Front matter
RAMUŁTOWIE.
POWIEŚĆ WSPÓŁCZESNA
przez
całość
RAMUŁTOWIE.
POWIEŚĆ WSPÓŁCZESNA
przez
J. I. Kraszewskiego.
A.
NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA.
1881.
Дозволено Цензурою.
Варшава, 25 Ноября 1880 г.
Drukiem S. Orgelbranda Synów, ulica Bednarska Nr. 20.
I.
— Ale tu w tém powietrzu oddychać nie można — rzekł chmurno. Zadzwoń o rachunek i herbatę. — Uczty tego rodzaju płacą się dosyć drogo; masz prawo budzić i być trochę niegrzecznym... To mówiąc począł okna otwierać przybyły, aby ranne weszło powietrze. Towarzysz drugi przejrzał się w zwierciadle i poprawił włosy. Spiął kamizelkę — westchnął. — Nie pięknie wyglądam dzisiaj — odezwał się: zmęczony jestem, niewyspany — okrutnieśmy hulali... i to od godziny dziesiątéj wieczorem aż do trzeciéj czy pół do czwartéj... Szampańskiego co wypili — powiadam ci... i to Roed rer Carte blanche... Sylwan twarzą zwrócony ku oknu jakby nie słuchał, drugi mówił ciągle: — Poczciwy brat z ciebie, żeś się o mnie tu dowiedział... lecz... darmo... ty już potępionéj duszy ze szpon szatana-świata nie wyrwiesz... mnie dyabli wziąść muszą... — Nie widzę konieczności, rzekł Sylwan, i dodał, jakby odwodząc od téj rozmowy. — Chodźmy. — No — to idźmy do ciebie... zrobisz mi herbaty i położę się na kanapie. To mówiąc począł szukać pan Herman kapelusza i paltota, nie mogąc ich nigdzie wynaleźć. Zamiast własnych, odkrył nareszcie palto ogromnych rozmiarów, widocznie zamienione, i zduszony kapelusz także cudzy. — Patrzajże, proszę ciebie... oto ślicznie ztąd wyjdę wyekwipowany! Trzeba będzie do kosztów naszéj wieczerzy doliczyć nowe okrycie głowy i grzbietu... Sylwan odwrócił się. — Nikt twego stroju na ulicy o téj porze nie zobaczy, rzekł żywo, a po inny późniéj poszlemy do mieszkania, Staszek ci je przyniesie do mnie. — A no! naturalnie, muszę wszelkie biesiady rad nie rad podźwignąć — dodał Herman. Chodźmy. Sylwan co najspieszniéj chciał się wycofać i szybkim krokiem począł iść ku drzwiom: wstrzymał go mijając stół Herman i wskazał nań. — Patrz, proszę cię, na te wymowne znikomości ludzkiéj dowody: w jak prędkim czasie wszystko to zmieniło się w kupkę śmiecia!... Kieliszek, z któregośmy wypili rozkoszne szały — śmierdzi trucizną... przepych obrócił się w brud.. i żyjże tu na tym świecie! Sylwan kiwnął tylko głową — wyszli oba z salki... W drugim i trzecim pokoju nie było nikogo, w znaleźli kellnera z serwetą w roku, z otwartemi ustami, twardym snem ujętego w krześle... Herman nie mógł wyjść, nie spłatawszy figla. Na kantorze stał kałamarz, w którym umoczył palec i wąsy mu umalował. Śpiący opędzał się jego ręce, jakby czuł muchy... i zasnął znowu... Mimo groźnego spojrzenia Sylwana dopełniwszy co zamierzył, Herman z nim razem wysunął się wreszcie w ulicę... Tu dopiero się życie miejskie rozpoczynało od najtwardszéj pracy. Słychać było po bruku wlokące się wozy ciężkie, bokami ulic szli powoli robotnicy, sługi na pół odziane do otwierających się piekarni i rozwożących mleczywo, otwierano gdzie niegdzie okiennice, zamiatano przed domami — przedmówkę powszedniego życia mieli przed oczyma przechodzący. Sylwan wpatrywał się w nią z pewném zadowolnieniem, Herman oczy miał przymrużone, usta otwierały się ziewaniem. Szedł ze spuszczoną głową i rękami w kieszeniach. Stawał niekiedy i rozglądał się, czy jeszcze daleko byli od celu téj rannnéj przechadzki. Nareszcie z ulicy głównéj zwrócili się w boczną, umajoną ogródkami, Sylwan otworzył furtkę, od któréj miał klucz i wprowadził brata w zaciszny kąt swój. Domek maleńki stał wśród sadu i kwiatowego ogródka, bardzo czyściuchno utrzymanego... Był to raczéj rodzaj altany niż domu i zimą trudnoby w nim było wymieszkać. Latem za to nie mógł milszego i cichszego nad to znaleźć schronienia. Kwitły mu jabłonie, pachniały brzozy, miał zielone kobierce i grzędy pstrych wesołych kwiatków. Duża salka i pokój sypialny z małą izdebką służącego składały cały ów dworek. Pomimo licznych okien salka była przyciemna, bo krzewy wchodziły prawie do niéj i przypierały do ścian. Umeblowanie bardzo proste, sofy, krzesła, fortepian, szafka z książkami, stół zarzucony papierami, ubierały skromnie pokój, w którym znać było pracowitego i cichego gospodarza. Na ścianach wisiały rysunki i sztychy, widoki i studya różnych kraju