Front matter
GABRYELA ZAPOLSKA.
CÓRKA TUŚKI
Ć
Część pierwsza
CZĘŚĆ PIERWSZA.
Wstęp
Tanagra? — Nie. Jeszcze nie Tanagra, ale już prawie. Takie to delikatne linją, rysunkiem, wszystkiem. A serce? a dusza? Harfa, raczej widmo harfy, a na niej rozpięte anielskie włosy, złote, cieniuchne, drżące za lada wichru powiewem. Tanagra? — Nie. Ale już prawie. I harfa.
Pita ma lat czternaście. Rozwija się. Tak mówi lekarz, tak mówią także ogrodnicy, gdy wczesnym rankiem pochylają się nad grzędami kwiecia, które z po za osłony liści ciekawie patrzą ku słońcu. Pita ma małe ręce, małe nóżki, nie jest jeszcze bardzo wysoka, ale czasem ma pozór dorastającej panny. Nosi sznurówkę i ma plecy zakute w rodzaj pancerza. Bo niema co ukrywać — Pita ma fatalne przyzwyczajenie. Pita się garbi — i słyszy ciągle: — Pito, trzymaj się prosto! Lecz Picie trudno się wyprostować. Coś ją zawsze w prawym boku boli. Nie mówi o tem, bo Pita nie lubi, aby się nią zajmowano. Czasem miałaby ochotę, gdy zejdzie ze służącą po drzewo do piwnicy, pozostać tam na zawsze sama i w ciemności. Są bowiem dziwne chwile w istnieniu Pity. Oto wszystko się ku niej tłoczy. Wszystko, co jest na świecie i wogóle w życiu. Wszystko co ludzie przeżyli i wyżyli z siebie, a zwłaszcza co pozostawili po sobie, odchodząc. To są całe tysiące, całe wieki — cały ocean życia. I to wszystko rzuca się, ciśnie i tłoczy dokoła Pity, wciska się w drobniuchną klatkę jej duszy. A ona zmęczona już przed wchłonięciem w siebie choćby tych najpotrzebniejszych objawów życia, pragnie wniknąć w siebie — obliczyć, co ma, a co jej jeszcze konieczne... co odrzucić należy, przed czem się bronić, do czego dążyć. Na to dziecko potrzebuje także ciszy, potrzebuje pozostać same, potrzebuje pozwolić sobie przemówić do siebie. Lecz Pita ciszy tej nigdy nie ma. Ciągle, ciągle kotłuje się w mieszkaniu na ulicy Wareckiej. Ach! nie kłótnia, bo tam ciągle grzecznie i uprzejmie życie płynie sznureczkiem zwykłym, lecz teraz Pita potrąca się ciągle o dominującą nad wszystko indywidualność matki i co chwila słyszy: — Pito, trzymaj się prosto! — Pito, czy ćwiczyłaś się na fortepianie? — Pito, przerób szwedzką gimnastykę! — Pito, idź zobacz, jak się robi zasmażkę. — Pito, idź na lekcyę literatury. I znów: — Patrz na mnie... trzymaj się, jak ja. A potem: — Patrz na mnie: czy ja nie jestem wiecznie czemś zajęta? I nabyte niedawno zdanie: — Rozpróżniaczenie podsuwa kobiecie złe myśli. Ty musisz mieć zdrową duszę i zdrowe ciało. I znów: — Patrz na mnie i trzymaj się prosto!
Ach! jak hygienicznie, jak uczciwie, jak starannie jest hodowana Pita!
Z tej Pity „laleczki,“ o szarych pończoszkach i białych bucikach, powierzchownie pozostało wiele. Niby to jest wiek niewdzięczny, tak przynajmniej mówią. Dystyngowaniej to brzmi l’âge ingrant. Znaczy — brak wdzięku. A przecież tak nie jest. Pita jest właśnie, pomimo wypukłych plecków i płaskich piersi — wdzięczna.
