Front matter
'
Wstęp bardzo potrzebny
WSTĘP BARDZO POTRZEBNY.
Przystępując do nowego wydania dwóch książeczek, z podejrzaną powagą rozprawiających o kobiecie, znalazłem wyborną sposobność do wygłoszenia płomienistej mowy we własnej obronie. Czynię to tem skwapliwiej, że, mając inne zmartwienia, skończyłem już raz na zawsze z wesołym sposobem przekomarzania się z kobietą. Zanim jednak wypuszczę z feljetonowej złotej klatki więzione w niej kolibry, nie chcę bynajmniej, aby nawet w sfałszowanej legendzie, pozostała o mnie zła plotka, jako o dręczycielu ptaków. Nigdy bowiem nie czułem się bardziej pokrzywdzony, niźli wtedy, kiedy mnie nierozumnie pomawiano o misoginizm, o ponurą nienawiść wobec kobiety, o nieposzanowanie jej godności i dostojeństwa i inne takie zbrodnie. Zawsze i wszędzie, przy każdej sposobności, we wstępach do każdego nowego wydania książki, w której choć jednem słowem musnąłem kobietę, jak kwiatem, tłumaczyłem jasno i wyraźnie, głową z rozpaczy o mur tłukąc, aby dudniało i aby tem głośniej brzmiały moje uroczyste oświadczenia, że uwielbieniu mojemu dla prawdziwej kobiety niema granic; że klękam przed dobrą matką i przed dobrą żoną, że słońce radbym rzucić do stóp kobiecie, ciężko pracującej; że aureolę uprządłbym dla kobiety bohaterskiej; słowem, że Kobieta jest dla mnie świętością. Czyż można powiedzieć więcej i czyż można powiedzieć uczciwiej? Mniemam, że nie można i że wobec tego jasną jest sprawą, z jakiego rodzaju i z jakiej odmiany kobiety stroję sobie niewinne żarty. A jednak ze wszystkiego, co mnie dotąd spotykało, widać, że t. zw. metoda kładzenia łopatą do głowy, zdawałoby się niezawodna, posiada jednak swoje braki. Napisałem wyraźnie: — „Całuję ze czcią ręce kobiety uczciwej, a kpię ze śmiesznej pani, urągam lichej imitacji kobiety!“ A na to jakieś oszalałe stworzenie damskiego rodzaju, urażone w swojej zwiędłej wstydliwości, jak nie zagrzmi basem w gazecie, jak basetla: — Na stos z tym siedmioogoniastym czartem! Obraża polską matronę i polską dziewicę! Gdzie jest Ojciec święty? Dlaczego go nie wyklnie? Wstyd, hańba i piekło! Tak ci oto grzmiała nie raz jeden jakaś wąsata zapewne społecznica i szła do spowiedzi, aby się kajać, że nazwiskiem takiego, jak ja czorta i inkuba, szerokie swoje i mocno spracowane skalała wargi. I cóż ja miałem robić? Tem, co kiedykolwiek napisałem o złej i papuziej kobiecie, chciałem się przysłużyć jedynie uczciwej kobiecej sprawie. Przecież każda kobieta rozumna rację mi przyzna, jeśli dam szczutka w zadarty nosek głupiej pannicy, co odbywa rybie tarło na dancingu, pasorzytuje na cudzej pracy i maluje się od wieczora do rana, jak Stare Miasto na dziesięciolecie Ojczyzny miłej. Każda pracowita, gruźlicą tknięta, nieszczęśliwa nauczycielka rację mi przyzna, że czasem oskubię z fałszywych piór nadętą, marną pawicę, co szuka dreszczu... Każda matka rację mi przyzna itd. itd. Mogę wyliczać bez końca. Tylko te kukły malowane i nadziane trocinami, tylko te śliczne damskie pajace, tylko te imitacje kobiety, te tylko mają do mnie cichą nienawiść, że je z różowej odarłem skóry. „Niech się skrobie kto ma liszaj“, jak Hamlet mądrze powiedział. Czemu się jednak drapie w sumienie na mój rachunek jakieś szanowne czupiradło i klątwą na mnie ciska, jak starym pantoflem, — nie wiem. Dotąd, wedle uciesznego powiedzenia, najgłupszym człowiekiem był turysta, bo się tam drapie, gdzie go nie swędzi. Widzę jednak, że jeszcze głupszem stworzeniem, jest taka święta osoba, której nie dość powiedzieć pięć razy, bo rozumie dopiero za siódmym. Przeto głośnym wrzaskiem oznajmiam po raz siódmy i ostatni: — Szanuję kobietę, kpię sobie z tej jej fałszywej odmiany, którą dla skrótu nazwałem: „Panią“. Czyś pojęła, piekielna babo? Pojęła! No, to dobrze. Możesz odejść na strych, albo na Łysą Górę. Możemy teraz sobie porozmawiać spokojnie z czytelnikiem, który się rozumie na żartach i wie o tem, że w najbardziej roześmianym żarcie, jest takie jedno gorzkie ziarenko, które, mądrze spreparowane, skutecznem może się stać lekarstwem. Taki to mądry czytelnik i o tem wie także, że wiele, wiele już razy pisałem o dostojnej kobiecie i pięknie i słowami tak czystemi, jak kryształ; że najbardziej złote dla niej znajdowałem wyrazy i rymy, sercem dzwonu dźwięczące. (Święta czarownica chlipie w kącie i w zamaszyste piersi ręką tłucze, kając się...) Wiem, gdzie jest ostatnia granica żartu i wiem, kiedy jest czas na nabożeństwo. I to też wiem, że się nie krzywdzi istoty bezbronnej. Dlatego, uczciwie mówię! — boli mnie niemądra o mnie opinja, jakobym dla żartu wyrywał pióra ze skrzydeł aniołów. Na serce kobiece! Czarne to i szerokie pyski, ozory kąśliwe i rozumy miałkie i dulskie, taką o mnie rozpuściły famę. Niechże się to już skończy, bo chociaż jestem człowiekiem przedziwnie łagodnym, lecz i ja wpaść mogę w pasję zgoła szewską, a wtedy sam djabeł, choć bliski kuzyn jędz świętobliwych, ze szponów moich ich nie wyrwie, a niebo to mi tylko przyklaśnie! Ulżyło mi! Wszystkie te hece jedno mają, dawno już zresztą zmącone, źródło. Rozmaitym siostrom krokodyla i ciotkom nosorożca, od niepamiętnych wydaje się czasów, a opowieść o tem