Front matter
STANISŁAW BRZOZOWSKI
NAKŁADEM KSIĘGARNI I SKŁADU NUT POD FIRMĄ
A. STAUDACHER I SPÓŁKA (MARYAN HASKLER)
całość
LITERATURA I SZTUKA T. I.
MONOGRAFIE.
STANISŁAW BRZOZOWSKI
NAKŁADEM KSIĘGARNI I SKŁADU NUT POD FIRMĄ
A. STAUDACHER I SPÓŁKA (MARYAN HASKLER)
STANISŁAWÓW □ □ JAN FISZER, WARSZAWA □
— DRUK W. L.
KAROLOWI IRZYKOWSKIEMU
SŁOWO WSTĘPNE.
Studyum krytyczne o współczesnej powieści polskiej — musi być rozdziałem ogólnej historyi naszego społeczeństwa. Sama powieść jest przecież próbą uświadomienia sobie bądź to współczesnego momentu życia, bądź też przeszłości, którą usiłujemy z momentem tym, już przez sam fakt, że o niej mówimy, powiązać. Powieść historyczna jest nie w mniejszej mierze niż tak zwana współczesna, albo obyczajowa dokumentem epoki, w której powstała. Może być w niej mowa tylko o takiej przeszłości, jaka żyje w umyśle czytelnika, czy autora. Sam obraz tej przeszłości, jego rysy charakterystycznye, jest wytworem tej epoki, w się narodził, ściśle związanym z nią i uwarunkowanym przez nią. Dla każdej epoki nie mniej charakterystycznem jest to, co myśli ona o przeszłości swojej, niż to, co sądzi ona o stanie swym obecnym. Powiedziećby można nawet, że stosunek do przeszłości jest charakterystyczniejszy niekiedy — z natury rzeczy bowiem wymaga rozleglejszej perspektywy myślowej. Każda powieść historyczna ma w sobie zawiązki pewnej filozofii historyi. Filozofia historyi zaś czy to wyrażona w formie abstrakcyjnej, czy też unosząca się w powietrzu niejako i odbijająca się raczej w instynktowem szacowaniu zjawisk i faktów historycznych, niż w wyrozumowanym i systematycznym poglądzie na nie jest zawsze wyrazem samowiedzy, czy samopoczucia danego społeczeństwa, przeświadczeniem jego o swoich zadaniach i przeznaczeniach. Powieść historyczna, o ile wogóle posiada jakąś wartość poucza nas, jak zapatruje się dana epoka na swe zadania dziejowe. Współczesne nasze aspiracye i uzdolnienia do twórczości historycznej, nasze ideały i urojenia społeczne rozstrzygają o tem, jakie siły w przeszłości zwracają przedewszystkiem naszą uwagę. Porównanie Sienkiewiczowskiej, z Prusa, lub Żeromskiego zaznajamia nas z trzema różnemi koncepcyami historyi nietylko przeszłej, ale i obecnej i przyszłej. Po przez te trzy tak różne i odległe od siebie epoki historyczne przezierają całkiem współczesne, a różniące się pomiędzy sobą stanowiska względem świata, to jest względem ludzkości i jej najistotniejszych zadań. Sienkiewiczowska Polska XVII wieku, Egipt Prusa i Żeromskiego epoka legionów wprowadzają nas w nasz współczesny świat, uczą, z jakiemi siłami czują się spokrewnionemi różne kręgi naszego społeczeństwa. Dowiadujemy się więc, co o samem sobie społeczeństwo to myśli, gdy rozważa samo siebie, jako ogniwo w nieskończonym łańcuchu rozwoju ludzkości. Z historycznego »stylu«, czy to Sienkiewicza, czy też Żeromskiego lub Prusa nie zrozumiemy nic, póki nie poznamy jego współczesnych aktualnych korzeni. Ścisły związek powieści t. zw. obyczajowej z ogólnem życiem społeczeństwa nie wymaga chyba specyalnych udowodnień. Świadomie, czy bezwiednie powieść współczesna dzięki szerokim kołom czytelników ogarnianym przez nią staje się źródłem informacyi społeczeństwa o własnem swem życiu i mającym typowość za sobą sądem jego o sobie, staje się myślą teoretyczną i praktyczną szerokich kół społecznych, okazuje wpływ poważny na tworzenie się, lub przynajmniej wyjaśnianie się i rozwój światopoglądów. U nas urasta to znaczenie powieści dzięki temu, że naukowa i filozoficzna myśl nasza pozostaje udziałem nielicznych i wiedzie żywot suchotniczy, że bardziej dokładna i ścisła znajomość spraw własnych pozostaje jeszcze wciąż czczym postulatem publicystycznym, przeciwko któremu sami publicyści zresztą w sposób lekkomyślny, a karygodny grzeszyć nie przestają. Brak przedmiotowej czujnej i w aparat metod naukowych uzbrojonej wiedzy społecznej, głęboka ignorancya i brak sumienności naszej tak zwanej publicystyki, sprawiają, że obraz życia społecznego i pojęcia o się na nie siłach, ścierających się w niem dążeniach i czerpią najliczniejsze koła naszej »inteligencyi« w znacznej mierze ze współczesnej literatury . Wpływ ten powieści był tem silniejszy i tem wątpliwszej wartości, że żadnej systematycznej kontroli nie podlegał. Krytyka nasza obrazów współczesnego życia, przedstawianych przez naszą literaturę powieściową z rzeczywistością społeczną nie konfrontowała, gdyż nie posiadała potrzebnej do tego wiedzy i własnej swej roli w społeczeństwie nie pojmowała. Ostatnim krytykiem, który posiadał metodę i systematyczność w swych dążeniach kulturalno-społecznych był Piotr Chmielowski. Poza nim wszystkie inne, niekiedy na znacznych zdolnościach opierające się usiłowania rozpływają się w chaosie i dowolności wzajemnych suggestyi, wpływów i wmówień subjektywnych. Rzeczywistego znaczenia więc typów, czy tylko szablonów lub fantasmagoryi, jakiemi powieść nasza operowała nikt nie badał, narzucanych przez nią ocen społecznych nie sprawdzał, a przynajmniej nie czynił tego nikt na objektywnego przez myśl społeczną i analizę filozoficzną ugruntowanego światopoglądu. Istnieją w tym kierunku co najwyżej oddzielne próby, i to najczęściej w pracach pisarzy nie zajmujących się fachowo i systematycznie krytyką literacką: Ludwika Krzywickiego np. Były to jednak zazwyczaj dorywcze i wzmiankowe ilustracye w pracach, mających właściwie inne zadanie. Nie zwracano na nie dostatecznie uwagi i poważnej a trwałej zmiany w stanie rzeczy wytworzyć one nie mogły. To też powieść nasza stała się w znacznej mierze czynnikiem uwsteczniającym. Rozchodzące się w olbrzymiej ilości wyroby pp. Krechowieckiego, Jeske-Choińskiego, Gawalewicza, Gąsiorowskiego łącznie z utworami bardziej już utalentowanych pisarzy, jak Rodziewiczówna, a nawet z dziełami posiadającemi znaczną wartość artystyczną, jak np. pisma Sienkiewicza, przyczyniały się do utrwalenia wpływów klerykalizmu, do wyrobienia wstecznych i naiwnych w swem zacofaniu pojęć o życiu współczesnem, do rozmnożenia się i rozwoju oportunizmu społecznego i ciemnoty. Utwory te przyczyniały się do wyrobienia pewnej ogólnej mdłej pod względem umysłowym i moralnym, skłonnej do wszelkich kompromisów, wrogiej dla wszelkiej duchowej, dla wszystkiego, co rozwojowe — atmosfery. Atmosfera ta z kolei rzeczy oddziaływa bądź to bezpośrednio, bądź też pośrednio po przez wydawców i redakcye poczytnych, a więc lepiej płacących pism na pisarzy bardziej zdolnych i świadomych. U pisarzy dużej nawet bardzo miary i niewątpliwego poczucia obywatelskiego na każdym kroku napotykamy ślady ustępstw, bezwiednie — chcemy wierzyć — najczęściej popełnianych. Pewien rodzaj niedojrzałości umysłowej ciąży na całym rozwoju powieści polskiej tego okresu. Pisarze nie mają odwagi do całkowicie szczerego wypowiedzenia się w kwestyach, których znaczenie zrozumieć skądinąd byliby zdolni. Całe szeregi zagadnień nie zostają poruszone wcale. Całe strony i to najważniejsze rzeczywistości społecznej i duchowej nie zyskały sobie w powieści polskiej praw obywatelstwa. Odbiło się to i w ten jeszcze sposób, że zostało przez to spotęgowane i tak już ciężkie osamotnienie tych pisarzy, którzy dzięki swemu wyrobieniu indywidualnemu powołani byli do wprowadzenia powieści naszej na zdrowsze i bardziej odpowiadające wymaganiom życia drogi. Izolacya artystyczna potęgowała w nich uczucie społecznego, utrudniając im niepospolicie spełnienie zadania. Krytyka nasza zaś pracy tej ułatwić im nie umiała, pocieszając się powtarzaniem popularnej bezmyślności o talencie niezależnym od warunków, wpływom nie ulegającym i mającym drogę swą wyznaczoną i wytyczoną przez jakąś specyalną ad hoc stworzoną estetyczną opatrzność. Wymyślanie usprawiedliwień dla własnej bezczynności było zawsze silną stroną naszego społeczeństwa. Prawdziwą, równolegle z życiem rozwijającą się i pogłębiającą świadomością społeczną powieść nasza nie stała się. Czytelnik nie znajdując w niej pogłębienia zagadnień, z jakiemi spotyka się w życiu nauczył się widzieć w niej mniej lub więcej szlachetną i uszlachetniającą, ale z powagą życia w odległym tylko pozostającą związku — rozrywkę. Zamiast wiązać pojedyńczego czytelnika z życiem ogółu powieść utrzymywała go w jego filisterskiem zasklepieniu, współdziałając w ten sposób przetworzeniu się czytających warstw naszego społeczeństwa w zbiorowisko biernie ulegających losowi, niezdolnych do społecznej inicyatywy — pojedyńczych, prywatnych ludzi. Za ten kielich hańby i goryczy jaki teraz każdy myślący Polak wychylić musi, gdy rozważa zachowanie się szerokich kół inteligencyi polskiej wobec rewolucyi rosyjskiej i demokratyzacyi Austryi spada część odpowiedzialności i na powieściopisarzy polskich. Jeżeli z samochwalczego ciemnego i lekkomyślnego plemionka wyrobić mamy samych siebie na naród istotnie biorący twórczy udział w kulturalnem życiu ludzkości i śmiało patrzący w przyszłość, pozbyć się potrzeba haniebnej względem nędzy własnej pobłażliwości. Jeżeli inteligencya nasza nie jest w stanie wytworzyć dla mas ludowych zdrowej i jasnej świadomości, niechże nie zatruwa ich własną ślepotą umyślną, czy też mimowolną. Powieść polska przemilczeniem lub kłamstwem bezwiednem, czy świadomem podtrzymuje bajeczkę o pełnym samozaparcia i spokojnej duchowej kapłanie, zacnym a energicznym przemysłowcu i głębokim, a daleko widzącym mężu stanu z mitrą; lud spostrzega już, że kapłan jest chciwym zysku a ciemnym szamanem, przemysłowiec krótkowzrocznym i tchórzliwym kramarzem, wielki mąż stanu — zdrajcą kraju, a niedostrzegający tego pisarz ich wspólnikiem.
I.
KILKA SŁÓW Z TEORYI POWIEŚCI.
Każdy rodzaj twórczości ludzkiej jest pewną formą stosunku ludzkości względem życia. Stosunek ten odpowiada pewnym mniej lub więcej ściśle określić się dającym potrzebom i zagadnieniom. Zrozumienie tych zagadnień i potrzeb daje nam do ręki klucz do zrozumienia rządzących danym rodzajem twórczości, określających warunki jego powstania i rozwoju. Zrozumieć życie i rozwój jakiejś formy artystycznej, czy też literackiej, znaczy to zrozumieć wyrastanie jej z pewnych zagadnień życia. Bez tego związku przedstawia się nam przekształcanie i rozwój form literackich, jako pewien rodzaj niewytłomaczalnej, a nudnej mitologii, jaką uprawia dziś z zamiłowaniem i metodą, rozprawiający nieustannie o ewolucyi rodzajów literackich, o doborach dokonywających się pomiędzy niemi francuski krytyk, Ferdynand Brunetière. Z wszelkich gatunków karykaturalnych zastosowań darwinizmu ten jest chyba najpocieszniejszym. Możnaby przypuścić, że narodził się on z sennego majaczenia bibliotekarza, który przeczytał świeżo dzieło »O powstawaniu gatunków«. Kto jednak nie zna różnych prób profesorskiej mądrości, szczególniej z dziedziny nauk społecznych, ten wogóle nie może mieć żadnego wyobrażenia o przedziwnych a pełnych humoru wytworach ludzkiej ograniczoności. Tytuł profesorski dodając odwagi, wyprowadza ograniczoność tę ze stanu »potencyonalnej energii« i czyni ją kinetyczną. Rezultatem jest teorya walki o byt pomiędzy formami literackiemi, ofelimistyczna teorya wartości, lub inna forma mitologizującej, gdyż przypisującej samoistne znaczenie pojęciom — myśli. Podstawą bowiem profesorskiej filozofii jest przekonanie, że pojęcie: myśl stwarza przedmiot. I tak np. subjektywne poczucie pożytku, zaspokojenia potrzeb może być dostateczną podstawą dla istnienia całych warstw ludzkości, żyjących »z nadwartości«. Podobnie, zdaniem Brunetièra powieść Balzac’a nie tylko wytworzyła cały szereg nowych zagadnień, z jakiemi odtąd zwracać się zaczęli czytelnicy i pisarze do badań historycznych, lecz przeistoczyła nawet samo życie, ucieszywszy się, że w dziełach Balzac’a powieść osiągnęła wreszcie całkowitą realizacyę swego określenia, zaczęło czynić wysiłki, aby stać się podobnem do tego, co ta powieść o nim opowiada. Teorya Brunetièra, szczególnie zaś jego żałośnie jałowa książka o Balzac’u, która jest najświeższem teoryi tej zastosowaniem, może stać się pożyteczną jako oznaka ostatecznego zwyrodnienia i wpadającej w karykaturę własną kompromitacyi — przesądu o samoistnem życiu rodzajów i form literackich, a co zatem idzie, jako wezwanie do stworzenia nowych metod badań estetycznych, któreby wiązały te czysto formalne i w formalizmie swym czcze zagadnienia z wytwarzającem literaturę życiem. Wszelka inna, niż społeczno-psychologiczna teorya form literackich i artystycznych jest z góry już skazana na konsekwencye à la Brunetière. Hipolit Taine w przedmowie do historyi literatury angielskiej i do zbiorowego wydania swych szkiców zakreślał linie wytyczne takiej teoryi. Należy przedewszystkiem zbadać, jakim psychologicznym właściwościom zawdzięcza swe powstanie dany rodzaj twórczości. Następnie już analiza tych właściwości pozwoli nam stworzyć jedynie możliwą teoryę danego rodzaju, rozpatrzenie zaś ich związku z rozwojem dziejowym danego społeczeństwa, czy ludzkości, posłuży, jako nić przewodnia do zrozumienia samej historyi rodzaju. Innemi słowami, gdy badam malarstwo krajobrazowe za podstawę musi mi posłużyć struktura psychiczna malarza pejzażysty, rozważanie pierwiastków tej struktury i ich losów w ciągu historyji znikanie jednych i pojawianie się innych wytłumaczy nam zmiany smaku stylu i t. p. Wreszcie