Read here

Jarema

Jan Chryzostom Zachariasiewicz · 1888 · Free in the US

69,643 words · about 4 h 53 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1888 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Jarema&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Jan Chryzostom Zachariasiewicz
Language
Polish
Published
1888
Length
69,643 words · about 4 h 53 min
Sections
15 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (15)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 2 h 26 min
  3. I about 14 min
  4. II about 16 min
  5. III about 14 min
  6. IV about 20 min
  7. V about 15 min
  8. VI about 9 min
  9. VII about 5 min
  10. VIII about 15 min
  11. IX about 10 min
  12. X about 7 min
  13. XI about 9 min
  14. XII about 12 min
  15. Epilog about 2 min

Continue:

Front matter

Dodatek do Nr. 298 Tygodnika Ilustrowanego.

WYBÓR PISM

'

całość

Dodatek do Nr. 298 Tygodnika Ilustrowanego.

WYBÓR PISM

'

'

Wydanie nowe.

NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA.

1888.

Дозволено Цензурою.

Варшава, 31 Августа 1888 года.

Warszawa — Druk S. Orgelbranda Synów, Krak.-Przedm. Nr.66.

I.

Przed dwudziestu laty.

a prostym wozie, wysłanym sianem, jechał w pewnym zakącie Galicyi, młody mężczyzna w czapeczce urzędnika. Naprzeciw niego siedział drugi, starszy, o czerwonych, szerokich policzkach. Z rubasznych jego ruchów można było wnosić, że to jakiś służący urzędowy. Na worku sieczki przykucnął chłop, zachęcając konie batem i lejcami do prędszego biegu. Młody mężczyzna palił fajkę piankową i patrzył w prawo i lewo na rozległe pola. Amstsdiner klął po niemiecku i węgiersku i łokciem szturchał chłopca, aby predzéj jechał, a chłop smagał biczem biedne konięta i obiecywał im w najbliższej karczmie sieczki i wody. Dzień był lipcowy, gorący, okolica dosyć równa, przecięta szeroką rzeką na dwie połowy. A droga, którą jechali nasi podróżni, była prawdziwie polska, kręta i wązka, tak, jak ją sam Pan Bóg stworzył. Młody urzędnik miał więc co kilkaset kroków rozmaite niespodzianki. Tu dziura w moście, tam znowu przeprawa bez mostu, tu jakaś jama, a tam grobla wpoprzek drogi... a co chwila to nowy skręt, nowe widoki, a co wieś to inne, gorsze psy, które podróżnych na wszystkie strony oszczekiwały — słowem, wszystko to było dla niego jakiémś dziwnem pełném rozmaitości album, które go z razu bawiło, a w końcu niemiłosiernie mę- czyło. — Armes Land! — westchnął młody urzędnik i palił daléj fajkę. A amtsdiner klął i szturchał chłopca pod żebra. Nagle zaskoczyła im drogę nowa niespodzianka. Nie była to ani dziura w moście, ani kałuża, które dla polskiego chłopa żadnéj nie stanowiłyby w drodze przeszkody, bo je zręcznie omijać umiał, ale była to góra niepospolita, która jakoś tak nagle przed nosem im wyrosła, że sobie tego na żaden sposób wytłumaczyć nie mogli. Urzędnik wyjął fajkę z ust, Amstdiner przestał chłopa szturchać i obaj wpatrzyli się w górę, która jakoś na skręcie drogi, z pomiędzy drzew ogrodu nagle wystrzeliła. Chłop tylko nie okazał zadziwienia. Złazł z worka sieczki i zaczął iść piechotą koło koni, dodając im ducha do mozolnéj pracy. Wyrosła śród równiny góra, otoczona była ogrodami, jakby wieńcem zielonym. — Co to za wieś? — zapytał chłopa młody urzędnik. — Ta wieś nazywa się „Nowawieś“ — odparł tenże — a tam hen jest dwór, a ta góra „Nowagóra.“ — Nowagóra? — powtórzył zcicha urzędnik, zdziwiony tą szczególną myślą, że mogą być nowe i stare góry. A że to był człowiek uczony, zaczął więc amtsdinerowi opowiadać o wulkaniczném tworzeniu się gór i zacytował kilka przykładów z Oceanu Spokojnego, gdzie co noc kilka nowych gór i wysp wyrasta, a kilka w toń morza zapada. Chłop machał biczem i szedł koło koni. Urzędnik wyczerpał swój temat o wulkanicznych wybuchach; ciekawy był jednak, jak chlopski rozum podobne zjawiska natury pojmuje? — A wiesz ty dlaczego ta góra nazywa się Nowagóra? — zapytał chłopa, mrugnąwszy dowcipnie na amtsdinera. — A dlaczegóżbym nie wiedział? — odparł zagadnięty — wszyscy ludzie wiedzą o tém. Młody urzędnik uśmiechnął się i odgarnął włosy od ucha. — A toć to tak było, panie komisarzu — (chłop każdego pisarza cyrkułowego nazywa komisarzem) zaczął wożnica —historya to niedługa. Sołtys Jędrzéj ze Starejwsi miał się żenić z Małgorzatą Kubową. Już były wyszły zapowiedzi, kiedy Jędrzej poznał Katarzynę, która hen w tym dworze u pana służyła. I dworka tak mu głowę zawróciła, a nawet, jak mówią ludzie, jakiegoś zielska dała mu się napić, że Jędrzéj bez niéj ani rusz! I w dzień ślubu, gdy już wszyscy się poschodzili, Jędrzéj zaprzągł dwa dereszowate konie, aby uciec do Kasi. Małgorzata w płacz i nuż włosy sobie rwać. Ale stare kumoszki poradziły jéj, aby się udała do św. Antoniego, który w takiéj potrzebie jest najlepszym patronem. I zaczęła prosić i prosić św. Antoniego, aby Jędrzejowi rzucił co w drogę, rzekę szeroką, las gęsty, albo górę wysoką. A św. Antoni rzekł do siebie: „Rzeki nie rzucę, bobym dużo chłopskich gruntów zatopił; lasem także popsułbym łąki; ale niewielka góra nikomu nie zaszkodzi. I bez tego jest tutaj mokrzyca, nic się nie rodzi, tylko szuwar i sitowie; a tak będzie ściek wody i gromada na tém dobrze wyjdzie.