przechodzi z babki na ciotkę, z ciotki na drugą ciotkę, że w artystycznym świecie dzieją się nieprawdopodobne plugastwa. Pani Dulska też tak myślała i umarła zapewne na skręt kiszek. Otóż to! Wedle rodzimej tradycji, wszystkie artystyczne małżeństwa są „na wiarę“, żadna aktorka nie miała nigdy ojca, żaden malarz matki, a literat to ma kilka żon, bo inaczej toby umarł z melancholji; oczywiście, w dzikich tych stadłach stosunki są powikłane do tego stopnia, że kazirodztwo jest na porządku dziennym, czy też nocnym; oczywiście, dzieci nigdy nie są chrzczone i niewiadomo nigdy do kogo podobne. O, amazonki na łopacie, albo na ożogu! Krewby je zalała, gdyby się dowiedziały, że niema na świecie żony cudowniejszej, niż żona artysty, bo mało kto pojąć zdoła, ile potrzeba świętej cierpli- wości i ile anielskiego poświęcenia, aby wytrzymać przez życie całe z takim dziwolągiem i z takim cudakiem, jakim mniej lub więcej każdy jest artysta, malarz, czy poeta, czy inny taki. Są to, na kolanach to mówię, święte i pełne nieprzebranej słodyczy kobiety, co umieją, przemawiając szeptem i chodząc na palcach, uszanować tę chwilę, kiedy się coś tam tajemniczego dzieje w dziwnym, niecierpliwym, zneurastenizowanym, podrażnionym artyście, z którym trzeba przeżyć i blaski i nędzę, wzloty i upadki, radości i smutki, okres złotego wina i suchego chleba. Dla takiego to trzeba być i żoną i matką i opiekunką. Czy wiele kobiet to potrafi? Sam nie wiem, poco o tem mówię; może z potrzeby serca, a może i dlatego, żeby przed samym sobą wytłumaczyć tę pasję, z którą się potem pisze o damach nieużytecznych i nikomu, prócz fryzjerowi, niepotrzebnych. Nie mówiłem zresztą o nich nigdy nawet z pasją, tylko z dobrotliwemi kpinami i już za to samo zasłużyłem na uśmiech ślicznych, choć nieco cielęcych oczu. Pogardliwe spojrzenie też wytrzymam. Uczciwie mówiąc, ja udaję tylko, że jestem taki przygnębiony, weselej mi się bowiem uczyniło na duszy od chwili, kiedy, chytrze patrząc, poznałem, że wszyscy już mają także powyżej uszu tego kobiecego szachrajstwa, w którem po oznakach zewnętrznych dość trudno jest rozpoznać płeć, a przecie nie można tego zrobić inaczej, bo kobiety noszą jeszcze jakieś resztki sukni. Faktem jest, że się już ludzie stęsknili za prawdziwą kobietą, piękną, nadobną, uroczą, rozumną, a jednak pragnącą mieć dzieci. Są wprawdzie jeszcze i takie i jest nowy gatunek kobiecy, gatunek wspaniały i czci najwyższej godny; kobiety wolnej, samodzielnej i pracującej, ale chwast bujniej się pleni, więc zamało jest róż, a więcej zielska i papierowych różyczek. Nie należy w wesołej książeczce wszczynać nieopatrznie dyskusji na takie tematy, gdyż duskusja musiałaby znowu trwać ze dwieście lat, a nie wszyscy pożyjemy tak długo. To tylko mimochodem powiedzieć należy na obronę kiepskiej kobiety, że kobieta jest najczęściej taką, jaką ją pragnie mieć mężczyzna, że zaś i mężczyzna jest czasem łajdak, to też rzecz dość powszechnie wiadoma. Nie gadajmy jednak o rzeczach wąsatych i ponurych, z czego tylko djabli mają uciechę. Miłą natomiast sprawą jest fakt, że tęsknimy wszyscy za kobietą, taką, jaką ją Pan Bóg stworzył w majowy, niebieski poranek. Można to zaobserwować przy każdej sposobności, ale najżywiej tęsknota taka, jeszcze nie uświadomiona, objawia się tam, gdzie marzyciel czuje mocne poparcie u sprzymierzeńców, więc na wielkich ludzkich zgromadzeniach, na ten przykład w teatrze. W ostatnich czasach grano w jednym warszawskim teatrze dość chuderlawą węgierską komedyjkę, właściwie zawiesistego komedjasa, ani lepszego, ani gorszego od innych. I, o, dziwo! Sztuczka była grana nieprawdopodobną ilość razy, teatr trząsł się od owacji co wieczora, dobre matki płakały, panowie wołali: „Ma rację! ma rację! niech żyje!“ Cóże się to stało? Na fogosza z rusztu! Nie stało się nic nadzwyczajnego, tylko ta przyjemna węgierska komedyjka zapiekła wszystkich do żywego, bo w sali teatralnej poczuliśmy zapach pieczonego i wszystkich obchodzącego zagadnienia: na piekielnym rożnie pieczono nowoczesną pannę, jak chudą cielęcinę, pocierając ją święconą wodą, aby skruszała. Panna w płacz, a djabli obracają rożen, coraz namiętniej śmieją się szyderczo i syczą: — To za to, że udajesz mężczyznę! Że siedzisz na własnym dekolcie... Że golisz koniak i smolisz papierosy... Żeś się pozbyła czaru kobiecości... Że nie chcesz mieć dzieci, tylko linję... Że całemu światu pokazujesz to, co tylko mama widziała, kąpiąc cię w wanience... Że z miłości uczyniłaś igraszkę, a z życia dancing, o, panno! Dobry człowiek ten węgierski pisarz bardzo tę sprawę wziął do serca, a cały Lechistan odgrzmiał mu owacją. Łacno poznaliśmy z tego, co nas wszystkich dręczy. Helas! Mało mam jednakże nadziei, aby nawet po takiem wybornem węgierskiem kazaniu, zebrały się warszawskie panienki na Placu Teatralnym, rozpaliły wielki ogień i zaczęły weń ciskać w płomień jedwabne koszulki, sukienki z pajęczyny i z ojcowskich weksli, majteczki z księżycowych promieni, pudry, szminki i perfumy, radosną śpiewając pieśń:
Precz z Hersem, Zmigrdem (!) i Solecką, Nie będziem się już malowały, Od jutra każda chce mieć dziecko I barchanowe majtadały! (bis).
