Read here

Życie i przygody małpki

Ferdynand Ossendowski · 1929 · Free in the US

60,608 words · about 4 h 15 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1929 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Życie_i_przygody_małpki&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Ferdynand Ossendowski
Language
Polish
Published
1929
Length
60,608 words · about 4 h 15 min
Sections
6 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (6)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 2 h 7 min
  3. Jak odkryłem pamiętnik „Kaśki“ about 2 min
  4. Rozdział I about 48 min
  5. Rozdział II about 1 h 4 min
  6. Rozdział III about 13 min

Continue:

Front matter

BIBLJOTEKA ISKIEREK

FERDYNAND ANTONI OSSENDOWSKI

ŻYCIE I PRZYGODY

całość

BIBLJOTEKA ISKIEREK

FERDYNAND ANTONI OSSENDOWSKI

ŻYCIE I PRZYGODY

MAŁPKI

(PAMIĘTNIK SZYMPANSICZKI „KAŚKI“)

48 RYCIN

KSIĄŻNICA-ATLAS

ZJEDNOCZ. ZAKŁADY KARTOGRAFICZNE I WYDAWN.

TOW. NAUCZ. SZKÓŁ ŚREDN. I W., SP. AKC.

LWÓW-WARSZAWA

1929

RYSUNKI W TEKŚCIE I OKŁADKĘ WYKONAŁ

KAMIL MACKIEWICZ

2189

Klisze, skład i druk wykonano w Zakładach Graficznych S. A. Książnica-Atlas

we Lwowie

JAK ODKRYŁEM PAMIĘTNIK „KAŚKI“.

Jestem pisarzem. Dużo podróżuję. Będąc w Afryce, otrzymałem od pewnego przyjaciela rzadki upominek. Była to — piękna małpeczka, szympansiczka, imieniem „Kaśka“. Małe, miłe stworzonko szybko przywiązało się do nas. Polubiliśmy ją bardzo. Zabawiała nas swoją wesołością i sprytem, rozrzewniała miłością dla nas. Rozumiała wszystko, nauczyła się czystości i dobrych obyczajów. Chętnie myła się trzy razy dziennie, cieszyła się przy wsadzaniu do wanny, nigdy nie kaprysiła, przy stole nie napierała się i nie chwytała najlepszych kawałków, czekając na swoją miseczkę z kaszką i kompotem, nic nie ukrywała przed nami, gotowa była bronić nas własną piersią. Gdy spostrzegała, że jesteśmy z niej zadowoleni, radość i wdzięczność tryskały z jej piwnych, mądrych ocząt. Mała „Kaśka“ miała w swem życiu niezwykłe przygody. Opowiadała nam o nich. Nie mogliśmy jednak zrozumieć jej rechotania i mruczenia. Małpki mogą mówić. Trudno jednak zrozumieć ich mowę. Znają mało słów. A może, to tylko ludziom tak się wydaje? Słowa są bardzo podobne do siebie. Różnią się tylko tem, że jedne są wymawiane głucho, inne głośno, powolnie lub szybko. Trudno tego się nauczyć. W Wiedniu przed kilkunastu laty żył pewien profesor. Stale obcował z małpami i nauczył się ich mowy. I my zaczynaliśmy już rozróżniać oddzielne słowa naszej „Kaśki“. Rozumieliśmy, że „O-o-o-o“ było pytaniem: „co to?“. Krótkie i urwane „o“ oznaczało „chleb“; głośne „o-o“ — banan. Powiedziałem już, że nasza „Kaśka“ miała dużo przygód. O przygodach naszej szympansiczki dowiedzieliśmy się później. Było to tak. Lubię pisać w nocy. Myślę, że w nocy najlepiej jest modlić się i pisać książki. W nocy gwar i zgiełk uliczny milkną. Cisza zalega miasto i dom. Spokój zapada do serca, które chce czynić dobro ludziom — dorosłym, młodym i zupełnie małym. Pisarz chce zawsze czynić dobro swemi książkami. Uczy, radzi, przestrzega, chwali, gani lub zabawia ludzi. Więc piszę w nocy. Nagle zauważyłem, że nasza „Kaśka“ budzi się, siada i wydrapuje na kawałkach kory jakieś znaki. Myślałem, że są to zabawy. Wkrótce zrozumiałem, że małpeczka pisze. Nauczyłem ją pisać na papierze ołówkiem. Kreśliła jakieś znaki. Dziwnie zawiłe, nigdy nie widziane znaki. Niedobry chłopak ukradł nam małpkę. Po długiej włóczędze, „Kaśka“ wróciła do nas. Przyniosła do nas całą paczkę zapisanych papierków. Pewnego dnia małpka odeszła od nas i już nie powróciła. Po roku znalazłem w swojem biurku jej „pismo“. Długo nie wiedziałem, co z niem zrobić, aż przyszedł do mnie znajomy — bardzo uczony pan. Umie on odczytywać napisy na kamieniach, pergaminach, starych gmachach. Odczytuje nawet takie znaki, które pozostawiły po sobie ludy, teraz już nie żyjące na ziemi. Bardzo starożytne napisy, może z przed trzech tysięcy lub więcej lat… Ten uczony pan przejrzał papiery ze znakami naszej „Kaśki“, potarł mądre czoło i rzekłszy: „To ciekawe!“ — zabrał arkusiki, kawałeczki kory i poszedł do domu. Niedawno zwrócił mi wszystko wraz z listem, w którym pisał: — Posyłam ci, drogi przyjacielu, „Pamiętnik Kaśki“. Odczytałem te znaki, nadrapane niesforną rączką szympansiczki, i przełożyłem na nasz język. Jest to bardzo ciekawe . Nic nie zmieniając, drukuję pamiętnik małej „Kaśki“ o jej życiu, przygodach, wrażeniach i myślach. Czytelnicy moi zrozumieją, że zwierzęta też mają serce, rozum i pamięć. Nie trzymajcie ich w niewoli, nie bijcie, nie krzywdźcie! Pamiętajcie, że, może, każde z nich gdzieś pozostawi swój pamiętnik, wydrapany na desce podłogi, na tynku ściany, na kamieniu w polu lub na korze drzewa w lesie. Smutno byłoby nam, gdyby zwierzęta i ptaszki myślały, że ludzie są okrutni i źli, że my nie mamy serca.

ROZDZIAŁ I.

RODZINNE GNIAZDO.

