Read here

Spokój Boży

Peter Nansen · 1903 · Free in the US

39,378 words · about 2 h 45 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1903 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Spokój_Boży&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Peter Nansen
Language
Polish
Published
1903
Length
39,378 words · about 2 h 45 min
Sections
42 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (42)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 1 h 23 min
  3. I about 2 min
  4. II about 2 min
  5. III about 9 min
  6. IV about 2 min
  7. V about 2 min
  8. VI about 1 min
  9. VII about 3 min
  10. VIII about 2 min
  11. IX about 2 min
  12. X about 1 min
  13. XI about 2 min
  14. XII about 2 min
  15. XIII about 2 min
  16. XIV about 2 min
  17. XV about 3 min
  18. XVI about 2 min
  19. XVII about 4 min
  20. XVIII about 1 min
  21. XIX about 1 min
  22. XX about 2 min
  23. XXI about 2 min
  24. XXII about 2 min
  25. XXIII about 2 min
  26. XXIV about 1 min
  27. XXV about 2 min
  28. XXVI about 2 min
  29. XXVII about 2 min
  30. XXVIII about 2 min
  31. XXIX about 2 min
  32. XXX about 2 min
  33. XXXI about 1 min
  34. XXXII about 2 min
  35. XXXIII about 2 min
  36. XXXIV about 2 min
  37. XXXV about 1 min
  38. XXXVI about 2 min
  39. XXXVII about 2 min
  40. XXXVIII about 2 min
  41. XXXIX about 2 min
  42. XL about 2 min

Continue:

Front matter

PIOTR NANSEN.

TŁÓMACZYŁA

z upoważnienia autora

całość

PIOTR NANSEN.

TŁÓMACZYŁA

z upoważnienia autora

M. M.

A.

Pasaż Miodowa-Długa № 23.

1903.

Дозволено Цензурою. Варшава, 5 Ноября 1902 г.

I.

Mam zatem opuścić stolicę. Piętnaście lat byłem do niej przykuty — a ona, podstępna zalotnica, wmówiła we mnie, że żyć nie mógłbym bez jej trującego, wonnego powietrza, bez jej zmysłowych podrażnień, bez jej wyczerpujących wstrząśnień, bez jej przesubtelnionych wygód. Ugrzązłem w jej przędzy, złożonej z tysiąca pochwytujących nitek — i sądziłem, że omotały mię na wieki. Właściwie i mnie się zdawało, że stolica bezemnie żyć nie będzie mogła. Czyż i ja z biegiem czasu nie stałem się sprężynką tej wielkiej maszyny, uważającej wszystko za cząstkę siebie samej? Brałem udział w różnobarwnem, mieniącem się życiu — raz w świąteczne, raz w żałobne przyodziany szaty. Dawałem swój głos przy rozwiązywaniu kwestyi życiowych, bywałem poszukiwanym i pytanym, bywałem pomocnikiem i doradcą, przyjacielem, na którym polegać można, wrogiem, którego przeoczyć nie wolno. Ach, jakże często męczyło mnie to wszystko! Byłem spracowany jak stara, popędzana batem dorożkarska szkapa, któraby z radością leżała na bruku, oczekując śmierci. Śmiertelnie jestem zmęczony i wyczerpany zabawą, pracą, obroną swego stronnictwa, napastowaniem przeciwnego; śmiertelnie zmęczony i w głębi serca obojętny, czego mi przecież ani słowem, ani zachowaniem zdradzić nie wolno. Najbardziej jednak zmęczony tą wieczną walką o pieniądz — o ten pieniądz, który zdobytym być musiał w męce, pożyczany, opłacany procentami, oddawany z rosnącym trudem, ciągle powiększająca się lawina, coraz groźniejsza, przytępiająca w dzień zdolność do pracy, spędzająca w nocy sen z powiek, coraz trudniejsza do wytrzymania. Dziwią się mniej lub więcej wzrastającej liczbie rozgoryczonych, między ludźmi nie należącymi do klas niższych. Wyjaśnienie jest łatwem. Cóż do stracenia ma dziewięciu, albo dziesięciu z nas, należących do wyższej klasy, przy jakiejś zmianie ekonomicznych warunków? Najmniej dziewięciu, lub dziesięciu z nas należy do proletaryatu, prowadzącego beznadziejną walkę, by zrównoważyć dochody, jakie mamy przy dzisiejszym porządku społecznym — z wydatkami, jakich wymaga od nas tenże porządek społeczny, jeśli pozostać chcemy w naszej sferze. Z małemi wyjątkami żyjemy wszyscy nad stan — urzędnicy i artyści, uczeni i kupcy, duchowni, aktorzy, oficerowie, literaci, burmistrze i poeci. Cóż utracilibyśmy, gdyby nagle wielki nastąpił przewrót, zamienił weksle, zobowiązania, zapisy, na świstki, kwalifikujące się na podpałkę? Stosunkowo najlepiej jest tym, którzy z codziennego utrzymują się zarobku. Wymagania ich są skromne — od nich również mało wymagają Niedawno stanowczą powziąłem decyzyę. Sprawy majątkowe powierzyłem zdolnemu adwokatowi, ułożyłem się z wydawcą, który pensyę wypłacać mi będzie miesięczną, mając zaufanie do mych zdolności. Zapakowałem kufry i dziś po obiedzie wyjeżdżam, nie żegnając się z nikim, na prowincyę, do miasta, gdzie swe dzieciństwo spędziłem. Dwadzieścia lat nie widziałem rodzinnego gniazda; w chwilach zmęczenia tęskniłem za niem. Nie wahałem się w wyborze, wiedziałem, kędy się zwrócić. Stare miasto wzywało mię, jak matka, która stale wierzy i czeka powrotu wędrującego dziecka. W starem mieście nic niema takiego, o czem zapomniećbym pragnął. Znamy się z tych czasów, kiedy ono było przedmiotem mej dumy i zachwytu a ja pieszczonem jego dzieckiem. Woła mię wołaniem matki, bo tam leży ma rodzicielka. Z pojęciem starego miasta łączy się cała miłość macierzyńska, której wtedy więcej doznałem, niż ktokolwiek na ziemi a którą, niestety, tak prędko utraciłem. Jeśli nie do starego grodu — dokądże podążyć miałem? Odnajduję go, by znów stać się dzieckiem.

