Front matter
W OGNIU
PRZEZ
JÓZEFA WEYSSENHOFFA
całość
W OGNIU
PRZEZ
JÓZEFA WEYSSENHOFFA
WARSZAWA
NAKŁAD A
KRAKÓW — G. GEBETHNER I SPÓŁKA
1908
KRAKÓW — DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI.
DZIEŃ PIERWSZY.
Działo się dnia pierwszego po ogłoszeniu konstytucyi roku 1905. Przed rejentem N. N. pan Apolinary Budzisz zeznał, że na hypotekę wsi rodzinnej zaciągnął pożyczkę 30.000 rubli i kwitował z odbioru tej sumy w gotowiźnie, po potrąceniu procentu mniej umiarkowanego, wyliczonego za dwa lata z góry ze względu na ciężkie czasy. Znany i zasłużony już działacz uznał konieczną potrzebę uruchomienia części swego majątku z powodu wołających zewsząd potrzeb krajowych. A że bez poświęceń niema działania pro publico, pan Apolinary pragnął być w pogotowiu. Miał też i cichą myśl uboczną: na wypadek, gdyby wszystko dyabli wzięli, dobrze mieć zapas gotówki do wywiezienia choćby zagranicę. Umieściwszy pieniądze w banku, wyszedł na bruk, na którym mieszkał, rzec można, od wczoraj i upijał się, razem z tłumem, płynącą przez powietrze radością. Burza — tak, ale jaka rozkoszna! Wolność zebrań, wolność przekonań, wolność słowa! Równość, braterstwo. Przyszłość na rozcież otwarta. Teraz to życie będzie dla ludzi silnych, dla ludzi, jak ja, jak ty »obywatelu«, jak my, naród! Ciągną środkiem ulic tłumy nieprzejrzane. Zaledwie ciżba się rozrzedzi, już znowu gęstnieje. Całe chyba miasto wyległo na ulicę, gwarne, gorączkowe, śpiewające. Trochę Żydów. Co oni tam śpiewają? Pieśń ochrypła wybucha spazmatycznie, przycichnie czasem do głuchego pomruku. Walą jedne za drugimi wypłowiałe kubraki, kurty niezbyt świeże, kapoty. Dużo Żydów.
— Chyba pot, dobrodzieju mój?... Pot robotników to rzecz szanowna, ale poco zaraz krew?... Niby poezya. Wolno każdemu, a cóż dopiero dzisiaj! Dzisiaj wszystko wszystkim wolno. Święto wolności! Chociaż pan Apolinary nie lubi być potrącany, miesza się do kupki ludzi oblepiającej szczelnie dorożkę, na której stoi młodzieniec okazały, lepiej ubrany, niż słuchacze, i rozprawia. Skończył właśnie, podnosi kapelusz nad głowę: — Niech żyje rewolucya! Mniemając, że nie dosłyszał, pan Budzisz zwró- cił się grzecznie do sąsiada tak bliskiego, że czuł oddech jego nieco alkoholiczny: — Zechciejcie mnie objaśnić, obywatelu, co on mówił, bom się spóźnił. Niech żyje konstytucya? Za odpowiedź otrzymał pogardliwe parsknięcie: — Do zlewu z taką konstytucyą. Burżuj! Powtórzyło kilka bliskich głosów: — Burżuj! — Tam do licha! Pytam, co on mówił. Marsowa postać i czerwieniejąca twarz pana Apolinarego położyły kres tej polemice politycznej. Kilku wyrostków odeszło, dojrzalszy zaś jegomość zbliżył się do Budzisza i odprowadził go od tłumu, pociągnąwszy dyskretnie za rękaw. — Niech się pan nie wdaje w rozmowę; to wszystko pijane. — Cóż z tego? Grzecznie przecie pytałem. — Oni nazywają się towarzyszami, nie obywatelami. — Ach, to niby... socyaliści? — Tacy tam. Słuchają od wczoraj mów na ulicy i zdaje im się, że są socyalistami. »Towarzyszu« — precz z dumą! — niech żyje rewolucya! — tyle się nauczyli. Budzisz, uznawszy trafność wywodów nieznajomego, przedstawił mu się i w zamian poznał jego nazwisko: — Koziejewski. — Bardzo mi przyjemnie. A powołanie wasze, obywatelu? — Jestem stolarzem. Pan Apolinary poczuł bodziec szczerze demokratycznego uczucia i wyciągnął dłoń do narodowego stolarza. Poszli razem. — Bo to, proszę pana — mówił Koziejewski — trzeba żyć z nimi, żeby wiedzieć. Kto im gada o strajku i zyskach, ten brat, towarzysz; a kto o pracy — burżuj, szpicel. Naród się bałamuci — będzie z tego bieda. — Masz pan i w swoim warsztacie kłopot? Nie chcą robić? — Żeby to dzisiaj! Ale strajkują na umór od trzech tygodni. I po zapłatę przychodzą w sobotę, że to niby z rozkazu strajkują. — Któż im rozkazuje? — Są tacy. A mają posłuch u robotników, niczem księża u chłopów. Pan Budzisz zamilkł, nie wiedział bowiem, co zdrowego podać jako pokarm duchowy młodszemu bratu, za którego miał pana Koziejewskiego. — Strajk kolejowy — silny to jednak młot. Bez niego nie dożylibyśmy może dnia konstytucyi. Ale do jakich granic ma się posunąć strajk powszechny? Czy bezrobocie np. piekarzy wpływa na ustępstw a rządu? Czy spędzanie doro żek z ulicy przyczynia się do tryumfu wolności? Tych nurtujących go zagadnień nie powierzył pan Apolinary przypadkowemu przyjacielowi politycznemu. Na Marszałkowskiej tłum gęstszy, nieprzerwany, posuwał się środkiem ulicy i chodnikami. Wrzawa szła z nim, a nad głowami powiewało kilka chust czerwonych. — Czapka! — warknął groźnie przechodzący koło Budzisza oberwaniec. Pan Apolinary stwierdził, rozejrzawszy się, że wszyscy w pobliżu mieli odkryte głowy; nie sięgnął jednak do kapelusza. Wtem z tłumu odezwał się głos młody, gardlany: — Tszapka won! — A to co znowu?! Budzisz poszukał oczyma, skąd głos pochodzi i ujrzał grupę malowniczą dwóch czarnookich panien, w biretach na zwichrzonych włosach, w czerwonych krawatach. Otaczała je młodzież kędzierzawa, w chałatach. — A wolność przekonań gdzie? dobrodzie... łapserdaki jakieś! W tej chwili poczuł pan Apolinary, że go obywatel Koziejewski ciągnie mocno do bramy. — Panie! panie! lepiej nie zaczynać. I mógłby znany działacz narazić na szwank swą powagę, gdyby ulica nie zmieniła nagle pozoru, owiana wichrem katastrofy. Tłum zatrzymał się — i prysnął, jak kupa śmieci, na którąby dmuchnął miech kowalski. — Wojsko! kozaki! Kilkanaście osób, wpadając do bramy, wepchnęło do niej Budzisza. Migały przez chwilę birety, chałaty i przyzwoite nawet ubiory, poczem na ulicy zaległa pustka, jak w nocy. Zaledwie gdzie pozostał na chodniku osłupiały przechodzień. Pan Apolinary po chwili wyjrzał jednak z bramy. Nadciągał patrol konny ułanów, nie śpiesząc się. Na czele jechał oficer sztywny, jakby zmro żony w pozycyi frontowej na szłapiącym koniu. Zmęczone twarze żołnierzy patrzyły obojętnie oczyma po słowiańsku rozmarzonemi. Sami przez się nie byli ani groźni, ani wrogo usposobieni; sprawiali tylko wrażenie ciężaru posuwanego automatycznie przez jakiś potężny motor niewidzialny. Więc tłum, widząc tę ich pogodną opieszałość, zaczął wynurzać się z bram i z przecznic, zaczerniać ulicę i zbliżać się coraz bardziej do wojska. Nawet czerwone znaki, które przepadły gdzieś pod ubraniami, wzniosły się znów w powietrze, nie śmiało zrazu, potem otwarcie z kilku miejsc. A patrol szłapał dalej obojętnie. Wtedy z wielu piersi rozległy się rozszalałe okrzyki: »niech żyje wolność! niech żyje rewolucya!