okolic... Tuż przeze drzwi sypialnia niewiele się od salki różniła... Sylwan otworzywszy drzwi poprowadził ciągle ziewającego jeszcze Hermana wprost do czystego łóżka, które mu wskazał... Nie dając się prosić zrzucił przybyły odzienie, schwycił szlafrok i pośpiesznie padł na posłanie. — Czy mam czekać na przebudzenie z herbatą, czy do herbaty cię zbudzić? zapytał gospodarz. — Naiwny jesteś, jeżeli myślisz, że ja tak łatwo usnę, zawołał Herman. Potrzebuję położyć się i spocząć, ale głowę mam pełną myśli — serce pełne wrażeń... sen mnie nie weźmie, choćbym go prosił. Każ robić herbatę a sam zostań przy mnie... — Więc — zaraz wrócę — rzekł Sylwan — czekaj. Jakoż w kilka minut, przywoławszy chłopca, który się zajął gotowaniem orzeźwiającego napoju — Sylwan przyszedł i siadł przy bracie. Herman leżał z otwartemi oczyma, blady i widocznie zmęczony... ale oprócz znużenia cielesnego, widać na nim było znękanie moralne. Sylwan wziął go za rękę... W tym uścisku braterskim gdy się dwie dłonie ich splotły, nie patrząc nawet na twarze, można było po rękach obu domyślić się dwóch natur, żywotów i zawodów odmiennych. Hermana ręka biała, delikatna, wypieszczona, z żyłkami sinemi, należała widocznie do człowieka który nic nie miał do czynienia i mógł się nią bawić zarówno i życiem; palce Sylwana zapracowane, silne, opalone, muskularne oznajmowały, że nie próżnowały i nie lękały się dźwignąć ciężaru ani podjąć walki... Chociaż ich łączył węzeł braterski krwi i przywiązania, nic bardziéj nie mogło się różnić nad dwie twarze obu młodych, pokrewnych nawet rysów ludzi — natury tak odmiennéj jak ich dłonie — Herman był bardzo piękny, blady... wybielony życiem pokojowém i pieszczotami; w ustach miał wiele dobroci ale razem szyderstwa... z oczu i czoła biło sceptyczne rozczarowanie i lekceważenie wszystkiego, smutek razem i złość jakaś utajona, duma i boleść. Sylwana twarz podobna krojem, różniła się charakterem poważnym i łagodnym razem, pewną pokorą, która może była tylko rodzajem przekształconéj dumy, w każdym razie nie waśniła się ze światem i spokojnie patrzała nań, nie mając żalu, iż nie takim był jak chciała. Sylwan téż starszym się wydawał o lat kilka i dojrzalszym... w Hermanie młodość burzyła się jeszcze i buchała.
II.
— No, cożeś ty się tam tak zadumał? szepnął Sylwan, wyczekawszy aby się brat odezwał sam; czego tak wzdychasz i oczy słupem ci stoją? Wczorajsza zabawa co cię miała rozweselić, widzę jeszcze uczyniła cię kwaśniejszym. Zrzućże ten ciężar z serca, mów... przedemną możesz się przecie spowiadać otwarcie... — Mój Sylwku... a co to pomoże? pieszczotliwie począł leżący na łóżku. — Życie ze wszystkiemi swemi tłómokami ciąży mi... kręcę się, rzucam i nie mogę trafić na drogę, którąbym mógł iść spokojnie daléj — a widzieć, że zajdę do jakiegoś celu. Widzisz jestem z tobą szczery, bo za nic w świecie przed nikimbym nie przyznał się do tego, co ci powiadam. — Mówże, no mów, spokojnie odparł Sylwan... słucham... spowiedź ta ulży tobie. — Ze świata i z siebie jestem nie kontent, ciągnął daléj Herman. Prawdę powiedziawszy, nie wiem sam czego chcę... gdzie idę i — co potém?... co potém? na co to wszystko, kiedy się każda moja argonaucka kończy tak, jak wczorajsza wieczerza?... Podpoiłem i nakarmiłem najukochańszych przyjaciół moich, aby się dowiedzieć od nich, gdy się zaczęli wywnętrzać, że ostatecznie są nie wiele warci.. Tak oni mi zbrzydli teraz jak to wino, które piłem z niemi... Więc wszędzie spotykam rozczarowanie... i tak ci ma być in saecula saeculorum? Sylwan jeszcze nic nie odpowiedział, zapalił cygaro i słuchał z powagą nauczycielską a politowaniem pewném... — Mówże, no mów, mruczał ciągle. — Co daléj? — A jeszcze w dodatku — rzekł nagle Herman, — głupiom się zakochał... — Myślisz, żeś się zakochał? spytał Sylwan. Brat spojrzał nań dziwnie. — Szalenie, szkaradnie... do waryacyi! zawołał — zakochałem się! — Który to raz? zimno znowu rzekł Sylwan... I znowu popatrzali na siebie, Herman się uśmiechnął. — Tamte były — młodzieńcze płomyki... a to jest ogień piekielny! dodał z zapałem — zachwycająca istota!... — Któż to taki? mówił Sylwan — boć nie prezesówna Iza? — A! pfe! prezesówna! Krochmalna ta lalka; dzieło rąk guwernantki, która ją stworzyła na obraz i podobieństwo swoje... Jakże ty możesz