II.

Podczas podróży ani śpię, ani czuwam. Siedzę na pokładzie, wchłaniam powietrze nocy letniej, ścigam myślami fale wody a okręt kołysze mnie do słodkiego snu ciężkiemi, regularnemi ruchami maszyny, płaczliwem klekotaniem małych, skaczących fal. Myśli wracają po drodze przebytego pasu wód, wracają do niedawno opuszczonego świata. Czuję się wolnym, wyższym w stosunku do przeszłości. Jakże wydaje mi się obcą i pustą i nic nieznaczącą. Takiemu to życiu poświęciłem piętnaście najpiękniejszych lat. Nikt nie był nademnie gorliwszym. Młodo zaciągnąłem się pod chorągiew swego stronnictwa, walczyłem odważnie i ślepo w rzędzie szeregowców; odznaczono mnie i osiągnąłem wszystkie zaszczyty, których pragnęła moja ambicya. Byłem w wirze bojowym, silnie kochałem i nienawidziłem, nie łamałem wyrzeczonych przysiąg, żadnej nie podlegałem pokusie, miałem przyjaciół i nieprzyjaciół, działałem w złym i dobrym kierunku z wiedzą i wolą. I jakiż tego wszystkiego wynik? Czy własne zdobyłem szczęście, czy innym je w darze przyniosłem? Czy drugim — to wątpliwe; sobie bezwarunkowo nie. I jeśli teraz dobrowolnie porzuciłem z trudem zdobyte stanowisko — którego mi niejeden pozazdrościł — to w głębokiem przeświadczeniu o jego bezwarunkowej nietrwałości. I o cóż w imię Boga walczymy? Dlaczegóż prześladujemy się wzajem, pogardzamy i źle obchodzimy z sobą, zawsze w pełnem uzbrojeniu, zawsze gotowi do uderzenia. Może tam w dalekiej przyszłości jest cel do osiągnięcia? wyższa sprawiedliwość, lepszy podział dóbr doczesnych? Może wnukowie nasi doczekają się jakiegoś społecznego przewrotu? Wreszcie — będąż się ludzie szczęśliwszymi czuli, jeśli do celu rzeczywiście dojdą? Czy też pośpieszą z niepokojem w sercu i niezatamowaną żądzą, ku nowym celom? Z pewnością! Nie, szaleństwem jest wiara w zdobyte walką Tylko w spokoju, w zgodzie z sobą i światem szczęście znaleźć można. A gdy pomyśleć o tem, że oni tam wciąż jeszcze walczą! Wielkie miasto nie udało się na spoczynek, złośliwość i gniew brzęczą na ulicach światłem elektrycznem oświetlonych, skupiają się w kawiarniach, upijają tępo i głupio, budzą się nazajutrz po pełnym strachu śnie, z rozpalonym mózgiem i rozgoryczonem sercem. I że oni to mogą! I że żaden letni poranek nie budzi w nich pragnienia zrzucenia wszystkiego! A później — odświeżyć rozgorączkowane mózgi w chłodnem, rannem powietrzu, rozgoryczone serca napoić słodką rozkoszą natury, oczyścić z wszelkiej nieprzyjaźni i nienawiści, na całej linii zawrzeć , opierając się tylko na zwyczajnej, łatwej do zrozumienia zasadzie: Jesteśmy wszyscy ludźmi, nie życzmy sobie wzajemnie nic złego. I bez krwi przelewu uskutecznić można rewolucyę, która każdą inną zbyteczną uczyni. Siedzę i marzę w piękną czerwcową noc — a okręt wiedzie mię poprzez ciche morze ku brzegom starego miasta. Jakby we śnie wymarzone widziadło, o wschodzie słońca, ujrzałem u swego boku dziewczynę młodą, wysoką i dumną, o twarzy, na której łagodny jaśniał spokój. Podobna duchowi zjawiła się, podobna zjawisku zniknęła. Jeśli to było przeczuciem, przyjmuję z wdzięcznością, jako przepowiednię, że dobrą obrałem drogę, by spokój znaleźć.

III.

