Front matter
ELIE BERTHET
W ABISYNII
POWIEŚĆ DLA MŁODZIEŻY
całość
ELIE BERTHET
W ABISYNII
POWIEŚĆ DLA MŁODZIEŻY
OPRACOWAŁA
BRONISŁAWA KOWALSKA
NAKŁAD REDAKCYI „PRZYJACIELA DZIECI”.
1906.
Дозволено Цензурою.
Варшава, 4 октября 1905 года.
I.
'
W małej, ubogiej, lecz schludnej izdebce na poddaszu, znajdowały się trzy osoby: matka i dwoje dzieci. Starsza dziewczynka zabawiała mizernego, bladego chłopczynę. — Ewuniu, — odezwała się matka, — zmrok już zapada, zejdę na dół kupić trochę kartofli na wieczerzę, nie będziesz się obawiała zostać sama w izbie? — Ależ nie, mamo — odparła dziewczynka, — niech mama będzie spokojna! Kobieta narzuciła na siebie chustkę i wyszła; wró- ciła jednak prędko, niosąc w koszyku trochę kartofli i zaraz zajęła się roznieceniem ognia. Wkrótce do izdebki wszedł mężczyzna w średnim wieku, a na widok wieczerzy, zbyt szczupłej na nasycenie czterech osób, westchnął i zjadłszy parę kartofli, odsunął miskę. — Dlaczego nie jesz? — zapytała żona. — Nie jestem głodny! — odparł. Lecz ona zrozumiała prawdziwą przyczynę tej wstrzemięźliwości i łzy błysnęły w jej oczach. Rzecz dziwna, Piotr Jóźwik dobrym był rzemieślnikiem, trzeźwym i pracowitym, a jednak tak mu się w życiu nie wiodło, że pomimo nadzwyczajnych wysiłków nie mógł zarobić na dostateczne utrzymanie rodziny. Rozmowa nie kleiła się, dopiero gdy dzieci posnęły, Piotr rzekł do żony: — Czy zgodziłabyś się pojechać ze mną daleko stąd, het, za morze? Może nam będzie lepiej... — Dlaczego nie, — odparła zwolna, — może mi będzie przykro, ale z tobą pojadę wszędzie. — Bo to, widzisz, od nas z fabryki wyjeżdża kilku do Anglii, do Londynu, pojechałbym więc i ja z nimi, ale z tobą i z dziećmi. Mówią, że dadzą pieniędzy na drogę, bo to zabiera ich jakiś przedsiębiorca, fabrykant..., — Ha! to jedźmy... Wyjazd prędko został postanowiony, a chociaż sumka pieniędzy, jaką ów fabrykant przeznaczał na podróż, była bardzo niewystarczająca, Jóźwik wyjechał z dobrą myślą, pełen otuchy i nadziei na przyszłość. Podróż koleją, a następnie przeprawa morska przez kanał la Manche, zmęczyła ich niezmiernie; szczególnie zaś znużenie i niewygody odbiły się na dzieciach, a mianowicie na małym Ignasiu, który bardzo powoli odzyskiwał siły, widać, że klimat morski nie bardzo mu służył. Zajęcia Piotra były wkrótce korzystniejsze i przynosiły mu znaczniejsze dochody, niż w kraju, był bowiem z zawodu zdolnym ślusarzem; z początku było mu niezmiernie trudno porozumiewać się w obcym dla siebie języku. Ale że w fabryce pracowało więcej Polaków, wkrótce jakoś Piotr się przyzwyczaił. Pomimo jednak dobrych zarobków, nie mógł nic odłożyć, jak to mówią „na czarną godzinę11. Żyli teraz wygodniej, oto i wszystko. — Dobrze, póki ja żyję, — mówił sobie Piotr w duchu, ale coby się stało z moją rodziną, gdybym ja umarł? Ta myśl nie dawała mu ani chwili spokoju i ciągle głowę sobie łamał nad tem, w jaki sposób zarabiać więcej pieniędzy, aby módz cokolwiek odłożyć. W tym czasie pewien kupiec, który zarazem pełnił urząd konsula abisyńskiego w Londynie, dostał polecenie, aby się wystarał o dobrych rzemieślników europejskich, zdolnych do budowy maszyn, fabrykowania strzelb, a nawet armat dla negusa, czyli cesarza abisyńskiego, a był nim podówczas sławny Teodoros. Zręcznym rzemieślnikom, którzy się decydowali pojechać na pewien przeciąg czasu do Abisynii, zapewniano nadzwyczajne korzyści. Pozwolono im zabierać ze sobą rodzinę, a koszta przejazdu dla wszystkich miał ponosić król królów, władca starożytnej Etyopii. Przybywszy na miejsce przeznaczenia, mieli zamieszkiwać w najpiękniejszej i najbogatszej okolicy Afryki i pracować pod wyłącznym dozorem negusa, który obiecywał wspaniale wynagrodzić ich usługi. Konsul ręczył za tych obietnic, jak również agent Teodorosa, który przybył do Europy w celu nakłonienia rzemieślników do tej podróży. Agent nazywał się Burru i ogłosił, że jest w laskach u negusa, a dla sypał złoto na wszystkie strony. Piotr Jóźwik słuchał ze zdumieniem opowiadania o tym dalekim kraju i zapragnął tam spróbować szczęścia. Agent, poznawszy jego uzdolnienie, zachęcał go wszelkiemi siłami do podróży, opowiadając cuda o tej nieznanej krainie. Piotr byłby się odrazu zdecydował, ale obawa narażenia powtórnie żony i dzieci, na trudy i niebezpieczeństwa dalekiej podróży, powstrzymywały go od ostatecznego postanowienia. Ale widok towarzyszów, wybierających się ochoczo, i jemu dodawał bodźca, a chęć zdobycia choć skromnego mająteczku, nie dawała mu chwili spokoju. Wreszcie postanowił szczerze rozmówić się z żoną. — Antosiu, — rzekł pewnego dnia, — wiesz, jabym pojechał jeszcze dalej w świat... Kobieta spojrzała na niego ze zdumieniem i obawą zarazem. — A gdzież ty chcesz jechać? — zapytała zwolna, — mało to nabiedowałeś się w podróży i tu męczysz się wpośród obcych? — Tak, to prawda, ale zawsze tu żyjemy wygodniej, niż w kraju, a jakbyśmy pojechali jeszcze dalej, do Afryki naprzykład, do Abisynii... tam zarobilibyśmy sporo złota... — Eh, tam zawsze najlepiej, gdzie nas niema! — odparła żona. — A daleko to ta Abisynia? — O! bardzo daleko, — odparł Piotr i zamilkł, nie chcąc się sprzeczać z żoną. Ale ona po chwili namyśliła się inaczej. — Jeśli chcesz koniecznie, — rzekła, — to jedzmy, ty wiesz lepiej co robić. Jóźwik ucieszy! się niezmiernie i pobiegł zaraz nazajutrz zawrzeć umowę z agentem negusa. — Mam przeczucie, że się tam dorobię pieniędzy, — powiedział Piotr do żony, zacierając ręce z zadowolenia, — a wtedy powrócimy do kraju i na starość będziemy mieli spokojny kawałek chleba. — Ja cieszę się tylko z tego, gdy