Nie zdarzyło się bowiem i nie zdarzy się, niestety, aby można kogo nawrócić przez węgierską komedję; snadniejby to mógł uczynić rodzic, obnażywszy panieńską polędwicę i starym, dobrym sposobem okrężną drogą wybić panience z głowy dancing i rozwód po dwóch tygodniach. Ponieważ jednak nie pozwalają na to dobre obyczaje i japońskie uty, zabraniając tknąć kobietę, nawet kwiatem, trzeba tedy z niemi dobrotliwie, czyli moją metodą. Ten zacny Węgrzyn też tak uczynił i ukazał panience nowoczesnej „małpie zwierciadło“. Przejrzała się w niem dziewoja i w ryk. Potem się zaraz nawróciła, oczywiście, tylko w tej przyjemnej opowiastce o pannie, co goliła wodę i włosy na karku. Ale polscy ludzie płakali z zachwytu. Rzecz zbożną czyni tedy każdy, jako i ja czynię, kiedy sobie wesoło pokpiwa z takich panienek i pań, śmiesznych bardzo. Szkoda armaty na bezpierśne wróble. Trzeba tak to chytrze wykoncypować, aby te śliczne stworzenia, co robią z siebie czupiradła, kąpią się w parafinie i ważą razem z duszą czterdzieści kilogramów, przejrzały, że to wszystko na nic, bo się nikt na to nabrać nie da; wtedy odrazu nabiorą i ciała i rozumu, zrozumiawszy, że porządny człowiek nie chce się żenić ani z deską do prasowania, ani też z pstro namalowanem wieszadłem na suknie. Szkoda tylko największa, że o tych porządnych ludzi też trudno. Zacny bratanek Węgier gadał o pannach, a ja gadam o paniach, bo jabłoń niedaleko rośnie od jabłka w tych zwarjowanych czasach. Tak to jeszcze niedawno, kiedy się srogi czyniło wrzask, że się „panna pcha na uniwersytet“, a kiedy w jednej komedji Bałuckiego jedna mama wykrzyka: — Moja pani! ani matematyka, ani astronomja nie zastąpią pannie męża! Teatr szalał w podziwie nad przenikliwością i słusznością tego spostrzeżenia, bez którego ród ludzki marnieby zaginął. Nowoczesna zaś mama, chudsza siostra swojej chudej córki, powiada w owej węgierskiej sztuce: — Jednak choćby dla oka musi być kilka lat różnicy między matką, a córką! Nie jestem jednakże takim zacofańcem, abym udawał kiepskiego Savonarolę i w czambuł wszystko potępiał. Bynajmniej! Z chętną radością przyznaję, że wszelką rację miał rozumny czas, który rewolucyjnie odmienił kobietę: do snu ułożyła się niezgrabna poczwarka, a promień słoneczny obudził motyla. Jak ów doktór Hiszpan z „Fraszek“ Kochanowskiego, co to „położył się spać trzeźwy, a wstał pijany“. Kobieta wstała nie pijana wprawdzie, lecz upojona, rzeźka, młoda, giętka, odważna, śmiała, uśmiechnięta. Spojrzała jaśniej na świat, a zbyt głupawe przesądy, mizdrząca się obłuda, fałszywa pruderja, świętoszkowatość z djabłem za skórą, opadły z niej, jak niepotrzebne gałgany. Przestała wreszcie udawać nudnego jak ricinus anioła, chorego nadomiar na blednicę, a stała się człowiekiem z gorącej krwi, cienkich, a mocnych kości i ze sprężystego ciała. Z tem tylko jest bieda, że pomysł był dobry, tylko wykonanie jest liche. Jest to wielkiem nie- szczęściem, że kobieta nie może żyć bez przesady, więc przesadziła i z tą wyborną nowoczesnością i skarykaturowała ją po trzech tygodniach od narodzin w nowym, doskonałym kształcie. Należy tedy przywieść ją do rozsądku, bo karykatura na nic nikomu się nie zda. Mamy też, oczywiście, wszyscy razem, niejakie pretensje do tego, aby czyniąc usilne zabiegi dokoła kultury ciała, zastosować choćby „kwadrans dla zdrowia“ duszy. Nie można przecie biednej sieroty zostawiać w zaniedbaniu całkowitem. Dlatego to straszliwą szpadą śmiechu walczymy z bezduszną donną, z piękną lalą i z panią wszelaką. Niech kobieta będzie piękną, niech będzie po siedemkroć piękną, ale tak, by nie płakała rzewnie cytatą ze Słowackiego: „Posągu piękność mam, lecz lampy brak“. Amen! Nie mogę już dłużej wytrwać w tej namaszczonej pozie, lecz muszę się uśmiechnąć, pragnąc zrozumieć do głębi ten ostatni okres wśród metamorfoz kobiety, któryby nazwać można po balzakowsku: „Ostatniem wcieleniem kobiety“. Przyjrzawszy się tej sprawie jednem, filuternie przymrużonem okiem, można zrozumieć niejedno, co w swawolnem ujęciu tak wygląda: Niech ten tam i ów bredzi, co mu się żywnie podoba, — a jednak najpiękniejszem stworzeniem na ziemi jest kobieta. Inni mówią, że koń, ale twierdzenie to po dłuższej rozwadze utrzymać się nie da. To też cokolwiek złego, albo jadowitego zostało kiedykolwiek powiedziane o kobiecie w powieści, noweli, poemacie, lub w komedji, ma swoje źródło w zawiści brzydkiego samca, zwalistego, o szerokich barach pitekantropusa do rajskiego ptaka, w irytacji samozwańczego króla stworzenia, że musi patrzeć z zachwytem na wiotką, ongiś długowłosą istotę, dla której wszystko na świecie się dzieje, dla której on pracuje, buduje, tworzy, pisze