Read here

Próba ogniowa

Peter Nansen · 1907 · Free in the US

13,624 words · about 57 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1907 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Próba_ogniowa_(zbiór)&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Peter Nansen
Language
Polish
Published
1907
Length
13,624 words · about 57 min
Sections
2 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (2)
  1. Nowele under 1 min
  2. Nowele about 57 min

Continue:

Nowele

TANIA BIBLJOTEKA

№ 16

PIOTR NANSEN

róba ogniowa

NOWELLE

przekład

Wincentego Szatkowskiego

WARSZAWA

Nakładem Spółki Wydawniczej

JAN ROWIŃSKI I ANDRZEJ SOBIESZCZAŃSKI

Hoża 16

Druk Drukarni Polskiej, Warszawa, Jasna 2.

(L. Straszewicza).

Nowele

TANIA BIBLJOTEKA

№ 16

PIOTR NANSEN

róba ogniowa

NOWELLE

przekład

Wincentego Szatkowskiego

WARSZAWA

Nakładem Spółki Wydawniczej

JAN ROWIŃSKI I ANDRZEJ SOBIESZCZAŃSKI

Hoża 16

Druk Drukarni Polskiej, Warszawa, Jasna 2.

(L. Straszewicza).

Zadumana siedziała Mimi na małej ławeczce ogrodowej, marząc o powrocie do stolicy. Słońce chyliło się ku zachodowi, a ona wpatrując się w grę kolorów świetlnych, zastanawiała się jednocześnie nad swojem młodem, a tak marnie spędzonem życiem. Miała już lat siedemnaście, wkrótce będzie ośmnastka, a o miłości wie zaledwie tyle, że to podobno jedyne godne zatrudnienie dla szanującej się młodej damy. Dla przechwałki opowiadała przyjaciółkom, że w tym lub owym jest zakochana; w rzeczywistości tego uczucia wcale nie znała, nie pojmowała go i sama się obmawiała. Ot, zwyczajnie, kłamała: chociaż wiedziała, że w życiu należy kroczyć drogą prawdy przedewszystkiem. Do miłości co prawda możeby się nagięła, gdyby tylko narzeczonego nie potrzeba było całować... Bo, czyto nie wstrętne całować usta zarośnięte wąsami, które dopiero co paliły cygaro, a może nawet piwo piły?... Brr!... okropne!... Prawda, że ojca często całowała na „dzień dobry” albo „dobranoc”, ale ojciec to nie mężczyzna, ot, tylko sobie ojciec... wreszcie przy całowaniu podciąga mu zwykle wąsy w górę!... Pojmowała, że czasem koniecznem bywa całować damy, pojmowała nawet mężczyzn którzy pragnęli jej usteczka wycałować, te usteczka tak ponętne, czerwone, wąziuteńkie... ale żeby całować... mężczyznę fe... to musi być coś tak niesmacznego, jak palenie fajki; a jakie to nieprzyjemne wie doskonale, bo nieraz próbowała zaciągnąć się z ojca fajeczki! Uf!... jakie to było obrzydliwe... jakie niesmaczne!... A przecież coś ją pociągało do fajeczki i rozstać się z nią nie mogła. Czyżby i całus podobną tajemniczą siłę posiadał?... Dwa razy w życiu była w tem położeniu, że pewien pan prosił ją o całusa. Naturalnie, że go odpaliła!... Trudna nawet rzecz do wiary, że ci zarozumialcy mężczyźni, są pewni, iż sprawiają kobiecie przyjemność, gdy się pozwolą wycałować!... Gdyby było inaczej, propozycji takiej by nie robili. Jej proponował całusy dwukrotnie jeden tylko mężczyzna. Gdy dobrze sobie uprzytomni, to był nawet jeden z tych, którego całusy w ostateczności nawet byłyby znośne. Nazywał się Axel — dość ładne nazwisko — i był inżynierem. Egzaminy jego co prawda nie wypadły zbyt świetnie, ale przyczyną tego nie była głupota, tylko lenistwo, a to zmienia postać rzeczy. Był wysoki, silny, pokaźny, a tańczył bajecznie. Na jego ramieniu leżało się tylko i pozwalało unosić!... Miał ładne długie blond wąsy, krótko strzyżoną brodę i niebieskie śmiejące się oczy, które żadnej trwogi nie wzbudzały, choć nieraz na próżno trudził się przestraszyć niemi panie. Minęło już pół roku, od czasu tej strasznej pierwszej propozycji. Było to na balu, u pułkownika Hammersteda; przy stole siedział obok niej i tak było przez cały karnawał. To podobno często się przytrafia. Bywa to zazwyczaj mężczyzna, któremu się pierwszy taniec ofiaruje, kuzyn lub przyjaciel brata — jeden z tych, co to wybornie tańczy kotyljona, o którym się wie z góry, że swój bukiecik innej damie ofiaruje, z którym się zawsze idzie w parze do stołu, wreszcie jeden z tych, do którego ma się serdeczne zaufanie. Ostatni to był bal w sezonie, wobec