mnie o coś takiego posądzać? — Był przecię czas, gdy wielbiłeś Izę? — Dopókim się nie przysiadł do niéj i nie rozmawiał z nią... przerwał Herman. — Więc w kimże to nowe zakochanie? — Mnie się zdawało, że ty powinieneś odgadnąć! Oszczędziłbyś mi upokarzającego wyznania, bo osoba... osoba... — Cóż? zamężna? z oburzeniem zapytał Sylwan. — A! nie! nie! niecierpliwie rzekł Herman, uderzając ręką o krawędź łóżka — jakżebyś ty nic nie zgadł! — Ja bo nie mam daru zgadywania — uśmiechając się począł Sylwan — a najmniéj mógłbym się domyślać przedmiotu miłości takiego zapalczywego młodziana jak ty, który co kilka dni obrazowi się kłania. — Niestety — co teraz to podobno miłość na seryo! — A! na seryo — słucham więc i bardzom ciekawy... — Byłeś w Teatrze? widziałeś Violę w rolach naiwnych dziewczątek? Sylwan zmieszał się jakoś i zarumienił, lecz niepostrzeżenie dla brata; skinął głową nie chcąc się może zdradzić głosem, i mruknął: — Tak — tak. — Gdym ją po raz pierwszy zobaczył, podobała mi się, no — ale tak jak ładne dziewczę, młodziuchne a świeże podobać się może. Zapaliłem się do twarzyczki, buziaka i oczek. Po sztuczce, w któréj grała poleciałem do Jóźka aby mnie zakulisy zaprowadził i zaprezentował. — Co ci po tém? rzekł mi — jeśli Violkę bierzesz za pospolite dziewczę zalotne, z którém się myślisz pobawić i pożartować, żal się Boże zachodu... A cóż to za przebrana księżniczka? począłem śmiejąc się. Żadna księżniczka, rzekł Józiek, ale strasznie mądre stworzenie.. ani przystępu do — kwaśna, ostra, obraźliwa... Pomimo że mi ją tak źle zarekomendował, uparłem się, poszliśmy z nim za kulisy. Violka szła jeszcze ubrana po wiejsku, gdyśmy ją spotkali. Józiek mnie przedstawił; spojrzała, kiwnęła główką i chciała zaraz uciekać. Palnąłem siarczysty komplement, chcąc ją upoić kadzidłem: rozśmiała mi się w oczy. Śmieszek był nie wesoły, szyderski. Zastąpiliśmy jéj drogę ażeby zmusić do dłuższéj rozmowy; nie zmieszała się tém wcale, i odpowiadała — ale mówię ci z takim dowcipem, przytomnością, tak bez najmniejszéj kokieteryi, żem został oczarowany. Rzadko w salonie najlepiéj wychowana panienka znaleźć się tak potrafi. Odszedłem, już za pierwszym razem mogę powiedzieć zakochany... Potém kilka razy starałem się z nią spotkać, i dobiła mnie, a to ci powiem, że najmniejszéj nie zdaje się mieć myśli ani ochoty do tego, obchodzi się ze mną jak z dzieciakiem... dobrego słowa mi nie powie... a czarująca! czarująca! Sylwan zaczął się śmiać sucho i dziwnie — Herman nań popatrzał. — Z czegoż ty się śmiejesz? — Z twojéj szalonéj miłości, która będzie pono trwała właśnie tyle, ile teatr ten gości u nas... — Znasz że Violę? — Widziałem ją — począł siadając Sylwan... a przypadkiem dowiedziałem się jéj historyi, powiem ci więc ją dla tego, żebyś nie marzył o tym owocu zakazanym. Herman westchnął. — Ojciec Violi był starym aktorem, znakomitego rodzimego talentu... komikiem nieporównanym, ale człowiekiem bez hamulca, bez obyczajów... który trawił życie po szynkowniach... żył z dnia na dzień i mimo najlepszego serca, starém zepsutém dzieckiem dotrwał do końca, wlokąc za sobą ofiary. Temi była żona jego, artystka także, najnieszczęśliwsza istota, zmuszona walczyć z nim o chléb swój i dziecka, i dziecko to, które ledwo odrosłszy od ziemi, poznało wszystkie rodzaje nędz i upokorzeń. Ojciec jéj zszedł, coraz się bardziéj upijając, do takiego upadku, iż ledwie w najlichszych truppach mógł na kawałek chleba zarobić. Zamykano go na klucz w te dnie gdy grać potrzeba było. Matka zmarła do rozpaczy przywiedziona gdy Violka miała lat siedm czy ośm... a nie dziecko powierzała ojcu, ale tego nieszczęśliwego jéj musiała powierzyć; miarkujesz jakie to było wychowanie. Kołysała ją niedola, nędza przyspieszała dojrzałość, sieroctwo ją uczyło, sponiewieranie ojca kazało zmężnieć przed czasem by go ratować. Niemiała prawie dzieciństwa i to świeże, niewinne stworzenie co gra role niewinne z taką doskonałością nigdy nie miało czasu być dzieckiem... Życie całe swe brudy, rany i szkarady odsłoniło przed nią wprzód nim sama zamarzyła o ideałach. Talent ten wyrósł w ogniu nędzy okrutnéj... Ojciec zmarł, została sierotą, sama... bez opieki wśród ludzi, co ani mogą ani myślą białéj sukienki szanować... Musiała odgadnąć swe obowiązki, środki