Na młyńskiej górze

Przybyliśmy ranną godziną. Pakunki zostawiłem na brzegu, nie wiedziałem jeszcze, gdzie mieszkać będę. Powlokłem się przez stare miasto. Z początku czułem się trochę zmieszanym. Nie znałem nazwy ulicy, przez którą swe kierowałem kroki, ani wielu nowych domów o małych facyatach, ani wielkich, bezmyślnych wystaw sklepowych. Dopiero, gdy doszedłem do rynku, poznałem stare miasto. Usiadłem na kamiennych schodkach, stojących przed domem, w którym spędziłem dzieciństwo. Przymknąłem oczy nad przelotnie znów ujrzanym obrazem i powstał w mej pamięci rynek, rynek lat dawnych, tak żywo, jakgdybym tylko co go opuścił. Na końcu rynku płynie Ostawa. Nie jest przykrytą, jak teraz, płynie swobodnie przez miasto, między gałęzistemi drzewami i pod mostami. Roi się na niej od mnóstwa małych łódek, tratw (szkut), na których zwykle sprzedają ryby i wyroby garncarskie, w jesieni zaś owoce — wówczas po całym rynku i sąsiednich ulicach roznosi się silny zapach bergamotek. Na drugim końcu rynku góruje dworzec królewski. Tutaj sejmują w letnie popołudnia patryarchowie bocianiego rodu. Każdy stoi na jednym stopniu facyaty, na szczycie — prezydent — i on to zagaja posiedzenie głośnem klekotaniem. Później, po kolei, klekoczą wszystkie czcigodne bociany; te zaś, które się tylko rozmowie starszych przysłuchują, z wielkiego zapału, stawają aż na jednej nodze. Zdarza się często, że zgromadzenie rady zamienia się w kłótnię, w czasie której wszystkie bociany skrzydłem o skrzydło tłuką i klekoczą rozgoryczone. Zdarza się również, że zabiegliwa pani, albo zielonodzioby bociani chłopak między radzących się wsuwają i... zostają tak pobici i wyszturchani, że aż pierze leci. Stary dworzec królewski! Wielką była nasza rozpacz, gdy zgromadzenie obywatelskie uchwaliło przebudowanie starego zamku na, odpowiadający wymaganiom czasu, dom bankowy. By zwalić dworzec, ileż użyto podstępnych intryg, trujących kłamstw! Dowodzono, że wszystkie podania o zdobyczach, które królewski dworzec chwałą i blaskiem otoczyły — czcza i kradziona ozdoba. Później dowodzono, że dom jest tak stary, iż niebezpieczeństwem dla innych jest blizkie jego sąsiedztwo. Wszczął się zaciekły bój między przedstawicielem idealnych dążeń — nauczycielem gimnazyum — i materyalistami, pełnomocnikami mieszczan. Ostatni, niestety, zwyciężyli. Następnie, zwołane umyślnie zebranie kilku fachowców orzekło o stanowczej zgrzybiałości królewskiego dworca. I burzyć zaczynają... Dzieci, których patryotyzm wyrósł w cieniu starego domu, śledzą z goryczą i smutkiem każde uderzenie topora a doznają rozkoszy z bólem, tryumfem, gdy robotnicy w swej bezsilności posługiwać się muszą prochem, by rozbić na sążeń grube mury królewskiego dworca. Nareszcie runął wielki olbrzym, ale nie dokazały tego ręce ludzkie. Umierając, szydzi ze swych gwałcicieli. Na środku rynku stoi czerwony ratusz; nad bronzową, dębową ramą widnieją herby miasta w złocistej czerwieni. Wkoło ratusza skupiają się wszelkie bajki nianiek i mamek. Wiele lat temu stała przed ratuszem szubienica i pręgierz, do którego ludzi przywiązywano a potem bito. Tutaj odpokutowywali początek swej kary okrzyczani rozbójnicy północnych lasów fiordu, gdy schwytano ich nareszcie po długich poszukiwaniach. Banda składała się ze starej baby, jej siedmiu synów i prześlicznej dziewczyny, kochanki Ericka, najstarszego z braci. Zbezczeszczenia, grabieże, podpalenia — to były jeszcze ich najmniejsze przestępstwa. Niejedno zabójstwo, niejeden okrutny czyn mieli na sumieniu. Niańka mi opowiadała, że największą przyjemnością dziewczyny było przywiązywanie dzieci do gorejącego pieca. Całe miasto świętowało, gdy ją, obnażoną do pasa, biczowano przed ratuszem — a dnia następnego stracono pod szubienicą. Kochanka Ericka wzbudzała pewną litość. Była tak piękną, młodą i zgrabną — a gdy ją bito, jęczała tak rozpaczliwie... Ale o litości mowy być nie mogło. Przecież to ona była najokrutniejszą, znęcała się i piekła biedne, małe dzieci. Naokoło rynku szynki, stare domy kupieckie, w których odpoczywają chłopi w dnie targowe; ten to plac jest najulubieńszem miejscem zabaw dziecięcych. Budynki, ozdobione mnóstwem drewnianych galeryjek, obwieszone sznurami suszonych śledzi, chwieją się podobnie, jak pijane i zgniłe od starości oficyny i schody. Na górach tych budowli bawimy się w rozmaite gry — a szczególniej w chowanego. W sobotę siedzę za szynkwasem, rozlewam chłopom i dorożkarzowi białe piwo i wódkę. Dorożkarz jest moim przyjacielem. Mieszka w otworze ściany stajennej i w tem to mieszkaniu, o powietrzu przesiąkniętem wonią końskiego gnoju, spędza bardzo wesoło swe kawalerskie lata przy gotującej się maszynce spirytusowej, kupce chleba razowego, miarce wieprzowego sadła i gomułce sera. Gdy wpadliśmy w wesołe usposobienie, bawiono się upijaniem starej dorożkarskiej szkapy, która, po zjedzeniu kawałka chleba umaczanego w wódce, biegała po rynku z żywością Araba, przestraszała chłopki, siedzące na stopniach ratusza z podniesionemi spódnicami, zagłębione w opowiadaniu spraw domowych. .....Otwieram oczy, się jasno oświetlonemu, jaśniejącemu w blasku słońca rynkowi. Stoi na tem samem miejscu, stare domostwa również, w oknach szynkowni te same zielone szyby a kawałek Ostawy wije się między krzywemi domami. Krzaczek bzu w sąsiednim ogrodzie dodaje uroku i uśmiechu młodości starym, walącym się gmachom. Poznałem stary swój gród, podnoszę się z miejsca, pełen wesołości i szczęścia, że znowu w swem znajduję się mieście. Jestem u siebie, w ojczyźnie pamiątek i chcę być na grobie mej matki.