czego nawet przy szampanie panował jakiś sentymentalizm, pary szeptały do siebie, że nie tak prędko się zobaczą i żałowano szczerze karnawału. Kiedy wstała od stołu, czuła, że trochę więcej wypiła szampana niż należało. On, zawsze grzeczny i uśmiechnięty, przeprowadził ją do jednego z dalszych, pustych pokojów. Naraz, z przerażeniem spostrzegła, że trochę zanadto nad nią się pochylił i patrząc zbyt śmiało w jej oczy zapytał bezczelnie: „Panno Mimi, czy na pożegnanie nie otrzymam od pani całusa”? Zerwała się, oprzytomniała... i drżąc cała powiedziała stanowczo: „O, napewno nie otrzymasz go pan!” poczem okropnie wystraszona wybiegła do drugiego pokoju!.. Co to za maniera, tak bez żadnej ceremonii coś podobnego proponować. Nie wolno przecież wymagać, od młodej osoby, żeby ni stąd ni zowąd mężczyznę całowała... To też potem powiedziałam mu zupełnie serjo: „Gniewam się bardzo na pana”. On, bezczelny, przymróżył na to oczy i bez zarumienienia się odparł: „Ja w to nie wierzę”! Impertynent!... powiedział to nawet tonem, dowodzącym pewności siebie!... Zadowolona wówczas była z tego, że się nieprędko zobaczą. Wkrótce po zajściu tem — wyjechała na wieś do przyjaciółki Idy i razem spędzały lato, zwierzając się wzajemnie ze swych uczuć i myśli. — Ida była jednak czasem tak dziwną, że trudno było ją pojąć. Na przykład pewnego razu utrzymywała, że dzieciństwem jest uznawać całusy za coś brzydkiego; przeciwnie, całus dla niej to wprost rozkoszna rzecz. Podrażniona tem nieco Mimi, zapytała czy go też Ida kiedy spróbowała? — a ta mała rozpustnica, w oczy jej się roześmiała, twierdząc, że trudno by jej nawet przyszło wszystkie ofiarowane całusy zliczyć!... Brr!... dziwne przyjemności miewają nieraz ludzie!... — Tu na wsi, miała dzięki Bogu, przez pewien czas spokój, który, niestety, już został zakłócony. Oto jednego dnia wpadł Axel jak bomba. Okazało się, że był serdecznym przyjacielem brata Idy. Naturalnie, że powitała go zimno i ceremonjalnie. On na to nie zwracał uwagi, podał jej rękę, jak gdyby nic między nimi nie zaszło. Zaczął rozprawiać o pięknie spędzonych wieczorach zimowych. — Słuchała tych opowiadań z przestrachem, jak zlodowaciała!... A przecież... i tu powtarzało się to samo, co w mieście. Nieustannie razem przebywali, razem się wybornie bawili, a wczoraj... wczoraj wieczorem nastąpiła ta straszna „druga propozycja“. Wczoraj odbył się wielki obiad, na który zaproszono całą okolicę. Zabawa była wspaniała... Axel naturalnie prowadził ją znowu do stołu. W czasie obiadu zwracali uwagę na przybyłe damy, które były trochę za bardzo wydekoltowane. Biedaczki, sądziły w naiwności ducha, że to ich urok podnosi. Zwracali także uwagę na niezbyt gustowne suknie, przeładowane ozdobami. Po obiedzie udali się wszyscy na taras, gdzie podano kawę, a Axel... wymknął się z nią do ogrodu. Widocznie znowu wypiła trochę za wiele szampana. Zdala od willi, w głębi alei orzechowej, zaczął znowu ją prosić o całusa. Tym razem już się tak nie przestraszyła... miała już pewną rutynę; ale mu znowu stanowczo powiedziała: „Na nic się nie zdało prosić mnie o całusa, gdyż go panu nie dam”! A on, impertynent, na to: „Panno Mimi, pani jest nieostrożną, niech się pani liczy ze słowami!” Czy rzeczywiście była nieostrożną?... Co on przez to rozumiał?... Co znaczyły te słowa zagadkowe?... Ach, jakżeby chętnie sprawdziła tę tajemnicę!... I panna Mimi siedziała teraz w ustroniu i marzyła o tem i owem z jej młodocianego życia, które nic o miłości jeszcze nie wiedziało. Nagle uczuła gorący oddech na swej szyi; zanim zdążyła się odwrócić ujrzała uśmiechniętą twarz Axela, tuż obok swojej twarzyczki i w chwili gdy chciała krzyknąć, zamknięto jej usta..... całusem! Zanadto była zmieszana, aby łajać; trzęsła się cała, śmiała, płakała i trzepotała jak zmokły wróbelek. A on... siedział zupełnie spokojnie na ławeczce obok niej, jak gdyby nic niezaszło i odezwał się wesoło: „Panno Mimi, pani rzeczywiście byłaś wczoraj bardzo nieostrożna... Powiedziałaś wyraźnie, że na nic się niezda prosić panią o całusa... Więc?... Postanowiłem prośby sobie zaoszczędzić!...

