Powieść dla młodzieży
ZOFJA ŻURAKOWSKA
Y
POWIEŚĆ DLA MŁODZIEŻY
WARSZAWA — MCMXXV — KRAKÓW
WYDAWNICTWO J. MORTKOWICZA
TOWARZYSTWO WYDAWNICZE W WARSZAWIE
KRAKÓW — DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI
— Miła oku, a licznym rozżywiona płodem Witaj kraino, mlekiem płynąca i miodem —
SPIS ROZDZIAŁÓW
Powieść dla młodzieży
ZOFJA ŻURAKOWSKA
Y
POWIEŚĆ DLA MŁODZIEŻY
WARSZAWA — MCMXXV — KRAKÓW
WYDAWNICTWO J. MORTKOWICZA
TOWARZYSTWO WYDAWNICZE W WARSZAWIE
KRAKÓW — DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI
— Miła oku, a licznym rozżywiona płodem Witaj kraino, mlekiem płynąca i miodem —
ROZDZIAŁ I.
PO KTÓRYM NIE NALEŻY SĄDZIĆ O POZOSTAŁYCH.
— Przecież już jest wiosna! — rzekł Olek, wyglądając przez, otwarte okno sali jadalnej, na rosnące w podwórzu kasztany. — Jest już wiosna, pączki lada chwila popękają, wiśnie w Niżpolu już napewno kwitną, a pola są zielone i miękkie jak atłas. A my siedzimy w Warszawie! a to wszystko dlatego, że ja chodzę do szkoły. Bodajby piorun trzasnął tę szkołę! Marta, która właśnie nalewała dla kota mleko na spodek swej filiżanki, choć miała to surowo wzbronione, postawiła ów spodek pod stołem i rzekła ze smutkiem: — Napewno jest teraz mnóstwo małych kurcząt i żółtych kaczuszek, jak przyjedziemy, już będą duże! — Wołałbym nie mieć jeszcze trzynastu lat! Uczyłbym się w domu i siedzielibyśmy jak dawniej cały rok w Niżpolu — dodał Olek z głęboką goryczą. — Głupi byłem, ciesząc się z tej szkoły, wielka pociecha być dorosłym i siedzieć całą wiosnę w mieście. A teraz w dodatku spóźnię się na łacinę — dodał, rzucając okiem na zegar. — Zresztą nic mnie to nie obchodzi, chciałbym, ażeby mnie wyrzucili! Przynajmniej wrócilibyśmy zaraz do Niżpola. — Och, Olku! jęknęła zgorszona Marta, ale w tej właśnie chwili weszła matka i z uśmiechem pełnym radosnego zawstydzenia rzekła: — Dzieci, zdecydowaliśmy z ojcem, że pojutrze jedziemy do Niżpola. Olek skończy kurs w domu. Jest wiosna... — mówiąc to, matka wyglądała trochę jak przyłapany na gorącym uczynku figlarz, zarumieniony ale i pełen uciechy. Olek oszołomiony nagłą wiadomością w pierwszej chwili nie zrozumiał a Marta uchwyciła matkę za rękę i spytała drżącym z radości głosem: — Jakto, mamo, doprawdy pojutrze wracamy do Niżpola? — Tak — odpowiedziała matka — właśnie pojutrze. Przez dziś i przez jutro trzeba zwinąć mieszkanie i spakować rzeczy, jeśli więc chcecie, ażebyśmy zdążyli, musicie dołożyć wszelkich starań, a głównie nie przeszkadzać starszym. Teraz dopiero Olek zrozumiał, że to nie sen i z radości cisnął teczkę z książkami pod sam sufit. Trzeba było czemprędzej oznajmić nowinę młodszemu rodzeństwu; puścił się więc do dziecinnego pokoju, przedeptując po drodze ogon kota, który nazywał się Mokronowski i lubił spokój. Ale Marta chciała być pierwszą zwiastunką radosnej wieści, więc zamiast biec przez przedpokój, przeleciała przez sypialnię rodziców i wpadła do pokoju dziecinnego o jedną sekundę wcześniej niż Olek. Zasapana nie zdążyła jeszcze powiedzieć pierwszego słowa, gdy we drzwiach ukazał się Olek. Zobaczywszy Martę pierwszą, obraził się: — Dobrze! mów sobie sama! — wykrzyknął i odwrócił się plecami do pokoju z zamiarem wyjścia. Teraz Marta się obraziła: — Ależ nie! proszę cię, mów! — Ania zaczęła się strasznie śmiać, a Tom który pisał właśnie w pocie czoła «Mama kupiła maku» — położył pióro i zapytał: — Co się stało? Wtedy Olek i Marta zdecydowali się i powiedzieli jednocześnie: — Pojutrze jedziemy do Niżpola! Na te słowa powstał hałas nieopisany. Nik, Tom i Ania, pochwyciwszy się za ręce, zaczęli tańczyć w środku pokoju, wyśpiewując na całe gardło pieśń małp z księgi Dżungli, a Olek zatopił ręce w kieszeniach i, patrząc z pogardą na niesforne rodzeństwo rzekł: — Oto są prawdziwe małpy. — Nim się jednak opamiętał, został schwycony za ręce i musiał tańczyć pospołu z rodzeństwem, śpiewając zwycięsko:
