Read here

Listy z Zakopanego

Kornel Makuszyński · 1922 · Free in the US

11,994 words · about 50 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1922 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Listy_z_Zakopanego&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Kornel Makuszyński
Language
Polish
Published
1922
Length
11,994 words · about 50 min
Sections
6 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (6)
  1. I about 8 min
  2. II about 6 min
  3. III about 10 min
  4. IV about 8 min
  5. V about 9 min
  6. VI about 8 min

Continue:

I

I.

Wszelkie t. zw. „Listy z podróży“, drukowane w pismach polskich, są tylko mizernym przyczynkiem do wędrującej twórczości Ferdynanda Hoesicka. Od Ostendy po Radom, wszędzie, zawsze, przez całe życie spotykałem Ferdynanda Hoesicka. Podobno Shakletona witały plemiona podbiegunowe okrzykiem:

— Hoesick! Hoesick!

Człowiek ten był wszędzie, pisał o wszystkiem, kochał pod biegunem, cierpiał na równiku ożenił się w strefie umiarkowanej. Niedawno zaś wydał opasły tom p. t.: „Tatry i Zakopane“. Cóż tedy ma zrobić nieszczęśliwy pisarz, który pojechał do Zakopanego i z tej racji żąda od niego zachłanna, nigdy nienasycona redakcja „Listów z Zakopanego?“ Powinien sobie uwiązać łykiem do szyi albo kamień młyński, albo zakopiański tom Hoesicka i skoczyć w Dunajec.

Pisało się jednak ze wszystkich zakątków świata, oczem się można z tej oszalałej przekonać książeczki, można tedy napisać i o Zakopanem; z trudnością, ale można, tem łatwiej, że mimo skrupulatnych poszukiwań nikt już dość dawno Hoesicka w Zakopanem nie widział, co nietylko rzuciło na tę miejscowość cień melancholji, lecz równocześnie napełniło ją gruźlicznym smutkiem, że jeden sezon minie bez monografii. Tylko dlatego ośmielam się napisać tych słów kilka, jak można tylko najsumienniej, chociaż nie mając niedościgłej metody autora „Listów z Ostendy“, nie będę umiał powiedzieć, jak wysoko wznosi się Zakopane nad poziomem morza i czy Zosia Gutówna wyszła za mąż za Staszka Roja, czy też małżeństwo się rozchwiało z powodu jednej trzeciej morgi gruntu na Gubałówce, zapisanej w księgach hipotecznych pod liczbą 14621 b, do której rości sobie pretensje Marduła Krwawy.

Nie będę też umiał naśladować tych rozkosznie rozpustnych ustępów z wojażów rzeczonego Ferdynanda, w których słomiane jego wakacyjne wdowieństwo zmaga się z głęboką wiarą w Opatrzność, ta zaś ustrzeże zawsze każdej cnoty. Stoi temu na przeszkodzie haniebna rozwiązłość moich obyczajów i ohydna nieskromność moich przyjaciół, którzy kąpiąc się w alkoholu, zapominają nieszczęśni, że Bóg nato wszystko patrzy, a Hoesick zapisuje.

Tłumaczyłem to z namaszczeniem i w słowach prostych tym wszystkim poetom, malarzom i muzykom, których djabli przynieśli tego roku do fałszywej perły Tatr, do Zakopanego i którzy przez kilka tygodni napełniali je takiem zgorszeniem, że w bystrych potokach ryby zdychały, co można było łatwo sprawdzić w co drugiej knajpie zakopiańskiej i w niejednym pensjonacie. Ile zaś ci ludzie wypili, o tem może dać wyobrażenie fakt, że Karpowicz trzykrotnie w tym sezonie zatrzymywał śluzą przepływający obok jego restauracji potok, w celu pośpiesznej fabrykacji wina.

Ludzie ci mieli zasadniczą podstawę do rozpaczy. Chodzili po Zakopanem w dzień i w nocy, pilnie czegoś wypatrując; szukali pod mostami i w krzakach, w lasach i górach.

— Czemu idziesz, frasowity? — zapytałem Boya.

Człowiek ten, mało znany poselstwu polskiemu w Paryżu, miał na twarzy siedem zielonych rozpaczy.

— Szukam chrześcijanina! — odrzekł mi ponuro.

Przez cały wogóle czas pobytu szukaliśmy z trudem i mozołem i naliczyliśmy ze trzy tuziny chrześcijańskich twarzy, co nas napełniło niejaką otuchą, tak, żeśmy chcieli odśpiewać chóralnie „Rotę“. Nie opuścił nas jednak niepokój, wydaje się bowiem, że „śpiący rycerze w Tatrach“ usnęli przed wiekami, każdy ze swoim osobistym żydem; rycerze się obudzili, więc ich pan generał Galica zabrał w tejże chwili do wysokogórskiej kompanji, żydowie zaś zostali w Zakopanem.

Przychodzisz tedy wieczorem do knajpy na zgęszczone powietrze, mając dość świeżego. Wszystko prawie, jak w Ostendzie. Na estradzie orkiestra, ponad nią zaś uśmiechnięta paralitycznie, przemile wykrzywiona gęba dyrygenta, który przewraca białka oczu, czasem kokieteryjnie spojrzy w lewo, czasem westchnie w prawo i wyciąga entuzjastycznie przyjmowane „narodowe piosenki“, więc przedewszystkiem: „Wołga, Wołga, mat’ radnaja!...“

Ach, jakie rozanielone gęby, ach, jakie falujące ze wzruszenia biusty!