określenie warunków psychologicznych, przy obecności których jedynie interes skupia się na pejzażu posłużyć może za podstawę rozumienia istotnej natury i granic rodzaju. Sądzę, że zastosowanie względem historyi sztuki i literatury opisowej, formalnej metody, rozwiniętej w sposób tak pomnikowy przez R. Avenariusa względem form poznania, szczególniej z uwzględnieniem tych perspektyw, jakie odsłania przed nami zainicyowana przez Marxa teorya rozwoju ludzkości mogłoby wydać wyniki niezmiernie cenne i ścisłe w tej przynajmniej mierze, w jakiej w ogóle ścisłość w tej dziedzinie badań jest możliwa. Jest rzeczą aż nazbyt jasną, że tu nie mogę myśleć o dokładnem sformułowaniu zasad takiego poglądu na rozwój sztuki i literatury, co więcej nie będę w stanie metody wzmiankowanej stosować zupełnie ściśle do rozpatrywanego przezemnie przedmiotu. Pozostanie ona dla mnie regulatywem, do którego będę się starał zbliżyć w miarę sił. W korespondencyi Schillera i Göthego znajdujemy częste wzmianki o tem, że taki a taki temat nadaje się raczej do epickiego, niż dramatycznego opracowania i t. p. Fryderyk Hebbel mówi też często w swoich notatach i listach, że i forma ma swoje głębsze zagadnienia i wyróżnia tak zwaną wewnętrzną formę. Bardzo powierzchowny nawet rozmysł
do zrozumienia, że stosunek pomiędzy formą a treścią danego dzieła nie może być czysto przypadkowy. Wymagają przecież estetycy, aby pomiędzy treścią, a formą dzieła sztuki zachodziła zupełna i całkowita harmonia. U nas p. Maryan Massonius zajmował się specyalnie zagadnieniem stosunku formy i treści. Zdaniem mojem jednak usiłowania jego świadczyły raczej o pewnej erudycyi filozoficznej i znajomości terminów niż o samoistnem przemyśleniu zagadnienia. Zagadnienie w samej rzeczy jest bardziej złożone, niż się zdaje. Gdy Moeller Bruck skłonny jest w treści widzieć to, co dany artysta pragnie wyrazić, ten stan duszy, jaki chce on uzewnętrznić i narzucić, za formę zaś uważa systemat środków, jakimi się on w tym celu posługuje, — to i przeciwko takiemu rozgraniczeniu nasuwają się pewne wątpliwości. Wiadomo np. że Flaubertowi w »pani Bovary« szło o rozwiązanie pewnych zagadnień czysto formalnych sztuki i stylu. Sam temat więc schodził tu do poziomu środka. Nie można tu stawiać zagadnienia tak, że Flaubert szukał środka artystycznego dla wyrażenia prowincyonalnego życia, jego nudy etc., etc., przeciwnie, posłużył się on tą treścią dla wprowadzenia w życie pewnych zasad artystycznej. Czy jednak nie wydałoby się zwykłą igraszką w słowa, gdybyśmy powiedzieli, że dla Flauberta treścią były wzruszenia, jakie dawała mu jego technika artystyczna, treść zaś dzieła, losy pani Bovary jedynie formą. Przytaczam ten przykład jedynie dla okazania, jak dalece złożoność i rozmaitość przebiegów psychologicznych, składających się na twórczość przerasta liczbę tych szablonowych i typowych stosunków pojęć i przeciwstawień, jakiemi rozporządza formalna, oddawna już nie konfrontująca kategoryi swych z życiem sztuki — estetyka. Nadewszystko zaś pouczającym jest ten przykład ze względu, że ukazuje poza czysto oderwanym stosunkiem dwóch abstrakcyi: forma i treść — złożone i zróżniczkowane procesy psychologiczne, o które tu właściwie idzie. Ogólna formułka estetyków: harmonia formy i treści nie mówi, jak widzimy nic, gdyż tylko warszawscy krytycy — jak widzimy — mogą przypuszczać, że jest zawsze wiadomo, co w danem dziele jest formą a co treścią, że formę można przymierzać do treści, tak jak krawiec przymierza świeżo uszyty garnitur. Gra w takie kościane bilbokety pojęciowe bywa bardzo przyjemna dla różnych »starców« estetyzujących w rodzaju pp. Bogusławskiego lub Henkla, którzy swoimi rozprawami o formie, treści, harmonii etc. imponują dziś jeszcze niektórym z młodszych krytyków, pragnących pozyskać patent na bezstronność, a jednocześnie znających filozofię jedynie ze słyszenia, to jest właściwie na tyle, aby im się wydawało, gdy ktoś w proste terminy szczęka, że jednak musi to być coś głębszego. Dzięki temu np. w piśmiennictwie Wilhelma Feldmana p. Władysław Bogusławski wyrósł na jakiegoś estetę idealistę, przez lat 40 czy więcej męczącego się na warszawskiem pustkowiu. Zagadnienie stosunku pomiędzy treścią a formą sprowadza się, gdy się rozważa jego konkretną psychologiczną treść, a nie zaś formalny, abstrakcyjny szablon, do zagadnienia jaki stosunek z pośród tych wszystkich, które wobec stanu duszy zająć można, posiada wartość ogólnie obowiązującą. O cóż bowiem idzie w dziele sztuki? O wyrażenie pewnego stanu dusz, o uprzystępnienie go, ujawnienie go innym. Użyję tu porównania. Gdy chcemy ukazać komuś jakiś przedmiot fizyczny, wprowadzamy widzów na taki punkt przestrzeni, wzniesienie i t. p. skąd on jest widoczny. Zagadnienie formy w sztuce polega na wyszukaniu takich psychicznych perspektyw, odsłaniających, że się tak wyrażę, ten widok duchowy, o jaki nam idzie. Zagadnienie formy jest w gruncie rzeczy zagadnieniem praktycznej psychologii zbiorowej. Szukając doskonałej formy szukamy bezwzględnej »widoczności« dla danego stanu duszy, szacujemy wszystkie stosunki, jakie wobec niego zająć można. Rozwiązanie zagadnienia formy polega na uznaniu jednego z tych stosunków za ogólnie obowiązujący. Oczywiście kierujemy się w tem jako normą znajomością środowiska, w jakiem żyjemy, działają na nas wszystkie wartości przez środowisko to wytwarzane i uznawane. To, com powiedział wystarcza, jak się zdaje, do zrozumienia, jak dalece społeczną czynnością jest najbardziej wewnętrzny, najbardziej »samotny« proces twórczy i jak wielką jest rola zagadnień etycznych w problemach uznawanych przez nas za dziedzinę »czystej sztuki«. Wystąpi to jaśniej, gdy rozważymy niektóre szczegóły zagadnienia. Mówi się np. o formie epickiej. Zastanówmy się nad tem jakie konkretne stany psychiczne ukrywają się poza tem abstrakcyjnem wyrażeniem: forma epicka. Mamy np. bitwę, w której ginie ten lub ów z zajmujących nas bohaterów, dajmy na to Hektor w Iliadzie. Poeta, gdy oddaje tę katastrofę przejmuje się jej znaczeniem uczuciowem (p. scenę pożegnania z Andromachą), przechodząc teraz do innych wypadków tem samem podporządkowuje dane uczucie innym, a właściwie samej swobodzie przechodzenia od niego do innych. Forma epicka więc tego rodzaju jak ta, którą znajdujemy w lub opiera się na zespole uczuć wartościowych i stałych, w imię których można przejść do porządku nad wszystkiemi innemi uczuciami, opiera się na zespole wartości ogólnych, pozwalających pogodnie zapomnieć o każdej wartości pojedyńczej. Gdy więc rozważam zagadnienie o właściwości lub niewłaściwości formy epickiej (pojmujemy ją tu