Całe szczęście, że właśnie niania i panna Marja były w kuchni, inaczej nie wiem, jakby się to wszystko skończyło. Tymczasem Marta, widząc, że te objawy dzikiej radości coraz gwałtowniejsze zaczynają przybierać formy, zawołała bardzo głośno: — Jeżeli nie uciszycie się natychmiast, nic wam już więcej nie powiem, — uciszyło się więc i Tom rzekł: — Mów — i nastała chwila ciszy, bowiem Marta, Bogiem a prawdą, nie wiedziała wcale, coby tu powiedzieć; wkrótce jednak przypomniała sobie słowa matki, rzekła więc: — Jeżeli chcecie, żebyśmy zdążyli wyjechać pojutrze, trzeba się o to postarać. Powinniśmy zgromadzić nasze rzeczy, zachować się przyzwoicie, pomagać starszym, a nie przeszkadzać. — No tak, to już na dziś dosyć pisania — zawyrokował Tom — i włożył kajet do szuflady, gdzie w największym porządku, jedne obok drugich leżały ołówki, gumki, farby, papiery, sznureczki, buteleczki od perfum, zepsute lampki elektryczne i tysiące potrzebnych rzeczy, które zapobiegliwy Tom gromadził, mając najgłębsze przekonanie, że wszystko przydać się może w odpowiedniej chwili. Wszystkie te osobiste drobiazgi postanowił spakować w wielkie pudło od klocków i właśnie zaczął zabierać się do tej czynności, gdy spotkało go wielkie rozczarowanie. Panna Marja, powróciwszy z kuchni, zdziwiła się bardzo, iż przerwano lekcje i kazała natychmiast do nich powrócić. — Na pakowanie czas jeszcze będzie, przedewszystkiem trzeba spełnić swoje obowiązki — oznajmiła. Tak, i ten dzień wyjątkowo trzeba było spędzić, jak każdy inny, to też dzieci poczuły się pokrzywdzone. Olek spóźnił się do szkoły, Nik dostał trójkę za nieuwagę, wszystko poszło źle i zdaje mi się, że wieczorem nikt nie był zadowolony, ani z dnia, ani z siebie.
ROZDZIAŁ II.
TOM I BILET.
Naprzód pojechali na stację: Jan, Marysia, Brygida, Mokronowski i rzeczy, potem ojciec z Olkiem, Martą i Nikiem dorożką, a na końcu powozem: matka, pana Marja, Tom, Ania i fox. Na stacji było, jak zwykle, straszne zamieszanie. Z trudem się odnaleziono i umieszczono wygodnie; matka z dziewczynkami i panną Marja w jednym przedziale, ojciec z chłopcami i foxem w drugim. Ze dwadzieścia razy przybiegł jeszcze Jan z przeróżnemi paczkami i pytaniami, z pięć razy przybiegła Marysia; Brygida, ma się rozumieć, nie ruszała się już wcale ze swego wagonu, w śmiertelnej obawie, że zostanie. Parę razy jacyś państwo chcieli wsiąść do tego samego przedziału, ale ojciec bronił go mężnie i musieli pójść dalej; nareszcie wszystko się uspokoiło i pociąg ruszył. Prawie zaraz potem Nik z Tomem pobili się przy oknie, Nik bowiem usiadł na stoliku i zasłonił sobą całe okno tak, że nikt już więcej prócz niego nie mógł wyglądać; Tom naturalnie chciał również oddać się tej najmilszej w kolei czynności, a że Nik nie uważał na jego grzeczne prośby, pociągnął go więc znienacka za nogi. Nik spadł, ale przewrócił sobą Tom a na ławkę, przyczem dał mu parę porządnych szturchańców. — Wstydźcie się, chłopcy! Ledwo ruszyliśmy, a już rozpoczynacie kłótnie, zgromiła panna Marja, wchodząc do przedziału. — Nik, usiądź tu z boku na ławce, to będziecie mogli razem wyglądać. Ale Tom zniechęcił się do wyglądania, siadł w rogu ławki i nadął się. Tymczasem ojciec powrócił z drugiego przedziału, usiadł, wyjął z kieszeni bilety i zaczął je przeliczać. Tom przysunął się do niego. — Który bilet jest mój, papo? — zapytał. — Ten, który sobie wybierzesz, mój mały — odparł ojciec z uśmiechem. — Jakto? który sobie wybiorę? Więc proszę papy mi dać ten bilet. — Dobrze, ten właśnie może być twój, ale ci go dać nie mogę, bo zgubisz. Schowam go tu do kieszeni, a kiedy przyjdzie konduktor, powiem, że ten właśnie jest twój — odparł ojciec. Ale Tom się uparł: — Nie zgubię, papo, słowo daję, że nie zgubię. Schowam go doskonale. Och, proszę mi go dać! — No dobrze — zgodził się ojciec — pamiętaj jednak, Tomku, że jeśli go zgubisz, będziesz musiał wysiąść na najbliższej stacji. Nic nie pomoże! Bez biletu jechać nie pozwolą nikomu. Tom wziął bilet i schował go do kieszeni spodni, ręki jednak nie wyjmował z kieszeni, aby dobrze czuć pod palcami twarde jego końce. Chwilę siedział napuszony i dumny. W końcu jednak nie wystarczyło mu wewnętrzne poczucie własnej odpowiedzialności i wagi. Postanowił zaimponować innym. Wstał więc i przeszedł do przedziału dziewczynek. — Czy masz swój bilet? — spytał Marty z pozorną niedbałością w głosie. — Swój bilet? nie, nie mam — odrzekła Marta bez wzruszenia i wskoczyła na ławkę, by położyć beret w siatce. Tom zniżył się do Ani, pewien tym razem efektu. — Aniu, czy masz swój bilet? powtórzył pytanie. — Nie mam — powiedziała