— Salcia, słyszysz? To idzie w samo serce...

— Tylko w serce, mamusiu? To wszędzie idzie!

Potem grają naturalnie arję z „Pajaców“. Dyrygent wykrzywił się jeszcze paralityczniej i łka, ach, jak on łka...

— Dora, słyszysz? Ach, jakie to cudne: „Śmiej się, pajacu...“

— Płakać się chce.

— Wisz co, Dora? Zjidz pstrąg...

Oklaski, awantura, brawo, bis. „Coraz więcej ich się wali“; przychodzą eleganci w białych spodniach, potem „dzikie taterniki“ z kilofami, a z każdym trzy panienki; jedna opalona z przodu, jedna z tyłu, jedna tylko z piegami; piersi wybujałe, jak Gubałówka, zady dostatnie, jak Kopa Magury, nosy, jak Orla Perć. Każda ma w ręku ciupagę, bo w Zakopanem inaczej nie wypada, czasem na łonie szarotkę, nawykłą do patrzenia w przepaście; wszystkie wspaniale strojne, w zielono-żółte, czasem w „narodowym“ góralskim kostjumie. Zbiera się to wszystko w cudownym komplecie na codzienną uroczystość, która się za chwilę rozpocznie, bo oto kokieteryjny dyrygent, uznawszy, że szlachetne ciała są już dość podniecone do świętej sprawy, obleka gębę w najwspanialszy swój uśmiech, patrzy po zadymionej knajpie, jak zwycięzca i daje znak do największej rozkoszy: do foxtrotta. Dzieje się wtedy coś straszliwego; jakgdyby Morze Czerwone rozstępowało się z szumem, jakgdyby otwarto bramy Tworek; cała sala się zrywa, jakby ją któś znagła chciał ochrzcić i cały bukiet jerychońskich róż ciska się pędem do przyległej sali: „dziki taternik“ chwyta jakąś Rachelę za klamrę, czy za co tam się chwyta, elegant w białych ineksprymablach przylega melancholijnie do wniebowziętej Salusi, czternastoletni młodzieniec, koniecznie w koszuli à la Słowacki, sczepia się z najmilszą dwunastoletnią kędzierzawą Dorcią i pląsają foxtrotta, jak sylfidy, jak halny wiaterek, jak kolibry.

„Mirjam w bęben uderzyła, Izraelski skacz narodzie!...“

Wtedy Salusia, która ma śliczną cerę między piegami, mówi panu Guciowi w białych getrach, że jej się gorąco zrobiło, kiedy szli na Zawrat i kiedy wiatr zarzucił jej spódniczkę jemu na głowę, więc ona prosi, aby tego już więcej nie było, bo on może dostać zawrotu głowy, i nie daj Boże, upadnie, a ona by umarła, „bo pan ma takie oczy jak Zmarzły Staw“, — a on jej mówi, „że tańczy, jak kozica, a na Zawracie to tylko dlatego nie oślepł, że chciałby jeszcze raz zobaczyć...“

Tak to oni sobie tańczą do czternastego potu, a mamusie i tatusie, wodząc za nimi rozmiłowanym wzrokiem, myślą usilnie, gdzie jest jeszcze w Zakopanem do kupienia jaka willa? Kilkanaście zakupili już w tym sezonie, a do zimy jeszcze daleko, tak, że na przyszły sezon, przyjechawszy do Zakopanego, uczciwy katolik będzie się musiał ochrzcić jeszcze raz na wszelki wypadek. Będzie to t. zw. „chrzest ochronny“.

Naiwny człowiek myśli, że wyszedłszy za granicę Zakopanego, odetchnie; niemądre swoje nadzieje buduje na tem, że po drodze można spotkać często tak nieobliczalne i dzikie zwierzęta, jak krowy i barany ze stróżującym psem, co dotąd wystarczało, aby odstraszyć Gucia w białych getrach i Salusię z siekierką zakopiańską. Akuratnie! Idziesz na Halę Gąsienicową, a tam jest Salusia, a „przed nią bieży baranek“. Gucio fotografuje, a Salusia powiada:

— Ach, jakie to śliczne zwierzątko. Baź, baź, mój baranku!

— Na wszelki wypadek niech pani uważa, panno Salciu, taki bydlak to on czasem ma dziwne myśli.

Idziesz w góry, gdzie leży śnieg, a tam Izio woła ponad góry i przepaście:

— Jak się mata, chłopcy! Co mówicie do tego śniegu? Na Lido mówił nieśmiertelny Izio: „Co pan mówisz do tej fali?“ — w Ciechocinku: „Co pan mówisz do tej pogody?“ — w Zakopanem gada „do śniegu“. Wszędzie gada do czegoś, bo sympatyczny Izio jest bardzo bogaty i teraz bardzo polubił „to dzikie Zakopane“; dotąd płacił tylko za mineralną wodę, teraz stać go nawet na to, by płacił za takie głupstwo, którego nie widać, jak „świeże powietrze“.