wciąż w tem ograniczeniu, jakie charakteryzują przykłady) rozwiązujemy właściwie zagadnienie takie, czy istnieje w »świadomości społecznej« (posługuję się tu tym terminem w znaczeniu ustalonem przez E. Durkheima: — świadomość społeczna — stany świadomości wspólne wszystkim członkom danej grupy społecznej), systemat wartości pozwalający przejść do porządku dziennego nad danym stanem duszy o oddanie którego w formie epickiej idzie. Gdy zagadnienie to zostaje rozwiązane błędnie, utwór, w którym »treść« nie odpowiada »formie«. Błąd może tu polegać na tem, że dana grupa wartości nie istnieje i wtedy zamiast epickiej pogody mamy filisterską obojętność dla spraw ludzkich, powstaje jeden z tych doskonale nudnych utworów, jakie znane są w literaturze pseudoklasycznej. Zresztą tu mamy do czynienia z inną pomyłką. Autor utożsamiał epicką pogodę z obojętnością, wskutek tego wybierał tematy, względem których był obojętny, myśląc, że posiada względem nich spokój epika. Tak dalece idzie w estetyce o szacowanie i sądy czysto etyczne. Teraz możemy przejść już in medias res. Z jednem zastrzeżeniem jeszcze. Kto zajmował się kiedykolwiek analizami tego rodzaju, ten wie, jak wielką jest pokusa zapewnienia analizie tej pozorów zupełności, uczynienia z niej dedukcyi wszelkich możliwych przypadków. Sam Kant nie oparł się jej w swojej tablicy kategoryi. Nie może więc w tem, co nastąpi być mowa o wyczerpaniu a priori wszystkich form »powieściowego stosunku« autora do stanowiących treść jego utworów stanów duszy. Idzie tu tylko o rozwiązania. Idziemy w tym za przykładem i powagą Kanta, który określał pojęcie przedmiotu jako pewne prawidło, pewną metodę wiązania wyobrażeń. O to właśnie idzie nam, gdy ustalamy pojęcie powieści i wyprowadzamy z niego pewne wnioski. Pojęcie to nie zastąpi nam znajomości rzeczywistości doświadczalnej t. j. w danym wypadku literatury powieściowej, ale ułatwić powinno jej analizę krytyczną. Aby mogła istnieć powieść »opowiadanie« potrzeba, aby istniał stan duszy, umożliwiający przejście do porządku dziennego nad całym szeregiem wartościowych (to bowiem, co nie istnieje pod żadnym względem jako wartość nie istnieje wogóle dla naszej świadomości) stanów duszy, wydarzeń, osób i t. p. Psychologia czytelnika powieści polega na nieustannem odczuciu dystansu psychicznego sobą a przedmiotem, o którym jest mowa. Ten dystans właśnie stwarza możność przechodzenia do porządku dziennego nad wydarzeniami, stanami duszy, osobami, nieodłącznego od opowiadania i stanowiącego jego istotę. Na tem zasadza się różnica pomiędzy formą dramatyczną a powieściową. W dramacie wszystko skierowane jest właśnie ku temu, aby niedopuścić powstania tej odległości pomiędzy widzem a akcyą dramatu. Sprawa, o którą idzie w dramacie musi się stać sprawą widza. Różnica ta, da się jeszcze w ten sposób
wyrazić. Zagadnienia, o które idzie w dramacie przejmują nas całkowicie. Zagadnienia o które idzie w powieści pozostawiają w nas zawsze coś, co jest od nich niezależnem, co daje nam właśnie swobodę wobec nich, stwarza ten dystans pomiędzy nami a akcyą. Rozumiemy więc na czem polega nadawanie się, lub nie nadawanie danego przedmiotu do formy powieściowej. Oto na tem, czy wobec przedmiotu tego, wobec zagadnienia, o które idzie, posiadamy jakąś dziedzinę duszy, w którą możemy się schronić, w której nic nie zależy od takiego lub innego rozwiązania problemu. Jeżeli taka dziedzina istnieje — temat może być opracowany powieściowo, jeżeli nie jedyną formą, w jaką może być ujęty jest dramat. I znów widzimy, do jakich czysto praktycznych moralnych, etycznych zagadnień sprowadzają się te zagadnienia, tak dalekie pozornie od tej dziedziny wartości estetyki formalnej. Wysnuwają się stąd dalsze konsekwenkye, posiadające pierwszorzędną doniosłość dla estetyki dramatu i powieści. Ponieważ dramat nie pozostawia w duszy widza żadnych wobec siebie , widz musi domagać się surowej konsekwencyi w rozwiązaniu zagadnienia. Wszystko, co nie prowadzi do tego rozwiązania staje się zbytecznem. Dlatego miał słuszność Goethe gdy pisał, że forma epicka polega na rozwijaniu momentów, opóźniających rozwiązanie (retardierende Momente), dramatyczna na ich wykluczeniu. W roztrząsaniu przedmiotów, o których pisze się nieustannie tyle powierzchownych i nic nie znaczących frazesów, dodaje otuchy napotkanie na ślad Schillera, Goethego, Hebbla. Dalszym wnioskiem jest, że dramat wymaga o wiele większego stopnia jasności wobec zagadnień o które w nim idzie. Mgła dystansu, zastrzeżenia, które ten dystans dopuszcza nie istnieją tu. Autor nie jest tu opowiadaczem powikłanego splotu faktów, jest heroldem i sędzią wyroków, którymi według słów Stanisława Wyspiańskiego kieruje »Boża ręka». On sam musi wypowiedzieć wyrok, serce swe i umysł musi uczynić wagą, którą się odważa miara losów ludzkich, głos swój ma organem uczynić spiżowej mowy przeznaczenia, sprawiedliwości ostatecznej. Wiążą się z tem ciekawe, charakterystyczne zagadnienia estetyczne, jakie przedstawia twórczość Teodora Dostojewskiego. Niejednokrotnie wyrażano zdziwienie dlaczego Dostojewski, którego powieści są
tragedyami« nie pisał w formie dramatycznej. Odpowiedź, a przynajmniej drogę prowadzącą do niej, można znaleźć w przypomnieniu, że zagadnienia, na których oparte są powieści Dostojewskiego były jego podziemnemi zagadnieniami, których pragnął on wyprzeć się. To usiłowanie wmówienia w siebie, że zagadnienia te zostały przez niego rozwiązane, że nie dotyczą go już one, odbija się w sztucznem i więcej, niż słabem umotywowaniu dystansu, jaki usiłuje on stworzyć pomiędzy sobą a przedmiotem swoich dzieł. Dystans ten w samej rzeczy najczęściej polega na wprowadzeniu jakiejś trzeciej osoby, która opowiada, na powtarzających się często wzmiankach co do jakichś materyałów, zapisek, ustnych relacyi i t. p., z których miał rzekomo czerpać autor. Nawet takie czysto zewnętrzne, »techniczne procedés«, są jak widzimy umotywowane przez wewnętrzny zasadniczo etyczny stosunek stanowiących osnowę przeżyć. Streśćmy się. Wybór formy nie jest rzeczą dowolną: jest on zależny od stosunku, jaki zajmujemy wobec zagadnień, o które idzie w dziele. Jeżeli istnieje w nas coś, pozwalającego nam te zagadnienia uważać nie za nasze, za takie, nad któremi świadomość nasza ma prawo przechodzić do porządku dziennego, powstaje pomiędzy nami a problemem, stanowiącym zasadniczą treść dzieła, ten niezbędny dystans artystyczny, na obecności którego zasadza się różnica pomiędzy formą dramatyczną a powieściową. Dalsze wnioski są aż nazbyt łatwe do przewidzenia. Natura tych pierwiastków duchowych, pozwalających nam stworzyć pomiędzy