Ania i spojrzała na Toma z zaciekawieniem. Wówczas Tom wyciągnął z kieszeni biały, sztywny kawałek kartonu i rzekł z godnością: — A ja mam! — To jest bilet? prawdziwy? zapytała Ania, dotykając go paluszkiem. — Nie dotykaj, bo zgubisz — rzekł Tom pełen powagi i majestatu — a wówczas musiałbym wysiąść na najbliższej stacji. Nie mógłbym przecież jechać bez biletu! — Mógłbyś wleźć pod ławkę — rzekła, śmiejąc się Marta — a tymczasem puść mnie do okna. — To nie byłoby uczciwie! — zaprotestował Tom. — Owszem, bo przecież bilet naprawdę jest kupiony, a gdyby zginął, to byłby tylko wypadek. Tom nie był przekonany; zawrócił i wyszedł na korytarz. Bilet swój schował do kieszeni kurtki, ale po chwili nie wydało mu się to bezpieczne. Wyjął więc chusteczkę do nosa, zawinął nią bilet i schował do kieszeni spodni. Potem zaczął wyglądać oknem. Było niezmiernie przyjemnie patrzeć, jak wszystko ucieka z przed oczu z szybkością niepomierną, jak dym wielkiemi kłębami przelatuje, układając się w najdziwaczniejsze kształty i formy, jak widok zmienia się z sekundy na sekundę. Drzewa, chaty, słupy uciekały zawrotnie szybko i patrząc na nie, Tom rozmyślał nad tem, jak dobrze jest być małym człowieczkiem i pędzić naprzód godzinami bez najmniejszego zmęczenia. — Ale ta biedna lokomotywa to już sapie! — przewinęło mu się przez odurzoną myśl. Napatrzywszy się do syta, wrócił do przedziału. Olek właśnie zabierał się do książki, a Nik rozparty na ławce starał się dobrać jakąś melodję do skocznego taktu pędzących wagonów. Ojciec czytał gazetę. — Chłopcy, oto macie bułeczki z szynką i czekoladę — rzekła panna Marja, wchodząc — i położywszy dwie serwetki na stole wyszła. Olek i Nik, bliżej siedzący, schwycili serwetki, okryli się i zaczęli jeść. Tom zaś wyjął chusteczkę, rozpostarł ją na kolanach i zabrał się również do jedzenia. Potem wstał, wytarł usta i wyszedł godnie na korytarz. Wtem drzwi przeciwległego końca wagonu otworzyły się i weszli dwaj konduktorzy; zaraz też odsunęli drzwi pierwszego z brzegu przedziału i Tom usłyszał głos: — Proszę o bilety. — Wtedy przypomniał sobie bilet i spokojnie włożył rękę do kieszeni, ale pod palcami poczuł tylko chusteczkę. Wyjął ją więc i wytrząsnął. Nic nie wyleciało. Tom włożył rękę do drugiej kieszeni... scyzoryk i sznurek... do kieszeni górnych... kalendarzyk, notesik! W śmiertelnem przerażeniu Tom przypomniał sobie, że w przedziale wyjmował chustkę do obtarcia ust, wszedł więc nieśmiało i spojrzał na podłogę, potem pod ławkę, potem na ławki... nigdzie! Rozejrzał się: ojciec i Olek czytają, Nik wygląda oknem. Tymczasem kroki konduktorów już blisko. Tom wykrztusił więc: — Papo... — A co, Tom ku — spytał ojciec z za gazety. — Zgu... zgubiłem mój bi... bilet! — gazeta uchyliła się i ojciec spojrzał zdziwiony. — Zgubiłeś bilet? Ależ to niemożliwe! — Tak... zgubiłem! — Nigdy w to nie uwierzę! Przecież miałeś go tak dobrze schować! Poszukaj, tylko starannie. Wówczas Tom wywrócił jedną kieszeń, potem drugą, potem obie kieszenie kurtki. Wyleciało dużo rzeczy, ale biletu nie było. Tom siadł na ławce i zaczął rzewnie płakać. Ojciec tymczasem rzekł stanowczo: — Będziemy musieli zatrzymać pociąg i wysadzić cię, niema innej rady! Rozpacz ogarnęła Tomka. Pozostać tu, gdzieś w polu, sam jeden? może jeszcze na całą noc? Nie, nigdy! — Papo — wyszlochał — możebym mógł wleźć pod ławkę? Wówczas stało się coś dziwnego, ojciec wybuchnął śmiechem, śmiał się tak, aż mu łzy spływały po twarzy. Śmiali się również Olek i Nik, aż Marta i Ania przybiegły z tamtego przedziału i także zaczęły się śmiać, choć same nie wiedziały czego. Tom osłupiał. Łzy zawisły mu na rzęsach, a usta się otworzyły. Nie mógł zrozumieć jak mogą się śmiać z tego, że on, mały bezradny chłopiec będzie musiał został sam jeden w lesie, albo na polu! W końcu ojciec uspokoił się, przyciągnął Tomka i rzekł: — Trwoga, którą przed chwilą przebyłeś, niech ci będzie słuszną karą. Mam nadzieję, że zapamiętasz to sobie na przyszłość. Oto jest twój bilet, zgubiłeś go, wyciągając chustkę z kieszeni. Kamień spadł z serca Toma. Ucałował rękę ojca. Właśnie konduktorzy weszli i jeden powiedział: — Panowie, proszę o bilety. Tom wyciągnął swój i odwrócił się do okna, aby nie zobaczyli, że płakał.