Miasto jeszcze się nie przebudziło. Wędrując przez puste ulice, doznaję uczucia, jakgdybym swemu miastu niespodziankę urządził i zawitał wtedy, gdy się nikt powrotu mego nie spodziewał. Przesyłam wszystkim spotkanym przedmiotom serdeczne powitanie. Wielki Boże! jeszcze na tej samej wieży ta sama wisi linka. Służyła, jako aparat sygnałowy: kto ogień odkrył, był pociągnąć za wiszący sznurek tak mocno, by dzwon kościelny odezwał się. Między dziećmi krążyło podanie, że kto o tyle był szczęśliwym i pożar spostrzegł, otrzymywał dużego srebrnego dukata. Za każdym razem, gdy mi tylko na przechadzkę iść pozwolono, śledziłem bardzo starannie, ale zawsze daremnie — nigdy nie ujrzałem wzbijających się w niebo płomieni. Czy stara linka jeszcze miastu służy, czy wisi, jako pamiątka minionych czasów? Przyglądam się biegnącej w dolnym kierunku ulicy. W narożnem domostwie mieszkaliśmy w roku wojny. Wtedy najwyżej liczyłem dwa lata a jednak zdarzenia pamiętnych tych dni zostawiły niezatarte ślady w mej pamięci. Wkwaterowanie niemieckich wojsk, kłótnie żołnierzy, niezadowolonych ze smaku duńskich potraw; miły białobrody major Brumbass, wielbiciel dzieci, nigdy mu się jednak pocałować nie dałem, ponieważ był Niemcem. Przedewszystkiem kilka obrazków: matka, dziewczynki z miasta, pół dorosłe siostry skubią szarpie. Nagle odzywa się tętent nóg końskich, zaciekawiony biegnę do okna. Wtem wychodzi ojciec z sąsiedniego gabinetu i całą siłą od okna mię odpycha. Potem rozkazuje blady i zdenerwowany: nie wyglądać przez okna, spuścić rolety — Niemcy idą. Złowróżbna cisza w ciemnym zapanowała pokoju. Przerażony schowałem się pod spódnicę matki. Tymczasem dobiegają naszych uszu coraz wyraźniejsze odgłosy klapiących kopyt końskich. Nagle pod oknami zapanowała cisza; potem kilka głośnych, prędkich słów, brzmiących, jak przekleństwo, jęki, nowe przekleństwa, przysięgi, brzęk szabel, niespokojny tętent nóg końskich — nakoniec pełen przerażenia duński wykrzyknik. Ojciec zapomina o własnym zakazie, zbliża się do okna, dzieci wdrapują się na krzesła. Widzę oficera w oślepiająco białym płaszczu na koniu. Do konia przywiązano jakiegoś wyrywającego się człowieka, w którym poznaję naszego szewca. Cała ulica mrowi się od jeźdźców w takichże białych płaszczach. Podążają wszyscy za oficerem; prowadzi go; nieszczęsny szewc. Jadą na dół, w stronę fiordu, w stronę, w którą duńscy uciekli żołnierze. Później obraz duńskich pobitych wojaków: prowadzą ich przez ulicę w stronę wschodnią, ku wzgórkowi. A rano tak pewni szli zwycięztwa, bo wyjątkowo wielu tym razem zebrało się Duńczyków. Niestety, pułkownik, naszym dowodzący oddziałem, zamało był ostrożnym. W czasie szturmu kazał żołnierzom zająć pole, leżące u stóp wzgórza. Tam w rowach i za płotami schowani byli Niemcy. Z ukryć strzałami swemi razili pędzących Duńczyków i zabijali, jak bezbronną dzicz. Pułkownik stał u znajomej nam rodziny urzędniczej — ojcu opowiedzieli szczegóły: Rano wyjechał dowódca, pełen wiary w zwycięztwo. Późno wieczorem powrócił, do nikogo nie przemówił słowa i na długo zamknął się w swym pokoju. Następnego dnia przybył pochód ranionych. Powoli i ciężko, jak pogrzeb, toczą się wozy poprzez ulice miasta. Na snopkach słomy spoczywają ranieni. Jedni obandażowane mają głowy, drudzy ręce, inni nogi. Bandaże krwią przesiąknięte a twarze bledsze od bandaży. Żaden raniony nie spogląda w górę, w okna, wszyscy odrętwieli, wygasłym, beznadziejnym wzrokiem wpatrzeni przed siebie, w dal. Wtedy jeszcze takich nie miałem myśli — później zdawało mi się zawsze, że duńscy żołnierze cierpieli więcej moralnie, niż fizycznie. Można to było wyczytać z ich pełnych bólu twarzy...