“ I uprosił Pana Boga św. Antoni, aby mu pozwolił między Starąwsią a Nowąwsią podnieść górę niewielką. Pan Bóg przystał na to, a nagle przed wozem Jędrzeja wyrosła góra. Jędrzéj zaciął konie i chciał górę przebyć, ale koło mu się złamało, a jak zaczął naprawiać i sobie rozmyślać, to namyślił się wrócić do Małgorzaty. Wziął z nią ślub i miał troje dzieci, a dworska Kaśka poszła za żołnierzami. Młody urzędnik zamyślił się, a po chwili rzekł do amtsdinera: — Volkspoesiel Schöne Volkssagen! — I odtąd — mówił daléj chłop — kto w niedobréj myśli przez tę górę jedzie, którą nazwano Nowągórą, lub mając żonkę, kochanki szuka, ten tutaj może kark skręcić, albo przynajmniej żebra połamać. Amtsdiner przestraszył się czegoś i z trwogą spojrzał na urzędnika; ten zaś uśmiechnął się i zapaliwszy fajkę, chciał właśnie zacząć rozprawiać o ludowych, gdy nagle coś pod nimi zatrzeszczało, i w téjże saméj chwili, jakby jakąś niewidzialną siłą podrzuceni, uderzyli się wzajem czołami i w ukośnéj linji z wozu do rowu wylecieli. Amtsdiner obmacał czémprędzéj kark swój i żebra, potém kark i żebra swego towarzysza, a nie namacawszy żadnego szwanku, podziękował Najwyższemu za darowaną tym razem karę, jaka słusznie za niektóre domowe sprawy spotkaćby go mogła. Nie chcąc jednak przyznać się do winy, popatrzył z ukosa na młodego , którego w wielkiém miał podejrzeniu. Widząc wszakże, iż ten z największą flegmą otrzepał sobie pluderki i nad rowem usiadł, zwalił całą winę na chłopa, ponieważ to do niego należało koło, które św. Antoni tak misternie połamał. Chłop zaś klął na wszystkie strony, nie wyrażając jednak komu. W końcu uspokojono się, a chłop rzucił kapelusz i wziął się do naprawy. Podróżni usiedli nad brzegiem rowu, oczekując końca przygody, a tymczasem, każdy po swojemu, skracali sobie czas tytuniem i kontemplacyą. Przecudny naokoło roztaczał się widok. Góra miała kilka zagięć, w których rozsiadły się chałupy wieśniacze i ogrody. Najwyżej sięgały lipy i topole dworskiego ogrodu, który, jak stary opiekun, wyglądał z poza czarnych strzech wieśniaczych. Między lipami bieliły się ściany dworu. Widok tych ścian różne na podróżnych czynił wrażenie, Amtsdiner marzył o smacznych polskich zrazach i doskonałéj kminkówce, a młody urzędnik, widząc przed oczyma jakieś białe, przezroczyste postacie, jakby rusałki lub najady, wychylające się ku niemu z poza gęstych, starych lip — mruknął: — „Wär, ich Kreishauptmann!“ — i poprawił kołnierzyków. A schodząc potém ręką na kołnierz, namacał na nim tylko jeden mizerny poprzeczny pasek, najniższą oznakę godności urzędniczéj... Spuścił głowę i zasmucił się. Śmiech szczery i rozgłośny, śmiech zdrowych wiejskich dzieci, wyrwał go z zamyślenia. Spojrzał przed i ujrzał na zielonem pastwisku grupę pastuszków i pastuszek, którzy spędziwszy razem bydło, zabawiali się między sobą figlami. Głównym przedmiotem wszystkich figlów i całéj zabawy była młoda piętnastoletnia dziewczynka, o jasnych, lśniących włosach Wzrost miała słuszny, ruchy wdzięczne i głos nadzwyczaj ujmujący. Widać było po całém ugrupowaniu, że wszyscy chłopcy starali się jéj przypodobać. Jedni dawali jéj kwiatki, drudzy płatali jéj psoty, a każdy swoim sposobem chciał jéj uwagę na siebie zwrócić. Między chłopakami, którzy ją otaczali, odznaczał się jeden krępy, o czarnych kędzierżawych włosach pastuszek, mający lat około siedmnastu. Mały kapelusik nosił na bakier założony; czarne jego oczy biegały nieustannie, twarz jednak miał znacznie nad wiek swój starszą. Była pomarszczona i pomięta i w całym swoim układzie bardzo nieregularna. Czoło występowało naprzód i znamionowało człowieka upartego. Usta były zacięte, jakby go coś wewnątrz bolało. Zgoła nieprzyjemny był chłopak, i widać było po nim, że wiedział o swojém zewnętrzném upośledzeniu. Tém ogniściéj jednak strzelało jego oko na ładną dziewczynę, tém zawistniéj spoglądał na szczęśliwszych swoich rywali. Ale złotowłosa dziewczyna wykręcała się, jak