ROZDZIAŁ III.
NASZE DOMY.
Kiedy już minął pierwszy szał radości, wywołanej przyjazdem, kiedy już dzieci jak rozbrykane źrebięta przebiegły cały dom, park, ogród owocowy, stajnie i obory, zebrały się wszystkie na końcu parku, w dużej, okrągłej altanie, utworzonej z wielkich, starych lip, stojących kręgiem. Liście na wszystkich drzewach były jeszcze malutkie i cudnie zielone, ciemne pachnące fijołki pokryły cały trawnik nad stawem, że się wydawał fioletowy. Powietrze napełnione było tym cudownym świeżym zapachem wilgotnej, ciepłej ziemi, kwiatów wiosennych, nawpół rozwiniętych drzew, aż dzieciom piersi rozsadzała niepojęta radość i wesele. Nik, coraz to śpiewał i wykrzykiwał, aż echo niosło po parku, a Ania jednej chwili nie mogła ustać na miejscu, podskakiwała, kręciła się na jednej nodze, wywracała, tarzała w wilgotnej trawie. — Cy widzieliście scenięta Ledy? zapytała — są to najładniejse scenięta na świecie! I jeden jest mój. Tak, Tomie, naplawdę mój. Papuś mi go datował! — Ech! co tam twoje «scenięta» — rzekł lekceważąco Tom — ale co za cudownego źrebaka ma Sułtanka! To dopiero jest na co patrzeć. Praw da, Olek? Ale Olek w tej chwili był bardzo zajęty, złapał bowiem małą, zieloną żabkę i przyglądał się jej tak, jakby nigdy w życiu zielonej żabki nie widział. — Olek, chodźmyż nareszcie do naszych domów — zaproponował Nik. — Przypatrz się tylko, Niku, co za śmieszna żabka, m okra, śliska... — A... podoba ci się tak bardzo? masz ją! — zawołał Nik i nim się Olek spostrzegł, pochwycił żabkę i wpuścił ją bratu za kołnierz. Olek wrzasnął, jak opętany, czując jak mokre, zimne stworzenie zsuwa mu się po piersiach do pasa i rzuca niespokojnie w okolicach żołądka. Podskakując nerwowo, rozpiął energicznie bluzę, krzycząc wciąż, zapuścił rękę za koszulę, złapał niewinne stworzenie i cisnął daleko od siebie. Potem puścił się za Nikiem, który przezornie nie czekał na wynik całej sprawy. Że miał dłuższe nogi dopadł go przy murze i obaj potoczyli się po trawie, nie żałując sobie kuksańców, ku wielkiej uciesze Ani i Toma, którzy pokładali się ze śmiechu, patrząc na tak zajmujące widowisko. Marta jednak nie lubiła tego rodzaju przyjemności, rzuciła się więc między braci jako rozjemca, przyczem oberwała sporo na własny rachunek. Po paru chwilach wszystko się uspokoiło, chłopcy wstali, otrzepali ubrania, przygładzili włosy i wszyscy razem zgodnie udali się do «swoich domów». Osobiste domy dzieci znajdowały się w sadzie pod postacią wspaniałych rozłożystych jabłoni. Każde z nich miało swój dom o większej lub mniejszej ilości pokojów i pięter, zależnie od szczęścia. Jaki kto sobie obrał dom, przy takim musiał pozostać przynajmniej przez tydzień, pod grozą utraty szacunku innych. Olek, Marta i Tom wiernie trzymali się swoich siedzib od lat już wielu, ale Nik nie mógł jakoś miejsca zagrzać. Mieszkał już w ciągu burzliwego swego żywota w wielkich kamienicach o czterech i więcej piętrach, to w parterowych lepiankach, to w zgrabnych pałacykach o szerokich, wygodnych gałęziach, przepraszam — pokojach, to znowuż w gotyckich apartamentach niesłychanie podobnych do starych grusz. Olek pogardzał podobną zmiennością upodobań, był już jednak ustalony zwyczaj wybaczania Nikowi więcej niż innym. Nikowi zaś każde nowe mieszkanie wydawało się z początku idealne i niezmiernie przyjemne, właśnie najlepsze i z pewnością ostatnie; po upływie jednak pewnego czasu spostrzegał nowe, bardziej urocze i po krótkich wahaniach przenosił się ku zgorszeniu rodzeństwa. Olek był w swoich upodobaniach stały, kochał swój dom. Od dawien dawna zajmował jedną i tą samą jabłoń, a raczej dom, o dwu piętrach, niedaleko muru. Na lewo od wieków sąsiadował z Martą, która była wierna swemu pawilonowi, gdyż zawsze zadowoloną była z tego co miała i nie pragnęła nigdy więcej, ani inaczej. Tom zaś był stały przez miłość własną... Oto kiedy obejmował swój dom w posiadanie, wszyscy starali się go od tego odwieźć. Olek twierdził, że jabłka, które drzewo rodzi, są kwaśne, Nik — że dom jest stary, że tę a tę gałąź nawpół uschniętą trzeba