sobą, a zagadnieniem o ktorem mówimy w dziele sztuki, odległość określać będzie rodzaj, »styl« powieści. Podstawy tego naszego oddzielenia perspektywicznego od przedmiotu mogą być bardzo różne. Mogą polegać na żywiołowem, nie rozumującem, pełnem słonecznej mocy przeświadczeniu, że świadomość zbiorowa trwa, żyje pomimo zagłady najszlachetniejszych jednostek i wtedy powstaje ta epicka pogoda, która jest w gruncie rzeczy wynikiem poczucia plemiennej jedności i plemiennej mocy. Nie tylko można znieść, że najlepsi giną, ale dobrze jest, że giną, bo i ze śmierci ich i z wyrasta to jedno, co jest naprawdę — naród, jego po przez wieki rozwijająca się, spokojna i mądra radość istnienia. Ale możliwem jest stanowisko wręcz przeciwne: jednostka nie znaczy nic, bo tu istotnie niema nic znaczenia, wszystko przemija jednakowo bezcelowo. Poczucie powszechnej bezcelowości — pozwala znów pogodzić się z zanikaniem zjawisk pojedyńczych. Możliwe są różne odcienie: ironii, naprężonej aż do bólu, ironii bardziej zintelektualizowanej pogodnej, uśmiechającej się do samej siebie, ilekroć z pod kształtu, który ją łudził swem istnieniem wynurzy się to jedno, które jest: można z samego poczucia sieroctwa wszystkiego, co mówi ja o sobie i co jest poszczególne, wywieść jakieś łzawe i wiecznie krwawiące współczucie dla wszystkiego co żyje. Humor stanowi nieuchronną niemal domieszkę wszystkich nowoczesnych powieści. Są inne jeszcze tła psychiczne, z których powieść rozwinąć się nie może: tak np. jakiś demoniczny egoizm, który obiera za archimedesowy punkt oparcia samo swe materyalnie niezależne istnienie wobec wszystkich zagadnień świata. »A choćby tam cały świat runął, ja przecież mogę jeszcze tu siedzieć i pić herbatę« formułuje tę skalę uczuć jeden z bohaterów Dostojewskiego. To zaufanie do swej cielesności, chytrze drwiące w swych instynktownych głębiach ze wszystkich porywów myśli, nieufne względem nich, doszukujące się we wszystkiem, co ma nazwę duszy, ideału, czegoś sztucznego, nieszczerego, zmyślonego przez to jedno, które zna naprawdę ciało, to spokrewnienie żywiołowe ze wszystkiem cielesnem — czyż, to nie jest najgłębsze tło uczuciowo emocyonalne powieści Lwa Tołstoja. Wypadek bardzo charakterystyczny przedstawia nam powieść Balzaca. Tu to tło stanowiące dystans polegało na nieustannej obecności w duszy mnóstwa innych zagadnień, mnóstwa tak wielkiego, że niepodobna było go ogarnąć jednem spojrzeniem. Pozostawało więc wobec każdego poszczególnego zagadnienia poczucie, że jest ono związane z całym splotem innych wobec których jest czemś pojedyńczem, czemś, co musi być podporządkowane całości tego olbrzymiego mechanizmu. Formą karykaturalną nieco podobnej postawy, stanowią wypadki, w których tłem stwarzającem dystans jest nieustannie pobudliwa, nie rozumująca, łaknąca czysto wrażeniowego pokarmu ciekawość. Odmiany tej ciekawości, stopień przepojenia jej myślą, stanowią znów o powstawaniu charakterystycznych odcieni twórczości powieściowej. Nie piszę tu jednak specyalnego traktatu, który możnaby nazwać — każdy z nas czytał niegdyś Darwina i niestety Häëckla — Die generelle Morphologie des Romanes. Zanim przejdziemy do bliżej zajmującego nas tematu t. j. powieści polskiej — musimy jeszcze uczynić parę uwag. Przedewszystkiem łatwo zrozumieć, dlaczego w czasach najnowszych t. j. przedewszystkiem w ostatniem XIX stuleciu powieść jest rodzajem literackim, który wydał dzieła najwybitniejsze i najbardziej charakterystyczne. Życie nowoczesne ze swemi nieustannemi i coraz to pogłębiającemi się różniczkowaniami, rozbijającemi społeczeństwo na warstwy, sfery, kręgi, posiadające swoje własne i odrębne systematy wartości, grupy cech trwałych i , samo przez się wytwarza warunki, w których pomiędzy sprawami, zagadnieniami jednej warstwy a czytelnikami należącymi do innej wytwarza się dystans. Nie należy tego pojmować w sposób symplistyczny t. j. przypuszczać, że dystans taki istnieje jedynie pomiędzy sferami i typami życia różnych klas, nieżależnie od siebie . Komplikacya społecznego środowiska wrasta w nasze wnętrze duchowe i kształtuje je na swe podobieństwo. Każdy z nas należy jednocześnie do różnych, wielorako krzyżujących się kręgów społecznych. Przynależność ta wyraża się we współistnieniu w duszy naszej przeplatających się i częściowo niezależnych od siebie systematów wartości. Życie rodzinne i zawodowe, przynależność do pewnego stronnictwa politycznego, do pewnej grupy religijnej, jakiegoś kierunku filozoficznego lub artystycznego i t. d. wszystko to wyraża się w systematach szacowań i wartościowych sądów o świecie, sądów nie zawsze istniejących w formie logicznie wyrobionej, czystej; przeciwnie ta cząstka naszego życia wewnętrznego, która osiąga ten stopień jasności i samowiedzy jest stosunkowo bardzo nieznaczna w porównaniu do tego podłoża impulsywnych naszych sądów o życiu, wyrażających się w sympatyach naszych i odrazach, upodobaniach i wstrętach. Dzięki takiej strukturze duchowej, człowiek współczesny z łatwością ustala w sobie dystans wobec zagadnień nawet, które bezpośrednio jego samego dotyczą, zawsze bowiem niemal jest w stanie znaleźć w duszy własnej jakieś schronienie, jakąś grupę interesów, upodobań, przekonań, wierzeń, która w danej chwili w grę nie wchodzi. Stąd znów nietrudną jest rzeczą wyprowadzić pewne konsekwencye. Przedewszystkiem łatwo zrozumieć niebezpieczeństwa i trudności z jakiemi musi walczyć dramat nowoczesny. To jednak tu pozostawiamy na stronie, zaznaczając tylko, że tu leży nić przewodnia dla teoryi nowoczesnego dramatu. Gdy idzie o powieść, w grę wchodzi inny wzgląd oto mianowicie nowoczesny »styl« łatwość zmiany w naturze dystansu. Powieść staje się psychicznie polychromiczną że się tak wyrazić można. Ta mgła, oddalenia myślowego, która przedziela nas od zdarzeń, stanów duszy, zagadnień i t. d. mieni się i przekształca nieustannie. Nerwowość stylu nowoczesnej powieści, nieustanna zmiana terenu, kunsztowne przejścia od liryzmu, do ironii, od epiki, niemal do dramatyzacyi — wszystko to są odbicia artystyczne tej zasadniczej podstawy psychicznej, jaką stwarza rozwój kultury nowoczesnej. Jeżeli się zważy, że sama ta struktura psychiczna nie jest czemś przypadkowem, że przeciwnie jest ona nieuchronnym skutkiem samego rozwoju kultury, wtedy zrozumiemy, jak dalece koniecznym jest rozwój w czasach nowoczesnych tej właściwie powieściowej formy twórczości literackiej, zrozumiemy także, dlaczego i w literaturze polskiej ostatnich lat czterdziestu powieść wysuwa się stanowczo na pierwszy plan, staje się najbardziej rozpowszechnionym, poczytnym wpływowym rodzajem literackim.
II.