obrony, zebrać się na męztwo, nie zlęknąć głodu nawet... Wyszła z tych prób zwycięzko, lecz miarkujesz, że taką niedolę, taką cnotę, takie sieroctwo należy szanować... i że płocho chcieć bałamucić dziewczę, które w świecie całym ma jedno serce swoje... byłoby występkiem. — Wszystko to w twych ustach ślicznie wygląda, rozśmiał się Herman; ale — czekaj — audiatur et altera pars. Widzę prześliczną, różowiuteńką, okrytą puszkiem młodości wisienkę dojrzałą na gałązce... Rozczulam się nad jéj wdziękiem... nie mam serca zerwać i połknąć; w téj chwili szary paskudny wróbel wyrywa się gdzieś z kąta, schwycił ją w dziób i poniósł. To właśnie morał twéj historyi sieroty Violi.. któréj ja będę się kłaniał z uszanowaniem dla jéj niedoli, a jakiś młokos śmielszy zbałamuci. — Byćby to mogło — odparł spokojnie Sylwan — lecz zaręczam ci, że ta wisienka lada wróblowi wziąć się nie da. Daremne będą twoje zabiegi... Nazwałeś to miłością — dodał — jabym temu dał imię fantazyi tylko... Ty jeszcze nie umiesz kochać, i wątpię, żebyś już kiedy potrafił. — Dla czego? podchwycił Herman. — Dla tego, że jak cała młodzież dzisiejsza, puszczona swobodnie, nie hamowana w niczém — mało masz poszanowania dla kobiety. Ona dla ciebie będzie ideałem kształtów, wdzięku... ową wisienką do zjedzenia o któréj wspominałeś, nigdy złotoskrzydłym aniołem, w któregobyś serce uwierzył i chciał z nim życie podzielić... — Viola jest z pewnością więcéj warta nad pospolite dziewczęta... a ty jéj ocenić nie potrafisz... — To dobre! a zkądże ty znowu tak doskonale znasz ją, jéj przeszłość, cnoty, serce i idealne złote skrzydła? zawołał Herman... — Ja? rzekł Sylwan. Nie będę ci się zapierał tego, lubię teatr, znam kilku artystów, w ich towarzystwie poznałem ją, zbliżyłem się bez najmniejszéj pretensyi ani podobania się, ani bałamucenia jéj i siebie... i — spuszczając głowę dokończył Sylwan... poznałem ją bliżéj, a poznanie to wzbudziło dla niéj szacunek... Herman się rozśmiał. — Ty ze swoją powagą i wiarą jesteś zabawny! Ależ mnie opowiadano historyę o niéj! To porządny kopciuszek, ale wcale nie tak naiwny, jak ty go sobie wyobrażasz! Ho! ho! — Jeśli ją lepiéj znasz nie ma co mówić o tém — dodał brat; — ale zdaje mi się, że się mylisz... To co powiadasz, uspakaja mnie, bo z téj strony ją znając, jak sprytnego kopciuszka, niebezpiecznie zakochać się nie możesz... Fantazya ta przejdzie jak inne... Wybije ci ją z głowy druga... — Tymczasem ani przystąpić mi do siebie nie daje, odezwał się Herman... Mój drogi jak ty mnie kochasz, kiedy ty z temi artystkami jesteś tak dobrze... a masz tam wstęp — ratujże mnie! Sylwan zerwał się z łóżka. — Dajże mi pokój! Ja żebym ci pomagał do takich bałamuctw! Hermanie — przecież mnie znasz! Chłopak wnoszący herbatę przerwał na szczęście rozmowę; obaj zamilkli, Sylwan się wziął do samowara, Herman zamyślił się i wzdychał. Jakiś czas trwała cisza przerywana tylko brzękiem szkła i łyżeczek. Dzień już się był zrobił jasny i od ulicy żywy ruch słychać było... Miasto budziło się, dzwony wołały do kościołów, powozy turkotały po bruku, z dala dolatywały rozmowy głośne i śmiechy idących na targ włościan... — Wiesz ty? co — rzekł wypiwszy herbatę z cytryną Herman — należało by mi pójść do domu... ale w tym paltocie i kapeluszu przez ulicę przejść niepodobna... — Weź co mojego... — Masz tak anachoreckie ubranie, rozśmiał się Herman — doprawdy, niepodobieństwo... gdybyśmy kogo roztropnego do mojego Staszka posłali — ale kogo? — To znaczy chyba, żebym ja sam poszedł, odezwał się Sylwan. Zgoda i na to, lecz jest jeden warunek. — No! jaki? — Jeśli kto do furtki ogrodowéj zadzwoni żebyś nie otwierał. — Dla czego? — Dla tego, że ja sobie tego życzę... że cię o to — proszę. — No, to nie otworzę... Kładę się na łóżko i odpoczywam... Sylwan wziął swój szary kapelusz z salki i przymknąwszy drzwi sypialni wyszedł powoli. Herman istotnie położył się na jego łóżku, przymknął oczy i drzemać począł. Nie upłynął kwadrans gdy dzwonek od ogrodowéj furtki się odezwał... Herman otworzył powieki, myśląc: — Ciekawa rzecz dla czego on mi otwierać nie kazał? Może kto z interesem i Sylwan zaraz powróci, mógłby sobie na niego poczekać. Zadzwoniono nieśmiało po raz drugi... Herman wstał, poprawił trochę suknie... i wyszedł ścieżką ku furtce. Zbliżając