Front matter
Wakacye w Warszawie
POGADANKI O ARCHITEKTURZE
przez
całość
Wakacye w Warszawie
POGADANKI O ARCHITEKTURZE
przez
Waleryę Marrené-Morzkowską
WARSZAWA
NAKŁADEM i DRUKIEM M. ARCTA
—
1903
Дозволено Цензурою. Варшава, Іюня 18 дня 1902 года.
I.
Zamiast wsi — miasto.
W końcu czerwca mieszkanie państwa Jaczyńskich przedstawiało obraz ruiny i nieporządku, jak zwykle w czasie, kiedy cała rodzina wybiera się gdzieś na czas dłuższy. Zdjęto firanki i portyery, zwinięto dywany, meble przykryto pokrowcami, usunięto wszystkie drobiazgi i sprzęciki, stanowiące ozdobę mieszkania. W jadalnym pokoju stały kufry i kosze upakowane, a wszędzie panowała przykra woń terpentyny i naftaliny, która nietylko mole ale i ludzi mogła z domu wystraszyć. Dwunastoletnia Halinka i o rok starszy Tadzio, dzieci państwa Jaczyńskich, były także zajęte pakowaniem: pochowały do koszyka swoje książki i drobiazgi, myśląc, coby jeszcze zabrać; oboje byli tak rozradowani, że śmieli się bez powodu, gonili się, przeskakiwali przez kosze i paczki, ku wielkiemu zgorszeniu kucharki Marysi, która starała się jaki taki ład zaprowadzić w pokoju, gdzie państwo mieli jeszcze jeść obiad, bo wyjazd miał nastąpić dopiero jutro. Dzieci cieszyły się, gdyż wakacye są zawsze miłe, wyjechać na wieś bardzo przyjemnie, a cóż dopiero, gdy się jedzie do stryjostwa i kuzynków, których by- ło sześcioro, do ślicznej wsi z wielkim ogrodem, pełnym tak smakowitych owoców i tylu przeróżnych dobrych rzeczy, że się nawet na obiad wracać nie chciało. Co tam obiad!.. to dobre w mieście, ale kiedy się ma na każde zawołanie kwaśne mleko na wpół ze śmietaną i taki wyborny chleb razowy, — ktoby tam o obiedzie myślał. A jakie tam były zabawy!.. Można było jeździć konno na ślicznych kucykach, wozić się łódką po stawie, huśtać, grać w krokieta. Słowem, Marczyn stryjostwa, była to wieś, w której chyba ptasiego mleka brakuje, i dzieci nie mogły sobie wyobrazić, by gdziekolwiek na świecie lepiej być mogło; a jeśli kiedy pomyślały o raju, raj ten w ich główkach przybierał zawsze kształty Marczyna. — Marysiu — spytała nagle Halinka, — dla czego my dzisiaj nie jedziemy? Marysia spojrzała na nią zdziwiona, a Tadzio podchwycił: — Zapomniałaś, że dziadzi wczoraj było niedobrze; mama poszła się rano dowiedzieć, jak się dziadzio miewa i dotąd nie wraca. — A jeżeli dziadzio będzie długo chory? — To mama powiedziała, że nie pojedzie wcale. Twarzyczka dziewczynki przedłużyła się. — Więc jakże to będzie? Tadzio zafrasował się także, ale po chwili z ułudą właściwą wiekowi, który jeszcze żadnych nieszczęść nie doświadczył, odparł: — Dziadzio już pewno zdrów. Czy pamiętasz, żeby kiedy chorował? — Prawda — zawołała siostra uspokojona — dziadzio zawsze z nami tak figluje... I zabrali się znowu oboje do pakowania swoich drobiazgów, pewni, że jutro pojadą. Przyszedł wkrótce pan Jaczyński, załatwiwszy różne sprawunki i interesy przed wyjazdem. Zdziwił się, że niema jeszcze żony, bo nie sądził także, aby choroba teścia była poważną, jednak zaniepokojony, poszedł dowiedzieć się o niego. Ponieważ Marysia na zwykłą godzinę przygotowała obiad, więc była, że nikt nie przychodził. Gniewała się, że pieczeń wyschnie na nic, młode kartofle zdębieją, legomina opadnie. Tymczasem zbliżała się już czwarta, dzieci były głodne: Marysia dała im po kawałku chleba. Nadeszli wreszcie państwo Jaczyńscy, oboje bardzo zmartwieni. Choroba dziadzi była niebezpieczna i wymagała wielkich starań; w najlepszym zaś razie, mogła się długo przeciągnąć. Naturalnie, w tych warunkach pani Jaczyńska nie mogła opuścić rodziców. Kazała więc wyjąć rzeczy swoje z kufra, a dzieci tylko z ojcem miały nazajutrz jechać do Marczyna. Dzieci zmartwiły się bardzo, kochały bowiem całem sercem dziadunia. Był on dla nich tak dobry i tyle im zawsze robił przyjemności, tak piękne opowiadał powieści!.. Zaczęły prosić, że i one do Marczyna nie pojadą, ale będą dziadunia pilnowały. — Ja potrafię dać lekarstwo — wołał Tadzio — pamięta mama, jak Halinkę bolało gardło, to ja jej wlewałem w buzię. — A ja potrafię podać wody z sokiem — przerwała siostra. — A ja dziadziowi czytać będę — pysznił się Tadzio. Dziadzio mnie chwalił, że dobrze czytam, — będziemy więc potrzebni. Te zapały przerwała pani Jaczyńska, mówiąc, że chory potrzebuje przedewszystkiem spokoju, że ona i babunia będą kolejno czuwały przy dziadziu, a dzieci byłyby tu tylko zawadą, uradzili więc oboje z mężem, że dzieci z ojcem pojadą na wieś, potem ojciec zostawi je u stryja, a sam zaraz powróci. Tym sposobem wakacye zapowiadały się smutno, bo Tadzio i Halinka przywykli spędzać je z tymi, których najwięcej kochali, a stryjostwo i kuzynkowie nie mogli przecież zastąpić rodziców. Tymczasem stało się