będzie zrąbać, a więc zmniejszy się ilość pokoi, że mrówek na nim więcej niż gdziekolwiek, a całość wogóle robi wrażenie fatalne! Ale Tom się uparł; upodobał sobie to stare powyginane drzewo o gałęziach pokręconych dziwacznie i odtąd, pomimo, że ogrodnik w istocie odpiłował jedną gałąź, pomimo, że jabłka okazały się nietylko kwaśne, ale i robaczywe, pomimo, że mrówek było więcej niż gdzieindziej, a całość robiła wrażenie fatalne — trwał na stanowisku. Daremnie Nik go nęcił, wskazując to a to drzewo bez porównania bardziej zachęcające. Tom był jak opoka, wolał spróchnieć razem ze swym drzewem i wraz z nim się zwalić, aniżeli dać za wygraną i przyznać, że zły zrobił wybór. Ania znów była niesłychanie chwiejna w swych gustach; ile razy ktoś ze starszego rodzeństwa zachwalił dom jakiś, wnet Ania pałała chęcią posiadania go, choć włazić mogła zaledwie na najniższą gałąź. Zawsze jej się zdawało, że wszyscy mają domy lepsze od niej i zwykle dziedziczyła przybytki zmiennego Nika, z których wszakże niewiele mogła korzystać, albowiem zbyt były niedostępne na jej czteroletnie nogi. Jabłonie w sadzie jeszcze nie kwitły, zaledwie wiśnie osypały się białym, puszystym kwiatem, tak delikatnym jak to pierwsze tchnienie wiosny, a tak radosnym jak uśmiech dobrego dziecka. Białe kule kwitnących wisien pachnące i urocze napełniły dzieci radością i weselem. Prawie że zapomniały o celu swego przybycia. Stały z zadartemi w górę głowami, wchłaniając rozkoszny, delikatny zapach. Nik westchnął głęboko i rzekł: — Jest tak cudnie, że aż coś boli! Ale Olek ofuknął go: — Dziwak jesteś! Cóż cię ma boleć! Nagle wszystkie dzieci krzyknęły z oburzenia: oto Ania nagięła ku sobie białą, rozkwitłą gałązkę i złamała ją, nieświadoma zła, które czyni. — Wstydź się, Aniu — wołał Tom, zacisnąwszy pięści — wstydź się! Złamałaś kwitnącą gałąź. To musi ją strasznie boleć! — Mój Boże, taka śliczna gałązka — westchnął Nik, a Marta dodała z przekonaniem; — To wielki grzech niszczyć kwitnące drzewo. Ania przeraziła się bardzo. Stała na środku ścieżki, kręcąc niepewnie ułamaną gałązkę... Miała wielką ochotę rozpłakać się, ale ambicja nie pozwalała jej na to. Dzieci zaś stały naokoło, trzęsąc głowami nad nią i nad jej gałęzią Wkońcu zdecydowano wyruszyć do domów. Ania poszła ostatnia i puściła nieznacznie gałąź na ziemię, by zapomnienie pokryło tę sprawę, ale Tom, który zawsze wszystko widział i był nielitościwy, krzyknął: — Tak, poto ułamała, żeby teraz rzucić! brzydka dziewczyna! Naturalnie tego już Ania znieść nie mogła, powiedziała krótko: — Jesteś gorszy od Heroda! — zawróciła na pięcie i poleciała do domu. — Bardzo dobrze — rzekł Tom obojętnie, choć mu porównanie nie poszło w smak, podniósł gałązkę i w kilku skokach dogonił dzieci, które dotarły do domów, Olek już nawet siedział w najlepszym pokoju ponad drogą i z zadowoleniem rozglądał się po okolicy, Nik ze zwinnością wiewiórki latał po swym ostatnim domostwie, a Marta spokojnie i statecznie sadowiła się między dwoma potężnemi konarami, — Tom obszedł swą ruderę wokoło, wyrwał przez chustkę parę pokrzyw, broniących wstępu, i dostał się do przedpokoju. Potem podniósł głowę i poczuł najwyraźniej, że coś się zmieniło; bo czyż możliwe, żeby dostawał się wyżej przy pomocy tej tam gałęzi, której zaledwie dosięga palcami? Mój Boże, cóż to się stało? Naturalnie! Odpiłowano gałąź, stanowiącą schody! Tom zlazł z drzewa, siadł na trawie i gorzko zapłakał. — Tom, co się stało? Czego ryczysz? zapytał niezbyt uprzejmie Olek. — Moje schody... mój dom!... — Masz też czego płakać! — rzekł pogardliwie Nik. — Stara była rudera, wszystko się waliło! Marta zeskoczyła z drzewa, kucnęła obok To- ma i ocierając mu twarz fartuszkiem, starała się pocieszyć go. — Tyle jest przecież innych, ładniejszych drzew. Ale Tom był niepocieszony. Zresztą wszystko się nagromadziło, żal złamanej gałęzi, złość na Anię za Heroda, teraz ten dom! Słowem Tom nie dał się ukoić, wstał i bardzo smutny poszedł do parku, aby nie patrzeć więcej na inne jabłonie, które sobie obrzydził.
ROZDZIAŁ IV.
NIK I DUSZA.