Tatuś powiedział, że teraz już umiem pisać. Mamusia, słysząc to, rozpłakała się. Nie rozumiem dlaczego? Dorosłe szympanse często zadziwiają mnie. Robią i mówią nieraz bardzo dziwne rzeczy… Dlaczego mego tatusia nazywają Rru, a mamusię — Lo-Lo? Nie pojmuję też, dlaczego na mnie wszyscy wołają Ket? Myślę, że dorośli wiedzą, co robią… Mamusia też wie. Przez cały dzień pracuje… Upiększa, czyści i naprawia naszą chatkę… Szympansi ludek mieszka w gniazdach. Splatają je z suchych gałęzi, wyściełają trawą i puchem orzechów. Orzechy spadają z drzew, z hukiem pękają. Na ziemi wtedy pozostaje dużo białego puchu. Ja mam miękkie posłanie z puchu. Leżę i widzę nad sobą strzechę. Rodzice sporządzili ją z gałęzi i kawałków kory. Wszystkie strzechy zatkane są trawą i liśćmi. Chatki nasze na wierzchołkach najwyższych drzew. Zdołu nikt ich nie dojrzy…

Mamusia dziś przez cały dzień przebierała korzonki. Ukrywa je w dziupli. Ja nie lubię tych korzonków! Są one gorzkie. Cieszę się i wołam: „Ah! ah! ah!“, gdy tatuś przynosi z dżungli słodkie banany i orzechy palmowe. Najsmaczniejsza jednak jest duża, żółta, słodka „papaja“. Dobre są także owoce mangowe i orzechy kokosowe. Szkoda tylko, że musimy pić wodę! Straszne to… Dwa razy dziennie chodzimy na wodopój. Gdy słońce podnosi się z poza dżungli, budzi nas stróżujący obrońca. Obrońcami nazywamy dorosłych, silnych samców. O świcie wdrapujemy się na najwyższe gałęzie. Wesołemi okrzykami witamy słońce. Później idziemy całą gromadą ku wodzie. Ja się boję tego! Wiem, że i inne szympanse, nawet najsilniejsze, obawiają się chodzić po ziemi.

Zrozumiałam, że ziemia i woda są straszne. Dziś przed zachodem słońca, jak zwykle, poszliśmy ku rzece. Usiedliśmy na gałęziach, nad brzegiem. Jeden z obrońców skoczył na ziemię i szybko podbiegł do wody. Nie pił jednak i natychmiast w pośpiechu wdrapał się na drzewo. Oglądał się na wszystkie strony i cicho, ostrzegawczo rechotał. — Dlaczego Su nie pił? — spytałam mamusi. — Musiał najpierw sprawdzić, czy gdzieś wpobliżu nie czyha na nas wróg — odparła mama. — Co to jest wróg? — To, co krzywdzi i zabija — szepnęła mama. Nie rozumiem tego. Chciałam zapytać, lecz ludek nasz zbiegał już ku wodzie. Pobiegłam obok mamy. Napiliśmy się i szybko wskoczyliśmy na gałęzie. Na brzegu pozostała sąsiadka Mi-Ri z córeczką. Obrońcy krzyczeli, aby się śpieszyła. Mi-Ri nie słuchała i przeglądała się w wodzie. Śmiała się wesoło i głośno rechotała. Wiem, że gdy pochylam się nad wodą, zawsze z niej wygląda mała szympansiczka. Pewnego razu wysunęłam język, a tamta natychmiast pokazała mi swój. Śmiałam się, lecz mamusia zganiła mnie za brzydkie miny. — Mi-Ri! — wołali obrońcy. — Powracaj! Powracaj! Nie słuchała i rechotała coraz głośniej. Wtem z krzaków wypadło bardzo piękne, zwinne zwierzę. Było bardzo duże. Miało żółte futro w czarne centki i długi ogon. Zielone oczy jarzyły się. Jednym skokiem runęło na siedzące na brzegu małpki. Uderzyło Mi-Ri łapą i kłami schwyciło malutką córeczkę. Przestały krzyczeć i leżały bez ruchu. Ach! Drżę cała na to wspomnienie. Napastnik ostremi pazurami rozdarł nasze małpki i pożarł je. Nic nie pomagały krzyki obrońców. — Zjadł? Jak ja zjadam słodki banan? — spytałam mamusi. — Tak — odparła ze smutkiem mama. — Zabił biedną, nieostrożną Mi-Ri… Teraz wiem, co znaczy — zabić!… Straszne to i wstrętne…