Cóż to znowu? Szesnasty wiek. Szumi lipa — szumi, strząsa wonne kwiecie i woń płynie wzdłuż chlebnych pól nad taflą stawu, co go Dzbukiem zwą. Szesnasty wiek! Orły białe, srebrne orły białe w złotym wieku kąpią się z poszumem rozłożystych skrzydeł. I wypływa gracyi pełne widzenie. Idzie łąką kwietną, liliową od dzwonków, z chmurą błękitnych motylków nad morzem kwiecia — idzie wydeptaną steczką dziewczę czternastoletnie. Giezłeczko białe, krezka u szyi, płaską pierś kabacik niebieski obciska. Dziewczątko ma drobne ręce, drobne nogi i trzyma się pochyło. Idzie w łąkę kwietną pomiędzy dzwonki i motyle, idzie samo rozwiewne i ciche, bo zalękłe jest bardzo wobec tej potęgi życiowej, która ku niej się ciśnie i do wrót jej duszy puka. I chce pozostać sama, chce pozwolić sobie przemówić do siebie — obliczyć się, zrozumieć, skupić się w sobie... Dlatego idzie w dal jasną i czystą, w poszum mistyczny rozmodlonych łąk, w tęczę motyli. I za nią sunie, jakby smuga wdzięku, smuga uroku, który mają w sobie pąki liliowych bławatków, ranną rosą skropionych. A przecież trzyma się bardzo pochyło. I nie gra na fortepianie, nie chodzi na lekcye literatury, nie przerabia gimnastyki. Idzie z opuszczonemi rączkami i oczy rozszerzone śle w dal bezczynnie napozór. Za nią żaden głos nie woła: — Trzymaj się prosto! Ani nie podsuwa jej myśli: — Gdy kobieta nie zajęta, mają do niej przystęp pokusy... Bo to dziewczę z opuszczonemi rękoma pracuje teraz ciężko i nad siły. Ona stanęła nagle nad brzegiem, poza którym już rozpoczyna się kraina domyślań. Do tej chwili nieopatrzna jej młodość mówiła: „Jestem pewna!“... A teraz — nagle zamąciło się przed nią i czuje, że musi pójść naprzód, a tam już nic pewnego niema, nic, nic... I z wytężeniem dziewczynka chce znaleźć to coś pewnego. Siły traci w tej pracy. W tej bezowocnej pracy. W tej tragicznej pracy. I przeczuwa, że już zaczyna się rozpacz. Rozpacz domyślań. Błądzeń... Zwątpień... Nicości...
Dziewczyna idzie łąką coraz dalej i coraz więcej jest sama. A za błękitną jej postacią, która przecina błękitną chmurę drobniuchnych motylków — płynie myśl ojca-poety:
Nie woła więc nikt: — Trzymaj się prosto, zajmij się czem... Wdzięczność wysłano w ślad za nią. Wiosenne, ciche, puchowe zjawisko. Gracyi pełne i smukłe. To jest właśnie ta smuga, która po za nią płynie. W fałdy jej szat motyle się garną, a dzwonki głowy chylą. I zda się słychać w poszumie traw: — Nieświadome piękno płynie...
Pita z ogarkiem świecy idzie do piwnicy. — Możesz mnie zastąpić! — mówi matka cierpko, wręczając jej klucz. — A licz dobrze, żeby ci z pod ręki drzewa nie kradła. Pamiętaj: trzydzieści siedem kawałków. — Tak. — Nie zamyślajże się o czem innem. — Nie, proszę mamy. Idzie Pita po ciemnych, wilgotnych schodach. Za nią ironiczna i zła służąca. Ładne państwo, które drzewo wydają, jak cynamon! Ohydne, piwniczne powietrze owiewa Pitę. Za chwilę już siedzi na stosie drzewa. Świeca tli się na ziemi, gdzie pełno leży trzasek. Przez zamarzłe okienko wpada dziwna, ukośna struga światła. Pita z początku usiłuje liczyć polana, które sługa wybiera, lecz po chwili wzrok jej za tą strugą wędruje. Nie na ulicę wszakże, bo tej Pita nie ciekawa. Lecz to coś, ten lęk, to pragnienie — tęsknota, aby pozostać samą, ogarnia Pitę. Niech bierze co chce... i już tłoczy się ku Picie kraina Domyślań, rozpacz domyślań. Rozpacz zwątpień. Nicości... Świeca się dopala, roztapia, zagasa. Dziwna struga światła w ohydną woń gnijących kartofli się ściele. Pita siedzi milcząca, smutna. Sługa kradnie drzewo i oddaje czyhającemu w ciemni kurytarza stróżowi.
A przecież i za Pitą idzie owa Wdzięczność. Bo już tak od wieków — za dziewczętami, które wchodzą w życie, które się garbią, które zdają się nie myśleć o niczem, które są nieświadomem Pięknem i Lękiem przed światem, a Bielą porannego nieba nad łąką rozmodlonych kwiatów — od wieków za takiemi dziewczętami idzie zjawa lekka gracyi pełna. Idzie Wdzięczność. Otula je, prowadzi, rozwiewa ich zbyt krótkie sukienki, rozświetla delikatne na karku włoski, w oczy kładzie całe światy. Wdzięczne są — wdzięczne.