i gra, z której czerpie natchnienie i dla której morduje się na wojnie. Mężczyzna dlatego nienawidzi kobiety, że musi ją wielbić. A kobieta dlatego przeważnie ma uśmiech w oczach i na ustach, że o tem doskonale wie. Istnieją wprawdzie na ziemi kobiety smutne, są to jednak te, które są już w pierwszem stadjum anielstwa, albo te, które naprawdę kochały. Jedyną troską kobiety, oczywiście, poza utrzymywaniem serca i duszy w należytej czystości, zwalczaniem pokus i unikaniem sideł, które djabeł na jej ciężkiej stawia drodze, jest troska o zachowanie w stanie najświetniejszym tego, co ją czyni piękną i co jej daje władzę nad światem. Kobieta jest w naturze fenomenem, uprzywilejowanym wbrew porządkowi rzeczy, porządek ten bowiem sprawił, że zawsze samiec jest piękniejszym, wspanialszym i strojniejszym, niż samica, która patrzy z oszalałym a pokornym zachwytem, szara i niestrojna, niczem nie uzbrojona, ani nie ozdobiona, na swego pana; przeto lew ma grzywę, kogut grzebień i ogon na paradę, paw ma cały jubilerski na ogonie magazyn, głuszec inne wspaniałości, każdy posiada coś tak pięknego, że aż się w oczach ćmi. Tylko u ludzi jest naodwrót, bo samiec jest to indywiduum brzydkie, opasłe, ciężkie i niezdarne, a ona, kobieta jest śliczna. Mężczyzna, chcąc ratować sytuację i udając grzywiastego lwa, chciał porazić kobietę bujną pięknością i zapuścił wąsy i brodę, z której można robić materace, sądząc, że kobieta padnie z zachwytu na twarz. Och! Pomysł był śmieszny, przeto indywiduum za wstydzone poszło się ogolić i na gwałt łysieć. Są to wysiłki próżne i krótko mówiąc, goryl zostanie gorylem i nie zmieni fantazji przyrody, która się zakochała w kobiecie. Czuwa ona przeto pilnie nad tem, aby swoją piękność wszechmocną zachować w stanie świeżości i czas zatrzymać w nierozumnem dziele niszczenia. Wieki wysiłku woli i wspaniałego uporu zdołały dokonać tego, że kobieta nigdy nie do- chodzi do lat czterdziestu, a aktorka do lat trzydziestu i czas nie ma nad niemi władzy, nadaremnie zaciskając pięści i spróchniałemi zgrzytając zębami. Tak jednak, jak djabeł nie ma przystępu do duszy czystej i bezgrzesznej, tak i czas nie może nic przeciwko ciału, w którem goreje anielstwo, łatwo krusząc naczynie, tak pełne plugastwa, jakiem jest mężczyzna. Przenikliwa mądrość kobiety, odkrywszy w promienistości ducha i czystości serca, źródło wiecznej młodości, poczęła wreszcie szukać sposobów, aby dopomóc spracowanej i wysilonej przyrodzie, która uformowawszy piękną kobietę, myślała, że dokonała wszystkiego. A to był tylko szczęśliwy początek i dalszy ciąg musi wypracowywać kobieta sama i czyni to wspaniale, mało zaś kto umie ocenić ten nadludzki trud i tę wytrwałość poświęcenia, które sprawia, że kobieta nowoczesna staje się coraz piękniejsza. Bo czyż to nie jest poświęcenie? Czy kobieta chce być piękną dla siebie? Przenigdy! Spełnia ona nakaz naturalny i wypełnia swoją misję, wedle której ma wprowadzić kańciastą, rubaszną i niemiłą istotę, zwaną człowiekiem ku formom wyższym, świetniejszym i piękniejszym. Kobieta wie, że bez niej świat wyglądałby jak kiepska menażerja, więc poświęciła się, biedactwo i czasem gorzkiemi łzami oble- wając swoją piękność, zaciska jednak usta w bohaterskim i uporze — jutro jest jeszcze piękniejsza. A za to wszystko spotykają ją wytworne obelgi, złe miny, jeszcze gorsze powieści i najgorsze komedje; wymówią jej każdy gałganek, każdy biedny kapelusik i flakon perfum, w którym czasem połowa jest z jej brylantowych łez, bo łzy kobiety także pachną. Nikt z tych ponurych ludzi, bliskich kuzynów owłosionego szympansa, nie chce zrozumieć, że to wszystko jest dla niego, bo by inaczej zdziczał, nosiłby brodę do ziemi, a „paznokcie na dwa łokcie“, że zamiast mówić wierszami, wyłby dziko, albo używał nieartykułowanych dźwięków, z pośród których możnaby wyłowić jedno tylko słowo: „wódki!“ że mieszkałby na drzewie, drapiąc się w polędwicę, że nie używałby ognia, a dzieci, nieszczęsne dzieci, nosiłby na plecach. Nikt nie chce zrozumieć, że życie jest dlatego piękne, bo piękną jest kobieta, która od wieków dokazuje cudów, aby tę piękność zachować w stanie przedziwnym. W pracy tej rolę bynajmniej nienajgorszą odgrywają stroje i wszystkie te sprzęty i narzędzia, któremi kobieta poprawia przyrodę i pogłębia jej dowcip i pomysłowość. Zanim się stała tem, czem jest dziś kobieta, wielkie cierpiała udręczenia i męczarnie, za co jej się przynajmniej podziw należy. To też celem naszym jest chęć wyjaśnienia brodaczom ciężkomyślącym, samcom ponurym i drapieżnym, dlaczego kobieta chce być piękna i jak ciężko jej to przyszło, aby upadłszy na kolana, bili przed nią