Front matter
SŁOMIANY KRÓL.
POWIEŚĆ HISTORYCZNA
Z CZASÓW BEZKRÓLEWIA PO MIECZYSŁAWIE II.
całość
SŁOMIANY KRÓL.
POWIEŚĆ HISTORYCZNA
Z CZASÓW BEZKRÓLEWIA PO MIECZYSŁAWIE II.
'
NAKŁADEM I DRUKIEM FR. CHOCIESZYŃSKIEGO.
1903.
I.
Zaraz po śmierci Bolesława Chrobrego, którego imienia postrach trzymał nieprzyjaciół zdala i po zgonie cesarza niemieckiego Henryka Pobożnego, który był sprzymierzeńcem Bolesława, nowy cesarz Konrad wypowiedział wojnę sąsiednim plemionom słowiańskim. Polska została zewsząd napastowaną, zdobycze Bolesławowe wydzierano jej od granic dalekich; Mieczysław II, pomimo męztwa osobistego, napadom bronić się nie umiał. Niesłusznie króla tego „gnuśnym“ nazwano, on był tylko nieudolnym do utrzymania tego, co ojciec jego stworzył i zdobył. W zamęcie codzień się zwiększającym, nawet nawrócenie Polski, dwoma panowaniami utwierdzone, zachwiało się rozprzężeniem ogólnem. Przyszła chwila, gdy po śmierci nieszczęśliwego Mieczysława, po ujściu królowej Ryksy z synem Kaźmirzem do Niemiec, kraj cały został przez pogan wybiegłych z lasów, zalany. Kościoły burzono, palono zamki, chrześcian mordowano. Panowie na swoich grodach dnie i noce czuwać musieli w strasznej niepewności, kiedy te tłumy co się po całej Polsce na łup i zdobycze puściły rozpasane, przyjdą, ażeby gród ich zrównać z ziemią. Okolice zaś Krakowa i Poznania pustoszyli Czesi mieczem i ogniem i tysiące ludności na swoją zabierali ziemię. — Nie było pana, nie było Boga, nie było życia... pustynia jedna i zgliszcza, a wśród nich wałęsające się tłumy pogan upojonych. Oto taki obraz przedstawiała nasza Polska ukochana w owych smutnych czasach. Był chłodny wieczór jesienny, słońce wyzierające raz po raz z poza chmur szarych schylało się ku zachodowi, smutny żegnając krajobraz. Niska błotnista dolina leżała wśród lasów, które je czarnemi otaczały ściany. Wśród błota wiła się droga, na której widniały ślady strasznej jakiejś walki, która się tu niedawno odbywać musiała. Tu i owdzie leżały szczątki połamanych wozów, potargane powrozy, podarte szmaty W dali na pagórku widać było mury ogorzałe, niżej sterczące w dolinie belki czarne, powywracane budynki, szczątki jakiejś osady ludzkiej. Po nad tą pustynią głuche panowało milczenie, z wiatrem tylko dolatywało niekiedy, jakby żałobliwe psów wycie. Nad błotem latały stada kruków i kawek i z krzykiem bolesnym unosiły się strwożone czajki. Na ścieżynie wiodącej do najbliższego cyplu lasu, ukazał się jeździec na koniu. Wysunął się zwolna z za gałęzi, stał i patrzał długo — i nasłuchiwał bacznie, nim się dalej puścić ośmielał. Jeździec ów z ciemną brodą potarganą, lat średnich mężczyzna, był jakby świeżo wyrwał się z boju i ocalał z walki, potłuczony cały i skrwawiony. Pancerz miał cały poszarpany od ciosów, co nań godziły i na kawałki porozrywały. Szmaty wisiały na nim porozdzierane, odkrywając skrwawione ciało. Reszta pogiętego hełmu ledwo się trzymała na głowie, bujnym, ciemnym włosem pokrytej, strzaskanego miecza głownia wisiała mu u pasa, w ręku trzymał kawałek złamanej. Koń pod nim poraniony także, szedł nakulawiając z głową spuszczoną. Pomimo tej nędzy znać było na wojaku i jego wierzchowcu lepsze czasy. Twarz pobladłego teraz zbiega rysy miała szlachetne i dumne; oczy zamyślone były nie smutkiem niewieścim, ale mężną boleścią rycerską. Poszarpana zbroja i suknie jego były niegdyś piękne i kosztowne. Westchnął głęboko i obejrzawszy okolicę zsiadł z konia, uzdę jego wziął w rękę, wolnym krokiem poszedł ku pogorzelisku, podpierając się dzidą. Tak ścieżką tą od lasów, znać dobrze mu znaną, zbliżał się wojak ów ku szczątkom grodu otoczonego wałami. Spustoszenie straszliwe widać tu wszędzie było. Na okopach sterczały jeszcze gdzie niegdzie poopalane, połamane ostrokoły, brama strzaskana, na wpół strzaskana w błoto wciśnięta na ziemi. Tu przybywszy, ranny wojak wsunął się w środek okopów. Miejsce to dobrze mu być znane musiało. Wzrokiem ponurym objąwszy straszne tych miejsc zniszczenie, poszedł wzdłuż muru z kamieni, który jedynie strasznemu pożarowi oprzeć się zdołał. U tego muru znajdowała się mała pieczara, w której głębinach nic widać nie było. Zajrzał