Naczelnik biura posiadał maleńki ogródek, w którym znajdowała się także grządka poziomek, owoców z niej nigdy prawie nie zbierano. Przytrafiło się jednak lato, odznaczające się takim urodzajem, jakiego najstarsi nawet ludzie nie pamiętali. Wówczas to i grządka w ogródku naczelnika pokryła się tu i owdzie małemi czerwonemi poziomeczkami. Były one bardzo marne, ale zawsze... poziomki! Dwaj synkowie naczelnika zachwyceni byli owocem. Zaglądali po kilkanaście razy do ogródka, i ciesząc się z poziomek oczekiwali z biciem serca, rychło owoc należycie dojrzeje. Nie czekali na to długo i razu pewnego wysłała ich matka do ogródka, dla zerwania owoców. Przy wręczaniu im małych plecionych koszyczków, nie żałowała im napomnień, aby czasem jakiej nie zjedli... Owoc był co prawda apetyczny, dzieci jednak chociaż łykały ślinkę, zachowywały się posłusznie i pracując z wielką wytrwałością, wynagradzały swoją pożądliwość myślą o smacznym obiedzie. Pracowały tak pilnie, że każdą łodyżkę, listek dokładnie przepatrzyły, i najmniejsza, nawet skarłowaciała poziomka nie uszła ich uwagi. Po starannem zebraniu poziomek, dzieci z tryumfem pobiegły do domu i wręczyły matce jeden, ale zato pełny koszyczek soczystego owocu. Żona urzędnika starannie poziomki ułożyła i ozdobiła koszyczek zielonym liściem. Dzieci z otwartemi buziami przyglądały się tej robocie. Po poprawieniu tej i owej poziomki, dokładniejszem ułożeniu liści, matka odezwała się: — Weźcie czapeczki dzieci; pójdziecie naprzeciwko do landrata, pokłońcie mu się grzecznie i poproście, żeby raczył przyjąć ten skromny koszyczek poziomek. Powiecie mu, że matka liczy na to, iż one pokrzepią go w chorobie. Dzieci stanęły jak wryte, nie odezwały się przez chwilę ani słówkiem, zdawało się, że nie pojmują słów matki. Ta jednak, wkładając im czapeczki na głowy i poprawiając ubranka, zalecała, aby się dobrze sprawili i pospieszyli się, poczem wręczyła starszemu koszyczek i wyprawiła malców. Chłopcy, spoglądając na siebie, w milczeniu, szli powolnie w kierunku znanego im domu. W wygodnym fotelu, otulony poduszkami i pledami, siedział landrat, zmizerowany długotrwałą chorobą. W wazonach umieszczone były wspaniałe bukiety, przysyłane codziennie jako prezenty od dam z miasteczka. Na małym stoliczku, obok fotelu, stała prześliczna patera z owocami, między któremi szczególną zwracały uwagę olbrzymie okazy poziomek... Dzieci, stanąwszy we drzwiach, pokłoniły się zgrabnie, poczem starszy, ze szczerą naiwnością, powtórzył słowa matki. Chory wyciągnął rękę po koszyczek i skrzywiony, począł przyglądać się jego zawartości. Wreszcie uśmiechnął się pobłażliwie i odezwał protekcjonalnie: „Pokłońcie się waszej kochanej mateczce i powiedźcie, że dziękuję serdecznie za prezencik. Cieszy mnie to bardzo, iż o mnie pamiętała...” Dzieci opuściły salon landrata; zaledwie jednak za drzwiami się znalazły, usłyszały słowa: „Żono, chodź tutaj, moja droga, i zabierz te poziomki, przysłane przez naczelnika biura. Mieli także czem mnie obdarowywać... Są tak marne, że możesz je bez żadnej szkody oddać służbie; niech je sobie zjedzą!...” Malcy, słysząc to, długo stali w przedpokoju w niemem milczeniu, patrzeli na siebie, nagle obaj... wybuchnęli gorzkim płaczem.

Bajka wigilijna.

