Front matter
JAN ZACHARYASIEWICZ
TEORYA
PANA FILIPA
całość
JAN ZACHARYASIEWICZ
TEORYA
PANA FILIPA
OBRAZEK
W
NAKŁADEM KSIĘGARNI
GUBRYNOWICZA i SCHMIDTA
1
I.
Znajomy nasz Imci pan Antoni Malina jest napozór jednym z owych uprzywilejowanych próżniaków, na których socyaliści ostrzą noże. Posiada on kamienicę narożną przy ulicy Słonecznej i pół tuzina lokatorów. Kamienica przyszła mu w spadku po ojcu zacnym obywatelu i pracowitym fryzyerze. Na tak zaszczytnem stanowisku uznał pan Antoni Malina wszelką pracę za niepotrzebną, przysposobiony już od dziecka przez matkę na pana kamienicznego. I lat czterdzieści kilka wytrwał szczęśliwy kamienicznik na swojem stanowisku. Lokatorowie całej Słonecznej ulicy zazdrościli mu tego szczęścia. Widzieli go zawsze uśmiechniętego, w lśniącym cylindrze i podziwiali jego buty skrzypiące. Kilka małych chmurek, jak naprzykład eksmisya niewypłacalnych lokatorów, lub malowanie frontu kamienicznego na rozkaz władzy, nie zaciemniało wcale tego zazdroszczonego szczęścia. Były to jednak tylko pozory. Pan Antoni Malina był tylko pozornie szczęśliwy — a kto dłużej mógł wglądnąć do jego duszy, ten widział tam rzeczy, które wcale nie były godne zazdrości. Pan Malina był tylko cztery razy w roku szczęśliwym. Były to dnie czynszów kwartalnych. Miał on wtedy oblicze rozpromienione, wydawał się młodszym a nawet w te dnie chodził do teatru. Krótko jednak trwało to szczęście. Rzeczywistość odsłoniła mu stronę odwrotną. Dziedzic kamieniczny odziedziczył po zacnym swoim ojcu, starszym stowarzyszenia fryzyerów, bardzo chwalebną namiętność pomnażania fortuny. Zamiast jednak szukać środków do tego w pracy produkcyjnej, suszył sobie nad tem głowę, jakimby to sposobem narobić w kamienicy jak najwięcej izdebek. W miarę tej wzrastającej namiętności, padały ofiarą wszystkie bezużyteczne przestrzenie domu, wszystkie za długie korytarze i przesmyki, a w końcu zaczęły na podwórzu stojące komórki i drewutnie powoli zamieniać się w pokoiki i izdebki. Tym sposobem był pan Antoni Malina zawsze głodnym i łaknącym. Pieniędzy nie miał nigdy dla siebie — bo każdy grosz wzięty od lokatora obracał na nowe klitki i przybudowania. Żył bardzo oszczędnie, wszystkiego sobie odmawiał, a w głodnych, bezsennych nocach myślał tylko o tem, jakimby sposobem ukleić w podwórzu jedną klatkę! Być może, że kiedyś położył sobie pan Malina jakiś szlachetniejszy cel życia. Być może, że pierwej chciał materyalnie silniej stanąć na nogach zanim do idealniejszej zwróci się sfery. Chciał może zostać zamożnym obywatelem a potem obejrzeć się za towarzyszką życia. Stało się inaczej. — Dostawszy raz gorączki przysparzania sobie dochodów z kamienicy, sam nie wiedział jak ta gorączka stała się chorobą chroniczną. Przyzwyczaił się do niej i zapomniał że kiedyś miała ona być tylko środkiem. Dzisiaj z przyzwyczajenia środek ten stał się celem, a szczęśliwy producent izdebek nie spostrzegł się nawet, że został — starym kawalerem. Tak jest — pan Antoni Malina jest dzisiaj już pono starym kawalerem. Krawiec, szewc i fryzyer robią jeszcze co mogą, aby dziedzic kamienicy nie był podobny do dziada z dobroczynności, ale szwaczki z naprzeciwka chichoczą zawsze do siebie, gdy pan Malina wąsy podkręca i jednem okiem na nie zerka. Wprawdzie u jednej z tych szwaczek jest on w lepszych łaskach, a nawet właściciel narożnej bawiarni widział razu jednego, jak oboje za ręce się ściskali. Rozczarowanie jednak nastąpiło wkrótce. Chcąc tak rzadki już dzisiaj dla starego kawalera sentyment jakoś wynagrodzić, dał pan Malina szwaczce romantycznej pół tuzina koszul do szycia. Jakże jednak wielkie było jego zmartwienie, gdy pracownica igły za swoją robotę potrójną cenę zażądała! Więc zapłacić musiał za ten sentyment!... Pan Antoni nie był jednak pesymistą. Za rozczarowanie, jakie mu prosta szwaczka sprawiła, nie rzucał błotem na cały świat, jak to zwykli czynić poeci. Tłómaczył to sobie niskim poziomem wykształcenia bohaterki i był pewny, że z wyższych sfer towarzyskich dziewica umiałaby go lepiej i szlachetniej ocenić. W takiem właśnie stadyum życia był obecnie pan Antoni Malina. Nie wyrzekł się jeszcze lepszej nadziei, tylko kłopoty kamieniczne nie dawały mu potrzebnego do tego spokoju. Był on jednak pewny, że kiedyś te kłopoty się zakończą, że cała kamienica będzie po sam dach napełniona różnemi klatkami i gdy już ani piędzi przestrzeni próżnej nie stanie — wtedy odpocznie sobie i pomyśli o czem lepszem! I bardzo blizkim był już szczęśliwy kamienicznik urzeczywistnienia swoich marzeń. Już wszystkie komory i komórki pozamieniane były na izdebki — wszystkie piwnice były zajęte przez lokatorów, nawet poddasza, służące dotąd do suszenia bielizny były zaludnione — gdy nowe otworzyły się przed nim kłopoty! Oto po ciepłych deszczykach majowych, tak zbawiennych dla producentów żyta i pszenicy — zarysował się nagle główny filar kamienicy, który antique more spadzisto podpierał cały róg położony na pochyłym gruncie. Pan Antoni Malina struchlał gdy fatalną szparę obaczył. Nie mógł nawet poznać co jest skutkiem a co przyczyną. Nie wiedział czy filar, tyloletni przyjaciel kamienicy, zamyśla wziąć rozwód z towarzyszką swoją i w tym celu od niej się oddala — czy też towarzyszka całym swoim korpusem odsuwa się od swego przyjaciela tyloletniego! Od tej chwili przybrało życie pana Antoniego Maliny pewien systematyczny porządek. Zrana o godzinie ósmej wychodził w szlafroku i własną ręką obmacywał szparę między filarem a kamienicą. Wkładał rękę w szparę aby się przekonać czy przez noc nie rozszerzyła się. Przywoływał stróża i odbywał z nim dyalog, który stosownie do chmurnego lub pogodnego nieba był mniej lub więcej zasępiony. Gdy słońce świeciło, szpara wydawała się mniejszą — przy niepogodzie otwierała się jak zabójcza przepaść! Trwało to czas niejakiś. Wreszcie trzeba było zawołać lekarza. Lekarz kamieniczny pokiwał głową, wysondował szparę patykiem i zaproponował radykalną kuracyę, uważając chorobę filara za nader niebezpieczną. Pan Malina zafrasował się. Anszlag kosztów kuracyi przenosił całoroczny czynsz — a prócz tego były kłopoty z lokatorami. Trzeba było bowiem cały róg kamienicy nanowo wybudować! Szczęśliwy kamienicznik był teraz najnieszczęśliwszym człowiekiem. Rachował dzień i noc. Podwyższał w duchu komorne i liczył wiele każda podwyżka może wynieść. Rezultat nie był dobry. Daleko było jeszcze do anszlagu! Pożyczyć w publicznej instytucyi nie chciał, bo to zniżyłoby kurs kamienicy i osoby. Brać na lichwę niepodobna. Jakże tu dać sobie radę? Pan Malina myślał i myślał — i w końcu coś wymyślał przecież. Ubrał się bez pretensyi, w najgorszy swój kubrak, w jakim zazwyczaj cztery razy do roku chodził po czynsz do lokatorów. I wszedł do najpierwszego swego lokatora, zajmującego całe pierwsze piętro.
II.
Lokator pierwszego piętra to także nasz dobry znajomy. Nazywa się Jpan Filip hardy i jest najprzód bardzo zacnym człowiekiem a potem profesorem fizyki przy gimnazyum. Jak zwykle każdy człowiek, jest pan Filip niekontent z swego zawodu. Ma on to przekonanie, że z prawa należy mu się katedra filozofji. Byłby nawet już dawno na niej zasiadł, gdyby wieczne intrygi nie pozbawiły go tego zaszczytu. Pan Filip nie traci jednak nadziei. Wierzy tak samo jak jego gospodarz pan Malina, że w końcu stanie u kresu swoich marzeń i tylko widok szczęśliwego kolegi profesora filozofii, który jest od lat kilkanaście młodszym od niego, sprawia mu ciemniejsze chwile życia. Trudno bowiem aby młodszy kolega chciał wcześniej umrzeć — a innego sposobu nie było, aby się do upragnionej dostać katedry. Do czasu pojednał się pan Filip z losem swoim, mimo to często od eksperymentów wyrywał się w duchu do różnych zagadnień filozoficznych. Mimo tego rozdarcia jaźni swojej na dwie tak różne połowy, jest pan Filip przy dobrej fantazyi. Jest on nizki i krępy i ma zacną łysinę, którą przed światem ukrywa, i zacniejszą jeszcze małżonkę, którą zbyt często ludziom nie okazuje. Jest ona dobrej tuszy i ubiera się w jaskrawe kolory. Można ją często widzieć na różnych spacerach publicznych i koncertach. Nie dla siebie jednak — jak sama twierdzi — czyni to wszystko zacna niewiasta. Poświęca się ona dla drugiej daleko młodszej od siebie istoty. A istota ta ma co najwięcej siedmnaście wiosen — ma długie jasne warkocze i parę czarnych jak węgiel oczu. Z figury jest podobna do wiotkiej trzciny, którą wiatr skwarny na stawiskach kołysze. Według sumiennych gramatycznych studyów pana Filipa, nazywa się słowem niewiasta „Jpani Hardzina“, a młodsza jej towarzyszka jest — „Anielą Hardzianką!“ Panna Aniela zasłużyła sobie na to nazwisko rodowe. Mogła być słusznie hardą, czyli raczej dumną z swoich złotych warkoczy, z twarzyczki sympatycznej i z tych zalotnych dołków, które pojawiały się na jej licach za każdym uśmiechem. Oprócz tego miała jeszcze usteczka jak pączki różowe, a zęby były podobne do najpyszniejszego fabrykatu amerykańskiego przeznaczonego dla damy dworu najpierwszego w Europie mocarstwa. Już to cały ród Hardych zakrawał na ludzi hardych. Pan Filip, profesor fizyki, nosił nos do góry i pozował na profesora filozofii — pani Hardzina przez ramię patrzyła na wszystkie panie profesorowe, bo ją rodziła Jpani Wojciechowska z Babieniec, cioteczna siostra pani Anastazyi Grochowieckiej! A pogarda jej dla ludzi książkowych wzrosła jeszcze więcej, gdy całe gremium profesorów gimnazyalnych ani o pani Wojciechowskiej z Babieniec, ani o pani Anastazyi Grochowieckiej nic powiedzieć nie umiało! Na jednym tylko punkcie była do zranienia zacna matrona — a tym punktem były pieniądze. Ludzi bogatych ceniła wysoko a wtedy nie pytała ani o Wojciechowskich ani o Grochowieckich.