czołem. W wykładzie popularnym tak wygląda ten ustęp dziejów: Ewa uległa kuszeniu węża. Przy odrobinie namysłu można dojść do przekonania, że był to postępek mądrze wyrozumowany, który na pierwszy rzut oka jedynie wydaje się lekki i grzeszny. Oto Ewa bezgrzeszna, ona (potem jej córki i córki jej córek), chodziłaby do dziś po raju naga, jak ją Pan Bóg stworzył, niemyta, niestrzyżona, ze szponami u rąk i nóg, może nawet z ogonem — tak, że niktby jej nie odróżnił od innych stworzeń rajskich. Czy to byłoby życie? Czy możnaby w tym stanie wytrzymać całe wieki? I. I. Rousseau miałby z tego jaką taką pociechę, nie każdy jednak jest filozofem, jest to bowiem zajęcie dość niemądre. Czy biedna kobieta miała wciąż gadać z Aniołami i właściwie o czem? Żeby tedy okryć swoją nagość i dać początek sukni, musiało biedactwo zgrzeszyć, z mizernym zresztą dla siebie zyskiem, bo figowy liść, albo niewyprawiona kozia skórka, mało to jest jednak, jak na kobiece potrzeby. Uczyniła to z myślą o przyszłości, która pokutuje solidarnie za jej grzech, trudząc się ciężko i wieczyście takiemi pracami, jak strojenie ciała, mycie zębów, czyszczenie paznokci, utrzymywanie w porządku włosów i t. d. Od owego pierwotnego stanu do stanu dzisiejszej świetności wiodła droga uciążliwa i ciężka i trzeba było bohaterstwa i szlachetnego uporu kobiety, aby dojść nią do końca. Mężczyzna byłby sto razy cisnął wszystko do djabła i byłby skoczył na najbliższe drzewo, wydając wściekłe pomruki, a kobieta szła wytrwale ku słońcu swojej piękności. Zanim wynaleziono sztukę tkania jedwabiów, nieszczęsna białogłowa stroiła się w skórę końską, lub w niezbyt pachnące owcze runo. Zanim wynaleziono trzy tysiące czerysta sześć eliksirów, nieszczęsna kobieta malowała sobie zęby na czarno. Już wielkim krokiem naprzód na tej drodze kamienistej było smarowanie długich włosów smalcem, aby miały połysk i pięknie pachniały. Zaprawdę, że za swoje bohaterstwo, ponad miarę była ukarana kobieta! A przecież to nie był koniec udręczeń, albowiem kobiecie, w poszukiwaniu prawdy nieumęczonej, dał potem los gorset, siedmiopiętrową perukę, krynolinę, grabki do polowania na niewinne zwierzątka, harcujące w okolicy pleców, złote, wdzięczne młoteczki do ich mordowania, jeśli obrały sobie siedlisko w peruce, i inne takie dolegliwości, o których nieskromnie opowiada pan Brantôme. Skończyło się to, zaczynało się owo i tak to trwało przez długie, długie wieki, aż wzruszony los, tą niezłomnością ujęty, nieco zelżał i jak galant posłał królowej Marysieńce srebrne jakieś naczynie, któremu się bardzo poczciwe dziwiły Sarmaty, nie wiedząc, ku czemu ma służyć takie dziwo, do picia małmazji bowiem mało było sposobne... Nadszedł wreszcie czas, kiedy kobieta bohaterska, nowej i wspaniałej formy szukająca, przypomniała sobie, jak przez mgłę, że rajska awantura była jedynie epizodem, naprawdę bowiem narodziła się z przeczystej morskiej piany i wyszła z morza naga, śliczna, biała i bez skazy; że potem z odlewu jej piersi Grek robił paterę do wina, że z jej oddechu rodziły się fiołki, a na jej śladach zakwitały hiacynty. W oszałamiającem wspomnieniu ujrzała siebie na posągu piękną, tak piękną, że marmur, z którego jej kształty uczyniono, różowił się i drżał leciutko. Sama może nie byłaby na to wpadła, ale zaczęli jej to przypominać poeci, którzy wobec niej nie czuli zawiści, jako inni, i oto po wiekach utrapień i zgryzot, ściskających serce, jak ongi gorset nieszczęsny ściskał „stan“, — w przeczuciu prawdy, w radosnem szaleństwie i dreszczu, widząc koniec niedoli i triumf swojego męczeństwa, wpadła spokojna pokutnica w furję, w upojeniu zdarła z siebie perukę, gorsetem cisnęła w męża, krynolinę oddała znajomemu oficerowi na namiot wojenny, a sama zaczęła, śpiewając z radości, rozmyślać w chwilach wolnych, jak się upodobnić do Afrodyty. Czy dla siebie? O, nie! Dla ciebie i dla mnie, w każdym razie dla niego. Serce i dusza to jest jej bogactwo, skarb pokornych i duma maluczkich, ale zapragnęła być piękna dla barbarzyńcy, aby się zwierzak nauczył mówić ludzkim językiem i zaśpiewał hymn. Patrzcie! Patrzcie! Zaczęto mierzyć Wenus z Milo i pilnie notować „ile ma w pasie?“ — „ile w kostce?“ — „ile pod piersiami?“ — zaczem pobieżawszy do Neapolu, poczęto badać inną Wenerę, Kalipygę, słynną z tego, że nikt z zachwytem na jej twarz nie patrzy, tylko zgoła przeciwnie... Zmierzyć to łatwo, ale co dalej? Dalej — trzeba było mieć wszystko takie same. Czegóż jednak nie dokaże kobieta, natchniona historyczną misją? „Na boskie kolanka Kiprydy!