Pewnego razu był sobie bardzo niezdarzony chłopczyna. Zawiniło tu zapewne wychowanie, które było, łagodnie mówiąc, wielce niedostateczne. W chłopcu tym, widocznie już od urodzenia, tkwił urwis. Niezdarzony ten malec, w przeddzień wilji, udał się w stronę Vimmelskaftu. Ubranie miał podarte i zaszargane... Nie do uwierzenia, jak ubranie niszczył. Rok dopiero minął, jak otrzymał od nauczyciela stare, znoszone spodnie, a obecnie z nich pozostały zaledwie strzępki, na których widok, doprawdy doznawało się uczucia, jak gdyby mały Tordenskjold tylko na gwoździach siadał. Wieczór był wprawdzie zimowy, ale dość łagodny i przyjemny dla ludzi zdrowych i dostatnio odzianych. Gdy się jednak spojrzało na chłopca, zdawało się, że Kopenhaga jest Syberją, a on blizki zmarznięcia. Rączki trzymał stulone w kułak przed ustami, a na brudnych, opuchniętych policzkach, widniały ślady łez. Że to było udawanie — najlepszym dowodem, iż co chwilę przystawał przed wspaniale oświetlonemi oknami wystaw sklepowych; gdyby marzł rzeczywiście, to byłby, jak chart, zmykał do domu. Kto go uważniej obserwował, przyglądającego się wystawom, mógł dostrzedz w jego małych, sprytnych oczach wyraz chciwego pożądania. Nie wyglądało to tak, jak u innych dzieci, które także miewają chęć posiadania wszystkiego, co zobaczą. Nie było też tak zachwycającem, jak gdy małe, tłuściutkie łapeczki, wyciągają się do błyszczącego przedmiotu i rozlega się szczebiot: „Mamo, chciałbym to dostać na gwiazdkę!” A kiedy matka ucałuje dziecinę i zapewni: „Dobrze, jeżeli dzidzi będzie grzeczne, to dzidzi cacko dostanie” — zaraz są zadowolone i śmieją się radośnie. Inaczej było z niezdarzonym chłopczyną; wydawał się tak chciwy, że wprost wzbudzał obawę. A raz, gdy pewna milutka dziewczynka spojrzała na niego i szepnęła do swej matki: „Fe, co za obdartus!” — był tak niegrzeczny, że splunął i powiedział nawet jakieś nieładne słowo. Na szczęście matka dziecka była energiczną i zanim chłopak drapnął, otrzymał kilka uderzeń parasolem. Szczególniej pięknie było na Östergade. Jasno, jak w najpogodniejszy dzień, a z dobrze ogrzanych sklepów, wydobywał się na ulicę zapach pierników i owoców. Wobec tego czyż mogli być ludzie źle usposobieni?... Wymijali się na ulicy z uśmiechem i uprzejmością, jakby najserdeczniejsi przyjaciele. Gdy jeden drugiego potrącił, natychmiast przepraszał grzecznie; nawet starszym damom mężczyźni okazywali szacunek i uprzejmość. Tylko niezdarzony chłopczyną kręcił się wśród tylu miłych i sympatycznych osób ponury, z nieprzyjemnym wyrazem twarzy. Po długiem wałęsaniu się, stanął przed sklepem z pieczywem, wydął nozdrza i zaczął wciągać zapach placków i pierników. Wspaniałe, szklane drzwi, ozdobiono , niebieską firanką, oo chwila otwierały się, a eleganckie damy, obarczone licznemi paczkami, wychodziły lub wchodziły do sklepu. Za każdym razem przez drzwi wypływał na zewnątrz strumień miłego zapachu, od którego chłopak nie był w stanie nosa oderwać. Skradał się do tego raju bliżej... bliżej, aż wreszcie, gdy drzwi przez zapomnienie na chwilę zostały otwarte, wsunął się do środka i stanął pokornie między dwoma koszami, pełnemi świeżych bułeczek wiedeńskich. Przed ladą sklepową stało mnóstwo pań, nikt więc na niego nie zwracał uwagi. Nie było też nic szczególnego do oglądania w tym chłopcu, obdartym, trzęsącym się z pożądliwości i rzucającym niespokojnie podejrzliwy wzrok to w prawo, to w lewo. W tejże chwili weszła do sklepu jakaś wysoka, piękna dama, z prześliczną, złotowłosą dziewczynką, istnym aniołkiem. Duże, niebieskie oczy, nadawały twarzyczce wyraz niewysłowionej łagodności. Gdy mała ta istotka spostrzegła brudnego, źle ubranego chłopczynę, oczęta jej zapełniły się łzami i ze współczuciem odezwała się: — Ach, jak biednie ten chłopiec wygląda!... Mamo, czy mogę mu ofiarować moją „piątkę?...” Dama zmierzyła chłopca od stóp do głowy, na twarzy jej ukazał się gest zdziwienia, co było zupełnie zrozumiałem ze względu na jego liche ubranie, poczem odezwała się do córeczki: — Moje kochane dziecko, jeżeli to ci tylko przyjemność sprawi, oddaj mu zaoszczędzone pieniądze. Dziewczynka zaczęła przetrząsać mufkę i odnalazłszy piątkę, oddawała ją biedakowi, trzymając się jednocześnie silnie fałdów sukni mateczki. — Weź, to twoje — zaszczebiotała z pewnym odcieniem obawy. Chłopiec, nie przyglądając się nawet monecie, wyrwał ją z taką chciwością, że dziewczynka aż odskoczyła z przestrachu i tuląc się do matki, szepnęła: — Mamo, ten chłopak jest niegrzeczny; nawet „dziękuję” nie powiedział! — Mój chłopcze — odezwała się urażona dama — pamiętaj w przyszłości zawsze grzecznie podziękować, jeżeli cię kto z litości czem obdarza!... Po tych słowach zwróciła się do lady sklepowej i obdarowała zasmuconą córeczkę smacznem ciasteczkiem, co małą od razu uspokoiło i pocieszyło w tym pierwszem jej zawodzie. Nie mogła jednak darować urazy chłopcu i gdy matka zajęta była załatwianiem sprawunków gwiazdkowych, rzucała nieustannie wzrok podejrzliwy na niegrzecznego ulicznika. Chłopczyna nie pojmował zupełnie urazy, stał na miejscu jak wryty i nie mógł oderwać oczu od koszów z pięknemi wiedeńskiemi bułeczkami. Kurczowo trzymał się krawędzi jednego z koszów, wzrok rzucał niespokojnie na wszystkie strony, jakby się chciał upewnić, czy kto na niego nie zwraca uwagi, poczem gorączkowo ręce zagłębił w pieczywie. W tejże chwili dziewczynka krzyknęła przerażona: — Mamo, on kradnie! Zanim chłopiec zdążył dobiedz do drzwi, chwyciła go za kołnierz jakaś energiczna służąca. Nie mógł się bronić, gdyż ręce miał zapełnione bułeczkami. W sklepie powstało zamieszanie, damy wystraszone poczęły krzyczeć: — Złodziej! złodziej! to okropne! Sługi dziwiły się, że w śródmieściu coś podobnego się dzieje i oskarżały policję o niedbalstwo, mała dziewczynka poczęła głośno płakać, a gdy się po chwili zjawił policjant, z przerażeniem jęczała: — Mamo, mamo! to okropne! Wyjaśnień długich nie było, bo chłopak pochwycony został na gorącym uczynku; tylko sklepowa — przystojna, dobrej tuszy niewiasta, oświadczyła, że dla tych kilku bułeczek nie warto robić takiego kramu. Dama jednak, z płaczącą dziewczynką na ręku, podeszła w tejże chwili do policjanta i gniewnym głosem odezwała się: — Czuję się w obowiązku oświadczyć panu, jako przedstawicielowi władzy, że chłopak ten nie kradł z głodu. Moja Emmy — tu dziecko poczęło łkać głośno — tu przed chwilą ofiarowała mu piątaka... Na słowa te chłopiec oniemiał, i nie próbując nawet się tłómaczyć, stał jak wryty; usiłował tylko ugryźć kawałek bułki, której nikt mu dotąd nie odebrał. W tejże chwili służąca, która dotąd trzymała chłopaka w swej żylastej dłoni, potrząsnęła nim tak silnie, że kajzerka wypadła mu z ręki na podłogę. Policjant nie robił ceremonji z niezdarzonym chłopakiem, dał mu w kark, chwycił za kołnierz i pokłoniwszy się damom, wyszedł z nim, zapewniając obecnych, że temu szelmie mały wypoczynek w kozie nie zaszkodzi. Tylko Emmy była niepocieszoną. Nieustannie płakała na myśl o chłopcu złodzieju. — Mamo, okrutnie się boję, żeby mu policja jakiej krzywdy nie zrobiła. — Moje dziecko, nie martw się tym złym ! Policja mu nic złego nie zrobi, najwyżej zaaplikuje mu porcję batów, a to wyjdzie mu z pewnością na dobre, jeżeli, naturalnie, nie jest z gruntu zepsuty. Widzisz, powinnaś teraz prosić Bozi w paciorku, żeby przebaczył winy temu niegrzecznemu i zepsutemu dziecku.