Któregoś dnia ojciec zawołał chłopców do swego gabinetu. Weszli obaj niespokojnie, przypominając sobie na gwałt, co który w ostatnich czasach zbroił i robiąc odpowiednio skruszone miny. Ojciec pisał coś właśnie, musieli więc chwilkę czekać, którą to chwilę Olek wyzyskał na przygotowanie możliwej ilości wykrętów, a Nik na skruchę. Tymczasem ojciec powiedział chłopcom, iż oto jutro przyjeżdża do Niżpolu monsieur Martin, nowy ich profesor i opiekun. Ojciec powiedział nadto, że monsieur Martin ongiś wychował jego i stryja Henryka, że jest to człowiek już niemłody, ale bardzo mądry i dobry, że trzeba go będzie słuchać bezwzględnie i starać się nie robić mu przykrości. Potem ojciec zapytał, czy dobrze zrozumieli czego od nich wymaga i czy obiecują stosować się do jego życzenia. Ale Olek i Nik tak byli zaskoczeni tą wia- domością i tak przerażeni niespodziewaną opieką, że tylko mruknęli coś niewyraźnie. Ojciec zmarszczył brwi. — Jakto? proszę głośniej! Czy obiecujecie mi szanować i słuchać pana Martin, który dla mnie i waszego stryja był niezmiernie dobrym i zastępował nam ojca? — Obiecujemy — rzekł Olek bez zapału, a Nik dodał — obiecujemy go szanować — poczem wyszli z gabinetu, czując zresztą dobrze, że ojciec nie jest z nich zadowolony. W milczeniu minęli salon i zatrzymali się w sali bilardowej; tu Nik nie wytrzymał i zgrzytnął: — Tak! właśnie! będziemy mieli nudnego starucha, który będzie za nami łaził wszędzie i nic już nie będzie wolno robić, nic... nic! Olek był również wściekły: — Do kroćset! Myślałem, że choć jedno łato obejdzie się bez opieki! I w dodatku obiecaliśmy go słuchać! — Wcale nie obiecywałem! — krzyknął Nik. — Nie obiecałeś? Niku, jak możesz tak kłamać! — Wcale nie kłamię — rozindyczył się Nik — obiecałem go szanować, nic więcej, zupełnie nic! Olek oniemiał, ale po chwili zapałał świętym oburzeniem: — Ale ja, ja odpowiedziałem na oba pytania papy: «obiecujemy», to znaczy my obydwaj obiecujemy: «szanować i słuchać». — Trzeba było mówić tylko za siebie! — krzyknął Nik, potem wyleciał pędem i ulżył sobie, trzasnąwszy drzwiami. Wogóle był wściekły i nawet nie wiedział co z sobą zrobić. Swoim zwyczajem puścił się przez park na łączki. Po drodze myślał: No, bo to lato układało się znakomicie! Przedewszystkiem wyjechali dużo wcześniej z miasta niż to było w projekcie, potem panna Marja dostała od rodziców urlop na miesiąc i wyjechała, a że niania ma się rozumieć zajmowała się tylko Anią, więc Nik i Olek używali swobody! A teraz? mój Boże, wszystko się miało skończyć! Nik w myśli nazwał pana Martin nieznośnym pokraką, korniszonem, ropuchą i wielu innemi szkaradnemi wyzwiskami, których wolę nie powtarzać. Pędził przez park wzburzony, bijąc piętami ziemię, aż się robiły głębokie ślady w świeżo gracowanych ścieżkach. W końcu dopadł do łączki i rzucił się jak długi na wał, otaczający fosę. Pogrążył się cały w wysokiej, wilgotnej tra wie, pachnącej delikatną wonią rozkwitłych wiosennych kwiatów. Zerwał z pasją garść różnego ziela, które się pochyliło nad jego głową i rzucił w bok. Potem leżał nieruchomy, żując w sobie złość. Naokoło śpiewały ptaki. Wilga gdzieś niedaleko pogwizdywała radośnie i ochoczo, aż zdało się przez chwilę Nikowi, że to Olek go nawołuje, taki był bowiem między nimi umówiony znak. Gdzieś dalej dzięcioł, coraz to zastukał w korę, a potem skrzętnie wyszukiwał wijących się robaczków. — Wstrętny staruch! — pomyślał Nik, o pa- nu Martin naturalnie, nie zaś o dzięciole — będzie ciągle nad nami ślęczał. W tejże chwili jednak ogromny biały motyl siadł tuż obok niego na delikatnej różowej smółce, aż się zachybotała pod ciężarem jej lepka, ciemna łodyga. — Czy to prawda? pomyślał Nik, że motyle żyją tylko kilka godzin? Czyż to możliwe, żeby ten cudny, biały motyl o skrzydełkach pociętych niebieskiemi żyłkami, śliczny, smukły, lekki, miał lada chwila leżeć gdzieś martwy, między wysokiemi trawy? I czy to prawda, czy to możliwe, aby nie miał duszy. Umrze taki motyl biały i koniec! I nic po nim nie zostanie prócz tej pary biednych, zwiotczałych skrzydeł! W tej chwili wzrok Nika padł na urwaną wiąż ziela, którą w pasji cisnął; pięć czy sześć długich wykłoszonych traw, baźka jedna różowa, słodka, pachnąca, i dzwonek o kieliszkach miękich, zwiędniałych. Oto wyrwał swawolną ręką taką garść traw, pozbawił życia i cisnął, zgoła mu niepotrzebną! Bo zresztą to wcale nieprawda, aby owady, zwierzęta i rośliny nie miały duszy! Pocóżby żyły? Nik siadł cały wzburzony i głęboko przejęty. — Pocóżby latał taki biały, lekki motyl, skoro po paru godzinach już nic niema po nim pozostać? Pocóżby pachniał taki fioletowy dzwonka kielich, skoro pierwszy lepszy chłopak w złości, albo dziewczynka do bukietu może go zerwać, i to miałby być już koniec wszystkiemu! Nik posłyszał szelest ponad głową. Spojrzał i uradował się: mała bronzowa wiewióreczka o oczkach okrągłych i latających, wszczepiła się łapkami w gałąź i przyglądała ciekawie czemuś w dole. Nik zataił dech. Tymczasem wiewiórka jak piłka skoczyła wyżej, długi, puszysty jej ogonek tylko mignął w śród liści; znowu siedziała chwilkę, aż z szybkością zawrotną skacząc, z gałęzi na gałąź zniknęła wesoła, zręczna, milutka. Nik powstał spokojny i z mocnem przekonaniem, że wiewiórki, motyle, trawy, kwiaty i wogóle wszystko ma duszę.