mówisz, że w tym kraju jest bardzo ciepło, — odparła żona, — dzieci nasze są takie mizerne i delikatne. — Tak, tak, tam jest bardzo ciepło, a nawet gorąco! — rzekł Piotr, któremu już opowiadano o potędze podzwrotnikowych upałów. Ale ruchliwy i nieco awanturniczy jego charakter otrząsnął się szybko z różnych obaw. Wkrótce zwrócił całą swą uwagę na blizką podróż i warunki kontraktu, jaki spisał w obecności konsula z agentem negusa. Wreszcie nadszedł dzień odjazdu do Southampton, skąd mieli wyruszyć na parowcu w dalszą drogę. Jechało z nimi sporo rzemieślników, niektórzy też z rodzinami. W owym czasie międzymorze Suez nie było jeszcze przekopane i nie można było udać się do Abisynii przez Massonah, port nad morzem Czerwonem. Droga wtedy była o wiele dłuższa i bardziej uciążliwa. Parowiec miał zawieźć naszych podróżnych do Aleksandryi w Egipcie. Tam mieli się przesiąść na statek krążący po Nilu i popłynąć w górę rzeki, aż do Kartumu, gdzie można było powiedzieć, że kończyła się europejska cywilizacya. Dalej już mieli się połączyć z karawaną i lądem udać się do Gondar, stolicy Abisynii, a stamtąd do miejsca, które im negus wyznaczy. Ani Jóźwik, ani jego żona, nie byli bardzo mocnymi w geografii, zrozumieli jednak, że podróż taka potrwa kilka miesięcy. — Jak dzieci zniosą taką męczącą podróż? — zadawał sobie nieraz Jóźwik pytanie. Teraz, skoro już postanowione było, że jadą, trwożył go cel podróży, ten kraj dziwny i nieznany, do którego dążyli. A gdyby nadzieje go zawiodły, gdyby zamiast dobrobytu i majątku znalazł tam nędzę, cierpienie i śmierć? To też, gdy Jóźwik z żoną i dziećmi znalazł się na okręcie, gdy brzegi Anglii zniknęły im z oczu, ogarnęła go bezmierna tęsknota i żal za życiem, które rzucał. Wreszcie Jóźwik, widząc łzy w oczach żony, rzeki pocieszająco: — Odwagi, Antosiu, trzeba się pogodzić z losem, jeśli go odmienić nie można! — Boję się o dzieci! — szepnęła kobieta. — Pan Bóg czuwa wszędzie nad nami, — dodał Piotr, — bądź spokojna, Antosiu! Wtem Ewunia, dostrzegłszy łzy w oczach matki, zarzuciła jej ręce na szyję i całując ją, szeptała: — Nie płacz, mamo!.. nie płacz!.. A widząc, że ojciec ma także czerwone oczy, zaczęła go pieścić, mówiąc: — Ojczulku, nie martw się, jesteś przecież mężczyzną! Uśmiech rozjaśnił lica rodziców, a Ewunia pobiegła znów bawić się z braciszkiem. Nie będziemy opowiadali szczegółowo wypadków w podróży, nastręczającej pole do najrozmaitszych wrażeń. Podróżni nasi wycierpieli niemało, niektórzy, wycieńczeni chorobą, musieli zaniechać dalszej wyprawy i pozostać w drodze dla leczenia i wypoczynku. Przeprawa po Nilu najmniej była męcząca, lecz za to podróż karawaną, odbywana na grzbietach wielbłądów, po piaskach, pod palącemi promieniami afrykańskiego słońca, dokuczyła im niesłychanie. Ewunię polubili wszyscy współtowarzysze podróży i ze względu na nią, starali się uprzyjemnić podróż i jej rodzicom. Dziewczynka, siedmioletnia zaledwie, była taka mila i rozwinięta umysłowo, że zjednała sobie serca wszystkich. Umiała już nieźle czytać i pisać, a przez czas pobytu w Anglii, nauczyła się jako tako po angielsku, i mogła się już od biedy rozmówić w tym języku. Razem z rodziną Jóźwików odbywała podróż jakaś pani Angielka, osoba w podeszłym już wieku. Dążyła ona do Abisynii, do syna będącego misyonarzem angielskim w Gondar. Angielka upodobała sobie Ewunię i uczyła ją przez cały czas podróży. Gdy płynęli Nilem, opowiadała jej o rzece, o sławnych miastach, jakie napotykali na wybrzeżach, o Piramidach i rozmaitych starożytnościach egipskich. Dziewczynka słuchała jej opowiadań z najwyższem zaciekawieniem i w sposób łatwy i przyjemny uczyła się wielu rzeczy, o których pojęcie przydało jej się bardzo później. Pomimo tego zajęcia, Ewunia miała jeszcze czas na oddawanie rodzicom i lepiej znajomym podróżnym drobnych przysług, i na zabawę z braciszkiem, którego otaczała macierzyńską niemal opieką. Ruchliwa, weso- ła, zawsze uśmiechnięta, Ewunia uwijała się na pokładzie, śpiewając i szczebiocząc, jak ptaszę. Wesołość jej i pogodne usposobienie, dodawało wszystkim otuchy. A podróżni w istocie potrzebowali tej pociechy, gdyż im więcej zbliżali się do celu podróży, tem mniej pochlebnych rzeczy dowiadywali się o negusie. Mówiono, że jest despotą kapryśnym, niedowierzającym i okrutnym, który za najmniejsze przewinienie skazuje ludzi na straszliwe kary, a nawet na śmierć. Mówiono, że pustoszył ogniem i mieczem całe prowincye i kazał w pień wycinać mieszkańców. Rzadko przebywał w miastach, tylko obozował ciągle w polu, otoczony dzikimi żołnierzami i z szybkością pioruna przenosił się w różne okolice. Dość było podejrzenia, aby wywołać gniew Teodorosa, którego lękali się nietylko jego poddani, ale zarówno i ludzie innych narodowości. Wieści te przerażały podróżnych; wszyscy, za nim przybyli do Kartumu, byliby chętnie zerwali zawartą umowę, ale było to niepodobieństwem, z powodu pobranych z góry zaliczek na podróż. Jóźwik wyrzucał sobie teraz nieoględny swój postępek i drżał o najdroższe dla siebie istoty. Angielka, inistress Walton, twierdziła, że w tych jest dużo przesady i pocieszała Jóźwika i jego żonę, chociaż w duchu sama była niespokojna o los swego syna misyonarza, którego miała nadzieję nakłonić do powrotu do Europy. Zachowanie się agenta Teodorosa, pana Leras, podniecało jeszcze obawy podróżnych. W miarę, jak się przybliżał do Abisynii, Leras zrzucił europejski strój, a przywdział togę i obcisłą tunikę. Okazało się też, że miał przybrane nazwisko, kazał się bowiem teraz nazywać pułkownikiem Burru. Przytem był ciągle