Mimo to wszystko, z Pity się ciągle w domu śmieją. Bracia zwłaszcza. Mundek i Edek. Mundek, starszy, wzgardliwie. Dla niego Pita jest głupia i nic więcej. Edek, młodszy, nie zgłębia jej moralnej istoty. Bierze tylko te rzeczy powierzchownie. Nazywa Pitę „miss Pastrana.“ Czytał niegdyś w komplecie Kłosów, który znalazł w paczce na strychu, że był potwór kobiecy o długich rękach, płaski i niezgrabny. Potwór ten nazywał się „Pastrana.“ Zaraz, tego samego wieczora cicho, grzecznie napozór przywitał Pitę, siadającą przy stole: — Good evening, miss Pastrano! Pita otworzyła szeroko oczy. Wzrok ten pochwycił Mundek, który właśnie wchodził do pokoju. — Pito! — wyrzekł oschle — czas już, ażebyś starała się nadać więcej inteligencyi swoim oczom. Chwilami robisz wrażenie cielęcia, które patrzy na nowe wrota. Wstyd mi za ciebie. Koledzy moi to zauważyli. Pita nie mówi ani słowa. Coś tam z dawnego ironicznego uśmieszku jakby się przemknęło po jej buzi. Ale w gruncie rzeczy Picie jest to obojętne. Zresztą jej dziwnie wszystko jest obojętne. Zdaje się jej już od dawna, że jest ciągle widzem musowym, widzem na jakiemś przedstawieniu, które ją nie interesuje. Dopiero coś się zacznie... Coś nadzwyczajnego. A reszta, to, co jest teraz dla niej widzialne i przystępne, przechodzi mimo niej. Więc błękitne jej oczy patrzą obojętnie na Edka, który powitał ją „Pastraną.“ I tak samo patrzą na Mundka, który porównał ją do „cielęcia.“ Bo w tem wszystkiem jest ona tylko widzem. I to widzem, który czeka.
Mundek mówi, że Pita śpi. — Co z nią gadać, ona śpi! Pita przygryza usta. Coś, jakby się zakołatało chwileczkę w jej piersi, lecz rzeczywiście i to coś usypia. Może rzeczywiście ona śpi. Jak królewna z bajki. Pita przypomina sobie, że był czas, gdy ulubionem jej zajęciem było snuć w myśli bajeczne historye, w których ona była bohaterką. Całe tragedye, oblężenia, brania w jasyr, topienia się, napady zbójców... Coś bajecznego. Gdy położyła się spać, modliła się cicho: „Daj, Panie Boże, ażebym prędko nie zasnęła,“ a to jedynie dlatego, aby módz dużo, dużo snuć pięknych bajek, w których ona będzie grała główną rolę. To było jednak dawno. Pita miała wtedy lat siedem, osiem. Od tej chwili zmieniła się wiele. Pita zasypia zaraz, albo leży nieruchoma, patrząc szeroko otwartemi oczyma i zdaje się nie myśleć o niczem. Nawet o tem, co się przez dzień uczyła. To ją nie interesuje. Ona wie, że wszystkie dziewczęta się uczą to samo i że wybrano dla nich jakąś plewkę, która nie stanowi milionowej części prawdziwej wiedzy. Pita już dawno osądziła system swej edukacyi. „Nauczą mnie tego, co inne“ — i usteczka jej wydęły się wzgardliwie. Płócze więc sobie mózg tą trochą wiedzy, jak płócze zęby rano i wieczorem. Ona wie, że życie wpisze ją na swoją Wszechnicę, i że tam Potęga cała czeka na nią, czeka niecierpliwie.
I dlatego to Pita obojętnie patrzy na Edka i Mundka, i dlatego stróż w ciemnym kurytarzu piwnicznym bierze całe naręcza pięknego, suchego, krótko rąbanego bukowego drzewa... I tysiące innych „dlatego“ — całe niezmierzone tysiące, które stanowią obecnie senne życie Pity.
I
I.
Komplecik. — Na Wareckiej, u Żebrowskich, sześć panienek z „dobrych domów“ uczy się tańczyć. Pousuwano palmy i figusy, pozdejmowano chodniki. Lampa zapalona stoi na pianinie. Światło białe, mleczne. Ponad lampą zawieszony oleodruk w złotych ramach, a poniżej jakaś akwarelka, kupiona przez Żebrowskiego „wypadkowo“ i „wcale tanio.