« — i gardlane »hurra!« Izraela. Tłum połą- czył się z oddziałem wojska, otoczył go, aklamował, prowadził niby tryumfatorów. Pan Apolinary niestanowczem spojrzeniem rzucił na obywatela Koziejewskiego, starając się przeniknąć, co też ta prosta dusza sądzi o rozwijających się przed oczyma dziwnych wypadkach. Ale dusza Koziejewskiego, która tylko co była w piętach, jeżeli już powróciła na swe przyrodzone miejsce, drżała jeszcze i nie mówiła nic. — Cóż pan na to? Nowa era — co? — Tfu! — splunął Koziejewski. — Tak jest, stanowczo zadużo Żydów — potwierdził na domysł Budzisz. Zmrok zapadał. Chociaż ulica stawała się coraz rojniejszą i obfitszą w niespodziewane, a wymowne widowiska, pan Apolinary zapragnął pokrzepić się jakimś posiłkiem, zwłaszcza że na śniadanie w hotelu Saskim dostał tylko trochę zimnego mięsa i herbatę. Strajk obejmował wszystkie rodzaje pracy, a więc, oprócz warsztatów rzemieślniczych, i kuchnie hotelowe, i restauracye, i nawet apteki. Opornym właścicielom tych zakładów wymawiano brak obywatelskich uczuć za pomocą brauningów. — Gdzieby tu co zjeść naprędce? — zwierzył się Budzisz przyjaznemu stolarzowi. — Zjeść?... tylko w domu; zresztą wszystko zamknięte. — Mieszkam w hotelu Saskim. Zanim dojdę przez ten tłum... A zresztą i tam chudo dzisiaj. — Jeżeli pan nie pogardzi, proszę do mnie. Żona czeka z wieczerzą. — A gdzie pan mieszkasz? — Na ulicy Polnej. — Serdecznie dziękuję, obywatelu. Gdyby były dorożki... Ale ja tylko gdziekolwiek coś przetrącę, a potem śpieszę na sesyę. — Jeżeli tak... Koziejewski spojrzał z niedowierzaniem na starszego brata w narodzie. Czy go posądzał o brak demokratycznego ducha? Czy powątpiewał o sesyi dzisiaj, w tym harmiderze? Ale rozstano się przyjaźnie, po dokładnem zanotowaniu adresów, z obietnicami i uczuć wylewem. Budzisz pozostał sam śród tłumu. Nie wątpił jednak, że dzięki swym rozległym stosunkom i popularności, spotka przecie znajomego, pójdzie wreszcie do kogo na odpoczynek, na gawędę — no i na posiłek, który się już dyablo należał. — Zajrzał na Świętokrzyską do pana N. — Gdzie tam! Mieszkanie szczelnie zamknięte. — Poszedł do redakcyi pokrewnego pisma. Tam go przyjęto bez zapału, gdyż krążyły wieści o jego zamiarze założenia pisma niezależnego od stronnictwa, wieści głuche jeszcze, przecież nieprawomyślne. Zresztą zastał tam trzech tylko współpracowników przy stole blado oświetlonym świecą zatkniętą w stary kałamarz, radzących o tem, czy numer dziś wyjdzie, czy nie wyjdzie, bo większa część zecerów — zastrajkowała, a gaz, niewiadomo, czy dobrowolnie, czy z rozkazu jakiego komitetu »nie chciał się palić«. Oprócz bardzo rozległych, lecz nie mniej mglistych informacyi politycznych i cienkiej herbaty nic tu nie było do zaczerpnięcia. Pan Apolinary zły, bo głodny, jak prawdziwy Polak, poszedł szukać szczęścia gdzieindziej. Ale nie odnajdywał na ulicy zwykłego zadowolenia, ani odczuwał swej narzucającej się popularności. Nie poznawał dzisiaj swojej Warszawy. Trzeba wiedzieć, że nasz bohater, czyby się ubrał u krawca amerykańskiego, czyby nawet przywdział strój azyatycki, wyglądałby zawsze nie na co innego, jak na Polaka i to narodowca. Zbyt błahe byłoby wyprowadzać ten ogólny charakter jego postaci z narodowych barw cery, przeważnie amarantowej z białą, ale zacięcie, głos i ruch składały się zgodnie na taki wynik, że mu pomniejsi demokraci (przed rewolucyą) mówili »panie dziedzicu«, a naczelni nazywali go serdecznie »panem pomijając rodowe nazwisko. — Dzisiaj jednak taki pozór nie popłacał widocznie na ulicy, bo nasz bohater usłyszał już raz przydomek »burżuj«, wcale nieprzyjemny, a raz w raz spotykał się ze spojrzeniem ukośnem, nic wspólnego z przychylnością nie mającem. Ulica, oświetlona teraz gazem, gotowała panu Apolinaremu nowe niespodzianki. Znowu szedł pochód, tym razem poważniejszy, jakby pielgrzymka. Z wielu piersi płynął hymn: »Boże coś Polskę«. — To lubię — rzekł Budzisz — i odkrywszy głowę bez przymusu, ruszył za innymi, wszystko jedno dokąd, wszystko jedno z kim. Pieśń prowadzi — naprzód! Wtem nawoływania: »Stać! stać!