W oszklonej werendzie, bogato ozdobionej egzotycznemi roślinami i mnóstwem kwiatów doniczkowych, wypoczywała na małej ławeczce dama po skończonym dopiero co walcu. Obok niej stał przystojny, młody mężczyzna. Z sali dochodziły dźwięki muzyki stopniowo przechodzące w coraz większe pianissimo, aż wreszcie zamilkły zupełnie. — Na pana nic liczyć nie można! — Czy to ma oznaczać, że niewłaściwie się zachowuję? — Naturalnie. Jesteś pan zarozumialec; sądzisz, że wszystkie damy które panu cokolwiek przyjaźni okażą, są zaraz w panu zakochane! — O!... tak grzesznych myśli nie mam. — W dodatku jesteś pan natrętny! — Tylko grzeczny. — Tego nierozumiem. — Wiem, że pewne młode damy, bardzo, nawet zanadto dobrze wychowane, bywają dla takiego, jak ja osobnika bardzo źle usposobione. A przecież ten osobnik nic im złego nie uczynił. — Panie doktorze!... — Łaskawa pani!... — Pan jesteś nieznośny! — Przyzwyczaiłem się już do podobnych komplementów i znajduję je... zachwycającemi!... — Czy pan wie, co w nim jest oburzającego?... — Nad tem nie zastanawiałem się nigdy! — Jesteś pan fałszywy, jak — kot!... — O!... — Jednako nadskakujący wszystkim damom, jednako pochlebny, jednako umizgający się, jednako nieznośny, jednako drwiący, jednako śmiejący się... — Czy nie wolno mi już śmiać się?... — Wolno, jeżeli jest z czego. — A czy teraz wolno mi uśmiechnąć się. — Proszę być przyzwoitym i... siadać. Tu na ławeczce obok mnie jest jeszcze trochę miejsca wolnego. — Siadam!... I cóż, zadowolona pani?... Siedzimy tu jak dwie kury zakochane na drążku. — Panie!... — Czy wolno prosić o pożyczenie na chwilę wachlarza?... — Czy wolno prosić, żeby pan był choć chwilę przyzwoitym?... — Pani tyle trudu sobie zadaje?... — Idź pan sobie!... nie będę z tobą rozmawiała! — Kiedy tu tak dobrze siedzieć!... — Powiedz mi doktorze, ale szczerze, czy bywasz czasem w kościele?... — Ta-a-k. — Co tam zazwyczaj słyszysz? — To zależne jest od tego, komu pogrzeb wyprawiają. — Jesteś pan wstrętny. — Dziękuję za komplement. — Czy pan wiesz, co o tobie mówią?... — Nie. — Że jesteś bezbożnik. — Tak? Myślałem że co gorszego! Byłem pewny, że posądzają mnie o jakie morderstwo, albo wielożeństwo... — Fe... doktorze, jak można coś podobnego zbywać drwinami! To najdosadniej dowodzi, że jesteś nieszczery. — Szczęśliwy się czuję, iż nareszcie pani się przekonała, że nigdy tak nie myślę, jak mówię. — Czy pan aby w rzeczywistości jest takim? — Jestem, niestety, wykolejony, a wie pani dlaczego? — Doprawdy, zaciekawiasz mnie doktorze... — Kocham nieszczęśliwie. Pozwoli pani to opowiem oną tragedję... — Doktorze... to nie jest nieszczerość! — Właśnie, że to jedynie nieszczerość! — Minął już rok. — Ostrożnie, bo pani ławeczkę przewróci! — Byłem młody, swobodny, pełen nadziei świetnej przyszłości, ożywiony wzniosłemi ideałami, które wszystkie młodzieńcze dusze przepełniają. — Postępowanie jednak pańskie, pomimo tych ideałów, nie było bez nagany. — Niecne oszczerstwo, żadna wina nie ciążyła na moim sumieniu. — Więc wówczas uczęszczał pan jeszcze do kościoła? — A jakże... byłem w kościele, gdy jedna z moich licznych kuzynek przystępowała do konfirmacji, a także byłem, gdy zaproszono mnie na chrzestnego ojca. Trzymałem do chrztu dziecko mego przyjaciela. — Więc pan ma też przyjaciół żonatych? — Żonatych nie, tylko... — Jakto, tylko? — Łaskawa pani, zapuśćmy na tę sprawę zasłonę, gdyż pani nie wypada jej słuchać, mnie zaś to opowiadanie nie sprawiłoby przyjemności. — A więc byłem młody i niewinny. Wówczas, niestety znalazłem się pewnego razu na balu. — Na balu?... Czy to co złego? — Niechże pani nie żartuje, ja mówię serjo. — Na tymże balu poznałem ją!... Była piękna... uroczo piękna!... Wysoka, kibić jak wyrzeźbiona, włosy blond, oczy pełne ognia, ząbki — jak perły, płeć delikatna, a szyja cudowna, tak leżała... — Proszę się zbytnio nie zapuszczać w szczegóły!... — Jestem właśnie na ukończeniu. Wreszcie wiadomości moje dalej nie sięgają. Brak mi jedynie ust, do nich też wkrótce przejdę. — Tańczyłem z nią kadryla i trzeciego walca. W tym ostatnim odpaliła nawet jakiegoś natrętnego oficera marynarki i rzuciła się ze mną w wir, w takt ulubionej melodji Straussa. Gdy przy dźwiękach poloneza udawaliśmy się do stołu, zaproponowałem jej swe ramię, a ona, rumieniąc się jak wiśnia, stanęła ze mną w parze. Gdy po kolacji jedliśmy lody, wycisnąłem gorący pocałunek na jej ustach, tych pięknych, cudownych, miękich jak puch usteczkach!... Rozkosznych tych usteczek nigdy nie zapomnę. — Niech pani nie próbuje powstać z ławki, bo to się nie uda; siedzieć będziemy razem, aż do wspólnego powstania! — Historji tej możesz pan nie kończyć!... Dnia następnego otrzymałeś pan list, wyjaśniający, że był to niewinny żarcik zarówno z pańskiej, jak z mojej strony. Był tam nawet mały dopisek z prośbą do pana, tej jednakże zadość nieuczyniłeś! Doktorze... nieładnie z pańskiej strony przypominać tę głupią sprawę!... — Za pozwoleniem, pani się myli, ta sprawa nie jest głupią!... — Więc pan inaczej sądzi?... I to się nazywa szumnie — pańską nieszczęśliwą miłością?... — W słowach tych przebija się zawziętość!... Pozwól mi pani jednak wypowiedzieć się. — List był zupełnie taktowny i słuszny. Postanowiłem nawet w odpowiedzi wykaligrafować coś równobrzmiącego... lecz powstrzymałem się... czy pani wie; dlaczego?... Oto od czasu... — mogę śmiało użyć tego wyrażenia — od czasu naszych zaręczyn nie mogłem zapomnieć usteczek pani,... tych usteczek świeżych, gorących, miękich jak puszek, namiętnych... Usteczka te były — przyczyną moich szaleństw, mojej bezbożności, mego zwątpienia! Napróżno szukałem czegoś podobnego... napróżno!.. Łaskawa pani... — Cóż? — Dziś... po upływie roku znowu spotykamy się tutaj... w tem samem miejscu, otoczeniu... wszystko tu zupełnie takie jak wówczas... — Tylko, że ja obecnie żadnemu oficerowi nie odmówiłam tańca. — Znowu przy stole siedzieliśmy obok siebie z tą różnicą, że przed rokiem prosiłem o pani rękę. To było głupie!... — Mógłby pan więcej być uprzejmy. — Ale za to panią ucałowałem. To było najrozsądniejsze, co wówczas uczyniłem. — Panie doktorze!... moje powinno było inny wziąć obrót. drugi — całus — należało postawić na miejsce numeru pierwszego, a numer pierwszy — oświadczyny — mogły dotąd nie istnieć. — Jeżeli pani będzie chciała wstać przemocą, rozerwie pani suknię... Tak, tego roku poprawimy tę formułkę matematyczną, aby było....