zafrasowany i niespokojny. Zapewne myślał o tem, że będzie musiał zdawać sprawę ze swego postępowania swemu panu i władcy i zapytywał się z trwogą, czy nie popełnił jakiego wykroczenia, któreby mogło sprowadzić na niego surową karę. To też wesołość Ewuni była jakby promyczkiem słońca dla podróżnych. Dziewczynka naprzemian pocieszała ojca i matkę, ala i dla obcych starała się być uprzejmą. — Mamusiu, — powtarzała, — nie martw się, negus nie jest pewno taki zły, jak mówią... Z Kartumu popłynęli łodzią po błękitnym Nilu, a następnie posuwali się w głąb kraju na grzbietach wielbłądów. Ta ostatnia część podróży była najbardziej uciążliwą i najmniej przyjemną. Kobiety i dzieci odbywały podróż w koszach, umieszczonych na grzbietach wielbłądów i mułów. Noce spędzały pod namiotami, lub w chatach napotykanych wiosek. Była to właśnie pora ukończenia się deszczów, czyli piękna pora w tym klimacie, i z wyjątkiem niektórych dolin, gdzie upał dokuczał zbyt silnie, w miarę, jak postępowali w okolice górzyste, temperatura stawała się wysoką. Przybyli wreszcie do Gondar, stolicyi Abisynii, gdzie negus posiada ogromny pałac, dziś nawpół zrujnowany. Leras sądził, że zaprowadzi podróżnych do Gafat, dokąd zwykle Teodoros odsyłał europejczyków, i że w Gondar nie zatrzymają się dłużej nad dzień jeden. Ale jakież było jego zdziwienie, gdy za przybyciem do miasta oznajmiono mu, że negus znajduje się w Gondar i rozkazał, aby Leras natychmiast po przyjeździe stawił się przed jego oblicze. Wszyscy zwrócili uwagę na nadzwyczajne wzruszenie pana Leras, gdy oficer Teodorosa przyniósł mu ten rozkaz. Chociaż cera jego miała barwę czekoladową, biedaczysko pobladł i zatrząsł się. Odpowiedział z pokorą, że natychmiast będzie posłuszny i wydawszy polecenie dowódzcy karawany, aby kazał rozbić namioty w miejscu, gdzie się znajdowali, to jest na placu pełnym gruzu i śmieci, sam spiesznie udał się do cesarskiego pałacu. Nieobecność jego nie trwała długo, a gdy powrócił za godzinę, z jego rozpromienionego oblicza można było wnosić, że widzenie z Teodorosem nie pociągnęło za sobą złych skutków. Leras oznajmił podróżnym, że negus, zadowolony z ich przybycia, pragnie wszystkich oglądać jutro w swoim pałacu. — Jakto, wszystkich? — zapytał Jóźwik po angielsku, gdyż już nieźle nauczył się władać tym językiem; — zdaje mi się, że kobiety i dzieci są wyłączone z tego rozkazu? — I kobiety i dzieci, wszyscy bez wyjątku mają się stawić! — odpowiedział Leras. — Jego cesarska mość chce poznać wszystkich europejczyków, którzy mają się osiedlić w jego państwie... Biada temu, kto ośmieli się opierać jego woli. Antonina, usłyszawszy ten rozkaz, o mało co nie zemdlała z przerażenia. Lękała się o dzieci znużone podróżą, sama.zaś nie miała się w co ubrać, gdyż wszystkie suknie zniszczyła zupełnie. Lecz nie można było opierać się rozkazowi negusa, i biedna kobieta musiała się poddać. Ewunia przeciwnie, zachwycona była tem, że zobaczy zblizka władcę Abisynii; aż w ręce klaskała z radości. — Przecież negus nas nie zje! — mówiła. Przez ten czas, gdy Leras był w pałacu, do obozowiska podróżnych podszedł jakiś krajowiec, który umiał po angielsku i widocznie sprzyjał europejczykom i zaczął z nimi rozmawiać. Mistress Walton zapytała go o syna i z największą trwogą dowiedziała się, że już od dwóch miesięcy siedzi w więzieniu, w fortecy Magdala. Rozpacz biednej matki była straszna, zalewała się łzami i postanowiła włóczyć się u nóg okrutnego negusa, aby wybłagać łaskę dla swego syna. — Jeżeli negus jest chrześcijaninem, mówiła, — musi mi oddać ukochanego syna! Teodoros II cesarz, czyli król królów Abisynii, był osobistością dziwaczną i niepospolitą. W młodości nie był przeznaczony na panującego, chociaż pochodził z rodu książęcego; ale wskutek licznych zwycięztw odniesionych nad feodalnymi wodzami, którzy rozniecali w kraju ciągły niepokój i anarchię, wojsko obwołało go królem. Teodoros wywodził swój ród od Dawida przez Salomona i królową Sabę i mówił, że jest następcą chrześcijańskich królów Etyopii, sławnych w opowieściach dawnych podróżników francuskich. Rozumny i odważny, zdawało się, że pragnie ucywilizować swój kraj. W pierwszych latach swego panowania okazywał się łaskawym, tak względem zwyciężonych nieprzyjaciół, jak i względem poddanych, buntujących się przeciwko jego władzy; ale łagodnością nie mógł uśmierzyć gwałtownych abisyńczyków i nagle stał się surowym, nieubłaganym, despotycznym. Mówiono nawet, że niekiedy miewał prawdziwe napady szaleństwa, a wtedy nie panował już wcale nad sobą i stawał się okrutnym. Wprawdzie napady te objawiały się najczęściej po ucztach, zakrapianych obficie mocnemi napojami, ale wówczas bez namysłu kazał obcinać ludziom uszy, ręce, nogi i głowy. Bicie, kajdany i więzienie — nazywały się jeszcze bardzo lekką karą. Takim był potężny władca, przed którego obliczem stanąć mieli rzemieślnicy, sprowadzeni z Europy. O godzinie oznaczonej wszyscy byli gotowi, a pan Leras, który miał ich zaprowadzić do negusa, chodził od jednego do drugiego, przestrzegając, jak się mają zachować w obecności władcy. Każdy z obecnych ubrał się w szaty, jakie miał najlepsze. Rodzina Jóźwików ubrała się także odświętnie. Ewunia wyglądała ślicznie w jasnej wełnianej sukience i filcowym kapeluszu, z pod którego wymykały się jej złote warkocze, w ręku zaś trzymała białą parasolkę. Śmiała się i biegała, szczebiocząc bezustanku, lecz gdy ruszyli w stronę pałacu negusa, i jej wesołość prysła, jak bańka mydlana. Zamilkła i szła tuż przy matce, prowadząc za rękę małego Ignasia. Mistress Walton