« zwarły szeregi, potem je osadziły na miejscu. Z pośród tłumu wyrosła drabina, a na nią wszedł młodzieniec w mundurze wyższego zakładu naukowego. Boczne światło latarni gazowej rzuciło się jaskrawo na pół postaci chudej, na wypukłe oczy i bujne kędziory mówcy. — Gaspadá... Pan Apolinary jednym zamachem wcisnął kapelusz na głowę. Słuchał jednak jeszcze, starając się zrozumieć dźwięki rosyjskie, skażone semickim akcentem. — ...Rzucono nam z łaski ochłap, jak psom. My żadnych łask nie potrzebujemy. My mamy siłę potrzebną, aby wywalczyć wszystkie prawa ludu. Walczymy nie za Dumę bogatych, ale za Dumę wszystkich: Rosyan, Polaków, Żydów, Mahometan. Walczymy za prawo głosu dla mężczyzn i dla kobiet, za tajne, powszechne, bezpośrednie głosowanie. My podyktujemy prawo, nie damy się zwieść i ugłaskać... A gościnny polski tłum słuchał, stojąc z odkrytemi głowami. Tu pan Apolinary zacisnął pięści, rozejrzał się po ulicy, upatrzył miejsce, gdzieby mógł w skoczyć na jakieś podwyższenie i pośpiesznie układał mowę odpowiednią: — Panowie!... Nie. Towarzysze i towarzyszki!... Gdzie tam! Polacy! O tak. Jesteśmy u siebie i nie potrzebujemy lekcyi, choćby najżyczliwszych. — Polacy! Bujna teorya poprzedniego mówcy, ukazując cel idealny, a daleki, wzywa tymczasem do szaleństwa. Tak, dobrodzieje moi, nie dajmy się zwodzić, ale tym, którzy międzynarodową piętą depcą tę ziemię ojców naszych... Piętą? — źle. Tymczasem pochód ruszył dalej, a Budzisz pozostał na miejscu. Poszedł wreszcie w odwrotnym kierunku, fulminując bez pomiarkowania: — A to wieża Babel! Jerozolima wyzwolona! Słaniał się od nadmiernego użycia wrażeń, a także ze złości i z głodu. Postanowił nie żartem zdobyć sobie posiłek, żeby choć jakąś najdemokratyczniejszą narodową potrawę i kufel krajowego piwa. Zabrnął w ulicę Złotą, gdy spostrzegł dwoje młodych ludzi odłączających się od tłumu i dążących ku niemu. Dobrze im było z sobą, szli elastycznym, szybkim krokiem, rozprawiając z ożywieniem. Młodzieniec, mijając pana Apolinarego, spojrzał na niego bystrym, nieco zadziwionym wzrokiem, i dotknął kapelusza. — Demel! Budzisz przypatrzył się uważnie, stwierdził w przechodniu dawnego nauczyciela syna swego, i, równie ciekawością, jak przeczuciem jakiemś powodowany, przystanął na chodniku. — Dobry wieczór panu. Para młodych odwróciła się szybko, aż furknęła w powietrzu spódnica kobiety, i czworo oczu żywych, zuchwałych zajrzało w twarz panu Apolinarego. Od swobodnego marszu przeszli odrazu do pozycyi wyczekującej, nieufnej; obrócili ku Budziszowi front bojowy. Ale pan Apolinary wyciągnął pojednawczą prawicę do wichrzyciela, którego niedawno usunął od siebie ze wsi za buntowanie parobków. — Spotykamy się w doniosłych czasach; puśćmy w niepamięć wzajemne urazy. Demel chmurnie podał dłoń swemu chwilowemu chlebodawcy z ubiegłego lata: — Urazy nasze nie są osobiste. — Racya. Cóż pan porabiasz? A właściwie — co państwo porabiacie, bo widzę, że w towarzystwie?... — My tu mamy robotę. Towarzyszko! — pan Budzisz, właściciel ziemski. — Pana prędzej wypada mi zapytać, co ma dzisiaj do czynienia tutaj w dzielnicach ludowych? — A cóż? Żyję, dobrodzieju mój, oddycham wolnem powietrzem. Powiedział to tak serdecznie, że rozwiał nieufność spotkanej pary. — Porzućmy spory o przeszłość — ciągnął dalej. — Jesteśmy dziećmi jednej ziemi — wszak prawda? Bo i pani zapewne? — Jestem Warszawianką i urzędnikiem na kolei. Pan Apolinary odkrył powtórnie głowę na znak uszanowania, czem dobrze usposobił »towarzyszkę«. Odjęła ręce od bioder i zastrzygła rzęsami. Była niebrzydka, rosła i giętka, trochę tylko zaniedbana w ubraniu i kanciasta w ruchach. Ciemny biret z czerwoną kokardą, męzki kołnierzyk i krawat nie przyczyniały jej też niewieściego wdzięku. Ale oczy patrzyły prosto, z młodym zapałem. — Co tu gadać, moi państwo. Odradzamy się wszyscy razem, — wspierajmy się nawzajem. Ot i teraz powiedzcie mi, jeżeli wiecie, gdzie zjeść można, bom dyablo głodny. Młodzi spojrzeli po sobie. — Znalazłaby się restauracya — odpowiedziała kobieta — ale nie dla bogatych. — Dla głodnych, dobrodzieje moi. Może i państwo śpieszycie na posiłek? — A tak — rzekła towarzyszka, widocznie połykając ślinę. — Jam nie głodny — wtrącił Demel z pogardliwem skrzywieniem. — Pozwólcie, że was zaproszę dzisiaj, moi państwo. Znowu młodzi porozumieli się wzrokiem. — Ano, to chodźmy. Zapuścili się w słabo oświetloną, brudną i groźnie gwarną dzielnicę. Po śliskich od błota chodnikach trudno było postępować, gdyż zajmował je tłum nieruchomy, niby zgromadzony na widowisko. Środkiem ulicy biegli niektórzy, inni formowali się do szeregu i nieśli czerwone latarki, widniejące zdala, jak sygnały alarmowe. Nigdzie wojska, ani policyi. Żadnych też wozów nie było widać, ani koni. Ujrzał tylko Budzisz jednego jeźdźca. Na ogromnym koniu, wyprzężonym zapewne z tramwaju, jechał wyrostek z odkrytą głową, rozczochrany, i rzucał hasło, na które tłum odpowiadał hucznie. Siedział oklep na swym wierzchowcu, twarz ściągała się energicznym marsem, a bezwłose usta miał otwarte, ziejące prostą i straszną wymową: — Na ratusz! uwolnić więźniów! uwolnić braci naszych! Na ratusz! Budzisz zatrzymał się. Mignęły mu w pamięci jakieś postacie heroldów, jakieś obrazki z rewolucyi francuskiej — i krew mu uderzyła do głowy. Wpił się oczyma w śmiałą postać chłopaka, gonił za ciężkim dzwonem podków, który po kamien- nym bruku rozlegał się jedynym metalicznym dźwiękiem wśród fałszywego brzęczenia ula ludzkiego. Gdzie przeleciał, głos tłumu wzmagał się, jak chrapliwy oddech gorączkowy, lub wybuchał spazmem, westchnieniem potęźnem. Goniec porywał za sobą szmaty tłumów z chodników na środek ulicy. — A my co? stoimy?! — zwrócił się pan Apolinary pałającemi oczyma do Demla i towarzyszki jego. Oboje patrzyli na niego uważnie; kobieta spoglądała nawet z sympatyą. Po chwili rzekł Demel, wskazując na oddalonego już jeźdźca: — Z naszej organizacyi. My tu inną mamy dzisiaj robotę. Pracujemy od rana. Po kolacyi zaczniemy znowu. Zbliżyli się do zbitej masy robotników, zagradzającej zupełnie ulicę. Zaczęto przyglądać się podejrzliwie ubiorowi i twarzy Budzisza. — Hasło — mruknął ponuro jakiś barczysty człowiek, przysuwając się blisko do przechodniów. — Brama i krata! — rzucił Demel w twarz pytającemu, biorąc pod rękę pana Apolinarego. Stróż tajnej organizacyi ustąpił. O kilka domów Demel zatrzymał się i wprowadził