się ku niéj, usłyszał za murem rozmowę... Przyspieszył kroku, otworzył... Dwie osoby stały w progu: staruszek siwy, przygarbiony i zakwefiona kobieta młoda... Na widok Hermana pierwszy się zmieszał, a druga żywo cofnęła i zwróciła tak, że twarzy jéj widzieć nie mógł. — Pana Sylwana nie ma w domu? — zapytał stary. — Nie ma, ale natychmiast powróci... Możeby państwo przeszli się po ogródku i poczekali trochę; w téj chwili nadejść powinien... Staruszek zwrócił się do kobiety jakby z zapytaniem; ta milcząco dała mu znak przeczący i odsunęła się od furtki żywo. Stary skłonił się i poszedł za nią. Herman wyjrzał jeszcze za oddalającymi się — i — byłby przysiągł, że tego staruszka gdzieś widział bodaj za kulisami teatru — a... ta zakwefiona pani... postawą i ruchami tak przypominała Violę! Nie śmiał i niemógł pogonić, ale ścigał ją długo oczyma, w ostatku gdy znikli, furtkę przymknął i zamyślony wrócił do sypialni. — Otóż dla czego Sylwan nie życzył sobie, ażebym furtkę otwierał! — i dla czego tak się unosił nad ideałem panienki, która w towarzystwie szanownego suflera, przychodzi mu ranne oddawać wizyty! Dobryś braciszku! A! rozumiem! Taki pedant, purytanin, świętoszek, na morałach jeździ jak najlepszy berejter... a panny o świtaniu u siebie przyjmuje. Chód śpieszny od furtki przerwał rozmyślania Hermana. Drzwi się otworzyły; wszedł najprzód Sylwan rzucając na brata wejrzenie chmurne, a za nim ładny chłopaczek w liberyi bardzo wytwornej, z twarzyczką roztropną, ożywioną, dowcipną — doskonale dobrany służka swego pana. Staszek miał na ręku palto i kapelusz czarny, usta miał zakąszone i uśmiechnięte. — Pani hrabina już się pytała rano o pana — rzekł wchodząc; — ja powiedziałem chwała Bogu niezgorzéj, że pan na wsi i że dopiero po ósméj powróci... Biegałem już do restauracyi, kellner mi powiedział, że pan nad rankiem wyjść musiał, a był czegoś zły i cytryną sobie pod nosem smarował... bo mu ktoś wąsy atramentem umalował. Staszek począł się śmiać. — Jabym przysiągł żeto pan! Herman kładł palto spoglądając na brata, który stał milczący i widocznie nadąsany. Skinął na Staszka żeby szedł przodem i zbliżył się do Sylwana. — Co ty tak pochmurniałeś? — Zrobiłeś mi przykrość — odezwał się sucho Sylwan. Prosiłem cię ażebyś furtki nie otwierał... — Lękałem się ażeby kto nie był z interesem, nie masz się gniewać za co... — Prosiłem cię — dodał starszy — to dosyć; powinieneś był choć raz posłuchać. Zaufałem ci... uczyniłeś mi przykrość! wielką przykrość! — Wierz mi, odezwał się Herman, iż sam to sobie wyrzucam... ale mógłżem się u licha spodziewać, żebyś ty, anachoreta, o ósméj godzinie rano odwiedziny jakich pań przyjmował... — No, nie żartuj — rzekł surowo Sylwan — jesteś płochym często, ale poczciwym zawsze... Ufam ci — poznałeś w kobiecie Violę, bo ona ciebie poznała, i odeszła ztąd zmieszana, płacząca, przewidując, że z najniewinniejszéj w świecie rzeczy zrobi się plotka... Proszę cię więc na naszą miłość braterską Hermanie, zapomnij, żeś ją tu widział, i nie wspominaj o tém nikomu... — A ta najniewinniejsza w świecie ranna przechadzka do twojego ogródka? zapytał Herman — cóż ona ma znaczyć? — Właśniem ci to miał powiedzieć — dodał żywo Sylwan. — Doktor kazał jéj pić wodę emską, przy wodach potrzebowała chodzić... Na publicznéj przechadzce gdziekolwiek bądź, wyszpiegowanoby ją i ścigano; zaproponowałem mój ogródek, ręcząc, że tu nikogo nie wpuszczę. Przychodzi ze starym suflerem; widuję ją tylko gdy furtkę otwieram. Na to com ci powiedział, daję najuroczystsze słowo honoru... — Wierzyłbym na proste twe słowo — z ironicznym uśmiechem odezwał się Herman... Widzę tylko z tego, że jesteś du dernier mieux z tą śliczną Violą, żeś nawet o nią zazdrosny, i że mnie nie pozostaje nic nad pełne uszanowania wycofanie się przed panem starszym bratem.. To rzekłszy skłonił się Herman, smutnie i kwaśno żegnając Sylwana, który go jeszcze raz pochwycił za ręko. — Ani nawet jéj nie powiem żem poznał. — Słowo... bądź spokojny... — Hermanie — słowo że o tém nie wspomnisz nikomu! O! moralista! moralista! mruknął odchodząc... Sylwan zadumany pozostał długo w progu, patrząc za odchodzącym. Dobry jego uczynek względem brata, dziwnie mu się wypłacił! Los prawie zawsze, z tą ironią wywdzięcza ludziom poświęcenie i miłość.