postępowała tuż za nimi. Aby dojść do pałacu negusa, trzeba było przebyć prawie całe miasto Gondar, które dzieli się na dwie części: jedną zamieszkują abisyńczycy, drugą muzułmanie. Pod względem budynków miasto nie różniło się prawie wcale; domy po większej części były zaniedbane i zrujnowane. Były to chaty okrągłe, kryte słomą, okolone drzewami; kościoły kryły się też wśród zieleni... Obfitość drzew i krzewów łagodziła przykre wrażenie nieporządku i zaniedbania, i nadawała miastu cechę jakiegoś tęsknego smutku i spokoju. Ale dnia tego wyjątkowe ożywienie panowało w mieście, gdyż negus przywiódł ze sobą trzy, do czterech wojska. Podróżni nasi, idąc, spotykali gromady abisyńczyków, odznaczających się piękną budową ciała i niejednokrotnie regularnemi rysami twarzy. Mieszkańcy Abisynii mają cerę ciemną, ale nie posiadają kręconych włosów, grubych warg i wydatnych szczęk, jak murzyni. Abisyńczycy przechadzali się z powagą; cały ich strój stanowiła tunika, a raczej rodzaj rzymskiej togi; każdy z nich trzymał w ręku tarczę, wyrobioną ze skóry bawoła, lub hipopotama, co nadawało im pozór rycerzy starożytnych. Zakrzywione szable wisiały im u boku i nadawały ich postaciom charakter groźny i wojowniczy. Na tarasach domów budowanych z kamienia i przed drzwiami nizkich domów krytych słomą i ozdobionych krzyżem, można było widzieć kobiety nadzwyczajnej piękności. Strój ich stanowiły koszule jedwabne, albo bawełniane, haftowane we wzorzyste desenie i barwy; na koszulach miały zarzucone togi, takie, jak mężczyźni, lecz ułożone z większym wdziękiem. Nogi miały i głowy odkryte; czarne ich włosy pospinane były w grube pukle i węzły przepinane srebrnemi szpilkami. Wszyscy, tak mężczyźni, jak kobiety, przypatrywali się europejczykom z nadzwyczajną ciekawością, lecz zdawało się, że widzą w nich istoty niższe od siebie, którym jedynie łaska negusa może nadać trochę wartości. Podróżni nasi doszli wkrótce do pałacu, w którym chwilowo zamieszkiwał Teodoros. Pod murami pałacu obozowało wojsko. Pałac, zbudowany w pięt- nastym wieku przez Portugalczyków, był bardzo obszerny i miał pozór obronnego, średniowiecznego zamku, ozdobionego wieżami i basztami. Wały otaczały go dokoła. Teraz jednak była to budowla zrujnowana i wyglądała na niezamieszkałą. Arkady rozsypywały się w gruzy, obronne mury też były mocno uszkodzone, okiennice powyrywane. To też negus nie chciał przyjmować europejczyków w salach pałacowych, lecz na obszernym dziedzińcu, do którego wiódł korytarz sklepiony, ale bez śladu już dziś obronnej bramy i zwodzonego mostu. Zatrzymali się, a Leras poszedł naprzód oznajmić o ich przybyciu. Tłum ludzi przypatrywał im się ciekawie, lecz oni nie zważali na to, gdyż z głębi pałacu doszły do ich uszu bolesne krzyki, zdające się wydzierać z piersi pod wpływem straszliwej katuszy. Może więc Teodoros był już po sutem śniadaniu. W tej chwili ukazał się w bramie Leras i powiedziawszy kilka słów strażnikowi, wpuścił podróżnych na dziedziniec, gdzie dziwny i wspaniały zarazem widok uderzył ich oczy. Dziedziniec miał kształt czworokątny i był ze wszystkich stron otoczony ciemnemi budynkami; pod murami stali żołnierze. Jedni z nich byli uzbrojeni w lance i puklerze, drudzy w szable i fuzye. Oficerowie wyższej rangi wojskowej i panowie feodalni a zarazem pułkownicy, zwani „ras“, strojni w odmiennego koloru tuniki, zgromadzeni byli w pośrodku dziedzińca, w pełnej poszanowania postawie. W głębi urządzony był rodzaj namiotu, którego podniesione płótno odsłaniało ławę pokrytą dywanem. Przed wejściem do tego pawilonu stał Abisyńczyk: lat około czterdziestu pięciu, ale pełen jeszcze siły i czerstwości. Rysy jego twarzy regularne były i szlachetne; oczy miały blask tak płomienny, że wiele osób nie mogło wytrzymać tego spojrzenia. Strój jego mało się różnił od stroju oficerów. Głowę i nogi miał obnażone. U boku zwisała mu szabla; za pasem połyskiwała para pistoletów; wspierał się na długiej lancy, z którą się nie rozłączał nigdy. U jego stóp spoczywały cztery lwy oswojone, które od do czasu stłumionym rykiem dopominały się o pieszczotę swego pana. Jeden tylko szczegół stroju wyróżniał go od reszty oficerów: oto jego toga udrapowana była na obydwóch ramionach, podczas gdy oficerowie nosili ją na jednem ramieniu, lub też mieli obydwa ramiona odsłonięte. Oprócz tego na głowie, okrytej bujnemi, czarnemi wijącemi się włosami, miał białą przepaskę, oznakę godności królewskiej, był to bowiem Teodoros. Pomimo nadzwyczajnej ciekawości, jaką wzbudzał władca Abisynii w naszych podróżnych, musieli oni się cofnąć, gdyż właśnie przenoszono kolo nich kilku ludzi, pokrytych krwią i ranami. Były to bezwątpienia ofiary straszliwego gniewu Teodorosa, a jak się później dowiedzieli podróżni, urzędnicy negusa, którzy zaniedbali się w swoich obowiązkach. Lecz Teodoros nie myślał już o surowości wydanego przed chwilą wyroku. Ciekawym, płomiennym wzrokiem wodził po europejczykach, niemniej groźnym, jak wejrzenie lwów, które uspokojone i pokładły się u jego stóp. Europejczykom kazano się zatrzymać o dwadzieścia kroków od negusa, tak, aby władca mógł im się dowolnie przypatrzyć; potem pułkownik, to jest „ras“ Burru, na dany znak przez Teodorosa, zaczął przedstawiać przybyłych pojedynczo, lub rodzinami. Ponieważ władca Abisynii rozumiał zaledwie kilka wyrazów po angielsku, i nie władał żadnym innym językiem oprócz rodowitego, Burru i dwaj oficerowie służyli mu za tłómaczów, jeśli chciał się z kim porozumieć. Najpierw przedstawili się Teodorosowi Niemcy, którzy obowiązali się odlewać dla niego armaty, będące