Read here

Fetysz

Zofia Żurakowska · 1930 · Free in the US

54,796 words · about 3 h 50 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1930 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Fetysz&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Zofia Żurakowska
Language
Polish
Published
1930
Length
54,796 words · about 3 h 50 min
Sections
22 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (22)

Continue:

Powieść dla młodzieży

ZOFJA ŻURAKOWSKA

Z

POWIEŚĆ DLA MŁODZIEŻY

MCMXXX

WARSZAWA KRAKÓW

TOWARZYSTWO WYDAWNICZE W WARSZAWIE

Przedruki nieuprawnione przez autora wzbronione. Wszelkie prawa autorskie co do tłumaczeń i przeróbek zastrzeżone. Copyright by J. Mortkowicz, nineteen hundred thirty.

KRAKÓW — DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓLKI

Powieść dla młodzieży

ZOFJA ŻURAKOWSKA

Z

POWIEŚĆ DLA MŁODZIEŻY

MCMXXX

WARSZAWA KRAKÓW

TOWARZYSTWO WYDAWNICZE W WARSZAWIE

Przedruki nieuprawnione przez autora wzbronione. Wszelkie prawa autorskie co do tłumaczeń i przeróbek zastrzeżone. Copyright by J. Mortkowicz, nineteen hundred thirty.