wrzeciono na pięcie, śmiała się do rozpuku i wyrywała się zgrabnie, gdy ją który z figlów za kaftan pochwycił. Wreszcie stanęła pośrodku, podniosła drobne rączęta do góry i zaczęła przecudnie chłopcom improwizować. Mowiła im, że tego z nich pokocha, kto jéj w przetaku przyniesie wody z rzeki, kto bryłę śniegu za piecem ususzy w dzień św. Mikołaja, kto konie bez szléj do woza zaprzęgnie, kapelusz bez słomy uplecie, chlep upiecze bez mąki i masło zrobi bez śmietany... A potém wykręciła się na jednéj nodze i prawiła znowu, że ten jéj mężem będzie, kto jéj na dłoni przyniesie złotego ptaszka, o złotych piórach, któryby za każdem podniesieniem skrzydełka gubił po jedném piórku... Chlopcy zaczęli klaskać w ręce. Ale chłopiec o czarnych kędzierzawych włosach nie klaskał; stał ponury i zamyślony. Wnet porwał się z miejsca, jakby go coś nagle pchnęło, i co tchu zaczął biegać w kieruku, gdzie było widać białe dworskie ścianyz poza starych lip. Młodego urzędnika zajęła ta szczególna scena; z coraz większym interesem przypatrywał się grupie pastuchów i pastuszek. Zwłaszcza uciekający od nich chłopak, o czarnych kędzierzawych włosach, zwrócił na siebie uwagę. Ciekawém okiem patrzył za nim. Chłopak zaś malał coraz bardziej, wreszcie, jak mały czarny punkt zniknął w alei topolami wysadzonéj. Urzędnik patrzył ciągle w tę ciemną drogę, ale chłopca długo, bardzo długo nie było widać. Wreszcie ukazał się znowu czarny punkt w alei i stawał się coraz większym, większym, póki wyraźnie nie zrobił się z niego chłopak o czarnych, kędzierzawych włosach. Ciekawość młodego urzędnika, który w tej chwili innego nie miał zajęcia, rosła coraz bardziéj; chłopiec bowiem niósł coś w ręce i skakał z radości. Zbliżywszy się do grupy, wykręcił się dziesięć razy W koło, na znak radości, a zatrzymawszy się nagle przed żółtowłosą dziewczyną, wyciągnął ku niéj rękę. I o dziwo! Na jego dłoni siedział mały, złoty ptaszek! Dziewczyna krzyknęła z zadziwienia, cała grupa stojących poruszyła się, a złoty ptaszek rozwinął tymczasem skrzydełka i słabym lotem podniósł się z ręki chłopca, aby na poblizkiéj brzózce wygodniej sobie usiąść. Wszyscy krzyknęli i podnieśli ręce do góry, ale już było zapóżno. A złotowłosa westchnęła, bo i dla niéj było już zapóźno!... — Patrz, patrz Huber! — zawołał młody urzędnik do amtsdinera — chłopiec ukradł zapewne we dworze kanarka, aby się tej tam dziewczynie podobać. Ergötzliche Scene. Amtsdiner odchrząknął i wytrzeszczył głupie wołowe oczy, ale złotego ptaszka i złotowłoséj dziewczynki wcale nie widział. Chciał nawet wstać i z kijem iść do bawiących się dzieci, bo tak sobie tłumaczył wykrzyknik urzędnika; ale ten uspokoił go i upewnił, że scena ta bardzo przyjemną jest dla niego dystrakcyą. Powiedział mu nawet, że wieczorem zapisze ją sobie do dzienniczka, przyczém starał się amtsdinerowi dać jakie takie pojęcie o pisaniu dzienniczków, czyli pamiętników, i zachęcał go, aby toż samo czynił, zbierając w urzędowej podróży przygody i wrażenia. Amtsdiner uśmiechnął się i przyrzekł, że dzisiaj zrobi początek i spróbuje, jak to pójdzie. Tymczasem w ciemnej alei dworskiej powstał jakiś ruch niezwykły. Naprzód ukazał się młody pokojowiec z białym galonkiem u czapki, a dużym kijem w ręku. Za nim biegł jeszcze jakiś drugi chłopak, a za tym wpowiewnéj szacie ukazała się młoda dziewczynka, załamując ręce. Za nimi postępował nizkiego wzrostu jegomość, robiąc rękoma rozmaite uspakajające gesta. Według wszelkiego prawdopodobieństwa była to pogoń za złotym ptaszkiem. Młody urzędnik powstał, to samo uczynił i amtsdiner. Obaj obejrzeli starannie swoje kaputroki, byli pewni. że to dziedzic Nowéj wsi zbliża się do nich. I tak było w istocie. Za kilka chwil przybył pokojowiec, za nim dziewczynka, a niebawem przyłączył się do nich i sam jegomość. Siedzący na drzewie kanarek popsuł wszystkim szyki; zdawało się bowiem, że zamiarem przybyszów było wziąć się niezwłocznie do egzekucyi, co tém łatwiéj stać się mogło, że kędzierzawy przestępca wcale nie uciekał, tylko spokojnie stał przy wylękłéj złotowłoséj dziewczynie. Ale ekzekucya mogłaby spłoszyć kanarka z drzewa; potrzeba więc było najpierw myśléć o ocaleniu złotego ptaszka. Młody urzędnik uważał teraz za rzecz przyzwoitą zbliżyć się do prawdopodobnego dziedzica Nowejwsi. Amtsdiner sądził tak samo, i podniósł już nogę, która sposobem wprost mechanicznym zaprowadzić go miała do pełnéj miski zrazów polskich. Dziedzic szczerze przywitał gościa na swojej ziemi, bo tak Bóg i obyczaj nakazywali, a dowiedziawszy się, że nie jedzie do niego na sekwestracyą, zaprosił go uprzejmie na półmisek zrazów polskich, do których w duchu trzy razy oblizał się amtsdiner Huber. Przyrzekł także postarać się o naprawę koła, za co otrzymał od młodego urzędnika dziesięć uchyleń urzędowéj czapeczki i dwa razy tyle: „Padam do nóg.