przedmiotem marzeń cesarza Abisynii, mniemał on bowiem, że nic nie będzie brakowało jego władzy, skoro posiadać będzie armaty. Tym też pracownikom obiecał najsutsze wynagrodzenie. Potem przyszła kolej na rodziców Ewuni i Ignasia. Ojciec, pomimo całej siły woli, był bardzo wzruszony, żona zaś jego drżała, jak liść miotany wiatrem; postąpiła kilka kroków naprzód, trzymając dzieci za ręce. Mały Ignaś, przestraszony widokiem lwów, nie chciał posunąć się dalej, tylko Ewunia, która niczemu się nie dziwiła i niczego się nie lękała, zachowała zupełny spokój, i zwracając się do braciszka, mówiła do niego z uśmiechem: — Jakiś ty niemądry, czegóż się boisz lwów? To są wielkie psy... ja już widziałam takie w menażeryi... To wstyd, żeby chłopczyk bał się czego! Ale chłopca nie uspokoiły słowa siostry, pociągnięty jednak przez matkę, musiał postąpić parę kroków naprzód. Cała rodzina zatrzymała się przed negusem i pokłoniła mu się z uszanowaniem, a Burru przysunął się, aby służyć za tłómacza. Leras dlatego nalegał, aby wszyscy przedstawiali się negusowi rodzinami, że władca Abisynii lubił, gdy robotnicy europejscy przybywali z rodzinami do jego państwa, wnosił bowiem z tego, że osiedlają się na dłużej. A Teodoros pragnął mieć w swojem państwie rękodzielników europejskich, i gdy później wdał się w wojnę z Anglikami, mówił, że powodem do niej była odmowa królowej Wiktoryi, która nie chciała mu przysłać rzemieślników w Anglii. Na widok całej rodziny, pochylającej się do jego stóp, twarz negusa rozjaśniła się, dumny wyraz twarzy rozpłynął się w uśmiechu, spojrzenie złagodniało i stało się nawet pieszczotliwem. Przez pośrednictwo Burru negus wypytał się o szczegóły, dotyczące przedstawionej sobie rodziny, i oznajmił, że w Gafat, wiosce, gdzie znajdowały się królewskie warsztaty, puszkarz będzie musiał wyczyścić i doprowadzić do porządku dwa tysiące fuzyi kupionych niedawno w Ameryce, a których budowa wydawała się negusowi wadliwą. Teodoros obiecywał sowicie wynagrodzić zręczność i pracowitość Jóźwika, dodając, że wyda natychmiast rozkazy, aby jego i całą rodzin godnie i aby im na niczem nie zbywało. Podczas tej rozmowy, prowadzonej za pośrednictwem tłómacza, a więc powolnej i uciążliwej, władca Abisynii nie patrzył prawie na rodziców, lecz cała jego uwaga zwracała się na dzieci, szepczące zcicha pomiędzy sobą; negus spoglądał na nie z widoczną przyjemnością i uśmiechał się nawet. Nagle jeden wielki lew, który spał na dywanie, przebudził się i zaczął ziewać, otwierając wielką paszczę, uzbrojoną potężnemi kłami. Na ten widok Ignaś zaczął krzyczeć w niebogło- sy i ukrył twarz w suknię matki. Ewunia zaś przeciwnie, pomimo, że zlękła się także, nie pokazała tego po sobie; stanęła pomiędzy lwem a bratem i pogroziła zwierzęciu parasolką, którą trzymała w ręku. Negus widział to wszystko, przerwał nagle rozmowę i rzeki groźnie do lwa: — No, , Kuara! Kuara w narzeczu abisyńskiem znaczy gwałtowny albo zły; lecz był to widać ulubieniec negusa, gdyż posłusznie zamknął oczy i udał, że usypia. Teodoros zwrócił się znowu do dzieci, którym obecność dzikich zwierząt nie robiła widocznie przyjemności i chciał przyciągnąć chłopczyka w swoje objęcia, aby go uspokoić, ale Ignaś nie przestawał krzyczeć i tupać nogami. Wtedy zniecierpliwiony władca Abisynii, dał matce znak ręką, aby go zabrała i cofnęła się. Biedna kobieta nie dała sobie tego dwa razy powtarzać i cofnęła się pośpiesznie, a chłopiec uspokoił się natychmiast. Wtedy Teodoros zaczął spoglądać bacznie na Ewunię, która uspokojona o los matki i Ignasia, przystanęła u boku ojca. Teodoros postąpił ku niej, położył jej przyjacielsko rękę na głowie i wymówił kilka słów, których dziewczynka nie zrozumiała, odgadła jednak, że wypowiedziane były łagodnie. Ten postępek Teodorosa był dowodem jego dziwacznego i sprzecznego charakteru, gdyż ten człowiek, dziki i okrutny, który oswajał lwy i nie wahał się dla kaprysu przelewać krwi ludzkiej, kochał niezmiernie małe dzieci. Nawet w chwilach największego wzburzenia i gniewu był dla dzieci łagodny i wyrozumiały. Widocznie jasne włosy i delikatna twarzyczka Ewuni, tak odmienna od dzieci, które widywał, uczyniła na nim wielkie wrażenie i wywołała w jego duszy podziw. Uśmiech nie schodził z jego ust, a ponieważ władca Abisynii mało dbał o etykietę i o formy światowe, a kierował się jedynie własną wolą, lub kaprysem, zajął się więc głównie Ewunią, zapominając o jej ojcu i o czekających na posłuchanie europejczykach. Ewunia nie zrozumiała słów negusa, ale Burru jej to zaraz wytłómaczył: — Jego cesarska mość zapytuje się, — rzekł, — czy nie lękasz się lwów? — Nie, — odpowiedziała, — bo mój ojciec umie robić strzelby, któremi można lwy zabijać. Odpowiedź jej powtórzona negusowi podobała mu się niezmiernie. Lecz następne pytanie, jakie Teodoros zadał dziewczynce, zaniepokoiło nawet tłómacza; lękał się jednak gniewu monarchy i przetłómaczył je dosłownie: — Król królów zapytuje, czy go się lękasz? — rzekł. Ewunia spojrzała badawczo w oczy Teodora, który pochylony ku niej, spoglądał na nią dobrotliwie. — Nie, — odpowiedziała, — nie lękam go się, on musi być dobry i zdaje mi się, że będzie się opiekował mną, moimi rodzicami i moim małym bratem. Odpowiedź była bardzo trafna i generał Burru powtórzył ją Teodorosowi. Ten zrozumiał ją już pierwej z wyrazu twarzy roztropnego dziecka i był jej słowami zachwycony. Pomimo okrucieństwa, a może właśnie , lękał się uchodzić za złego człowieka. To też wyrazy dziecka, które mniej więcej mu- siało sąd innych, sprawiły mu rzeczywistą przyjemność. Pogładził