Wskutek tego masowego napływu miłych gości, wszystkie przepowiednie góralskie na temat pogody, nie są warte funta kłaków. Dawniejsze, śliczne słońce zakopiańskie, zawsze uśmiechnięte i przyjazne, witało starych znajomych mruganiem złotych oczu, ogrzewało miłośnie starość Witkiewicza, kłaniało się Sienkiewiczowi, rozpromieniało Skalne Podhale Tetmajerowi, piło złote wino z Orkanem, przyglądało się szeroko otwartemi oczyma Żeromskiemu, promiennym krzykiem witało co rano w Poroninie Kasprowicza, kiwało z uśmiechem głową, patrząc na roześmianą czeredę młodzieży poetyckiej i malarskiej. Radośnie było, hucznie, promieniście i pogodnie; góry były łaskawe i łaskawą była pogoda. Wino było uczciwe, kredyt niezgorszy, ludzie uprzejmi. Ha! „Czas wszystko pożre, bo ma czas...“ Cóż teraz ma robić to nieszczęśliwe słońce? Zaglądnie do Kuźnic i przeciera oczy. Wydrapało się na Antałówkę i zaczyna sobie wyrywać z głowy promieniste włosy. Spojrzy na jedną werandę — nikogo znajomego, spojrzy na drugą — jakieś dziwne gęby. Nagle ze straszliwym okrzykiem ciska się za chmurę i poczerwieniałe z gniewu zapada za Gubałówką; na wielkiej werandzie tuzin pleców obnażonych, posmarowanych waseliną, opala się na czekoladę, na drugiej podwójny tuzin piersi, zamaszystych, chanaańskich, szczerzy się do słońca za swoje pieniądze i wydaje z siebie, jak z przepaści, ciężkie, rozkoszne westchnienia. Stąd nagłe chmurzenie się nieba, rozpacz rozpłakana deszczu, gniewne warczenie piorunów, co się jednak na nic nie zdało, bo któż ich odstraszy, więc i słońce innej poczęło szukać metody, wymyśliwszy torturę gorąca. Paliło więc przez całe lato, jak oszalałe, wypiło potoki, o obłęd przyprawiając pstrągi. Także na nic. „To mnie kosztuje jaskrawy śmiech!“ — powiedział sobie gość uparty i poszedł się opalić tak, że aż skóra z niego zlazła, co należy do specjalnej elegancji.

Można sobie przy pewnym wysiłku fantazji wyobrazić rozkosze pobytu w „letniej stolicy Polski“; aż się mdło robi; taka też to i stolica, nie daj, Panie Boże!

Kiedy jakiś swawolny wiaterek zawieje, taki sobie, bez złej myśli, nagle sam dostaje obłędu na temat straszliwej swojej potęgi, ani myślał bowiem, żeby powiawszy od niechcenia, z najśmielszym zamiarem zerwania jednego kapelusza i zadarcia w górę trzech spódniczek, mógł podnieść w górę takie obłoki kurzu, jakie się podnoszą tylko na Saharze pod obłąkanem wianiem samumu. Bakcyle, wielkości chrabąszczów, uniesione w górę, piszczą z radości i lecą jak szalone, gdzie się da. Przezorność ludzka jednakże nie znosi takich głupich igraszek; kiedy jej już takich awantur za wiele, wtedy się zwołują nawzajem ludzie roztropni i postanawiają położyć kres wiatrowemu warcholstwu. Dzieją się wtedy sprawy zawiłe i godne głębokiej uwagi: do kranu wodociągowego przyjeżdża opasła, dostojna beczka, zbudowana wedle wzorów miejscowych, bo dziwnie przypominająca Roola Zakopanego, Karpowicza. Wedle porządku rzeczy należy beczkę napełnić wodą; odbywa się to z sumienną dokładnością: do beczki wkłada się gumowego węża, aby ją napełnić w sposób dziwnie prosty, wąż ten jednak, opasły boa, ma z boku dziurę, którą woda wypływa, bo woda jest z natury rzeczy tak głupia, że woli wypłynąć przez najbliższą dziurę, zamiast piąć się w górę do tej wspaniałej beczki. Jakimś jednak kunsztownym sposobem ten przyrząd Danaid się wreszcie i żelazny gmach rusza z góry Krupówek w dół na zalenie Sahary. Wiaterek zakopiański jest jednakże po góralsku sprytny; bieży przed sikającym sprzętem i pędzi przed sobą kurz, jakby uciekał przed potopem; kurz zrywa się, jak oparzony i gna w dół ulicy, potem przysiada na chwilę w miejscu niedostępnem. Żelazny potwór, wypróżniwszy wnętrze, wraca po nowy zapas, wtedy zaś kurz, wywracając koziołki z radości, gna za nim, natrząsając się niemiłosiernie. Zabawa jest pierwszej klasy, powtarza się jednak dość rzadko, aby nie robić w mieście zbytniego zamieszania.