towarzyszów w bramę. Weszli następnie na piętro po drewnianych brudnych schodach, za dzwonili do drzwi, i znaleźli się w dość obszer- nem mieszkaniu, tymczasowo urządzonem na restauracyę, pełnem dymu i wyziewów taniej kuchni z przeważającą wonią cebuli. — Paradnie tu nie jest, ale posilić się można — rzekł Demel i zwrócił się do służącej, młodej Żydówki: — Jest co świeżego do jedzenia, towarzyszko? — Wsistkie szwieże — ryba, pieczeń huzarske, majoneza... Demel spojrzał pytająco na Budzisza. — A dawajcie choćby wszystko po kolei. Będziemy próbowali — prawda? — A piwo jest? — I piwo jest i wódka jest i chleb dżyszejszy jest. — Ależ to ziemia obiecana! Wyszukali sobie miejsce w mniejszym pokoiku, w którym nikt nie siedział. W paru innych kilkanaście osób jadło z szarego fajansu w kwiaty, na stołach nie pokrytych obrusami. Dla nowoprzybyłych, zapewne z powodu obiecującej powierzchowności pana Apolinarego, służąca przyniosła obrus, serwety i platerowany serwis do octu i Widocznie nawet w tem gnieździe socyalizmu równość i braterstwo podlegały wpływom cenzusu majątkowego. Gdy podano do przekąski pulchny biały chleb, pan Apolinary zauważył z zadowoleniem, że oddawna nie kosztował świeżego pieczywa i szukał objaśnienia, dlaczego restauracya i piekarnia tutaj otwarta, podczas gdy innym narzucano gwałtem bezrobocie. — Gdzieś przecie trzeba jeść — odpowiedział Demel, zajadając smacznie, pomimo że przed chwilą nie czuł się głodnym. — Biedni gotują dla biednych — dodała młoda kobieta. — Zdaje się, Żydzi trzymają tę restauracyę? — Towarzysze. Gotują i sprzedają według taksy. — Ale zawsze Żydzi? — nalegał Budzisz. — Czy ja tam wiem? różnice plemienne nie są na czasie — odparł Demel. — Sam pan mć wiłeś, że jesteśmy dziećmi jednej ziemi. — Zapewne, zapewne... Mamy też równe obowiązki. Ogólnik ten utonął w szczupaku po żydowsku, którego wszyscy błogosławili, że istnieje i nasyca różnoplemienne apetyty. Towarzyszka nazywała się Ola. Jadła śpiesznie i chciwie, nie sznurując ust. Chuda jej twarz ożywiła się rumieńcem, a piwne oczy nabierały wesołości. Demel także, jeżeli nie był głodny, jadł widocznie na zapas. Ruda, szorstka czupryna poruszała mu się razem ze skórą niskiego czoła. — Widocznie głodne biedaki — myślał pan Apolinary, podsuwając towarzyszom półmisek i sam dając z siebie zachęcający przykład. Skończyli kolacyę, przeważnie milcząc. Ola, jak i inni, zapaliła papierosa i podparła się obu łokciami o stół. Oczy jej biegły za obłoczkami dymu w jakieś marzenia pogodniejsze, zapewne osobiste; zwracały się do obecnych, zwłaszcza do Demla, bardziej po kobiecemu. Demel zaś marszczył czoło i oczy mrużył, jak człowiek, który wmawia w siebie, że mu spocząć nie wolno. Pan Apolinary sapał i dopijał piwo. Wtem Demel drgnął, spojrzawszy na zegar, który wskazywał pół do dziesiątej. — Trzeba już na ulicę. Ola wyprostowała się zaraz sprężyście i obciągnęła na sobie bluzkę. — Poczekajcież, ludzie niezmordowani! Dajcie sobie chwilę odpoczynku po obiedzie. To zdrowo. Widząc jednak, że młodzi są już stanowczo na wylocie i przybrali postawy pochodowe, pan Apolinary zażądał rachunku. — Pięć rubli, dziewięćdziesiąt — wyrzekła słodko usługująca Żydówka. — Ile?! — wtrącił się Demel, groźnie spoglądając na służącą. — Porcye byli na sześć osób, — wódka, piwo, śledź... — Gdzież taksa? — Dajcie im pokój, niech sobie zarobią; dali nam jeść kapitalnie — rozstrzygnął sprzeczkę pan Apolinary, płacąc. Demel chciał protestować, iść do gospodarza, gdy wtem zamilkł, wyciągnął szyję, przysłuchując się wzmożonemu hałasowi ulicy. Wszyscy obecni w restauracyi powstali i podążyli ku wyjściu. W bramie kilkunastu młodych Żydów szwargotało jak stado spłoszonych gęsi. Przez ulicę biegło kilku innych, z szeroko rozwianemi połami chałatów. Nie można było jeszcze zrozumieć powodu popłochu, gdyż na ulicy ruszał się tylko strwożony tłum, a pomimo krzyku: »kozaki! armaty!« — nie widać było ani wojska, ani słychać wystrzałów. Demel ujął mocno rękę Oli i oboje pochyleni naprzód, stali przez chwilę lgnąc do muru, badając ulicę w kierunku, skąd zgiełk pochodził. Wyglądali jak klasyczne charty przed skokiem, »jak dwie strzały złożone na jednej cięciwie«. I rzucili się niebawem, biegnąc, w domniemane niebezpieczeństwo. Budzisz ociągał się trochę; zmiarkował, że po płoch szedł od śródmieścia, że mu droga wypada w każdym razie w tym kierunku, że wstyd szlachcicowi tchórzyć, że wreszcie nic tymczasem nie widać groźnego na ulicy. Przeżegnał się i ruszył śpiesznie za parą młodych zapaleńców. Napotykał teraz grupy mniej krzykliwe, jednak ponuro zgorączkowane: robotników zapewne, uliczników i rozmaitych ludzi nawet dobrze ubranych. Nie uciekali, lecz radzili po rogach ulic, słuchali ułamkowych i sprzecznych napływających wieści. Jakiś krępy, ospowaty młodzik z miną mniej wiarogodną opowiadał głośno w kole kilkudziesięciu osób: — Rznęli, strzelali, aż krew waliła rynsztokami! Kobiety szpikowali na bagnety! Armaty wytoczyli na plac Saski... Macie, brachy, konstytucyę! Pan Apolinary widział jeszcze przed sobą Demla i Olę, coraz dalej, aż przepadli w ciżbie. Dotarł wreszcie do Marszałkowskiej i tam dopiero zrozumiał, że na tłum, domagający się wypuszczenia więźniów pod ratuszem, puszczono konnicę na placu Teatralnym. Rozmiary klęski rosły lub zmniejszały się stosownie do temperamentu opowiadających, ale fakt pozostawał niezbitym. Z daleka, pod bladem światłem latarni, przemawiał do ludu energiczny młodzieniec. Zdaje się, że Demel? — Towarzysze i towarzyszki... niech mówi za mnie krew... Morze głów huczało rosnącem oburzeniem — i Budzisz był w tem morzu, zgodną, oddźwięczną falą.
DZIEŃ DRUGI.