tam przybysz zginając się z trudnością, patrzał długo i wstał zachmurzony. Właśnie miał to cmentarzysko opuścić, gdy podraźniony słuch jego wśród tej ciszy głuchej, pochwycił jakby szmer jakiś niby ostrożnego chodu ludzkiego echo. Wstrzymał się poglądając ku wnijściu. Tu nic widać nie było, koń się tylko jego pasł chciwie znalezioną na wałach odrobiną zieleni. Posunął się więc znowu krocząc przez belki i rumowiska ku miejscu, gdzie były wrota zamkowe, gdy w tejże chwili ukazała się w nich postać ludzka. Człowiek ten, który wsuwał się ostrożnie, wstrzymał się na widok konia i wylękły stał, oczami wodząc na wszystkie strony. Z daleka spostrzegłszy wychodzącego z ruin naprzeciw siebie zbrojnego mężczyznę, w pierwszej chwili rzucił się był do ucieczki — lecz za drugim nań spojrzeniem w ręce klasnąwszy, zatrzymał się i podbiegłszy parę kroków ku niemu, rzucił się przed nim na kolana. To niespodziewane wśród ruin zjawisko, było niemal do nich podobne — podstarzały mężczyzna z głową odkrytą, włosami rozczochranemi, nie miał na sobie nic oprócz zarzuconej na nagie ciało starej podartej siermięgi. Nogi jego okrywały spodnie z płótna grubego, poobwięzywane u dołu sznurami. Twarz wynędzniała, zżółkła, miejscami włosem porosła, podobniejszym go czyniła do trupa wstającego z grobu, niż do człowieka żywego. Padłszy na kolana załamane ręce podniósł do góry. — Wy żywi! — krzyknął. Wojak nic nie odpowiadając, ręką wskazał na poszarpaną swą zbroję i poranione ciało. — Żywym — rzekł głosem stłumionym — ale po co mi życie, kiedy wszyscy moi poginęli. Klęczący człowiek wstał teraz i rzekł ochrypłym głosem: — Ja czwarty dzień tułam się po lesie, korzonkami i suchemi grzybami się żywię... ledwie czuję, że mam duszę w ciele. — Dzięki Bogu i za to uzbrojony — ja też nie wiem czy żyję... a na życie się dziś zdało. Człowiek w siermiędze ucałował rękę mówiącego i zapytał: — A jak żeście ocaleli? — Chcieliśmy się tam za Środą opierać garści Czechów. Kupka nas była nie wielka, ale mężna. Polegli wszyscy... mnie jako zabitego pozostawiono na pobojowisku, dopiero w nocy ocuciłem... Koń uszedł a potem sam wrócił, gdziem leżał, jego oddech poczułem nad sobą, gdym oczy otworzył. Tułałem się tak po lasach, nic prócz wody do posilenia nie mając. Tu umrzeć mi przyjdzie! Zamilkł opuściwszy głowę. — Gdzie ludzie? trupów niema? gdzie Gdeczanie nasi? — pytał po chwili. — Gdy najezdnicy nadciągali, jam był w lesie — począł opowiadać stary — wróciłem, aby patrzeć na pogorzelisko, nie było już wracać po co. Wszystką ludność choć o mir i łaskę prosiła, pognali ze sobą, nie został nikt prócz tych co polegli. Miasto złupione, domy popalone! Popatrzał ku dolinie i jęknął boleśnie: — A wasi? wasi, miłościwy panie? — zapytał cicho. — Nie mam już nikogo!... — odparł ponuro wojak. To mówiąc, wziął konia za uzdę i zwolna z grodziska schodzić zaczął. — Za nim powlókł się człek w podartej siermiędze. U stóp spalonego zamku, leżała jednem zgliszczem szerokiem wielka osada. Na czarnem pogorzelisku sterczały gdzie niegdzie żurawie studzien, resztki ścian, których ogień nie spożył, słupy bram, wysokie kozły szop zwalonych. W pośrodku murowanego kościołka z głazów wzniesione boki sterczały tylko — dach spalony runął. Zbliżyli się ku niemu — stanęli. W głębi widać było ołtarza resztkę ogorzałą i poocalane wielkie świeczniki drewniane. Wnijście do grobów pod kościołem stało roztwarte i tam znać łupów szukano. Nic tu nie ocalało. Ostatnie promienie zachodzącego słońca przedarłszy się przez czarne chmury oblało jaskrawem światłem ten straszny obraz spustoszenia. Wojak i zbiedzony człek w siermiędze postawszy chwilę przed kościołem, obejrzawszy się w około, poszli dalej ku spalonej Nadchodziła noc, trzeba im było szukać jakiego schronienia. — Miłościwy panie władyko Lasoto — jęczącym głosem odezwał się starzec w siermiędze — gdybym dostał choć okruszynę chleba, możebym sił nabrał i szałas gdzie sklecił. Na koniu, którego wiódł za sobą Lasota, wisiały próżne sakwy, wydobył z nich wojak szczątki spleśniałe chleba, rozłamał je i dał proszącemu. Zgłodniały biedak zaczął pożerać z chciwością ten kęs chleba a Lasota