Kurz zresztą jest potrzebny do podniesienia powag dwóch straszliwych automobilów; coby to był za automobil „spacerowy“, któryby w obłokach pyłu nie wyglądał na wóz Eljaszowy? Niktby na takie bydlę nie zwrócił uwagi, a straszliwa, groźna chmura potrzebna jest i dla powagi i dla reklamy. Wsadzają tedy w taki wspaniały, na krwawo pomalowany wehikuł (bilety u fryzjera damskiego), szesnastu gości, którzy patrzą na siebie ze wzajemnym podziwem i jeden dziwi się odwadze drugiego. Z początku mają wszyscy kolor twarzy popielato-szary, który w ciągu drogi, szczególnie na zakrętach, przechodzi w miły kolor, lekko zielony. Automobil jednak jest odważny i czerwony z ochoty; ryknął tedy dźwięcznym głosem i począł rwać z kopyta do Morskiego Oka. Wtedy najpierw nie widać nic, gdyż kurz się wzbija na wysokość Giewontu i opada na Krupówkach wtedy, kiedy straszliwy wehikuł znajduje się już w górach. Górale chwytają spłoszone konie, jakieś dziecko ze strachu wpadło do potoku, jakiś suchotnik, krzycząc przeraźliwie, bieży na dworzec kolejowy, aby się dać pochować gdzieindziej, szyby drżą, beczą zdumione kozy. Obrazek jest tak śliczny i tak miły, że uśmiech rozjaśnia duszę.

A szesnastu gości pędzi w chmury, orłowym szlakiem, szczękając zębami i uśmiechając się z rozkoszy, tym uśmiechem, którym starszy nieboszczyk pozdrawia nowoprzybyłego.

II

Po długiem szukaniu na dnie serca, wynalazłem wreszcie coś, co może być pochwałą Zakopanego: oto jest to może jedyna miejscowość na ziemiach Rzeczypospolitej, w której cośkolwiek budują; widzi się prawdziwe, czerwone cegły i prawdziwe gaszone wapno, przypominające kolorem i pewnie smakiem majonezy i kremy w zakopiańskich restauracjach. Budują jakieś trzy, czy cztery wille i dwie wyniosłe kamienice na Krupówkach. Jest to pomysł haniebny i łajdacki, aby psuć idealną, swojską sylwetę zakopiańskiego corsa przez stawianie domów, wyciągniętych pod linję. Domy takie odstraszać będą krowy, kozy i owce, które bardzo lubią spacer po Krupówkach, pozatem arogancką miną swoją będą się naigrywały boleśnie z przemiłych domków, w których się przytuliły wdzięcznie żydowskie sklepy. Domki te, stawiane z fantazją, tworzą jedno z najbardziej malowniczych ugrupowań na świecie; jeden jest bardzo duży, drugi bardzo malutki, i ten malutki przytulił się do dużego miłośnie, jakoś bokiem pod czterdziestym piątym stopniem; dwa inne stoją też obok siebie, ale zagniewane, bo się odwróciły do siebie tyłem i jeden drugiemu ciska pod nogi, co może najgorszego, więc odpadki z kuchni, nawóz z obory i inne takie delikatesy; ówdzie inna „dimorra casta e pura“, z głupkowatem spojrzeniem okien, miluchny domek, wysunął się o trzy kroki na chodnik, jakby się chciał z bliska przypatrzyć automobilom; inny skromny, uciekł w tył; jeden wali się w lewo, drugi na prawo, trzeci do środka.

Wszystko to tworzy całość tak rozmaitą, zdobną w schodki, werandy, słupki, daszki, wygięcia, przegięcia, chorągiewki na dachu, oberwane gonty, wykrzywione okna, że oczu nie można oderwać. Takie to swojskie, takie śliczne, takie brudne, takie kochane; a że znowu budują jeszcze jedną stodołę, więc się dusza raduje, że fantazja nie ginie. Każdy to zna, każdy to widział sto razy, ale nikt nie umie odczuć wichrowatego piękna zakopiańskiego city. Byle bałwan zaraz ci powie, jak to ślicznie jest w Karlsbadzie, albo na węgierskiej stronie, jak to tam schludnie, jakie bruki, jakie wygody. Naturalnie! A czy takie indywiduum, chwalca zagranicy, widział tam na pryncypalnej ulicy stajnię, tyłem zawadjacko do ulicy zwróconą, stajenkę ubożuchną, w której doją kozy? Zamknąć takiego w koziej stajni na trzy noce! Każdyby zaraz chciał, aby najdroższa nasza tatrzańska mieścina miała ostendski kurhaus; trzeba upaść na głowę z Koziego Wirchu, aby nie umieć odczuć prostoty i wdzięku na przykład werandy u Karpowicza: obok szumi dziko potok, drży w nim rozhasana natura, wściekły żywioł, a tu obok rozkosz spokoju, sentyment, jasność, swojskość, psiakrewskość, cholera, wszystko to, od czego jasno się robi w polskiej duszy; dwa wazoniki bluszczu, rzewne, bezsilne, tkliwe, naprzeciwko napis prosty i zrozumiały: „tualeta“, tak poprostu, bez głupich wykrętów, obok jelenie rogi, potężne, wspaniałe, rosochate, pyszne; czaszki jelenie, oczodołami patrzące groźnie na tego mizernego przybysza z miasta, na ten zakalec, na tego natręta, poprostu na tego idjotę; a jeśliś się przeraził czaszek jelenich, spójrz gdzieindziej, a serce się w tobie roztkliwi, jak słowik: oto dwie sarnie główki z gipsu patrzą na ciebie szklanem okiem. To było dla serca, czy chcesz czegoś dla duszy? Masz, bierz, chwytaj, stać na to zakopiańską restaurację: oto cztery obrazki z „Polonji“ Grottgera, oto na deszczułce w jednym rogu on, Napoleon. Nos ma nieco zwichnięty, brodę trochę otłuczoną, ale znać cesarza. Patrzy na Karpowicza, jak na swojego marszałka, tylko czasem zamgli mu się orli wzrok, kiedy przy karcianym stoliku pan doktor wyjdzie z pod trzeciego króla, będąc na ręku. Jak można, jak można? A przecież nietylko Karpowicz jest ozdobą Zakopanego; jest jeszcze Morskie Oko, w którem żydy tańczą foxtrotta, jest kawiarnia Trzaski, gdzie go tańczą katoliki, jako, że to bliżej kościoła. Trzeba tedy mieć wątrobę chorą, aby żądać więcej; i tak daje się tu wszystko za pół darmo, sto dwadzieścia marek za trzynaście poziomek, prawie z cukrem, czy to nie podarowane? Taki warszawski przybłęda zarazby chciał, aby biedny, wymizerowany, nieszczęśliwy restaurator z nad potoku poił go kozią śmietanką i dawał sałaty z szarotek, tembardziej, że czasem sześciu żydów obsiądzie stół, każe sobie podać jedną wodę z sokiem i sześć słomek.

