Front matter
Wydanie nowe
a Współczesna a
Od tłumacza
cała książka
Wydanie nowe
a Współczesna a
OD TŁUMACZA
Osobliwa książeczka! jedna z tych, które, niedbale skreślone przez autora, w nawale ważniejszych, w jego oczach, prac i zatrudnień, niejako na marginesie bujnego i niespokojnego życia, wypłacają ponad oczekiwanie dług wdzięczności i, siłą własnego trwania, ratują od zapomnienia imię swego twórcy. Benjamin Constant był dla współczesnych pisarzem politycznym, świetnym i niebezpiecznym mówcą, wybitnym mężem stanu, wreszcie autorem pisanego przez całe życie dzieła O Religji: — dla potomności został wyłącznie niemal biografem Adolfa. Książka ta, ogłoszona drukiem w dziesięć lat po jej napisaniu, do której sam tak mało zdawał się przywiązywać wagi, stała się poniekąd zarodkiem nowoczesnego romansu psychologicznego, utrwaleniem wiekuiście się bolesnego momentu, któremu w tym wypadku dodaje blasku niezwykłość dwojga istot, jakich głos publiczny doszukuje się poza kotarami tego lakonicznego dramatu. Jak George Sand i Alfred de Musset, tak Benjamin Constant i pani de Staël zawsze pociągać będą wyobraźnię przez rzadki fenomen burzliwej i twórczej namiętności, wynikłej ze zczepienia się dwóch bogato obdarzonych natur i talentów. Kim był Benjamin Constant w epoce spotkania, tak bardzo mającego zaważyć na egzystencji dwojga ludzi, skutych odtąd na lata niewidzialnym łańcuchem, przeciw któremu będą się buntować, ale który napróżno będą się starali strząsnąć? „Miał dwadzieścia lat, pisze biograf pani de Staël, historyk Albert Sorel. Obwoził dotąd, po wszystkich szlakach Europy, awanturnicze życie. Błądzi po Niemczech i Czeczach, bawi w Anglji, pełni w Brunszwiku obowiązki szambelana. Spotyka w Szwajcarji rywalkę pani de Warens, którą skazuje rychło na rolę powiernicy; w Niemczech zaślubia dwuznaczną osobę, z którą się rozwodzi, mając więcej przyczyn do rozwodu, niż wprzódy do małżeństwa. Libertyn z teatralną pozą, hulaka, gracz, pojedynkowicz, prowadzi (wedle własnego jego określenia) życie niespokojne, można rzec liche, napełniając wszystko co go otacza podziwem dla swych przedwczesnych zdolności i nieufnością do porywczego, niespokojnego i złośliwego charakteru. Cudowna wprost zdatność chwytania wszelkiego światła, umysł przedziwnie oszlifowany, zdolny rozsiewać je w barwnych iskierkach i promieniach, wnikliwy, przekonywujący, gryzący, szyderczy, ironiczny, który wszystko widział i wszystkiego się nauczył w tej włóczędze życia i myśli. Rozwija i rozrzuca talent zdolny objąć cały świat, ale rzuca go na wszystkie wiatry i zdaje go na wolę każdego kaprysu. Niezdolny ogarnąć coś, chyba chwilami, dorywczo; łaknący sławy bez treści; pożerany energją bez celu; wciąż sprzeczny i odmienny; rwący się ku światu dla gry, miłostek, salonowych sukcesów; następnie, wśród świata, marzący o samotności; chciwy podbojów a buntujący się przeciw więzom. Sili się odczuwać entuzjazm a zwłaszcza go budzić, ale bez przerwy analizuje się i wysusza, tworzy plany które wymagają ciągłości, a jest niekonsekwentny w każdym swym kroku. Zajadle broni swej niepodległości i nie wie co z nią począć; sprowadza wszystko do samego siebie, a nie interesuje się sobą. Gdybym wiedział czego chcę (mówi), wiedziałbym lepiej co czynię. Pragnął być wielkim kochankiem i posiadł miłość najniezwyklejszej kobiety swego czasu; chciał być mężem Stanu i dwakroć powołany był do Rady najpotężniejszego naczelnika Państwa; chciał być myślicielem, i zaznaczył się we wszystkich pracach swej epoki. Mimo to, dzieło jego przeżyło się, a życie było szeregiem poronionych czynów. Bo też, w sprawach serca, brakło mu szczerości; w polityce, charakteru; w rzeczach myśli brakło mu wytrwania. Zostawił tylko jedną książkę, nowelę o kilkudziesięciu stronicach: jest to w swoim rodzaju arcydzieło, ale też jestto spowiedź, spowiedź niezdolności autora do działania, do czynienia dobrze, słowem do życia“. Oryginał tego niezbyt życzliwego portretu, Henryk Benjamin Constant de Rebecque, urodził się w Lozannie, w r. 1767. Matkę stracił przy urodzeniu. Chowany przez ojca (którego wizerunek kreśli w Adolfie) w Holandji, później w Brukseli, rozwija się, pod kierunkiem inteligentnego kierownika, nader wcześnie. W 12-tym roku ofiarowuje ojcu heroiczny romans wierszem, p. t. Rycerze. W latach 1783—85, kończy nauki na protestanckim uniwersytecie w Erlangen, później w Oxfordzie i Edymburgu. Tu drukuje pierwszą pracę, niedokończony zresztą przekład dzieła Gillies‘a History of ancien Greece. Kiedy miał lat ośmnaście, brewiarzem jego stały się Niebezpieczne Związki Laclosa, które ukazały się wówczas. W r. 1786, młody Constant bawi w Paryżu, w chwili gdy parlamenty domagają się zwołania Stanów Generalnych. W salonie pani Necker (matki pani de Staël), jednym z najwpływowszych w Paryżu, poznaje panią de Charrière, osobę znacznie (podobno o 27 lat) starszą od siebie, z którą nawiązany stosunek miłosny niebawem przechodzi w