III.
Działo się w świeżo najętym domu, w którym nowy lokator urządzał się zmęczony krzątaniną, ocierając pot z czoła. Spojrzawszy nań każdy, najdobroduszniejszy nawet żydek, byłby od razu poznał wiejskiego obywatela, a dowcipniejszy domyśliłby się po pewnych znamionach, że pochodził z Kongresówki. Obywatel wiejski ma w sobie zawsze, mimo pumeksu, którym z niego starą barwę zetrzeć się starają cywilizatorowie i reformatory — coś z tych królewiąt Szajnochy, którzy kilkaset lat panowali krajowi. Najpokorniejszy z zdradza to, że kiedyś był sam jeden wolny a drugim rozkazywał... Długie lata wykształciły typ, ruchy, mowę i obyczaje... Jest w nim coś średniowiecznego mimo fraka, coś rycerskiego mimo okularów, coś pańskiego mimo opuszczenia i zbrukania. Twarz, wzrok, głos, choć zdetronizowane, znać, że panowały niedawno... W naszym szlachcicu było nieco téj staréj buty, ale rozmiękłéj pod wpływem sybarytyzmu... Mały, krągły, tłuściuchny, rumiany, mimo lat około pięćdziesięciu ubrany po i nie bez pretensyi do elegancyi a wdzięku, pan Aleksander Junosza, chodząc, przeglądał się niekiedy w zwierciadłach, włosy poprawiał, suknie pociągał, niespokojny był widocznie, jak się tego dnia wydawać będzie. A wydawał się świeżo, może do zbytku różowo tylko, i choć zmęczony, chodził młodzieńczemi krokami, i gdyby nie zaokrąglenie, z daleka można go było wziąć za trzydziestoletniego kawalera. Był jednak wdowcem oddawna... a metryka świadczyła, iż zbliżał się do fatalnego kresu pięćdziesiątówki. Jeszcze go nie dościgł, ale już wzdychał nad okrucieństwem czasu, który zbiegł tak nielitościwie. Około oczu występowały już zarysy zmarszczków, około ust częsty uśmiech popisał drogi którędy się ślizgał — na czole nie myśl ale znużenie pokreśliło pasy niepotrzebne... Wszystko to krasił rumieniec, a junacki wąsik podkręcony do góry, nastrzępiony był z młodzieńczą fantazyą. Ten pozór młodości i miły a przyjacielski charakter były przyczyną, że pana Aleksandra Junoszę do dziś dnia nazywano — Olesiem. Chodził pod tém imieniem... u znajomych i nieznajomych, pieszczotliwy przydomek stał za charakterystykę... Kochano Olesia, bo był dobrym koleżką do wszystkiego i nie pedant wcale, nikt go jednak nie brał na seryo. Sam z siebie majętny, Oleś ożeniwszy się ze starościanką M... nabył znaczniejszego jeszcze majątku, a po najdłuższém życiu pani starościnéj, teści swéj, miał nadzieję dla córki wielki otrzymać spadek. Panna Hanna miała już lat dwadzieścia, a była śliczna, dobrze wychowana, rozumna, i tylko — jak młodzież utrzymywała — trochę za poważna na swój wiek, za śmiała na swój stan... Obawiano się jéj, ale kochano z daleka.. Ci co ją bliżéj znali, byli dla niéj z uwielbieniem. Właśnie troskliwa babka, pani starościna, pod pozorem poradzenia się o swe zdrowie, wyjechała była z Hanną za granicę, i tylko co się na parę miesięcy urządzano tu... posługując Olesiem, który wyglądał tylko kimby się sam mógł wyręczyć. Z natury był kochany ów Oleś do pracy wszelkiéj przymusowéj niezdolny — nudziła go... Wesołe gronko, smaczne jadło, umiarkowany dobrego wina kieliszek, dobrane suche cygaro, dolce far niente na miękkim fotelu... najulubieńsze mu były. Książek nie czytywał, twierdząc, że z rozmowy o nich dostatecznie się dowiedzieć tego można; gazety rzadko, i z tych po obiedzie najwięcéj go bawiły — ogłoszenia. Czerpał z nich znakomitą w swym rodzaju erudycyę. W téj chwili oczekiwał pan Aleksander na — przyjaciela... Pokładał on w nim nadzieję, iż go od wielu kłopotów uwolni. Przyjaciel ten nie jednego Olesia był druhem, ale można powiedzieć całéj szlachty zamożnéj, z któréj pochodził i do któréj należał; nie jednemu jemu, lecz mnogim znajomym niezmiernie był użyteczny. Znano pana Maryana Dołęgę, jako najprzyjemniejszego z towarzyszów. On urządzał obiady, on gospodarzył na piknikach, pośredniczył w kupnach i sprzedażach, posłował przy