Nie należy się tedy dziwić, że niemądre pretensje przygodnych gości napełniają goryczą zakopiańskich restauratorów. Bo i jakże? Gość przyjedzie na miesiąc i myśli, że łaskę robi jemu, potentatowi, od czterdziestu lat zasiedziałemu. To też taki fircyk z Warszawy prędko spokornieje.

Przychodzi z gór w nocy, około jedenastej, zmęczony jak sto psów i chce jeść.

— Niema nic! Kuchnia zamknięta!

— W takim razie proszę o chleb i szynkę...

— Chleba niema, szynki niema...

— Proszę o butelkę porteru!

— Porter się wydaje tylko rano od pierwszej do drugiej!

Gość ma łzy w oczach i chce zwarjować z rozpaczy, potem obiecuje małżeństwo usługującej panience, wreszcie odchodzi, cicho łkając. Dostał jednak słuszną naukę, aby wiedział raz na zawsze, że w Zakopanem nikomu na gościach nie zależy, bo tego tałatajstwa jest tyle, że zawsze wystarczy.

Całe szczęście, że krzywdę ci naprawi najmilszy, najdroższy, ukochany lud góralski; te orły, w ludzi zmienione, kochają gości z daleka; poczciwe kmiotki górskie, roześmiane, gościnne, chciałyby cię do serca przycisnąć. A co za spryt, co za rozum, jaka zdolność obserwacji! Dusza rośnie z radości. Spojrzy taki na panienkę z Warszawy i w lot odgadnie, że jest w Zakopanem po raz pierwszy.

Panienka, jak to panienka, chce jechać do Strążysk na kawę, nie wie jednak, że się drogiemu góralowi należy za to, przypuśćmy dwieście marek.

— Ile się należy, drogi kmiotku? — powiada panienka, która dlatego może jeszcze jest panienką, że nie była w Zakopanem.

— Tysiąc dwieście marek! – powiada orzeł tatrzański.

Tak zdarł skórę z panienki, potem ze starej matrony, potem z naiwnego dryblasa, który się zapomniał ugodzić, z kogo się zresztą dało. Są naturalnie i zacne kmiotki, które tego nie czynią, ale się pewnie prędko nauczą, straszliwie bowiem są pojętni i biegli w pomyśleniu.

„W góry, w góry miły bracie, tam swoboda czeka na cię!“

Czasem taka radosna swoboda, że będziesz mógł nago biegać po tatrzańskich szczytach, pełen niefrasobliwego wesela i wyśpiewać chmurom, że cię do gołości obdarli, albo poskarżyć się wichrom, że ci na Hali Gąsienicowej kazali zapłacić za szklankę wody dziesięć marek. W każdym razie nie pobierają jeszcze w Zakopanem opłaty za widok księżyca i za pogodę, dłużej, niż trzy dni trwającą, co w letniskach pod Warszawą zostanie wprowadzone w sezonie przyszłym.

Niemożna jednak stanowczo odmówić Zakopanemu dobrych chęci i usilnych starań, czynionych w tym celu, by gościom umilić życie. Nie wszędzie na świecie można mieć za tanie pieniądze aż tyle przyjemności w najlepszym stylu. Do najwspanialszych należy kinematograf. Jeśli się kiedy Giewont nachyli nad Zakopanem, to tylko dlatego, by ujrzeć to dziwo; pierwsze przedstawienie nowego programu, ma w sobie zawsze coś uroczystego, zjawiają się bowiem na niem wszystkie matadory zakopiańskie, wszystkie patentowane piękności, kilku upartych suchotników, goście, co znakomitsi, wybitni przedstawiciele literatury i malarstwa, nieswoi mężowie z cudzemi żonami, cudze żony z nieswoimi mężami, pozatem zaś jeden wysłannik z każdego pensjonatu na przeszpiegi, czy obraz wart cośkolwiek i czy cały pensjonat ma pójść nazajutrz?

Przedstawienie jest zawsze nadzwyczajne, czar zaś jego oparty jest na nowym, doskonałym pomyśle: oto on już wzniósł rękę, aby ją zakatrupić, wtem coś trzaska i robi się jasno. Wszyscy myślą, że film już jest taki łajdacki i potargany, a to nie prawda, to tak umyślnie, aby zaostrzyć ciekawość.