III.
W tej chwili cała rodzina Hardych jest w domu. Pani Hardzina siedzi w czerwonej sukni w tak zwanym salonie — przy oknie stoi Aniela, a w małym narożnym pokoiku szpera coś między książkami pan Filip. Nagle podniesionym głosem ozwał się zacny profesor: — Bójcie się Boga! co tu się dzieje? Pani Hardzina zawsze wzorowo bała się Boga — toż i teraz z wyrazem bojaźni na rumianej twarzy swojej zerwała się z fotelu, Anielka nie wiedzieć zkąd złapała nagle raczka na twarzy i jakby na gorącym złapana uczynku uciekła szybko od okna. — Cóż ci jest? — zapytała zacna małżonka, wtykając z ostrożnością głowę do małego pokoiku. — Ależ to nieszczęście! — wołał w szafie profesor — prawdziwe nieszczęście! — Jakie nieszczęście? — z pewną obawą zapytała córka. — Widziałem wprost do drugiej kamienicy z naprzeciwka! — huczał w szafie głos profesora. Na twarz Anieli wystąpił jeszcze żywszy rumieniec. — Cóż ojciec widział? — zapytała zwolna — ja nic a nic nie widziałam! Jak ojca kocham, nic nie widziałam! — Nie mogłaś widzieć... ale ja widziałem!... — Cóż ja temu winna, kochany tatulku... ja nic nie widziałam! Szyby z naprzeciwka błyszczą się... — Co ty tam pleciesz — zawołał w szafie pan Filip — chodź tu a obaczysz! Biedna dziewczyna chwiejnym krokiem zbliżyła się do ojca. Pan Filip wyjął głowę z szafy. — Patrz teraz! — mówił do córki — patrz prosto między oślim grzbietem Tacyta a złoconym brzegiem Owidyusza. — Nic nie widdzę! — szeptała zakłopotana Aniela. — Jakto nie widzisz? — burczał profesor fizyki — przecież promienie słońca choćby tylko odbite... — Jak ojca kocham, nic nie widzę! — Czy jesteś czy udajesz ślepą? — Ależ, Filipie — łagodziła małżonka — ty zawsze czemś prześladujesz biedną Anielkę. Cóż ona temu winna, że się wszystkim podoba i że każdy rad na nią patrzy. Przecież oko nic nie ukradnie i nic nie grzeszy! Profesor zwrócił twarz do żony. Wyglądał on teraz bardzo tragicznie. Na resztkach siwych włosów wisiała pajęczyna w fantastycznych festonach — na łysinie zazwyczaj mocno błyszczącej osiadły grube warstwy kurzu z szafy bibliotecznej. Oczy miał zacny profesor szeroko otwarte, a na ustach drżało jakieś słowo dla małżonki nie bardzo przychylne. — Cóż to... nie obrażając Pana Boga... czyście obie spały? Mówię do jednej, mówię do drugiej, a jedna i druga odpowiadają ni w pięć ni w dziewięć. — Ty-bo zawsze plotkom uwierzysz! — replikowała pani Hardzina. — Plotkom? — powtórzył profesor. — Ciekawa jestem — dodała Aniela — jak ja mogę co w kamienicy naprzeciwko widzieć i dla czego ojciec każe mi tutaj za to w ciemny kąt szafy patrzyć!... Profesor wyprostował się z powagą. Wyglądał w tyftykowym szlafroku jak mandaryn. — Coście jadły dzisiaj? — zapytał z powagą. — Cośmy jadły? Przecież ty jadłeś to samo! — Uchowaj Boże! Ja przecież jestem przy zdrowych zmysłach, a u was widać w głowach jakieś zboczenia... Trzeba wiedzieć, że profesor Hardy, obok katedry fizyki, uprawiał także w wolnych chwilach filozofię. A że należał do idealistów mimo swego tak realnego zawodu, walczył zapalczywie przeciw prądom tak zwanego pozytywizmu. W tym celu robił różne eksperymenta na sobie i swojej rodzinie, aby się przekonać gdzie się kończy materya, a gdzie się duch zaczyna. Przedewszystkiem zajęty był obecnie badaniem wpływu pokarmu czyli materyi na bieg myśli czyli ducha, jak się zwykł wyrażać. Po każdym obiedzie, który składał się z mięsa, jarzyn lub leguminy, notował w duchu pilnie wszystkie swoje myśli i porównywał je z myślami poobiednemi wczorajszego postu. Badania te rozciągał także i na rodzinę swoją, badając jej myśli i uczucia sposobem sokratesowskim. — Coście jadły? — zawołał po niejakim czasie — bo nietylko myśli wasze inaczej funkcyonują, ale nawet i oczy nie widzą tego, co ja widzę! I zacny profesor zadumał się teraz nad pytaniem które sobie w duchu zadał: czy materya (potrawy) jednako u wszystkich na ustrój mózgowy wpływa, czy też u różnych osób różne wywołuje skutki? Czy kotlety dzisiejsze z szpinakiem mogą u jednych sprawić jakieś wizye niczem niewytłumaczone, a innym zaćmić nerwy wzroku że nic nie widzą?... Gdy zacny profesor nad tem ważnem pytaniem przemyśliwał i w duchu niecne zasady różnemi argumentami zwalczyć usiłował — zbliżyła się pani Hardzina do szafy i zawołała: — Toż to na ulicę ztąd widać! — A prawda! Teraz widzę! — dodała Aniela. — Widzicie! — Widzimy! Teraz widocznie zamigotał biały odblask światła w ciemnym kącie szafy. Był to rzeczywisty dowód separacyi filaru z kamienicą. O tej projektowanej separacyi wiedział już dawno pan Filip, nie wierzył jednak aby to tak prędko nastąpić miało. Teraz przekonał się naocznie, a z nim cała Hardów rodzina uznała grożące niebezpieczeństwo. Szpara między kamienicą a filarem była już tak znaczną, że nawet przedzierała się przez nią biaława smuga zewnętrznego światła. — Otóż masz! — wołał biedny profesor — znowu się przeprowadzać! — Kto się trzy razy przeprowadzi, to tak jakby się raz spalił! — westchnęła