ton przyjaźni. W Paryżu prowadzi młody Benjamin życie dość rozproszone; pochłania go gra (której będzie hołdował całe życie), zabawy, tryumfy światowe. Zbrzydziwszy sobie wszystko pod wpływem zawodu w młodocianych zamiarach matrymonjalnych, opuszcza nagle Paryż w sposób dość awanturniczy, niemal bez pieniędzy, i, wpół pieszo, wpół konno, ucieka do Anglji, z myślą o przeprawie do Ameryki. Wreszcie, szuka gościny u pani de Charrière, w Neuchatel w Szwajcarji. Aby uspokoić pogniewanego rodzica, Constant przyjmuje funkcje szambelana u księcia Karola-Wilhelma Brunszwickiego, zdawna życzliwie usposobionego dla ojca Benjamina. Sześć lat pobytu na dworze (1787—94), których reminiscencje znajdziemy w Adolfie, dowiodły, iż młody szambelan nie posiadał talentów dworaka. Wśród tych rozprószeń oddaje się przygodnie pracy literackiej. W Colombier, u pani de Charrière, „na kartach tarokowych, które zamierzał kazać zeszyć razem“, zaczyna szkicować dzieło O Religji, nad którem będzie pracował całe życie. W Brunszwiku kreśli Historję cywilizacji dawnej Grecji i wpływu na nią kolonij egipskich, oraz Porównanie obyczaju Greków z obyczajami Celtów, Germanów, Szkotów i Skandynawów! Na owe lata przypada dość drażliwy proces, z którego ojciec jego wychodzi zachwiany majątkowo, oraz na finansowych kombinacjach oparte małżeństwo Benjamina z baronówną Schram (1789), nieszczęśliwe i zakończone rozwodem w r. 1794. Do rewolucji francuskiej odnosi się młody Constant z sympatją: pokłada ufność w osobach Mirabeau i Barnave‘a, później w stronnictwie Żyrondy. Przy tych poglądach trudno mu było pozostać w służbach księcia Brunszwiku. Dopełniwszy formalności rozwodowych, opuszcza dwór, i, jesienią 1794, wraca do Lozanny. Tutaj po raz pierwszy spotyka panią de Staël, córkę słynnego Neckera, chwilowego bożyszcza Rewolucji, bankiera, ekonomisty, ministra i filantropa, żonę zaś starszego znacznie od niej pana de Staël, szwedzkiego ambasadora w Paryżu. Pani de Staël, mimo że rozgłos jej był raczej politycznej niż literackiej natury, należała już wówczas do najwybitniejszych kobiet we Francji. W pełni młodości (ledwie o rok starsza od Benjamina), nie piękna ale pełna uroku, porywająca wymową i dowcipem, przyszła wielka pisarka przechodziła wówczas kryzys sercowy, który ją tem wrażliwszą czynił na garnące się uczucie. „Zrazu, niezbyt go lubiła (pisze serdeczna jej przyjaciółka, pani Récamier): ale takie wyprawiał rozpacze i póty groził że się zabije, aż ją przemógł“. Czy że niepospolita osobistość pani de Staël zbudziła w Benjaminie szczery podziw i uczucie, czy że, jak Adolf, uznał ją za „zdobycz godną siebie“, dość iż niebawem zadzierżgnął się między nimi związek, który, wśród nieustannych burz, szarpań, zrywań i nawrotów, miał się ciągnąć lata całe. „Termidor“ i połączony z nim upadek terroru zdawał się otwierać nowe pole dla pani de Staël, która, jak poprzednio przez miłość do świetnego Narbonne‘a stała się monarchistką, tak obecnie marzyła o Republice liberalnej z Benjaminem Constant jako prawodawcą. W r. 1795 wraca do Paryża, zastaje tam męża, który powrócił do funkcji ambasadora. Salon pani de Staël usiłuje skupić szczątki dawnego społeczeństwa. Stykają się tam rozmaite warstwy i stronnictwa; umiarkowani rewolucjoniści, przeżytki dawnej monarchji, emigranci ściągający z powrotem do Francji, dziennikarze wszelkich obozów, zaś, „wśród tych koteryj, ocierających się o siebie i obserwujących się zazdrośnie, Benjamin Constant, szukający w Republice miejsca dla swej niezdecydowanej ambicji, gardzący ludźmi, szydzący z idej, budzący we wszystkich obawę, w nikim szacunku: oto tło słynnego klubu z r. 1795“. Zresztą salon ten trwa krótko; pani de Staël, niemile widziana przez Dyrektorjat, uważa za właściwe przenieść się do posiadłości swej Coppet w Szwajcarji, gdzie, rada nierada, zwraca się ku pracom literackim. Benjamin jest tu częstym gościem; jestto okres żywego współdziałania obu wybitnych talentów. W dziele Constanta O sile obecnego rządu Francji i konieczności pojednania się z nim, pani de Staël współpracuje i sama podkreśla tę okoliczność, w nadziei iż jej to otworzy upragniony powrót do Paryża. Wreszcie, w r. 1797, polityczna para kochanków wraca, z nadzieją iż na stałe. Talleyrand, który objął tekę spraw zagranicznych, nosi się z myślą powołania Benjamina na generalnego sekretarza. Pani de Staël wydaje obiady, gdzie, wśród licznych gości, figurują Lucjan i Józef Bonapartowie. Są poszlaki, iż autorka Delfiny chętnie została oficjalną muzą Konsulatu i Cesarstwa; i w pismach jej i w osobistem odnoszeniu do Napoleona raz po raz widzi się kokieteryjnie wysuniętą rączkę; ale Napoleon nie uznawał „kobiet politycznych“ i szorstko odsunął te awanse. Pani de Staël mści się po kobiecemu. Gromadzi w swym kręgu wszystko co było znacznego w Paryżu poza sferą Pierwszego Konsula; salon jej staje się kuźnią złośliwych wycieczek przeciw Napoleonowi. Wśród tego grona, pani de