inaczej. Wieczorem nadszedł z Marczyna telegram, donoszący, że jedno z dzieci stryjostwa dostało szkarlatyny, ostrzegają więc o niebezpiecznej, zaraźliwej chorobie, którą prawdopodobnie wszystkie dzieci będą przechodziły. Wobec tego nie można było myśleć o wyjeździe. Rozpakowano zatem kufry i rozgospodarowane się w mieszkaniu po dawnemu. Dzieci patrzyły na to ze łzami w czach, smutne i przerażone. Mama nie mogła się niemi zająć, a tu prawie wszyscy znajomi, przyjaciółki, koledzy i koleżanki powyjeżdżali. — Cóż — zapytał ich ojciec — gdy w domu zapanowało już trochę porządku, czy pomyślało z was które, co będziemy robili przez te wakacye, ażeby czas przeszedł, ile możności przyjemnie i pożytecznie. — Będziemy się nudzili, tatusiu — odparł smutnie Tadzio. Halinka zawtórowała mu westchnieniem. — A... ślicznie!.. czyż nie wiecie, że nudzą się tylko ci, co nie mają rozumu; miałem o moim synu lepsze wyobrażenie. — To poradź nam co, tatku, powiedz, czem te dni zapełnić! — Na wsi biegaliście po polach, po ogrodzie... a gdybyśmy tak spróbowali pochodzić po mieście? — Po mieście! Cóż tutaj ciekawego? Znam Warszawę jak swoją kieszeń — dodał Tadzio z przechwałką. — Doprawdy, — spytał z uśmiechem pan Jaczyński — znasz ją tak dobrze? no, to opowiedz mi jak ona wygląda? — O, tatku! Znam przecież wszystkie główne ulice, znam kościoły, znam teatr, ratusz, Łazienki, cóż tatko chce więcej? — Znasz kościoły? no, więc powiedz mi, jak którykolwiek z nich wygląda? — Jakżeż ja to mogę powiedzieć? — Zawsze można opisać rzecz, którą się zna dokładnie. No, powiedz mi np. jaki jest kościół katedralny, a może też Halinka ci dopomoże. Bywacie w nim często, byliście nie dawniej, jak zeszłej niedzieli. — Kościół katedralny — zaczął Tadzio. — Kościół katedralny — powtórzył, szukając w głowie, jakąby dać ojcu odpowiedź... — Kościół katedralny jest wysoki i stoi przy bardzo wązkiej uliczce tak, że go nie można widzieć całego, — zawołał wreszcie tryumfująco, przypomniawszy sobie tę okoliczność. — Prawda, ale cóż mi więcej o nim powiesz? — Jest bardzo duży i bardzo piękny — wtrąciła Halinka. — Tak, jest duży i piękny — powtórzył pan Jaczyński — ale zastanówcie się, że te wyrazy: duży i piękny — nie są właściwie żadnem określeniem. To, co w jednych oczach jest duże, w drugich może wydać się małem, bo to są rzeczy względne, tak samo jak piękność. Ale dzieci nie zdawały się dobrze tego rozumieć, szukał więc ojciec odpowiedniego przykładu. — Ot — wyrzekł — przypomnij sobie Halinko tę strojną panią, która była u nas niedawno, wszyscy nazywali ją piękną, a ty powiedziałaś Tadziowi: ona dla mnie jest brzydka. — Tatku, to przecież chodziło o panią, nie o kościół. — A jednak to dowodzi, że wyraz piękny określa zwykle wrażenie osobiste, a nie jest żadną cechą znamienną. W samej Warszawie jest pełno kościołów dużych i pięknych, stojących przy wązkich uliczkach: jest kościół św. Marcina, przy ul. Piwnej, św. Jacka przy ulicy Freta, Najświętszej Panny Łaskawej przy ulicy Ś-to Jańskiej i wiele innych, jakżebyśmy ich rozróżnili? Tadzio i Halinka musieli przyznać, że nie potrafią nic więcej powiedzieć o budowlach, które przecież widzieli tyle razy. — A więc — wyrzekł pan Jaczyński — miałem słuszność mówiąc, że wcale nie znacie miasta, w którem urodziliście się i wzrastacie. Czy wiecie dla czego? Oto patrzycie, a nie widzicie. — O tatku — przerwała Halinka — ja przecież mam doskonałe oczy, wszyscy to mówią, na końcu ulicy rozpoznam osobę. — Żeby widzieć — nie dość dobrych oczów, trzeba czegoś więcej. — Wiem, wiem — zawołał Tadzio — uwagi, prawda? — Naturalnie, naprzód uwagi, a potem jeszcze czegoś, co przy uwadze nabyć łatwo. — Jakto! żeby nietylko patrzeć, ale widzieć? — Tak, moje dzieci, trzeba także pewnej znajomości rzeczy, która nietylko uczy, jak rozróżniać przedmioty, ale także jak dopatrzeć cech znamiennych, nadać im właściwą nazwę i dobrze je określić. Dzieci spojrzały na ojca trochę zdziwione, ale wnet zawołały: — A czy tatko będzie z nami chodził i objaśniał nam wszystko? Mój ojczulku, bardzo prosimy! — I owszem, będziemy chodzili po ulicach i będziemy rozmawiali o tem, co nas zastanowi. — O, to już pewno nudzić się nie będziemy — zawołały dzieci. — I w Marczynie wtedy bawiliśmy się najlepiej, kiedy ojciec poszedł z nami w pole lub do ogrodu i uczył nas rozpoznawać drzewa, zboża, kwiaty, opowiadał jaki z nich użytek. — Tak samo będziemy robili w Warszawie, a może znajdziemy tu rzeczy równie ciekawe, jak na wsi. — Dobrze, dobrze ojczulku, kiedy zaczniemy? — Choćby jutro, jeśli zdrowie dziadzia na to pozwoli. Dziś uporządkujcie swoje książki, kajety, zabawki. Jutro rozpoczniemy wakacye. Wyjdziemy przed południem, a pamiętajcie, bądźcie gotowi, gdy was zawołam.