szedł dalej szukając jakiego przytułku. Długo błądził tak wśród zgliszczów, wreszcie znalazł resztę jakiegoś dachu, zwieszonego nad dwoma nędznemi ścianami. Tu konia w bliski ogród wpuściwszy, sam powalił się na ziemię — jakby już znalazł miejsce, gdzieby mógł skonać spokojnie, oczy zasłonił rękoma i pozostał nieruchomy. Zgłodniały starzec był to jeden z osadników tego zburzonego, a niedawno jeszcze znacznego i do głównych dzielnic królewskich należącego grodu Gdecza, który najazdy złupiły, ludność z niego całą uprowadziwszy. Człek ten zwał się Dębiec. Lasota miał posiadłości rozległe pod , często w mieście i na zamku przebywał Dębiec, kołodziej wysługiwał mu się, we dworze znali się z dawna. Możnego władykę i biednego namiestnika bieda i wojna zrównały teraz. Lasotów gródek był spustoszony, on sam nie miał gdzie przytulić głowę. Dębcowi zostało tylko pogorzelisko jego chaty. Ku niej skierował się teraz, przedzierając się przez gruzy i poobalane belki, spodziewając się znaleść tam coś ocalonego. Mrok już zapadał, gdy Dębiec wszedł na swe zgliszcza, poczynając się w nich rozglądać. Pod chatą był w ziemi wygrzebany sklepik, w którym zwykle żywność chowano. Pomyślał, że może coś się tam jeszcze zachowało, ukląkł więc i zaczął odgrzebywać zawalające wchód do tej jamy popiół i zgliszcza. Osłabionemu starcowi szło to dość ciężko, dyszał i musiał co chwila odpoczywać, lecz wkrótce znalazł drzwi i w kryjówce tej znalazł swą ubogą śpiżarnię nietkniętą. Z okrzykiem radości zabrał ile tylko unieść zdołał mąki, suszonego mięsa i krupów i pospieszył z tem szukać tego, co przed chwilą kawałkiem chleba go obdarzył. Znalazł go pod ścianą umierającego prawie z głodu i znużenia. Pokrzepiwszy go wodą, której zaczerpał ze studni w garnek znaleziony na zgliszczach swej chaty, Dębiec zaczął rozniecać ogień, aby ugotować trochę zupy z mąki, gdy nagle usłyszeli tentent koni i przy świecącej jeszcze na wschodniem niebie zorzy wieczornej, ujrzeli dwóch jeźdźców, którzy zwolna jechali na gościńcu, co przez środek osady prowadził. Lasota łatwo domyślił się w nich takich jak on sam zbiegów, tułających się i uchodzących nocą przed najezdnemi mordami i łupiestwem. Ludzie byli orężni, bo nad głowami ich sterczały dzidy, które w ręku trzymali. Dębiec, który poznał ich od razu, wstał z ziemi i pospieszył na ich spotkanie. Byli to dwaj bracia Doliwowie, ziemianie od Środy o miedzę od Lasoty osiedli. i Mszczuj Doliwowie strasznie znużeni byli błąkaniem się po lasach od dni kilku, bo dworce ich spalili najezdnicy do szczętu. — Z koni zsiadłszy poszli za Dębcem ku miejscu, gdzie leżał Lasota. Smutnem było powitanie sąsiadów: — Ot, co nam przyszło? — krzyknął. Wszebór patrząc na rannego Lasotę i jego poszarpaną zbroję, dodał: — Ot, co się z naszą ziemią stało! Przeklęty dzień i godzina, gdy nam Mieszko i Ryksa zapanowali! Z kolei narzekania ze wszystkich się ust wydzierały. — Z Poznania — począł Mszczuj — jeno gruzy też stoją. Czego Niemka Ryksa nie uniosła, to najezdnicy zabrali. Poszła ona precz do swoich Niemców, za nią syn Kaźmirz uchodzić musiał. Króla nie mamy, kraj bezpański, kto chce łupi. Złupili też Gniezno, obdarli kościoły, wywieźli skarby drogie, pognali w łykach braci naszych jak bydło. Popalone sioła! — gdzie spojrzeć, pustynia. — Zniknęło marnie Bolesławowe królestwo — dodał Wszebór — rycerstwo nasze przepadło, wojuje kto chce, bośmy bezpańscy. Głowy nie mamy. — Nam tylko umierać, aby oczy nasze już nic nie widziały — dorzucił Lasota. — A co najgorsza — rzekł Mszczuj — że własny lud burzy kościoły, pogaństwo wraca, życie nasze na włosku. Kupy pogan się włóczą, którego z władyków napadną, na krzyż go przybijają, z urągowiskiem... Więc kto może za Wisłę ciągnie do Masława, tu mówią pokój jeszcze; on jeden ma siłę. — My też sami nie wiemy — odezwał się Wszebor — czyby się do niego przekradać, aby żywot ocalić. — Do Masława! — przerwał słabym głosem Lasota — co się śni tobie?... Człowiek ten niepoczciwy, przechera, wszystkich naszych nieszczęść przyczyną. Mszczuj ramionami wzdrygnął. — Prawda to — rzekł — ale dziś będzie dobry kto bądź byle życie zbawił. — Lepiej umierać — mruknął Lasota. Gwarzyli tak, gdy Dębiec przyniósł im na skorupkach znalezionych w gruzach po kawałku wędzonego mięsa i po trochę na pół tylko ugotowanej kaszy. Zgłodniali wojacy dziękowali mu serdecznie. — Niech ci Bóg płaci! — wołali. — Wyświadczcie mi też za to wielką łaskę — rzekł kołodziej. — Gdy jutro w dalszą puścicie się podróż zabierzcie mnie z sobą, bo tu zginąłbym sam jeden pozostawszy. — Któż z nas wie, co jutro pocznie? — zawołał Lasota. — W lasy trzeba i za Wisłę — odparł Mszczuj — innej dla nas nie ma rady. Masław przyjmuje wszystkich. — Sromajcie się takiej myśli — przerwał mu Lasota. — Masław, ktoż tego chłopskiego syna nie znał na Mieszkowym dworze? Nie wiedzieć zkąd i jak od chlewów dobił się ten urwisz liżąc nogi pochlebstwem do podczasostwa, Mieszkowi potem życie skrócił, królowę panią wygnał namowami, Kaźmirza pana swego wypędził. To jego sprawy. — Pewnie tak — odparł Mszczuj — ja go też ni kocham ni bronię, psubrat jest. A no, kto dziś panem? przy nim siła? Albo trzeba gardło dać, lub iść mu służyć. — A tak — wtrącił słuchający zdala Dębiec — służyć już komubądź niech choć rudy pies panuje, byleśmy bezpańskimi nie byli. Umilkli wszyscy pospuszczawszy głowy, a Lasota otrzeźwiawszy nieco, podniósł się i zrzucił z siebie poszarpaną zbroję i podarłszy w szmaty spodnią odzież, obwijał nią rany z których krew na nowo rzucać się zaczęła. Wszyscy czekali milcząc aż się z tem załatwi bo trzeba im było naradzić się wspólnie co dalej czynić mieli, gdzie schronić, dokąd uchodzić. Nie było wówczas w całym kraju kąta prawie, któregoby najazdy Czechów, Pomorzan, Prusaków nie spustoszyły, lub sam lud do pogaństwa wracający nie zakrwawił i nie zniszczył. Duchowieństwu zwłaszcza i rycerstwu największe groziło niebezpieczeństwo. Nie uszedł napaści ani jeden kościół lub klasztor, każdy cmentarz nawet splugawionym został. Legli od zbójeckich rąk kapłani niemal wszyscy, a wielkie dzieło nawrócenia z pomocą chrześciańskich państw dokonane obalone zostało. Na rękę to było Niemcom, odzyskującym przez to prawo nawracania mieczem, zawojowywania i pochwycenia znów zwierzchnictwa nad kościołem przywróconym. Ruś też i Węgry korzystały z danej chwili aby kraje zawojowane przez Bolesława od Polski oderwać. Król czeski Brzecisław myślał już o zagarnięciu całego państwa i przyłączeniu go do korony swojej. Począł to wielkie dzieło od złupieniu Krakowa, Poznania i Gniezna i spustoszenia ziem nad któremi chciał panować. Gdy Lasota rany swe obwiązał i położył się znów na ziemi; Doliwowie spojrzawszy na siebie poprzednią wszczęli rozmowę. — Cóż myślicie? odezwał się Mszczuj — co czynić mamy? mówcie, starszego posłuchamy radzi. Lasota podniósł głowę. — Pytacie mnie — rzekł — wiemże ja sam co czynić? Wiem tylko czego nie uczynię, za Wisłę do Masława nie pójdę, srom to i hańba takiemu podłemu człekowi się kłaniać, gdy się namaszczonym królom służyło. Myśmy wszyscy stali przy Mieszkowej wdowie i przy Kaźmirzu, mamyż iść teraz do tego co nam ich odebrał? Zamilkli Doliwowie. — Nie wiem czy znacie Masława, tak jak ja go znałem — ciągnął dalej — Patrzałem ja nań jak rósł przy dworze z pacholęcia przy psiarni, potem sokoły na polowanie wodził, miód nalewał i do łask królowej zwolna się wkradał. Gdy wreszcie do pasa rycerskiego i na powiernika i radzcę doszedł, dopiero go duma niepoczciwa wzdęła. Po śmierci Mieszka królową chciał zawładnąć, bodaj się z nią żenić, królować, a Kaźmirza się pozbyć. Rozumna pani odepchnęła go, otaczając się swoimi ku obronie. Zaczęto na nią krzyczeć, prześladować ją tak, że skarby wielkie zabrawszy ze sobą, uchodzić do swoich nad Ren musiała. Został Kaźmierz, nad którym Masław chciał rozciągnąć opiekę aby go zgubił. Musiał i ten uciekać przed nim. Myśmy pozostali bezpańscy jako stado bez pasterza, a wilk się nam stręczy za pana. Kraj ludzie obcy drą i łupią! A czyjeż to sprawy jeśli nie jego! Myśmy się teraz od zdrajcy usunęli, on uczynił się poganinem, aby sobie czerń pozyskać. Pogan też ile ich jest Prusaków, Pomorzan ma ze sobą. Cóż my tam ludzie wiarę Chrystusa wyznający przy nim czynić będziemy? Ciała nie ocalimy, a duszę utracimy! — Zły Masław — odezwał się Wszebór — ale gdzież i jak się schronić i ratować? W Czechach też pęta każdego czekają, na Ruś daleko.... błądzić po lasach i mrzeć z głodu, to lepiej od razu powiesić się na gałęzi. — Co czynić? co czynić? — powtarzali wszyscy stroskani. Ogień przygasał zwolna, niebo na noc z chmur oczyszczać się zaczęło, blade gwiazdki migały gdzie niegdzie. Cisza czasem tylko szumem wiatru przerywana, zaległa nad doliną. Tak noc przetrwali całą. Gdy dnieć zaczynało, pokrzepieni snem znów do narady przystąpiono. Zgodzono się na to, że swoich szukać trzeba było i do kupy zbijać nadziei nie tracąc. Lasota zdawał się nie wiele dbać o los swój i obojętnie patrzeć na to co go spotkać miało. Doliwowie nie wspominali już o Masławie, ale ku Wiśle lasami zdążać myśleli, aby przebywszy rzekę, gdzie na Mazurach się schronić, bo tam czerń jeszcze nie powstawała. Wtem jakby cudem ocalały gdzieś na pogorzelisku kogut zapiał na zaranie, oznajmując pustkowiu początek dnia nowego. Głos ten usłyszawszy poruszyli się wszyscy. Lepsze on czasy, spokojne dwory przypominał. — Tak nam też przystało póki żyjemy się obwoływać — zawołał Lasota, podnieść się usiłując. — Dalej w drogę!
II.
W tej Gdeckiej błotnistej, odkrytej dolinie lada napaść była niebezpieczną, ni się schronić tu, ni bronić było można. Blisko stojące lasy pewniejszym były przytułkiem, tam więc udać się postanowiono. Pierwsi powstali Doliwowie, myśląc o napojeniu koni, Dębiec też rozniecił ogień i klęcząc warzył coś w garnku, aby przynajmniej rannego Lasotę posilić trochą ciepłej polewki. Ranek choć mglisty stawał się coraz jaśniejszym. Gdy Doliwowie do drogi już stali w gotowości, Lasota leżał jeszcze na rękach oparty. — Sąsiedzie — rzekł Mszczuj — jechać nam trzeba, a zdajecie się nie myśleć wcale o podróży. — Dajcie mi tu spokojnie umrzeć — rzekł stary wojak stłumionym głosem — po co się jeszcze męczyć, aby nędzne ocalić życie, gdy się ono nikomu już na nic nie przyda. — Bóg nie chce śmierci, kiedy was ocalił — odezwał się Wszebor. Nie dopuszczali Doliwowie, by się ich dawny sąsiad głodem zamorzył i ująwszy go pod ręce z ziemi podnieśli. Dębiec im dopomagał przyprowadziwszy konia, którego rany przez noc poprzysychały, wsadzono nań Lasotę i wyruszyli wszyscy z pogorzeliska. Gdecz był naówczas niemal całej Polski wizerunkiem w gruzach leżącej i popiołach. Krajało się serce tym, co ją niedawno widzieli żywą, wesela pełną z grodami zamożnemi, z kościołami śpiewy nabożnemi brzmiącemi. Dziś panowało tu milczenie cmentarne, a kruki unosiły się nad nią szukając niedogniłych trupów i rozszalałe tłumy burzyły co jeszcze stało. W posępnem milczeniu przejechawszy około zburzonego grodu puścili się drogą ku lasom. Tu choć dosyć obeznanym z krajem nie łatwo pokierować się było. Na jedynej wielkiej drodze przez las prowadzącej spotkać się mogli z oddziałami Czechów, lub gromadami pogańskiego chłopstwa po całej wałęsającego się okolicy. Puścić się więc musieli przez zarośla bezdrożne. Mszczuj, który myśliwym był, zapewniał iż manowcami zaprowadzi ich ku Wiśle. Nie było bowiem innego schronienia, jak za Wisłą, choć ów spokój, który tam miał panować pogłoską był tylko. Nic nie ręczyło za bezpieczeństwo a biedni czterej zbiegowie, z których jeden był bezbronnym, drugi pokaleczony, obronić się nie mogli nawet napaści małej garstki złych ludzi. Zapasu żywności też, oprócz tej jaką na plecach w worze niósł Dębiec i Doliwowie w sakwach mieli po trosze, nie było żadnego, ta zaś na długo starczyć nie mogła. Trzeba się było zdać na Opatrzność losu. W głębinie lasów głucha panowała cisza — jechali ciągle gąszczami, zaroślami, w kierunku jak ich Mszczuj prowadził. Nie sprzeciwiał mu się nikt, bo lepiej znał kraj a pewnym był swego. Lasota jechał obojętny, nie pytając i nie patrząc prawie, jakby wszelkiej woli i siły pozbawiony. Doliwowie nie dziwili się temu, bo wiedzieli że rodzinę utracił, a i w nim już życia nie wiele było. Miało się już dnia tego ku wieczorowi, gdy jadąc tak powoli Mszczuj, który oczyma sięgał daleko, aby nie wpaść w jakie niebezpieczeństwo, ręką dał znać jadącym za sobą aby przystanęli. Zatrzymano wnet