KRAKÓW — DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓLKI

I

Woda płynęła dołem, cichutka i przejrzysta. Hubert, oparty łokciami o białą balustradę tarasu, oderwał oczy od tafli drgającej i znowuż z zainteresowaniem spojrzał w przeciwległy ogród. Po drugiej stronie rzeczki, za krzakami, migała jasna głowa, bardzo ruchliwa i szybka. To znikała w gęstwie splątanych liści, to się z nich wynurzała niespodzianie. — Czy to chłopiec, czy dziewczyna? I co on tam robi? — pomyślał z zaciekawieniem Hubert. Osoba ta działała na terenie przylegającym do sztachet, które rozdzielały dwie sąsiadujące ze sobą posiadłości. Hubert ze swego tarasu widział jak na dłoni te dwa ogrody za rzeczką. Jeden, trochę wyżej położony, duży, pretensjonalny, pełen bukszpanów, kul szklanych i białych kamyków, otaczał willę baniastą i niesmaczna, najeżoną wieżyczkami, których zażenowane miny wykazywały jawnie, że nie czują się na swojem miejscu. Drugi ogród, ów, w którym pojawiała się ta nie- wiadomo do kogo należąca głowa, był to poprostu tylko sad. Duży, rozłożysty sad, stary, zaniedbany i uroczy. Wiatr przynosił od jego strony zapach rumianku i piołunu. Tak szczelnie otaczał on swój domek, iż widać było tylko dach czerwony, łatany jaśniejszą dachówką. Dach czerwony i jasna głowa — tyle tylko widział Hubert w powodzi różnokształtnych liści. Zupełnie lekceważąc możliwość wpadnięcia do rzeczki, wlazł na balustradę. Zobaczył dwie opalone, bose nogi, dwie ręce umazane po łokcie, przestrzeń środkową zawiniętą w ścierkę.ta wszystko razem zakończone tą właśnie głową o krótko uciętych włosach, strasznie rozczochranych. Wówczas to ciekawość chłopca dosięgła szczytu. Zagadkowa ta osoba niewiadomego rodzaju, spełniała jeszcze bardziej zagadkową czynność. Coś lepiła, coś miesiła w stojącym na piasku kuble i raz wraz klepała zawzięcie podmurowanie sztachet, dzielących ogrody. Już Hubert otwierał usta, by krzyknąć: «Co ty tam robisz?« — gdy na widowni, od strony pretensjonalnej willi ukazała się nowa postać, a nawet dwie. Przodem biegł pies, ogromny i brutalny buldog, za nim toczył się jegomość pękaty, niepokojąco czerwony, w jasnej, czeczunczowej kurtce i z grubą laską w ręku. Jegomość dopadł sztachet, spojrzał, ruchem pełnym zgrozy wyrzucił obie pięści wgórę, i wrzasnął: — Kto mi tu zamurował moją dziurę? Z za sztachet wysunęła się natychmiast jasna główka, energiczna i mężna, a pozornie spokojny, niewątpliwie dziewczęcy głos, powiedział: — To ja panu zamurowałam dziurę. — Ty, ty, smarkaczu jeden? I jakiem prawem, pytam, zamurowałaś moją dziurę? — Zamurowałam panu dziurę, bo przecież pan wie, że cała woda z pana ogrodu wycieka na nasze grządki! — Na wasze grządki? — wrzeszczał jegomość, ładując się na podmurowanie i ściskając rękach pręty sztachet. — Nic mnie nie obchodzą wasze łajdackie grządki. Wiesz, coś mi zrobiła? Zalałaś mi trawnik, zalałaś mi rabaty róż, zalałaś mi ścieżkę! Dziewczynka wlazła również na podmurowanie po swojej stronie i spojrzała w ogród sąsiada. — Wolę, żeby pana ścieżka była zalana, niż moje grządki, powiedziała z przekonaniem. Jegomość aż się zatrząsł z oburzenia. — Wolisz? — ryknął i obie pięści znowu wyrzucił wgórę. Ale przy tym dramatycznym ruchu stracił równowagę i, chcąc nie chcąc, musiał zeskoczyć w sam środek kałuży i przebiec kilka kroków, wymachując ramionami, jak ptaszek, który się zrywa do lotu. Wbrew wszelkiej przyzwoitości dziewczynka na podmurówce aż przysiadła ze śmiechu, a po drugiej stronie rzeczki zawtórował jej Hubert, cudem utrzymujący równowagę na balustradzie. Jegomość nie posiadał się z oburzenia. — To to tak, poczekaj! — ryczał. — Cóż to! Czy już obywatel wolny nie ma prawa mieć dziury w murze? To dla twojej głupiej cebuli będziesz mi, bębnie jeden, zalewać róże! Odpowiesz mi za to. Już ja urządzę twego ojca, mądralę. Nie ma to pieniędzy na postawienie nędznego płotu, a będzie mi dziurę w zalepiało? Poczekaj! I przy akompanjamencie szczekania bezecnego buldoga, któremu z za muru impertynencko odpowiadał kundys dziewczynki, jegomość wpakował się w kałużę i jął z całych sił ostrym końcem laski wyważać cegły świeżo naprawionego muru. Tego już było zanadto. Hubert w mgnieniu oka wskoczył do łódki i po kilku silnych ruchach wioseł już był w samem sercu walki. Wyskoczył na brzeg i zawołał groźnie: — Niech pan tego nie robi! Jegomość nagle ochłonął. Wylazł z kałuży, otrząsnął nogi, ze smutkiem popatrzył na swoje przemoknięte buty i zapytał nadspodziewanie spokojnie: — A to co znowu za wypędek? Hubert zbladł z oburzenia. — Wypędek, czy nie, powiedział hamując głos — dość, że jeśli pan tak dalej będzie krzyczał na tę dziewczynkę i zalewał jej ogród swoją wodą, to znajdą się starsi ode mnie, którzy potrafią to poskromić. Jegomość przypatrywał się chłopcu uważnie i dość życzliwie. Wkońcu zapytał: — To ty może jesteś mały Romey z Białego Domu? — Jestem — odpowiedział Hubert. Wyraz twarzy grubego pana rozjaśnił się zupełnie. — No, no, mój chłopcze — powiedział dobrodusznie — bardzo to pięknie z twojej strony, że stajesz w obronie tej dziewczynki, ale wierz mi, nie mieszaj się do cudzych spraw. Ta mała to nic dobrego. Znam ją, jak zły szeląg. Sam się przekonasz. Dowidzenia, dowidzenia. Kłaniaj się swojej matce ode mnie. Od Hipolita Zasobka. Hipolit Zasobek, pamiętaj, mój młody panie. Podniósł swój kij i ruszył do domu. Odwrócił się jeszcze raz i powiedział: — A ta mała to, mówię ci, djablę nie dziewczyna. Rodzona córka swego ojca. — Jest pan złym człowiekiem, Hipolicie Zasobku. I Pan Bóg pana skarze. Nie dziś, to jutro. Hubert obejrzał się i dostrzegł dwie łzy w oczach dziewczynki. Starała się