II.
Pierwsza wycieczka na miasto.
Nazajutrz dzieci obudziły się wcześnie i zaraz spojrzały w okno. Dzień był śliczny, słońce świeciło, niebo było bez chmur. Wprzód jednak dzieci pomyślały, jak dziadzio noc tę spędził. Zaraz zrana pani Jaczyńska przysłała wiadomość, że choremu jest trochę lepiej, więc dzieci z lżejszem sercem zaczęły się wybierać. Pierwszy spacer zapowiadał się bardzo przyjemnie. Mieszkali przy ulicy Długiej. Dzieci były ciekawe, gdzie też ojciec ich zaprowadzi, ale nie chciał im tego powiedzieć. Jak myślisz, czy pójdziemy na prawo czy na lewo? — spytał Tadzio Halinkę. — Na prawo — odparła siostra rezolutnie. Rzeczywiście pan Jaczyński skierował się na prawo. — Skąd ty to wiedziałaś? — zawołał Tadzio zdziwiony. — Domyśliłam się — odparła dziewczynka z dumna minką. A potem dodała: — Kto wie, ja może nawet domyślam się, gdzie nas ojciec zaprowadzi. — Powiedz! powiedz! — błagał brat po cichu. — Pokaże nam naprzód to, na cośmy patrzeć nie umieli. Zobaczysz, że do katedry.
Halinka dobrze odgadła, ojciec prowadził ich przez Stare Miasto na ulicę Ś-to Jańską, przed katedrę. Tutaj zatrzymał się na przeciwległym chodniku, mówiąc: — Przypatrzcie się teraz i mówcie mi, co was uderza. Naprzód powiem wam, że ściana każdego gmachu, w której jest główne wejście zowie się fasadą albo frontonem. — To coś jakby po francusku — zauważyła Halinka. — Niestety, na wiele rzeczy dotąd nazw swojskich nie mamy. Pierwsi budowniczowie u nas byli cudzodziemcy, nie dziw więc, że nadali obce nazwy rozmaitym częściom budowli. Otóż przypatrzcie się tej fasadzie, przyczem zauważcie jakie tu są drzwi i okna. — Proszę ojca, główne drzwi zakończone są śpiczasto — Zauważył Tadzio — chociaż się niby zaokrąglają. — Okna także — dodała Halinka — a jakie one wysokie a wązkie!... tylko na środku ku górze jest jedno okrągłe, złożone z różnych cząstek, tak ładnie powycinanych. — A jakie wąziutkie słupki biegną ku górze całej fasady! — dodał Tadzio. — Zakończają je kanciaste wieżyczki, na niektórych z nich sterczą ostre kolce, a na innych posągi Świętych. — Otóż teraz — wyrzekł pan Jaczyński — możnaby już mieć jakieś wyobrażenie o fasadzie katedry. Zauważyliście drzwi i okna, u góry zakończone śpiczasto, choć się niby zaokrąglają, otóż taki kształt zwany jest ostrołukiem, i ta nazwa określa go doskonale, bo mówi i o śpiczastem zakończeniu i o łuku. A to okrą- głe, z wycinków złożone okno, zowie się różycą. Będziecie to pamiętali? — Wcale nietrudne — zawołała Halinka, — fasada, ostrołuk. Różyca, to coś jakby od róży. — A ja wziąłem z sobą notatnik i wszystko sobie zapiszę — wyrzekł Tadzio. — Masz słuszność — odrzekł ojciec — na pamięć nie zawsze spuszczać się można, ona te często zawodzi. — O, ja będę pamiętała — wtrąciła Halinka. — Panna Janina zawsze chwali moją pamięć. — A jak się nazywają wszystkie słupki, co wzdłuż przecinają fasadę? — pytał Tadzio. — To są laskowania, wieżyczki zaś zowią się sterczynami. — Prawda, bo one tak sterczą do góry. — A kolce na nich to iglice. — Iglice, igiełki, igliczki! — wołała Halinka, uszczęśliwiona z nazw, które przypominały jej znane przedmioty. Tadzio zapisywał te nazwy sumiennie i z wielką powagą. — Teraz, kiedyście się dobrze napatrzyli fasadzie katedry... — O tatku, teraz nietylko patrzyliśmy ale i zobaczyliśmy — zawołały dzieci. — Więc kiedyście zobaczyły fasadę katedry, porównajcież ją z budynkiem, który znacie dobrze, naprzykład z teatrem. Czy zachodzi między niemi jakieś podobieństwo? — Gdzież tam, niema żadnego. — Macie słuszność. Takie zasadnicze różnice, które muszą uderzyć najmniej wprawne oko, oznaczają, że te budynki są stawiane w różnych stylach. Jest to także