Nie mogłam spać tej nocy… Wyszłam z naszej chatki i siadłam na najbliższej gałęzi. Cała osada spała. Oprócz mnie nie spał tylko mój ojciec — duży, silny, zawsze stroskany Rru. Wisiał, uczepiony ręką do gałęzi. Wpatrywał się w mrok, węszył i słuchał. Wszyscy nasi obrońcy na zmianę czuwają nad osadą każdej nocy. Cisza była dokoła. Fruwały z cichym piskiem nietoperze… Przez sen odzywały się ptaki z sąsiedniej palmy. Zdaleka dobiegało aż tu głuche wycie i szczekanie… Nagle tatuś poruszył się i wydał cichy okrzyk: „O! o!“ Natychmiast przybiegło dwóch obrońców. Doszła mnie ich rozmowa: — Duży wąż czołga się pod drzewem… — szepnął tatuś. — Nie! To żółw idzie. Widziałem go w dzień. Spał pod korzeniami — odparł jeden z obrońców. Nadsłuchiwali przez chwilę. — Idźcie spać! Już spokojnie — rzekł ojciec. Szympanse odeszły. Co to — duży wąż i żółw? Postanowiłam spytać o to mamusi… Zapomniałam jednak o tem. Dzisiejszy dzień — wesoły, zabawny dzień! Po posiłku wszyscy już zabierali się do pracy. Nagle z sąsiedniego drzewa, gdzie były chatki sąsiadów, rozległy się przeraźliwe krzyki. Szympanse dorosłe i małe zmykały w popłochu. Były przerażone. Niektóre spadały nawet na ziemię. Krzyczały wniebogłosy. Tatuś spojrzał w ich stronę i zbladł. — Uciekajcie! — krzyknął do nas. Był rozgniewany, bo zaczął walić pięściami w pierś. Dudniło dokoła od silnych ciosów. Zmykaliśmy, nie wiedząc jeszcze, dlaczego. Nareszcie wzięła mnie ciekawość. Przystanęłam i obejrzałam się. Za uciekającą gromadką naszą pędziło coś bardzo zabawnego. Skakało z gałęzi na gałąź, czepiając się zwisających lian, krzyczało i gwizdało. Nie wiem, czem skończyłaby się ta gonitwa, gdyby nie tatuś. Zatrzymał się nagle, skrzyknął innych obrońców i zawołał: — Musimy się bronić… Dalej biec nie możemy… Zbliżamy się do skraju lasu. Już widzę rzekę… Wszyscy stanęli. Dorosłe szympanse-samcy wysunęły się na czoło. Groźnie mruczały i biły się w piersi. Oczy połyskiwały im wściekle. Tatuś i ogromny Kyr szczerzyli ostre kły. — Cóż-to nie poznaliście mnie? — rozległ się wesoły głos. — Jestem Ori-Ori… — Stój! — odparł tatuś. — Zatrzymaj się w oddali i mów. — Cha, cha, cha! — śmiało się coś, ścigające nas. — Powiadam, jestem Ori-Ori, syn sędziwego U-Ha i dobrej Fo… Wszyscy milczeli. Znowu odezwał się tatuś: — Ori-Ori w młodości został schwytany… Czarni ludzie porwali go… — Powracam z niewoli, cha! cha! — odpowiedział Ori-Ori, przeskakując na wystającą gałąź. — Sprzedano mnie kataryniarzowi! — Co to jest — kataryniarz? — rozległy się zdumione głosy. — Stary człowiek w podartem ubraniu. Gra na pudle, które ma korbę… Stary człowiek nauczył mnie różnych sztuk. Patrzcie! Ori-Ori fiknął koziołka, przeszedł się na rękach, a później zacisnął wargi i gwizdnął przez zęby. Drgnęliśmy wszyscy. Płochliwa Ki-Ki zemdlała się z gałęzi. Ori-Ori rechotał na całe gardło. — Stary człowiek nauczył mnie nosić ubranie! Ori-Ori stanął na grubym konarze. Chciał pokazać się w całej okazałości. Zdumieliśmy się. Na górze miał coś żółtego, niżej czerwone, na samym dole niebieskie, jak niebo. — To się nazywa — kapelusz! — krzyknął, żółte. — To — czerwona kurteczka, a to niebieskie — spodenki. Bardzo piękne ubranko! To mówiąc, zerwał z siebie wszystko. Wtedy dopiero poznano Ori-Ori. Był to zwykły szympans. Na głowie tylko miał zupełnie mało włosów. Biała skóra przeświecała przez rzadki zarost. Ori-Ori poklepał siebie po czaszce i mruknął: — Łysieję… Cała nasza gromadka otoczyła przybysza. Długo opowiadał o swojej włóczędze i przygodach. Mało z tego zrozumiałam, a i inne szympanse też. Tylko jeden, stary już Ngu-Ngu, słuchał uważnie i mruczał: — Widziałem to… Widziałem. Przypominasz to sobie, ciotko Hara-Ua? Nam dzieciom i młodym szympansom Ori-Ori odrazu przypadł do gustu. Przezwaliśmy go „wujkiem“. Ori-Ori posłyszał to. Fiknął koziołka, zabawnie skrzywił twarz i rechotał na całą okolicę: — Ha-ha-ha! Pokładaliśmy się od śmiechu. Przez cały dzień zabawiał nas „wujek“. Wieczorem zaczął budować dla siebie chatkę. Tłumnie i ochoczo pomagaliśmy mu.

Od przybycia „wujka“ zmieniło się życie w osadzie. Wesołość zapanowała dokoła. Ori-Ori pracował razem z innymi samcami. Chodził na dalekie wyprawy. Znosił banany, pomarańcze i korzonki manjoku. Prowadził cały ludek na wodopój. Po nocach czuwał, wisząc na gałęzi. Ori-Ori wszystko robił na wesoło. Nawet stróżując w nocy, coś mruczał pod nosem i śmiał się cicho. Sam do siebie. „Wujek“ polubił mnie. Mówi, że jestem — „najsprytniejsza“. Zaczął uczyć swoich sztuczek… Śmiejemy się oboje. Mój tatuś Rru jest wodzem całego ludku. Przed nim rządził dziadek — siwy, zgrzybiały Bo-Bo. Teraz dziadziuś nie może tego robić. Nie dowidzi, nie dosłyszy i na nogi utyka. Tatuś kazał „wujkowi“, aby wyrzucił swoje ubranie. Ori-Ori nic nie odpowiedział, tylko głową kiwnął i cicho gwizdnął. Tatuś wie, że wszyscy boją się „wujka“, gdy się ubierze i pobrzękuje dzwoneczkami kurteczki. Sam tatuś, wódz i obrońca osady, boi się wtedy „wujka“. Chociaż Ori-Ori kiwnął głową, jednak nie pozbył się ubrania. Ukrył je w dziupli suchego baobabu. Skończywszy z tem, zmrużył jedno oko, skrzywił twarz i gwizdnął przeraźliwie. Odpowiedziały mu krzykiem zielone i szare papugi. Nadleciały mieniące się w słońcu szafirowe drozdy. Chciały się dowiedzieć, kto tak pięknie gwizdnął. Umiem już chodzić na rękach, zadarłszy nogi do góry. To bardzo zabawne! Idąc na rękach, zbliżyłam się dziś do chatki Ki-Ki. Ta wyjrzała z gniazda i w strachu podskoczyła. Tak huknęła głową w strzechę, że przebiła gałęzie. Długo wyciągaliśmy Ki-Ki. Sama nie mogła się wygramolić. Umiem też fikać koziołki i huśtać się na wiszących pędach lian. Wesoła to zabawa! Aż serce bić przestaje i tchu złapać nie mogę! Zato, rozbujawszy się dobrze, mogę przerzucić się z drzewa na drzewo. Lecę wtedy, jak ptak. — Poco uczysz tego małą Ket? — spytała „wujka“ mamusia. — Niech się uczy! — odparł. — W życiu wszystko się może przydać… Nie tych słów. Mamusia też nic nie zrozumiała. „Wujek“ spostrzegł to i pogwizdywał figlarnie.