konie, uciszyli się wszyscy. Mszczuj zsiadłszy ze swego począł skulony czołgać się naprzód. Z za gałęzi drzew już nieco z liści obnażonych widać było na małej łączce u pnia dębu starego, coś, czego z początku rozpoznać nie mogli. Bielało niby odzież jaka, ludzi oznajmująca. Mszczuj przyczołgawszy się tak do pnia po cichu, rozpatrzywszy się, wstał na nogi i skinął na stojących zdala towarzyszy, aby się zbliżyli. Widok jaki teraz przedstawił się ich oczom nie obawę, lecz litość w nich wzbudził. U pnia dębu siedziało z włosami rozpuszczonemi śliczne dziewczę zaledwie lat piętnaście mieć mogące, a obok niej leżała druga w chusty obwinięta niewiasta, głowę na jej opierając kolanach, chora czy śpiąca. Około nich leżało kilka węzełków, suknie rozrzucone i koszyk z żywnością. Były same tylko dwie. Po sukniach znać w nich było niewiasty majętnego rodu; młodsza miała na sobie przyodziewek futerkiem okładany, druga okryta była kosztowną szatą. Dzieweczka miała w uszach złote kolczyki i pełno pierścieni na palcach. Mszczuj, który ją pierwszy zobaczył, stanął jak wryty; tak pięknej dziewczyny nie widział jeszcze w swem życiu. Obie niewiasty były jakby zmartwiałe, nie słyszały przybywających, nie poruszały się wcale. Domyślał się Mszczuj, że ta, której głowa na kolanach spoczywała, uśpioną być musiała — a ta nie śmiała ani drgnąć, aby jej nie przebudzić. Ale wprędce tętent i parskanie koni przebudziło śpiącą. Obie zerwały się z ziemi z okrzykiem chcąc dalej w las uciekać. Gdy się starsza podniosła, ujrzeli w niej poważną niewiastą o twarzy jeszcze świeżej i pięknej z oczyma czarnemi wyrazu dumnego i pańskiego. Teraz patrzała niemi gniewnie. Dziewczę daleko mocniej przelękłe, chwytając ją usiłowało ciągnąć za sobą, gdy Mszczuj się ukazał i pospieszył zawołać by się nie lękały niczego. Na ten głos i mowę ową usłyszawszy, niewiasty stanęły ośmielone. Starsza zaczęła przyglądać się Doliwie, jakby czekając aż się odezwie. — Nie lękajcie się, miłościwe panie — rzekł tenże — myśmy nie napastnicy, sami uchodzim od napaści, nas tu dwu braci Doliwów, stary Lasota z pod Środy i człek ze służby. Jedziemy ze spustoszonego kraju od Gdecza, gdzie już i żywej nie zostało duszy. Gdy to mówił Mszczuj, nadciągnęli jego towarzysze, zatrzymali się wszyscy na widok tych niewiast samych jednych wśród lasu, bezbronnych, aż litość nad niemi brała. — Bogu Najwyższemu niech będą dzięki, co was tu ku nam sprowadził — ozwała się starsza niewiasta — Bogu niech będą dzięki. Oto już trzeci dzień, jak tu siedzimy same, drżąc a płacząc. Ostatni sługa co był z nami, poszedł się rozsłuchać po okolicy — i nie wraca. Na Poniec, gród nasz napadły gromady srogie — ledwieśmy z córką ujść zdołały z jednym starym. I tego niema teraz, nie wraca, a nas tu głodna śmierć lub zwierza paszczęka czekała... Co z domem, co z mężem się stało! Bóg jeden wie! Zasłoniła ręką oczy, z których łzy pociekły i zamilkła. Wszyscy z koni zsiadali, przybliżając się nieco. Młode dziewczę strwożone za matkę się kryło. Z nazwiska męża znano starszą niewiastę; była ona rodem z Rusi greckiej matki dziecię, poślubił ją był możny władyka Leliwa. Miała imię Marty. Za Bolesława wielkiego czasów, gdy z Rusią były ściślejsze stosunki, swatali się książęta i żupany z Rusinkami, brali niekiedy Rusini żony ze dworu króla i po grodach. Ani Marty Leliwowej, ani córki jej nikt z przybyłych nie znał z twarzy, ni je kiedy widział w życiu. Spicymirza inaczej zwanego Spytkiem, który niedawno się był przeniósł na siedzibę do Ponieca, widywali nieraz Doliwowie i Lasota. Mąż to był podeszły już w lata, rycerski, odwag niezmiernej. Nie śmiano domyślać się nawet co się z nim stało, zmiarkowali wnet wszyscy, że gdy podczas napadu czerni był doma, niżeliby miał uchodzić raczej życie dał. Mógł żonie swej i dziewce do lasu kazać się schronić, ale sam pewnie kroku dostał. Sługa ów Spytkowy, na którego czekali, aby wieści jej przyniósł o mężu i o grodzie ich — nie powracał; coraz więcej prawdopodobniejszem się zdawało, że go gdzieś pochwycono, albo się zabłąkał w lesie lub padł pastwą dzikiego zwierza. Niewiasty płakały i narzekały ciągle. Jawnem więc było dla