“ Trochę chłodno; na dworze mroźno, choć koniec lutego. Panienki w lakierowanych pantofelkach; jedna w atłasowych błękitnych. Stoją rzędem, jak młode gęsi. Mają miny zakłopotane i nieszczęśliwe. Są niezgrabne i pas jest trudne. Szczególniej — pliéz. Nogi ich są sztywne, jak z drzewa. Sukienki opięte przy pliéz odznaczają szpiczaste kolanka. Dwie się buntują. Stanowczo za trudne. A potem ogarnia je jakiś wstyd. To przysiadanie jest nieprzyzwoite. Niuta szepnęła o tem Jaśce. I natychmiast obie strapione, nie wiedzą, jak sobie poradzić z tą sprawą. Patrzą na siebie, uśmiechają się dziwnie. Metr tańca, młody, przystojny baletnik, o bladej cerze i czarnych jak atrament wąsach, powtarza nieustannie: — Pliéz, pliéz — głębiej, głębiej. Pita stoi na samym brzegu i wykonywa ruch wskazany z łatwością. Napozór drewniana figurka, lecz w rzeczy elastyczna. Sukienkę ma granatową, drobno plisowaną. Gdy przysiądzie na ziemi, rozłożone fałdy sukni przybierają kształt olbrzymiego fijołka. Luźna bluzka okrywa smukły tors. Z wysokiego kołnierza wykwita głowa, opleciona dwoma warkoczami, opiętemi w formie wianka, prostym wiejskim sposobem. I wykwint sukienki, przybranej aksamitem, dziwnym kontrastem łączy się harmonijnie z prostotą tej fryzury. Pita z pewną nonszalancyą patrzy na przystojnego baletnika. Jego opięty strój, filigranowa postać nie imponują jej. Przytem, skacząc, jest śmieszny, tupie nogami, uśmiecha się. Pita wzrusza ramionami. Nie może pojąć, jak Jaśka mogła zakochać się w tym człowieku. Bo fakt — faktem. Jaśka się zakochała, i wszystkie panienki o tem wiedzą. Niby ona zwierza się tylko Picie, ale Pita podejrzewa, że Jaśka każdej pod przysięgą powierza swoją tajemnicę. Bo ostatecznie, zkądże się to rozeszło? Prawda, że Jaśka strasznie się nastawia, zmienia wstążki na szyi, karbuje włosy, ma ciągłe wypieki na twarzy i śmieje się głupio, gdy baletnik do niej mówi. To bije w oczy. Nawet mogłaby tak się nie zdradzać, bo to przecież (według Pity) niema się znów z czem tak chwalić. Ten Schern jest porządnie trywialny. Pita podpatrzyła, jak w przedpokoju nos wycierał. Zupełnie ordynarnie. I gdy się odezwie, powie coś tak trywialnie, bez żadnej subtelności. Wszak spytał się na pierwszej lekcyi, zwracając się do Tuśki. — Czy to wszystko pani konsolacya? Pita widziała, jak matka skrzywiła się pogardliwie. Co za trywialność! Sześć dziewczyn ma być wszystko „mamine córki.“ Jak u stróżów? A potem to słowo: „konsolacya.“ Gdzie on to wyczytał? Kto teraz tak mówi? Tymczasem, lekcya idzie dalej swym trybem. Baletnik zmienił rozkaz dzienny i zaordynował chassés. Panienki odetchnęły. To już łatwiejsze. I sześć nóżek się na lśniącej posadzce. W ślad za nóżkami poruszają się chude bioderka. — Raz, dwa, trzy — raz, dwa, trzy... Otworzyły się drzwi od stołowego pokoju i weszła Żebrowska. Miała również granatową suknię, jak córka, splisowaną od pasa i rozściełającą się na posadzce, jak fijołek. Złote włosy aż oślepiały w jasnem świetle lampy. Lecz twarz straciła wdzięk swój dawny. Usta zacięły się, jakby w ciągłem niezadowoleniu. Broda wypełniła się miękką masą tłuszczu. I gors zwieszał się cięższy pod fałdami spiętej na guziczki bluzki. Tuśka przeszła przez salon pod ścianami i usiadła na kanapie. Natychmiast wbiła oczy w szereg dziewcząt, które miała przed sobą. One zaczęły się mieszać. Czuły, że w tym wzroku jest kobieta, która krytykuje i ocenia kobietę. One nawzajem nieufne, pełne były ironii i jakiejś pogardy, z której nie zdawały sobie sprawy, jakby gardziły czemś, co na rannej zorzy stara się znaleźć ciemne plamy. — Chassés wkoło, jedna pani za drugą!... — komenderuje baletnik. Jak w cyrku młode, świeżo w tresurę podane źrebaki, tak panienki zaczynają obiegać wkoło salonu. Drzwi się otwierają. W mundurku, smukły, o ślicznych kształtach dorastającego chłopca, przesuwa się przez salon do jadalnego pokoju Mundek. Nawet nie patrzy w stronę dziewcząt. Jedna z nich, Niutka, blondyneczka z zadartym noskiem, znalazła się na jego drodze. Spłoszyła się, jak kuropatwa. Dziewczęta wiedzą, że ten „starszy“ niemi pogardza. Czują dla niego szacunek, choć, prawdę mówiąc, nie ma się znów czego tak stawiać. Sam jeszcze młokos i nic więcej. Nie lubią jednak, gdy tak przesunie się przez pokój. Długi czas nie mogą otrząsnąć się z wrażenia, iż wydały mu się śmieszne. Wiedzą, że nazwał je raz skaczące sroki. To przecież nieprzyjemnie. Czy sądzi, że one tak skaczą z własnej woli? Może