Staël błyszczy wdziękiem, rozmową iskrzącą się ogniem dowcipu, satyry, przenikliwej analizy, uczucia i entuzjazmu. „Gdybym była królową, powiada o niej pani de Teesé, kazałabym pani de Staël mówić ciągle“. Napoleon był wręcz przeciwnego zdania. Constant, częścią pod wplywem otoczenia, częścią siłą własnych przekonań kierujących go w stronę opozycji, zajmuje coraz bardziej wyraźne stanowisko. W styczniu 1800, decyduje się rzucić ostrzeżenie przed „świtem tyranji“. Mowę swą przygotowuje w salonie pani de Staël. „Oto, rzekł Benjamin, salon pełen osób które ci są miłe; jeśli przemówię, jutro będzie pusty; zastanów się. — Trzeba iść za swem przekonaniem“, odparła. Constant wygłosił mowę. Tego wieczora, pani de Staël oczekiwała grona przyjaciół na obiad; o godzinie piątej otrzymała dziesięć bilecików z usprawiedliwieniem, między innymi od Talleyranda. Wśród tego, pan de Staël, separowany formalnie z żoną w roku 1798, umiera w r. 1802. Constant ofiarowuje małżeństwo, ale nie zbyt szczerze; pani de Staël widzi ujemne strony tego związku, ale może zachowuje do kochanka żal, że nie umiał jej przymusić. Niedoszłe te rokowania pozostawiają obustronne żale i urazy. W końcu, lew, cięty przez bąki salonowego dowcipu, zniecierpliwił się. Napoleon nie cofnął się przed cieniem śmieszności, wytoczył wielkie działa do walki z kobietą. W r. 1803, pani de Staël otrzymuje rozkaz wydalenia się o czterdzieści mil poza Paryż. Zrazu, igra z zakazem; wreszcie, widząc iż rzecz jest poważna, daje za wygraną: emigruje. Constant udaje się za nią do Niemiec i nie wraca do Francji aż w r. 1814, po upadku Cesarstwa. Ten czas spędza pani de Staël częścią w Weimarze, w towarzystwie wybitnych Niemców, częścią w Szwajcarji, w Coppet, gdzie, po podróży do Włoch, której owocem była powieść Korynna czyli Włochy, nowym blaskiem okrywająca imię autorki, pani de Staël rozgościła się na swem „wygnaniu“. Nie miało ono zresztą nic z osamotnienia i żałoby. Otoczona wiernymi przyjaciółmi, z aureolą „nieprzyjaciółki Napoleona“, stwarza w Coppet dwór, który, jak niegdyś wolterowskie Ferney, ściąga wędrowców oświeconej Europy. Stały personel stanowią (nienawidzący się zresztą serdecznie) filozof niemiecki Schlegel, wychowawca dzieci pani de Staël, oraz ciągle wydzierający się i powracający Benjamin. Życie w Coppet płynęło w istnej orgji „konwersacji“ zaczynającej się przy śniadaniu a kończącej późno w nocy. Jak u Woltera, grywano z zapałem teatr. Pani de Staël, swą grą nierówną, ale porywającą i patetyczną, odtwarza Andromachę, Fedrę, Zairę i inne „dostojne nieszczęśnice“ klasycznego teatru. Benjamin Constant miał ambicję aby być bohaterem tej niepospolitej sceny, i „ze wszystkich spraw swego życia, tę może najdłużej brał poważnie“. Związek z panią de Staël stawał się coraz burzliwszy. Benjamin, oddawna wystygły uczuciowo, raz po razu próbował strząsnąć łańcuchy i raz po razu wracał. Wściekły na siebie za tę uległość, w poufnych notatkach wyraża się o kochance z ostateczną brutalnością. Pani de Staël, zbliżająca się do „niebezpiecznego wieku“ miłości, kurczowo trzyma się tego ostatniego — jak mogła mniemać — przywiązania. Kochankowie rzucają sobie w oczy najcięższe zarzuty, gryzą się, szarpią, aby później, wieczorem, olśniewać audytorjum błyskotliwością rozmowy, lub przenosić swe burze na deski teatru. W r. 1808, pani de Staël, wracając z ponownej podróży po Niemczech, spotyka w Sécheron, blisko Genewy, Benjamina, który oświadcza, iż ożenił się potajemnie (z Niemką, rozwódką o nieszczególnej opinji, z domu de Hardenberg) i przedstawia jej swą żonę. Pani de Staël wpada w taką rozpacz iż wymusza na Karolinie i Benjaminie tajemnicę. Constant, który, dzięki swemu małżeństwu, znajduje w stosunku do pani Staël nową podnietę podwójnej , daje się pociągnąć do Coppet; Karolina długo czeka na powrót męża i ogłoszenie małżeństwa... Ale to przesilenie jest bodaj że ostatnim akordem burzliwego romansu. Pani de Staël spostrzega się, iż silniej trzymał ją w dawnych więzach nałóg wyobraźni niż serce, i że potrafi, ostatecznie, żyć bez Benjamina... Dalszy ciąg życia Constanta wiąże się z historją Francji. Wypadki r. 1813 (bitwa pod Lipskiem) sprowadzają go od filozofji znowuż ku polityce. W Hanowerze, dokąd się schronił, wydaje pamflet przeciw imperjalizmowi. Po powrocie Burbonów wraca do Paryża; i znowuż jest w salonie pani de Staël, gdzie skupiła się partja liberalna. Constant staje się wodzem, głosi system reprezentacyjny na wzór angielski, domaga się wolności prasy. Wśród tego, Napoleon powraca z wyspy Elby. Constant, który, do ostatniej chwili, zarzekał się przeciw układom z nowym rządem, opuszcza Paryż, ale z drogi wraca potajemnie. Generał Sebastiani pośredniczy w spotkaniu z Napoleonem. Cesarz, aby dać wyraz swym liberalnym intencjom, czyni Constanta redaktorem Aktu dodatkowego do Konstytucji Cesarstwa, oraz mianuje go Radcą Stanu. Po Waterloo, roztrząsa z nim obszernie kwestję