je powstrzymać, wysoko podnosząc głowę. Udał, że ich nie widzi wcale, nachylił się ku ziemi, aby upozorować ten ruch podniósł suchą gałązkę i łamiąc ją w palcach, zapytał: — A właściwie jak to jest z tą wodą? Dziewczynka milczała chwilę. — Chodź tutaj, to ci powiem — wyrzekła wkońcu już zmężniałym głosem. Hubert wskoczył do łódki, opłynął sztachety, wyszedł na brzeg i już zbliska spojrzał na młodą bojownicę. Była wysoka, chuda, bardzo opalona. Z pod grubej ścierki, która zastępowała jej fartuch wyglądała gdzie niegdzie czarna, wąska i kusa sukienka. Ręce miała oblepione gliną, a nogi zawalane na kolanach ziemią i cegłą. Patrzyła na Huberta podejrzliwie, ogromnemi oczami. — Przecież widzisz, że z jego ścieków woda spływa aż tutaj, powiedziała, a on zamiast ją skierować do rzeczki, czy gdzie mu się podoba, pozwala, że wszystko spływa do naszego ogrodu. O, widzisz? Wygniły mi dwie grzędy ogórków i cebuli. A ja wiem, że on to robi na złość — dodała po chwili z cichym, tajonym gniewem. — Ależ dlaczego? — zapytał z niedowierzaniem Hubert. — Bo myśmy tu zamieszkali dopiero dwa lata temu, a przedtem dom i ogród stały puste i nie było sztachet, tylko nawpół zwalony płot. I wtenczas on sobie swoje kury, i gęsi, i kozy, wszystko wypasał w naszym ogrodzie. A także zjadał nasze morele i śliwki. Bo nie było żadnego dozoru. On, wiesz, ten pan Hipolit, jest może nawet dosyć uczciwy, ale uważał, że po co się ma to wszystko marnować? Ale jak tu zamieszkaliśmy, to ja zaczęłam pilnować ogrodu i przępędzałam jego kozy i gęsi. On sobie nic z tego nie robił, zupełnie mnie lekceważył. Bo jemu już wtedy zrobiło się strasznie niewygodnie, za ciasno, i chciał koniecznie nasz ogród kupić. A myśmy nie chcieli. Więc on tembardziej szkodził mi w ogrodzie. Więc ja raz sprowadziłam wójta i posterunkowego i zajęliśmy jego kozy, wyłapaliśmy jego kury i indyki. A on musiał zapłacić karę. Dziewczynka rozpromieniła się na chwilę i w cichości napawała wspomnieniem swego zwycięstwa. — Więc on potem — ciągnęła dalej — ze złości postawił te sztachety, ale od tego czasu strasznie się na mnie mści. A ja często nic nie mogę na to poradzić — zakończyła z bezsilnym smutkiem. Hubert poczuł nagle, że chętnie walczyłby jak lew w obronie tej krzywdzonej dziewczynki. — A dlaczego twój ojciec go nie poskromi? — zapytał. — Bo nie — urwała krótko. — A matka? — Mama już przecież dwa lata temu umarła — powiedziała z urazą i żalem. Hubert chętnieby cofnął to zapytanie. Powiedział sobie, że strasznie jest niedelikatny. Popatrzył na dziewczynkę z wielkiem współczuciem, ale odtrąciła jego litość spojrzeniem tak wrogiem i hardem, że aż się zaczerwienił. Powiedziała wyniośle: — O, ja jestem bardzo energiczna. Tylko... nie masz pojęcia, jak to nieprzyjemnie być energiczną! Ta szybka kapitulacja i dziecięce zmęczenie w głosie, wzruszyły go znowu. — A czy on naprawdę ma prawo mieć dziurę w swoim murze? — zapytała szybko. — Jeśli to jego mur, to ma prawo. — No to już nie wiem, co zrobię! powiedziała z gniewem. Hubert wyjaśnił spokojnie, że jeśli pan Hipolit ma prawo mieć dziurę po swojej stronie, to ona ma również prawo mieć górę po swojej. Przedewszystkiem jednak należy odmurować otwór, żeby nie miał się czego czepiać. I Hubert, odwinąwszy rękawy swej niepokalanej koszuli, bez wahania klęknął na ziemi i jął wydobywać mokre cegły z niezaschniętego jeszcze muru. Patrzyła na jego robotę z cichym smutkiem osoby, która widzi swe dzieło zmarnowane. Stała nieruchomo i nawet nie wiedziała jeszcze, co z tej destrukcyjnej pracy wyniknie. To tylko czuła w owej chwili, że do tego chłopca o czarnych, lśniących włosach, można mieć bezwzględne zaufanie. Wybrawszy z muru wszystko, co nosiło ślady świeżej roboty, Hubert wstał i rozkazał: — A teraz daj mi jakąś deseczkę. Dziewczynka namyślała się chwilkę. — Czy to mogą być klepki? — zapytała. — Byle nie z głowy pana Hipolita Zasobka — zastrzegł poważnie. Parsknęli śmiechem. — Nie. Z beczki — wyjaśniła. — Niechże będą klepki — zgodził się Hubert. Założyli otwór od strony sadu klepkami, a potem walili już ziemię bez opamiętania, aż spory kopczyk wyrósł pod sztachetami. — No, teraz już nic ci nie zrobi — rzekł Hubert z triumfem; na znak radości wyrzucił w po- wietrze dwie klepki i chwycił je ze zręcznością, popisującego się na jarmarkach, kuglarza. Dziewczynka podała mu ścierkę i w swej czarnej, wąskiej sukience wydała się Hubertowi jeszcze: chudszą. — Wytrzyj ręce — poradziła i nagle jęknęła rozpaczliwie. — Popatrz na swoje nogi. Patrz na swoje nogi! Hubert spojrzał niechętnie. Piękne półbuty i cudnego koloru skarpetki, gęsto pokryte gliną, wyglądały rzeczywiście, żałośnie. — Nie masz się czem przejmować — rzekł pocieszająco — to wszystko się odkruszy i śladu nie będzie. Czy... czy mógłbym wiedzieć, jak się nazywasz? Bo ja Hubert Romey. — A ja Gabrjela Korniaktówna. Czy uważasz, że to brzydko? — zapytała z niepokojem. — To bardzo ładnie — powiedział uprzejmie. — Dowidzenia, Gabrjelo, dodał, widząc, że zbiera narzędzia i gotuje się do odejścia. Gdy już wchodził do łódki, nagle go zatrzymała. — A mój ojciec, wiesz — powiedziała mu cicho, w najgłębszem zaufaniu — mój ojciec nie powinien wiedzieć o żadnych moich kłopotach i zmartwieniach, bo mój ojciec jest... genjusz. — Co takiego? — zapytał ze zdumieniem Hubert. — Mój ojciec jest genjalny — powtórzyła głosem, nie dopuszczającym najlżejszej wątpliwości. — I zobaczysz, jeśli uda mi się oszczędzić mu wszyst- kich tych trosk i kłopotów, aby mógł spokojnie pracować, to będzie kiedyś strasznie sławny! Hubert jeszcze nie mógł ochłonąć, choć już łódka jego odpływała daleko po jasnej wodzie.