wyraz, którego nie znacie. — Przepraszam ojca — odezwała się po namyśle Halinka — ja go już nieraz słyszałam. Kiedy wujaszek się żenił, mówił, że urządza mieszkanie stylowo; pani Rajecka, zawsze opowiada o stylowych toaletach. Już chciałam się kiedyś spytać co ten wyraz znaczy, ale potem zapomniałam. Cóż to jest ten styl? — Krótko mówiąc, w sztuce stylem nazywa się pewien sposób budowania, właściwy danej epoce, rozciąga się on do budowli, strojów i przedmiotów powszednich; otóż w budownictwie styl naszej katedry nazywa się gotyckim. Niektórzy styl gotycki nazywają ostrołukowym, ale ostrołuki spotkać można i w innych stylach; Anglicy nazywają go wprost stylem śpiczastym. — A w jakich stylach są jeszcze ostrołuki? — Zobaczymy to później i ocenimy przez porównanie. Teraz zapamiętajcie, że charakterystycznemi znamionami stylu gotyckiego jest ostrołuk, różyca, złożona z wycinków ostro zakończanych, laskowania podłużne, sterczyny, iglice, co wszystko razem nadaje całej budowli coś strzelistego, coś lotnego, niszczy wrażenie ciężkich murów. Stanowi to właściwość gotyku, i do tego dążyli usilnie budowniczowie, którzy je stawiali. — Proszę ojca, a jakie są jeszcze inne style? — O, jaka Halinka ciekawa — uśmiechnął się ojciec — poczekajcie, wakacye długie, jeszcze niejedno mamy do obejrzenia, a gdy się za dużo na raz słyszy, to się łatwo zapomina, nawet przy najlepszej pamięci. Oto lepiej przypatrzmy się jeszcze tej fasadzie, znajdziecie w niej pewno różne szczegóły, które zrazu uszły waszej uwagi. Dzieci zwróciły znów oczy na piękny gmach, jaki miały przed oczyma. — Proszę ojca — zawołał Tadzio — są tu jeszcze słupy przypierające do murów, po dwóch stronach drzwi głównych, i dwa niższe, przy rogach fasady, zakończone wieżyczkami. — Takie słupy zowią się przypory, bo zadaniem ich jest wzmocnienie murów, do których przypierają; obchodząc kościół, zobaczycie jeszcze inne przypory przystawiane w odstępach odpowiednich. — To chodźmy to zobaczyć. Poszli na Kanonią; dzieci oglądały przypory, boczne drzwi i różne inne szczegóły. — Patrz, patrz ojcze, co to jest? — zawołała nagle Halinka, podnosząc ciekawe oczki do góry — jakiś most wiszący, czy co? — To przejście do loży w katedrze. — Do loży! — zawołała Halinka — alboż to w kościele są loże? — Byłaś tyle razy w katedrze, a przecież nie za- 2 uważyłaś loży po lewej stronie, patrząc od — Ja myślałam, że loże są tylko w teatrze. — Lożą w budownictwie zowie się wystające okno lub balkon zwrócone do wnętrza budowli. Takie okno znajduje się w tej katedrze. — Tatku — wtrącił Tadzio — ja w różnych nowych domach widziałem takie wystające okna. — A prawda, — dodała Halinka — jest takie na rogu Marszałkowskiej i Ś-to Krzyskiej ulicy, naprzeciwko mieszkania pani Wilskiej; a ja zawsze myślałam, będąc u niej, że ten mały oszklony pokoik musi być ładny i żebym taki mieć chciała. — Taki wystający oszklony pokoik zwrócony na zewnątrz nazywa się także lożą, a ma i polską nazwę — wykusz. Budowano je u nas oddawna, pokażę wam takie na Starem Mieście, na rogu Wązkiego Dunaju; ale wyraz loża w miejscu zamkniętem, jak kościół, stosowniejszy jest, niż wykusz. Otóż ta loża i przejście do niej, które Halinka nazwała mostem wiszącym, kazała zbudować Anna Jagiellonka, która słuchała tu codziennie nabożeństwa; Zygmunt III także codziennie przychodził tu na Mszę Św. — Pójdźmy zobaczyć tę lożę — prosiły dzieci. — Naturalnie, pójdziemy. Tylko zanim zaczniemy oglądać wnętrze katedry i my także wysłuchajmy Mszy Św. i pomódlmy się za zdrowie dziadzi. Właśnie kiedy wchodzili, odezwał się dzwonek, i ksiądz wyszedł ze Mszą Św., do kaplicy cudownego Pana Jezusa; nasza gromadka poszła więc za kapłanem.