wolałyby pozostać w spokoju i nie męczyć się tak dwa razy na tydzień. Jedna Jaśka... Ale ona się kocha! Wreszcie odpoczynek. Baletnik usiadł z gracyą, nogi ułożył, usta w ciup i siedzi, jak panna na wydaniu. Dziewczęta posiadały i używają na garbieniu się do woli. Cisza panuje senna i zupełna. Pod piecem usiadła Pita, a zaraz do niej przysunęła się Jaśka. Pita się odsuwa, bo znieść nie może kontaktu obcego ciała. Czuje dziwny wstręt. A Jaśka ma manię czepiania się ciągle kogoś. I teraz leży na ramieniu Pity, która drugim bokiem aż przylgnęła do pieca. — Powiem ci coś... — szepce Jaśka. — !!! — Ale, jak się przysięgniesz, że nikomu nie powiesz. — !!! — Bo pamiętaj! to coś bardzo, bardzo... — ??? — Przysięgasz? — No, dobrze, dobrze. — Wiesz, on mnie za rękę uścisnął. Jaśka formalnie dusi Pitę. — Kiedy to zrobił? — Jak mnie przy pliéz poprawiał. Pita wydyma usta. — Widzisz, widzisz — mówi z wymówką — do czego cię twoje kokieterye doprowadziły. Ośmieliłaś go... Lecz Jaśka aż cała płomienieje. Policzki ma tak czerwone, jak aksamitka na szyi. — Żebyś wiedziała, jak to przyjemnie! Tego już nadto! Dobry smak Pity czuje się strasznie obrażony. Nie dość, że wyzwano tego ordynusa na jakieś poufałości, ale te poufałości sprawiają przyjemność... — No, moja droga — zaczyna — muszę ci się przyznać, że jesteś trochę... nie tego... — E! co ty wiesz — mówi Jaśka i przymyka oczy, jak kura troszkę senna — co ty wiesz... to coś bajecznego, no! pycha... Baletnik, znudzony, wstał i podchodzi do pianina, aby się przyjrzeć oleodrukowi. Pianino stoi na jednej linii z piecem. Jaśka chwyta za rękę Pitę. — Idzie tu! I nagle bez przyczyny zaczyna namiętnie całować Pitę, która się broni. — Jaśka! dajże spokój! Baletnik zatrzymał się i patrzy na tę scenę. Uśmiecha się, wreszcie cedzi: — Niech się panie nie całują, bo będzie deszcz! Jakby kto podciął Pitę. Co za trywialność! Lecz Schern już odszedł, aby przejrzeć nieśmiertelne album, leżące na stole. Pita, oburzona, rzuca za nim w ślad: — A to ordynus! Jaśka jest mocno zdziwiona. — Dlaczego? Jaki ma śliczny smocking. Mógłby przychodzić w kurtce, a on w smockingu. Co ty chcesz od niego? Pita wzrusza ramionami. — Nie cierpię mężczyzn niesubtelnych. — Ależ on jest bardzo subtelny... — E! dla ciebie. — A cóż ty rozumiesz pod subtelnością? Pita jest coraz więcej ironiczna. — Nie smocking i nie takie odzywanie się. Zresztą, daj mi spokój, ty mnie nie rozumiesz. Jaśka czuje się obrażona. — Och! jaka z ciebie przemądra Zofia. Lecz już Tuśka powstała i mówi coś pocichu do Scherna. Ten słucha uważnie i pochyla głowę. — Jak pani dobrodziejka sobie życzy! Zwraca się do panien: — Panienki, proszę do ukłonów! Zaczniemy od dworskiego. Za chwilę, panienki: raz, dwa; na lewej nodze się oprzeć, a prawą zakreślić wielkie koło, tak... raz, dwa. I Pita, córka skromnego urzędnika, kłania się nizko, kłania się ślicznie, kłania się dworsko, niby przed tronem, niby na pokojach dworskich. — Raz, dwa — tak — a teraz trzy — nogą szerokie koło...
A czas mija, leci, i szelestu jego skrzydeł nawet nie słychać. A zbliża się dla tych dziewcząt chwila wielkich tajemnic, wielkich abnegacyj, wielkich posłannictw. Zbliża się dziwna, surowa i nieunikniona. One zaś zwinęły swe skrzydła, które je niosły po przecudnych ogrodach, pełnych dziecięcych pragnień. Zwinęły skrzydła, a dokoła nich aureola dziecięcego szczęścia gaśnie. Straciły pierwotną świeżość pierwszych wrażeń i idą, pchane tragiczną siłą swych przeznaczeń. Serca ich drżą, bo nie wiedzą, w jaki takt uderzyć, aby starczyło im siły i ciepła na całe istnienie. A przecież z tych serc należy jeszcze zostawić coś, gdy się trumna nad nami zamyka. Więc na to choćby mały balecik musi być powoli przygotowywany — na to i na wiele innych rzeczy. Tymczasem, dziewczęta rzędem, w salonie oświetlonym mlecznym blaskiem, studyują pilnie... dworskie ukłony. — Raz, dwa — tak... a teraz niżej, niżej, cały korpus... Jeszcze niżej.
II
II.