ROZDZIAŁ V.
MONSIEUR MARTIN.
Zrana chłopcy pobili się przy myciu. Olek chciał być pierwszy i Nik także, skończyło się na tem, że Olek pochylonego Nika wepchnął do wanny. Właściwie nie skończyło się na tem a od tego zaczęło, Nik bowiem, chcąc się zemścić, zatkał palcami kran i oblał Olka od stóp do głów, no, słowem zrobił z niego rynnę podczas deszczu. W czasie tego wszystkiego Tom najspokojniej nakładał dzienną koszulę, a przejął się ogromnym ruchem dopiero w chwili, gdy Olek łokciem pchnął go w brodę, broniąc się od strumienia wody, który pryskał mu w twarz. Tom obraził się w pierwszej chwili a potem beknął. — Zdaje mi się Tom, że z ciebie nigdy nie będzie porządny mężczyzna — zauważył z pogardą Nik, wyłażąc z wanny i wycierając ręcznikiem zmoczoną koszulę. — Ząb mi wybił! Jestem pewien, że mi wybił kilka przednich zębów... — Och, babo wielkanocna! nic ci nie wybił i możesz ubierać się spokojnie! — i dwaj starsi bracia przeszli wyniośle do sypialni, w przykładnej zgodzie, zdaje mi się jednak, że nie bardzo umyci. Zaledwie skończyli się ubierać, wbiegła Marta, wołając: — Jedzie, jedzie, zobaczmy przez okno — i dopadłszy, uchyliła firanki. Nik skoczył także, Olek jednak nie dał się poruszyć, odwrócił się plecami do okna i starannie dociągał pasek. — Nie jest jeszcze zupełnie taki stary — objaśniała Marta — ma cienkie nogi i bardzo jest podobny do bociana. Nosi kamasze. Chodźże Olek. — Nie jestem ciekawy — odburknął chłopiec — napatrzę mu się i tak dosyć! Aż zanadto! Usłyszawszy to, Nik spostrzegł się, że przecież on także miał okazać panu Martin najwyższą obojętność, zatem nie wypada mu być ciekawym, odszedł więc od okna i rzekł: — Naturalnie jest obrzydliwy. — Potem wszyscy ruszyli na śniadanie. Olek starał się mieć wyraz twarzy uprzejmy, ale wysoce obojętny, Nik nadął się jak indyk, Marta szeroko otworzyła oczy i tylko Tom miał minę «na codzień», bo pan Martin mało go bardzo obchodził. Wszystko to jednak chybiło celu, w sali jadalnej bowiem nie było nikogo prócz Jana i małego kozaczka Hawryłka, który miał uszy zawsze równie czerwone jak lampasy hajdawerów i lubił namiętnie wylizywać spodki z konfitur. Nik skoczył do swego miejsca i zaproponował: — Olek, jedzmy prędko i umykajmy. — Olek jednak zachował godność w tej ciężkiej okoliczności życiowej. — Siadł spokojnie i pił swoją kawę z taką miną jakby naprzeciw niego siedział monsieur Martin we własnej osobie. Jakoż w parę minut weszła matka, za nią jakiś pan, dość wysoki, chudy i przygarbiony, i ojciec. Dzieci powstały z miejsc i odbyła się prezentacja, oraz powitanie. Matka była tak jak zawsze wesoła, spokojna i miła, ojciec zaś bardziej niż zwykle ożywiony. Posadził starego pana obok siebie, przysuwał mu bułki, miód, masło, dolewał śmietanki. W Olku i Niku wzbierała głucha złość. Przyjechał taki sobie stary pan, prawie nie zwrócił na nich uwagi, zawładnął ojcem, matką, i w dodatku będzie za niemi chodził i wszystkiego zabraniał! Monsieur Martin zaś mówił z ojcem o dawnych czasach, coś przypominał i opowiadał; ojciec coraz to śmiał się serdecznie, a matka słuchała, cała pogrążona i patrzała na ojca, rozrzewnionym, gorącym wzrokiem. — A pamiętasz, mon cher, jakeście z Henrykiem ruszyli w podróż na księżyc? mówił monsieur Martin. — Pamiętam, naturalnie! byliśmy mniejsi od Toma — zaśmiał się ojciec. — W nocy, w koszulach! ale wzięliśmy suchary na drogę. O! świetnieśmy się zaopatrzyli, z wielką zapobiegliwością! Henryk miał w chusteczce nieodzowny scyzoryk, jabłka, cukier, a ja suchary i sznur na wypadek trudności przy włażeniu na księżyc. Tak, Marto — zwrócił się do matki — złapał nas za bramą stróż i odprowadził. Och, cóż to był za wstyd. — Jakże byłem szczęśliwy, że na tem się skończyło, że nie zaszliście w tę noc ciemną gdzieś za wieś — rzekł monsieur Martin i patrzał na ojca jak na kogoś bardzo drogiego. Ojciec, matka, monsieur Martin śmieli