Czasem znów wykroili coś ze środka, aby trudniej było zgadnąć, o co idzie, najczęściej jednak kinematograf zakopiański używa doskonałego tricku, który budzi ogromne zaciekawienie: kilka scen nagle odbywa się do góry nogami. Bardzo to jest śmieszne, byłoby zaś jeszcze śmieszniejsze, gdyby widzowie szybko stawali na głowach, ale podobno panie nie chcą. Zawsze te same fochy!

W antraktach jest bardzo miło, kilka pań bowiem pochyla nisko głowy, albo zaczyna czytać gazetę, czasem któraś powie:

— Żeby mnie tylko nie poznał, bo znowu będą plotki...

Jakiś lekarz kiwa głową na temat:

— Wczoraj umierała, a dziś jest w kinematografie.

Jedna pani mówi o drugiej pani:

— Ta to musi być wszędzie!

Druga pani mówi o trzeciej pani:

— Mąż to się zawsze dowiaduje ostatni!

Trzecia jędza mówi o czwartej jędzy:

— Podlotka, małpa jedna, robi z siebie!

Jednem słowem jest miło, przyjemnie i rozkosznie. Dawno nie spędziłem chwil bardziej zajmujących, jak w tym ślicznym kinematografie.

Zakopane dostarcza jednak wrażeń nierównie podnioślejszych, wszystkie parkany oblepione są zawsze zapowiedziami niesłychanych sensacyj, które się w sali Morskiego Oka. Na tych żółtych, zielonych i czerwonych afiszach, nalepia się zwyczajem miejscowym krzykliwe paski z jednem, krótkiem, sensacyjnem „Dziś! dziś!“ W rezultacie cały parkan wykrzykuje w niebogłosy: dziś, dziś, dziś! — jakby tańczył mazura. Wszystko się tam odbywa „dziś“. — „Carpe diem!“ — rzekło sobie Zakopane i „dziś“ idzie na koncert „pierwszego tenora opery paryskiej“, „dziś“ idzie na oglądanie wspaniałych produkcyj prestidigitatora „Górnoślązaka“, — na odczyt „o wpływie racjonalnego trawienia na siłę charakteru potomstwa“, — na występ operetki krakowskiej, — kabaretu warszawskiego, — opery lwowskiej, — wreszcie „jedyny wieczór futurystów krakowskich“.

Tego ostatniego zdarzenia nie widziałem; przez cały tydzień jednak głosiły afisze, że futuryści „pszyjechali jusz“ i objaśniają w sprawach futuryzmu polskiego w kawiarni Trzaski. Wieczór odbył się tylko w połowie, na drugą nie pozwoliła policja; dość było jednak tej połowy, gdyż wybite zęby wynosili z sali teatralnej koszami.

Odbywały się jednak w sali Morskiego Oka wieczory, na których byłem przytomny i równocześnie nieprzytomny. Ludzie! ja byłem w Zakopanem na „Trubadurze“! Tego jednak nie można napisać jednym tchem, zemdlałbym bowiem z samej rozkoszy wspomnienia. Wyśpiewam to w następnym liście.

III

Jak szanująca się jadłodajnia, przestrzegająca sumiennie zasady, by nic w naturze nie ginęło, robi na niedzielę bigos ze wszystkich odpadków mięsnych z całego tygodnia, tak Zakopane przyrządza w sezonie letnim smakowity bigos z polskiego artystycznego żywota; więc „bierze się do tego kwaszona kapusta“, trzech tenorów, dziesięcioletnią tancerkę, kilka pianistek, trupę góralską, ananasy z kabaretów warszawskich i robi się „sezon“. Zakopane pasjami to lubi, bo po takiem widowisku można pójść na kolację nigdy z własnym mężem, zawsze jednak z cudzym oficerem; wielka ilość ozonu w powietrzu górskiem znakomicie działa na wzmożenie się sentymentów dla armji, pozatem samotne panienki w Zakopanem mają zawsze oficera przy boku na wszelki wypadek z powodu pobliża czeskiej granicy. Strzeżonego Pan Bóg strzeże, ale i dzielny porucznik też nigdy nie zawadzi.

Wieczór teatralny w Zakopanem tem się odznacza, że artyści zwykle czekają cierpliwie, aż we wszystkich pensjonatach zjedzą ludzie kolację, ponieważ jednak uzgodnić tego nie można, więc oczekiwanie trwa dość długo, co jednak nikomu nie szkodzi, gdyż przez ten czas ludzie mają w teatrze czas na oczernianie się wzajemne, co też nikomu nie szkodzi, po chwili bowiem w teatralnej sali jest taki upał, że z ludzkich gęb spływa nietylko pot, ale i bielidło i róż i czerń oszczerstwa. Publiczność jest łagodna, cichutka i siedzi dziwnie sztywno; nie czyni tego bynajmniej z niewytłumaczonej dumy, raczej zaś z tego powodu, że dla ułatwienia duchowego skupienia się, krzesełka są niesłychanie ściśnięte. Gość z temperamentem łacno może wybić łokciem bliźniemu oko, lub dwa zęby; każdy więc siedzi spokojnie i jeśli wszystkich obmówił, przygląda się kurtynie; namalowano na niej Morskie Oko, co tem więcej jest łudzące, że przez dziurkę w płótnie wciąż widać jakieś aktorskie oko, tęsknie patrzące, kiedy się wreszcie sala napełni. Z góry kurtyny wpada w modrą toń Morskiego Oka wielka plama z oliwy, którą od wielu lat pamiętam, nie mogę dojść jednakże ukrytego jej znaczenia. Jedni mówią, że to piękne i wdzięczne uzmysłowienie przysłowia, że prawda, jak oliwa zawsze na wierzch wypłynie, inni mówią, że to kiedyś lampa pękła: dokładnego wyjaśnienia tej tajemniczej strasznej plamy w książce Hoesicka o Zakopanem nie znalazłem.