Doliwów, że opuścić tak niewiast nieszczęśliwych nie godziło się. Choć w tak srogiem utrapieniu, gdy życie na włosku wisi, nie czas myśleć o piękności niewieściej i w niej się rozmiłować — obaj Doliwowie, ujrzawszy córkę Spytkową, jako byli młodzi, nieżonaci a gorącego serca, nie mogli się jej napatrzeć. Noc się zbliżała, wszystko się uciszyło, nawet niewiasty uspokoiły się, gdy wśród tej ciszy leśnej popłoch znowu padł na obozujących. Szelest cię dał słyszeć między gałęźmi. Zbliżał się chód jakiś i po chwili z gąszczy wysunął się wysłaniec Spytkowej, o którego powrocie zwątpiono. Szedł on a raczej wlókł się, zataczając ze znużenia, z twarzą zbiedzoną i posępną — łatwo było odgadnąć, że złe przynosił wieści. Zbliżył się rozpatrzywszy ku ognisku, stanął, popatrzył litościwie na panią swą, oparł się na kosturze i milczał długo, oczyma tylko mówił, że go o co pytać nie było. Milczenie groźne panowało przy ognisku. Lasota się ozwał pierwszy: — Zginął Spytek? co z waszym grodem się stało?... Ręką w powietrzu zamachnąwszy, ku ziemi ją spuścił Sobek. — Zdala tylko patrzałem — rzekł — jak dymiło gniazdo nasze — nie ma go już, nie został nikt, nic nie zostało. Ranny Żugwa, co się ze zgliszcz wywlókł do lasu, gdziem go konającego znalazł, powiedział mi tylko, że pan nasiekł dużą trupów górę, nim go dostali, a legł rycerską śmiercią. W kawały go rozsiekali zbóje. Niewiasty na nowo płakać poczęły, popadawszy na ziemię. Doliwowie i Lasota odstąpili na stronę, naradzając się z sobą co dalej poczynać mieli. Oba bracia się na to godzili, że niewiasty na konie posadzą, a sami pieszo pójdą. Odeszli z sobą do narady dwaj bracia, a choć zgodni, jakoś tak na się patrzeli, jakby się pokąsać mieli i nieufnemi ku sobie spoglądali oczyma. Przyczyną tego było owo dziewczę, na które oba łakomie patrzeli i jeden drugiemu oczy śpiegował. Mszczuj posądzał Wszebora, a Wszebor Mszczuja. Wreszcie umawiać poczęli się, który da konia dziewczynie. Żaden ustąpić nie chciał, dopiero gdy wybór był bliski, wstyd im się zrobiło ludzi i samych siebie. Zgodzili więc się wpierw ją i matkę ratować a potem dopiero rozprawić się mieli czyją ma być. Spytkowa i córka miały same konie wybierać. Jak tylko świt sposobiono się do drogi. Matka i córka stały gotowe, gdy się przed niemi Doliwowie z końmi znaleźli. Dziękowała Marta Spytkowa, a popatrzywszy na nie wybrała Wszeborowego konia, który był cięższy i silniejszy, chcąc za sobą córkę posadzić, aby się od niej nie rozdzielać, wtem Mszczuj się ozwał że konie ich słabe były, podróż długa, więcej jak po jednemu sadzić na nie trudno. Dziewczę się do matki tuliło, Spytkowa wahała, wreszcie uścisnąwszy dziecko i poszeptawszy jej na ucho, siadła starsza pani na Wszeborowego konia, Kasię dając Mszczujowi, który zwycięzko a szydersko na brata się oglądał. Dziewczę imię miało Katarzyny, jednej z najpowszechniej czczonych naówczas patronek. Ruszyli więc w imię Boże, manowcami znowu i koń przed koń, tak że dziewczę za matką zostać z Mszczujem musiało. Mijając ze starszą brata, Wszebor schylił mu się do ucha. — Niedoczekanie twe, abyś ty się nią długo cieszył, wezmęć ja ją z kolei. — Zobaczymy — rzekł Mszczuj. — A no.... — Zobaczymy. I tak się gniewni bracia rozstali. Umyślnie wiedziono najdzikszemi puszczy ostępami, w których śladów nie było ludzkiej stopy. Lasy się w tę stronę nieprzerwanie ciągnęły. Jechali tak długo, gdy z południa rzednąć począł bór i ze strachem niemałym wybiegłszy naprzód Mszczuj, spostrzegł, że stali nad rozległą płaską, odkrytą równiną. Sobek, który bartnikiem niegdyś bywał, wdrapawszy się na drzewo, dojrzał w dali spalony gródek, mury kościołka na pół obalone a co gorsza — zdało mu się dojrzeć też ogromne obozowisko ludzi pieszych i konnych, z szeroko porozkładanemi ogniami, około których stada się pasły, bydło i konie leżały, kupy jakieś nagromadzone sterczały. Domyślał się iż trafili na jednę z tych gromad, które ciągnąc z osady do osady, dwory, grody, klasztory i kościoły pustoszyły równając z ziemią. Potrwożyli się, chcąc nazad w puszczę niewiasty; godzili się wszyscy dalej w lewo brnąć, w stronę w którą się lasy zataczały i niemi