W naszej okolicy rośnie dużo drzew owocowych. Mamy wpobliżu banany, papaje, mangi, pomarańcze, kokosy, palmy, okryte okiściami orzechów. Na dole, w cieniu dżungli rosną korzonki manjoki i patatów. Pożywienia mamy poddostatkiem. Zazdroszczą nam tego nasi sąsiedzi. Są nimi — psotne i natrętne „Długie Pyski“. Nielepsze od nich — brunatne małpy, wyjące i szczekające bez przerwy. Trochę dalej mieszkają kłótliwe czarne małpki, o białych włosach dokoła twarzy. Chełpią się swemi długiemi, białemi ogonami. Ciągle napadają te małpki na nasze banany. Obrońcy nasi muszą odganiać je. Szczególnie dokuczają nam „Długie Pyski“. Wiedzą one, kiedy chodzimy na brzeg rzeki. Wpadają do osady, okradają spiżarnie i burzą nasze chatki. Dziś się zmówiły wszystkie i zaczęły zrywać nasze banany i pomarańcze. Wszystko, co żyło, rzuciło się, aby odeprzeć napad. Mało nas jednak było. „Wujek“ zrozumiał to i nagle zniknął. Powrócił niebawem. Był ubrany w żółty kapelusik, czerwoną kurteczkę z dzwoneczkami i w niebieskie spodenki. To jeszcze nie wszystko! W ręku miał gruby kij i wymachiwał nim na wszystkie strony. Wielkiemi susami mknął Ori-Ori ku . Dzwonił, krzyczał, gwizdał i wywijał kijem zamaszyście. „Długie Pyski“, a za niemi inne małpy, ujrzawszy dziwną postać, zaczęły zmykać. Wrzeszczały na całe gardło, rechotały przeraźliwie i zwiewały, aż liście i gałązki sypały się z drzew. Napastnicy w popłochu toczyli się na ziemię. Wpadali do krzaków, jęczeli i kłapali zębami ze strachu. „Wujek“ poganiał ich aż do skraju lasu. W pościgu dopadł dużą, brunatną małpę, grzmotnął ją kijem przez kosmaty łeb i strącił z drzewa. Nareszcie przepędził całą czeredę na sawannę. Wtedy wdrapał się na wierzchołek drzewa. Włożywszy palec w usta, gwizdał, aż nam w uszach kłuło. Krzyczał i śmiał się zwycięski Ori-Ori na całą dżunglę. Wszyscy dziękowali „wujkowi“. On zaś uśmiechał się i mówił: — Czcigodny Rru, kazałeś mi zniszczyć ubranie? Widzisz, że się przydało w naszem życiu! Aha! Zaczynam rozumieć, dlaczego Ori-Ori uczy mnie swoich zabawnych sztuczek. Mogą się przydać w życiu…

Bardzo kocham „wujka“. Jest dobry dla mnie i nauczył mnie wszystkiego, co sam umie. Mówi, że robię to nawet lepiej od niego. Bardzo kocham go! Chciałam zrobić mu przyjemność i odwdzięczyć się. — Ori-Ori! — zawołałam. — Nauczę ciebie pisać! Westchnął i zamyślił się. Po chwili rzekł: — Późno, moje dziecko, niestety! Żałuję bardzo! Mógłbym opisać ciekawe przygody. Teraz już za stary na to jestem… — Nauczę ciebie! — powtórzyłam. — Nie nauczysz! — szepnął. — Umiem różne sztuki, lecz do nauki nie mam głowy. To trzeba robić zamłodu… Ty jesteś córką wodza i ostatnią w rodzinie… Musisz umieć pisać. Jest to twoim obowiązkiem. Powinnaś zapisać dzieje naszego ludku. — Będziemy razem pisali! — nalegałam. — Nie! Ja nie potrafię, mała Ket! — rzekł. — Do śmierci pozostanę nieukiem… — Co to śmierć? — zapytałam zdziwiona. Zamyślił się i odpowiedział cicho: — Nie wiem… — A może wiesz, tylko nie chcesz powiedzieć? — pytałam, zaglądając „wujkowi“ w oczy. — Chciałbym objaśnić, ale nie umiem, — odrzekł. — Widzisz, malutka Ket, raz jeden , że coś stoi obok mnie. Nic nie widziałem. Rozumiałem tylko, że jest to śmierć… — Cóż dalej — mów! — Byłem wtedy w dużem mieście nad morzem.... Uciekłem od kataryniarza i w strachu ukryłem się na brzegu. Znalazł mnie tam jakiś człowiek i zabrał ze sobą. Długo płynęliśmy. Gdy wyszliśmy na brzeg, uciekłem znowu… Szukałem was w dżungli i — znalazłem, wtedy, gdy przybyłem tu, Ket… Nie rozumiałam jednak, co to jest śmierć?… Powiedziałam o tem „wujkowi“. Uśmiechnął się i rzekł: — Widzisz, jaki ze mnie niemądry szympans? Nic objaśnić nie potrafię! Nigdy nie nauczyłbym się Posmutniał „wujek“. Mnie się też zbierało na płacz. Nie wiem — dlaczego? Dlatego, że nie mogłam odwdzięczyć się miłemu Ori-Ori? Czy dlatego, że nie chciał się uczyć? A może słowa „wujka“ zatrwożyły mnie? Nie wiem… Do wieczora byłam bardzo smutna.

Ngu-Ngu jest jednym z najstarszych szympansów naszej osady. Włosy dokoła pomarszczonej twarzy i na karku siwieć mu zaczynają. Jest bardzo poważny i pełen godności. My — młodzi szanujemy starców. Słuchamy z uwagą, co mówią. Ustępujemy im z drogi. Nigdy nie robimy im żadnych psikusów. Nie przedrzeźniamy ich i w ich obecności milczymy. Wszyscy poważają Ngu-Ngu. Nawet tatuś Rru, wódz ludku szympansiego, naradza się z nim. Tylko Ori-Ori nie lubił starego, mądrego Ngu-Ngu. Często się kłócili ze sobą. Dziś słyszałam rozmowę, której nie zrozumiałam. — Grunt — to spryt, poczciwy Ngu-Ngu! — rzekł „wujek“. — Spryt mają szakale, papugi i węże — to nie sztuka! — odparł starzec. — Grunt — to szlachetne życie, Ori-Ori! — Cóż to za przysmak, owe szlachetne życie? — pytał „wujek“. — Jak to smakuje? — Nie błaznuj! — upomniał go starzec. — Wiesz, o czem mówię. Udajesz głupiego… — Nie wiem, — droczył się Ori-Ori. — Całkiem nie wiem! — Spryt to rzecz mała! Umrze sprytny szympans i z jego śmiercią umrze spryt. Szlachetne życie pozostawia ślady na zawsze… Cienki bambus ginie bez śladu. Baobab, choć zamarły, długie lata stoi wśród zielonych, młodych drzew… Ori-Ori milczał. Ngu-Ngu ciągnął dalej: — Szlachetnie żyć, znaczy nikogo nie krzywdzić, cudzego nie pożądać, nie żałować życia dla obrony innych… Ori-Ori wciąż milczał i myślał. Sędziwy Ngu-Ngu czekał. Po chwili „wujek“ gwizdnął pocichu i spytał: — Pamiętasz ostatnią wojnę z „Długiemi Pyskami“, czcigodny Ngu-Ngu? — Uhu… — mruknął starzec. — Powiedzże mi teraz! Mógłbym wtedy rzucić się na nieprzyjaciół i zginąć, broniąc naszego ludku. Nazywasz to szlachetnością? W przebraniu sam nie zginąłem i obroniłem wszystkich. Jest to spryt! Co lepsze? Ori-Ori zaczął rechotać, chytrze mrużąc oko. — Twój czyn jest lepszy! — zgodził się Ngu-Ngu. — Był on sprytny i… szlachetny! Ori-Ori aż podskoczył na gałęzi i gwizdnął radośnie. Odtąd już nie drażnił staruszka i nie kłócił się z nim.