“ — jak mówił Petronjusz. Kobiecie wszystko się uda, czasem nawet uda. To też się udało, może nawet aż za bardzo: kobieta, wyzwolona z przekleństwa, stała się piękna, prosta, zdrowa i silna. Są wprawdzie obskuranci, twierdzący nieśmiało i pod nosem wyrzekający, że dawniej z kobietą dopiero szukającą ostatecznego wcielenia, było jakoś lepiej, bo kiedy drzewiej wątła kobiecina cisnęła w człowieka talerzem, to więcej z tego było rumoru, niż szkody, podczas kiedy dzisiaj taki twór wspaniały, taka Pallas Atene wojująca, potrafi ciskać mosiężnym dyskiem na odległość czterdziestu trzech i pół metra. Niech taka teraz zacznie ciskać talerzami... To też zjełczały, zatłuszczony, zadymiony, zartretyzowany, dychawiczny samiec, nie może pojąć dobrze, co się stało i w ohydnej swojej niewiedzy albo uśmiecha się obrośniętą swoją paszczą, niby ironicznie, albo oczernia kobietę. W głębi czarnej duszy jest jednakże przerażony, jak dziki z puszczy na widok białej bogini. Nie wie co z sobą czynić, bo jeszcze nie dorósł duchem do tej istoty skrzydlatej, co na niebieskich skrzydłach wyleciała z futerału koźlej skóry, w której cierpiała przez wieki, pokorna i cierpiętliwa. Dawniej mógł się schronić przed taką mimozą byle gdzie, bo miała migrenę i leżała, jęcząc, na kanapie, a dziś? Na wszystkie Amazonki! Przyczepi narty i dogna cię w Zakopanem. Dawniej on ją, goryl ponury, wiódł pod rękę, aby o kamień nie uraziła nogi, dziś ona prowadzi automobil i wiezie w nim przerażonego dzikusa. Dawniej czytała romanse, dziś czyta o higjenie; dawniej drżała, biedactwo, przed natarczywym buszmanem, a dziś zaczepiona czasem łaskawie, własnoręcznie w pysk mu dać raczy. Taka ci to kobieta nowoczesna, siostra Afrodyty, kuzynka Pentesilei, królowej Amazonek, może stanąć żywa na pomniku i narody, oczywiście, uklękną. Dotąd jednak nie wypada tak zupełnie bez szatek. Zczasem i to się zrobi, ale narazie jeszcze nie można, zresztą w naszym psim klimacie... To z kobiety uczyniła silna wola, rozum nieprzebrany, bohaterstwo, zaczem woda, sport, szczotki, nożyce, ale przedewszystkiem namiętne pragnienie, aby być piękną i przez piękno ten małpi ucywilizować świat... Nie dla siebie, nie dla siebie... Ponieważ zaś suknia zdobi człowieka, a nie człowiek suknię, jak obłudnie dotąd mniemano, trzeba cenić suknię. Wymyśliła ją kobieta, aby pomóc naturze i wymyśliła rzecz piękną. Ziemia rodzi kwiaty, a kobieta suknie. Zgryźliwy człowiek powie to inaczej: ziemia rodzi zboże, mężczyzna je sprzedaje, a kobieta za to kupuje suknie. My jednak nie gadamy z ludźmi zgryźliwymi, którzy mają katar żołądka i dlatego niestworzone o kobietach wypisują historje. Kobieta powinna mieć śliczną suknię i za to co wycierpiała dla cywilizacji — niech ją ma. I znowu pytamy: czy dla siebie? O, nie! Ona dowiodła, że jej wystarczy marny, byle dobrze skrojony figowy liść. Więc nie dla siebie, lecz dla radości żywota, które pragnie kolorami przypominać ogród w słońcu i chce być bardzo strojna. Suknia tedy jest wielką mądrością kobiety. Raz do francuskiego ministra, który walczył ze zbytkiem strojów kobiecych (i takiego zrobili ministrem!!), przyszły dwie fatalnie odziane niewiasty z prośbą o zasiłek na dobry cel. Minister odmówił fatalnym, brzydkim kostjumom. Potem z taką samą prośbą przyszły dwie panie, ślicznie strojne. Minister z uśmiechem dał wiele pieniędzy tym wytwornym sukniom. Wtedy suknie mu rzekły: — Kochany panie ministrze, my jesteśmy te same i byłyśmy u pana przedtem, tylko źle ubrane. A teraz widzi pan, co to znaczy piękna suknia! Minister się zawstydził, że te kobiety były tak mądre, a on nie. Oto jest wyborna historja na pochwałę piękna, elegancji i dobrego smaku poto opowiedziana, aby wreszcie każdy pojął, dla jak wzniosłych celów kobieta chce być piękna i by hebes — — jeden z drugim — nie żałował kobiecie tych kilku marnych tysięcy na suknie, któremi kobieta w czystej swojej duszy pogardza, lecz je mieć musi, bo jakżeby wyglądał świat? Jak trzeciorzędny lokal we wszechświecie. Dlatego przeto, w głębokie intencje zajrzawszy, nie mam nic przeciwko kobiecie, która chce być piękna, bo wie ona, dlaczego to czyni? A nie jest to sprawą tak łatwą, jakby się zdawać mogło. Sztuka utrzymywania piękności na wyżynie, jest wielką sztuką, jeśli się zważy, że nie można tego czynić w błogim spokoju, lecz żyć trzeba w wiecznej walce z wrogiem, podstępnie uśmiechniętym, nieobliczalnym półwarjatem, — z modą. Czy zastanowiliśmy się kiedykolwiek nad tem ponurem słowem? Co to jest moda? Jeden twierdzi, że na początku był chaos, drugi twierdzi djabolicznie, że na początku była chuć; z równem powodzeniem można zaryzykować twierdzenie, że na początku była moda. Est... moda in rebus. Należy bowiem ustalić pogląd, że ona jest właściwym motorem