“ Nim się ta sprawa załatwiła, siedział już kanarek na dłoni młodéj dziewczynki, która przywabiła go z brzózki znanym pieszczonym głosikiem. — Wär’ ich Kreishauptmann! — pomyślał sobie w duchu urzędnik, i zerknął z ukosa za miłą blondyneczką. — Gdyby to zaraz zrazy polskie dali! — marzył amtsdiner Huber, pozując, jak mógł najwspanialéj. — Ile Wielmożny pan każe dać Jaremie? — pytał głośno pokojowiec, machając kijem. Jegomość spojrzał na urzędnika. Samowolna egzekucya wobec władzy wydała mu się niestosowną. Urzędnik zrozumiał to spojrzenie, a chcąc się dziedzicowi przypodobać, układał właśnie gotowy już wyrok w głowie, kiedy sobie przypomniał, że ten wyrok ubliżałby formalnościom przepisanym. Zawoławszy więc chłopca, zapytał go naprzód „ad generalia:“ — Jak się nazywasz? — Jarema — odpowiedział chłopiec, nie tracąc odwagi. — A twój ojciec? — Ojca nie mam. — Nazywał sie Magdziak — uzupełnił dziedzic. — Czy byłeś kiedy indagowany? — pytał daléj urzędnik — czy siedziałeś w areszcie, lub czy cie bito? — dodał po chwili, widząc, że go chłopczyna nie rozumie. — O, bito mnie nieraz — odparł — bił mnie opiekun i macocha. I tak daléj ciągnął się protokół z delikwentem, aż przyszło w końcu do „species facti.“ — Więc kanarka, jak mówi pan dziedzic, ukradłeś z klatki? W jakim celu to zrobiłeś? — Bo Nastka powiedziała, że za mnie pójdzie, gdy jej złotego ptaszka przyniosę. — A drzwiczki od klatki złamałeś — ciągnął daléj urzędnik — to jest kradzież. Dziedzic uśmiechnął się na te krotochwilną scenę, którą urzędnik z całą uroczystością odgrywał. Blondyneczka zaś z trwogą patrzyła na amtsdinera, który kij swój wyginał na wszystkie strony. — Przecież ci Niemcy nie będą go bili! — szepnęła zcicha do ojca. Urzędnik zreferował wyrok i zaczął go wygłaszać. Jakkolwiek nie bardzo złą mówił polszczyzną, znać jednak było po niezbyt polskim akcencie niemieckie jego pochodzenie. — Kradzież z włamaniem się do własności dominialnéj — mówił urzędnik — popełnił wprawdzie Jarema Magdziak, ale mówią za nim różne łagodzące okoliczności. Naprzód zaniedbane wychowanie, wczesna utrata opieki rodzicielskiej, niejasne wyobrażenie, o prawie własności, a w końcu namiętność, czyli raczej zbyt wygórowana żądza posiadania pięknéj blondyneczki (urzędnik zerknął tu na córkę dziedzica) — wszystko to są rzeczy, które karę za jego przekroczenie sprowadzają do minimum... A jeśli do tego zważymy, że jest małoletnim, jak w ogóle lud jest małoletnim, i ma po sobie opiekę „fiskusa,“ więc wnoszę, aby rzeczony Magdziak tym razem uwolniony był od kary cielesnej, a poszkodowanego uprasza się, aby na drugi raz grubsze dawał druty klatki, bo inaczej będzie karany za dawanie pokusy do przestępstw ludziom, którzy jeszcze nie mają zbyt jasnego pojęcia o własności dominialnéj... — Brawo! brawo! — zawołał szlachcic, którego dowcip urzędnika zaczął na seryo bawić — brawo panie komisarzu, (licentia poetica naszéj szlachty), brawo! będziesz niezawodnie starostą! Nie uważał na to poczciwy szlachcic, że w żartobliwych słowach tego wyroku zawierał się cały ówczesny system rządowy, który niby małoletniego brał w opiekę wobec dworu, a w istocie usilną pracą stwarzał sobie ulubiony wtedy sposób rządzenia, którego dewizą jest: „“ Urzędnik uradował się, że mu się powiodło z dowcipem. Ale mała blondyneczka, trzymająca kanarka na dłoni, nie rozumiejąc frazesów wyroku sądowego, zachmurzyła się i rzekła: — Ja nie pozwolę bić Jaremy, on nic złego nie zrobił, bo kanarka mam w ręku. — Jeśli panienka dobrodziejka w ten sposób mówi — odparł urzędnik z uśmiechem, w którym można było czytać: „Wär’ ich Kreishauptmann!“ — Jeśli panna tak mówi, to ja, jako sędzia i prokurator nie będę apelował, tylko malefikanta z wolnéj ręki w drodze łaski na wolność wypuszczę. Jarema Magdziak, pocałuj nogi panny dobrodziejki. Chłopczyua stał spokojnie i wcale nie wiedział, jakie niebezpieczeństwo mu groziło. Na rozkaz urzędnika przystąpił z uśmiechem do córki dziedzica i schylił swój słomiany kapelusz do jéj kolan. — Ein Mordkerl! szepnął urzędnik do dziedzica. — Gdybym był starostą, wziąłbym go sobie za służącego. — Dobrze — rzekł, śmiejąc się dziedzic Nowejwsi — nim pan starostą zostaniesz, wezmę go tymczasem do siebie i przyuczę do usługi. A gdy pan ze złotym kołnierzem do mnie przyjedziesz i z Landsdragonem na koźle, to go