zacna małżonka. — A ja tak się już przyzwyczaiłam do mego pokoiku — dodała Aniela, rzuciwszy tęskne spojrzenie na przeciwległą kamienicę. Biedny profesor nie słyszał słów żony i córki. Był on cały zatopiony w kontemplacyi bardzo smutnej. Wodził oczyma po złoconych i oślich grzbietach swoich książek, tak systematycznie w szafie ustawionych. A wszystko to trzeba będzie zburzyć i całą bibliotekę nanowo ustawić! A co w drodze popsuje się, podrze a nawet przepadnie! A co takie przeprowadziny kosztować będą! Ile zmartwienia będzie z ludźmi nieobeznanymi z książkami, nieumiejącymi takie skarby ocenić!... Profesor bardzo posmutniał. Smutek ten udzielił się także i zacnej małżonce. Powiodła okiem po meblach świeżo czerwonym rypsem pokrytych. Co to się stanie z tego wszystkiego! Podrze się lub przypadnie kurzem! Ludzie prości nie umieją się z takiemi rzeczami obchodzić! Smutna, bardzo smutna perspektywa! Najwięcej może odbił się ten smutek na bladej twarzy Anieli. Smutno spojrzała w okna, jakby tam jakiejś pocieszającej myśli szukała. Nagła zmiana miejsca jest dla młodej dziewczyny zawsze smutnem wydarzeniem. Ona już uporządkowała tu cały swój mały światek, już zapełniła różnemi rojeniami wszystkie najbliższe przestrzenie — już nawet poczęła tu pewne dzieje swego serduszka... a tu zrywa się złota przędza i trzeba znowu nanowo ją nawiązywać, tak jak wiatrem wyrzucony z swego gniazda pająk szuka nanowo cichego kąta, gdzieby mógł uprząść siatkę swoją!... Czyż to nie należy do dziejów młodocianego życia, jeżeli przez tę zaciszną ulicę tyle i tyle razy się przeszło i tam na zakręcie spotkało się raz pana Karola, a drugi raz pana Józefa? Czyż można tak prędko o tem zapomnieć, że pan Zygmunt pięć razy odprowadzał już do samych drzwi tej kamienicy i od tego czasu kilka razy przechodził tą ulicą patrząc się zawsze w okna białemi ubrane firankami?... Albo ten pokoik z ponsowemi meblami! Tu między oknami siedział raz pan Gustaw i bardzo wiele rozmawiał z nią o muzyce i poezyi! W tamtym znowu kącie pod piecem bawiono się raz w sekretarza, przyczem tyle słodkich słówek doleciało do jej pięknego uszka!... I wszystkie te wiośniane wspomnienia trzeba pożegnać, trzeba się do nieznanej przeprowadzić kamienicy, gdzie wszystko będzie tak obce, tak zimne!... Zaprawdę dosyć powodu do smutku. Nawet ta szara kamienica naprzeciwko... Przy tej myśli najsmutniej zrobiło się Anieli. — Przecież tę szparę można zalepić! — ozwała się biedna ze łzami w pięknych oczach. — Można wapnem zatynkować! — dodała matka.
Profesor ciągle myślał. Na jego czole rysowała się wielka powaga. — Można zalepić i wapnem zatynkować — powtórzył machinalnie słowa żony i córki, i myślał dalej. — To będzie najlepiej — szczebiotała Aniela. — I najtaniej! — dodała matka. Wyprostował się zacny profesor. — Słowa wasze — zawołał — dowodzą tylko że w tej kwestyi stoicie na gruncie czystego idealizmu. I ja rad bym z wami stanąć na tym gruncie, ale proste zasady fizyki nie pozwalają na to. Mur jest materyą, a każda materya ma prawa nieubłagane. A prawa te z duchem nie stoją tym razem w żadnej styczności!... Duch i materya — to są często tak różne rzeczy, że w żadnej z sobą nie stają spójni! Głupstwem wierutnem jest, jeżeli są ludzie którzy w jednem widzą tylko przyczynę a w drugiem rezultat! Duch nie może być nigdy rezultatem materyi! To też bezduszne są mrzonki materyalistów! Zacny profesor wszedł już tutaj na ulubiony swój temat. Pracował on właśnie nad dziełem, w którem chciał dowieść, że materja na ducha wcale nie wpływa i jedno i drugie są zupełnie odrębne czynniki świata. Nic dziwnego, że przy tej sposobności musiały kobiety wysłuchać małego traktaciku, który ustawicznie błąkał się po poczciwego profesora. A miał on dla niego tem większą ponętę, że przez takie gruntowne opracowanie jednego z zagadnień filozoficznych może kiedyś uzyskać katedrę filozofii! Dniem i nocą wzdychał do tej ziemi obiecanej, do owych biblijnych gron olbrzymich jakie ztamtąd byli wynieśli eklererzy żydowskiego narodu, a które czasami pojawiały się przed nim w postaci pieniędzy pobieranych przez profesora uniwersytetu. A były to obok zamiłowania naukowego wielce rozkoszne marzenia gimnazyalnego fizyka! Z tych dzisiejszych jego badań naukowych weszło nawet coś w codzienne stosunki rodziny. I tak, jeżeli profesor chciał niechęć swoją lub pogardę wyrazić — to używał wtedy tego słowa: materya! Niezdarna służąca, która twarde mięso z jatek przyniosła, była nazwana — materyą. Zacna małżonka, gdy w słowach swoich gorętszych czasem z logiką się rozminęła, dostała nazwę — materyi. Nawet Aniela, gdy zanadto była roztargniona, dowiedziała się że jest... materyjką! Czasami przechodziła ta nazwa po za sferę domową. I tak Jpan Antoni Malina, gospodarz i sumienny egzekutor czynszów kwartalnych, był przy tej sposobności także materyą nazwany. Za to słowo: duch, dostawało się wszystkim i wszystkiemu co tylko na jakąś pochwałę zasługiwało. Służąca, która