Dziewczęta się rozeszły. Oprócz dwóch sióstr Rościszewskich, wszystkie zamieszkują tę samą kamienicę. Cztery oficyny, więc dużo takich Żebrowskich pomieścić się może. Jaśka jest córką urzędniczki z telegrafu i jest ze wszystkich najuboższa. Ale i tu matka się zmogła i każe córkę uczyć tańczyć. Tuśka po odejściu wszystkich zgasiła natychmiast lampę. — Idę się położyć — wyrzekła do córki. — Ty przypilnuj pieca. Marysia jest w maglu. — Dobrze, proszę mamy. Tuśka wyszła, a Pita pozostała wreszcie na chwilę sama. Wie, że to nie na długo, bo za chwilę wróci do domu Edek i zajmie stół w pokoju stołowym, gdzie się rozłoży ze swemi książkami. Wtedy do salonu sprowadzi się Mundek, który zasiądzie pod piecem, obłoży się także książkami i „kuć“ zacznie. Edek wrzeszczy, ucząc się z zatkanemi uszami; Mundek przeciwnie, milczy, zatnie usta i wtopi się cały w książkę. Wtedy dla niej, dla Pity, niema właściwie nigdzie miejsca. Idzie do pokoju stołowego i siada na sofce, na której sypia Edek. Bierze „robotę“ i zaczyna szydełkiem produkować nadzwyczaj potrzebne w życiu gwiazdki bawełniane i dobrze brudne. Lecz nim to ją spotka, ma jeszcze chwileczkę przed sobą. I z prawdziwą ulgą i radością przyklęka przed piecem, w którym dopalają się owe śliczne, wyschłe, bukowe polana. Pita uklękła, wydobyła z kieszeni jabłko, trzy kawałki drutu, wbiła je w jabłko i postawiła delikatnie w piecu. Robi to uważnie, mieląc przytem językiem w buzi. Gdy jabłko już zaczyna się piec na swych trzech drucianych nóżkach, Pita pozostaje przed piecem w dziwnej pozycyi jakiejś pra-Ewy, patrzącej ciekawie w tajemnice przypadkowo roznieconego ogniska. Różowy blask oblewa jej twarzyczkę, wydobywając na jaw niezmierną delikatność rysów i linijki jej owalu. Zdaje się w tej chwili czemś tak wątłem, nieziemskiem, wysubtelnionem, iż lada dotknięcie może ją skruszyć, jak porcelankę saską z epoki doskonalszej maniery. Pita po raz pierwszy dzisiaj doznaje niepokoju z powodu zwierzeń Jaśki. — Jaka głupia — myśli — mówi, że gdy ją ten... (usta Pity wydęły się po dawnemu) uściśnie za rękę, to coś się z nią dzieje. Nie uwierzę nigdy. Co się ma dziać? Pita ujmuje swoją rękę lewą — prawą ręką i ściska mocno. — To musi być takie wrażenie... więc niby co to ma być? Lecz nagle, jakby ktoś leciuchno zastukał jej pomiędzy łopatkami. — A może to co innego? Takie nic. Taka, ledwie sformułowana myśl, jakby błyskawica. Niepokój, wstrząśnienie całego organizmu. Pita przycichła cała. Chwileczkę przestała myśleć. Nic, nic. Siedzi strwożona, jak młody ptak, który nagle po raz pierwszy posłyszał wystrzał. Stulił głowę i zdrętwiał. Tak samo i Pita. — A może to co innego?... Drzwi od przedpokoju otwierają się. Ciężko wpada Edek. Jego twarz, młodego orangutanga, pokryta pryszczami; na rękach całe kolonie kurzajek. Jest rozpaczą matki. Nagle zbrzydł tak strasznie, że niktby się w nim nie domacał owego pazia długowłosego, w czarnej aksamitnej bluzce. I te buty, wiecznie zabłocone, ten mundur poobrywany, zapięty krzywo i całe „wzięcie,“ pełne jakiejś nagle wyrosłej przekory, którą Tuśka tępi, jak chwast szkodliwy i wstrętny. Wpadł i zaraz dostrzegł Pitę, która ciągle klęczy przed piecem i ręce sobie ściska. — Co robisz Pastrańciu? Już po pląsach? Cóż twoje meluzyny? Dobrze tańczą kaczken-kadryl? Rozstawił nogi i zaczął iść ku Picie, kołysząc się, jak kaczka. — Taś, taś, taś, tasiuchny... a Pastrańcia na czele. Nagle urwał. Dostrzegł jabłko. Przykucnął i zmienił ton mowy. Stał się miły i układny. — Daj mi to jabłko. Pita wykonała grzeczny gest: — Proszę cię, bierz! Wyciągnął długą, dziwaczną rękę i ze zręcznością małpy schwycił jabłko. Rzucił je na ziemię, rozpalone druty zaczęły palić posadzkę. — Zniszczysz podłogę. Wzruszył ramionami. — Cóż to? moje? Niech ten podły kamienicznik ma jakieś zniszczenie. Z kieszeni od spodni, dobrze naładowanej przerozmaitemi tajemniczemi przedmiotami, wyciągnął chłopski kozik i kawałek bibuły. Roztasował się na ziemi i odepchnął od pieca Pitę. — Posuń się, panno Pastrano! Rozwijał się w nim prawdziwy mężczyzna. Układny i miły, gdy o coś prosił, z chwilą ustępstwa ze strony kobiety, zaznaczał swą pogardę i podwajał swą brutalność. Był to jednak najlepszy chłopiec, z dobrem sercem, pełen sentymentu i posiadający w wysokim stopniu kult pamiątek. Pod jego sofką, gdzie sypiał w pokoju stołowym, stała wązka długa paczka, przezwana przez inne dzieci „trumną.