LITERATURA POLSKA PRZED R. 1863 I PO TEJ DACIE.
W znaczeniu kulturalnem, rok 1863 jest datą niezmiernie stanowczą i ważną. Można powiedzieć, że z rokiem tym świadomość społeczeństwa polskiego wchodzi na drogi nowoczesnego rozwoju, zaczyna spełniać typową funkcyę, przypadającą jej w udziale w społeczeństwach o ustroju kapitalistycznym. Myśl polska jak gdyby dowiaduje się i spostrzega, że straszliwa katastrofa polityczna nie powstrzymała w społeczeństwie procesów rozwoju i przekształcenia wewnętrznego, że procesy te są tej samej natury, jak i we wszystkich innych krajach, pozostających na tej samej stopie , że polegają one na wytwarzaniu na gruntach społeczeństwa feudalnego nowego porządku społecznego, posiadającego swoje własne »podstawy« moralno-prawne i swój własny światopogląd. Do roku 1863 wszystkie usiłowania myśli polskiej skoncentrowane były na tem jednem zadaniu: przywróceniu, odzyskaniu samoistnego bytu politycznego. Zadanie to było celem, wszystko inne środkiem do niego prowadzącym. Usiłowania bardzo szczerej i daleko idącej dernokratyzacyi społeczeństwa były zawsze próbą narzuconej z góry organizacyi ideowej, nie zaś uświadomieniem samoistnie dokonywającego się w łonie samego społeczeństwa przekształcenia. Na wszystko bowiem co działo się w samem społeczeństwie, na bardzo charakterystyczne zmiany, zachodzące w jego strukturze patrzono jako na coś tymczasowego. Uważano ustrój i byt polityczny za podstawę bytu społecznego i nie przypuszczano, aby na podstawie tak straszliwie i całkowicie obcej narodowi, jak Mikołajowski regime np. mogło rozwinąć się coś, posiadającego wartość. To wszystko, co mogło istnieć w kraju, miało być zmienione za wkroczeniem na ziemię polską powstańczego rządu narodowego i rząd ten w formie postanowień swych i dekretów politycznych zaprowadzić miał ustrój społeczny, odpowiadający nowoczesnym wymaganiom kultury, ideałom sprawiedliwości, ustrój do którego inne ludy dopracowywać się musiały w pocie i krwi długotrwałych przeobrażeń i ciężkich walk. Czy to centralizacya demokratyczna, czy Hoene-Wroński, czy Hôtel Lambert lub Mickiewicz, wszyscy oni stoją na tem samem stanowisku. Na emigracyi dokonywa się niezmierna praca myśli społecznej i dziś ubolewać można, że poszła ona tak całkowicie w zapomnienie. Bohaterskie te umysły przyswoić sobie usiłowały wszystko to, co spiętrzoną falą uderzało na nie ze strony zachodnio europejskiej kultury i życia. Kataklizm historyczny wyrzucił je z właściwego im podłoża, pozbawił bezpośredniego związku z codzienną pracą życia. Odbiło się to na nich, jako wyzwolenie z pod władzy zacieśniających i na krótką nutę obliczonych interesów. O żadnej świadomej zaborczości klasowej mowy tu być nie może; pomimo to charakter ogólny najszlachetniejszych nawet usiłowań emigracyjnych pozostaje zawsze ten sam: intellekt szlachecki usiłował tu przyswoić sobie wyniki kultury nowoczesnej. Trzeba o tem pamiętać, aby zrozumieć wiele najistotniejszych rysów, cech niezmiernie charakterystycznych — myśli emigracyjnej — a przedewszystkiem to przeświadczenie, dominujące we wszystkich wybitnych dziełach tej myśli, że naród nasz może uniknąć tych rozdarć wewnętrznych, po przez które dokonywał się postęp i wyzwolenie ludów europejskich. Przez nazbyt łatwo zrozumiałą pomyłkę emigracya utożsamiała pracę umysłową i moralną w niej samej dokonywaną z procesem historycznym, rozwijającym się w żywym społeczeństwie środkami samego życia jego walk i męk. Ponieważ ona — emigracya dopracowała się do ideałów wyłączających wszelką klasową nienawiść i walkę, pozostaje więc tylko ideały te w czyn wprowadzić, aby naród polski stanął odrazu na takim stopniu rozwoju, do urzeczywistnienia którego inne ludy europejskie dążą dopiero. Pamiętajmy też, że najszlachetniejsza myśl społeczna epoki i na zachodzie Europy zajmowała podobne utopijne stanowisko. I wybitni myśliciele europejscy wierzyli we wcielenie gotowych ideałów społecznych. Zamiast więc dziwić się naiwności, podziwiajmy wytrwałość, hart ludzi, którzy jak Cieszkowski, Trentowski, Wroński, Lelewel przyswajali sobie i przepracowywali najbardziej zasadnicze wyniki myśli Zachodu, ludzi, którzy byli istotnie awantgardą umysłową swego narodu, którzy wysiłkiem swym osiągali przynajmniej to jedno: zachowywali naszą pełnoletność kulturalną. Myślący Polak, czytając ich pisma i kształcąc się na nich stał na tym samym poziomie umysłowym, na jakim stał czytelnik zachodnio europejskich myślicieli epoki. Dziś, gdy przetłómaczenie pism niejednego z poczytnych i znanych naszych pisarzy społecznych, filozoficznych i t. p. byłoby nieuchronną a dotkliwą kompromitacyą naszą wobec kultury, o czasach owych wspominać musimy pod tym względem ze szczerą zazdrością. Emigracya polska pozostanie na zawsze pomnikiem energii duchowej, bowiem, że kilkadziesiąt umysłów czujnych, bystrych, i wielkiem ukochaniem nieustannie pobudzanych wykonać może pracę duchową w przeciętnych warunkach przy współudziale całego społeczeństwa dokonywaną. Zastąpić przez myśl i pracę myślową rzeczywisty wysiłek życia — emigracya oczywiście nie mogła, żądać tego od niej byłoby niesprawiedliwością. Dla ustrzeżenia się wszelkich błędów w jej szacowaniu pamiętać trzeba nieustannie, że tu przyswoić sobie usiłowali wyniki kultury nowoczesnej ludzie pozbawieni tej podstawy, jaką daje związek bezpośredni z żywiołowym rozwojem narodu, ludzie przytem którzy wyszli z klasy, wbrew której i na gruzach której dokonywuje się w całej Europie proces wytwarzania nowoczesnej kultury. Odosobnienie i wysiłek przezwyciężeń wewnętrznych były u członków emigracyi polskiej podwójne, ale w ogniu takiej męki wypalały się niezrównanej czystości serca i nieskalanej podniosłości charaktery. Odosobnienie, odcięcie od życia stwarzało pewne naiwności i zacieśnienia; myśl bowiem nigdy nie dorówna w różnostronności i bogactwie treści życia, ale czystość duchowa i wyniesienie ponad wszystkie walki chwili, ponad wszystkie na krótką metę obliczone interesy nadawała tym pisarzom przenikliwość moralną i orlą rozległość w nieujętą przyszłość idących perspektyw. Są w ich pismach, w tych pismach oddartych od ziemi szlachciców — stronice, które wtedy dopiero na właściwego natrafią czytelnika, kiedy dostaną się w ręce robotnika polskiego. Pod jednym przynajmniej względem nie zawiodła historya tych męczenników, świętych i bohaterów. Nie dane im było wprowadzić swobodę do ziemi naszej. Pracy i męki za nikogo dokonać nie można, inaczej bowiem nie byłaby pracą; więc i walka duchowa emigracyi, narodowi naszemu walki i pracy własnej oszczędzić nie mogła. Jeśli jednak stanie ta Polska, o którą walczy dziś wbrew zdradzie i niemrawości