obiad „duchem* wydać umiała, była w wielkich łaskach. Stary emeryt i przyjaciel domu pan Walenty był — dobrym duchem rodziny i t. d. Z tego widać, że zacny profesor był nieprzyjacielem materyi i walczył zapamiętale w obronie ducha. A walka ta na polu filozoficznem prowadzona, miała mu kiedyś otworzyć podwoje do katedry filozofii i kasy rządowej, w której pobierali pensye profesorowie uniwersytetu. I w słabych chwilach swego życia wierzył pan Filip, że to kiedyś nastąpi — tylko nieubłagane zwierciadło odbierało mu czasem tę rozkoszną nadzieję. Był on bowiem już siwy i łysy — a jego antagonista miał czarną i bujną czuprynę. Gdyby materya — rozumował — w takim razie profesor — była rzeczywiście z duchem tak ściśle spojona, to miałbym już dawno bujne, czarne włosy, jak tego ustawicznie pragnę! Po krótkiem zamięszaniu, w jakie wprawiła go rozmowa o separacyi filaru od ściany kamienicznej, prawił profesor dalej: — Chcąc tę szparę zalepić wapnem... to jest czysty idealizm. Wygląda on bardzo pięknie, ale z uporną materyą w żaden sojusz nie może się wdawać. Materya ma swoje prawo grawitacji. Dąży do środka ziemi. Ponieważ filar tworzy linię pochyłą a ściana ma być pionową — dla tego może być tylko ta alternatywa, że albo ściana od filara, albo filar od ściany odchodzi. Jeżeli zaś jedno z tych jest faktem — to fakt ten będzie dalej postępować według praw fizyki — i szpara będzie coraz większą! Wapno nie sklei zatem tak ciężkiej materyi, a raz rozpoczęty proces pochylania się ściany lub filaru pójdzie dalej. Wniosek ztąd, że trzeba albo gruntownej reparacyi, albo wyprowadzić się! Ach! wyprowadzić się! — powtórzyły żałośnie obie kobiety. — Tak... wyprowadzić się — tragicznym głosem zawołał antagonista materyi — i to wyprowadzić się prędko, bo są pewne sytuacye, w których duch przeciw materyi nic nie pomoże... przeciwnie, materya nad duchem górę bierze! — Co się stanie z temi meblami, które dopiero od pół roku mają świeże pokrycie? — westchnęła małżonka. — A te obrazki i lanszafty, które znowu trzeba będzie przybijać i porządkować! — dodała córka. Profesor patrzał z pogardą na obie. — To nic — zawołał z tragicznym ruchem ręki — to wszystko... materya! Ale tu patrzcie! Co tu duchów... w oślej i papierowej skórze! A wszystko to wyjąć, przewieść i znowu poukładać! To praca Syzyfa! Profesor patrzył przy tych słowach na szafę biblioteczną i z powagą kiwał głową. Po chwili ozwał się z namaszczeniem: — Życie ludzkie podobne jest do wielkiej szafy bibliotecznej. U ludzi porządnych i systematycznych jest wszystko w porządku, jak tutaj w tej szafie. W dolnych pułkach jako fundament wszystkiego jest „teologia“. Dalej idzie: pedagogia: historya, geografia, fizyka następują potem, a koroną wszystkiego — filozofia! Pomięszaj to wszystko razem jak groch z kapustą, to będzie... encyklopedya! Z końcem zeszłego wieku encyklopedyści sprowadzili rewolucyę!... Czy wiecie teraz co jest rewolucja? Jeżeli te wszystkie książki razem się pomięszają, jeżeli materya nad duchem górę weźmie... — Przeprowadziny, to prawdziwa rewolucya! — westchnęła pani profesorowa, chcąc się dostroić do swego męża. — Rzadko kiedy wypowiedziałaś lepsze słowo! — podjął z widocznem zadowoleniem profesor — nad systematycznym porządkiem naszego domu zatknie rewolucya swój sztandar czerwony i długich tygodni potrzeba będzie, zanim w uspołecznieniu tych oto książek i sprzętów domowych ład jaki będzie można zaprowadzić! I wcalebym się nie dziwił, gdyby Wujek zeszedł się z Renanem lub starym Straussem, Kant z Häcklem, z Moralnością, a Koran z uchwałami sejmu galicyjskiego! Powiadam wam dalej, że wcale nie byłoby to rzeczą wyjątkową, gdyby ta czerwona kanapa musiała oprzeć się o szafę spiżarnianą, nie wspominając już nic o innych mniej szlachetnych sprzętach i meblach! Każda bowiem rewolucya jest negacyą wszystkiego co jest wywrotem tego, co dzisiaj porządek stanowi!... — I odbiera nam najprzyjemniejsze widoki! — szepnęła zcicha Aniela, patrząc ukradkiem w okno, w którem jakby przypadkiem ukazała się jakaś blada twarz... mężczyzny, patrząca wprost do mieszkania rodziny profesorskiej. — Masz słuszność — prawił dalej profesor zapatrzony w szafę — rewolucya odbiera nam widoki najbliższej naszej przyszłości i pogrąża nas w ciemny, bezbrzeżny zamęt! — Nawet człowiek nie wie, gdzie teraz mieszkać będzie! — wtrąciła pani profesorowa — może w jakiej dziurze... — Prawda... jesteśmy bez jutra! Profesor wyrzekł te słowa z wielkiem patos, bo wobec nowych przeprowadzin był naprawdę w usposobieniu prawdziwie dramatycznem. W tej chwili zapukał ktoś do drzwi. Aniela pośpieszyła jako awangarda. — Kto tam? — zapytał główny korpus domu. Aniela zajrzawszy do przedpokoju wiedziała już kto — ale nie mogła głośno o tem główny korpus zawiadomić. Użyła więc wybiegu, który profesor bardzo dobrze zrozumiał. — Materya! — zawołała półgłosem niby od niechcenia. Profesor zrozumiał córkę. Do pokoju wszedł Jpan Antoni Malina.