“ W tej trumnie Edek chował wszystko, co od kogo dostał, co mu przypominało jakąś ważniejszą chwilę, która się zaznaczyła w jego życiu. Poowijane w kolorowe bibuły, w pudełka od lekarstw, w koperty — leżały rozmaite najróżnorodniejsze przedmioty owego krótkiego życia, opatrzone etykietami, napisami, kokardami, polakowane, popieczętowane — to znów w pudełeczkach szklanych, aby je dojrzeć było można. To było całe dotychczasowe życie Edka od lat najmłodszych, cały grobowiec i zarazem źródło najżywszych wspomnień, do których się zwracał ciągle i z któremi się nie rozstawał. Tulił się do rzeczy martwych, on, pełen pragnień uczuciowych, zamarzły w tej martwocie grzecznej i „dobrze wychowanej.“ — To są konsekwencye przestawania z byle kim — mówi z ironią Tuśka, patrząc na syna. — Rzeczywiście... Edku... my cię nie poznajemy — dodaje z po za Kuryera Żebrowski. Och! Edek sam siebie nie poznaje. Tak go coś gna, tak go pędzi, tak go roznosi. Jakaś siła, jakaś buta, a potem nagle dziecięce, głupie porywy. Jakże naprzykład teraz chętnie „sprałby“ Pitę, pobił się z nią, ale tak, no!... a potem przeprosił ją, wycałował, za rękę porwał i poleciał na dziedziniec, gdzie dokoła klombu wyślizgali taką pyszną ślizgawkę. I Pastrancia by się zabawiła. Pożyczyłby jej jednej łyżwy, którą wydostał od kolegi Smoglewicza za dwie lepsze marki i nowy jeszcze wiszorek. Bo w gruncie rzeczy, choć nazywa Pitę Pastraną i dokucza jej, wie, że ona jest dobra dziewczyna i zawsze to jego siostra... Lecz Pita przylepiła się do ściany, niewyraźne oczy utkwiła w ciemną przestrzeń pokoju i tak bije od niej jakiś chłód i senność, że Edka aż wszyscy dyabli biorą. — Ty... zaspana dolo! — mówi — czy rabin jest? — Jest. (Rabinem Edek nazywa swego starszego brata, ze względu na jego takt, rozum i wyniosłość). — Nie masz więcej jabłek? — Nie. — No to... gryźnij się! Pita aż się wyprostowała. Edek zebrał porozrzucane książki i podniósł się ociężale z ziemi. Widocznie wyładowywał swą energię za domem, a w mieszkaniu poruszał się jak niedźwiedź. — Bywaj zdrowa, Dyndowa, bo mnie boli głowa! — zadeklamował, odchodząc do jadalni. Na progu natknął się na brata, który przeszedł przez salon, trzymając czapkę w ręku. — Wychodzisz? — zapytał. Lecz Mundek nic nie odpowiedział, jakby nie słyszał nawet zapytania.
I znowu Pita pozostała sama. Delikatnie, wystygłym już drutem poprawia w piecu i wpatruje się ciekawie w rubinowe, z szafirowemi żyłkami węgle, które się rozsypują za dotknięciem. — Jakie to śliczne! — myśli — suknia na bal w tym kolorze byłaby przecudna!... I zaraz przychodzi jej na myśl: — Gdzie ten Mundek poszedł? Ona nigdy nie chodzi sama i rzadko wieczorami. — Ja bym się bała — myśli — ale on, chłopiec, on się niczego nie boi. Tylko... gdzie on chodzi? Jakieś całe światy zakryte, niepokojące i dziwne przesuwają się przed nią. Światy owe mieszczą się w ogromnej kamiennej budowli, do której drzwi są silnie zaryglowane. Ona nawet nie próbuje zbliżyć się do tych drzwi. Tylko tak zdaleka, w myśli patrzy, dziwi się. — Tam się muszą dziać dziwne rzeczy — kombinuje — dziwne i straszne. Nie pragnę wiedzieć, jakie, ale przecież tam właściwie musi być świat żyjący i czynny. Mundek mówi zawsze, że idzie „do kolegów.“ Idzie po to, aby razem z nimi się uczyć. Tak. Więc ten świat czynu i życia — to nauka... Tak, tak. Coś zapukało lekko, ale teraz nie w pochylone plecy Pity, lecz jakoś w piersi, w okolice serca. — A może to co innego? Przemknęła taka myśl, jak błyskawica, już po raz drugi. Niby ta sama, co poprzednio. Ale, nie. To coś innego. To coś wielkiego, przeogromnego, jakby wołanie tysięcy... Łkanie, krzyk, przekleństwa i nawoływania do wspólnego, silnego, wytrwałego oporu. Jest to tak wyniosłe w swym tragizmie, tak płynie z całej ziemi, z całego kraju i przepaja powietrze, że Pita na chwilę w poczuciu dziwnem nie wie, czy to nie ona sama krzyczy, łka, skarży się, nawołuje do oporu... — Nie wiem, nie wiem... Powoli jednak uspakaja się i powraca do dawnej równowagi. — Co się ze mną dziś dzieje? — myśli — to nic, tylko ta głupia Jaśka zirytowała mnie swoją głupotą. Z takiem ordynarnem czemś za ręce się ściskać! Teraz jest skompromitowana. Powinna iść za niego. Winszuję! Już ja tam nie będę na jej weselu. Taki pan młody... Mimowoli Pita zaczyna się zagłębiać w jakieś pogmatwane ścieżki. — Pan młody musi być chudy, wysoki, cienki w pasie, mieć blond brodę i włosy, niebieskie oczy, śliczny anglez (fraki niemodne do ślubu) i nosić szpilkę z perłą. Musi cicho mówić, cicho chodzić i być strasznie dy-styn-go-wa-ny. No... powinien być taki, jak... Ketling. (Pita uznaje tylko Pana Wołodyjowskiego i to z powodu dystynkcyi Ketlinga. To, co mówi Zagłoba, sprawia jej nudności. Lecz Ketling! o!)