II

Przez dłuższy czas Gabrjela wytrwale myślała, że w Wiktorynie, starej kucharce, znajdzie przyjaciółkę i powiernicę. Z biegiem lat złudzenie to się rozwiało. Gabrjela nie mogła zrozumieć, dlaczego w powieściach, a czasem i w życiu, stare kucharki i niańki przywiązane są namiętnie do domów, w których służą, i ubóstwiają dzieci swych chlebodawców, a Wiktoryna stale i niezmiennie gardziła domem, a jej, swojej wychowanki, zdawała się prawie niecierpieć. Na nic się zdały wszelkie wysiłki. Daremnie Gabrjela była posłuszna, łagodna, wesoła i pełna zaufania. Daremnie dbała o Wiktorynę. wyręczała ją w robocie i przejmowała się jej sprawami. Daremnie starała się wciągnąć ją w krąg swoich zainteresowań i przeżyć. Ale już bezcelowość tych wysiłków objawiła się jej w całej pełni, właśnie w tę sobotę, nazajutrz po pojedynku z panem Hipolitem Zasobkiem. Spytała z samego rana: — Jak Wiktoryna myśli, czy wszystkie kury można sadzać na jajach, czy tylko niektóre? I po czem się je poznaje? Wiktoryna odwróciła się od pieca, obie ręce oparła na biodrach i wrzasnęła: — A skądże ja mam to wiedzieć, co? Cóż to, czy może jak służyłam u pani hrabiny na ulicy Czystej, to miałyśmy kurnik w salonie? Cóż to, na gospodynię się godziłam? Pan Bóg mnie pokarał za to, że nie uszanowałam miejsca u pani hrabiny, co taka była dla mnie dobra. To była prawdziwa pani! I lokaj był, i szofer, i na fortepianie cały dzień grała. (Gabrjela wiedziała, że jak jest mowa o pani hrabinie, to znaczy, że sprawa jest beznadziejna). Kury będzie sadzać, patrzcie państwo! A to sadzaj sobie, jak ci się podoba! A jak się jaja popsują, a kura zdechnie, to będziesz mieć zarobek! I wykrzyczawszy się do syta, chwyciła wałek i tłukła nim surowe mięso, aż ochłapy leciały na okno. Nie. Już niema co liczyć na Wiktorynę — powiedziała sobie Gabrjela i odrazu lżej jej się zrobiło. Póki myślała, że ją wkońcu zdobędzie, strasznie się czasem martwiła i męczyła. A teraz na pociechę wspomniała sobie, że nic nie powinno jej martwić, bo przecież ma ojca. Wprawdzie ojcu nie może się zwierzać ze swych trosk i kłopotów, ażeby nie zaprzątać mu niemi głowy, ale gdy ją wieczorem na dobranoc przyciska do serca i gładzi po włosach, wszystkie przykrości wydają się nieistotne i mało ważne. Nagle Gabrjela uczuła takie ukłócie w sercu, że aż się oparła o ścianę sionki. Odkąd przyjechała Marylka, siostra cioteczna, od pół roku... ojciec... chyba mniej kocha swoją córkę. To prawda, że Marylka tak lekko, cichutko umie wchodzić, tak wdzięcznie siada na dywanie u nóg wuja, tak zręcznie układa kwiaty w wazonie na jego biurku. Te kwiaty codzień rano przynosi Gabrjela, wówczas, gdy sprząta jego pokój i z pietyzmem i miłością wszystkie rzeczy wyciera, układa, porządkuje. Ale ojca niema wtedy w pokoju. A gdy przychodzi, wówczas Gabrjela już gdzieindziej musi się krzątać. A za ojcem wsuwa się delikatnie Marylka. Poprawia kwiaty w wazonie, cichutko przybliża fotel do biurka, temperuje ołówki... — Dziękuję ci, moje kochanie — mówi ojciec. Gabrjela w swej ciemnej sionce poczuła, że twarz jej jest mokra, a nogi jak z ciasta. Ale wtenczas przypomniała sobie, że stało się wczoraj coś bardzo przyjemnego. Zyskała sobie przyjaciela. Nie powiedział jej tego, ale przecież wyczuła, że Hubert, ten chłopiec z Białego Domu, gotów jest być jej obrońcą. — Pójdę, powiem mu o Wiktorynie i... wogóle — pomyślała z ulgą i narazie zabrała się do pielenia grządek. Siedząc na bosych piętach, wprawnie i szybko wyrywała chwasty. Niebardzo pięknie wyglądały jej grządki, ale to dlatego, że za dużo ich miała w tym roku. Na wiosnę Magdalena, gospodyni księdza proboszcza, poradziła: — Posadź więcej groszku i pomidorów, to ci potem pokażę, jak się robi konserwy na zimę. Będziesz miała w tym roku Marylkę do pomocy, to ogród w porządku utrzymasz. I Gabrjela posiała. No, ale potem się okazało, że o pomocy Marylki niema co i marzyć! Przedewszystkiem twierdziła stale, że nie ma czasu, że za dużo ma lekcyj do przygotowania. A raz, gdy z nudów pełła pół godziny, a wieczorem nie mogła rąk domyć, zrobiła scenę i na tem się skończyło. Gorąco było w sadzie i sennie. Wysokie, jasnozielone stożki przerosłej sałaty stały rzędami, nieruchome, jak chińskie pagody. Koperku pierzaste parasole napełniały powietrze mocą swoistego zapachu. Jakżeż splątany już był gąszcz młodego, jędrnego groszku, a wysokie rzędy kukurydzy niby kwadrat młodego lasu! A tu