pojedynkach, zagadzał zwaśnionych, a co najlepiéj umiał — to dysponować uczty i eleganckiego wykonania dopilnować. Zagadkową rzeczą była egzystencya pana Maryana od czasu, jak w młodości jeszcze utracił wioskę dziedziczną i znalazł się na świecie własnym zostawiony siłom. Help your self nie istniało leszcze: odgadł je genialny Dołęga. Pozostało jego tajemnicą, w jaki sposób tego dokonał; to pewna, że nie mając nic i nic nie robiąc, ubierał się pańsko, pieniędzy miał zawsze dosyć, stawał w najlepszych hotelach, zjadał najdroższe obiady, a książąt i hrabiów po imieniu nazywał, będąc z nimi na stopie zupełnéj równości. Sumienie dodać każe iż sposób jego myślenia i zasady zupełnie usprawiedliwiały zaszczyty jakiemi go okrywano: był bowiem ultrakonserwatystą, namiętnym przyjacielem porządku, legitymistą... mówił ślicznie po francuzku. Na żadnym liberalizmie poszlakowany nie był. Władzę wszelką szanował, i — daleko wprzód nim go genialny mąż stanu sformułował — odgadł ten aksyomat potężny iż siła idzie przed prawem... Wesoło więc spływało mu życie, bo go w najlepszych towarzystwach przyjmowano á bras ouverts, i miano za człowieka pewnego, nie wahając mu się w najdelikatniejszych powierzać sprawach. Starzy i młodzi, kobiety i mężczyzni, zarówno się w nim kochali... Tańcował z młodemi, grał w karty ze starszymi, z pobożnymi chodził na kazania, z innymi na teatr... ułatwiał przyjemne znajomości, sklejał małżeństwa, w potrzebie pomagał do rozwodów; słowem był to prawdziwy homme à tout faire. Dla Olesia, z którym go dawna talerzowa przyjaźń łączyła — miał ten cenny niezmiernie przymiot, iż znał się na jadle i wiedział gdzie co dobrego można dostać. Pan Maryan Dołęga wyglądał dosyć młodo, choć także czterdzieści lat już przeżył na tym bożym świecie, i włosy, mimo różnych wyśmienitych kosmetyków silnie mu już siwiały, twarz miał rumianą, oczy także jakby od pracy zaczerwienione, usta szerokie pełne dobroci i wesela. Należało do jego attrybucyi być zawsze w dobrym humorze, ten z sobą wszędzie przynosić, tak samo jak wszystko wiedzieć i znać wszystkich. Silnie zbudowany, ramion szerokich, piersi wydatnych, postawy wojskowéj (chociaż nigdy munduru żadnego nie kładł), zawsze ubrany starannie, pan Maryan choć nigdy passyi żadnéj nie obudził, między przywiędłymi paniami miał wiele dobrych przyjaciółek; nikt jednak nie mógł wytknąć palcem osoby, którąby swą przyjaźnią skompromitował. Para szczęśliwych pojedynków postawiła go téż dobrze, jako człowieka odważnego i na swój honor bacznego. Posłyszawszy za progiem chód przyjaciela wezwanego ku pomocy, Oleś aż do drzwi wybiegł przeciwko niemu... Uścisnęli się czule i ucałowali. — No, cóż? zawołał przybyły, jakże ci po wczorajszém? (Tém „wczorajszém“ była właśnie wieczerza pana Hermana). — A no! nic! rzeźwo mi i dobrze, miary nie przebrałam... jedliśmy rzeczy zdrowe, wino było wyborne... Zabawiliśmy się wyśmienicie. — Bom to ja wybierał i urządzał, duszo moja! rozśmiał się Dołęga — a już ty mnie znasz, że gdzie ja się wdam, tam źle być nie może. — Ty jesteś jedyny! powtarzając uścisk rzekł Oleś. — Siadajże proszę, oto masz cygarko — mamy z sobą wiele do pomówienia. — Służę ci — siadając i wyciągając się w fotelu odparł Maryan. — Wczoraj mnie w restauracyi, mówił Oleś śmiejąc się — formalnieście skonfiskowali. Ja, jak wiesz, tego Hermana Ramułta nie znałem: pochwyciliście, kazali, musiałem służyć, pić, śmiać się, ale teraz gdy mu wizytę zrobić wypada, gdy on nie chybnie mi ją odda... młody człowiek, u mnie w domu córka, — radbym też przecie wiedział co zacz? Nazwisko mi bardzo znane! — Zmiłuj się! śmiejąc się ciągle, bo śmiech był akompaniamentem koniecznym jego rozmów, zawołał Dołęga: — zmiłuj się — Ramułta ojciec mieszkał w waszém sąsiedztwie... — W naszém sąsiedztwie? spytał Oleś bijąc się w czoło. No, tak! był u nas Ramułt, ale czyż ten? czy ojciec tego? Nasz, Wojciech