doktorze!....

— Czy mogę teraz prosić do tańca? — Niech pani uważa, raz, dwa, trzy!... poszło wyśmienicie, ławeczka nie przewróciła się. Niech pani pozwoli, tren sukni trochę poprawię... o, tak!... — Czy wiesz doktorze, że powinnam się śmiertelnie na pana pogniewać!... — Wiem o tem!... — I powiedzieć mu... — Niechże wyrok brzmi łagodnie... Proszę pamiętać, że wróciłaś pani zatwardziałemu grzesznikowi wiarę i szczęście... naprowadziłaś go na drogę... Muzyka już gra; wolno prosić?...

Naczelnik szpitala, pomimo najsumienniejszych badań nie mógł rozpoznać przyczyny choroby pacjenta № 13. Rekrut z 3-ciej kompanii wysłany został do szpitala z powodu nagłego, silnego bezwładu lewej nogi. Nie mógł odbywać zupełnie ćwiczeń, gdyż — jak się wyrażał wyszukanym kopenhagskim żargonem — przy najmniejszym nawet wysiłku, odczuwał, że siła życia z kończyn nożnych gwałtownie mu ulatuje. Pacjent № 13, w życiu cywilnem piastował godność czeladnika stolarskiego i był bardzo wesołym młodzieńcem. Niech mnie djabli poćwiartują — mówił gniewnie naczelnik szpitala do swoich asystentów po pierwszem opukaniu nogi N-ru 13-go ale choroba ta, to zwyczajne łgarstwo! Ten filut, to tylko sprytny symulant. Posiadamy jednak, dzięki Bogu, środki, przy których pomocy prawda wypłynie na wierzch. My smyka tego wkrótce postawimy na nogi i będzie maszerował jak stary, wyćwiczony żołnierz. Rzeczywiście noga N-ru 13-go wcale na chorą nie wyglądała. Była to jedna z najpiękniej ukształtowanych nóg, jaką tylko sobie wyobrazić można; wprost klasyczna, specjalny okaz do modelowania. A pomimo tych wszystkich zalet nogi, naczelnik szpitala mylił się, utrzymując, że jego wojskowa metoda kuracyjna szybko działać zacznie, chociaż była bezwzględną i w całem tego słowa znaczeniu stosowaną. Kurację rozpoczęto od najściślejszej djety, stosowanej tylko na oddziałach chorób gorączkowych, a jednocześnie obłożono nogę synopizmami. Gdy to nie pomagało, zastosowano elektryzację, początkowo łagodną, a potem... coraz silniejszą. Wspaniały był widok elektryzacji nogi N-ru 13-go. Pod wpływem kolosalnego ładunku elektryczności, muskuły drgały bajecznie, omal, że dźwięku nie wydawały. W czasie powyższej egzekucji chory pomimo woli poruszał się, od czasu do czasu wyrywał się nawet z piersi jęk bolesny, noga jednak... pozostawała bezwładną. Przed i po elektryzacji — którą naczelnik lekarza osobiście potęgował — chorego stawiano przed łóżkiem, chora jednak noga nie mogła utrzymać ciężaru jego ciała i biedak padał na ziemię. Niezależnie od kuracji elektrycznej, stosowano także wodną. Temperatura wody przepisywaną była naturalnie, o ile możności jak najniższa. № 13 ty utrzymywał, że w kąpieli marznie jak pies, dodawał jednak, iż nawet w lodzie chętnieby się kąpał, dla wyleczenia nogi. Kąpiele jednak, zarówno jak elektryzacja, ulgi mu nie sprawiały. Między posługaczami uchodził za najniepopularniejszego pacjenta, mieli przy nim bowiem za dużo roboty; dwa razy dziennie musieli go nosić do łazienki, kłopot mieli z elektryzacją, wreszcie spadł na nich trud nieustannego podtrzymywania go, gdyż inaczej upadał i zawsze na lewy bok. A pomimo sprawiania takiego kłopotu, pomimo podejrzeń o symulację, przyznawano, że jest wzorowym pacjentem. Zawsze uprzedzająco grzeczny, miły w obejściu, — niemal gentleman — nigdy nie okazał bądź słowem, bądź skrzywieniem twarzy najmniejszego niezadowolenia. Nawet gdy mu stosowano zbyt ostrą kurację, zdawał się być niewymownie wdzięczny za trudy podejmowane dla przywrócenia mu zdrowia. Pomimo widocznych objawów niewiary lekarzy w jego chorobę, zdawał się być zupełnie nieświadomym podejrzeń, i wierzył święcie, że odpowiednio do stanu choroby z nim postępują. Zmuszał wprost naczelnika szpitala i całe otoczenie do podziwiania go. Po ośmiodniowej ścisłej djecie — bułka, herbata i mleko — lekarz odezwał się: Sądzę, że rekrut powinien nogę swoją choć cokolwiek w ruch wprowadzić. Należy