się po ziemi słały ogórki, daleko rozpełzłe szorstkiemi wąsami swych pędów, żółto kwitnące, szerokolistne. A tu się kalafjory rozpanoszyły, obfitemi bukietami mięsistych liści! Poprzez myśli o pomidorach i groszku przewijała się w sercu Gabrjeli radosna pociecha, że za raz po obiedzie nałoży czystą sukienkę, uczesze się najstaranniej i pójdzie do Białego Domu. Niech się dzieje, co chce — pójdzie! Matka Huberta napewno musi być równie miła i prosta, jak i on. Powie im... a sio, a sio! Te wstrętne kury znowu dzióbią rozsadę! Powie im... albo nie, nic nie powie, bo co kogo obchodzą jej troski, i nawet nie wypada mówić o Wiktorynie i Marylce... Tylko się poradzi. Jak posadzić kury i co robić z panem Hipolitem Zasobkiem... i... Albo nie, nawet się nie poradzi, tylko poprostu troszkę się pocieszy, że na świecie nietylko jest Wiktoryna, Marylka i Hipolit Zasobek. Może zaproszą ją na podwieczorek? Och! doskonale pamięta, jak strasznie przyjemnie jest być na proszonym podwieczorku! Siada się w koszykowym fotelu, pod drzewami. Lokaj stawia po środku stół nakryty haftowanym obrusem. — «Jaka pani miła, że zechciała nas odwiedzić» — mówi matka Huberta — «Hubert»... — nie, trzeba będzie powiedzieć — pan Hubert wczoraj był taki dla mnie... a może lepiej nie wspominać o murze i o Hipolicie? Boże! Cóż za pokrzywy w tych pomidorach! — myśli Gabrjela. W czasie obiadu Gabrjela krzątała się cicha i pełna radosnego oczekiwania. Nalewała zupę ostrożnie, żeby nie opryskać brzegów talerza, krajała chleb równo i cieniutko. Marylka wodziła za nią jakiemiś zagadkowemi oczami, a ojciec zdawał się nieobecny. — Czy możesz mi pożyczyć różową wstążkę — zapytała szeptem Marylka. — Owszem. A dlaczego? — Bo tak. Gabrjela czuła się tak szczęśliwą, że chętnie po, życzyłaby nawet serca. Okna zasłonięte były roletami, na środku stołu płonął bukiet czerwonych piwonij, a za siatkami okien brzęczały pszczoły. Wiktoryna, stawiając na bocznym stole ostatnią potrawę, powiedziała do bufetu: — A ja nie będę dziś zmywać naczynia, bo mam co innego do roboty. — Dobrze, dobrze, ja sama — uspokoiła ją Gabrjela, w strachu, by ojciec nie posłyszał.. I po obiedzie, owinąwszy się ścierką, co prędzej zmywała i układała w szafie wyszczerbione talerze, aż drepcąc na miejscu z niecierpliwości. Nareszcie! W jadalnym pokoju czysto, jak w szklance, stół nakryty serwetą, podłoga wymieciona, krzesła grzeczniutko poustawiane, pelargonje w oknach drzemią. Gabrjela w swoim pokoju wlazła cała do miednicy i wielką szczotką od wanny szoruje swe, nieprawdopodobnie opalone, nogi. Cicho otworzyły się drzwi i wsunęła się Marylka. — Czy można? — zapytała melodyjnie. Gabrjela znieruchomiała ze szczotką w ręku. Marylka ma na sobie białą jak śnieg sukienkę, cieliste pończochy, biały, zamszowy pasek, a włosy związane różową kokardą. — Chciałam cię prosić, moja kochana, żebyś nie czekała na mnie z podwieczorkiem, bo wychodzę — powiedziała, poprawiając kołnierz przed lustrem. — Dokąd idziesz? — spytała Gabrjela zdławionym głosem. — Jestem zaproszona na podwieczorek do Białego Domu — odpowiedziała z uśmiechem. — Dowidzenia, kochana. Pa! Pocałunek rzucony ręką i drzwi zamknięte. Woda w miednicy nagle przybrała. To wielkie, jak grochy łzy Gabrjeli spływały po jej twarzy, nogach, po szczotce i mieszały się z mydlinami. Marylka skłamała. Wcale nie była zaproszona do Białego Domu. Nie wątpiła jednak, że zostanie zaproszona, skoro tylko pojawi się w parku. Huberta poznała wilją dnia tego i odrazu przejrzała mnogie korzyści, jakie z tej znajomości wyniknąć dla niej mogły. Zatem nie zwlekając, postanowiła udać się do Białego Domu i oczarować jego mieszkańców. Żeby się przeprawić na drugi brzeg, musiała pożyczyć łódki od pana Hipolita Zasobka, z którym oddawna żyła w przyjaźni, czując zawsze żywy pociąg do wszystkiego, co bogate i pewne siebie. Szła tedy pomiędzy bukszpany, przeglądając się w każdej wymijanej kuli szklanej. Na jednej z werand, w drewnianym fotelu siedział pan Hipolit bez kurtki i dozorował dwu bosych chłopaków, którzy klęcząc na podłodze naprawiali sieci. — Jak się masz, moja księżniczko — powiedział jowialny jegomość. — Phi! Co za strój! Idziesz może z wizytą? — Tak, idę do Białego Domu — odpowiedziała ze sztuczną niedbałością. — I właśnie chciałam pana prosić o łódkę. Na werandzie pachniało konopiem i rozgrzaną w słońcu farbą. — Siadaj no tu na chwilę — powiedział pan Hipolit — i opowiedz mi, co znowu zamierza to wasze półdjablę? Marylka niechętnie wzruszyła ramionami. Odpowiedziała, że nie wie. — Gdy wychodziłam z domu siedziała właśnie w miednicy i szorowała się szczotką. Tak na niedzielę — zakończyła ze złośliwym uśmiechem. Bystry obserwator mógł był na tej werandzie zauważyć, że na słowo «półdjablę» dwa bose chłopaki spojrzały na siebie, a jeden z nich wykrzywił się nieprzystojnie i zupełnie lekceważąco w stronę pana Hipolita Zasobka. Ale ani gruby jegomość, ani powiewna Marylka nie byli bystrymi obserwatorami. — Czy tylko widziałaś, co mi ta smarkata urządziła w ogrodzie? — wspomniał ze zgrozą pan Hipolit. — Ja tu panie tego wołam murarza, wołam ogrodnika, idziemy, panie rozbierać moją dziurę, tę wiesz, co to mi zamurowała samowolnie. Przychodzimy, a tu dziura zpowrotem świeci, cegły wybrane, ale zato, bodajby skisła! nawaliła ziemi po swojej stronie i rób co chcesz! Myślałem, że mnie krew zaleje. A tu te murarze i ogrodniki durnie stoją i gapią się, jak na warjata. I nagle zupełnie niespodzianie, pan Hipolit zaczął się trząść ze śmiechu. Poprostu ryczał, aż klekotały drewniane deseczki fotela. Marylka zlekka poruszała głową i patrzyła z nie- pokojem. Coś było niezupełnie jasnego w jej przyjacielu, panu Hipolicie. Czasem doskonale się rozumieli i odczuwali, ale oto nagle zaczynał ni stąd ni zowąd pękać ze śmiechu w chwilach najmniej stosownych i wtenczas Marylka nic już nie mogła wyczytać w jego małych, okrągłych, błyszczących złośliwością oczkach. I czuła się w takich chwilach zupełnie jak osoba, która nie wie, czy ma ślimaka, czy też jaszczurkę w kieszeni. Na wszelki wypadek rzekła: — Gabrjela ma zawsze nieznośne pomysły i wszystkim robi na złość. Biedna Marylka nie przewidziała, jak fatalne skutki mieć będą jej słowa! Zaledwie je dokończyła, siatka, na której przez nieuwagę stanęła, gwałtownie pociągnięta, poleciała W stronę siedzących na ziemi chłopców, a Marylka rozciągnęła się jak długa, w białej sukience, cielistych pończoszkach i z różową kokardą na głowie. — No, no, moja księżniczko — powiedział uspokojony tym wypadkiem pan Hipolit — nie trzeba tak o byle co padać na ziemię. Franek, Józek, jeden z drugim, cóż to nie możecie obejrzeć się za siebie, zanim pociągnięcie siatkę? Ale Marylki już nie było na werandzie. Biegła szybko do rzeki i uspokoiła się dopiero w łódce. Że zaś miała wielką łatwość zapominania o swych niepowodzeniach, więc dopływając do przystani parku, już myślała tylko o tem, że za chwilę zobaczy Huberta i jego matkę, wyniosłą, okazałą panią, o bardzo jasnych włosach, majesta- tycznym wyglądzie, w białej sukni i z barwną parasolką w ręku. — Pewnie siedzą w cieniu kasztanów w koszykowych fotelach i jedzą lody z likierami — pomyślała Marylka i właśnie w tej chwili natknęła się na jakąś panią, która nachylona nad rabatą kwitnących bratków, przyglądała im się uważnie. Bratki jednolicie szafirowe, zwarte i dorodne, wyglądały jak kwadrat rozesłanego aksamitu, a głowa nachylonej nad niemi pani o czarnych, falujących włosach rysowała się na ich tle wyraźnie i czysto. Na szmer kroków Marylki, pani wyprostowała się i spojrzała na nią. Była nieduża, szczupła, zwinna, ubrana w zupełnie prostą suknię piaskowego koloru. W rękach, obciągniętych staremi rękawiczkami, trzymała sekator. — Czego sobie życzysz, moje dziecko? — zapytała tak energicznie, że Marylka straciła rezon. — Kto to może być? — pomyślała w popłochu i, rozstrzygnąwszy kwestję na niekorzyść czarnowłosej pani, już miała ochotę odpowiedzieć wyniośle, gdy nagle spostrzegła, że mała dama nie wygląda na osobę, któraby dała sobie bezkarnie ubliżyć. — Mój Boże, kto to może być? Mimowoli odpowiedziała znacznie grzeczniej i słodziej, niżby pragnęła: — Chciałabym się przejść po parku, jeżeli wolno? Pani, już znowu nachylona nad rabatą brat- ków, wyrywała z niej jakieś jej tylko widoczne chwasty. — I owszem, idź do parku i zawołaj sobie Huberta do towarzystwa. Przypuszczam, że znajdziesz go koło źródła, wiesz, gdzie to jest? To dobrze. Jesteś siostrzenicą pana Korniakta, prawda? Idź, moje dziecko. I już nie zwracając najmniejszej uwagi na zakłopotaną dziewczynkę, zwinna pani z zadziwiającą szybkością przecięła żwirowany taras naukos i zniknęła za bukietem kwitnących jaśminów. Hubert rzeczywiście siedział u źródła z książką w ręku. W żadnem miejscu parku nie pachniało tak, jak tam, w żadnem nie było tak