Ramułt, ożeniony z Pawęzką, człowiek niemajętny, jedna wioszczyna... miał córkę i syna — obojga mi aż nadto dobrze znanych. Żona mu zmarła, z nim nie wiem co się stało, po śmierci jéj desperując strasznie, wyjechał i — znikł. Dzieci się przy siostrze chowały... — No, to ja ci reszty dopowiem — począł zapalając cygaro Dołęga... Ten sam Wojciech Ramułt... z wielkiéj desperacyi pojechał do wód w Galicyi, tam gdzieś poznał majętną wdowę, hr. Borzechowską, ożenił się z nią, Pan Bóg mu dał syna wkrótce... a Ramułtowi się zmarło... Syna tego, z hrabiowskim tytułem, który matka sobie i jemu nabyła — poznałeś wczoraj. — A więc to przyrodni brat... — Tak! przyrodni brat pani Lelii z Ramułtów Matuskiéj i pana Sylwana Ramułta... — Cóż u licha za komplikacya niespodziana! podchwycił Oleś. Bo trzeba, żebyś wiedział — albo... no, o tém potém. — Nie, nie, trzeba żebym wiedział o wszystkiém — rzekł Dołęga; gadaj co masz mówić, zaraz. — Dla ciebie nie mam tajemnic, wiem, żeś człowiek dyskretny — począł Oleś jakoś smutnie... Tych Ramułtów urodzonych z Pawęzkiéj, miałem u ich cioci pod bokiem. Lelia, która potém wyszła za Matuskiego i owdowiała — śliczna i miła kobiecina... Znasz ją. — Doskonale! bardzo miła — rzekł Dołęga... a pomimo to do téj pory wdową jest jeszcze.... — Przyznam ci się, że mam do niéj słabość... rozśmiał się Oleś — takiego coś ma agasującego, taka dowcipna, taka żywa, taka... — A! ty — stary bałamucie! jesteś gotów... — Ts! cicho! uchowaj Boże kto posłyszy? daj pokój, nie o nią idzie... — A o kogóż? — O brata jéj... tu — sęk... Ten pan Sylwan wychowywał się niemal przy mojéj Hannie, bo to było sąsiedztwo o ćwierć mili. Dzieci z sobą były ciągle.. prawie codzień my u nich, oni u nas, zwyczajnie na wsi, gdzie o ludzi trudno... Otóż (tu głos zniżył Oleś) mam obawę, żeby Hanna moja nie powzięła dla niego trochę sentymentu... bo że on się w niéj szalenie kochał — to pewna. Starałem się tylko zawczasu mu dać do zrozumienia, że z tych wzdychań nic być nie może i — pozbyłem się go. Hanna będzie miała fortunę co się zowie pańską po starościnéj i po mnie... a to ubogi szlachciura i do tego głowa przewrócona, demokrata, liberał... czerwony... Wystawże sobie, dowiaduję się, że on tu po 1864 roku osiadł, i zajmuje się jako inżynier przy jakichś fabrykach czy kolejach... Jakże oni są z sobą ci bracia przyrodni? bo wczoraj go na wieczerzy, chwała Bogu, nie było. Dołęga głową trząsł w czasie opowiadania. — Oni są z sobą jak najlepiéj, tu się zbliżyli, poprzyjaźnili, i twój Ramułt demokrata mentoruje hrabiemu Ramułtowi... Hrabina matka wszakże nierada tym stosunkom, i bywa tylko prywatnie u niego Sylwan, jak słyszałem... Co się tycze miłości dla panny Hanny, najprzód on sam już sobie musiał dawno wybić z głowy, powtóre nigdzie się nie spotkają pewnie, bo ten Sylwan nie bywa w naszych towarzystwach... trzyma sobie z mieszczanami, intelligencyą, jak oni ją tu zowią, z tym tam światem, którego my nie znamy. Nie masz się więc czego obawiać... byle — byle siostra jego Lelia, która tu jest... — Lelia tu jest! krzyknął uderzając w dłonie Oleś — ona! tu! mój Boże! Ależ to przyjaciołka od serca mojéj Hanny, ulubienica starościnéj... a i moja.. przyjaciołka. — To najgorzéj — przerwał Dołęga — masz do niéj słabość, do czego się sam przyznałeś... co to będzie jak ona zechce za bratem intrygować? Oleś się za głowę chwycił. — Ciszéj! rzekł — ciszéj! niedobrze to jest, bardzo niedobrze... A no, trzeba się naradzić co i jak poczynać... Chodźmy na śniadanie — pogadamy swobodniéj, bo tu się obawiam.. może nas kto podsłuchać... Dołęga wstał i szepnął. — Ja cię zaprowadzę na taką przekąskę vous vous en lecherez les doigts! Chodź a na ojcowskie twe troski znajdziemy radę! Ho! ho! nie takieśmy to rzeczy przebywali... Wzięli się tedy pod ręce i wyszli po cichu...
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Ramułtowie.