abdykacji, którą Constant doradza. Po abdykacji, po chybionej misji u obcych dworów, Constant udał się do Anglji, oczekując biegu wypadków. Tu ogłosił drukiem Adolfa (1816), napisanego, zdaje się, w r. 1806. Wróciwszy do Francji i do życia publicznego, ciągle walczy na łamach dzienników liberalnych w obronie wolności, zwłaszcza wolności prasy. W r. 1810, wchodzi do Izby jako poseł i zyskuje sobie mir jednego z najświetniejszych mówców. Wśród zażartych walk politycznych, atakowany gwałtownie przez przeciwników, którzy chcieli mu odmówić nawet praw Francuza, Constant pracuje ciągle nad dziełem O Religji, którego pierwszy tom wychodzi w r. 1823. Po rewolucji lipcowej, zostaje prezydentem Rady Stanu; równocześnie rujnuje swą opinję, przyjmując od Ludwika Filipa 200000 fr. na pokrycie długów karcianych. Niebawem, w r. 1830, umiera, licząc lat 63. Z rozmysłu skreśliłem wprzód nieco obszerniej historję Benjamina Constant i pani de Staël, ponieważ, wobec niewątpliwie autobiograficznego charakteru Adolfa, naturalne zaciekawienie musi budzić istotne tło zdarzeń. Napozór, Eleonora, ta nieszczęśliwa kobieta, wykolejona, skazana na to aby być kulą u nogi jednego człowieka, ponieważ szuka we własnych oczach rehabilitacji w stałości swego uczucia, ani jednym rysem nie może przypominać świetnej, utalentowanej, otoczonej, sławnej i bogatej autorki Korynny. Ale tło stosunku wzięte jest niewątpliwie z natury; cytowany przez Saint-Beuve‘a list Sismondiego, naocznego świadka tego burzliwego związku w jego codzienności, pisany do hrabiny Albany bezpośrednio po przeczytaniu Adolfa (14 października 1816), stanowi w tej mierze ciekawy, niemal rozstrzygający dokument. „Autor — pisze Sismondi — chciał widocznie zatrzeć w postaci Eleonory wszelkie podobieństwo. Zmienił wszystko: narodowość, stanowisko, powierzchowność, charakter. Dane życia ani też osoby nie są w niczem identyczne; z czego wynika, iż, pod wieloma względami, bohaterka okazuje się w powieści zupełnie inną niż autor zapowiada; ale po gwałtowności i wymaganiach w stosunku miłosnym, nie można jej nie poznać. To pozorne zżycie się, to zachłanne panowanie podczas którego szarpali się wszystkiem co gniew i nienawiść mogą podyktować obelżywego, to historja tych dwojga“. Bo też, mimo różnicy warunków, dramat Adolfa jest prawdziwym dramatem Benjamina Constant. O ile pod rządem Napoleona dla pani de Staël nie mogło być miejsca, o tyle dla Constanta znalazłoby się ono zawsze; i, jak to pokazują późniejsze wypadki, jedno ze świetniejszych. Jego giętki umysł, niepospolita wymowa, wrodzona pasja polityczna potrafiłyby sobie znaleźć drogę w granicach legalności; Napoleon zaś miał wszelkie przyczyny aby sobie pozyskać takiego człowieka. I oto, w pełni wieku i talentu, człowiek ten skazuje się na bezczynność, na jałowe dąsy emigracyjne, poto, aby, przez lata całe, zajmować dość dwuznaczne stanowisko na „dworze“ kobiety, przesłaniającej go sławą, stanowiskiem, majątkiem, a dla której uczucie dawno w nim wygasło. Czuje to, szarpie się, zadręcza ją i siebie — i, mimo wszystko, nie umie się wyzwolić. Ta najistotniejsza treść książki, niezależna od zewnętrznth podobieństw, jest zdaje się, skreślona z natury. Dla osądzenia Adolfa pod względem artystycznym, trzeba uprzytomnić sobie epokę w której ta książka powstała, t. j. pierwsze lata XIX w., trzydzieści lat blisko przed Balzakiem, który technikę powieści pchnął na odmienne tory i wprowadził w nią nowe wartości. W przeciwstawieniu do powieści nowożytnej, realistycznej, operującej arsenałem zewnętrznych szczegółów, tłem, środowiskiem, t. zw. „kolorytem lokalnym“, realizmem djalogu, powieść przedbalzakowska wywodzi się jakgdyby z psychologicznego dramatu klasycznego i rozgrywa się w jego ubogich zewnętrznie i jednostajnych kulisach. Na stukilkudziesięciu stronicach, znajdujemy jeden tylko ustęp, w którym autor — w sposób bardzo szczęśliwy — wydobywa z martwego tła współdźwięk z duszami bohaterów, nastrój. Po gwałtownej scenie, kochankowie, wyczerpani, przechodzą do ogrodu:
Akcja Adolfa toczy się kolejno w Niemczech, Czechach i w Polsce, bez usiłowań ze strony autora, aby zaznaczyć swoistemi rysami środowisko i jego oddziaływanie. Charakterystyka zewnętrzna pominięta zupełnie, drugoplanowe figury w cieniu, całe światło skupione na dwie, a raczej na jedną osobę bohatera. Stąd, dla czytelnika nawykłego patrzeć na powieść dzisiejszemi oczyma, może się faktura książki wydać konwencjonalną i suchą: cała wartość idzie wewnątrz, w analizę psychologiczną, która w Adolfie, co do prawdy, szczerości i głębi, mało ma sobie równych. Jak wspomniałem na wstępie, Adolf jest definitywnem pochwyceniem pewnego typicznie niemal powtarzającego się momentu, jest jednym z najboleśniejszych dramatów dwojga istot, które, w pewnej fazie egzystencji, ani rozłączyć się, ani żyć z sobą nie mogą, i topią całe lata w rozpaczliwem szamotaniu, z którego — dzięki różnicy w warunkach obu płci — kobieta