III.
W katedrze.
Dopiero kiedy się Msza Św. skończyła, ojciec i dzieci zaczęli się rozglądać po całym kościele. Dzieci szukały najprzód loży Anny Jagiellonki. — Jaka ładna! to jakby koronka z kamienia lub żelaza — zawołała Halinka. — Ach! jakżebym chciała w niej być! Czy tam można wejść? Ojciec zaczął się śmiać z tej chęci i powiedział: — Ot, przypatrz się lepiej szczegółom loży. — Ach ojcze, jakie zabawne drzwi prowadzą do niej. — Dla czego zabawne? — Bo drzwi są zwyczajne, prawie prostą linią zakończone, a dopiero nad niemi jest ozdoba, tworząca ostrołuk. — Taka ozdoba, częsta w gotyku, zwłaszcza z czasów ostatnich, zowie się słusznie łukiem dodanym. — Proszę ojca — wtrącił po chwili namysłu Tadzio — takie same łuki są nad dwoma bocznemi drzwiami w fasadzie. Nieprawdaż? — Prawda! rad jestem, żeś to zauważył. — Teraz będziemy ich wszędzie wyszukiwać. — Ach! Boże, jakie to wnętrze katedry wspaniałe! a jakie śliczne filary podpierające sklepienie — mó- wił Tadzio — to jakby zbiór cieniutkich prętów, które rozwijając się na sklepieniu, tworzą na niem gwiazdy powiązane z sobą. — Bardzo to dobrze opisujesz, laskowanie filarów tworzy tak zwane żebra sklepienia, a rodzaj sklepienia, jaki tu widzimy, nazywa się istotnie gwiaździstem. Przypatrzcie mu się dobrze i starajcie się zapamiętać. — To nie wszędzie są sklepienia jednakowe? — Nie. W czasie naszych przechadzek, — będziemy mieli sposobność widzieć rozmaite. — Czy to Anna Jagiellonka zbudowała tę katedrę? — spytała Halinka. — Nie, moje dziecko, jest ona daleko dawniejszą. — Jeszcze dawniejszą? — Albertrandi odnosi założenie tego kościoła do 1250 roku, tylko że wówczas nie był on wcale do dzisiejszego podobny; była to sobie drewniana kaplica książąt mazowieckich. Kościół wymurował dopiero książę Janusz w sto czterdzieści lat później. — I wtedy był już tak piękny? — O nie! uległ on z biegiem czasu różnym przeróbkom. Dzisiejszą, postać fasady z cechami gotyku nadał mu dopiero pomiędzy rokiem 1836 a 1840 budowniczy Adam Idźkowski. — A jaki był on dawniej? czy ojciec pamięta? — Pamiętać nie mogę, bo nie było mnie wtedy wcale na świecie — mówił pan Jaczyński — ale widziałem dawne ryciny. Kościół ten nie był z pewnością tak piękny jak dzisiaj, ale za to miał różne starożytne cechy, które zagubiono, a których szkoda. Nowy gmach zawsze można postawić, a tego co dziadowie nasi zbudowali, w czem były cechy ich smaku, ich pojęć, nikt nam powrócić nie może. Pomyślcie tylko, gdybyśmy tak mogli zobaczyć tę budowę zachowaną w pierwotnym stanie, tak, jak ją wystawili książęta mazowieccy, jakieby to było zajmujące! — A czy budynek może stać tyle lat? — spytały dzieci zaciekawione. — Może trwać znacznie dłużej. W Rzymie stoi dotąd w całym majestacie od dwóch tysięcy lat panteon Agryppy i bynajmniej nie grozi ruiną. — Ojczulek go widział? — Widziałem, i wy, da Bóg doczekać, zobaczycie. — Jakiż on jest, ojcze, jaki? czy gotycki? — Moje dzieci, wówczas jeszcze o gotyku nie słyszano. Panteon pokażę wam kiedy na rycinie. Teraz przypatrzmy się jeszcze katedrze, bo jeśli zniszczone zostały niektóre zabytki starożytne, dużo ich przecież zostało. Oto widzicie ile tu pomników. — A dawne one? — Z różnych czasów. Patrzcie, tu spoczywają po- tomkowie fundatora kościoła, Stanisław i Janusz, ostatni książęta mazowieccy. Obadwaj młodzi, dzielni, szczęśliwi; zmarli w kwiecie wieku, w niespełna dwa lata jeden po drugim. Wzniesiono im wspaniały grobowiec nakształt ołtarza, bo pierwotny uległ zniszczeniu, ale zachowało się jeszcze wieko dawnego sarkofagu z czerwonego marmuru, na którem przedstawieni są dwaj bracia w zbrojach, w postawie leżącej, przedzieleni oszczepem, który obadwaj trzymają, przytuleni jeden do drugiego. — Prawda — zawołała Halinka — prawda, te kamienne postacie leżą, jak gdyby spały. Jeden ma nawet twarz dziecka, a ci bracia tacy smutni, jak gdyby płakali nad tem, że tak wcześnie trzeba było umierać. — Jaka moja siostra poetyczna!.. — żartował Tadzio. — Historycy uczą — dodał