uroczo. Półkolisty maleńki placyk u stóp stromego wzgórza ogarnięty był głębokim cieniem drzew rozłożystych, chłodny i wilgotny. Źródło sączyło się z otwartej paszczy kamiennego lwa, do szerokiego, mchem zarosłego basenu, cieniutkim, jasnym strumieniem, a wokoło ziemia była czarna i wilgotna. Ani jeden promień słońca nie przedzierał się przez zwartą masę liści przeróżnych kształtów i barw, liści lśniących i szorstkich, gładkich i postrzępionych. A potężne konary drzew otaczały to miejsce pachnące, świeże, jak wnętrze krynicy. Hubert siedział na szerokiem obmurowaniu basenu, z rękami w kieszeniach i książką na kolanach. — Bardzo to uprzejmie z twojej strony, że przyszlaś — powiedział — czy może i Gabrjela także?... — O nie, nie chciała przyjść ze mną. Ona jest strasznie ceremonjalna i nigdy nie przyjdzie bez zaproszenia, zobaczysz — wyjaśniła Marylka. — Dzikus z niej zupełny. Ale czując lekki niepokój w sumieniu, zmieniła temat rozmowy. Zaczęła opowiadać o sobie. Wogóle to tylko wydawało się jej interesujące na tym świecie, co tyczyło się jej własnej osoby, i tych ludzi uważała za miłych, którzy umieli cierpliwie słuchać jej wynurzeń. Gdy mówiła o sobie, zupełnie opuszczał ją wrodzony spryt i przenikliwość: była przekonana, że każdy z rozkoszą zapuszczał się z nią razem w tajniki jej duszy, współczuł jej przeżyciom i zachwycał się pięknem jej serca i umysłu. Kiedy zaś przyszło wysłuchać zwierzeń czyichś, z początku ratowała się myśląc o czem innem, a wkońcu brutalnie i bezwzględnie zmieniała temat rozmowy. Nie spostrzegała wcale, że tym sposobem dawała wszystkim ogromną nad sobą przewagę. Zaczęła więc opowiadać: Że dopiero od pół roku jest w Małopolsce Wschodniej, a przedtem mieszkała w Warszawie z rodzicami. Na ulicy Pięknej. — Znasz ją, prawda? — O tak. Przecież zimę spędzamy w stolicy — powiedział Hubert. — Aha. Warszawa to moje rodzinne miasto. Ale właśnie przed pół rokiem rodzice jej pojechali do Ameryki. Tak. Dla rozrywki, bo bardzo lubią podróżować. Ale jej nie chcieli zabrać na nie- pewny los... to jest nie na niepewny los, tylko się bali dla niej oceanu. Więc zostawili ją u wuja. Wuj jest wprawdzie bardzo dobry, ale... ona jest przyzwyczajona do czegoś innego i przytem Gabrjela... Hubert przerwał: — Kiedy wrócą twoi rodzice? — O, to niewiadomo! Może wcale, tylko przyjedzie po mnie ojciec. Jeśli im się tam powiedzie... To jest, jeżeli im się Ameryka spodoba. Hubert przyglądał się pięknej dziewczynce uważnie, oczami błyszczącemi. A ona, rysując patykiem na ziemi, mówiła dalej: — Chciałaby jak najprędzej stąd wyjechać — to zupełnie nieodpowiednie miejsce dla niej. Dziura. Wprawdzie latem pełne są sady moreli, brzoskwiń, dojrzewają nawet winogrona, ale poza tem żadnej rozrywki, ani towarzystwa. — A pan Hipolit Zasobek? — zapytał Hubert. Marylka spojrzała niepewnie. Czy to żart? Ale twarz chłopca była niezbadana. — Pan Hipolit Zasobek nie lubi się bawić piłką, ani skakać przez sznurek — powiedziała z komicznym smutkiem. Nareszcie Hubert roześmiał się także. Porwał się nagle z cembrowiny i zmienił się w oka mgnieniu. Już nie był wcale młodym człowiekiem, powściągliwym i pełnym uprzejmości. Stał naprzeciw Marylki roześmiany łobuz o czarnych włosach i płomiennych oczach. — To jest zadziwiające, jak te dziewczynki umieją wdzięcznie kłamać! — wykrzyknął. — Nakłamałaś mi, jakgdyby ci zato osobno płacili. Niech żyją różowe kokardy! Chodź się bawić. Pochwycił swoją ofiarę za ręce i zaczął kręcić się po placyku z tak opętaną szybkością, że cały park i źródło, i ziemia wydały im się wnętrzem wirującej, różnobarwnej kuli. Równie gwałtownie zatrzymał się, posadził oszołomioną Marylkę z wielką galanterją na ławce, sam zaś wskoczył na obmurowanie basenu i spacerował po niem tam i zpowrotem, gwiżdżąc przeraźliwie. Wszystko to zaszło tak błyskawicznie, że Marylka straciła poczucie rzeczywistości. Siedziała na ławce znawpół otwartemi ustami, patrzyła na Huberta z głębokim podziwem i zastanawiała się nad tem, czy to ona jest nieprzytomna, czy też ten chłopiec jest trochę pomylony. Woda szemrała, spływając wąskim strumyczkiem, a Hubert pochylił się nad nią, wziął lwa za uszy i pił z jego paszczy. Z góry, od strony domu, doleciał dźwięk gongu. Hubert zeskoczył z basenu, przygładził włosy, wytarł mokre ręce i usta chusteczką i z ukłonem z czasów Ludwika XV powiedział dwornie i szydersko: — Proszę jaśnie panią na podwieczorek.