wychodzi często zniweczona, mężczyzna (o ile traf, bo rzadko własna siła, wyrwać mu się pozwoli) z nadwerężonym kapitałem życiowym. A tym Herkulesom, którym dramat ów wyda się błahy, Adolf zaś prostym niedołęgą, przypomnę słowa Napoleona, człowieka, któremu, ostatecznie nie można odmówić energji: „W miłości, jedynem zwycięstwem jest ucieczka“. Oto zatem książka, którą skończywszy czytać, człowiek się czuje jakby postarzałym, zmęczonym. I, rzecz dziwna! siła, z jaką przeżywa się tę opowieść, spoczywa w tem, w czem, zdawałoby się, powinna tkwić jej słabość: w ogólnikowości tego co jest zewnątrz, w jej braku plastyki. Książka ta nie narzuca nam przeżyć obcych ludzi, z któremi, zależnie od sympatji, mniej lub więcej się współczuje; ale mówi każdemu wprost o nim samym; jest algebrą stanów duszy, ale algebrą w tem znaczeniu, w jakiem jest nią np. muzyka. Poddaje ton, wzór, którego objektywizację każdy znajduje w samym sobie. Te wartości wystarczą, aby Adolfowi, nawet bez zaprawy tkwiącej w nim interesującej niedyskrecji, zapewnić miejsce w piśmiennictwie, a imię jego, jak imię don Juana, Hamleta, Manon Lescaut, uczynić symbolem jednego z owych skrótów myślowych, które, w jednem słowie, otwierają perspektywy w głąb serca ludzkiego. Książeczka ta, znana mniej niż na to zasługuje, zostanie wśród tych które stanowią żelazny kapitał literatury świata. Nawet to, co może w niej razić, pozorna oschłość, a raczej oszczędność stylu, może być jedynie zbawiennym antydotem przeciw dzisiejszym narowom stylowym, o ileż ciężej grzeszącym w przeciwnym kierunku!
PRZEDMOWA AUTORA
DO TRZECIEGO WYDANIA
Nie bez pewnego wahania zgodziłem się na ponowny druk tego dziełka, wydanego przed dziesięciu laty. Gdyby nie pewność niemal, iż zamierzano dokonać przedruku jego w Belgji, i że ów przedruk, jak większość tych które rozpowszechniają w Niemczech i wprowadzają do Francji belgijscy rabusie, będzie pomnożony dodatkami i wtrętami nie pochodzącemi odemnie, nie zajmowałbym się błahostką napisaną jedynie w tej myśli, aby przekonać kilku przyjaciół, bawiących ze mną na wsi, o możliwości zainteresowania opowieścią, w której jest tylko dwoje aktorów, sytuacja zaś pozostaje ciągle jednakowa. Raz zabrawszy się do tej pracy, zapragnąłem rozwinąć parę innych myśli, które mi przyszły do głowy i które wydały mi się nie pozbawione pożytku. Chciałem odmalować ból, jaki, nawet oschłym sercom, sprawiają cierpienia, którego są źródłem, jak również złudzenie, które każe im się uważać za bardziej płochych i zepsutych niż są w istocie. Na odległość, obraz męczarni w jakie się kogoś wtrąca, wydaje się mglisty i niejasny, niby mgła łatwa do przebycia. Czerpiemy odwagę w sądach społeczeństwa; społeczeństwo to, nawskroś sztuczne, zastępuje zasady etykietą, a wzruszenia konwenansem; nienawidzi skandalu jako rzeczy niewygodnej, nienormalnej poniekąd, godzi się bowiem dość chętnie z występkiem, byle bez rozgłosu. Mamy złudzenie, iż więzy zadzierżgnięte bez dadzą się zerwać bez trudu. Ale, kiedy widzimy mękę wynikłą ze skruszenia tych więzów; bolesne zdumienie oszukanej duszy; nieufność, jaka następuje po tak zupełnej ufności; nieufność, która zmuszona zwrócić się przeciw istocie będącej poza resztą świata, rozciąga się na cały świat; kiedy widzimy wiarę, podciętą w swej zasadzie i nie wiedzącą już gdzie w co wierzyć: czujemy wówczas, że jest coś świętego w sercu które cierpi przez to że kocha. Odkrywamy, jak głębokie są w nas korzenie przywiązania, którego mniemaliśmy się być jedynie przedmiotem; i, jeżeli zwyciężamy to, co nazywa się ą, odbywa się to kosztem zniweczenia w nas samych wszystkiego uczciwego, poświęcenia wszystkiego co szlachetne. Z tego zwycięstwa, które przyjaciele i obojętni chwalą, podnosi się człowiek, okaleczywszy śmiertelnie cząstkę swej duszy, zdeptawszy sympatję, nadużywszy słabości, obraziwszy moralność, użytą jako pozór dla okrucieństwa; i przeżywa swą lepszą naturę, z uczuciem wstydu lub poniżenia po tym smutnym tryumfie. Oto obraz, jaki chciałem odmalować w Adolfie. Nie wiem, czy mi się powiodło; rękojmię prawdy daje mi bodaj to, iż wszyscy niemal czytelnicy, z którymi się zetknąłem, odnaleźli samych siebie w sytuacjach mego bohatera. Prawda, iż, przez wszystkie ich żale, przebijało mętne uczucie zadowolonej próżności; radzi byli czuć się, jak Adolf, pastwą upartego przywiązania; widzieli w sobie ofiary namiętności jaką obudzili. Sądzę, iż, po większej części, obwiniali się niesłusznie, i że, gdyby próżność zostawiła ich w spokoju, z sumieniem nie wiele mieliby kłopotu. Jakbądź się rzeczy mają, wszystko co tyczy Adolfa stało mi się bardzo obojętne; nie przywiązuję żadnej wagi do tej powieści. Powtarzam, iż, dając ją na nowo publiczności, która, prawdopodobnie, o ile ją znała kiedy, zapomniała o niej, chciałem stwierdzić, iż wszelkie wydanie, któreby zawierało coś innego niż jest w niniejszej książeczce, nie pochodzi odemnie i że za nie nie odpowiadam.