Po obu stronach sali zbudowano loże, pod baldachimami z drzewa, co przypomina katedralne stalle, rzadko jednak gość w takiej loży przypomina kanonika, rabini zaś, jak mi wiadomo, w stalach nie siadają. Sala teatralna jednak czyni wrażenie dość miłe, chociaż się odznacza niejaką surowością kryminału; pamięta ona jednakże wieczory w istocie świetne, bo i do kryminału czasem zajrzy przez kratę słońce jednym złotym promieniem. Podczas większości jednakże wieczorów można byłoby zrobić majątek w sposób niezawodny: wpuszczać wszystkich za darmo; chcesz wejść — wejdź, siadaj, gdzie ci się podoba i słuchaj; dopiero kiedyby gość chciał czemprędzej wyjść — o, wtedy niech płaci za prawo i przyjemność wyjścia. Nie ma takiej sumy, którejby czasem uczciwy człowiek nie zapłacił, byle go tylko wypuścili.

Do najmilszych wieczorów w ostatnich czasach należały dwa; podczas jednego produkowała się opera lwowska, podczas drugiego trupa góralska z Zakopanego, oba zaś były cudownem szaleństwem, niedościgłą wizją, niewymowną rozkoszą, promienną jasnością, urodą życia, cudem artyzmu.

Przyznam się, że drgnąłem z radości na widok zawiadomień na parkanie, że przybywa opera lwowska; mój lwowski patrjotyzm dostał skrzydeł, serce napełniło się wspomnieniem; byłem zawsze fanatycznym wielbicielem lwowskiej , i to, co zawsze psuło żółć Niewiadomskiemu, to mi zawsze słodyczą napełniało duszę. Straszliwie kochałem zawsze operę lwowską i choć najmłodsza lwowska chórzystka mogła być zazwyczaj moją babką, która wnukowi śpiewa ze sceny kołysanki, jednak świetny okres opery lwowskiej zapisany jest w rocznikach polskiej muzyki.

Nawet lwowskie przekłady operowe miały swój swoisty wdzięk; gdzie w Polsce mógłby kto w wierszu, bardziej zwartym i jędrnym, w kilku słowach tak wyrazić mękę miłości, jak to uczynił lwowski tłumacz w owem piekielnem: „Tyś pchła, tyś pchła mnie do miłości tej“!

Któż piękniejszych dobrał porównań, śmiałych i barwnych, jak lwowski tłumacz „Aidy“? Oto Amneris się stroi, a soprany przeplatają się z altami; soprany zapytują: „I któż wśród hymnów szczerej czci („szczerej czci!“ potwierdzają alty) — „wznosi do chwały lot?“ — („do chwały lot!“ — potwierdzają alty) — „Jak wojny bóg, jak wojny bóg, jak barw słonecznych splot!“ (— „jak barw słonecznych splot“ — ryknęły alty).

Czy to nie śliczne? A ile głębokiego wzruszenia jest w szczebiotaniu Butterfly z porucznikiem Pinkertonem: „A te figurki, coż się z niemi stanie“? — „To dusze moich przodków!!! — „Ach, uszanowanie!“

Porucznik Pinkerton zawsze zresztą przemawia pięknie. Śpiewa bowiem, że dlatego pływa po oceanach: „...By człowiek z handlu swego miał uczciwe zyski...“

Ładnie to jest z jego strony, jak na nasze czasy wzruszające, i powiedziane z prawdziwym poetyckim polotem.

Mało kto jednak zwraca uwagę na te rzeczy milutkie, stylowo śmiałe i oryginalne, jak owo dźwięczne pytanie Figara, zwrócone do Almavivy: „Ja mam dowcip, pan ma złoto; czy pan hrabia nie czuje efektownego skutku tego kruszcu?“

Ha! Jakżesz tu nie miłować takiej teatralnej poezji? — jak burza przeleciała mi przez duszę na wieść, że opera lwowska da w Zakopanem dwa przedstawienia: „Trubadura“ i „Żydówkę“. Przyznam się, że miałem nieco obawy, szczególnie o „Trubadura“, bo z „Żydówką“ mogło być w Zakopanem łatwiej; można było pół sali w ciągu przedstawienia zaprosić na scenę i byłby gotowy chór, najstylowszy, jak tylko można.

Opera lwowska jest to jednak opera śmiała i dała sobie radę doskonale, trzeba tylko mieć trochę pomysłowej fantazji. „Tańcząca żyrafa, czyli Król Jakitaki“, słynna komedja u Marka Twaina, miała dlatego tak wielkie powodzenie, że sprytni aktorowie z góry sobie powiedzieli, że publiczność zbiorowo jest tłumem ciekawych idjotów; w Zakopanem bynajmniej inna teorja nie obowiązuje, wobec tego „opera lwowska“ śmiało przystąpiła do dzieła. Było też ono wspaniałe, a wywarło takie wrażenie piorunujące, że kilku ludzi odwieziono do Krakowa do Piltza, kilku do Bujwida, kilku zaufało doktorom miejscowym; i to wcale nie dlatego, by źle śpiewano, przeciwnie, dzielni lwowscy śpiewacy robili to bardzo dobrze; o obłęd przyprawiła ludzi odwaga przedsięwzięcia, niewidziana dotąd nigdzie na świecie wystawa, wspaniałość wyszkolenia i liczba chórów, szczególnie zaś wybornie dowcipne przystosowanie i „Trubadura“ i „Żydówki“ do potrzeb miejscowych.