jeszcze raz ciemną dłonią jasne włosy Ewuni i jeszcze jedno zadał jej pytania przez usta Burru: — Maleńka, czy jesteś chrześcijanką i czy kochasz Jezusa i Najświętszą Pannę? Chrześcijanie w Abisynii są bardzo pobożni, a negus przez wzgląd na tamtejsze duchowieństwo okazywał jeszcze więcej, niż jego poddani, gorliwości w wykonywaniu obowiązków religijnych. Teraz odpowiedź Ewuni była jeszcze szczersza i nie potrzebowała nawet tłómaczenia. Dostała niedawno mały srebrny krzyżyk, który zawieszony na błękitnej wstążeczce noszą wszystkie kobiety i dziewczęta chrześcijańskie w Abisynii. Ewunia więc wydobyła z za sukienki krzyżyk i przycisnęła go do ust, następnie spojrzała z uśmiechem na negusa. Teodoros wydawał się coraz bardziej zachwycony dziewczynką, jednak spostrzegł się, że zajmował się nią zbyt długo i że jeszcze wiele osób oczekuje na posłuchanie. Wziął więc Ewunię za rękę i wskazał jej gestem, aby usiadła na ławce, okrytej dywanem i prze- znaczonej do wyłącznego użytku negusa, którą też można było uważać jako tron władcy. — Tu ci będzie lepiej, — rzekł z dobrocią — i ztąd lepiej zobaczysz wszystko. Ewunia nie wydawała się bynajmniej zdziwiona z powodu zaszczytu, jaki ją spotkał. Usiadła z powagą, chociaż nóżkami nie dotykała ziemi i matce i braciszkowi lekkie ukłony. Tymczasem pułkownik Burru ocierał kroplisty pot z czoła i oddychał nieco swobodniej, uszczęśliwiony tem, że dotąd nie wzniecił gniewu w popędliwym władcy. Lecz biedny pan Leras nie pozbył się jeszcze wszystkich swoich trosk, jak się zaraz o tem przekonamy. Teodoros zwrócił się do Jóźwika i pożegnał go, raz jeszcze powtarzając uczynione mu poprzednio obietnice i winszując mu, że ma tak miłą i grzeczną córkę. Później inni rzemieślnicy przedstawiali się negusowi, a dzięki swoim tłómaczom, władca Abisynii mógł się z każdym porozumieć w jego rodowitym języku i zapewnić każdego, że będzie dlań panem szczodrobliwym i wyrozumiałym, jeżeli będzie zadowolony z jego pracy. Wszyscy, pomimo trwogi jaką byli przejęci, słysząc najrozmaitsze wieści o negusie, nabrali po tem posłuchaniu otuchy i pewności, że może pobyt w Abisynii nie będzie znów tak straszny i cofali się w głąb dziedzińca, aby oddalić się wraz z innymi, skoro negus WĄ słucha wszystkich. Przez ten czas Ewunia z uwagą przypatrywała się wszystkim, którzy przesuwali się przed obliczem władcy i widok ten zajmował ją żywo. Odwagę i pewność siebie posunęła aż do tego stopnia, że końcem parasolki musnęła wspaniałą, czarną grzywę lwa Kuara, który spal u jej nóg i nie zwrócił uwagi na tę delikatną zaczepkę, tak jak gdyby usiadł na nim komar. Jednakże po tym czynie heroicznym, Ewunia z dumą spojrzała w stronę, gdzie znajdowali się jej rodzice, jakby biorąc ich na świadków swojej odwagi. Wreszcie skończyło się posłuchanie i europejczycy mieli już opuścić pałac negusa. Teodoros wydawał ostatnie rozkazy Burru, gdy zaszedł wypadek niespodziewany, który zwrócił uwagę wszystkich. Kobieta, pochodzenia europejskiego, odziana w czarną suknię i osłonięta czarnym welonem wysunęła się z tłumu i podeszła do negusa. Była to Angielka, miss Walton. Uklękła przed Teodorosem i wyciągając do niego ręce, z oczami pełnemi łez, zaczęła mówić: — Władco Abisynii, błagam cię, bądź sprawiedliwym dla mojego syna James’a Waltona, poddanego królowej angielskiej, którego uwięziłeś w Magdala. Był to postępek tak niespodziewany i tak zuchwały, że pomimo, iż większość zgromadzonych tam ludzi nie zrozumiała słów, wyrzeczonych do Teodorosa, jednak wszyscy zamilkli i zwrócili się do negusa, który w pierwszej chwili zdziwiony, powstał z żywością z ławy. — Czego chce ta kobieta? — zapytał grzmiącym głosem w języku amaryjskim. — Kto to jest? Zkąd się tu wzięła? Zwracał się z tem zapytaniem do pułkownika Burru, który powinien mu był udzielić żądanych wyjaśnień. „Pan Leras“ zakłopotał się okropnie i zbladł widocznie, pomimo ciemnej, jak kawa ze śmietanką, cery. Pozwolił pani Walton, żeby się przyłączyła do europejczyków, nie wiedział bowiem, że syn tej pani wpadł w niełaskę u negusa, zatem obecność jego matki nie była wcale pożądaną w Abisynii. Wprawdzie pani Walton nie przymnożyła wydatków podróżnym, gdyż zapłaciła za swój przejazd i utrzymanie, lecz Burru pieniądze schował do kieszeni, a za przejazd pani Walton podał rachunek negusowi. Sądził, że Angielka pozostanie w ukryciu, i że negus będzie ją uważał jako osobę, należącą do rodziny któregokolwiek z rzemieślników europejskich. To też przeraził się, widząc, że matka angielskiego pokrzyżowała wszystkie jego plany. Trzeba było jednak odpowiedzieć Teodorosowi i to odpowiedzieć natychmiast, gdyż wahanie, a choćby tylko pozór kłamstwa mogły go pozbawić wolności, a nawet i życia. Pospieszył więc wyjawić część prawdy, a mianowicie, że przywiózł Angielkę w nadziei, że przypodoba się tym sposobem negusowi. Przecież była matką misyonarza, który osiadł w Abisynii i który przed kilku miesiącami zdawał się być w laskach cesarza. Podczas gdy „ras“ tłómaczył się niepewnym i drżącym głosem, Teodoros marszczył brwi, a w oczach jego zaczęły migotać błyskawice gniewu. — Ach! tak, James Walton, — powiedział, jak gdyby zbierając rozpierzchłe wspomnienia, — ten śmieszny kaznodzieja, który nie należy do prawdziwego chrześcijańskiego kościoła... Przez swoją głupią gorliwość obraził „abunę“ (patryarchę Abisynii, głowę ich religii) i „abuna“ mnie prosił, abym go wydalił z kraju. Posłałem go więc z innymi do Magdala... Wszakże on i mnie chciał dawać nauki, mnie potomkowi Dawida. i Salomona! Niech zabiorą tę kobietę! — dodał gwałtownie. — Nie