Najdroższa moja Teklo! Dziękuję Ci najprzód serdecznie za furę prowiantów, z których pożywiłem się kapitalnie pospołu z przyjaciółmi politycznymi, a część oddałem biedakom rozmaitych przekonań, bo z powodu strajków prawie wszyscy cierpią niedostatek. Suchą kiełbasę i półgęski zachowałem u siebie i codzień rano przegryzam, chwaląc twoje złote serce i talent Justynowej. Dzięki Bogu, że u was spokojnie, ale czy wy tam otrzymujecie gazety? Widzę przecie z listu twego, że wiesz już o ogłoszeniu konstytucyi, tylko nie masz z pewnością pojęcia, jak taka konstytucya wygląda. Tu wolność prasy, wiece, pełnia życia publicznego, tam znowu pogrom tłumu na placu Teatralnym! — Biurokracyę obalamy w dalszym ciągu, ale się jeszcze trzyma; przywarowała tylko trochę. Przyjdzie rychło na nią cios ostateczny. Są wszelkie nadzieje, że przed końcem roku będziemy mieli sejm i konstytuantę w Warszawie. Wszyscy są tego zdania. Nie mogę Ci dać całkowitego obrazu ogromnych wypadków, które tu przeżywamy. Przedwcześnie też byłoby Ci donosić o wmieszaniu się Anglii do spraw naszych, to jedno tylko, że interwencya wypadnie na naszą korzyść. O tem potem, tym czasem opisuję, com sam dnia wczorajszego widział i słyszał. Wyobraź sobie cztery tysiące ludzi zebranych w sali Filharmonii, którą poznałaś w przeszłym roku przy popisach tanecznych Izadory Duncan. Wczoraj — istny parlament. Na estradzie mównica, i każdy, kto w Boga wierzy (a niestety i taki, co nie wierzy) zapisuje się do głosu dla wypowiedzenia, co ma na sercu czy na wątróbce, bez najmniejszych ograniczeń, — tyle tylko, że postanowiono w końcu, aby jeden mówca nie przemawiał dłużej, niż dziesięć minut. Czego tam nie mówiono! Chciałem i ja odezwać się pierwotnie, ale winszuję sobie, żem nie zaryzykował. Dla mnie odpowiedniejsza jest akcya w komitetach. Przemawiali głównie socjaliści i nie spodziewasz się nawet, kto między nimi? Nasz Demel. I wcale dobrze gadał, a skończył, jak wszyscy zresztą, żądaniem konstytuanty w Warszawie, opartej na powszechnem, równem, tajnem i bezpośredniem głosowaniu. Cóż tu jest do zarzucenia? — Spotkałem go już parę dni temu w dziwnych okolicznościach; jadłem nawet kolacyę z nim i jego towarzyszką, osobą przyzwoitą. O tem kiedyindziej opowiem. Inny mówca miał kurteczkę tak wyszarzaną, że u nas w stajni gorszej nie zobaczysz. Nic też dziwnego, bo przemawiał od proletaryatu. — Gadali różni, dochodząc mniej więcej do tych samych wniosków. I już myślałem przez godzinę, że doszliśmy do tego skojarzenia stronnictw, o którem w lecie dużo się mówiło, nad czem i ja, jak wiesz, pracowałem i nie przestaję pracować. Ale gdzie tam! Najprzód na piętnastu oratorów przynajmniej dziesięciu czyniło ostre przytyki naszym ludziom, jakby to należało do wszystkich socyalistycznych programów. Co u licha? — myślę sobie — gadajmy o przyszłości, a nie kłóćmy się. Co innego reforma Stowarzyszenia, o której myślałem; co innego, żeśmy chybili tu i ówdzie. Ale nie jesteśmy przecie obcy, ani w porozumieniu z biurokracyą! Wolno nam mieć swoją barwę, swoją taktykę, nawet swoje błędy. Tak jest — swoje błędy. Tembardziej, że jest nas więcej, niż kogokolwiek, nawet więcej niż Żydów. Mieszkamy na tej ziemi od wieków i jeżeli kto, to my tu jesteśmy gospodarzami. Złość mnie ogarnia nawet, gdy wspominam to co tu wyczytasz. Wszedł jakiś mówca na katedrę, dobry mówca, trochę tylko zachrypły, bo jak sam wyznał, od rana do nocy przemawia na ulicy, a to jesień późna, zimno i wilgoć. Prawi tedy niby spokojnie, żartobliwie, jakby się chciał pokumać z całą salą. Dobrze — myślę sobie. Potem, niby z wielkiej komitywy, wjechał nam także na karki. Draźnił mnie już niepomału, alem się trzymał. A ten dalej: »Zasłaniają ludowi oczy jakimiś sztandarami, bawią go śpiewką narodową«... Pasya mnie ogarnęła. Jak nie huknę: Milczeć! Zachłysnął się. A kilku naszych wrzaśnie z pobliża: »Precz z nim! nie tykać naszych świętości!« I po szedł huk po sali, aż ów, jak Filip z Konopi, musiał dać nurka w konopie i przerwać mowę. — Biedy by nie było w tem, ale znalazła się gdzieindziej. Kiedy my tu chórem ujęli się za naszym sztandarem, patrzę, aż z galeryi miga czerwona płachta i poszło gwizdanie przez salę, wycie i deszcz drukowanych kartek. Żydowstwo to tak przeciwko nam ujadało. Co krzyczeli? co precz chcieli wymieść? — może nie dobrze dosłyszałem. I nie powiem Ci nawet, jak mi się zdawało. Gdy to usłyszymy wyraźnie, biada synom Izraela na ziemi naszej! Korciło mnie także, że nikt należycie nie od powiedział z naszej strony. Bąknął tam jeden z drugim, z sensem, ale słabo. Dlaczegóż nie wystąpił Gwiazdowski, którego każdyby uszanował? Albo i Hyc? Głos ma przynajmniej jak tubę. Ale nie sądź, droga Teklo, z tego jednego wypadku, o usposobieniu ogólnem miasta. Napchało się wyjątkowo do sali dużo tałałajstwa. Inaczej my się tu porozumiemy między starszyzną, nawet z przeciwnych obozów. Bo i w obozach innych, jak Ci to już mówiłem, jest dużo ludzi znacznych, a nawet coraz to nowi powstają, a dawni rosną. Że znam miłą ojczyznę nie od wczoraj, myślałem, że potrafię wyliczyć wszystkich naszych matadorów. Gdzie tam! Ten, którego miałem wczoraj za hetkę pętelkę, stoi dzisiaj na mównicy, porywa tłumy, ujarzmia istniejące władze, pisze już prawa. Do ministrów przemawia kto tylko żyw, nietylko w zbiorowych memoryałach i protestach, ale tak, w pojedynkę. Jednak ani mnie, ani chyba nikomu nie chodzi o władzę i odznaczenie osobiste. Czasy są demokratyczne, czasy działają same. Tylko że w nich ludzie ogromnieją, a nawet lichota się uszlachetnia. Imaginuj sobie naprzykład, Tekluniu, że redaktor Kuryera Policyjnego stara się, aby mu władze zawiesiły jego pismo, choćby na parę dni. I on także chce być patryotą! Jednem słowem, dzieją się tu rzeczy dlatego tylko zrozumiałe, że żyjemy jak we śnie. Zdaje ci się naprzykład przez sen, że to pies szczeka, aż patrzysz — nie pies, ale szlachetna jakaś osoba. To znowu jesteś w opresyi i w ciężkiej zmorze, aż nagle — niebo pogodne, ptaszki śpiewają, oddychasz pełną piersią i lecisz jakby na skrzydłach. Tak my tu żyjemy. Co się tyczy ostatecznego