się, rozmawiali, przypominali. Czuć było, że im jest doskonale ze sobą, że przenieśli się do jakiejś nieznanej dzieciom przeszłości, z której nie mają ochoty powracać. Nik pienił się wewnętrznie, a Olek złowrogo spoglądał na przybysza. Bo cóż z tego, że ojciec był niegdyś mały i płatał figle? Chłopcy wiedzieli o tem i bez pana Martin. Nieraz słuchali opowiadań o tych czasach i rzeczach! Bo to nawet niema sensu, aby ten stary pan, zupełnie obcy znał ich ojca dawniej niż oni sami, rodzone dzieci! I Nik i Olek czuli się głęboko pokrzywdzeni. Tymczasem śniadanie się skończyło i ojciec polecił chłopcom oprowadzić gościa, profesora, po parku, by mógł zobaczyć wszystko, co się od tamtych dawnych lat zmieniło. Nadęci jak dwaj mandaryni i bardzo godni, poszli chłopcy, milcząc, obok pana Martin, aleją, wiodącą ponad stawy. Pan Martin zresztą wcale się o nich nie pytał i zdawał się nie spostrzegać, kroczących obok niego utajonych wrogów. W jakiejś chwili, gdy doszli już do jeziora i zapatrzyli się w lustrzaną jego taflę, rzekł z uśmie- chem, który wyblakłe jego usta opromieniał dziwnym urokiem: — Wiecie, chłopcy, tu dawniej był most — Olek udał, że nie słyszy, ale Nika to zaciekawiło: — Jakto? — zapytał — w tem miejscu takiem szerokiem był most? musiał być strasznie długi? — Był bardzo długi — powiedział monsieur Martin — i bardzo ładny, można nim było przechodzić na wyspę i mniej się używało łodzi niż teraz. — To nie było przyjemnie — rzekł krytycznie Nik. — No tak — potwierdził profesor — cóż bowiem jest przyjemniejszego od pływania po jeziorze, prawda Niku? Nik zdziwił się przyjemnie, że pan Martin zapamiętał jego imię, ale nic nie odpowiedział, natomiast Olek, który chciał koniecznie protestować, rzekł: — Owszem, jest wiele rzeczy milszych, naprzykład konna jazda! Pan Martin nie podniósł dyskusji, zgodnie potwierdził zdanie Olka, co jeszcze bardziej zirytowało przygotowanego do walki chłopca. — Kiedyż to tu był ten most? Nigdy o nim nie słyszałem, rzekł sceptycznie. — Och, bardzo dawno, ja już go nawet nie widziałem. Dziadek wasz opowiadał mi o nim. Stawiał go wasz prapradziad, ten sam, który postawił wasz dom. Jak to zapewne wiecie, stał jeszcze wtenczas zameczek nazywany «ślepym», gdyż wszystkie jego mury zewnętrzne nie miały okien, które wy- chodziły jedynie na wewnętrzny dziedziniec. Z tego też powodu zamek był tak ponury i ciemny, iż przodek wasz bardzo z natury wesół, nie mógł w nim wytrzymać i wybudował obecny dwór, znacznie mniejszy naturalnie i skromniejszy od zameczku, ale za to jasny, o dużych oknach i odkrytych tarasach. Zapewne musieliście dużo o tym dziadku słyszeć. Był bardzo mądrym i dzielnym człowiekiem. Służył w Wielkiej Armji, był w Egipcie, Hiszpanji... znacie go, prawda! — Znamy — rzekł krótko Olek, ale było mu przyjemnie, że i monsieur Martin tak dobrze zna dzieje ulubionego pradziada i że mówi o nim ze czcią i szacunkiem. — A z zameczkiem co się stało! zapytał Nik. — Jakto, nie wiesz! wykrzyknął z oburzeniem Olek. — Nie wiem. Ale czego krzyczysz? odparł zarumieniony Nik. — Zameczek spalili kozacy po 63-cim roku. Dwór tylko cudem ocalał. Nik nie może jeszcze wszystkiego wiedzieć, ma czas — rzekł p. Martin. Szli tak długo brzegiem jeziora, a stary pan coraz to nowe rzeczy opowiadał, głosem cichym i pełnym zadumy. Czasem mówił tak, jakby wcale nie do chłopców, jakby zapominał, że idą obok niego. Nik musiał przyznać w głębi duszy, że miły mu był ten przyszły tyran z siwą głową. To też, gdy powróciwszy do domu, rozstali się w przedpokoju, rzekł do Olka: — Olek, jak ty myślisz, co? — No, cóż mam myśleć! taki sobie! — Ależ tak! — wykrzyknął Nik z entuzjazmem. Po chwili dodał: — Wiesz i to nawet nic nie szkodzi, że znał papę wcześniej niż my, bo wcześniej znali go także i Gabro i Brygida i ciocia Halszka i ksiądz proboszcz. Mnóstwo zresztą osób!
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Skarby.