zrozumieć, że pacjenta z tak słabemi pedałami nie możemy przeładowywać obfitszemi porcjami. Czy rekrut nie ma czasem ochoty na smaczny befsztyczek? № 13-ty spojrzał z wzruszającą wdzięcznością na naczelnego lekarza i odpowiedział: Dzięki serdeczne, nie łaknę tego dobrobytu; jestem zupełnie zadowolony z tego pożywienia, jakie obecnie otrzymuję. — Zawzięta bestja — zamruczał naczelnik szpitala, gdy się znalazł w sąsiedniej izbie. Najwytrawniejszy to łotr jakiego w życiu widziałem. Tego dnia wydany został rozkaz, aby pacjenta № 13 zważono. Tu nadmienić należy, że przed przepisaniem mu djety ścisłej, także był brany na wagę. Okazało się, że po 8 dniach kuracji głodowej, przybyło mu 3 funty ciała. Po tym odkryciu naczelnik szpitala okazywał N-wi 13-mu szczególną sympatję. Nie ulega wątpliwości — mówił lekarz — że to sztuczki szelmoskie, ale przyznać należy, znakomicie wykonywane. Łotr ten na pewno skończy karjerę w więzieniu; dałbym jednak chętnie 10 koron, żeby tego finału tutaj się nie doczekał. Kurącja doświadczalna, — jak się naczelnik szpitala zwykle w takich przypadkach wyrażał — będzie w dalszym ciągu stosowana. Robił to dla zasady, w rzeczywistości bowiem utracił wszelką nadzieję doprowadzenia N-ru 13-go do pełzania na czworakach; rozmyślał nawet nad możliwością stawienia go przed sądem karnym. Kurację więc „męczeńską” bez zmiany prowadzono. Pewnego dnia naczelnik szpitala był jakoś źle usposobiony. Z chorymi szorstko się obchodził, posługaczy łajał, a gdy przybył do pacjenta № 13-ty, wpakował mu taką porcję elektryczności, jakiej nigdy dotąd żadnemu choremu nie stosowano. Na około łóżka, na którem ofiara wiła się z boleści, stali: asystent, kaprale, felczerzy i panna Svingstrup, pielęgniarka, „Piękność” ta, jak ją powszechnie nazywano, o dużych, czarnych oczach, wydatnym biuście, bujnych włosach, nie miała wprawdzie lat dwudziestu, ale czterdziestki z pewnością nie przekroczyła. Wszyscy wyżej wymienieni z podziwem przyglądali się elektryzacji chorego, aplikowanej z wszelką bezwzględnością. Nagle № 13 krzyknął rozpaczliwie, chwytając się kurczowo krawędzi łóżka. Panna Svingstrup nie mogąc widocznie ukryć zdenerwowania, wybuchła spazmatycznym płaczem i zrozpaczona wybiegła do obok znajdującej się izdebki dla pielęgniarek; tam prawie bezprzytomna padła na otomankę. Naczelnik szpitala popatrzył na nią, polecił asystentowi wylać kubełek zimnej wody na głowę pielęgniarki, sam zaś, rozmyślnie, puścił jeszcze kilka silnych prądów elektrycznych pacjentowi. Po ukończeniu wizyt, gdy już był na schodach, odezwał się do asystenta: „Czy zauważył kiedy kolega u panny Svingstrup skłonność do sentymentalizmu?“ — Nigdy nie podejrzewałem jej nawet o podobne uczucie. — Ja także nie! — A jak się zapatruje na ten wypadek nasza młoda wiedza?... ... prawdę mówiąc, panna Svingstrup jest w latach... hm... przejściowych, dla tego sądzę, że zaszły wypadek uważać należy za przyczynę... która... — Szanowny kolego, jak widzę, nie jesteś znawcą ludzi. Ja sądzę inaczej... Teraz jesteśmy dopiero na drodze do rozwiązania zagadki. — Jakiej zagadki? — Dotyczącej N-ru 13-go. Proszę zatem mnie posłuchać i wykonać dokładnie co powiem. Dziś po południu, polecisz pan, aby pielęgniarka Svingstrup przygotowała odpowiednio salę chorych dla dyfterytyków, gdyż w szpitalu epidemicznym okazał się brak miejsca. Ze względu na niebezpieczeństwo przeniesienia zarazy, surowo zabronisz pan przeznaczonym do obsługi sali felczerom i pielęgniarkom z kimkolwiek z personelu szpitalnego komunikować się, a nawet rozmawiać. Innemi słowy mówiąc, będzie to zwykły areszt domowy. Pannie Svingstrup wyznaczysz pan pacjentów, jakich uznasz za właściwych, N° 13 jednak powinien być przeniesiony natychmiast do innego skrzydła szpitalnego. Umieść go pan najlepiej u naszej Ksantypy Mortensen. Pojmuje kolega? — A więc pan sądzi?... Asystent zaczął się śmiać filuternie. — Zarządź pan tylko tak, jak objaśniłem!