Znowu opowiem o tem, co słyszałam. Nie zrozumiałam tego. Może kiedyś zrozumię… Powróciliśmy wczoraj z brzegu rzeki późno. Słońce dawno już zapadło za dżunglę. Musieliśmy długo czekać nad wodą. Przed nami przyszły antylopy, bawoły, o ostrych, rozłożystych rogach i dziki o wstrętnych ryjach z zagiętemi kłami i narościami pod oczami. Piliśmy dopiero, gdy odeszły. Wieczór był gorący. Nikt z nas nie miał ochoty iść do chatek. Duszno tam było i skwarno nieznośnie. Siedzieliśmy więc na krawędzi gniazd i słuchaliśmy, o czem gwarzą starzy. Mówił najstarszy wśród nas — dziadziuś mój, Bo-Bo. — Nie wypada szympansom naśladować ludzi — gderał starowina. — Człowiek ma swoje życie, my — swoje. Zrozumiałem, że dziadek pił do Ori-Ori. Dziś właśnie „wujek“ ni z tego, ni z owego chodził cały dzień w swoim żółtym kapelusiku. Udawał bardzo uroczystego. Spotykając sąsiadów, zdejmował kapelusik i wymachiwał nim nad łysą głową. — Tak się witają ludzie! — wołał chełpliwie. Młodzież tarzała się z uciechy i rechotała, jak szalona. Dorośli uśmiechali się pobłażliwie z nowego figla „wujka“. Sędziwy Bo-Bo gniewał się zato i zrzędził. Niespodziewanie Ngu-Ngu wziął „wujka“ w obronę. — Nie mów tak, czcigodny przyjacielu! — rzekł. — Życie wszystkiego, co żyje, jest jedno. Różnice są tylko pozorne. — Co? — spytał Bo-Bo, podnosząc głowę. — Posłuchajcie, co mi się raz przydarzyło. Ciotka Hara-Ua poświadczy to — zaczął Ngu-Ngu. — A tak, tak, tak, zupełnie tak! — zatrajkotała gadatliwa szympansica. — Przed laty ludzie wypłoszyli nas z dżungli. Uciekliśmy i wpadliśmy w rozstawione sieci. Związanych przyniesiono do dużego domu. Karmiono nas dobrze. Banany, pomarańcze, mangi, orzechy… Mieliśmy zawsze czystą wodę do picia… Przywykliśmy do ludzi. Dobrzy byli dla nas… Są oni zresztą do nas podobni. Tak samo podają sobie ręce; przedrzeźniają siebie, rechocą, gdy się cieszą; myślą, że są wyższemi istotami… — Hm! — mruknął Ori-Ori i zmrużył oko. Ja i inne młode małpki parsknęliśmy głośnym śmiechem. — Cicho, bębny! — huknął tatuś. Mamusia spojrzała na mnie z wyrzutem i zacisnęła wargi. — Po pewnym czasie zaczęto wsadzać nas do osobnych klatek… Wchodzili do nich ludzie w białem ubraniu… Głaskali nas, dawali najsmaczniejsze kąski. Nareszcie pewnego dnia znienacka pokłuto nas jakiemiś ostrzami… — Bolało? — zapytała sąsiadka Ba-hi. — Nie bardzo! — wzruszył ramionami Ngu-Ngu. — Nieprawdaż, Hara-Ua? — A tak, tak, zupełnie tak! — natychmiast odpowiedziała szympansica. — Czułam wtedy, że coś wlewa mi się pod skórę. — Prawda! — zgodził się Ngu-Ngu. — Wkrótce czułem się chory, bardzo chory. Wszyscy moi towarzysze siedzieli smutni, nic nie jedli i nie pili. Byli też chorzy. Wtedy znowu przyszli ludzie w białem ubraniu i znowu pokłuli nas… — Mnie też kłuł kataryniarz — wtrącił Ori-Ori. — Robił to wtedy, gdy się upijał. — To inne kłucie! — zauważył Ngu-Ngu. — Cóż było z wami dalej? — rozległy się głosy. — Było nas siedemnaście sztuk. Jeden po drugim umierały szympanse. Pozostaliśmy tylko my z Hara-Ua — odpowiedział starzec. — Tak, tak, zupełnie tak! — zatrajkotała znowu gadatliwa Hara-Ua. — Zostałam tylko ja i szanowny Ngu-Ngu! — Wkrótce powróciliśmy do zdrowia — mówił Ngu-Ngu. — Wypuszczono nas na wolność… Po długiem rozmyślaniu, zrozumiałem wszystko. Ludzie przez ukłucia zarazili nas chorobami. Przez ukłucie dali też i lekarstwo. Sędziwa I-So, przecież, też leczy, dając chorym zioła i korzenie. Biali ludzie dali nam skuteczne leki. Ocaleliśmy. Innych porwała śmierć. Wszyscy milczeli. Nagle Ori-Ori zapytał: — Odpowiedz, Ngu-Ngu! Czy biali ludzie sprytnie, czy szlachetnie? Przecież zabijają nas? Słyszałem coś o tem w wielkiej osadzie ludzi. Daleko stąd. Za morzem… Bez wahania odpowiedział stary Ngu-Ngu: — Postępują szlachetnie! Zabijają, aby uratować wszystkich. Jestem szczęśliwy! Mogłem dopomóc ludziom w ich szlachetnej pracy. — Dopomóc? — zapytał Bo-Bo. — W czem? — W walce ze śmiercią, czcigodny wodzu! — odpowiedział Ngu-Ngu. — Nas też gnębią choroby i ściga śmierć. Żyjemy coraz krócej. Być może, i my będziemy kiedyś żyć długo, bardzo długo… Znowu wszyscy umilkli. Nawet młodzież siedziała cicho. Staruszka I-So, moja babcia, zgrzybiała, słaba starowinka, ziewnęła głośno i, postękując, wlazła do chatki. Szympanse zaczęły się rozchodzić. Długo leżałam na posłaniu. Sen odleciał. Myślałam… To, o czem mówili starcy, było takie straszne!