postępu, ostrogą i bodźcem, ona porusza niemrawą ziemię, nadaje sens życiu i funkcjonuje nieprzerwanie, potężna, jak żywioł, straszna, jak przeznaczenie, pomysłowa, jak przyroda. Dowód jest łatwy a contrario. Jak- by wyglądał ten nieszczęsny świat, gdyby się nie poruszał wedle wskazań mody? Na samą myśl o tem możnaby dostać obłędu. Na szczęście jednakże, czy na nieszczęście mądry djabeł, taki najstarszy Herse, a raczej biorąc pod uwagę panujące w raju wyznanie, taki najstarszy Zmigryder, nauczył ludzi używania stroju. I oto przez wiele miljonów lat moda, narodzona w raju, zatoczyła niezmierny krąg od liścia figowego do liścia figowego. Zaczęło się od drobiazgu, przysłaniającego to, co najważniejsze, a doszło dzisiaj do tego samego, bo moda dzisiejsza nie przysłania o wiele więcej. Stu jednakże potrzebaby na to tomów, aby opisać wszystko to, co się zdarzyło i co wymyśliła moda w granicach tych dwóch okresów. Uczeni ludzie poświęcają temu grube dzieła, historja sztuki bada i dochodzi, widać więc z tego, że moda nie jest kaprysem, ani fantazją, ale że rządzi życiem, ekscytując je w ten sposób, że podnieca je na czas krótki, a kiedy mu się zdaje, że znalazło piękną formę, każe mu ją odrzucać i wymyśla nową, wciąż nową. Dowodzi to jedynie, że moda jest pomysłowsza od przyrody. Przyroda namyśla się przez dziesięć miljonów lat, zanim zauważy, że kogutowi jeden palec jest zupełnie niepotrzebny, więc go zamienia w porozumieniu z kogutem w ostrogę. A pan Antoine chwyta nożyczki i w prze- ciągu minuty obcina na zawsze z głowy kobiecej te włosy, które natura pielęgnowała przez miljony lat. Natura jest wprawdzie zrozpaczona, ale siedzi cicho, aby nie budzić licha. Takiemu panu bowiem może przyjść na myśl, że i głowa nie jest kobiecie niezbędna do życia. Grecja zginęła, Rzym zginął, zapadła się Atlantyda, Babilon i Niniwy leżą w prochu, czas, żarłoczny krokodyl, pożarł Egipt, ale nie dał rady modzie. Od czasu do czasu ktoś zaczyna nosić grecki chiton, albo piersi zadarłszy pod brodę i podwiązawszy je złotą wstążką, naśladuje rzymski sposób noszenia tych przedmiotów, ktoś zaczyna nosić brodę à la Tutmosis, włosy a la Tytus, ktoś wznawia minioną chwałę Babilonu, malując henną włosy, w słusznem mniemaniu, że jeśli istniały te wielkie narody i państwa, to chyba poto, aby do wielkich i nieskończonych zdobyczy mody dorzucić jakiś szczegół cenny i pomysłowy. Jedynym mądrym w tem zgromadzeniu jest, jak zawsze, Izrael, który od czasów proroków nie zmienił formy stroju, kształtu bród i sposobu pielęgnowania paznokci, polegającego na ich obgryzaniu w chwilach wolnych od interesów. Moda i przyroda to jedno mają wspólne, że nie znają litości. Nikt się nie waży sprzeciwić modzie; każda przemoc budzi wprawdzie reakcję i podszep- tuje bunt, lecz jakżeż krótkotrwały! Istnieją takie kobiety, które się buntują przeciwko modzie, o, nieszczęsne! Gdyby łzy były w modzie, zapłakałbym nad niemi. Spróbujmy, wysiliwszy fantazję, wywołać widmo takiej kobiety, która, urodzona przed czterdziestu laty, odważyła się przetrwać w stanie mody z przed lat czterdziestu. Jakżeż ona wygląda? Ma twarz bladą i sine usta; dziwnie uczesana, z tyłu głowy ma wielki węzeł, a z boków przypięte fałszywe loki; nie posiada nóg, bo ich wcale nie widać; suknia wlecze się za nią, jak życie, więc ją podpina z lewej strony jakimś przemyślnym instrumentem; na głowie ma ogród, źle strzyżony, a wśród rozmaitego zielska nosi zdechłego ptaka ze szklanemi oczyma. Ramiona są wysokie, bo podwyższone zapomocą wałków z waty; piersi idą przed nią o jakieś dwie minuty, bo są czemś wypchane; okolice tylne spóźniają się w pochodzie również o jakie dwie minuty, bo są sztukowane zapomocą półksiężyca z włosienia końskiego, przedziwny zaś ten przyrząd przymocowany jest dokoła bioder zapomocą tasiemki. W pasie jest tak cieńka, jak osa, a żołądek włazi jej pomiędzy płuca. W ręku trzyma z wdziękiem chusteczkę, a jeśli jest w podróży, przewieszoną ma przez biust skórzaną torebkę. Jeśli jest kobietą podej- rzanej konduity, ze skłonnością do rui i poróbstwa, maluje sobie pod oczyma sine cienie zapomocą przypalonego korka, albo fałszuje rumieńce burakiem, lub jakimś dziwnym papierkiem. Przypuśćmy teraz rzecz straszliwą i pomyślmy, że ta kobieta rozbiera się w naszej obecności, więc: odpina fałszywe loki, wyjmuje z włosów grzebienie i szpilki, zwane w Małopolsce „haarnadle“; potem woła tłumoka z kuchni, który jej z tyłu stanika rozpina „haftki“; zaczem zdejmuje szaty w ten sposób, że opuszcza na ziemię spódnicę, z której wyłazi, jak kurczę ze skorupy jaja; woła po raz drugi tłumoka, który rozplątuje z trudem tasiemki gorsetu, a po chwili