SŁÓWKO OD WYDAWCY
Wiele już lat temu, podróżowałem po Włoszech. Wskutek wylewu rzeczki Neto, musiałem się zatrzymać w gospodzie w Cerenza, małej wiosce w Kalabrji; zastałem tam cudzoziemca, który przerwał podróż dla tej samej przyczyny. Był bardzo milczący i zdawał się smutny; nie zdradzał żadnego zniecierpliwienia. Wyrzekałem niekiedy przed nim, jako przed jedynym człowiekiem, z którym mogłem się porozumieć, na opóźnienie, którego staliśmy się ofiarą. „Obojętne mi, odpowiadał, czy jestem tu, czy gdzieindziej“. Gospodarz, pociągnąwszy za język młodego neapolitańczyka, który służył u cudzoziemca, powiedział mi, iż ów przybysz nie podróżuje snadź przez ciekawość, nie odwiedza bowiem ani ruin, ani widoków, ani pomników, ani ludzi. Czytał wiele, ale nigdy długo jednym ciągiem; przechadzał się wieczór, zawsze sam; często spędzał całe dnie, siedząc nieruchomo, z głową opartą na dłoniach. W chwili gdy przywrócona komunikacja pozwoliła puścić się w drogę, nieznajomy ciężko zachorował. Uczucie ludzkości kazało mi przedłużyć pobyt, celem pielęgnowania chorego. W Cerenzy był tylko cyrulik; chciałem posłać do Cosency po skuteczniejszą pomoc. „Nie warto, rzekł nieznajomy; ten wystarczy najzupełniej“. Miał słuszność, więcej może niż myślał, gdyż cyrulik wyleczył go. „Nie spodziewałem się po panu tyle sztuki”, rzekł dość zgryźliwie, regulując należność; następnie podziękował mi za moje starania i pojechał. W wiele miesięcy później otrzymałem w Neapolu list od gospodarza Cerenzy, wraz ze szkatułką, znalezioną na drodze do Strongoli, którą to drogę i ja i ów obcy przebyliśmy obaj, ale każdy oddzielnie. Oberżysta, posyłając szkatułkę, był pewny, że należy do jednego z nas. Zawierała wiele listów, bardzo dawnych, bez adresu lub z zamazanym adresem i podpisem, portret kobiety, oraz zeszyt, mieszczący powiastkę lub opowiadanie, które czytelnik znajdzie poniżej. Cudzoziemiec, istotny właściciel tych rzeczy, rozstając się ze mną, nie zostawił żadnych informacyj o swych dalszych planach; przechowywałem tedy wszystko przez dziesięć lat, niepewny co począć z tym fantem. Przypadkowo, bawiąc w pewnem mieście w Niemczech, zwierzyłem się paru osobom z kłopotu; jedna z nich prosiła mnie usilnie o rękopis którego byłem depozytarjuszem. Po tygodniu odesłano mi rękopis wraz z listem, który umieściłem na końcu, ponieważ byłby niezrozumiały, gdyby go przeczytać przed poznaniem samej historji. List ten skłonił mnie do ogłoszenia rękopisu, dając pewność, iż nie może to obrazić ani narazić nikogo. Nie zmieniłem w oryginale ani słowa; nawet usunięcie nazwisk nie jest mojem dziełem: były zaznaczone jedynie, jak i tutaj, początkowemi literami.