Zmęczona bezsenną nocą szłam na poranny wodopój. Nawet figlujący bez przerwy „wujek“ nie cieszył mnie. Przybyliśmy na brzeg w chwili, gdy odchodziły małe antylopy. Wiedzieliśmy już, że żadnych wrogów wpobliżu niema. Zwęszyłyby ich czujne, rude antylopy. Zabawiliśmy dłużej przy wodzie. Starsze szympanse wchodziły do rzeki i kąpały się w ciepłych strugach. Mamusia pluskała się wesoło wśród kamieni i rechotała rozkosznie. Korzystając, że nikt nie zwraca na mnie uwagi, skoczyłam ku zaroślom. Zsunęłam się z wysokiego brzegu i podbiegłam do rzeki. Jakiś duży kloc drzewa leżał w wodzie o kilka kroków ode mnie. Szaro-zielony kawał drewna, okryty mułem i trawą, miał cztery rzędy narości. — Pewno są to resztki gałęzi… — pomyślałam. Ciskałam kamyki do wody, uganiałam się za motylami. Później zapatrzyłam się na małe kraby o czerwonych i granatowych plamach na grzbietach. Śmigały dokoła, szukając pożywienia. Z wody wyskakiwały na brzeg małe rybki. Zabawnie podpierając się , biegały po ziemi. Niektóre wdrapywały się nawet na zwisające gałęzie krzaków. Bawiłam się doskonale. Gdy spojrzałam na wodę, struchlałam. Szaro-zielony kloc gramolił się z wody. Sunął w moją stronę. Był to jakiś potwór, dotąd niewidziany. Miał długą paszczę. Rozwarł ją, syczał i błyskał ostremi zębami. Ogon najeżony kolcami, ciągnął się za nim. Nie wiedziałam, dokąd uciekać. Potwór wydostał się już na brzeg i biegł ku mnie. W tej chwili z krzaków wypadł Ori-Ori. Porwał mnie na ręce i wielkiemi susami zmykał ku drzewom. Wkrótce byłam w bezpiecznem miejscu. Siedziałam przy „wujku“ na wysokiej gałęzi. Ori-Ori mówił: — Ten płaz — to krokodyl. Zdradliwy, żarłoczny wróg! Na szczęście twoje, Ket, brzeg był stromy. Inaczej pożarłby ciebie… — Widziałam, jak była pożarta Mi-Ri z córeczką — szepnęłam z płaczem. — Kto ją pożarł? — Piękne, duże zwierzę o futrze żółtem w czarne centki — odpowiedziałam. — Aha! — mruknął „wujek“ — to był niezawodnie lampart. Duży, drapieżny kot… Miły „wujek“ ocalił mnie dziś życie! Dziękowałam mu gorąco. Śmiał się i mówił: — Największego łobuza uratowałem! Żałowałem krokodyla. Gdyby przełknął taką figlarkę, wściekłby się i zaczął chodzić na ogonie.