wszystkich innych klas, jedynie syn ludu polskiego — robotnik polski — to i emigracya do kraju wróci w postaci myśli swojej. Ta wolna ludowa pracująca Polska potrafi odgrzebać z pod warstwy zapomnienia i lekceważenia, jakiemi pokryła je dzisiejsza Polska trójlojalności, lekkomyślności i ciemnoty; i kurs literatur Mickiewicza i pisma Lelewela i Wrońskiego i myśl Stanisława Worcella i całą tę istotną tradycyę naszą, której jej czciciele i ochraniacze każdem słowem swojem nieustannie kłamią. W rozbudzeniu przemysłu polskiego po roku 1831 widział Zygmunt Krasiński »przysypywanie grobu ojczyzny burakami i pszenicą«, Dziś wiemy już, czem byłaby Polska, gdyby rozwój życia przemysłowego nie wytworzył klasy robotniczej, która w momencie historycznym okazała się jedynie zdolną do uchwycenia steru wypadków w imię narodowej samodzielności. Krew robotnicza, zalewająca bruki warszawskie, szubienice i bezimienne mogiły rozstrzeliwanych po nocach chronią nas dziś jedynie i wyłącznie przed bezprzykładną w historyi hańbą — hańbą odżegnywania się od swobody własnej, spotwarzania i plugawienia walczących za nią. Ale nie dziwmy się, że ludziom wierzącym we wszechmoc polityki i w siłę sprawczą zasługi zatrutymi i zatruwającymi atmosferę duchową narodu wydawały się nieraz pierwsze objawy rozwoju przemysłowego w uciemiężonej stratowanej Polsce. Widzieli oni w nich tylko kompromis ze stanem obecnym i zrzeczenie się walki i protestu przeciwko niemu. Rozdarcie pomiędzy myślą polską, rozwijającą się w kraju i myślą emigracyjną istniało już przed rokiem 1863 i dochodziło do głosu w literaturze. Artykuł Klaczki o Korzeniowskim może uchodzić za jeden z jego wyrazów. Ster opinii, rząd dusz pozostawał jednak w ręku emigracyi. Oderwanie od szukającego dla siebie dróg konkretnego życia, idealizm sobie tylko ufający były cechami charakterystycznemi, dominującemi w literaturze przed rokiem 1863. Powieści Korzeniowskiego, Kraszewskiego były czytane, ale nie one wywierały wpływ zasadniczy na formowanie się przekonań i charakterów. Sami autorzy zresztą pozostawali pod wpływem ideałów i wskazań emigracyjnych. Opinia społeczna kraju uważała samą siebie za coś tymczasowego. Prawdziwej wiary, że w rzeczywistych rozwijających się w kraju stosunkach leży podstawa jego przyszłości nie miał nikt, prócz tych chyba, którzy w stosunkach tych widzieli pole do zrobienia karyery. I na długie lata ciężyć nie przestało na myśli polskiej to przekleństwo, że realistycznemi, pozytywnemi hasłami posługiwała się przedewszystkiem zdrada. Realni politycy uważali zresztą za najbardziej pozytywny fakt naszego życia — niewolę, ilekroć zabierają głos i każą o liczeniu się z realnymi warunkami rozwoju, nie trudno spostrzedz, że glebą, o uprawie której przedewszystkiem myślą, jest posadzka petersburskich, wiedeńskich, berlińskich, ministeryalnych gabinetów i wpływowych salonów; kraj zaś wchodzi w rachubę, jako teren klasowego, indywidualnego, pod osłoną lojalności najskuteczniej dokonywać się dającego wyzysku. Nieprędko jeszcze zrozumie ogół nasz, że realistami w wielkim historycznym stylu w polityce byli nie Spasowicz, Piltz i galicyjscy stańczycy, mężowie stanu, lecz Waryński, Kunicki, redaktorowie Walki klas, wszyscy zmarli i żyjący szermierze i pracownicy sprawy robotniczej. Życie społeczeństwa naszego po roku 1863 jest rozwijaniem się i wszystkich tu wzmiankowanych antagonizmów wewnętrznych i przeciwieństw. Nic łatwiejszego jak stracić tu nić oryentacyjną, pomylić się w szacowaniu, czy więcej tchórzostwa, obłudy i zobojętnienia na sprawy społeczne ukrywa się w danym momencie poza maską szablonowego politycznego frazesu, czy też poza rzekomo trzeźwą, w gruncie rzeczy zaś egoistyczną klasowo ciasną i krótko wzroczną rachubą. Pozytywizm warszawski, walcząc przeciwko romantycznemu nałogowi lekceważenia sił żywych i przez życie wytworzonych — czynił u nas jednocześnie sprawę Spasowicza i Waryńskiego. Socyalizm i ugoda tkwiły w tem jego otrzeźwieniu. Historya rozwoju umysłowego ostatnich dziesięcioleci ukazuje jak wikłają się tu nici i kierunki. Świętochowski miał w swej działalności fazy nawet rewolucyjne, ani na chwilę nie doszedł do właściwego zrozumienia swego stanowiska, z wyjątkiem tego jednego punktu że w każdym razie ma ono być na czele. Na czele czego jednak, o tem nie wie on do dziś dnia; dziś może nawet mniej, niż kiedykolwiek. Prus miał w najwyższym stopniu pośród wszystkich naszych pisarzy poczucie nowoczesności zamiłowanie wszystkiego, co ożywiało i potęgowało tętno życia, jednocześnie zaś znajdował się nieraz niemal że na krańcu prawego skrzydła naszej politycznej myśli. Zanotujemy jednak, że socyaliści wzmiankowani w Lalce pozostawają cieplejsze i prawdopodobniejsze wrażenia, niż koszlawe karykatury Sienkiewicza, a nawet niż dobrze zaobserwowany, lecz tak całkiem bez wczucia się, pojęty student z Widm — rzec można ilustracya do znanej mowy Spasowicza w sprawie Proletaryatu. Na takie powikłanie kierunków i zatarcie granic między niemi wpłynęło i to także, że cały rozwój odbywał się w przyspieszonem tempie, a jednocześnie pod wykrzywiającą i tamującą kształtowanie się i wypowiadanie myśli presyą polityczną. Dochodziły u nas do głosu w formie urywkowej i cenzuralnie i policyjnie zdławionej, przeciwieństwa nie rozwijające się stopniowo, lecz od pierwszej chwili niemal istniejące już i gotowe, a przynajmniej, co dla świadomości jest równoznacznem, od pierwszej chwili przeczuwane. Należy także pamiętać, że pewne sfery miały interes w ignorowaniu przeobrażeń dokonywających się w łonie społeczeństwa. Szlachta i duchowieństwo nie mogły już zrozumieć psychologii osławionego pozytywisty — inżyniera i starały się dowieść, że jest to fikcya źle myślących publicystów, inżynier z biegiem czasu zajął to samo stanowisko robotnika. Do roku 1863 społeczeństwo nasze nie miało świadomości odpowiadającej jego rzeczywistemu charakterowi. Po tej dacie rzeczywistość ta dochodziła do głosu, odrazu, niemal nagle i nic dziwnego, że głosy bardzo różnych sił życia zlewały się początkowo z sobą w tem jednem przeświadczeniu, że wogóle myśl własną, świadomość własną posiadają. Po roku 1863 po raz pierwszy od roku 1831, kaleka, wynędzniona, znękana, ale jedyna, rzeczywiście istniejąca Polska — przyzwyczajać się zaczyna do samej siebie, uczy się szukać w samej sobie, we własnem sercu zbolałem, krwią broczącem ciele zawiązków przyszłości. Jest rzeczą wzruszającą — skonstatować, jak wiele wiary w siebie pozostało w tem społeczeństwie, w którem nie ostygła jeszcze tradycya Murawiewa, w społeczeństwie, z którego demokratyzacyi wróg uczynić usiłował zabójcze narzędzie. Gdy się zważy, jak