pan Jaczyński — iż młodszy brat Janusz, był tak silny, że łamał w ręku podkowy; umarł mając zaledwie 24 lata. Napis opiewa, że pomnik ten w gorzkości i z płaczem wystawiła braciom księżniczka Anna, ostatnia ze swego rodu. Dzieci zamyśliły się nad smutnym losem zgasłych książąt. Zamyślenie przecież trwało niedługo, ciekawa Halinka zobaczyła swemi bystremi oczyma jakiś pomnik, który zwrócił w inną stronę jej uwagę. — A toż co? — zawołała — niech tatko zobaczy. Czy to mężczyzna czy kobieta? I ciągnąc ojca za rękę, pokazywała brunatną płytę kamienną, do której przymocowana była bronzowa postać w ubiorze, zupełnie usprawiedliwiającym jej pytanie. — Patrz, ojcze, osoba w pelerynie zupełnie takiej, jak dziś noszą panie, o! peleryna futrzana, doprawdy, nawet wiszą przy niej ogonki, jak u tej, co nosiła w zimie pani Rajecka; a jaka długa suknia, aż wlecze się po ziemi i z przodu i z boku, jak gdyby osoba, która ją miała, stała w dołku. Rękawy jakieś strasznie szerokie i dziwna czapeczka na głowie. O jest i kapturek na plecach, doprawdy kapturek. Włosy przecież obcięte. Co to być może, kobieta czy mężczyzna? niech tatko przeczyta. — Przecież widzisz, że ta osoba trzyma książkę w ręku — zauważył Tadzio — to przecież nie kobieta. — Alboż to dawniej kobiety nie czytały, oho i jak jeszcze, pisały nawet. Ja wiem, opowiadała mi pan- na Janina przy lekcyi, że w XVI wieka Zofia Oleśnicka z Pieskowej Skały pisała poezye. Jestem pewna, że były śliczne. To może właśnie ta Zofia. Ale ja sobie zawsze wyobrażałam, że i ona sama mnsiała być śliczna, a ta na pomnika wcale ładną, nie jest. A jakie ma ogromne nogi! Widać je z pod sukni, którą podniosła bardzo niezgrabnie. Pan Jaczyński tymczasem odczytywał napis łaciński. — To rzeczywiście pomnik z XVI wieko — rzekł wreszcie — ale wcale nie Zofii Oleśnickiej, tylko kanonika Sanisława Strelicy. — Ach! Boże, kanonik! — zawołała Halinka — ktoby to pomyślał. — Widzisz — tłómaczył ojciec — ten pomnik zachował nam ciekawy okaz ówczesnego stroją dygnitarzy duchownych. — Cóż z tego! kiedy strój ten był bardzo brzydki — zauważyła dziewczynka. — Ja doprawdy nie mogłabym się wstrzymać od śmiechu, gdybym zobaczyła kogoś w tak dziwacznym stroju. Ojciec zrobił uwagę, że każdy strój, do którego nie przywykły oczy, wydaje się dziwacznym; ale Halinka poszła już oglądać inne rzeczy. Zaciekawił ją pomnik z białego marmuru. Na wysokiej podstawie siedział mąż poważny w rzymskiej todze, mający w jednej ręce wysoką laskę, w drugiej zwój papierów. U stóp jego pół nagi rycerz i kobieta w draperyach, wsparta na herbowej tarczy, stała ze smutnie pochyloną głową. — A cóż powiecie mi o tych strojach? — zagadnął ojciec. — Takie widzieliśmy już nieraz na rycinach — odparł Tadzio. — To jakby posągi starożytne. — Tak — dodała Halinka — ale przecież tego pomnika nie wystawiono żadnemu Rzymianinowi, prawda ojcze? — To pomnik człowieka wielkich zasług, Stanisława Małachowskiego. Jego to przedstawił rzeźbiarz w górnej postaci pomnika. — Mówiłeś ojcze, że pomnik kanonika Strelicy jest ciekawy, bo na nim widzimy, jaki strój nosili ówcześni duchowni; tymczasem ta postać na pomniku ma ręce nagie, nogi obwiązane sandałami i jakąś luźną szatę: tak się przecież u nas nigdy nie ubierali mówiła Halinka. — Powiadani ci — tłumaczył zawsze trochę powolny Tadzio, — że na posągach ludzie są zwykle w ten sposób odziani. — Co ty wiesz! — odparła Halinka wcale nie przekonana. — Ja się pytam taty. Wiemy przecież z historyi, kiedy żył Małachowski, a tu na tablicy jest rok śmierci jego 1809. — Masz słuszność, Halinko, przed stu laty ogół ubierał się w Polsce tak, jak to widziałaś na portrecie twego prapradziada; chociaż wielu przyjęło już wówczas strój francuski, ale nigdy nikt u nas nic przyodziewał się w ten sposób, jak tu przedstawiono Małachowskiego, sam klimat na to nie pozwalał. Ale Tadzio ma także słuszność mówiąc, że na rycinach przedstawiających posągi, widział zwykle podobne stroje. — A widzisz! — odezwał się Tadzio do siostry.