Nie pisałam aż trzy dni. Nie moja w tem wina. Byłam na wycieczce w dżungli. Pewnego dnia tatuś rzekł do mnie: — Szybko rośniesz, Ket! Jesteś zwinna i sprytna. Po południu pójdziesz z Kyrem i Ori-Ori do dżungli. — Co będziemy robili? — zapytałam. — Kyr i Ori-Ori będą badali drogę do gór. — Co to góry? — Są to duże, bardzo duże kamienie. Przenosimy się tam na zimę. — Co to zima? — Jest to czas, gdy padają ulewne deszcze. Musimy przedtem poznać drogę, wiedzieć, czy jest tam dość pożywienia, czy nie spotkamy wrogów. Nie słuchałam więcej i poleciałam do „wujka“. Ori-Ori już przygotowywał się do drogi. Nałożył swoje pstre ubranko. Siedział i uważnie oglądał gruby, sękaty kij. — Uprosiłem Rru. Pójdziesz z nami — rzekł, mrużąc oko. — Dziękuję, wujku! — zawołałam. — Ujrzysz nowe rzeczy. Poznasz kawał świata, mała Ket — mówił Ori-Ori. — Jest on bardzo piękny! Głupi, kto tego nie widzi! Ja lubię świat i wszystko, co jest w nim. Miłość i wesołość mieszkają w każdym jego zakątku. Nie rozumiałam tego, lecz wierzyłam „wujkowi“. Byłam ciekawa zobaczyć miłość i wesołość, które miały swoje chatki w każdym zakątku świata. Jak też wyglądają? Czy są podobne do nas, szympansów? — Co to jest świat? — spytałam. — Wszystko, co widzisz dokoła siebie — objaśnił „wujek“ i dodał: — Dżungla, drzewa, nasze gniazda i ludek, ptaki, gwiazdy, woda, krokodyl, niebo, lampart… — Wszystko, co widzę… — szepnęłam. — To i ty, „wujku“, jesteś światem? Nic nie odpowiedział. Pogłaskał mnie po główce z pięknym przedziałkiem w pośrodku i szepnął: — Głuptasku mały…, głuptasku! — Dlaczego jestem głuptaskiem? — dopytywałam, szarpiąc go za rękę. — Dowiesz się o tem później kiedyś, milutka Ket! — zawołał i zaczął wywijać kijem, aż warczeć zaczął. Po południu pięciu starszych szympansów i dziesięciu młodych wyruszyło w „świat“. Trzymałam się „wujka“. Szliśmy ciągle konarami drzew. Wcale nie zbiegaliśmy na ziemię. Wszystkie drzewa łączyły się swemi gałęziami. Tworzyły one nad ziemią zieloną strzechę. Zupełnie taką, jaką miała nasza chatka. Mrok i zaduch panowały pod drzewami. Krzaki i trzciny wyrzucały swe pędy ku górze. Słońce nigdy tu nie zaglądało. Z błotnistej ziemi podnosiły się opary. Gniły tam drzewa, zwalone wichrami. Jak cienie, przemykały w mroku czarne, leśne antylopy. Z trudem wyciągając kopyta z bagna, ostrożnie kroczył samotny bawół. Bez szmeru czołgały się węże. Papugi i inne ptactwo krzyczało i świergotało gdzieś wysoko. Zdaleka błysnęło coś. Było to duże jezioro. Dokoła rosły wysokie bambusy i gęste krzaki. Na okrzyk Ori-Ori wdrapaliśmy się wyżej. Całe jezioro leżało teraz tuż pod nami. — Nie hałasujcie teraz, a ujrzycie różne dziwy — poradził z uśmiechem Kyr. Przykucnęłam na gałęzi i rozglądałam się dokoła. Nic nadzwyczajnego nie widziałam. Jednak, przyjrzawszy się dobrze, spostrzegłam na jeziorze, tuż przy brzegu kupę kamieni. Biegały po nich białe czapelki i jakieś inne ptaszki. Nagle kamienie poruszyły się. — Oj-jej! — zawołałam. — Cyt! — mruknął Ori-Ori i uszczypnął mnie w ramię. Umilkłam. Kamienie tymczasem pogrążyły się w wodzie. Leniwie płynęły ku brzegowi. Nareszcie wyszły z jeziora. Były to ogromne, opasłe potwory. Grube brzuchy zwisały im pomiędzy nogami. O, te nogi! Przypominały one krótkie odłamki pni. Potwory ciężko stąpały ze zwieszonemi ku ziemi łbami. Węszyły i głośno parskały. Szły jeden za drugim. Po ich przejściu na brzegu ujrzałam dość głęboki rów. Wycisnęły go nogami. Ori-Ori pochylił się do mnie. — To hipopotamy! — szepnął. — Dobre, leniwe bydlęta. Potwory tymczasem rozeszły się po zaroślach. Od czasu do czasu roztwierały paszcze. Ukazywały ogromne krzywe kły i wystające od przodu zęby. Ziewały z rykiem. Był podobny do grzmotu, który niedawno przeraził mnie. Niektóre hipopotamy pokładły się w trawie. Leżały z otwartemi pyskami. Małe szare ptaszki wbiegały do otwartych paszcz. Szperały w zębach potworów i wydziobywały robactwo. Białe czapelki siadały na grzbietach hipopotamów. Szukały na nich pijawek i ślimaków. Z pewnością dużo ich przyczepiło się do grubej skóry grubasów. Robota czapel sprawiała przyjemność opasłym leniuchom. Stękały i pomrukiwały z zadowolenia. Tłuściochy urządziły sobie ucztę na brzegu jeziora. Przedniemi, wystającemi zębami zgarniały całe kępy soczystej trawy. Krzywemi kłami wyrywały korzenie bambusów. Myślałam, że pożrą całą dżunglę. Na szczęście jednak zaczęły strzyc uszami. Głośno parskały i trzepotały krótkiemi ogonkami. Jeden z hipopotamów cicho ryknął. Natychmiast całe stado rzuciło się do wody. Po chwili ujrzałam ich znowu. Ukryły się pod zwisającemi nad jeziorem gałęziami. Wytknęły tylko chrapy, oczy i uszy. — Cyt! — syknęli Kyr i Ori-Ori. Od strony lasu z hałasem szło coś olbrzymiego. Chyliły się i z trzaskiem padały młode drzewa. Poruszały się zarośla tratowanych bambusów. Łomotanie stawało się coraz głośniejszem. Nareszcie krzaki zaczęły się uginać i rozstępować. Na brzeg wyszły nowe olbrzymy i grubasy. Jeszcze większe i dziwniejsze. — Ha, ha, ha, — słonie! — cicho zaśmiał się „wujek“. Dziwne to stworzenia! Podobne są ogromem i barwą do szarych głazów. Do tych, co leżą w dżungli niedaleko naszej osady. Ogromne to zwierzęta! Łby miały tak szerokie, że dziesięciu starych szympansów mogłoby wygodnie usiąść na nich. Uszy tejże szerokości ciągle się poruszały niespokojnie. Były podobne do wstrząsanych wiatrem dużych liści. — Oj-ej! — wyrwał mi się cichy okrzyk. — Mają dwa ogony. — Ten od głowy to — nie ogon — zaśmiał się Ori-Ori. — To trąba. — Co to trąba? — Hm! — mruknął wujek. — To jest rzecz mądra. Widzisz, jak słonie zręcznie zrywają młode gałązki? Trąba — to jak nasza ręka. A teraz zobacz! Słonie piją wodę, wciągając ją trąbami, niby my wargami. Trąbą też wydają głos. Nazywa się to — trąbić. Ot tak! Jeden ze słoni wyciągnął w tej chwili trąbę i wydał dźwięk. — O… o… o… o! — zadrgało powietrze dokoła. Głos ten biegł długo po dżungli. Ktoś, ukryty w niej, powtarzał ciągle: — O… o… o… o! Na ten znak słonie weszły do jeziora. Nie mogłam powstrzymać się od śmiechu. Zaczęły oblewać sobie karki, wyrzucając trąbami strugi wody. Szorowały sobie nawzajem szyje i boki, mrucząc i pokrzykując. Z małych, śmiesznych pysków sterczały długie, białe kły. Po kąpieli słonie wyszły na brzeg. Zrozumiałam teraz, do czego i poco służą długie, zagięte kły. Olbrzymy wywracały niemi młode drzewa i obrywały korzenie. — Temi kłami walczą też z napastnikami — rzekł do mnie Kyr. — Nikogo, oprócz człowieka, nie boją się słonie. Są najsilniejszymi mieszkańcami dżungli! Zrozumiałam, że słonie nikogo się nie obawiały. Chodziły