Idę, nie myśląc wcale o drodze, którą przebywałem. Dwadzieścia lat minęło od czasu, gdym stąpał raz ostatni po tej ulicy; nazwy jej nigdy nie wspominałem jednak: bez zastanowienia, bez szukania, niewidzialną ręką prowadzony, podążam tam, dokąd iść chciałem. Jestem na rodzinnej ziemi, na ojczystym gruncie, noga moja nie potknęła się na nim ani razu. Kur zapiał po raz trzeci swe poranne przywitanie. Stoję w małej, prowadzącej na cmentarz uliczce. W nizkich, żółtych, słomą krytych domach mieszkały stare kwiaciarki. I teraz na tej samej, co niegdyś, mieszkają ulicy i, jak przed dwudziestu laty, nad małemi drzwiami ze staroświeckiemi dzwonkami wiszą wieńce z bluszczu, mchu i nieśmiertelników. Przez otwarte okna jednego z domów wysuwa głowę stara kobiecinka, przynęcona widokiem rannego przechodnia. Kupuję wieniec, składam umiarkowaną zapłatę w twardą, pomarszczoną dłoń — i przeprowadzony , wstępuję w wrota, prowadzące na cmentarz. Wita mię woń cyprysów, poranna świeżość kwiatów i świergot ptasząt. Mogiła mej matki leży po drugiej stronie głównego wejścia — między setkami podobnych sobie mogił, w ustronnem, cichem miejscu. Niewidzialna ręka prowadzi mię przez pół zarosłą ścieżynkę, wijącą się między wzgórkami, obrośniętemi trawką a nagle zatrzymać się każe przed małym kawałkiem ziemi, okolonym nizkim płotem. Tutaj spoczywa matka w towarzystwie dwojga dzieci: wyższy wzgórek, otoczony dwoma małemi. Świeży bluszcz pokrywa wszystkie groby i oplata marmurowy, gładki krzyż matczynej mogiły. Nad nią kwitnące rosną krzaki, których ciężkie, kwiatowe kiście nad grobem się zwieszają. W każdym z czterech rogów małego cmentarnego klombu, otwierają róże swe białe pączki, a rosa — łzy nocy — jaśnieje w uśmiechu rannego słoneczka. Siadam na zielonej, drewnianej ławeczce, pieszczę wzrokiem imię na krzyżu wyryte i mówię do swej matki: „Do Ciebie przyszedłem, o Matko, by spokój znaleźć. Dwadzieścia lat żyłem oddalony od Ciebie między obcymi ludźmi. Gdym ostatni raz z Tobą się żegnał, nie wiedziałem jeszcze, com stracił. Byłem dzieckiem, Ty młodą kobietą. Teraz Ty mądrą i starą jesteś niewiastą a ja zmęczonym pracą dnia człowiekiem. Włosy me siwieć poczynają. Ześlij mi trochę tego spokoju, który już dawno Twoim stał się udziałem a będę mógł pozostać przy Tobie.“ Zdaje mi się, że naprzeciw mnie moją widzę matkę o szlachetnych, łagodnych oczach i siwych włosach. Wyrwało mię z marzeń kręgu siedmiorazowe uderzenie kościelnego dzwonu, który szerokiem echem odbija w cmentarnej ciszy. Wieńce ciągle jeszcze trzymałem na ręku, położyłem, klęcząc na matczynym grobie. „Dzięki Ci, Matko, za całą przeszłość i teraźniejszość“. Serce me jeszcze jedną odczuwa wdzięczność, dziękczynienie staremu miastu za pamięć o Matce. Opuszczam cichy, słodko woniejący ogród umarłych z świergotem ptasząt i szumiącym wśród konarów drzew wiatrem. Dzięki ci, wierne, stare miasto, żeś nie opuściło mogiły mej Matki, ale pielęgnowało ją i utrzymywało. Czyż tak długo pamiętać i tak długo wiernymi być umieją w wielkich miastach, gdzie nowość spycha przeszłość w zapomnienie? Tam śmierć w pamięci żyjących odbija się tylko w pustych słowach, nekrologach; tam cmentarze zbyt wielkie, zbyt dalekie. Umarli sami o siebie dbać muszą. Stare miasto umarłych w sercu swem chowa, otacza pełną miłością. Dziękuję Wam, przyjaciele mej matki, i w Waszą stronę kieruję serca ciche dziękczynienie.

Osiedlę się na wiatrakowej górze — a tem samem zakończę wędrówkę. Góra leży tuż pod miastem, jest jego dumą, publicznym ogrodem, uroczem miejscem wycieczek. Przed stu laty wspaniałomyślny obywatel zamienił nieurodzajną wiatrakową górę na ogrody, zasadził tam rośliny, aleje w różnych kierunkach, ogrodził sosnami i jodłami, by ochronić od wiatru. Później zaciszną tę kotlinę upiększył cudnemi roślinami. Wyrwał siłę wiatrom północy i udzielił jej słońcu, wraz z najwyższem panowaniem. Stworzył na pustej wiatrakowej górze ogród urodzajny. Tutaj gromadzą się mieszkańcy starego miasta w skwarne z koszyczkami pełnemi jedzenia i napoju. Rozkładają się w pawilonach, jak u siebie w domu, przyrządzają kawę, do czego gorącej każą przynieść wody. W lesie, na dalszych tarasach bawią się chłopcy w rozbójników i żołnierzy. Dochodzę do góry wiatrakowej z tajoną obawą przed rozczarowaniem, bo w moich wspomnieniach z lat dziecięcych, stoi ona taką piękną i bajecznie wielką: wzgórek — górą, las — borem. Z uśmiechem spostrzegłem, że wspaniałość znikła. Pagórek, jakoteż i drzewa wydają się skurczonemi. Nie widzę nic ani czarodziejskiego, ani fantastycznego. Piękności jednak zaprzeczyć nie można — słodko uśmiechnięta idylla. Wspaniałości jej też nie brakuje, bo śliczny roztacza widok. Doszedłem do pawilonu (żółtej drewnianej willi), gdzie właśnie służący, w towarzystwie całej gromady szpaków, sprzątał z małych stolików resztki pozostawionych prowiantów. U nóg całe leży miasto, po za niem fiord, jak przezroczyste zwierciadło wśród wzgórzy i lasów i łąk. Wzrok nasz milowe obejmuje widnokręgi, nieskończoność nieba, wody, zieleni duńskiej w całym majestacie lata, miasto, którego czerwone wyrzynają się z ogólnego tła seledynu. I otóż mam znowu całe moje miasto i w tejże chwili czuję, że tutaj mieszkać muszę. Wzywam gospodarza. Pięć minut później znalazłem się w izdebce na poddaszu, pod strychem pawilonu. W pawilonie tym wogóle nikt nie mieszka. Wynajęli mi izdebkę tylko dlatego, że zobowiązałem się przez całą zimę pozostać. Nareszcie doprowadziłem przyszłe swe mieszkanie do porządku. Niema tu zbytków, ale wszystko, co potrzeba: wygodne łóżko, biurko, kilka krzeseł i nawet kanapa. Wypakowałem książki, nałożyłem fajkę. Od czasu pierwszych studenckich lat fajki nie paliłem. Bóg z wami, hawańskie cygara i papierosy, czemżeż jesteście w porównaniu z fajką, napchaną holenderskim tytuniem. Palę w tej chwili i spoglądam z okna facyatki na stary, cichy gród.

IV.