pognębienia wrogich żywiołów, biurokracyi i anarchii, rzecz jest prawie na ukończeniu. Jednej pozbędziemy się niebawem przez wprowadzenie ogłoszonych reform, druga zaniknie, gdy przyciągniemy do siebie partye skrajne. Jesteśmy dziećmi jednej ziemi, ufam więc, że łatwo się pogodzimy. Ja już naprzykład zbliżyłem się do Demla, może się z nim i ostatecznie porozumiem. Poznałem też wielu innych ludzi. Jest tu np. jeden mecenas Sartor. Pełno go wszędzie, gada aż miło, to raz godzi się z nami, to znów z socyalistami. Oczywiście demokrata — inni ludzie teraz nie istnieją — ale odmienny. Nie zrozumiej, że ani pies, ni wydra, bo to jednak siła. Los nas połączył, mnie i jego, w jednym doniosłym pomyśle. Pan Sartor zakłada wielki dziennik pod nazwą »Platforma«, który będzie godził interesy partyi skrajnych z naszymi. Ja ciągle myślałem o takiej gazecie, no — i uprzedza mnie kto inny! Tak to bywa w czasach wielkiej pracy umysłowej całego pokolenia. W »Platformie« chodzi przedewszystkiem o stworzenie Naucz się, Tekluniu, tego wyrazu, bo to jest jeden z głównych wynalazków ostatnich czasów. Platforma jest to niby grunt, na którym zbiegają się interesy pozornie rozbieżne. O dziennikarstwie piszę trochę nowym stylem, ale Ty mnie zrozumiesz, bo masz głowę nie od parady. Więc skojarzenie stronnictw, nasycenie interesów narodowych może się odbyć tylko na platformie. Jedyną słabą stroną pana Sartora jest opłakany stan jego interesów finansowych. Podobno jego kłopoty przeszkadzają mu rozwinąć owocną działalność dla kraju i kraj czeka niecierpliwie na moment, kiedy się te kłopoty ułożą. Otóż w powstającym dzienniku znaleźć ma pan Sartor ten sposób pogodzenia swoich interesów osobistych z krajowymi. To jest także platforma. Ponieważ projekt wielkiego dziennika z platformą jest i moim projektem — tyle tylko, żem wyrazu »platforma« nie wymyślił — musiał się ten mój zamiar rozgłosić, bo zaproszony jestem na rozmowę najpoufniejszą w przedmiocie »Platformy« jutro do pana Sartora. O tem nic nikomu nie wspominaj, bo to jest sprawa polityczna tajna. Gdyby się rozgłosiła, mogliby ją zazdrośni popsuć. Tak mnie o tem powiadomił pan Kolejko, ekonomista, także człowiek nowy i obiecujący. Co krok na takich natrafiam! Nie skończyłbym, gdybym chciał Ci zdać całkowitą sprawę z czasów i ludzi. Rozpisałem się i tak za cały tydzień, bo przecie codzień listów takim kosztem i przebojem wysyłać niepodobna. Mam w Bogu nadzieję, że was tam ustrzeże od złych wypadków. Zawsze jednak pilnuj, aby podwojono straż nocną, jak już wydałem rozporządzenie, a w dzień do dworu nie puszczaj nieznajomych, choćby mieli dokumenta na składki od najsławniejszych komitetów. Rozgłoś, co zresztą prawda, że wywiozłem z domu wszystkie pieniądze dla operacyi centralnych. O mnie się też nie frasuj, Tekluniu, gdyż o ile ducha mam niepohamowanego, o tyle też pragnę się zachować dla pożytku ojczyzny, a i dla twojej i Janka potrzeby. Skoro tylko ruszą koleje, pośpieszę uścisnąć was, dla których miejsce rezerwuję zawsze osobliwe nawet w przepełnionem sprawą publiczną sercu.
DZIEŃ TRZECI.
Była niezwykła pogoda jesienna. Ciepło szło nie od słońca, świecącego blado przez alabastrowe chmury, ale biło od ziemi, od ulic pełnych ludu, od serc wiosennie rozgrzanych. Pan Apolinary, zaproszony na śniadanie przez pana Sartora, kończył właśnie tę ucztę w towarzystwie gospodarza, w mieszkaniu jego przy Nowym Świecie niedaleko placu Św. Aleksandra. Trzecią osobą przy stole był pan Kolejko, znany ekonomista i człowiek ogromnego polotu. Śniadanie było tylko dodatkiem, bardzo pożądanym w głodnych czasach strajkowych, do narady trzech mężów nad założeniem pisma »Platforma« i związaną z tym dziennikiem szeroką akcyą dziennikarsko-ekonomiczno-polityczną. »Platforma« bowiem miała wychodzić dwa razy na dzień, posiadać jako filie: tygodnik ilustrowany dla robotników miejskich dla ludu wiejskiego. Komitet redakcyjny chciał nadto urządzać co tydzień zebrania swobo- dne, z udziałem pań, literatów, artystów, przemysłowców, nawet wybitnych członków stanu robotniczego i włościańskiego. Na zebraniach takich poruszanoby lekko najcięższe kwestye, różne sfery poznawałyby się wzajemnie, tryskałyby pomysły, rodziłoby się światło. Mogłyby się odbywać w mieszkaniu pana Sartora. »Platforma«, dorastając tym sposobem do znaczenia ogniska pracy społecznej, potrzebowała też nowej instytucyi finansowej, służącej głównie jej celom. Stąd projekt domu komisowo-wkładowo okolicznościowego, utworzony przez pana Kolejkę, który oprócz kierownictwa banku brał na swe barki dział ekonomiczny w redakcyi »Platformy« i oświadczał się z gotowością urozmaicania zebrań redakcyjnych odczytami na byle jaki zadany temat, począwszy od podwójnej buchalteryi aż do naszych aspiracyi politycznych. Był bowiem, przy swem uzdolnieniu ekonomicznem, zarazem człowiekiem ogromnego polotu. Oczywiście te wszystkie połączone plany wymagały milionów. Właśnie biesiadnicy dogadali się do takiego wniosku. Pan Apolinary zpochmurniał i uczuł się m ałym wobec obu swych towarzyszów. Jakiż on mógł dać ekwiwalent w tej spółce równy udziałom tamtych? W dzienniku — taki pan Sartor! W banku — taki pan Kolejko! On, działacz jeszcze nie skrystalizowany, choć już zasłużony, mógł najwyżej dać od czasu do czasu dobrą radę, — no i pieniądze. Ale ile? Skromne 30.000 rubli, cały jego kapitał ruchomy, byłyby zaledwie kroplą w morzu tych potrzeb krajowych. A przecie całości dać nie może, bo gdyby wszystko dyabli wzięli... — Przejdziemy do salonu na kawę — rzekł pan Sartor, prostując swą postać ruchem atlety o stalowych mięśniach, chociaż był niewielkiego wzrostu i chuderlawy. Duch taki mieszkał w tym mężu, że przerastał granice wątłego ciała. Pan Kolejko rozwiązał płynnie serwetę z pod brody, jak bylejaką kwestyę, i okrągłym ruchem podał dziękczynną dłoń gospodarzowi. — Mecenasie, za nasycenie potrzeb krajowych. Oczy miał nader miłe, a głos pieszczotliwy, miodem i dowcipem płynący. Pan Sartor chował swój dowcip na okazye donioślejsze. Uśmiechnął się z energią, która go nigdy nie opuszczała, nic nie odrzekł, tylko stalowym