i pasły się spokojnie. Nikt nie napadał na nie. Chyba tylko bąki kąśliwe i kleszcze przyczepne. Od nich opędzały się uszami i trąbami. Wymachiwały też cienkiemi ogonami, okrytemi twardem, czarnem włosiem. Nie mogłam się dość napatrzeć tym olbrzymom. Kyr jednak dał znak. Ruszyliśmy dalej. — Źle! — mówił Ori-Ori. — Pożywienia nigdzie ani krzty! — Poczekaj, sąsiedzie! — odpowiedział Kyr. — Znajdziemy banany na brzegu małej rzeki. Gromadka nasza biegła coraz dalej. Spotkaliśmy znaczne stado kłótliwych, czarnych małp. Zaczęły urągać nam. Niektóre obrzucały nas jakiemiś owocami, kwaśnemi i twardemi, jak kamienie. Nie wdawaliśmy się w kłótnię z niegrzecznymi sąsiadami. W haszczach spostrzegłam jakieś zwierzątko. Szare, centkowane, miało długi ogon w czarne pręgi. Czołgało się, jak wąż. — Co to jest? — zapytałam Kyra. — Mangusta! — odpowiedział. — Mały drapieżnik. Postrach na ptaki i zające. „Wujek“ gwizdnął po swojemu. Mangusta natychmiast ukryła się w norze. Posuwaliśmy się coraz dalej. Dżungla nagle zaczęła rzednąć. Zbliżaliśmy się do brzegu rzeki. W gromadce nadążających za nami szympansów rozległ się krzyk. W chwilę później z łoskotem upadło drzewo. Co się stało? Kilku naszych towarzyszy ledwie zdołało przeskoczyć na sąsiednią palmę. Kyr powrócił i obejrzał złamany pień. — Aha! — zawołał. — Robota termitów! — Chodźcieno tu, młodzi, pokażę wam coś! Ruszyliśmy ku niemu tłumnie. — Widzicie, — mówił, — jak coś wydrążyło całe drzewo? Nic oprócz kory i gałęzi nie pozostało. Zrobiły to białe mrówki, czyli termity. Są one ślepe a pracowite i bardzo silne. Gniazdo mają głęboko pod ziemią. Same zaś drążą drzewo i zjadają od wewnątrz. Stałoby ono, być może, jeszcze długo. Gdy skoczyliście na nie kupą, przełamało się. Rozumiecie? — Rozumiemy! — zawołaliśmy. Grzebiąc palcem w próchnie złamanego drzewa, spostrzegłam długi szereg małych, białych istotek. Biegły w jednym kierunku, sprawnie i szybko. — Co one robią? — spytałam Kyra. — Nie wiem! — odparł. — Wiem tylko, że od mrówek i termitów wszyscy muszą się uczyć. — Czego? — pytały młode szympanse. — Porządku, pracowitości, posłuchu — rzekł Kyr poważnie. Chciałam pomyśleć nad słowami naszego przewódcy. Jednak nie miałam na to czasu. Pod drzewami rozległo się gniewne sapanie i fukanie. Później jakiś zgrzyt. Zbiegłam na niższe gałęzie i zajrzałam nadół. Jakaś niezwykła istota wyłaziła z głębokiej jamy. Wygramoliła się i nagle ze zgrzytem i trzaskiem okryła się czarnemi kolcami w białe paski. — Chodźcie, chodźcie tu! — krzyknęłam. — Zobaczycie bardzo straszne zwierzę. Kyr natychmiast odpowiedział: — To jeżozwierz! Ma on bardzo silne łapy z ostremi pazurami. Rozgrzebuje gniazda termitów i mrówek. Żywi się temi owadami. — Poco ma tyle kolców na sobie? — pytaliśmy. — Podniósłszy je, jest bezpieczny. Nikt go wtedy nie tknie, — zaśmiał się Kyr. dąży teraz do strąconego przez was drzewa. Będzie miał wyżerkę! Niedługo już biegliśmy, skacząc po drzewach. Drogę nam przegrodziła nieduża rzeka. Na brzegu wygrzewała się w słońcu rodzina krokodyli. Dokoła nich uwijały się te same szare ptaszki, które widziałam na grzbietach hipopotamów. Zaglądały one do rozwartych paszcz płazów, grzebały tam. — Znalazły też miejsce dla szukania przysmaków! — zaśmiał się „wujek“ i gwizdnął przeraźliwie. Stare, ociężałe krokodyle i mały, zwinny drobiazg natychmiast wpadły do wody. Nad brzegiem tkwiły duże czaple i biało-różowe ptaki z workami pod długiemi dzióbami. Kyr mówił, że to — pelikany. Co chwila wskakiwały do wody i chwytały srebrne i czerwone ryby. Różne drobne ptaszki kręciły się wszędzie. W oczach migało od tego barwnego bractwa. Wybiegło na brzeg stadko rdzawych kuropatw. W oddali wynurzył łeb hipopotam. Parsknął głośno i rozrzucił dokoła bryzgi wody. — Jakże dostaniemy się na tamten brzeg? — pytały młode szympanse. — Dostaniemy się! — uspokoił je Kyr. Rzucił okiem dokoła, pochwycił wiszącą lianę i rozkołysał się. Nabrawszy rozpędu, skoczył przez rzekę. Po chwili czepiał się już gałęzi drzewa, rosnącego na drugim brzegu. Poszliśmy za jego przykładem. Z tej przygody szczególnie cieszył się „wujek“. Lecąc już nad wodą, machnął aż dwa koziołki w powietrzu. Wskoczywszy na gałąź, krzyknął radośnie: — Saltomortale double! — Co mówisz? — spytał go Kyr. — Powiedziałem: że udało mi się saltomortale double — odpowiedział, mrużąc oko. — Co to znaczy? — dopytywał nasz przewódca. — Właściwie, to i sam nie wiem. Robi się to tak, jak widzieliście. Fiut! dwa koziołki i hyc! — na nogi. Ha! Tak się to robi! Śmiał się „wujek“ na głos. Wystraszył nawet jakiegoś pelikana. My wtórowaliśmy chórem wesołemu Ori-Ori. Radość nasza jednak zakończyła się smutkiem. Do naszej gromadki należał młody Aka. Bardzo dzielny, kochany chłopak! Trochę łobuz i strasznie ciekawski. Przekroczywszy rzekę, przez pewien czas wypoczywaliśmy. Aka kręcił się i tu i tam. Wszędzie zaglądał, wszystkiego musiał dotknąć. Odszedłszy od nas, krzyknął do mnie zdaleka: — Ket, chodź tu! Coś ci pokażę… Pobiegłam do niego. — Patrz! — zawołał. — Jaka dziwna gałąź! Nigdy takiej nie widziałem. Przyjrzałam się uważnie. Nie była to zwyczajna gałąź. Pokrywała ją brunatna kora w duże, czarne plamy. Gdy słońce oświeciło ją, połyskiwała i mieniła się w jego promieniach. Nagle spostrzegłam, że gałąź drgnęła i poruszyła się ledwie dostrzegalnie. Teraz nie wątpiłam, że był to wąż. Znacznie większy od tych, które spotykałam już w pobliżu naszej osady. Wąż powoli podnosił głowę. Wbił w nas niemigające, przenikliwe źrenice. Sunął powolnie, prężąc ciało. — Uciekaj, Aka! — krzyknęłam przeraźliwie. Skoczyłam na lianę i w mig przeniosłam się na sąsiednie drzewo. Aka nie zdążył pójść za moim przykładem. Wąż zrobił gwałtowny ruch. W okamgnieniu otoczył chłopaka skrętami swego ciała i zdusił. Zdawało mi się, że słyszałam chrzęst kości biednego Aki. Zaczęłam wołać na pomoc. Wkrótce przybiegli Kyr, Ori-Ori i młodzi obrońcy. Wąż tymczasem, zahaczywszy się ogonem o gałąź, łykał nieruchomego Akę. Wkrótce czarne ciałko naszego towarzysza zniknęło w paszczy płazu. Obrońcy dopadli węża. Szarpali go, drapali, gryźli, ściskali mu gardło. Wąż cofnął się przed odwagą obrońców. Ześlizgnął się z drzewa i wczołgał się do krzaków. Nie ścigano go. — Nie uratujemy nieszczęśliwego Aki! — rzekł ze smutkiem Kyr. — Zginął w straszliwym uścisku węża. Dlaczego wąż zabił i połknął miłego Akę? Aka nic mu złego nie zrobił. Nienawidzę tego dużego, plamistego węża! Ori-Ori twierdzi, że mieliśmy spotkanie z „pytonem“… Wstrętny, zły pyton! Biedny, biedny Aka!

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…