panu oddam. — Biorę pana dobrodzieja za słowo — odparł urzędnik — będzie to mój Śmiano się i mówiono jeszcze wiele o kanarku i Jaremie, bo wszyscy byli jakoś W dobrym humorze. Pogoda była prześliczna; w dolinie jaśniały szerokie łany żółtych kłosów; mnóztwo robotników krzątan się w około. Wszyscy ruszyli w pochód do dworu. Dziedzic szedł z urzędnikiem i rozpowiadał mu o procesie z gromadą o most nad rzeką. Blondyneczka bawiła się kanarkiem, wyrzucając mu jego niewdzięczność. Pokojowiec szedł z głową spuszczoną, że mu się nie udało palnąć kilkanaście kijów Jaremie, dla którego czuł jakąś nieodgadnioną antypatyą. A Jarema sam jeden wlókł się z tyłu, słuchając rozkazu dziedzica. Miał to być wcale nowy epizod w jego życiu. Z trwogą spoglądał z pod oka na kij pokojowca, który był o kilka cali dłuższy od dobrze znanego kija opiekuna. Tylko uśmiechnięta twarz urzędznika dodawała mu jakoś otuchy i budziła w nim lepsze nadzieje. I tak szczęśliwie wszyscy zaszli do dworu. We dworze przyjęto gości, jak polski obyczaj kazał. Była herbata i zrazy z kaszą, ulubiona potrawa amtsdinera, który w kredensie dziwy rozpowiadał o swoim zaszczytnym urzędzie. Wieczorem siadł gospodarz do zielonego stolika i przegrał do urzędnika w „halbe zwölfe“ dziesięć reńskich monetą konwencyjną. Urzędnik mniemał, że dzisiaj miał szczęście szczególne, a szlachcic uśmiechał się z ukosa do żonki i córki, które ten uśmiech jego doskonale rozumiały. Około północy pisał urzędnik w swoim dzienniczku: „... Ich muss mich üben in der Landessprache. Panna Nowowiejska jest bardzo ładna. War' ich Kreishauptmann... Mam lat dwadzieścia pięć, ona ma piętnaście. Polska szlachta jest dobra i dobrze myśląca, byle tylko inni jéj nie bałamucili. A lud polski ślepo oddany rządowi. Nie dziw, rząd go proteguje, bo tak być powinno. Jarema ist ein Mordkerl! Muszę pamiętać o nim. Pastuchy mają własne swoje zwyczaje i obyczaje. Jest w nich wiele poezji, ale zdrowych, rzeczywistych pojęć bardzo mało. Lud polski jest dzieckiem jeszcze. Kto temu dziecku da mleka i papki, za tym pójdzie. Piastunka, jeśli mleka dziecku dać nie może, to mu obiecuje. Machiawel powiada, że jeśli czego dać nie można, to trzeba obiecać. Obiecałem wczoraj chłopom pół lasu pańskiego i trochę łąk. Z tego wprawdzie nie nie będzie, ale chłop będzie wiedział, kto mu chciał dać, a kto się temu sprzeciwiał... Huber jest człowiekiem bez najmniejszéj nauki. W drodze lubi jeść czosnek, co we mnie budzi mdłości. Panna Nowowiejska ma szafirowe oczy... Wolę Göthego, niźli Schillera... Historya Rotteka jest zanadto jednostronna... Gdybym był starostą, panna Nowowiejska musiałaby być moją żoną, i nie bałbym się „Nowéjgóry“ wtedy... Jarema ist ein Mordkerl. Z dniem jutrzejszym będzie mi się należało 27 fl. m. k. za dyety... Komisya może jeszcze potrwać dwa tygodnie. Mam moralne przekonanie, że Żyd ukradł, ale pan komisarz nie kazał na niego naciskać. Pan komisarz jest człowiekiem sumiennym; nie chce on nieszczęścia drugich. Żyd ma najlepsze mięso na cały obwód... W herbacie było dużo rumu... Coś mi się oczy kleją... Panna Nowowiejska...“ Na tém kończył się dzienniczek koncept-praktykanta obwodowego. Amtsdiner Huber, zachęcony słowami przełożonego, kazał sobie lokajowi dać arkusz białego papieru i próbowal także na nim skreślić myśli i wrażenia dnia dzisiejszego. Po kilku przemazanych słowach i trzech żydach, napisal Huber: „...Szczęście wielkie, żem dzisiaj karku nie zlamal. Głupia ta Nowagóra. Moja żona jest dziesięć lat starsza odemnie, a Babetta ma lat ośmnaście... Powinienem zawsze tę Nowągórę omijać. Dziś mi Pan Bóg darował, mam kark cały i żebra całe. Zrazy polskie były przesolone. Kasia pokojówka ma czarne oczy. Landsdragon Hans pożyczył u mnie brzytwy, która mnie kosztuje dwa cwancygiery. Chłopi nie lubią dziedzica, bo na niego robić muszą. Powiedziałem im to i owo, jak to zazwyczaj komisarz gada. Chlop powinien wiedziéć, kogo się trzymać. Powiedzialem wójtowi, że jak będą co mieli na dziedzica, to niech przyjdą do Hubera, a Huber zaprowadzi ich do starosty, gdy będzie w dobrym humorze. Zrazy były przydymione, kminkówka nieszczególna...“ Tutaj koniec dzienniczka amstdinera, bo olbrzymia plama atramentu usiadla na drodze, jak góra św. Antoniego przed wozem sołtysa Jędrzeja. Jarema tymczasem leżał w piekarni na piecu i przewracał się na wszystkie boki. Niemógł na żaden sposób usnąć. Najrozmaitsze obrazy przebiegały mu przed oczyma. Widział jasnowłosą Nastusię, ale złotego ptaszka już nie było!... Skoro świt, obudził go pokojowiec zachmurzony i wezwał przed dziedzica.