żołądek słodkiej tej kobiety opada z westchnieniem ulgi na miejsce, prawem natury przepisane; odpina sztuczny kuper, a odrzuciwszy „biusthalter“, odejmuje piersiom trzy-czwarte ich objętości, narażając je na smęt i melancholiczność; zdejmuje parzyste, acz niewymownie długie, szerokie, wygodne, z koronkami, radość dla oczu, zaczem zaczyna mozolną pracę zdejmowania bucików, związanych tak, jak solidne małżeństwo, na amen; ściąga czarne pończochy, przypatrując się z żałością, że na alabastrze ud pozostały sine pręgi po podwiązkach z „gumelastyki“. Nie zdejmuje koszuli, bo tego w owych czasach uczciwych nie robiono. Tak wygląda owa dziwna kobieta. Niechby to biedactwo próbowało w nierozumnym buncie zjawić się przed obliczem dnia dzisiejszego. To się nawet nie da pomyśleć, jak w owych czasach mogła kobieta w takim rynsztunku dopuścić się zdrady. Ileż cierpliwości, ileż potrzeba było do tego poświęcenia! Wprawdzie miłość czyni cudy, ale w każdym razie jest to godne największego podziwu. Cierpienia te były jednak składane z rozkoszą na ołtarzu mody, potwornego bóstwa. Jest to, coprawda, bóstwo szalone, które czasem wykoncypuje rzecz tak rozkoszną, jak pyjama, czasem jednak najpotworniejsze przychodzą mu do głowy pomysły: moda każe na jakiejś wyspie murzyńskiej wybić pannie w dniu wesela dwa przednie zęby, o czem można wyczytać w uczonych książkach, bo i dzikie ludzie podlegają nakazom mody. Gdyby się kto zbytnio dziwił takim dentystycznym kaprysom mody, temu należy czem prędzej powiedzieć, że są zato takie białe dziewoje, które połykają solitera, aby chudnąć; są ci takie, co piją ocet, jedzą jakieś wapno, kąpią się w pianie szwedzkiej, robią kurację „mleczną“, „kompotową“, licho wie, jaką. Moda jest jak bożek Baal. Byłoby z tem jako tako, gdyby moda mieszała się jedynie do sprawy stroju. Takie portki, czy taka suknia, pal je licho. Ale moda, obłąkana na umyśle, widząc, że nawet baran jest genjuszem wobec snoba, włazi w interesy samej przyrodzie i orzeka: szanowne panie! tego roku nosimy piersi małe i okrągłe. Strach i rozpacz pada na piersi zawiesiste i wspaniałe, wiedzą bowiem, że zostaną poddane torturom, płaczą niemowlęta, skazane na flaszeczkę. Czasem moda zajmie się głową, czasem biodrami, czasem wagą ciała, jakgdyby to nie było wszystko jedno, bo od początku świata idzie o jedno, o to, czego żadna moda nie zmieni. Nikt nie ujdzie śmierci i modzie nikt i nic nie ujdzie. Powstaje moda na poetów, na książki, na piosenkę, na polityków i na kokoty (te dwa zawody w jednym i tym samym mieszczą się resorcie), na sweatry, na gwiazdy kinowe, na psy, na wrotki, na mahjonga, na wszystko. Moda nowoczesna obejmuje szersze kręgi, lecz trwa za krótko; szaleństwo wybucha nagminnie, opęta cały świat, a po krótkim czasie ciska swojego pajaca do rupieciarni. Dlatego modzie nie należy dowierzać; jest to baba kapryśna i histeryczna. Wścieknięte nieco murzyniątko, Józefina Backer, która konwulsjami brzucha potrafiła otumanić znudzony Paryż, przekonała się o tem na swojej czarnej skórze. Za „czarną Wenus“ nikt dziś nie da dwóch sous. Nikt nie wie, kto dziś tworzy modę nowoczesną. Dawniej znało się twórców mody, królów, poetów, bandytów i cesarzów. Kołnierze à la Słowacki noszą młode żydki w Zakopanem, malarze nosili kapelusze à la Rinaldo Rinaldini, radcy dworu i stangreci nosili bokobrody wedle Franciszka Józefa, szewcy wąsy „es ist erreicht“ wedle wzoru Wilhelma II. Napoleon III przekazał potomnym wdzięczny kształt brody, Edward VII rozpięty guzik u kamizelki. Dzisiejszym królom brak oryginalności i moda nie zwraca na nich zupełnie uwagi, podpatrując czasem jedynie głośnych filmowych aktorów. Zresztą moda tworzy bezimiennie w wielkich kuźniach Paryża, gdzie przemyślni ludzie, wielcy znawcy duszy ludzkiej i ludzkiej głupoty, wymyślają najróżnorodniejsze hece, przedłużają lub skracają suknię o pół centymetra, modelują piersi, prostują nogi lub obchudzają brzuchy. Jakiś mądry kawalarz orzeka, że na przyszły sezon wszystkie kolory są do djabła, jedynie kolor tango ma prawo do ukazywania się publicznie; inni sprytni ludzie malują wszystko na tango, a cały świat się w to ubiera. Kobieta, która nie usłucha nakazu mody, zostaje zdeklasowana i mało ma nadziei na zbawienie duszy. Nawet nieboszczyk nie ma prawa do spokoju; czytałem ogłoszenie jakiegoś zakładu pogrzebo- wego, polecającego „trumny solidne i najmodniejszych fasonów“. I jakżeż tu walczyć z modą? Jest ona potęgą, wspaniałością i przykazaniem. Była tem zawsze, od wieków. Człowiek, opętany modą, nie ma innych bogów przed nią, a Słowacki powiedział:
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of „Żywot Pani“.