IV.
Pan Malina rzadko bywał w domu profesora, co najwięcej cztery razy do roku po czynsze kwartalne. Nie miał on żadnego pociągu ani do jego książek w oślej skórze, ani do jego rozpraw o duchu i materyi. Jako pan kamieniczny był on wyższym nad wszystkie drobnostki, nawet nie imponowała mu czerwona suknia pani profesorowej, ani złote warkocze Anieli nie wywarły na jego kamienicznem sercu jakiegokolwiek wrażenia. Była to według niego po prostu rodzina urzędnicza, stworzona przez Pana Boga na lokatorów cudzych kamienic. Jako materyał zapełniający najwyższe i najniższe izdebki kamienicy miał on tylko jakiekolwiek znaczenie — ale w bliższą poufałość nie wchodził z nim nigdy właściciel kamienicy. Pan Malina pozdrowił rodzinę profesora dosyć obojętnie, kobietom się ukłonił, panu Filipowi poufale podał rękę. Ponieważ blada twarz mężczyzny w oknie przeciwległej kamienicy w głąb się gdzieś usunęła — spojrzała Aniela na gościa z pewną uwagą, choćby przez ciekawość tylko. Znała ona dobrze pana Malinę, ale dzisiaj z przyczepionem przed chwilą przezwiskiem: „materya“, był on dla niej ciekawszym nieco egzemplarzem. Z uśmiechem zaczęła mu się przypatrywać. Pan Malina mógł bardzo słusznie wyobrażać materyę. Był to niski, grubawy i przysadkowaty mężczyzna z twarzą rumianą, kilkoma grubemi zmarszczkami na tyleż części podzieloną. Prócz zdrowia nic na tej twarzy nie było. Widać z niej, że ten człowiek dobrze je, pije i trawi. Widać było także po jego prostej postaci, że nigdy przy biurku zbyt długo nie siedzi, książek nie czyta — tylko zawsze wyprostowany robotników swoich dogląda. Mógł być ideałem kucharek lub praczek, nie mówiąc już o tych, dla których każdy jest ideałem, kto dobrą kolacyjkę z szampanem zapłaci. Używając wyrażenia ojcowskiego, była to wyborna materya, ale prócz tego nic więcej. Pan Malina był dzisiaj w niezwykłem ubraniu. Zazwyczaj obchodząc lokatorów po czynsze, ubrany był w wytartym surducie. Miało to oznaczać kłopoty właściciela i stać niejako w harmonji z kłopotami i ubiorem lokatorów. Dzisiaj odstąpił od tej roli. Miał na sobie ubranie jasnokraciaste, wszystko z jednej materyi. Była to więc wizyta według niego w całem znaczeniu tego — bo ubranie było nowe; rozumie się wizyta gospodarza u swego lokatora. Jakkolwiek zacny gospodarz od dziecka na pana kamienicznego wychowany, nie wielką grzeszył inteligencyą — miał jednak pewien spryt wrodzony, który w stosunkach z lokatorami był mu bardzo potrzebny. Wiedział za pierwszym rzutem oka, komu czynsz podwyższyć o połowę, a komu tylko o dwadzieścia pięć procent. Wiedział czy sądowa eksmisya lokatora zda się na co, czy lepiej i korzystniej jest zaczekać. Wiedział także z pierwszych słów zaraz, czy lokator sam sobie dymiący piec naprawi, czy z komornego coś na to odstąpić trzeba. Takie i tym podobne stosunki z lokatorami rozwinęły w kamienicznym właścicielu pewien węch i spryt powszedni, jaki naprzykład widzimy u psów i kotów, gdy im chodzi o zgrabne złowienie zdobyczy. To też po przywitaniu się z zacną rodziną profesora, zatrzymał się pan Malina na środku pokoju w pewnem milczeniu dyplomatycznem. Chciał się pierwej w sytuacyi rozpatrzyć, zanim mógłby przystąpić do interesu. Nie długo pozwolił czekać zacny profesor. — Dobrze żeś pan dobrodziej przyszedł — zawołał zaraz po przywitaniu — chodź pan pokażę panu. I pociągnął gospodarza do szafy bibliotecznej. Pan Malina ujrzał szparę na wskroś. Twarz jego nic jednak nie wyrażała w tej chwili. — Czy pan widzi? — zapytał tragicznie profesor. — Widzę — odparł spokojnie dyplomata. — I cóż pan na to? — Ja?... na to?... nic! Profesor uderzył się po biodrach. — Jak to nic! — zawołał — mienie pana, podstawa bytu i stanowiska społecznego, niezbędna materya, na której gruntują się najidealniejsze pragnienia ludzkie... jednem słowem, kamienica rozchodzi się na cztery części świata, i grozi upadkiem i rewolucyą wszystkiego tego, co dzisiaj na tem miejscu istnieje... a pan tak obojętnie mówisz o tem? Spojrzyj pan jeszcze raz. Pan Malina westchnął lekko, ale pozycyi nie zmienił. — Ta szpara — mówił dalej pan Filip — ta mała na pozór przestrzeń, która wcisnęła się między ścianę i filar, to przepaść która się niczem nie da zapełnić! Takie rysy w materyi okazują, że nastąpił już w niej rozkład... tak samo jak i w społeczeństwie podobne zarysowania się są zwiastunami śmierci, upadku a co najmniej rewolucji! Pan Malina z uwagą patrzał na profesora. — Powiedz pan teraz — pytał wreszcie profesor — co pan zamyślasz robić? — Sam nie wiem jeszcze — odpowiedział pan Malina z pozorną