okrążyć dolinę. Śmielszy od nich Sobek radził w gąszczy przystanąć i czekać, sam się ofiarując iść na zwiady, a biorąc się ochoczo do tego, dozwolono mu się wybrać. Od kraju lasu do obozowiska przestrzeń była znaczna — musiał Sobek tak się przekradać, aby nie widziano, że z puszczy wychodził. Dosyć mu też czasu zabrało to przekradanie się, gdy usłyszał wreszcie rżenie koni, ryk bydła i szmer a gwar ogromnej ludzi kupy. Był już około pastwiska. Śmiały równie jak zręczny wsunął się w stado pasących się koni. Ztąd już widzieć mógł, iż nie na wojsko żadne trafił ani na Czechów lub Prusaków, ale na tę zbójecką czerń, która z żagwiami i kołami od dworu do dworu ciągnęła. Biesiadowano ze śmiechem i krzykami około pobranych łupów. Dalej w pośrodku obozu powiązane w łyka, leżały pokotem pobrane niewiasty i wyrostki. Za obóz wyrzuconych kilka się trupów walało około których psy warcząc chodziły. Paliły się ogromne ognie, a przy nich piekły się barany i porznięte bydło. Stały beczki poodbijane, z których kto chciał czerpał. Sobek stał tak patrząc pośród koni, nie wiedząc czy iść ma dalej, gdy opiły parobczak, który z biczyskiem stada pilnował, przystąpił do niego i począł mu się przypatrywać. — Pasza zła! — zamruczał wreszcie poczynając rozmowę chłopak. — Ta! dla koni — odrzekł Sobek — a dla nas jest jej poddostatkiem. — Cóżeś to ty głodny? — zaśmiał się. — Ja nie! ano mi szkap szkoda. — Licho ich nie pobierze. Darmoć one przyszły, bośmy je po zganiali, choćby który i zdechł! — mówił Sobek spokojnie. — Na, na, — mruknął parobczak — jużby dosyć tej włóczęgi... Dwór się na okolicę pono i jeden nie ostał, ani klasztór, ani kościelisko, a za chatą tęskno... — Hę? cóżeś to w niej zostawił? — dziewczynę? — A pewnie, jak nie dwie! — odparł parobczak i obrócił się głową ku obozowisku. — Toć już pewno wrócimy teraz, kiedy nie ma co dalej robić, bo nic nie zostało! — a i mnie do chałupy markotno — rzekł Sobek. — Zjesz licha! — rzekł pastuch. — Zostało Horodyszcze Olszowe! Władyki się na nim zamknęły, z któremi skarby są wielkie i dziewuch siła, a tych ani dostać. — Gdzie? jakie Olszowe Horodyszcze? — wtrącił stary — jam nie słyszał. — Boś stary i głuchy! — śmiał się parobczak — a gdzieżeś był gdy my tam chodzili? — Ja? — odparł Sobek — jam trzodę pasł, niewiem nic. — Toć tam ludzi nam nabito i musielim precz odejść — ale ich głodem weźmiemy! To mówiąc, pastuch świstać począł i do rozmowy nie miał ochoty. Sobkowi też wić się rwała, klął wołając, że po lepszą łozę musi iść. Nikt nań nie zważał. Powlókł się w gąszcze nad rzeczkę i napowrót począł z tą samą ostrożnością przedzierać się zaroślami ku lasowi. Śmiała ta wycieczka szczęśliwie mu się powiodła, nikt nań ani spojrzał nawet. Wrócił na miejsce, gdzie nań niecierpliwie oczekiwano, wcześniej niżeli się go spodziewano. Opowiedział rozmowę swą z pastuchem i zamiar tej samej czerni, która i w Poniecu była, a teraz podzieliwszy się łupem, zabrać jeszcze Olszowe Horodyszcze chciała, gdzie im ludzi nabili i chyba ich głodem brać , bo władyki się dobrze bronią. — Ho! ho! — przerwał mu Lasota — opowiadanie — niedoczekanie. Na Horodyszczu siedzi stary Belina ze swoimi, ten się zawczasu zasposobił, nie da się choćby mu się i rok bronić przyszło. Belinę znam. Śmiali się z niego ongi ludzie, że w bezpiecznem miejscu siedząc, zawsze się tak zbroił, opasywał, zboże zsypywał, jakby się oblężenia spodziewał. Przed się on jeden rozum miał. Za Bolesława myśleli wszyscy, że się już wszystko skończyło, tylko on w nawrócenie nie wierzył, a wróżył wciąż że poganie kiedyś kościoły wywrócą a nas chrześcian wymordują. On ci jeden wiedział i widział co się stać miało! — dodał wzdychając Lasota. — A czemużby my, miłościwy panie — odezwał się Sobek — zamiast za tę Wisłę, do której się trudno dobrać, nie pociągnęli na Olszowe Horodyszcze! Ja bym poprowadził! Zamilkli wszyscy. Nikt się nie sprzeciwiał i nie opierał się tak szczęśliwej myśli. Przed wieczorem jeszcze pociągnięto głębiej w puszczę dla bezpieczeństwa. Następny dzień zostawał cały jeszcze na powolny pochód ku Horodyszczu.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Słomiany król.