Drzwi od przedpokoju otwierają się cichutko i wsuwa się przez nie jakaś wysoka, ciemno odziana postać. W przedpokoju pali się lampka, i tak po strudze mdłego światła, płynącego z wpół otwartych drzwi, zjawia się przed Pitą coś nadzwyczajnego. Jest to mężczyzna chudy, wysoki, cienki w pasie, w długim czarnym surducie. Ma blond brodę i blond włosy, a takie blond i delikatne, że aż drżą, jak te włosy aniołków na choince wigilijnej. Oczu nie widać, tylko dwie ciemne plamy, ale Pita czuje, że muszą być niebieskie. Wszedł cicho i stoi tak nieruchomy, zakłopotany. W Picie coś aż zaszumiało: Ketling! jak Bozię kocham, Ketling! Zkąd się wziął? Czego chce? Czy ona śni? Właśnie myślała, że taki powinien być „pan młody.“ I oto stoi przed nią nieruchomy, piękny, zagadkowy, tajemniczy. Ni to człowiek, ni widmo. Przywiało go coś, jakaś moc tajemnicza w ten wieczór zimowy. I Pita powoli podnosi się z klęczek i zdaje się jej nagle, że to jakieś skrzydła u jej ramion wytrysły niespodzianie i tak niosą ją w górę. A patrzy, patrzy na te złote włosy, na tę ciemną postać. Wreszcie jakiś nizki, pełny głos męzki mówi: — Czy mogę się widzieć z panem Żebrowskim? Pita natychmiast odpowiada, przełykając ślinę, gdyż w gardle zaschło jej zupełnie. — Tatki niema. — A... a pani Żebrowska? Służąca mówiła, że jest w domu. — Mamcia śpi... ale ją zbudzę... — Nie, nie. To zbyteczne. Ja przyjdę jutro. Lecz Pita przesuwa się przez pokój. To dziwne. Ona zawsze taka pewna siebie, a tu nogi pod nią drżą. Idzie, jak przez rózgi. — Mamcia zaraz będzie służyła. — Pani się trudzi. Och! jaki głos cichy i słodki. Potem ten sposób nazywania ją, Pitę, „panią,“ jak zupełnie dorosłą osobę. Wprawdzie i baletnik mówi „pani,“ ale co to za różnica! Pita wbiega do sypialni rodziców. Mała lampka, nazwana przez dzieci „smarkatą“ dla drobnych rozmiarów, pali się na tualecie. Na łóżku, okryta pledem, leży Tuśka. Na odgłos otwieranych drzwi podnosi się natychmiast. Tuśka nie śpi, lecz lubi tak leżeć bezczynnie w półcieniu. — Czego? — pyta córki. — Proszę mamy, jakiś pan — mówi Pita, a głos jej zmieniony — jakiś pan... w salonie. — Czego chce? — Mamusi. — Jak? co? — Mamci. Chce się widzieć. — Cóż to za figura? — Nie wiem. Taki wysoki. Tuśka leniwo wstaje z łóżka. Przechodząc, spogląda na córkę. — Dlaczego jesteś taka zmieszana? — pyta, wpatrując się uważnie w Pitę. — Ja? — Tak. Masz nienaturalną minę. Pita pod wrażeniem tych słów czuje, iż rzeczywiście miesza się i serce jej bić zaczyna nie na żarty. — Ja nie wiem... może biegłam. Lecz Tuśka, poprawiając włosy w lustrze, ma taką sceptyczną minę, iż Picie aż słów brak. Wreszcie Żebrowska wychodzi. Pita zbliża się do okna i opiera czoło o szybę. — Dlaczego mama mówiła, że ja jestem nienaturalna? — myśli. — Rzeczywiście, że się ze mną coś dzieje... Jakie to przykre. Czego on może tu chcieć? Czy to jaki znajomy tatki? Po co on przyszedł?... Byle mnie mama nie zawołała do salonu. Boże... Boże... jeszcze się więcej zmieszam... Ketling nie był nawet taki wysoki i nie miał takich włosów... a jaki dystyngowany... Boże... jak mi serce bije... Jakie to głupie... Nie trzeba myśleć... Pita usiłuje zająć się tem, co się dzieje na dziedzińcu i w innych mieszkaniach.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Córka Tuśki.