Wysoko, na otwartym grzbiecie wiatrakowej góry, na zielonem tle lasów, wznosi się biały wiatrak o czarnych śmigach. Jest pierwszym w okolicy, nigdy mu wiatru nie braknie, jest zarazem morskim znakiem daleko, daleko na fiordzie. Do młynarza należy część wzgórza, aż do miejsca, w którem zaczynają się publiczne ogrody. Od strony północnej ziemia leży odłogiem, — ale stok uprawiono, użyźniono i oparkaniono. Młynarz był uczniem założyciela tych ogrodów. Walczył z wiatrem i zimnem, postawił ochronny płot od strony zachodniej, pomieszał piaszczystą ziemię wzgórza z tłustym, z trudem zwiezionym czarnoziemem, póty uprawiał i polewał, kopał i grabił, póki nie ujrzał wiśniowego ogrodu w rozkwicie. Przypominam sobie szacunek, połączony ze wstrętem, z jakim się mieszkańcy miasta o młynarzu wyrażali. Podziwiano jego działalność a nie cierpiano rubaszności i dziwacznego obejścia. W kontrakcie, spisanym między nim i miastem, zastrzeżono wolny wstęp dla tych, którzyby z pięknego korzystać chcieli krajobrazu. Pomimo, że nigdy zwiedzaniu nie przeszkadzał, mieszkańcy miasta nie czuli się swobodnymi na jego terytoryum. Trzymano się zdala od jego domu i ogrodu. Nawet nieustraszeni chłopcy zostawiali w spokoju sławne w jesieni młynarzowe jabłka i gruszki. Krążyły złośliwe pogłoski; opowiadano, że tyranizował swą młodą, piękną żonę, córkę dzierżawcy poblizkiej wsi. Pogłoski te powstały dlatego, że żona młynarza samotne prowadziła życie, co według zdania towarzyskiego ludu, bez przymusu dziać się nie mogło. W każdym razie, pogłoskom tym dodała siły nagła śmierć młodej kobiety, w kilka tygodni po urodzeniu córeczki. Młynarz nie przyjął ani mamki, ani niańki, lecz sam, ze swym pomocnikiem dziecinę wychowywał. Miała dwa lata, gdyśmy miasto opuszczali; codzienne odbywałem do młyna spacery i przyglądałem się często z lękliwą ciekawością, gdy ją obwoził garbaty pomocnik młynarza w wózku, zwyczajnej skrzyni na czterech kołach.

W tych dniach wschodnie mieliśmy burze. Podziwiałem wspaniały widok wzburzonego fiordu, przysłuchiwałem się odgłosom burzy, szumowi fal o kilka mil oddalonego morza. Młyn stał na dawnem miejscu, lecz śmigi się nie poruszały. Pomyślałem: — młynarz zmienił się na stare lata — podczas burzy młyna w ruch nie puszcza. Lecz i dziś przy łagodnym wietrzyku, szumiącym przez las, młyn również odpoczywał. Wiatr szarpał przytwierdzone skrzydło a wesołe, uśmiechnięte słońce przeglądało się w szpągach śmig. Wiatrak i słońcu nie dał się obudzić. A najdziwniejsze: — o jedno ze skrzydeł oparta młoda stoi dziewczyna w obcisłej niebieskiej sukni, — stoi tak spokojnie, jakgdyby żadne niebezpieczeństwo nie było możliwem, z rękoma skrzyżowanemi na piersi, patrzy w dal na roztaczający się przed nią krajobraz. Nie słyszała mię. Jak zaczarowana królewna marzyła u nóg śpiącego wiatraka. Wróciwszy do domu, zapytałem w przejściu gospodarza, czy stary młynarz mieszka jeszcze na górze. Tak — w rzeczy samej, mieszka tam jeszcze.

V.

Codziennie wędruję po mieście, przechodzę jego ulice wszerz i wzdłuż. Każdy krok dawne budzi wspomnienia. Zdaje mi się, że po własnej podróżuję duszy: cegiełka po cegiełce powstaje we mnie królestwo wspomnień dobrych i jasnych, którym oddawna w ruinę zapaść się pozwoliłem. Stare miasto ze swoim niedzielnym nastrojem lat dziecinnych ożyło we mnie — i zaludniło się mnóstwem ukochanych postaci. Niektóre z nich spotykam na mieście. Starzy nauczyciele, jak ongi idą do szkoły tym samym pospiesznym, drobnym krokiem. Poważni obywatele, których gościnnie uśmiechnięte twarze przypominam sobie jeszcze z dziecinnych zabaw u ich synów. Młodzi, zabiegliwi kupcy, dawno zapomniani przyjaciele o poważnych minach przedstawicieli domów i rodzin. Wędruję jak Harun Al Raszyd po ulicach Bagdadu. Obserwuję, poznaję, nie będąc ani obserwowanym, ani poznanym. Od czasu do czasu spotykam się ze wzrokiem, spoglądającym na mnie, jak na obcego człowieka. Przy odczytywaniu nazwisk, szyldów sklepowych, budzą się w wyobraźni mojej dawniej znajome postacie. Zdaje mi się, że na tem samem miejscu są sklepy i piekarnie, robotników warsztaty — jakby rozwój i życie starego miasta żadnej nie uległy zmianie. „Dopiero dziesięć lat upłynęło; ty tylko sam przedwcześnie starym jesteś człowiekiem. Sprawiasz wrażenie wędrowca, po długich, długich latach nieobecności powracającego z zaklętej góry — do ukochanej ojczyzny. Właściwie pojąć nie mogę, że nie wszyscy umarli i że nie wszystko uległo zmianie. Wielu, co prawda, już nie żyje: o śmierci jednych opowiadano mi, o losie drugich domyślam się, nie spotykając ich na zwykłych miejscach. I te postacie wyrastają przed oczyma duszy, ukazują się na kamiennym chodniku, po którym niegdyś stąpały, po którym i ja dziś stąpam; widzę je w swej wyobraźni, nie spotykając w rzeczywistości. Najwyraźniej widzę obraz nauczycielki, utrzymującej szkołę dla chłopców, lepszych rodzin starego miasta. Otyłej, dobrej, starej niewieście powierzały matki ze spokojem swe pociechy, bo opiekowała się niemi, jak piastunka i najtroskliwsza ciotka. Swojemi pulchnemi paluszkami oswabadzała nas od mlecznych chwiejących się zębów. Do niej bywaliśmy posyłani w chwilach, kiedy bocian dom odwiedzał i wogóle zawsze, kiedy się nas pozbyć chciano. Dzięki jej, byłem pierwszy raz w teatrze. Tym, których rodzice w ograniczonych żyli warunkach — oddawała dwie marki, połowę miesięcznej zapłaty na kupno jakiejś potrzebnej a pożytecznej rzeczy. W tłusty poniedziałek — dla naszej uciechy leżało biedactwo w łóżku aż do południa, byśmy ją budzić mogli rózgami a za to bywaliśmy pączkami, które specyalnie na ten cel przeznaczone, stały w dużym targowym koszu, pod łóżkiem. O dobra, stara niewiasto! W wielkiem twem sercu odbijała się cała dziecięca niewinność starego grodu. Wystawiam ci pomnik czci, który dawno wznieść byli winni twoi chłopcy.