III

Na tarasie, około balustrady, pod platanem stał nakryty stolik, a przed nim, w koszykowem fotelu siedziała czarnowłosa pani i czytała gazetę. Jeszcze na samym dole schodów, po których wchodzili, Hubert powiedział: «Moja matka już czeka na nas», a na najwyższym ich stopniu jeszcze Marylka nie mogła uwierzyć, że ta pani to właśnie pani Romeyowa, najwspanialsza z istniejących dla niej osób, właścicielka Białego Domku! Gdzież jest ta postać wysoka i majestatyczna, o złotych włosach i podłużnej twarzy, tak bardzo do niej, Marylki, podobna? Przecież taka miała być, musiała być matka Huberta! Tymczasem ta rzeczywista złożyła gazetę i zapytała: — Dlaczego, moje dziecko, twoja siostra nie przyszła z tobą? Już Marylka miała rozpocząć swoją historyjkę o charakterze Gabrjeli, gdy Hubert objaśnił spokojnie: — Bo nawet nie wiedziała, że Marylka wybiera się do nas i miała zresztą dużo roboty w domu — i rzekłszy to, spojrzał na dziewczynkę wyczekująco i z tak szelmowskim wdziękiem, że poczuła nieposkromioną ochotę zbicia go na kwaśne jabłko. — To szkoda — powiedziała pani. — Wiesz co, Hubercie, jutro niedziela. Zaprosimy na podwieczorek pana Korniakta i panienki. Prawda? — Doskonale, mamo. — Napiszę zaraz list i zaniesiesz go, odprowadzając Marylkę — mówiła pani. Mówiąc nie próżnowała ani chwili. Smarowała sobie chleb, podsuwała Marylce miód, dolewała Hubertowi śmietanki. Z twarzy jej, z rąk, z całej postaci tryskała wesoła energja i czarująca prostota. To najwięcej korciło Marylkę, że okazując jej wiele uprzejmości, czarna pani zdawała się jednocześnie wcale nic sobie z niej nie robić, prawie jej nie dostrzegać. Marylka wydawała się sobie tak niepospolitem zjawiskiem wśród swych bliźnich, tak ceniła swoją urodę, wdzięk, inteligencję i wychowanie, że uprzejme lekceważenie małej pani wydało się jej szczytem arystokratyzmu i wspaniałości. Cierpiała, ale zarazem czuła się niezmiernie zaszczycona tak świetnie urządzonym podwieczorkiem, i postanowiła skrycie w przyszłości przyswoić sobie ten sposób bycia, tak imponujący i dotkliwy. A już do zupełnej rozpaczy doprowadzała ją galanterja Huberta. Ten nikczemny chłopak zachowywał się drażniąco. Obsługiwał ją jak trubadur damę swego serca, czujny na każdy jej ruch i spojrzenie, uważny i uprzedzający pragnienia. — Nakłamałaś mi jak gdyby ci zato osobno płacili. Niech żyją różowe kokardy! — Nie; tego wspomnienia w połączeniu z obecną rycerskością i iskierkami błyszczącemi w czarnych oczach, Marylka znieść nie była w stanie. Wiła się w swym fotelu, modląc się w ciszy o chwilę, w której będzie mogła zemknąć aż za wodę. Jakże inaczej wyobrażała sobie ten podwieczorek, w czasie którego miała zabłysnąć inteligencją, oczarować matkę Huberta, a z niego samego zrobić sobie przyjaciela i niewolnika. Miała mówić dużo i potoczyście, miała się śmiać swobodnie, jeść mało, a z wielką elegancją. Zamiast tego siedziała na brzeżku fotela, wystraszona i blada, nie umiejąc trafić łyżeczką do ust. Ale kiedy już była bliska płaczu, powoli zaczęło się coś zmieniać. Padło jedno i drugie zachęcające słowo z ust pani, uprzejmość Huberta zelżała nieco. Marylka odetchnęła. Od rzeki szedł chłodniejszy powiew, zapach wody i siana. Trawniki, na które zachodzące słońce rzucało długie smugi światła, nabrały gorętszych barw, a biel schodów i balustrad odcięła się wyraźniej od złotej zieleni, rzeka połyskiwała, a ptaki krzyczały ze zdwojoną energją. Po tamtej stronie rzeki sad Gabrjeli zbudził się z upalnej drzemki i pracowicie wlewał soki w dojrzewające na drzewach owoce. Matka Huberta opowiadała o tem, że cały dzień jest coś do czynienia w ogrodzie. Zawsze za mało jest rąk do pracy i gdyby nie to, że Hubert musi wypocząć po trudzie roku szkolnego, to nie dałaby mu tak bąków zbijać. Nie na to przecież kupili ten Biały Dom, aby pozostawić go w zaniedbaniu dotychczasowem. — A wy pewnie cały dzień jesteście zajęte — zapytała Marylkę. — Gabrjela tak, ona to lubi — odpowiedziała dziewczynka, — ale ja wolę pracę umysłową. Uczę się. Chodzę do szkoły, do czwartej klasy. A nasza szkoła wyjątkowo świetnie stoi. — szkoły, do których się chodzi, wyjątkowo świetnie stoją — powiedział poważnie Hubert, polewając maliny śmietanką. Robił to z systemem. Zataczał dzbanuszkiem coraz szersze kręgi, od środka aż do brzegów talerzyka. Matka przyglądała się tym zabiegom z krytycznem zainteresowaniem, a gdy się ich oczy spotkały, Hubert zaczerwienił się, uśmiechnął i odstawił dzbanuszek. W tych chwilach krótkich a częstych, w których matka łączyła się spojrzeniem ze swoim synem, w których kpiła z niego czy też przestrzegała wzrokiem — Marylka czuła się wykluczoną z ich towarzystwa. — A Gabrjela nie chodzi do szkoły? — zapytała znowu pani. — Owszem, chodziła w zimie, ale teraz nie ma czasu. Oni są bardzo biedni i mają tylko kucharkę — zakończyła, słowem «oni» wyodrębniając się z domu swego wuja. — Muszę poznać tę Gabrjelę, która już nie ma czasu bawić się i chodzić do szkoły — rzekła pani. — Hubercie, jakżebym chciała, żebyś nie miał czasu na wyjadanie mi czekolady ze śpiżarni, albo na robienie żagli z moich prześcieradeł! Jakżebym chciała, żebyś na cokolwiek nie miał czasu, mój chłopcze! — Ależ i owszem, mamo, mogę się zająć twoim inkubatorem — powiedział chłopiec z godnością. I nagle oboje parsknęli śmiechem. Jakże bardzo, jak niewymownie musieli się kochać? A potem pani Romeyowa poszła napisać bilecik do pana Korniakta, a Hubert i Marylka spacerowali wzdłuż tarasu tam i napowrót. Chłopiec zapraszał dziewczynki na tennis i do łódki. Roztoczył wspaniałe projekta. Będą jeździć konno i urządzać majówki w lesie, pojadą żaglówką na koniec świata, a któregoś dnia wezmą przepustki i ruszą do Rumunji. Trzeba użyć wakacji! Potem wlazł na balustradę i zaczął po niej pędzić z rozstawionemi rękami, raz po raz pochylając się nad stromą i gładką murawą skarpy. — Marylka już tym razem znosiła te wybryki spokojnie. Gdy pani Romey wróciła z kopertą w ręku, Marylka powiedziała: — Ale teraz niech Hubert odprowadzi mnie tylko do łódki, bo i tak nie zastanie u nas w domu nikogo. J a sama oddam list wieczorem. Pani wręczyła kopertę dziewczynce. — Powiedz wujowi, że Hubert chciał sam być u niego — rzekła i zaraz potem odeszła do furmana, który zbliżał się od strony stajni. — Przyjdźcie wcześnie — poprosił Hubert, spuszczając łódkę z łańcucha. A Marylka już była zdecydowana nie oddawać listu w domu. Nie miała ochoty dzielić się z Gabrjelą swoją nową przyjaźnią.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…