II.

Bohater w zapasach.

okojowiec Szymek był przybłędą i nikt w gromadzie nowowiejskiéj nie wiedział, zkąd się wziął i gdzie się urodził. Pan Nowowiejski przywiózł go pewnego razu z miasta obwodowego, w obdartym kubraku, i oddał go lokajom do obmywania talerzów. Z téj to przyczyny gromada Nowéjwsi nie miała do niego szczególnego nabożeństwa i w gorętszém usposobieniu nazywała go „“ Ale Szymek, jak każdy przybłęda, co to niéma ni ojczyzny, ni rodziny, miał spryt niepospolity i przebiegłość, umiał się wszystkim przypochlebić i wszystkich ująć. Mianowicie umiał korzystać ze swego wyjątkowago we wsi położenia, które pozwalało mu, jako słudze dworskiemu, odznaczać się najrozmaitszemi błyskotkami. Toż na jego czapce, na świcie i hajdawerach jaśnian mnóztwo szychu i pasów karmazynowych, z czego był dumny, jak sułtan z koloru zielonego. Według jego wyobrażeń, a może nawet i pewnych doświadczeń, należał mu przed wszystkimi przywiléj przypodobania się dziewczętom nowomiejskim, czegoby nikomu innemu nigdy nie odstąpił. Zachmurzony więc zbliżył się do pieca i szturchnął kułakiem Jaremę, w którym widział prawdopodobnie rywala tak do łask pańskich, jakoteż i do ładnéj płci miejscowej. Jarema uczuł na widok zachmurzonego pokojowca jakąś dziwną bojaźn, ale daleki był od myśli, jaka w téj chwili zaprzątała Szymka. Jaremie stanął tylko na oczach ów duży kij, którym pokojowiec wczoraj tak zamaszyście wywijał, a który jeszcze dłuższy był od kija opiekuna... Ale niedobre Jaremy przeczucia nie spełniły się. Dziedzic Nowejwsi łaskawie z nim rozmawiał, wypytywał go o różne rzeczy i w końcu oświadczył, że go w służbę przyjmuje, a jak się dobrze będzie sprawował, obiecał mu to wynagrodzić, tak, jak Bóg i dawny obyczaj przykazał. Pan Nowowiejski bowiem należał jeszcze do tej niewielkiej już liczby obywateli naszych, którzy lubią sługę od młodu sobie wychowywać i do swego domu przywiązać. Z wielkiém nieukontentowaniem powziął tę wiadomość wszechwładny dotąd pokojowiec Szymek, który lubo młodszy, umiał panować i nad starym kucharzem, i nad jeszcze starszym ogrodnikiem. Najwięcej zaś bolała go myśl, że Jarema będzie te same, a może jeszcze i lepsze ozdoby, co i on nosił, bo pan Nowowiejski zaraz po konferencyi z Jaremą kazał zawołać Żydka, nadwornego krawca, aby Jaremie liberyą sporządził. Jakkolwiek dobre obejście się pana Nowowiejskiego mocno Jaremę pocieszyło, przecież myśl o liberyi jakoś niemile go dotknęła. Nie mógł on sobie zdać sprawy z tego niemiłego uczucia, ale tak było w istocie. Nieraz miewał na sobie kaftan w kawałki podarty, obszyty łatami ze wszystkich stron, świecący strzępkami najrozmaitszej formy; nieraz przeglądały mu włosy przez słomiany kapelusz, ciało nagie wyglądało dziurami koszuli; nieraz miał nogi pokrwawione od cierni i kamieni rzecznych; mimo to jakieś nieprzyjemne owładnęło go uczucie, na widok liberyi szychem wyszytéj, chociaz wszędzie była cała i wcale z dobrego sukna piaskowego koloru.