Już dwa dni leżał pacjent № 13 na oddziale pani Mortensen, naturalnie z zastosowaniem tej samej troskliwej opieki, djety ścisłej, zimnych kąpieli i elektryzacji. Gdy dnia trzeciego naczelnik szpitala zjawił się przed łóżkiem chorego i zapytał o zdrowie, otrzymał odpowiedź: — Po tych silnych elektryzacjach odczuwam pewne polepszenie; zdaje mi się nawet, że do chorej nogi nieco sił przybyło. — Bogu dzięki! — Odrazu byłem pewny, że elektryczna kuracja będzie pomyślną. Jak przez dziesięć dni stosować będziemy bardzo silne prądy, to odrazu staniesz na nogi i będziesz jeszcze dzielnym żołnierzem. Po oświadczeniu tem, lekarz uradowany zaordynował wszystkie najostrzejsze środki, jakie uważał za właściwe dla powrócenia zdrowia choremu. Nadzieje naczelnika szpitala ziściły się prędzej, aniżeli się spodziewał, nie upłynęło bowiem tygodnia, a noga N-ru 13-go zupełną odzyskała władzę. Przed wypuszczeniem go ze szpitala, po ostatecznem zbadaniu zdrowia, wezwany został do kancelarji. Naczelnik szpitala w czapce wojskowej na głowie, przyjął go nieco szorstko. — Pacjencie № 13-ty, mógłbym cię wsadzić do kozy; czy wiesz o tem? — Wiem, panie naczelniku! — Ja to może jeszcze zrobię, bo prawdę mówiąc, to nawet obowiązek tak mi nakazuje!... No, do djabła, czemu się nie odezwiesz człowieku?... Czy nic nie masz na swoją obronę?... — Panie naczelniku, to najpiękniejsza kobieta, jaką kiedykolwiek widziałem! — Gdzie ją poznałeś?... — Tu, w szpitalu, odwiedzając chorego towarzysza. — A potem? — Potem... po wspólnej naradzie postanowiliśmy, że najlepiej będzie, jak się zamelduję jako chory. — Człowieku, areszt cię nie minie!... — Ja wiem, do tego przyjdzie z pewnością... tylko zachodzi taka rzecz... — Jaka? — Ona ma zostać matką. Dziś rano mi o tem doniosła. — Aż tak?... I cóż dalej?... — Więc pragnąłbym najszczerzej ją pojąć za żonę... naturalnie po odbyciu służby wojskowej. Panie naczelniku, to najpiękniejsza kobieta jaką w życiu widziałem; a jak ona wybornie gotuje!... Naczelnik szpitala, rzucił czapkę do kąta, zaczął drapać nerwowo głowę, mruczał coś, machnął rękami, wreszcie odezwał się: — Pal sześć!... skargi do sądu pisać nie będę, ale... słowo, rzecz święta!... musisz mnie zapewnić, że z tą dziewczyną się ożenisz, a mnie na chrzestnego ojca zaprosisz!... Do licha, to już rzecz bagatelna; takiej drobnostki mam chyba prawo się domagać!... Jeżeli jednak zamiast chłopaka będzie dziewczynka, to jej dasz imię „Elektryna“; imię to nawet możesz skrócić na „Trina”... cóż, zgoda?.... — Według rozkazu, panie naczelniku!...

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…