uściskiem zdruzgotał miękką rękę ekonomisty. Najmniej okazale powstał pan Budzisz; krzesło bowiem z poręczami, w stylu nowożytnym, objęło go tak szczelnie, że nie chciało go opuścić. Chociaż nasz bohater wyzwolił się dość szybko z tego objęcia, baczny gospodarz zauważył wy- padek, i rzekł niedbale, wskazując na meble jadalni: — To ten styl. Ale ja z zasady popieram nowe modele. W salonie powrócono niezwłocznie do rozmowy o »Platformie« i jej rozgałęzieniach. Ludzie czynu używać zwykli, w dzisiejszych gorączkowych czasach, tyle tylko czasu na jedzenie, ile matematycznie potrzeba na przełknięcie. Pan Sartor zauważył cień zniechęcenia na twarzy pana Budzisza i odgadł, że kosztowność przedsięwzięcia go zaniepokoiła. Ale nie był to jedyny powód niepokoju w duszy naszego bohatera, który był dzisiaj mniej pogodny i nie swój. Sartor, wychyliwszy nerwowo kieliszek koniaku, mlasnął stanowczo językiem i rzekł: — Mamy liczne oferty ludzi pragnących przyłączyć się do naszego działania. Cisną się różni, ofiarując swój udział w pracy i pieniądzach. Ale my chcemy stworzyć blok jednomyślny i sprężysty, możemy więc przyjmować tylko ludzi należycie przygotowanych do akcyi. — Pożądane byłoby dla nas przedewszystkiem moralne poparcie pana radcy — dodał Kolejko. — Udział jego pieniężny mógłby się ograniczyć do niewielkiej sumy, np. dwudziestu pięciu tysięcy... Pan Apolinary przyzwyczaił się już do tego, że go uprzejmy ekonomista uporczywie nazywał »radcą« bez wszelakiej zasady. Ale suma wyma- gana przekraczała znacznie rozmiar jego ofiarności i zapału. — Takim udziałem trudnoby mi służyć obecnie — bąknął nieśmiało. — Podpis nam wystarczy, panie radco. — Za podpis płaci się w terminie. — Albo należność prolonguje się. Przedsiębiorstwo zresztą jest tak solidne, że ryzyka niema. A pomimo niezachwianej podstawy finansowej, cały plan mecenasa — z moim skromnym udziałem — zakreślony jest nie w celach spekulacyjnych, lecz przeważnie ideowych. W tym zakresie pan radca mógłby nam ogrom nie pomódz. Znana jest szeroko owocna działalność pańska, stawiająca zawsze ponad interesy osobiste i stronnicze wyrozumowane dobro ogółu. Biegłość zaś i takt, z których pomocą potrafił pan radca uratować swą indywidualność polityczną od tyranii swego stronnictwa — są doprawdy podziwu godne. Pan Budzisz blado się uśmiechnął. — Dzisiaj pańscy przyjaciele zajęci są urządzeniem wielkiej zabawy ludowej — wtrącił sarkastycznie pan Sartor. — A prawda — zadziwił się Kolejko — nie bierze pan udziału w pochodzie? — Co tam pochody, dobrodzieje moi! Praca — to grunt. Mecenas i ekonomista spojrzeli z uznaniem na Budzisza, ale nie natrafili na oblicze jaśniejące niezłomnem przekonaniem. Przeciwnie, pan Apolinary wypowiedział się kwaśno, z odcieniem nawet bolesnej rezygnacyi. Od dwóch dni wiedział o gotującym się olbrzymim pochodzie i uznawał nawet jego potrzebę dla przeciwdziałania agitacyi stronnictw skrajnych. Ale nie został powołany do grona organizatorów. On, delegat powiatowy Stowarzyszenia, wskazany niegdyś przez opinię i wybory, który dla tegoż Stowarzyszenia trudu i zdrowia nie żałował, wybitny działacz ze sfer ziemiańskich, został raz jeszcze pominięty. Sam napraszać się nie chciał — czekał. Przekonał się jednak, że nikomu nie przyszła na myśl pomoc jego ramienia, silnego jeszcze, i głowy, chociażby tylko użytecznej. Obeszli się bez niego koledzy, nie chcąc się dzielić żniwem laurów. Takie ich postępowanie pobudziło pana Apolinarego do filozoficznej abstynencyi. — Byłem przy zbieraniu się pochodu na Starem Mieście — opowiadał Kolejko — porządek wzorowy. — Czy tylko w tym porządku skończą? — powątpiewał Sartor. — Zobaczymy. Tędy przecie iść będą. Pan ma, zdaje się, balkon na ulicę, mecenasie? — Mam. Budzisz powstał żwawo i spojrzał przez zamknięte okno. Na ulicy było uroczyście: z balkonów i z wielu okien, otwartych na ulicę zwieszały się dywany, chorągwie narodowe... Ścisnęło pana Apolinarego za serce. Zapytał: — A pan mecenas nie przystroił swego balkonu? — Ja nie manifestuję nigdy. Ja robię politykę, a nie bawię się polityką. — Pan mecenas jest zimny — zauważył Kolejko. — Tak, ja jestem zimny. I obciągnąwszy na sobie ubranie ruchem nieubłaganym, pan Sartor nawiązał przerwaną rozmowę o doniosłości »Platformy« politycznej, społecznej i ekonomicznej, o nasyceniu potrzeb krajowych. Ale pan Apolinary dusił się już widocznie w tej atmosferze interesów realnych i błędnym wzrokiem wodził po ścianach, szukając może ukojenia w sztuce, gdyż pokój, w przeciwieństwie do rozmowy, był fantastyczny, pełen obrazów, rzeźb i akwafort zawiłych, kontorsyjnych, krzyczących o wyzwolenie Ducha. Mecenas cały był nowy, popierał też nową sztukę. Pan Apolinary zaś, roztargniony ostatecznie, widział tylko przed sobą pstrokatą zmorę, nie dającą bynajmniej ukojenia: Po chwili odezwał się: — Otwórzmy okno. Powietrze jest łagodne. — Jeżeli pan chce koniecznie — Uprzejmy gospodarz przystąpił do drzwi osz- klonych, prowadzących na balkon i otworzył je ruchem szturmowym, aż szyby zadzwoniły. Poczem, ukazując drogę gościom ruchem ręki oratorskim, rzekł: — Proszę. Środek ulicy był pusty, odcięty od tłumnie zajętych chodników przez sznury młodzieży ruchome, ciągnące się elastycznym łańcuchem rąk sfornie, bez przeszkód, ani zgiełku, jakby z mocy solennej, zawartej na ten dzień, umowy. Kordony uporządkowały już ulicę aż do placu św. Aleksandra, a pochód był jeszcze daleko, może przy rogu Chmielnej, podobny czarnej fali przychodzącej z barwnymi nad nią żagielkami. Fala była snać gorąca, bo bił od niej daleko naprzód powiew ciepły; i huczna, bo rozsypywała przed sobą echo napełniające powietrze; i zaczarowana harmonijną zgodą, bo wszystkie piersi porywała do jednego hymnu. Pan Apolinary poczuł wzruszenie prawie bolesne. Dusza rwała mu się na ulicę, a konsekwencya zatrzymywała go w mieszkaniu pana Sartora. Poszukał oczyma towarzyszów. Na balkonie obok niego stał tylko Kolejko, niemy i poważny. Sartor zatrzymał się na progu pokoju, trochę w cieniu, z założonemi rękoma, i spoglądał zimno, z ukosa, na zbliżający się pochód. A hymn już brzmiał jak