VI.

Naturalnie, młoda dziewczyna z pod młyna była córką młynarza a ja, głupiec skończony, zaraz tego nie pojąłem. Wszak już dawno jest dorosłą panną. Ciągle o niej myślę. Dumna, rozmarzona, patrząca w dal ponad miasto i las, ponad wiatrakową górę nawet. Jakież pragnienia poruszały jej piersią, jakaż tęsknota ręce skrzyżować kazała. Patrzałaż z pogardą na przykute do ziemi działanie, lub też dążeniem jej było może zstąpić z wyżyn i czynny wziąć udział w życiu pracy. Najchętniej przedstawiałem ją sobie, jako boginię wielkiego Spokoju — boginię, której hołduję. Góra wiatrakowa jest jej świątynią a ja z wiatraka stawiam jej ołtarz. Niech zwołuje do szczęśliwego Spokoju, w niesplamionem państwie natury, wszystkich zmęczonych, szukających wytchnienia, przybitych codziennym trudem. Łono jej ofiaruje zmęczonemu wędrowcowi woniejący trójlistek łąki, w jej oku przegląda się błękit nieba a głos jej tajemniczą kołysankę wiatrów w konarach drzew. Jaki ja głupi, piękna córko młynarza, że aureolą poezyi twe otoczyłem czoło i boginią swego uczyniłem szczęścia. Zapewne jesteś tylko mieszczanką, tęskniącą za narzeczonym, za zapowiedziami i małżeńskiem łożem. Może już swego znalazłaś młynarczyka? Czy tęskniłaś za nim, gdyś wtedy na wzniesieniu ołtarzowem stała? Wszystko jedno: zostawię cię na wyżynach, na których marzenia moje cię umieściły. Ciebie nie znam i poznać nie chcę. Niech brutalna prawda nie kala idealnego obrazu.

VII.

Otrzymałem cały stos pism ze stolicy; między niemi był list od ukochanej. Pyta się ździwiona, zmartwiona i zasmucona: „czy cię ziemia pochłonęła?“ Daremnie szukała mnie i czekała. Mówiono jej, żem w towarzystwie jakiejś pani wyjechał zagranicę. Przesyła mi teraz kilka słów, na chybił trafił pod starym adresem: „nie wiem, czy cię dzisiejszy list zastanie, ale czułam potrzebę zapytania się w jakikolwiek sposób, czy pogłoska się sprawdza. Zmuszona jestem jej prawie wierzyć. Czym zasłużyła, byś w taki ze mną postępował sposób? Czym zawiniła względem ciebie? Przeciwnie, przecież starałam się do twej zastosowywać woli i stać się taką, jaką mnie widzieć pragnąłeś: nie męczyłam ani zbyteczną troskliwością ani zazdrością. Obecnie pragnęłabym cię nienawidzieć — ale nie mogę. Napisz tylko „powrócę“ — a ja kochać będę, jak kochałam“. Nie może mnie nienawidzieć, wmawia sobie, że miłość i nienawiść w parze iść muszą. Jestem innego zdania, uważam, że najbardziej zmaltretowana miłość nie może się w nienawiść zamienić. Autorka tego gruchającego listu jest o tyle gołąbkiem, o ile wyleczyć się z miłości nie umie — nie będzie nigdy jastrzębiem, bo ani fanatyzmu nie posiada, ani szponów i dziobu ostrzyć nie potrafi. Wybrała mnie na kochanka, bo wyróżnienie pochlebiało jej próżności. Teraz, po moim wyjeździe czuje rodzaj próżni, pragnie mnie mieć przy sobie, bo ją martwi, żem z własnego opuścił ją popędu. Niedługo jednak szczęście znów jej zajaśnieje. Próżne miejsce nowy zajmie kochanek, który inną, ale niemniej wielką wartość posiadać będzie. Gniew niknie, a gdy po latach się spotkamy, powitamy, jak dwaj przyjaciele, nie mający już teraz żadnych poważnych, wspólnych myśli, których zaledwie kilka przelotnych wspomnień jeszcze łączy. Żem mógł wyjechać, nie pragnąc z nią pożegnania, było najlepszem wyjaśnieniem całego naszego stosunku. Nie było mowy o zerwaniu. Cóż powiedzieć jej mogłem nad „Serdecznie dziękuję za chwilę razem“? było trudnego do rozwiązania węzła, lecz lekka kotylionowa kokarda, złożona z różowej i białej wstążki. Nie umiałem się przezwyciężyć, nie umiałem wypowiedzieć ckliwych słów pociechy i podzięki nad tym pozornym grobem. Wstydziłem się jej, nie chciałem brać udziału w tej banalnej pustej roli, zwłaszcza, że wiedziałem, iż nie odmówi sobie przyjemności odpowiadania mi podług słów wielkich dramatów. Chęć zerwania z ostatnią moją kochanką nie była najgłówniejszą przyczyną wyjazdu mego z miasta. Uciekałem przed tak zwanym sportem miłości, któremu w wielkiem mieście hołdują — i ja hołdowałem. Głównie hołdowałem dlatego, by poniżyć miłość, zepchnąć ją z wyżyn zawrotnie wysokich, wzniesionych przez ślepą wiarę młodości, z tym rezultatem, że sam jednego pięknego poranka leżałem na ziemi z połamanemi członkami. Kochałem a oszukano mnie. Zamknąłem swój smutek w sobie samym, poprzysiągłem nie ulegać miłości i nie dać się przez nią wykierować na głupca. Zwyciężony — chciałem innych zwyciężyć. Bawiono się mną, chciałem się innymi pobawić. Nie chciałem ranić, jak mnie raniono, ale porwać miłość za kark, jak mnie pochwyciła. Nauczałem innych, by tak samo postępowali. Mówiłem, że miłość jest igraszką, że nie warto jej za co innego uważać a tem mniej życiem przypłacać. Uczyłem, że często traci się duszę wtedy, gdy się tego zupełnie nie pragnie. Rozpraszałem siły życiowe. Sądziłem, że na najlepszej znajduję się drodze: zostania panem miłości. Pewnego jednak dnia obudziłem się z przestrachem: „patrz — lata płyną, gdzie podziały się te, któremiś się zabawiał? Coś zebrał do skarbnicy uczuć, rozsiewanych w niepogodę i wiatry? Kropelka po kropelce spływała krew z rozkrwawionego serca twego, sam spychałeś się w przepaść, dawałeś mało i jeszcze mniej otrzymywałeś a dawałeś tak często, że niedługo nic ci już nie pozostanie...“ Rozgniewanej kochance odpowiem: „życzę ci, ty moja zbyt posłuszna uczennico, spotkania na drodze życia człowieka, któryby cię kochać prawdziwie nauczył“. Później może nauczę ją nienawidzieć. Bo głupią nie jest.