spokojnością. — Jeżeli się zaraz nie weźmiesz pan do gruntownej reparacyi, to cały róg kamienicy może runąć! — Być może. — I pan mówisz to tak obojętnie? — Cóż innego mogę robić? Zostawię tak do pewnego czasu! — To być nie może! Wszystko się zawali! — Nie przeczę, że to może nastąpić! — W takim razie nic mi nie pozostaje innego jak w... wyprowadzić się? Profesor wykrztusił ostatnie słowo z widoczną trudnością. Pan Malina pilnie patrzał na niego. — Wyprowadzić się! — z boleścią zawołała pani Filipowa. — Wyprowadzić się! — smutno westchnęła Aniela i szybko spojrzała w okno przeciwległej kamienicy, gdzie właśnie ukazała się znowu blada twarz mężczyzny. Uśmiech zadowolenia przemknął po twarzy pana Maliny. Widocznie myśl wyprowadzenia się była dla lokatorów dosyć bolesna. Westchnął i odparł. — Tak w samej rzeczy... nic mi innego nie pozostaje, jak utracić najlepszego z moich lokatorów. Profesor spojrzał z niedobrym zamiarem na właściciela domu, pan Malina uznał za stosowne usunąć się pół kroku. — Coś pan powiedział? — zawołał głosem grobowym pan Filip — czy pan wiesz coś pan powiedział? — Wiem dobrze! — odparł gospodarz. — Czy wiesz pan co to w ogóle wyprowadzanie się lokatora, a w szczególności — profesora? Czy pan wiesz ile jest wart ten porządek (profesor wskazał tutaj na bibliotekę), ten porządek duchowy, który jest podstawą całego świata w ogóle a w szczególności podstawą pracy człowieka-myśliciela? Czy pan wiesz ile dni i nocy strawiłem nad tem, aby ten porządek utrwalić? A teraz przy tym stole gdy siedzę i piszę, to myśli moje i argumenta snują się w tym samym porządku wzorowym w jakim pan widzisz tutaj te ośle grzbiety!... Pomięszaj je, a zgryziesz kilka piór i do ładu nie przyjdziesz! Cha, cha, cha! I pan myślisz, że ja z tąd tak łatwo się wyprowadzę; że zamiast dalej postępować w ułożonym porządku, stworzę sobie piękniejszy chaos od tego jaki był przed początkiem świata!... Nie, na to trzeba zwaryować! — Umiem ocenić całe położenie szanownego pana profesora! odpowiedział pan Malina — wiem jaki kapitał pracy zmarnuje się przy przeprowadzeniu... — Doskonale powiedziałeś pan: kapitał pracy. System i porządek, to kapitał pracy! — Ile to odsetek traci się z tego kapitału... — Strach! lichwa, lichwa! — Jak trudno w takiem zamięszaniu myśl pierwotną znowu pochwycić! — Co mówisz! Wcale jej nie można pochwycić! — A jaka rujnacya w meblach! — wtrąciła pani Filipowa. — Wszystko się podrze, poplami, poobciera!... — Zawsze boleśnie jest rozstawać się z własnym kątem! — dodała Aniela z melaneholijnem wejrzeniem po za ten kąt własny. — Człowiek się przyzwyczaja, a potem wszystko traci... ale konkluzya tego wszystkiego jest bardzo smutna! Przy tych słowach swoich posmutniał pan Malina. Profesor patrzał z pewnym strachem na niego. — Mówiłeś pan o konkluzyi — zaczął po chwili nieśmiałym głosem. — Tak — odparł z smutną miną pan Malina — konkluzyą jest, że prawdopodobnie trzeba się wyprowadzić! — Straszne rzeczy! Wyprowadzić się! — krzyknęła na raz cała profesorska rodzina. Przecież w parę tygodni — nieśmiało ozwał się profesor — można nowy filar wybudować! — To prawda! — zauważył gospodarz. — Ja z tego pokoiku narożnego mogę się na ten czas usunąć! — Na nic się nie przyda! Nie chcę państwu robić żadnego zawodu! — Zlituj się pan! Wyprowadzać się! Toż tak jakby się człowiek raz spalił. — Prawda! Nie ma na to rady! — Przecież pan musisz reparować! — Niestety, niema na to widoków. — Dla czego? — Możemy o tem pomówić. Pan Malina miał teraz na twarzy wyraz pewnego zadowolenia. Zdawało się, że doszedł już do upragnionej granicy, na której miał traktować z lokatorem. — Widzisz pan — zaczął po chwili — na reparacyę trzeba pieniędzy. Gotówki u właściciela domu nigdy niema... bo podatki, illuminacye, kominowe etc., a pożyczać w publicznej instytucyi nie chcę, bo to zaraz w gazetach drukują. Z tego wypływa, że wolę aby mi pustką jakiś czas mieszkanie stało, aż się fundusz zbierze. Profesor spojrzał z uwagą na żonę. — Czy dużo panu potrzeba? — zapytał. — Tyle, ile dwie całoroczne należytości od pana dobrodzieja wynoszą. Nastąpiła uroczysta pauza. Pan Malina był już u kresu swego planu dzisiejszego. Profesor zbliżył palec jednej ręki do palca drugiej i zaczął szybko młynka obracać. Podczas tego niemniej szybko obracały się jego myśli. Były one przy bibliotece, przy meblach, garderobie i sprzętach kuchennych. Obliczał mniej więcej koszta i straty przeprowadzenia, nie myśląc już o stracie drogiego czasu. Takie same funkcye odbywały się w głowie zacnej pani profesorowej. Miała ona