ale się wy podobno wolicie gnieść sami, Wszędzie pełno jest niezgód, waśni między wami. Prawa za mocą idą, pan chudzinę gniecie, A wżdy się k temu wszyscy przychylić nie chcecie, Jakobyście z odmętu tego wypłynęli, A żebyście do końca w nim nie potonęli.

Nuż o rządzie domowym ktoby co chciał mówić, Albo co z dobrem waszem tu u was stanowić, Za Ocean albo Niepr uciekaćby musiał, I gdzieś z Polski daleko za Tatry się kłusał. Azaż mało na wszystkiem zbytku tego czasu, Nic nas to nie obruszy, choć idą k nam z lasu. Nie wiem, by to na Polskę przedtem przychadzało, Aby kiedy ze wszech stron tak barzo gorzało, Jak się teraz zaniosło. Widzimy, nie dbamy, Niechaj będzie, jako chce, gdy się dobrze mamy. To odmówiwszy ona pani, umilknęła, A zaś druga o dwu głów z płaczem mówić jęła: Ach ma miła Korono życzliwa i siostro, Turek na mię naostrzył swoję szablę ostro; Takież Niemiec hartuje swoje szefeliny, Już mię prawie ogarnął wszystkę naród inny. Już mi co lepsze zamki wzięła okrutna dzicz, Prawie Pan Bóg przepuścił na mię ten srogi bicz: Ze wszech stron nieprzyjaciel puszcza na mię strzały, Czemuchmy się w potrzebie tak siebie zaprzały? Raczże się dziś w tej mojej przygodzie zmiłować, Chciej moje miłe syny w potrzebie ratować; I te nieprzyjaciele, co biorą me córy, Wyżeńmy z Europy w kaukazyskie góry, Albo precz za Grecyą i Czerwone morze, Niech naszych dzieci więcej nie biorą w poborze. Zbędziemyli poczciwie tych niewdzięcznych gości, Przyjdziem zasię ku onej pierwszej swej wolności, Jakążmy w on czas mieli, gdy twój syn królował, Który mnie i me syny jak własne miłował. Mieli naszy synowie w on czas złote czasy, Gdy moje wino pili po pieniądzu masy,

Był chleb, były konie, woły, śrebrne rudy, Póki tu nie bywały tureckie obłudy. Był lud, nalazł wszystkiego, co było potrzeba, Dziś jedno co płacz idzie ustawnie do nieba. Ratujże mię, proszę cię, o cię też gra idzie, Od sąmsiada do sąmsiada rad więc ogień przyjdzie. To żałosnie wyrzekszy, płaczem się zalała, A matka jej zaś Polska tak odpowiedziała: Panu Bogu się poleć ma miła siestrzyczko, Ten wie, jako sprawuje swe stworzenie wszystko. Jeślić ten nie pomoże, próżna w kim nadzieja, Trudno się domowego masz ustrzec złodzieja, Który się już głęboko wkopał w twoje góry, I ciebie samej ledwie nie obłupił z skóry, Skarby, zboża i grunty wywrócił na nice, Pobrał miasta i zamki, zwysiekał winnice. Pan Bóg na nas posyła przez nie swój bicz srogi, Przeto wszyscy cierpiemy od nich dziwne trwogi. Cierp do czasu (ma rada), gdzie możesz, ulegaj, Tylko wżdy Bożej chwały proszę, nie odbiegaj. Wszystko to, co u ciebie, u mnie się też dzieje, Moja Rzeczpospolita tam i sam się chwieje; Niestworność w moich wielka, niesporo obronie, Gdzie co jedno poczniemy, wszystko w łeb koronie. Wierz mi, o moja siostro, mam z sobą co czynić, Myśląc, jako też z pośrzód nieprzyjaciół wyniść. Ze wszech stron nieprzyjaciel dobrze mi nie myśli: Zły Tatarzyn podolskie często pola kreśli, Moskwa za uchem trąbi, od Szweda przestrogę Mieć muszę. Aczbym rada, pomóc ci nie mogę. Szła precz ziemia węgierska, a głową kinęła, Idąc k ziemi wołoskiej, tak z sobą mówiła:

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…