wiele siły i hartu trzeba było mieć, aby w czasach Milutina i Czerkaskiego i obok nich niejako wypowiedzieć walkę tradycyj szlacheckiej, nie troszcząc się o to, że te razy krytycznej myśli utożsamione być mogą z ciosami zadanymi przez chytry i przebiegły, ale na szczęście na niezbyt daleką metę obliczony system rządowy, trudno oprzeć się uczuciu szacunku dla tych »pozytywistów« warszawskich, którzy nie zlękli się fałszywych pozorów i przez fałszywą obawę — myśli swojej i wiary swojej w żywotne siły społeczeństwa i jego z duchem czasu zgodny rozwój się nie wyrzekli. Można powiedzieć, że ogólnem hasłem stało się zepchnięcie odpowiedzialności za klęskę roku 1863 na ideały emigracyjne podkreślanie dobitne i nieustannie, że straszliwa przegrana polityki emigracyjnej nie zdołała zniszczyć »ekonomii« sił życiowych kraju. W zapędzie polemiki nie umiano i nie chciano rozróżniać. Romantyczna poezya i myśl zlewała się w jedno z apoteozą szlachetczyzny Pola. Sprawę emigracyjnej myśli traktowano ryczałtowo. Z pośpiechem i bez dokładnego badania zamykano dotychczasowy rozdział w dziejach myśli polskiej. Dla całych pokoleń wyrastających po r. 1863 myśl emigracyjna znana jest jedynie przez pryzmat tych polemicznych i nieco szablonowych sądów. Dlatego też w dziedzinie tej czeka nas jeszcze tak wiele i tak ważnych odkryć. Jesteśmy bogatsi, niż przypuszczamy, bogatszą posiadamy spuściznę, niż to się może wydawać na zasadzie uprzedzonych sądów historyków i krytyków ostatniego okresu. Ze scharakteryzowanego tutaj stanu rzeczy wynikała jeszcze jedna konsekwencya. Emigracya polska zawarła w sobie najcenniejszą treść polskiej kultury, usiłowała stopić ją z wynikami współczesnej sobie europejskiej myśli. Gdy mówię o wynikach europejskiej myśli, pojmuję te wyrazy w najpoważniejszem znaczeniu, pojmuję ten szlachetny entuzyazm, jaki ożywiał przed rokiem 1848 wszystkie podnioślejsze umysły. Dzisiaj duch ten zapomniany jest i zapomniany przez wszystkie klasy i warstwy społeczne, nie wyłączając i tej, która o urzeczywistnieniu z samej natury impulsów swych i potrzeb nieustannie walczy. To wszystko stało się teraz księgą zamkniętą i zwolna niepamięć i obojętność pokrywają pleśnią dzieła i myśli, o których całe pokolenia następujące po sobie wydają sąd na zasadzie odziedziczonych a nie sprawdzanych uprzedzeń. Literatura, która powstała i rozwijała się po roku 1863 jest do pewnego stopnia parweniuszką. Klęska zmiotła z powierzchni przeszłość, odebrała wiarę jej wyznawcom. Społeczeństwo, które nadzieję i wiarę w przyszłość zachować chciało, pragnęło dowieść, że kataklizm nie zniweczył jego sił istotnych, niechętnie myślą cofało się wstecz. Trzeba było, aby zanikł w niem i osłabł ten pierwszy rozmach, trzeba było, aby przed zdobywcą; »inżenierem« przemysłowcem ukazało się widmo nowej przyszłości, przyszłości innej niż ta, jaką sobie wyobrazić był zdolny, aby na nowo stał się powrót do tradycyi, ale nie do tradycyi romantyków, nie do tradycyi Kołłątaja, Staszica, nie do uznanej w przeszłości wartości moralnej, lecz wprost do jej siły fizycznej, do pokrzepiania się tkwiącym w niej i bijącym z niej pędem ślepego junactwa. Trylogia Sienkiewicza jest właściwie nową waryacyą na stary temat: »nie było nas, był las, nie będzie nas, będzie las«. A ty panie Połaniecki zaciskaj pasa, nie na sobie oczywiście, lecz na konsumencie twojego zboża, które ci tak pięknie pomogło odratować tradycyjny Krzemień. W Połanieckich i Trylogii zbratały się dwie »zwaśnione« na chwilę sfery: mieszczaństwo i szlachta odnalazły wspólny mianownik w swoim egoizmie społecznym. »Nie było nas, był las«.. A gdzieś tam z kącika Bukacki pomrukiwał: »Après nous de déluge« Ale nie zabiegajmy naprzód. Cały przełom, jaki odbywa się w duszy społeczeństwa znajduje swój wyraz w twórczości trzech najwybitniejszych powieściopisarzy tej dziś już ustępującej generacyi — Henryka Sienkiewicza, Bolesława Prusa i Elizy Orzeszkowej. Powieść wysuwa się na pierwszy plan w naszej literaturze. Życie samo wypracowywuje i wyrabia pomiędzy oddzielną jednostką, a rzeczywistością ten niezbędny dla powstawania powieści dystans. Dystans ten jest różnej natury. Zależy od tego, kim jest powieściopisarz i komu opowiada. Ale obok powieści mającej swoją ewolucyę, swoją fizyognomię i swój charakter własny, snuje się powieść inna, poczytna, na codzienny użytek — powieść »do wszystkiego«, powieść — flądra. I ta ma swój dystans stały i niezmienny. Ma ona ochronę przed konfliktami bezmyślność własną. »Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna«. I podczas, gdy w walce i męce spalają się pokolenia, podczas, gdy świat co roku budzi się innym, podczas, gdy niema dnia, któryby w jakiejś cząsteczce nie rewolucyonizował życia i myśli, nie potęgował ich trudności, nie zmniejszał szans ocalenia nieszczęsnego, ciemiężonego przez obcych, ogłupianego przez swoich narodu, opowiadali ku uciesze polskiej ignorancyi pp. Gawalewicze, -Choiński, Krechowiecki, Gąsiorowski etc., etc. bez liku, jak to jest dobrze, że do nas nie dostały się zatruwające prądy zgniłego zachodu, jak to jest dobrze, że zapadamy coraz głębiej w bagnisko nieuctwa, lenistwa, nędzy, jak to jest dobrze, że stajemy się narodem paryasów słusznie pogardzanych, jak to jest dobrze, że syty i głupi ogół nie wie nic o najlepszych przedstawicielach narodu, jak to jest dobrze, że z trwogą dowiaduje się o każdym objawie samoistnego życia, jak to jest dobrze, że matki polskie grożą synom swoim przekleństwem, jeżeli będą siedzieć w cytadeli, jak to jest dobrze, że polska nauka zdycha z głodu, jak to jest dobrze... Lista byłaby zbyt długa. To com powiedział, starczy, dla wyjaśnienia, dlaczego w książce mojej czytelnik nie znajdzie znacznej części nazwisk, które przywykł spotykać na okładkach powieściowych, dlaczego nie będę pisał o Tyarze i Koronie, Trubadurach i innych utworach pp. Jeske-Choińskiego, które przetłómaczone są nawet na język włoski i są czytane, jak to na własne oczy widziałem po tramwajach przez opasłych włochów o wybitnie kretynicznych twarzach. Nikt mi nie zarzuci, że jestem nieczuły na objawy naszej wziętości za granicą. Tu jeszcze dodam, że flądrowatość powieści do wszystkiego — udzieliła się samej atmosferze z którą w ten lub inny sposób liczą się inni powieściopisarze. Stąd od czasu do czasu najkulturalniejsi z pośród nich wpadają w »pipidowieckie« nastroje. Dopiero ostatnia generacya »pesymistów« zerwała dość stanowczo ze swojskim optymizmem. Dlatego też ani Żeromski, ani Berent, ani Sieroszewski, ani Irzykowski nigdy w Pipidówce popularni nie będą.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Współczesna powieść polska.