— Ale dlaczego to tak? — pytała zaciekawiona dziewczynka. — Starożytni doprowadzili rzeźbę do największej doskonałości, można powiedzieć, że Grecy byli twórcami tej sztuki; ale w wiekach średnich, przy napadach barbarzyńców, sztuka ta niemal zupełnie upadła. — Potem przyszło odrodzenie — wyrzekł Tadzio, bo i on miał wiadomości z historyi. — Wiem przecież i ja, co to odrodzenie — dorzuciła siostra — panna Janina mi to śliczne wytłómaczyła. Nazwa sama pochodzi stąd, że odnajdywano księgi greckie, odszukiwano dzieła sztuki i że na tych wzorach cywilizacya odrodziła się znowu. Halinka nie zapomniała nawet słów, któremi jej tłómaczyła nauczycielka, przecież nie powtarzała ich jak papuga, ale rozumiała dobrze ich znaczenie. — Otóż widzicie — wyrzekł pan Jaczyński — ponieważ rzeźbiarzom odrodzenia służyły za wzory dzieła starożytne, więc najczęściej nadawali im strój taki, jaki na nich widzieli. — Ale pomnik nie jest z czasów odrodzenia — zauważyła Halinka, która chciała zawsze każdą rzecz wiedzieć dokładnie. — Tak samo jak odrodzenie wzorowało się na starożytności, tak znów nowsza sztuka, do ostatnich czasów wzorowała się na odrodzeniu. Stawiając pomnik wielkiemu obywatelowi, przedstawiono go w całej powadze senatora rzymskiego, i Małachowski trzyma w ręku laskę, dla tego, że był marszałkiem sejmu czteroletniego, a zwój papieru oznacza nowe prawa, postanowione na tym sejmie, któremu przewodniczył. — A te dwie postacie, na podstawie? — Są to postacie alegoryczne, jedna przedstawia rycerstwo, druga kraj, opłakujący zmarłego. Czy rozumiecie ten wyraz alegorya? — Teraz rozumiem co to jest, gdy mi to ojciec pokazał i wytłómaczył; słyszałem nieraz ten wyraz, lecz nie wiedziałem dobrze, co on znaczy. — Więc cóż on znaczy? — Jest to jakby przedstawienie jakiej rzeczy za pośrednictwem innej, która nam tamtą przypomina, czy tak, ojcze? — Tak jest, alegorya, oznacza więc przedstawienie pod przenością. — To pewno te dwie postacie na pomniku Woronicza, są także alegoryami? — mówiła Halinka, zatrzymując się przed pomnikiem. — A co one znaczą? — pytał Tadzio. — Figury alegoryczne nie zawsze są jasne dla wszystkich, ale te można zrozumieć. Najprzód mówi tu samo nazwisko Woronicza. Wiemy, że był w kraju pierwszym dostojnikiem kościoła, wielbionym i kochanym przez wszystkich, że zanim został arcypasterzem. był wielkim kaznodzieją. Oznaki godności jego wyrzeźbione są nad portretem. — Woronicz był także znakomitym poetą, uczyłam się tego, — wtrąciła Halinka, — napisał Świątynię Sybilli, Lecha, Hymn do Boga i wiele pięknych rzeczy. — Pewnie więc ta postać, co trzyma w ręku strzaskaną lirę oznacza poezyę — powiedział z namysłem Tadzio — ale ta druga z krzyżem? — Musi to być religia, albo wiara, albo coś innego religijnego — mówiła Halinka. J— Może to być także wymowa kościelna — wyrzekł pan Jaczyński. — Alegorye mają najczęściej coś nieokreślonego. W każdym razie te dwie zasmucone figury na pomniku świadczą, że zmarły służył wierze i poezyi, że śmierć jego w jednej i drugiej kraj boleśnie dotknęła. — Mój Boże, byliśmy tyle razy w katedrze — odezwał się Tadzio po chwili, a nigdy nie zauważyliśmy tego wszystkiego. — Bo jak wam mówiłem, moje dzieci, patrzyliście, aleście nie widzieli: trzeba umieć patrzeć. Mówiąc to, ojciec kierował się ku drzwiom. — Jakto, już mamy wyjść? — z żalem zawołały dzieci, — a tu jest jeszcze tyle rzeczy do oglądania, co tu nagrobków! — Nagrobków przez czas trwania kościoła nagromadziło się wiele. Moglibyśmy przy nich przejść całą naszą historyę i literaturę, bo w katedrze pochowano wielu znakomitych ludzi, ale już późno, trzeba wracać do domu. — Powiedz nam tylko ojcze — prosiły dzieci — jacy tu znakomici ludzie mają jeszcze pomniki? — Dobrze, pokażę wam niektóre. Ot tutaj jest tablica pamiątkowa Jana Dekerta, prezydenta Warszawy z czasów sejmu czteroletniego. Pracował on nad nowemi prawami, a był tak powszechnie kochany, że gdy mu się syn urodził, Stanisław Małachowski trzymał go do chrztu w imieniu całego kraju; a tu znów spoczywają popioły bardzo zasłużonego człowieka, biskupa Jana Albertrandi’ego. — Ojciec już o nim wspominał, miałam wtedy za- pytać, ale nie chciałam przerywać, a kto to był Albertrandi? — Myślałem, że wiesz, panna Janina musiała ci o nim wspominać, ale pewno zapomniałaś? Dziewczynka pokręciła główką, przecząco. — O nie, takie włoskie nazwisko byłabym zapamiętała, a przecież mam dobrą pamięć. — No, to Albertrandi powinien cię szczególniej zajmować, bo słynął z nadzwyczajnej pamięci i zachowały się z tego powodu różne