organy kościelne. Powitalne okrzyki z okien zbliżały się szumem try- umfalnym, męzkim, ale bez wrzawy niesfornej, bez klaskania w ręce. — I w szerokim pasie światła alei Jerozolimskiej zaświeciły naczelne orły sztandarowe. — Niech żyje Polska! — zagrzmiał pełną piersią Budzisz, trzęsąc wzniesioną prawicą. Tysiąc głosów z pobliża, z okien, z ulicy, powtórzyło okrzyk, jakby zebrany tu wierny pułk łączył się w tej chwili z nadciągającą główną siłą narodową. Odtąd Budzisz zapomniał zupełnie o swem stanowisku osobistem; zapomniał nawet, gdzie się znajduje. Wisiał nad pochodem, przechylony do niego, to znów prostował postać, rzucał dumne hasła, jakby od ziemi ku niebu, witał rodaków, żył ich zapałem, kierował ich zapałem, liczył to morze nieprzejrzane głów odkrytych, upojonych, bratnich. — Patrzcie, patrzcie, ilu nas jest! — wołał niewiadomo do kogo, przed siebie, w rozdzwonione tryumfem powietrze. Szli dostojnicy i gmin, mężczyźni i kobiety starzy i młodzi. Szli ławą, a jednak hufcami, z krucyatowym zachwytem, a jednak w szyku najporządniejszym. Sunęli szybko, ale jedno wzniesienie ręki przełożonego nad hufcem obywatela miarkowało tempo marszu i odstępy między oddziałami. Na piersiach stróżów porządku jaśniały małe znaczki narodowe, a były tych dwubarw- nych gwiazdek takie miryady, że nikt się nie odznaczał w masie wyjątkowem dostojeństwem. Je dna zgodna wola prowadziła zastępy. — Cuda! cuda! Nie było czasu na wypatrywanie znajomych. Chorągwiane herby i napisy ciągnęły oczy i mgłą je zasłaniały. Trzeba było odrzucać podawane hasła, śpiewać, radować się. Jednak coraz to jakaś twarz przypominała Budziszowi nazwisko. Tu, obok księży w komżach, stąpał poważny Gwiazdowski, jak lew znużony, siwy. Przy nim — co za niespodziewane towarzystwo! otyły hrabia Szafraniec! A niedaleko znów Demel, ten sam, rewolucyjny mówca uliczny! A więc wszyscy? wszyscy się połączyli? Niema już stronnictw, walki między braćmi, jest tylko jeden wielki cel wspólnie umiłowany? Zdaje się, że wszyscy...?? Pan Apolinary poznawał ludzi z miasta i ze wsi, z klubów i warsztatów, z najbardziej wrogich pomiędzy sobą redakcyi pism, mędrców i prostaczków, bogatych i nędzarzy... Nie zauważył tylko Żydów. Tu, przy drzewcu wielkiego sztandaru wzniesiona śmiała głowa... Stanisław Hyc? A jakże! A tuż i Kotulski i Kostka i komitetowy jeden, drugi, trzeci... Kupą idą. — Niech żyje solidarność! — zawołano z uiicy. — A niech żyje! — odhuknął pan Apolinary. — Niechże was uścisnę! Rzucił się z takim impetem ku drzwiom z balkonu do mieszkania, że omal nie przewrócił stojącego tam Sartora. — Dokąd pan? — zapytał kwaśno mecenas, cofając się. — Do nich! Idźmy wszyscy. — Dziękuję za łaskę. Stąd przecie widać, jak z loży. — Żegnam pana. Po chwili już Budzisz był na ulicy. Zanim wmieszał się w szeregi pochodu, spojrzał na balkon, dopiero co opuszczony, wyróżniający się oziębłością od innych, strojnych w kobierce. Nie było już tam Kolejki. W oknie, cofnięty w cień, stał tylko pan Sartor, z założonemi rękoma, w postawie portretowej i sam jeden ozdabiał ramę okienną. Pan Apolinary trafił na oddział pochodu wyróżniający się z całości niskim wzrostem szeregowców. To dzieci szły pod chorągwią z napisem »Szkoła polska«. Chłopaki rezolutne trzymały się ściśle ordynku, a odpowiadały na okrzyki wiwatowe sumiennie z młodych gardzieli, marszcząc z przekonaniem dziecinne twarze. — Janek by tu między nimi! — pomyślał Budzisz i uścisnął serdecznie pierwszego z brzegu chłopca. Cofnął się na chodnik i próbował postępować śpieszniej, niż tłum, aby zbliżyć się do czoła pochodu. Zaledwie jednak doszedł do placu Ś-go Aleksandra, zmiarkował, że pochód ucisza się i staje. Kilka sygnałów niegłośnych rozkazało ten manewr, wykonany punktualnie. Musiał i Budzisz posłuchać. Udało mu się tylko wejść na kilka schodów przy rogu ulicy Książęcej, skąd mógł objąć wzrokiem szerszą widownię. Od Trzech Krzyżów płynęły dźwięki mowy czyjejś do ludu, ale słów pan Apolinary nie mógł dosłyszeć A przed pochodem podniosły się dwa niewidziane dotąd sztandary. Wypłowiały na nich amarant i ciemniejsze hafty zdobiły je w powagę osobliwą. Rozwijały się piękniej w powietrzu, jakby doświadczeńsze, pamiętne lotów dawnych. Młode sztandary pochodu skłoniły się przed nimi, cześć im oddając i naczelne odstępując miejsce. Okrzyk uderzył gromem i rozsypał się powtórnym grzmotem i szemrał długo jeszcze ulewą łkań. Krzycząc i płacząc przedzierał się Budzisz naprzód, by dotrzeć do czoła pochodu. Zapał jego i postać torowały mu drogę. — Jeden z naczelnych — mówiono o nim. — Spóźnił się i dobiega. I dotarł wreszcie pan Apolinary do grupy »swoich ludzi«, a napotkawszy Feliksa Kotulskiego, współzawodnika w akcyi politycznej z ubiegłych miesięcy, padł mu w objęcia: — Panie Feliksie! W dniu tak uroczystym... Przyjęto go serdecznie i bez wahania. Ktoś mu nawet zaproponował: — Może zastąpicie Hyca w niesieniu sztandaru? Potem Was znowu zluzujemy. — Ach, dobrodzieju kochany! Budzisz ujął mocno drzewiec w garście, podniósł oczy ku górze miłośnie, a gdy postąpił kilka kroków, uczuł się urodzonym chorążym tego znaku. Szedł miarowo, w upojeniu, służąc całem sercem i siłą. On to był, który trzymał sztandar pod balkonem w alei Ujazdowskiej podczas przemowy Henryka Sienkiewicza. On to pochylił do ukłonu chorągiew przechodząc w pobliżu świątyni Opatrzności. On ją niósł jeszcze na Marszałkowskiej i dopraszał się, aby mu jej nie odbierano pod pozorem zwolnienia od ciężaru. Niósłby ją tak całe życie... Pochód płynął przez miasto coraz wspanialej, rozrzuciwszy sztandary wzdłuż rzeki swej nieprzejrzanej. Hufce nie drgnęły w szyku, ani w odstępach. Tylko głos pieśni spotężniał, liczniej rozbrzmiewały okrzyki — serca ośmieliły się i urosły aż do chóru niezamąconego żadnym fałszem. Jakby Warszawa musztrowała się przez pokolenia na ten dzień jedyny zgody, zaczerpniętej z czystej krynicy wspólnego umiłowania. O zmierzchu pan Apolinary powrócił do domu i ręką drżącą od wzruszeń i wysiłku tak zaczął list do żony: — Ach! moja Tekluniu...
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of W ogniu.