wiem, czego ona chce ode mnie... Płacz jej drażni mnie! „Ras“ Burru przysunął się szybko i usiłował podnieść klęczącą panią Walton, aby ją zmusić do ustąpienia z przed oblicza negusa, ale biedna matka nie chciała się ruszyć i powtarzała rozdzierającym głosem: — Łaski! królu królów!.. Łaski!.. Oddaj matce syna! Burru zawahał się, nie chcąc użyć siły względem kobiety, lecz Teodoros, tupiąc nogą, zawołał: — Zabierzcie tę waryatkę, wypędźcie ją, a jeśli się będzie opierała... Tu urwał naglenie dokończone zdanie, gdyż Ewunia, dotychczas taka zadowolona i dumna, że siedzi na ławce negusa, poznawszy w proszącej kobiecie panią Walton, która była dla niej taka dobra w czasie po- droży, zerwała się z ławki, przeskoczyła przez nogę lwa, który zagradzał jej przejście i uklękła obok Angielki, wyciągnęła do negusa drobne rączki, chcąc okazać, że jednoczy się z błaganiem swej przyjaciółki. Teodoros zadziwił się niewymownie. Z natury podejrzliwy i nieufny, zapytywał się w duchu, czy cała ta scena nie była ułożona pierwej, w celu wyzyskania jego wzruszenia. Ale po chwili musiał przyznać przed sobą, że był to tylko zbieg okoliczności, gdyż pani Walton, obawiając się ściągnąć na dziewczynkę gniewu negusa, odwróciła się od niej zupełnie i dawała. jej znak ręką, aby się oddaliła. Lecz Ewunia klęczała ciągle w pokornej postawie i spoglądała błagalnie na Teodorosa. Władca Abisynii nie mógł się długo opierać niemej prośbie dziewczynki. Nawpól z uśmiechem, nawpół z niecierpliwością, zapytał dziewczynki za pośrednictwem Burru: — Czy ta kobieta jest twoją krewną? Czy prosiła cię, abyś się za nią wstawiła?.. Cóż cię to obchodzi, że ja chcę ukarać jej syna, który mnie obraził? Ewunia odpowiedziała z prostotą i smutkiem zarazem: — Pani Walton przez cały czas podróży była dla mnie dobra jak matka... Ja nie chcę, żeby ona płakała. Ponieważ jego cesarska mość, negus, nie jest zły, dlaczegóż więc nie chce oddać syna pani Wal ton?.. Jeżeli to uczyni, będę bardzo szczęśliwa i będę go bardzo kochała! Burru przetłómaczył odpowiedź dziewczynki Teodorosowi, który wahał się chwilę, lecz błagalny wyraz twarzy Ewuni rozbroił jego gniew. Zaczął się śmiać, co mu się rzadko zdarzyło, podniósł z ziemi dziewczynkę i kazał jej powiedzieć przez tłómacza: — Chcę być w zgodzie z tobą, wydam więc rozkaz, aby wypuszczono z więzienia tego anglika James Waltona i żeby jaknajprędzej mógł się połączyć z matką w Gafat, dokąd udajecie się wszyscy. No, cóż, mała, czy jesteś zadowolona? Ewunia klasnęła w ręce. — Dziękuję, negusie! — powiedziała z radością, nie troszcząc się o to, że negus nie rozumie z pewnością jej niedokładnych wyrażeń w języku angielskim. — Cieszę się, że moja przyjaciółka odzyska syna, którego tak kocha... Wasza Cesarska Mość odda jej go natychmiast, nieprawdaż? Burru przetłumaczył znów to naiwne słowa, które zabawiły Teodorosa i wywołały w jego duszy słodkie, a nieznane mu wzruszenia. Pamiętając jednak o tem, że powołują go ważniejsze obowiązki, rzekł do Ewuni za pośrednictwem tłómacza: — Widzisz, że zasługuję na twoją przyjaźń. A teraz bądź zdrowa, wkrótce otrzymasz ode mnie wiadomość! Potem dodał, zwracając się do pani Walton: — Zabierz tę dziewczynkę i oddaj ją rodzicom... Prześlę ci rozkazy do Gafat. Pani Walton oddaliła się razem z Ewunią. Pułkownik, zadowolony, że się tak skończyła cała ta historya, odprowadził je do europejczyków. Tymczasem pani Walton mówiła do Ewuni: — Moje dziecię, wyjednałaś u tego okrutnego człowieka niesłychaną laskę... Niech cię za to Bóg błogosławi! Trudno jednak opisać męki, jakie przez ten czas przeszła Józwikowa, gdy zmuszona była pozostawić Ewunię pod opieką Teodorosa. Mąż i otaczające ją osoby z trudnością zdołały ją powstrzymać, gdyż chcia- ła biedz do swego dziecka. Gdy Ewunia wróciła, zaczęła ją ściskać i całować. Podczas posłuchania pani Walton europejczycy znajdowali się dosyć daleko od negusa, tak, że nie wiedzieli dokładnie, co się tam działo. Gdy się dowiedzieli, że dzięki prośbom Ewuni, syn pani Walton odzyska wolność, wszyscy zaczęli ją chwalić i pieścić. Ewunia odpowiadała z prostotą na wszelkie zapytania: — Tak, tak, zaznajomiłam się dobrze z negusem... bo ja się nie boję lwów, tak jak Ignaś... Pan Leras był niespokojny: — Chodźmy już, chodźmy! — powtarzał przyciszonym głosem, — jego wysokość spoglądał się kilka razy w tę stronę, a gdyby mu jaka inna fantazya przyszła do głowy, byłoby źle... Cały orszak skierował się więc ku bramie pałacowej; strażnicy wypuścili ich bez kwestyi. Europejczycy byli zachwyceni przyjęciem negusa, o którym opowiadano im tyle straszliwych rzeczy; teraz mniemali, że surowość jego dotyczyła tylko jego własnych poddanych. Jóźwikowie oboje dumni byli ze swej córki. Tylko „ras“ Burru, który szedł za nimi, obracał często głowę po za siebie, jak gdyby się obawiał jakiegoś rozkazu negusa, któryby radość wszystkich zamienił w smutek. Jak na dziś obawy jego okazały się bezpodstawne, gdyż podróżni nasi powrócili bez żadnego przykrego wypadku do obozu — na placu Gondaru. Ludność i wojsko abisyńskie wiedziało już, że negus łaskawie przyjął europejczyków, gdyż i oni okazywali im teraz więcej uszanowania. Lecz w dwie godziny później, gdy podróżni zabierali się do posiłku, oznajmiono przybycie posła, wysłanego przez negusa. — Przeczuwałem to! — szepnął z przerażeniem Burru. Wybiegł naprzeciw posła, a raczej posłów, gdyż było ich kilku i wprowadził ich do środka obozu. Najważniejszą osobą w tem poselstwie był człowiek, mający stopień „ras“, to jest pułkownika, sądząc po jego „marghef“, czyli haftowanej