ROZDZIAŁ I
Skończyłem w dwudziestym drugim roku życia studja w Getyndze. Zamiarem mego ojca, ministra przy Elektorze ***, było, abym zwiedził najważniejsze kraje w Europie. Chciał mnie następnie powołać do siebie, zatrudnić w urzędzie pod swoim kierunkiem, i przygotować bym kiedyś objął po nim następstwo. Mimo nader płochego życia, zdołałem, dzięki dość wytrwałej pracy, osiągnąć rezultaty wyróżniające mnie z pośród towarzyszy, i, dzięki temu, obudzić w ojcu nadzieje, prawdopodobnie znacznie przesadzone, co do mej przyszłości. Nadzieje te uczyniły go bardzo pobłażliwym na wiele błędów jakie popełniłem. Nie dopuścił nigdy, aby ich następstwa dały mi się we znaki. Zawsze spełniał, niekiedy uprzedzał żądania moje w tej mierze. Nieszczęściem, postępowanie to miało za źródło raczej szlachetność i hojność niż tkliwsze uczucie. Uznawałem głęboko prawa ojca do mej wdzięczności i szacunku: ale nie było między nami nigdy poufalszego zbliżenia. Miał on w usposobieniu pewien rys nieuchwytnej ironji, która mnie mroziła. Byłem wówczas aż nadto skłonny iść za pędem owych naiwnych i szalonych marzeń, które wyrzucają duszę poza sferę pospolitości i budzą w niej wzgardę dla wszystkiego co ją otacza. Znajdowałem w ojcu nie cenzora, ale zimnego i kostycznego widza, który zrazu uśmiechał się z politowaniem, następnie zaś, zniecierpliwiony, rychło kończył rozmowę. Nie sobie, abyśmy, w owych ośmnastu pierwszych latach, mówili z sobą bodaj godzinę jednym ciągiem. Listy, które pisywał, były serdeczne, pełne roztropnych i tkliwych rad, ale skoro tylko znaleźliśmy się razem, natychmiast odczuwałem w ojcu jakiś przymus, którego nie umiałem sobie wytłumaczyć i który działał na mnie w przykry sposób. Nie wiedziałem jeszcze co to nieśmiałość, owo czające się w duszy cierpienie, które prześladuje nas do późnego wieku, dławi w sercu najgłębsze wzruszenia, mrozi słowa na ustach, zniekształca wszystko co chcemy powiedzieć, i nie pozwala się wyrazić inaczej niż zapomocą ogólników lub ironji: jakgdybyśmy się chcieli zemścić na własnych uczuciach za ten ból iż nie możemy ich objawić! Nie wiedziałem, iż, nawet wobec syna, ojciec mój był nieśmiały, i że często, po długiem oczekiwaniu wylewów mej czułości, które znów we mnie dławiła jego rzekoma oziębłość, opuszczał mnie z wilgotnemi oczyma i skarżył się przed innymi na mój brak serca. To skrępowanie w stosunku do ojca miało wielki wpływ na rozwój mego charakteru. Równie nieśmiały jak on, ale, jako młodszy, bardziej podległy wzruszeniom, przyzwyczaiłem się zamykać wszystko w sobie, tworzyć plany jedynie na własną rękę, liczyć wyłącznie na siebie, uważać rady, życzliwość, pomoc, nawet obecność drugich, za skrępowanie i przeszkodę. Nauczyłem się nigdy nie mówić o tem co mnie zajmuje; znosiłem rozmowę jedynie jako przykrą konieczność, a wówczas ożywiałem ją nieustannem dowcipkowaniem, które czyniło mi przymus mniej nużącym i pomagało ukryć prawdziwe myśli. Stąd pewien brak swobody, jaki dziś jeszcze przyjaciele mają mi za złe, oraz trudność rozmawiania poważnie, jaką zaledwie mogę przezwyciężyć. Równocześnie wynikło stąd żarliwe pragnienie niezależności, bunt przeciw więzom jakie wyczuwałem dokoła, niezwalczona obawa nałożenia sobie nowych. Czułem się dobrze tylko sam. Usposobienie to zostało mi do dziś dnia; tak dalece, iż w lada okolicznościach, kiedy mi trzeba wybierać, towarzystwo ludzkie nuży mnie i naturalnym mym pędem jest uciekać przed niem, aby się skupić w spokoju i samotności. Nie był to zresztą egoizm tak , jak możnaby wnosić z tego opisu: mimo iż wszystko obchodziło mnie jedynie przezemnie, własna osoba obchodziła mnie dość słabo. Posiadałem w sercu zasób czułości, którego sam nie byłem dobrze świadom, ale który, nie znajdując pokarmu, odrywał mnie raz po raz od wszystkiego co mnie mogło zainteresować. Obojętność tę spotęgowała we mnie jeszcze myśl o śmierci. Myśl ta opanowała mnie bardzo młodo; nigdy nie mogłem pojąć, iż ludzie potrafią ją w sobie tak łatwo zagłuszyć. Mając lat siedmnaście, patrzałem na śmierć starszej kobiety, której umysł, równie niepospolity jak oryginalny, zaczął na mnie wywierać silny wpływ. W zaraniu życia kobieta ta rzuciła się, jak tyle innych, ku światu, którego nie znała, z poczuciem wielkiej siły duszy i niecodziennych w istocie zdatności. Nie umiała się nagiąć do sztucznych, lecz koniecznych warunków świata; nadzieje jej — rzecz aż nazbyt częsta — załamały się, młodość minęła bez szczęścia: wreszcie nadeszła starość, nie zdoławszy jej wszakże ugiąć. Posiadłość jej sąsiadowała z naszym majątkiem; tam żyła, zgorzkniała i zamknięta w sobie, mając za całą deskę ratunku swój rozum i analizując wszystko rozumem. Blisko przez rok, w paśmie naszych niewyczerpanych rozmów, oglądaliśmy życie we wszystkich jego postaciach, a śmierć jako kres wszystkiego: i oto, nagadawszy się z nią tyle o śmierci, ujrzałem, jak śmierć ugodziła ją w moich oczach. Wydarzenie to napełniło mnie poczuciem niepewności losów, i wtrąciło w jakąś zadumę, nie opuszczającą mnie nigdy. Z poezyj, najchętniej czytałem ustępy, przypominające znikomość ludzkiego życia. Uważałem, iż żaden cel