o nim anegdoty. W młodości swojej był przy prymasie Łubieńskim, który go bardzo cenił. Raz, kapelan prymasa, którego pokój od pokoju Albertrandi’ego oddzielała tylko cienka ściana, chodząc po pokoju, uczył się głośno kazania na wielką uroczystość, przypadającą za parę dni. Jakież jednak było kapelana zdziwienie, gdy w wigilię tego dnia Albrertrandi wygłosił z ambony słowo w słowo to samo kazanie, które on ułożył dla siebie i którego uczył się potem tak pracowicie. Można sobie wyobrazić zmartwienie biednego kapelana. Musiał naprędce napisać nowe kazanie i znowu się go nauczyć. Ale to tylko anegdota o Albertrandim. Historycznie, był to jeden z naszych najzasłużeńszych ludzi; umarł na początku XIX w., mając blizko lat 80, a pracował od wczesnej młodości do ostatnich chwil życia. Nie mówią o nim wiele może dla tego, że unikał rozgłosu tak usilnie, jak go inni szukają. O zasługach podobnych ludzi zapominają zwykle niewdzięczni następcy. Albertrandi był synem Włocha. Kiedy została otworzona pierwsza w kraju biblioteka Załuskich, on gorliwie z niej korzystał. On też spisał i uporządkował tę bibliotekę. Miał powołanie na historyka, więc gdy towarzyszył w podróży do Rzymu uczniowi swemu, Łubieńskiemu, szukał w archiwach watykańskich źródeł do dziejów naszych. Wyciągi własną jego ręką z archiwów włoskich spisane, miały nieprawdopodobną objętość, stu dziesięciu tomów in folio! — Sto dziesięć tomów in folio — powtórzyła z przerażeniem Halinka. — O mój Boże! Czy to być może? Czy można tyle napisać przez życie? — Nietylko być może, ale tak jest. A przecież to tylko część zbiorów i notat tego istotnie zadziwiającego człowieka. — Mała część, sto dziesięć tomów in folio, przecież to straszna praca! — Tak moje dziecko: Król Stanisław August wysłał go po powrocie z Włoch, do Szwecyi, dla dalszych poszukiwań w bibliotekach, bo Szwedzi plądrując po naszym kraju, wywieźli wiele cennych rękopisów. Ale tam, chociaż pozwolono mu przeglądać archiwa, nie pozwolono robić z nich wypisów; i tutaj to przydała mu się jego wielka pamięć, bo jedynie za jej pomocą spisał aż dwieście tomów wyciągów. Dzieci już nie przerywały ojcu, tylko wpatrywały się w niego ze zdziwieniem. Zdawało im się to niepodobnem do wiary, i nie uwierzyłyby, gdyby im to mówił kto inny. — Albertrandi — mówił dalej pan Jaczyński — miał dwa przymioty, nie zawsze chodzące w parze: wielkie zdolności i większą jeszcze pracowitość. Nie tracił nigdy jednej chwili czasu. Oprócz materyałów, których zgromadził wprost ilość zdumiewającą, pisał sam bardzo wiele. Zajmował się głównie epoką Jagiellonów. Niestety, nie wszystkie jego dzieła zostały wydrukowane, a materyały z takim wysiłkiem zbierane, po jego śmierci, w wielkiej części rozproszyły się po świecie. Wielki ten człowiek, dotąd nieoceniony, żył prawie w niedostatku, bo nie miał nigdy czasu myśleć o sobie, i przywykł ograniczać swoje potrzeby do minimum możliwości. Był on bardzo uczony. Mówił prawie wszystkiemi nowożytnemi językami, oprócz tego władał wybornie łacińskim, greckim, hebrajskim... — O mój Boże! łacińskim! greckim! a nawet hebrajskim! — jęknął Tadzio, który gorzkiemi łzami oblewał początki swojej łaciny. — Kiedy zakładano w Warszawie Towarzystwo Przyjaciół Nauk — mówił dalej pan Jaczyński, nie zważając na tę żałosną przerwę — oddano sprawiedliwość Albertrandiemu i obrano go prezesem. Ten zaszczytny urząd sprawował aż do śmierci. — Tu także ojcze jest włoskie nazwisko — zawołała Halinka, zatrzymując się przed pomnikiem, na którym w szerokiem obramowaniu z szarego marmuru widać było portrety, mężczyzny i kobiety, z wielkim herbem u góry. — Widzi ojciec: tu jest napis Marceli Bacciarelli, Fryderyka Bacciarelli. Co to byli za jedni? — Bacciarelli był malarzem, sprowadził go Stanisław August, powierzał mu ciągle różne roboty i nadał mu szlachectwo polskie. Malarz ten był ulubieńcem króla i całego dworu, szczególniej kobiet, którym umiał w swoich portretach nadawać wiele wdzię- ku. On to malował portret waszej pra-prababki, który znajduje się u dziadzi. — To on malował tę śliczną panią z różą w ręku — odezwał się Tadzio, — na którą tak lubię patrzeć, a która ma takie żywe oczy i usta jej uśmiechają się, jak gdyby chciała przemówić? — Bacciarelli miał świetny koloryt, i był w swoim czasie jednym z najlepszych portrecistów; nie dziw więc, że jego portrety rozchwytywano i przepłacano. Bacciarellemu wiodło się w Polsce doskonale, ożenił się tu także i osiadł u nas na stałe.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Wakacye w Warszawie.