tunice i skrawkach lwiej skóry, jakiemi ozdobiona była jego tarcza. Trzymał on w ręku list niezapieczętowany. Drugi, wy- glądający na pazia, niósł spory koszyk, pokryty rogożą. Towarzyszyło mu kilku żołnierzy z dzidami. Wszystko to nie wróżyło nic dobrego dla Burru. Skłonił się jednak grzecznie posłowi i zapytał, czego żąda? — Przychodzę tu z rozkazu naszego władcy, — odpowiedział pułkownik, — polecono mi oddać rzemieślnikowi nazwiskiem Jóźwik list i rozmaite przedmioty, które mu negus przysyła. Burru wskazał ręką na Jóźwika i jego rodzinę, spożywającą posiłek na ziemi. Jóźwik podniósł się szybko. Podczas, gdy paź stawiał kosz na dywanie, zastępującym obrus, oficer wyjął z zanadrza woreczek skórzany, w którym zdawało się, że są pieniądze i przycisnąwszy z poszanowaniem do ust list cesarski, podał go Jóźwikowi, jako też i woreczek. Jóźwik przyjął dary z pomieszaniem i nie wiedział, co z niemi zrobić. Ponieważ list był napisany w języku amaryjskim, pan Leras ofiarował się, że go przetłómaczy i ucałowawszy go też, rozłożył papier. List był tylko nic nieznaczącym bilecikiem, które Teodoros lubił rozrzucać na wszystkie strony, ale ponieważ to jest próbka jego stylu i sposobu redagowania takich papierów w jego kancelaryi, przytaczamy ją tu w dosłownem tłómaczeniu: — W imię Ojca i Syna i Ducha świętego, Jedynego Boga. Rzemieślnikowi cudzoziemcowi, nazwiskiem Jóźwik, król królów, Teodoros, wybrany na tę godność z woli Trójcy Świętej, śle następujące poselstwo: Oficerowie moi doręczą temuż Jóźwikowi 30 talaris, jako dowód mojego zadowolenia. Owoce i chłodniki przeznaczone dla mojej malej przyjaciółki Ewuni i dla jej brata, małego krzykacza, którego niech Bóg błogosławi. Ten Bóg, który rzeki: „Pozwólcie przyjść do mnie małym dzieciom!“ List ten, zwyczajem władców wschodnich, nie był podpisany, lecz przyłożona była na nim pieczęć Teodorosa, która pismu nadawała wartość. Paź tymczasem uchylił rogożę z kosza, w którym znajdowały się przepyszne owoce, jakie znajdują się w podzwrotnikowych krajach, jako to: granaty, figi, pomarańcze. Były w koszu i ciastka, rodzaj placków nadziewanych miodem, była duża butelka jabłeczniku, a druga napełniona piwem abisyńskiem. Dzieci, dowiedziawszy się, że te łakocie dla nich były przeznaczone, zaczęły hałaśliwie objawiać swą wesołość i zabrały się do kosztowania darów króla nad królami. Ewunia, zajadając owoc granatu, równie purpurowego jak jej usta, mówiła: — Widzicie, że miałam słuszność dowodząc, że negus nie jest złym człowiekiem. Spełniwszy poselstwo, oficerowie cesarscy zabierali się do odejścia. Jóźwik prosił ich, aby wyrazili cesarzowi jego wdzięczność i podziękowanie. Oficerowie oddalili się niezwłocznie. Burru odprowadził ich po za obóz, gdyż oficer, który szedł na czele poselstwa, dał mu znak, aby za nim poszedł. Rozłakomiony darami, jakie otrzymali europejczycy, Burru mniemał, że i on obdarowanym zostanie. — „Ras“ Mikaelu, — zapytał wesoło, — czy jego mość nie powierzył wara jakiego rozkazu dla mnie? — A jakże, a jakże! — odpowiedział Mikael ze złośliwym uśmiechem. — Najprzód masz jechać jutro zrana do Gafat z europejczykami. Wiem o tero; ale czy jego wysokość nie pomyślał o przyznaniu mi jakiej nagrody za to, że powiodło mi się posłannictwo w Europie? — A jakże... a jakże... zaraz zobaczysz. I odwróciwszy się do czterech towarzyszących mu żołnierzy, którzy zatrzymali się o kilka kroków dalej z rzemieniami ze skóry nosorożca w ręku, rzekł do nich rozkazująco: — Bądźcie posłuszni jego wysokości i wyliczcie pułkownikowi dwadzieścia uderzeń! I zanim biedny pan Leras mógł pomyśleć o swojej obronie, zerwano z niego tunikę i na obnażone plecy wyliczono mu dwadzieścia razów, tak silnych, że aż krew trysnęła mu z ciała. Burru nie śmiał krzyczeć, chociaż twarz mu się mieniła z bólu. Zresztą drugi pułkownik, jako dobry towarzysz liczył skrupulatnie uderzenia, a gdy już było dwadzieścia, kazał się ludziom zatrzymać. Wtedy narzucono uprzejmie tunikę na jego ramiona i pułkownik Mikael z żołnierzami oddalił się, aby oznajmić negusowi, że jego rozkazy zostały spełnione. Burru, wracając do obozu, zapytywał się z tłumionym gniewem, co mogło nań sprowadzić tak surową karę? — To zapewne za tę panią Walton, — powiedział sobie w duchu, — ale jakim sposobem negus się dowiedział?.. Ale jeśli wie, że zarobiłem sto talarisów, to dziwię się, że się zadowolnił, skazując mnie tylko na dwadzieścia uderzeń; zazwyczaj nie bywa tak pobłażliwym... Hm! może dlatego, że mnie jeszcze potrzebuje, abym zaprowadził europejczyków do miejsca ich przeznaczenia? Ale gdy się wywiążę z poleconego mi zadania, to kto wie... Do pioruna! jak on śmie obchodzić się ze mną w ten sposób, nie pamiętając o usługach, jakie mu oddałem... Ale jeśli mnie popchnie do ostateczności, to chociaż jest negusem, biada mu!... Człowiek czuje się silnym, gdy nie waha się poświęcić swego życia. Burru, wszedłszy pomiędzy europejczyków, ukrył przed nimi i ból fizyczny i niepokój moralny. Zdołał nawet wywołać uśmiech na usta, pomimo, że gwałtowny gniew miotał jego sercem. Wieczorem, po dniu tak pełnym wrażeń, gdy dzieci Jóźwików spały już pod namiotem, Jóźwik zaczął mówić do żony o nadziejach, jakiemi go przejmowała dobroć negusa. Ale żona nie podzielała radości i zapału męża; nie chciała go zasmucać, lecz przyszłość, ta przyszłość zawsze tajemnicza i groźna, przejmowała ją nieokreśloną obawą. Całą noc przepłakała cicho, słuchając wycia hyen i szakali, które błąkają się swobodnie w nocy po ulicach Gondaru.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of W Abisynii.