jeszcze więcej kłopotów, bo profesor nie wiedział o wszystkich drobnostkach. Aniela obliczała także pewne straty swoje przyczem od czasu do czasu wzdychała. Mimowoli patrzała przytem na przeciwległą kamienicę, w oknach której uporczywie ukazywała się blada twarz mężczyzny. Po chwili przestał profesor obracać palcami i spojrzał z pewnem znaczeniem na żonę. — Dwuletniego czynszu mego potrzeba panu — ozwał się z pewną obawą — możebyśmy się jakoś porozumieli. — W samej rzeczy, że można się porozumieć! — dodała żona. — Ach toby najlepiej było! — wtrąciła córka. Profesor wyrósł na dwa cale w górę. — Jeżeli żona moja i córka tak mówią — zawołał z nietajoną radością — to ja nic nie mam przeciw temu i głosem doradczym daję moją aprobatę! I z dumą spojrzał zacny profesor na ośle grzbiety w szafie bibliotecznej, których już nie będzie rugował. Niemniejszą dumą napawała go myśl, że mówiąc o aprobacie, uratował wobec osób trzecich powagę swojej roli domowej. — Rachunek krótki — zauważył pan Malina — razem wyniesie wszystko dwa tysiące... — Przecież trzeba coś na procent od zaliczonego naprzód kapitału odtrącić! — rzekła pani Filipowa. — Zdaje mi się, że się nie rozumiemy — odparł słodko gospodarz — wyprowadzenie kosztowałoby co najmniej pięćdziesiąt... — I to jeszcze mało! — przerwał sumienny profesor. — Pewnie, że mało... a procent licząc po pięć... zawsze państwo jeszcze zarobicie! — Bez wątpienia! — dodał zacny profesor. Profesorowa spojrzała z ukosa na męża. — Co ty mówisz? — rzekła — w taki sposób jeszcze powinniśmy panu Malinie dopłacić! Rozśmiał się z politowaniem zacny profesor. Przymrużył jedno oko i rzekł: — U kobiet długie włosy a krótki rozum. Przecież wiesz o tem, wiele przeprowadzenie kosztuje. Jeżeli zaś zacny gospodarz pozwala nam tu zostać i dla naszej wygody zaraz reparacyę filaru rozpocznie, to przecież jeszcze za to nie będzie nam procentów płacić. I mrugnął drugiem okiem do rozpromienionej twarzy pana Maliny. Zacny gospodarz był już tak szczęśliwy, że książek swoich nie będzie z miejsc ruszał, że nie zważając na dalsze remonstracye małżonki odszedł do biurka, aby tak korzystny z gospodarzem interes zaraz od ręki zakończyć. — Ależ jest jeszcze dość czasu! — zawołała ze strachem małżonka, widząc że profesor wyjmuje z szuflady cały stos papierów wartościowych, od których trzeba dopiero kupony odcinać — można to później załatwić! — Daj pokój serce — odparł uszczęśliwiony lokator — żelazo trzeba kuć póki gorące... pan Malina gotów się inaczej namyślić! Pan Malina uśmiechnął się. — Być może... odparł... w samej rzeczy zaczynam porywczości mojej żałować! Materyał podrożał... — Nie, nie... słowo się rzekło... kobyłka u płotu. Rzekłszy to rzucił pan Filip cały stos listów zastawnych na stół, aż wiatr po pokoju powiał. Pan Malina oblizał się na ten widok. Był tylko ciekawy, czy te listy wprost do niego przejdą, czy tylko kupony. — Podaj nożyce! — zawołał dźwięcznym głosom profesor jak wódz blizki zwycięztwa. — Ależ Filipie! — remonstrowała małżonka. — Cicho bądź, abym się nie pomylił! — odfuknął szczęśliwy bohater, który się od klęski uratował. I rozpoczęła się miła dla każdego finansisty operacya. Nożyce szczękały, papier szeleściał lub skrzypiał, a podłużne okrawki opadały systematycznie jak padają na łanie pokosy od zręcznej dłoni kosarza. Dla pana Maliny był to widok niezwykły. Listy zastawne były niepośledniej wartości. Liczył i liczył w duchu i jeszcze końca nie było! Cały dwuroczny czynsz samemi kuponami półrocznemi! Jakiż to znakomity kapitał reprezentują te kupony! Zdziwienie jego nie miało końca. Wiedział, że pan Filip posiada jakiś niewielki kapitalik uciułany w tych czasach, gdy miewał na stancyi różnych chłopców zamożniejszych rodzin, ale nie wiedział że ten kapitalik do tak poważnej dochodził cyfry! Gdy się już operacya skończyła i dostateczna ilość kuponów w kieszeni pana Maliny spoczywała, uśmiechnęła się pani Filipowa a poprawiając włosy Anieli, ozwała się do męża patrząc z pewnem znaczeniem na pana Malinę. — Dobrze że nikt z obcych nie widział posagu naszej Anielci... inaczej trudnoby się było opędzić od dzisiejszych konkurentów! Pan Malina przyznał słuszność pani a zapiąwszy kieszeń z pieniędzmi, pożegnał się z zacną rodziną tak czule i serdecznie, jak to pierwej nigdy nie robił. Pana Filipa pocałował w twarz dwa razy — cztery razy obcmokał pulchne rączki pani Filipowej a Anieli tak się nisko ukłonił, jakby była damą dworską z gwiaździstym na piersiach orderem.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Teorya pana Filipa.