Przyuczony jednak od dziecka do ślepej uległości, wlazł biedny Jarema w liberyą, którą Żyd naprędce trochę podciął, wlazł aż po same uszy, a nawet i te musiał przykryć czapką z czarnéj ceraty, z szychowym galonkiem. Nieudolnym a nawet śmiesznym musiał się wydawać Jarema w téj swojéj transmutacyi, bo Szymek zaczął się śmiać na całe gardło, i wszystką czeladź zwołał, aby należycie wyszydzić nowego dworskiego rekruta. I śmieli się téż wszyscy, ile sił starczyło, śmieli się szczerze i serdecznie, bo Jarema w saméj rzeczy nader komicznie wyglądał. Szeroką opaloną pierś ścisnął mu kubrak piaskowego koloru, z dużemi mosiężnemi guzikami, zapięty aż pod brodę. Spodnie były tegoż koloru i zwężały się ku stopom nakształt kamaszy. Pod kolanem była przepaska z białego szychu, która go widocznie cisnęła i wolny ruch nogi tamowała. A gdy do tego dodamy grube trzewiki, jakich nigdy w życiu nie miał jeszcze na nogach, i czapkę z ogromném lakierowaném dnem, która cały kark jego przykrywała — to przyłączymy się niezawodnie do śmiechu całéj czeladzi, która w Jaremie widziała niedźwiedzia, gdy mu przemyślny żelazny pierścień przez nos przewdzieje. Swobodny w ruchach i ładnéj budowy, przedzierzgnął się nagle w i drażnił wszystkich do nieustającego śmiechu kędzierzawym łbem swoim, oraz wystraszoną, dziwnie pomarszczoną twarzą. Doskonale pochwycił ten moment naszego bohatera przebiegły pokojowiec Szymek, aby go w oczach świata nowowiejskiego raz na zawsze śmiesznym uczynić. Była to pierwsza przegrana Jaremy w tym nowym epizodzie jego życia. Śmiała się z niego kucharka i pokojówka, śmieli się kucharz i ogrodnik, śmieli parobcy i dziewki z mleczarni. Szymek z miną faryzeusza obracał go na wszystkie boki, niby mu poprawiając kubraka, a tymczasem czynił go tylko śmieszniejszym w nieudolności jego. Pokojowiec spostrzegł wkrótce, że Jarema nie tylko szkodzić mu nie może w oczach płci nadobnéj Nowejwsi, ale przeciwnie, odbijał on od tego orangutanga udatnemi ruchami i pewną gracyą w noszeniu liberyi. Przybłęda bowiem tak jakoś przyrósł do téj liberyi, że mu wcale nie zawadzały ani opięte kamasze, ani ciasna szychowa przepaska pod kolanem, ani go gniótł kubrak migdałowego koloru, zapięty sztywnie pod samą brodę. Umiał się jakoś ruszać swobodnie w tym służalczym mundurze, był giętki i zwinny w tej szychami obszytéj skorupie. Jarema nie widział jednak różnicy między sobą a Szymkiem. Miał taki sam prawie kubrak, co i tamten, i takie same spodnie, z szychową pod kolanem przepaską. Dziwiło go to, że czeladź tylko z niego się śmiała, a w ubiorze pokojowca niczego śmiesznego nie dostrzegała. Widział on w tém krzyczącą świata, ale do takiéj niesprawiedliwości był już od najmłodszych lat przyzwyczajony, i westchnął tylko do Boga, aby kiedyś odpłacić się mógł temu niesprawiedliwemu światu. Ale, jak wszystkie dolegliwości w życiu ludzkiém mijają, tak i to minęło. Pokojowca odwołano na pokoje, na czeladź dworską wpadł ekonom z batem, że próżnuje i bez celu śmiechy wyprawia, a biedny rekrut dworski został sam jeden w kredensie, aby nad nowém swojém położeniem należycie się namyślić. Widząc tutaj cały swój świat zamknięty we cztery brudne ściany kredensu i płaską powałą z góry przygnieciony, zaśmiał się Jarema i smutno spojrzał po swojéj liberyi. Członki jego jakoś dziwnie skostniały i zgrubiały. Nie mógł się ani ruszać, ani postąpić. jak dawniéj, gdy był pastuchem na wielkiéj zielonéj błoni. Naprzód przyszedł mu na myśl pokojowiec, a czoło jego zmarszczyło się. Mimo wiedzy wcisnęło się W jego serce jakieś nieprzyjazne dla Szymka uczucie. A gdy potém w myślach swych daléj się posunął, ujrzał przed sobą owego urzędnika, który niby był jego protektorem, a właściwie wprowadził go na to nowe, niezbyt przyjemne stanowisko. I właśnie chciał sobie o tym urzędniku coś pomyśléć, gdy drzwi kredensu z łoskotem się otworzyły, a na progu pojawił się amtsdiner Huber. — No, ty Jarema — zawołał amtsdiner — co ty tak nos na kwintę spuścił? hę? Ja i pan komisarz... już jedziemy precz. Podaj ognia do fajki. Jarema na gołej dłoni przyniósł mu żarzący się węgiel z kominka. — Co ty Jarema — mówil daléj Huber — to ciebie nie piecze? — Choć piecze, ale cóż robić? — odparł Jarema, — służyć trzeba. Mimo głupich, wolich oczu swoich, spojrzał jakoś roztropnie na niego Huber i rzekł po chwili: — Jesteś bardzo mądrym czlowiekiem, Jarema. Zapiszę to sobie dzisiaj do dzienniczka. Służba przedewszystkiém. Mnie nieraz także piecze i boli, ale cóż robić? Kto chleb daje, dla tego niech piecze i boli. Chleb, to grunt wszystkiego na świecie. Jarema patrzył na amtsdinera, jakby tych filozoficznych aforyzmów wcale nie rozumiał. Chleba dworskiego jeszcze wprawdzie nie jadł, a chociaż dziedzic bardzo po ludzku z nim sobie postąpił, zatęsknił jednak do swego pastuszego kaftana i do słomianego kapelusza. — Słuchaj Jarema, — mówił po chwili Huber, poprawiając ogień w fajce, — podobałeś się mnie i panu komisarzowi, a to już wiele znaczy. Komisarz obiecał cię do siebie wziąć, jak zostanie starostą, a ja mogę już wtedy być kancelistą. Nim to jednak nastąpi, mówię ci, jeśli chcesz, aby ci się dobrze powodziło na świecie, to patrz zawsze na tego, co ci chleb daje, rób wszystko, co on robić każe, a nie pytaj nigdy dla czego. Jak tylko raz się zapytasz dla czego? to już pierwszy krok do biedy. Jam był czternaście lat żołnierzem, to wiem, jak być powinno. Słuchać a nie rezonować, ani gębą, ani w duchu. Rzekłszy to, poklepał Jaremę ręką po głowie, z powagą protektora, jakby go chciał bierzmować na przyszłe burze żywota, i odszedł.