nie jest wart wysiłku. Dziwna rzecz, iż uczucie to osłabło, w miarę jak brzemię lat zaczęło mnie przygniatać. Byłożby to dlatego, iż nadzieja jest z natury swojej czemś niepewnem, i że, skoro jej nie stanie naszemu życiu, staje się ono twardszem, lecz bardziej rzeczywistem? Byłożby to stąd, iż życie staje się bardziej realnem w miarę jak złudzenia gasną, tak jak wierzchołek skał lepiej rysuje się na horyzoncie, kiedy chmury się rozproszą? Opuściwszy Getyngę, udałem się do miasteczka w D***. Miasto to było rezydencją księcia, który, jak większość niemieckich książąt, władał dobrotliwie szczupłem państewkiem, opiekował się światłymi ludźmi którzy się tam osiedlili, zostawiając wszystkim poglądom zupełną swobodę. Mimo to, zasklepiony, mocą dawnego obyczaju, w towarzystwie dworaków, skupiał tem samem koło siebie ludzi przeważnie nieznaczących lub miernych. Przyjęto mnie na dworze z ciekawością, jaką nieodzownie budzi każdy obcy, rozrywający zaklęte koło monotonji i etykiety. Przez kilka miesięcy nie zauważyłem nic, coby mnie uderzyło. Byłem wdzięczny za uprzejmość z jaką mnie podejmowano; ale, naprzemian, to nieśmiałość nie pozwoliła mi z niej korzystać, to znów znużenie tym jałowym zgiełkiem kazało mi przekładać samotność nad mdłe uciechy towarzystwa. Nie żywiłem niechęci do nikogo, ale mało kto mnie interesował; otóż, obojętność uraża ludzi; przypisują ją uprzedzeniu, lub chęci zwrócenia na siebie uwagi; nie chcą wierzyć, aby poprostu można się nudzić w ich towarzystwie. Niekiedy starałem się zdławić nudę; zamykałem się w upartym lakonizmie: milczenie moje brano za wzgardę. Kiedyindziej, znużony własnem odosobnieniem, wpadałam w sztuczną wesołość, a dowcip mój, raz pobudzony, ponosił mnie poza wszelkie granice. Wyciągałem na jaw, w ciągu jednego dnia, śmiesznostki, którym przyglądałem się w milczeniu przez miesiąc. Świadkowie tych moich niespodzianych i mimowolnych wynurzeń nie czuli się niemi bynajmniej zaszczyceni, i słusznie; rodziła je tylko potrzeba wyładowania się a nie zaufanie. W rozmowach z ową kobietą która pierwsza kształtowała mój umysł, nabrałem niezwyciężonego wstrętu do komunałów i dogmatycznych formułek. Skoro ujrzałem radą z siebie miernotę ujeżdżającą na niezłomnych i świętych zasadach moralności, konwenansu lub religji — rzeczy które tak snadnie stawia się w jednej linji — czułem chęć opozycji: nie z przekonania, ale ponieważ niecierpliwiła mnie tak ciężka i nieugięta pewność. Jakiś instynkt ostrzegał mnie zresztą, aby się strzec owych ogólników, niedopuszczających wyjątków i odcieni. Głupcy czynią ze swych moralnych pojęć zbitą i niepodzielną masę, iżby się najmniej stykała z uczynkami i zostawiała im swobodę w szczegółach. Postępowanie to zyskało mi niebawem opinję wątpliwego charakteru, złośliwości, szyderstwa. Sarkazmy moje wzięto za objaw wrodzonej złości; żarty — za zamach na wszystko co jest najczcigodniejszego. Ci, z których ośmieliłem się szydzić, uważali za najwygodniejsze zespolić swą sprawę z zasadami, które, ich zdaniem, podgryzałem; że zaś, mimowoli, udało mi się nieraz zabawić jednych kosztem drugich, wszyscy zjednoczyli się przeciw mnie. Dobywając na jaw ich śmiesznostki, stałem się niejako winnym zdrady zaufania; możnaby rzec, iż, okazując się mym oczom w istotnej postaci, zobowiązali mnie temsamem do milczenia: ju zaś nie poczuwałem się do tak uciążliwego zobowiązania. Oni znajdowali przyjemność w tem aby być sobą, ja w tem, aby ich obserwować i opisywać; to, co oni nazywali perfidją, wydawało mi się jedynie bardzo niewinnem i nawskroś legalnem odszkodowaniem. Nie pragnę bynajmniej usprawiedliwiać się tutaj: wyzbyłem się oddawna tego płochego i łatwego zwyczaju, będącego cechą pewnej naiwności. Chcę rzec poprostu (i to raczej dla innych niż dla siebie, wyzwolonego już obecnie od świata), iż trzeba czasu, aby przyzwyczaić się do ludzkiego gatunku, takiego jakim czynią go interes, tchórzostwo, próżność i obłuda. Młodzieńcze zdumienie na widok tak sztucznego i wymęczonego społeczeństwa, świadczy raczej o prostocie serca, niż o złośliwości. Społeczeństwo zresztą nie ma się czego obawiać: ciąży na nas tak bardzo, jego tajemny wpływ jest tak potężny, iż niebawem urabia nas na powszechną modłę. Dziwimy się wówczas jedynie dawnemu zdziwieniu, i czujemy się dobrze w nowej postaci, tak jak, po jakimś czasie, oddychamy swobodnie w przepełnionej sali, gdy wchodząc oddychaliśmy jedynie z wysiłkiem. Jeżeli niektórzy ludzie zdołają uniknąć tego powszechnego losu, chowają w głębi duszy tajemny wstręt; spostrzegają w większości śmiesznostek zarodki przywar: nie żartują już z nich, ponieważ miejsce szyderstwa zastępuje wzgarda, wzgarda zaś jest niema. Tak więc, w światku który stanowił moje otoczenie, charakter mój budził nieokreślony niepokój. Nie można było mi nic zarzucić; nie można było nawet odmówić mi pewnej szlachetności, zapału; ale powiadano, że jestem człowiek niemoralny, niepewny: dwa przydomki, szczęśliwie wynalezione na to, aby kazać się domyślać jakichś faktów których się nie zna i podsuwać to czego się nie wie.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Adolf.