„Żydówki“ na ten przykład wcale nie spalono na stosie, gdyż nie mogąc ustawić stosu na małej scenie, musianoby tego haniebnego czynu dokonać na kuchni restauracji, której częścią jest sala teatralna; poza tem zakończenie to jest niesmaczne i mogłoby zbyt wielkie wrażenie uczynić na Rachelach wśród widzów. Dość już było kłopotu z ustawieniem — katedry i ogrodów pałacowych w Konstancji na scence wielkości niedużej celi w Tworkach.

Z „Trubadurem“ było kłopotu mniej; w operze tej nie potrzeba wiele zachodu z dekoracjami, libretto bowiem wymaga śmiesznych drobiazgów: przedsionka pałacu, ogrodu pałacowego, zwalisk pałacu w górach Biscai, podwórza klasztoru, obozu hrabiego Luny, sali pałacowej, podwórca pod murem więzienia i tylko jeszcze wnętrza więzienia. Są to drobnostki wcale śmieszne, które ominięto z genjalną prostotą.

Zaczyna się!

Pięciu muzyków robi wrzask. (Verdi przewrócił się w grobie na lewy bok). Scena wyobraża „przedsionek pałacu“: namalowane drzwi ustawiono między dwoma drzewami w straszliwym lesie, który się składa z trzech drzew. (Drabik, niezrównany dekorator teatrów warszawskich, siedzi w loży, oczy z zachwytu wyłażą mu z orbit. Ktoś litościwy podaje mu chustkę zmoczoną, którą on sobie kładzie na tył głowy).

W lesie stoi Ferrando, bas okrutny, oparty na mieczu i opowiada, że jego pan kocha się w Leonorze i życzy ciężkiej cholery i czerwonki Trubadurowi.

W tem miejscu należy wspomnieć, że niema wśród ludzi żywych takiego, któryby umiał streścić libretto Trubadura; był podobno w Tworkach stary, zasiedziały warjat, recydywista, który je rozumiał; po długich jednakże studjach udało mi się odkryć, w czem leży rozpacz tragiczna tej opery, co opowiadam, korzystając z miłej sposobności.

Otóż córka spalonej na stosie cyganki porwała hrabiowskie dziecko, aby je wrzucić w ogień, tymczasem jednak pomyliła się i wrzuciła w ognisko (cóż za roztargnienie!) dziecko własne, a tamto wychowała i to jest właśnie ów Trubadur. W ten sposób, przez takie cygaństwo uchował się bohaterski tenor opery lwowskiej, pan Ignacy Mann. Niech go przerażony czytelnik nie mienia z wielkim polskim śpiewakiem, Józefem Mannem, który niedawno umarł na scenie berlińskiej opery.

Ale oto nadchodzi Leonora; wyszła z drzwi, przybitych do dwóch pni i śpiewa biedactwo w strasznym lesie, trzymając za rękę przyjaciółkę, która się od niej nie chce odczepić, bo się pewnie boi, żeby nie zbłądziła wśród trzech namalowanych drzew. Długo sobie o czemś mówią nawzajem, czego nikt nie rozumie i wracają do „przedsionka pałacu“.

Lecz — ha! — co to jest!? Piekło i zniszczenie, groza i śmierć!

To z poza „przedsionka pałacu“ wychodzi straszliwy hrabia Luna, straszny łajdak, bo już po zawinięciu płaszcza i po ruchach znać jasno, że ten człowiek narobi nieszczęścia. I on także śpiewa w lesie, bo i gdzież ma śpiewać? Ale niedoczekanie jego! „Zdaleka" słychać śpiew Trubadura, który także przychodzi do lasu, bo w Zakopanem najłatwiej — rzecz prosta, — o las. Hrabia się zaczyna ciskać i mówić Trubadurowi rzeczy zupełnie ordynarne, ale bez wielkiego przekonania, Trubadurem jest bowiem p. Ignacy Mann, który czuje za sobą rasową sympatję publiczności, więc się zirytował, długo próbował dobyć miecza, potem go dobył i napełniony wściekłością wybiegł za scenę, aby się bić z Hrabią, za kulisami jednak jest bardzo ciasno, więc się dlatego nie pozabijali.

To było bardzo ładne, ale nie rozczulajmy się, bo oto stara Cyganka siedzi przy ognisku w tym samym lesie, z którego w jednej ręce wynieśli przedsionek pałacu, razem z pałacem. Cyganka opowiada licznej bandzie cyganów i Trubadurowi okropne dzieje. „Banda“ cyganów składa się z dwóch chórzystów śpiewających i z dwóch wynajętych, „głuchoniemych“; jeden z nich jest zezowaty i wskutek tego zdaje ci się, że to odrazu patrzy kilku ludzi. Chóry brzmią wobec tego wspaniale. (Verdi obraca się w grobie na bok prawy). Wtem Trubadura coś poderwało, bo głupia Leonora chce iść do klasztoru.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…