Taki był pierwszy poranek tego nowego epizodu w życiu Jaremy. Nastąpił drugi, trzeci i dziesiąty, a nic szczególnego nie zaszło. Jarema pełnił rozkazy drugich, a wszystko, co żyło w piekarni, rozkazywało mu. I powoli przyzwyczajał się do dworskich, a dworscy do niego, i byłby może na zawsze utonął w fali czasu i historyi świata, jako sługa kredensowy, gdyby okazana już w pierwszym rozdziale skłonność do jasnowłosej Nastusi nie była go wplątała w szereg szczególnych sytuacyj. Zaraz w niedzielę po nieszporach stała się ważna zmiana w jego życiu. O tym czasie zwykli byli wieśniacy tłumnie zgromadzać się w karczmie u rudego Icka i zabawiać się rozmową przy kieliszku. Młódź zaś, która nie miała przystępu do karczmy, roiła się w około cmentarza i wyprawiała figle z dziewczętami. Za pośrednictwem córki dziedzica, która wielce sprzyjała Jaremie mimo kradzieży kanarka, pozwolono mu pójść na tę poobiednią zabawę. Spodziewał się tam zastać Nastusię, a chociaż dzisiejszy ubiór niewiele obiecywał mu nadziei, jednak serce koniecznie go do niej ciągnęło. Do tego jeszcze dodawała mu otuchy myśl, że Szymek w takim samym mundurze miał szczególne u dziewcząt powodzenie, które na muzyce lgnęły do niego, jak muchy do miodu. Nie wiedział jednak, iż dla Szymka była liberya, jakby stworzona; umiał bowiem z taką fantazyą stawiać nogi w kamaszach i tak zgrabnie w obertasie podrygiwać, że każda z ukosa zerkała na niego i rada była choć słówko, choć jeden uśmiech od niego dostać. A Jarema tymczasem wyglądał w sutéj liberji, jak wół w złotéj karecie. Otoż skoro się tylko ukazał na cmentarzu, czy to już było tak ukartowane przez Szymka, czy tylko istny przypadek, dziewczęta poczęły się śmiać i wydrzeźniać biedneniu rekrutowi dworskiemu. Spłonął gniewem Jarema, ale nic nikomu nie powiedział. Powiódł tylko okiem po grupach dziewcząt, szukając między niemi jasnowłoséj Nastusi, i znalazł ją niedaleko siebie. Siedziała na murawie, a obok niéj przykucnął Szymek i oboje śmieli się z Jaremy. Jarema ścisnął pięść i posiniał ze złości, ale dziewczęta tém więcej śmiały się z niego, a chłopacy zanócili piosnkę humorystyczną:

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…