VIII.

Chcę napisać książkę o starym grodzie. Nie opiszę go takim, jakim jest w istocie. Nie dbam o krytyczno psychologiczną metodę, nie chcę zapuszczać sondy w głąb jego duszy, ale pragnę, by takim był, jakim go widzę po raz drugi, przez różowe szkło dziecinnych wspomnień, w obłokach słonecznych cichego szczęścia i smutku bez goryczy. Ma to być książka dla pragnących cichego, oddalonego od świata kącika, w którym dusza żyćby mogła życiem kwiatów klasztornego ogrodu. Przez tę książkę przewinie się nić opowiadania, pozbawionego sztucznych wzruszeń, olśniewających barw, denerwującego naprężenia. Zadowolonym będę, jeśli czytelnicy doznają wrażenia, jakgdybym wniósł im w darze wiązankę pachnących, skromnych polnych kwiatów.

Trzy razy tygodniowo otwierają klasztorną bibliotekę. Siadam wtedy w czytelni i wyczytuję z pożółkłych foliałów, zapisanych drobnem, wężykowem pismem, życie i zdarzenia starego miasta. Nie będę miał żadnego pożytku z tych studyów, ale przez zatapianie się w ubiegłych czasów historyę, wchłonę w siebie łagodny nastrój przeszłości, którym pragnąłbym napełnić swą książkę. Nietylko stare foliały mnie nęcą — samo miejsce przyciąga. Wygodnie rozparty w starym safianowym fotelu, zapominam o książkach przedemną leżących i w senne zatapiam się marzenia. Za czasów katolickich zajmowali ten klasztor braciszkowie a w pierwszem po­‑reformacyjnem stuleciu urządzono tu łacińską szkołę. Teraźniejsza biblioteka była niegdyś refektarzem. Jest to średnio długi pokój, o grubych pobielanych ścianach i trzech nizkich śpiczastych łukach. Sklepienie drzwi jednej ze ścian jest tak nizkie, że trudno przejść dorosłemu człowiekowi bez nachylenia. Ztąd roztacza się widok na pokoje biblioteki, których półki — pełne książek o wyblakłych, niebiesko­‑żółtych grzbietach. Po drugiej stronie podłużnej ściany znajdują się trzy okna, owalnemi otoczone łukami. Szybki — pożółkłe i zzieleniałe, w głębokich, łukowych tkwią wycięciach. Okna sięgają do podłogi: ztąd roztacza się widok na ogródek biblioteki, graniczący z klasztornym i cmentarnym. Jest to kawał urodzajnej ziemi, zarośniętej krzakami, pięknemi kwiatami na zielonem tle trawnika. W pośród gromady drzew, uginających się pod ciężarem owoców, wznosi się wysoki, płaski, wpół zniszczony kamienny nagrobek z równie zniszczonym starym napisem. Najczęściej jednak wzrok mój zatrzymuje się na wysokim, żółtym murze, oddzielającym ogród od wązkiej uliczki. Tam, gdzie mur podwójnym się staje i tworzy czworokąt, spostrzegamy ślady grubo wyciosanych schodów a między murami rośnie drzewo, którego gałęzie ledwie się zielenią, w dowód pełnego troski żywota. Przyglądam się schodom w ścianie i schowanemu drzewu i marzę o młodym braciszku zakonnym, który na tem samem, co i ja, siedząc miejscu, przysłuchiwał się rozmowie zakonników, prowadzonej przy wieczerzy. Myśli jego wędrują gdzieindziej, serce bije niespokojnie. Przypatruje się przez nizkie okna złotej grze kolorów zachodzącego słońca. Następnie zakonnicy udają się na spoczynek a noc swym płaszczem otula ogród klasztorny. Ostrożnie otwierają się drzwi refektarza, młody braciszek wymyka się przez okno, spuszcza po linie na dół i zeskakuje do ogrodu. W ciemności nocy przyczołgał się aż do muru, na najwyższym stanął stopniu, przechylił ku sobie jedną z gałęzi drzewa — i między dwoma znalazł się murami. Tam, w męzkie przebrana szaty, oczekuje go kochanka i pozostaje przy nim a słowiki wyśpiewują swe trele w klasztornym ogrodzie.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…