Front matter
I I J WYDANIE DRUGIE PRZEJRZANE PRZEZ AUTORA WARSZAWA — MCMXXV — KRAKÓW O J. A TOWARZYSTWO WYDAWNICZE W WARSZAWIE
I
Literatura, — sztuka pisarska, — której dorobek był, jest i będzie własnością społeczeństwa, zasobem duchowym narodu, pokarmem intelektualnym pokoleń, wciąż narastającym skarbem przyszłości, przedewszystkiem i na wsze strony okazywanym tytułem do bytu politycznego wiecznej i całej rzeczypospolitej ducha, — nie doznawała ongi w Polsce i nie doznaje dziś poparcia, ani opieki w żadnym z poszczególnych momentów swego fermentu i krystalizacyi. Literatura polska żyje swoim porządkiem, jak może i umie, a raczej słania się i wałęsa własnemi drożynami, ścieżkami i bezdrożami. Trudno pomocą i poparciem jej nazywać sakiewkę króla, czy magnata, z łaski pańskiej, w chwili dobrego usposobienia, rzuconą niegdyś nadwornemu śpiewakowi, — dzisiejszą nagrodę pieniężną, dożywocie na folwarku po dwudziestu pięciu latach samoistnych trudów, — oraz wysoki, nadzwyczaj wysoki katafalk i karawan Wyspiańskiego, lub Witkiewicza. Nic też dziwnego, że rozlega się wciąż skarga «poety» na «świat». Było już takich skarg coniemiara. Ostatnią zanosił Wiktor Gomulicki w piśmie poznańskiem «Zdrój». Pisarz ten wyraża obawę, iż wskutek lekceważenia dwu pochodni, — literatury i sztuki, — naród nasz może stać się łacno «przy wszystkich dobrodziejstwach kultury, czystem, zdrowem, dobrze odkarmionem i zadowolonem ze siebie bydłem» Trzeba, zapewne, na karb zgorzknienia i długo żywionego żalu policzyć ostrość, kategoryczność i, w pewnej mierze, niesprawiedliwość tej inwektywy, — lecz trzeba zarazem wskazać na szczególne zjawisko powszechnego niemal rozjątrzenia ludzi piszących W Polsce. Widzimy dokoła siebie poetów, pełnych niedawno potęgi ducha, i żywotwórczych pisarzów, (których zaliczano do jednego obozu, tak zwanej «Młodej Polski», wprost dlatego chyba, iż w pewnym okresie czasu, nic nie mając pomiędzy sobą wspólnego i nie znając się nawzajem osobiście w większości wypadków, jednocześnie byli młodymi ludźmi), — jako indywidua rozbite dziś i zniechęcone, jako odludków, melancholików, opętanych przez szatana takiej, lub innej manii. «Świat» spogląda na nich niby to z litością, a w gruncie rzeczy z plotkarskiem zaciekawieniem, że użyję znowu przesadni Wiktora Gomulickiego, — «sytych wołów i wieprzów dwunożnych». Czy «świat» temu winien, że «poeta» nie może sobie dać rady, — że, naprzykład, znakomity badacz i znawca niemal wszystkich literatur, jak za dobrych studenckich czasów, pożycza «na krótki czas» przysłowiowe trzy papierki, — że jeden nie znajduje nakładcy, drugi dzień w dzień topi swoją niedolę w kieliszku, trzeci kończy biedny żywot w szpitalu? Czy to wina «poetów», czy wina «świata», że dzieci tych, którymi szczyci się i popisuje społeczeństwo, żyją po śmierci rodziców w ubóstwie i ciężko muszą na chleb pracować, skoro według formuły Jana Lemańskiego — poety należy do społeczeństwa, które go wydało, czyli do wydawcy»? Gdy to piszę, cisną mi się pod pióro nazwiska, cytaty, fakty — i łzy do oczu. Nie można jednak omawianiem publicznem odsłaniać niedoli szlachetnej krwi, dziedziców imienia tych, których pisma były pierwszą rozkoszą dzieciństwa i wyrazem uniesień naszej młodości. Sprawa ta musi pozostać w ukryciu, w cieniu, osłonięta welonem głębokiej tajemnicy. Trudno orzec, kto w zatargu «poeta-świat» ponosi odpowiedzialność, a nawet, po prawdzie, nie warto i nie godzi się takiego zagadnienia roztrząsać. Może będzie, jeżeli nie najlepiej, to najkrócej, przypisać winę poecie i zamiast jałowego biadania na nieprawość świata tak nieszczęsnego, jak polski, — szukać skutecznej rady. Okazało się, że złego nie usuwają towarzystwa artystyczno-literackie, istniejące w Warszawie, Krakowie, Lwowie, Poznaniu, — kasy i instytucye pożyczkowe. Nie są również w stanie nic poradzić zrzeszenia cząstkowe grup i grupek, — pięciu, sześciu, dziesięciu, czy dwudziestu pięciu — przeciwko innym grupom i grupkom. Po upływie szeregu lat od chwili zawiązania jakiegoś zespołu, która to chwila w przekonaniu członków zrzeszenia niezmiennie proklamowana bywa, jako znamienne w dziejach literatury «odrodzenie», jednostki rozchodzą się w różne strony. Każda z nich zmierza swą własną drogą tam, dokąd ją popycha talent i temperament indywidualny, zapoczątkowując, a nieraz tworząc istotne odrodzenie w dziedzinie sposobów uwydatnienia wieczystego piękna. Przypatrzywszy się dobrze, w ciągu wielu lat, pisarstwa polskiego, przyszedłem do przekonania, iż sposób zaradzenia złemu leży w mocy poetów, leży tuż obok, widoczny, jak na dłoni. Sądzę, że wszyscy ludzie, pracujący twórczo lub umiejętnie na polu pięknej, powinni zrzeszyć się, — nie, jak dawniej, częściowo, w grupy, usposobione do wojny domowej, lecz w organizacyę wszechobejmującą, do obrony wszystkich od nacisku niedoli zewnętrznej. Tak czynią uczeni, zrzeszający się w akademiach, artyści plastycy w towarzystwach swego zawodu, aktorzy w teatrze. Tak wreszcie czynili oddawna na zachodzie poeci i pisarze niezależni, tworząc akademie literackie. Literatura, sztuka najbardziej czynna, z życiem tajemną pępowiną zrośnięta, pulsująca od uczuć, sztuka, przez którą przelatują wichry prądów, wzruszeń i myśli zewsząd czerpanych, — wciąż stająca się, zawsze nowa, nieustalona, nie może być poddziałem (a raczej piątem kołem u wozu) Akademii Umiejętności, czy «Kasy imienia Mianowskiego dla osób pracujących na polu naukowem», — ani nie może należeć do sekcyi jakiegoś w niedalekiej przyszłości ministeryum sztuki w wolnej Polsce. Nie jest to bowiem umiejętność, oparta na prawdach stwierdzonych i aksyomatach raz na zawsze uznanych za niewzruszone, lecz z dzieł ludzkich dzieło najbardziej mieniące się, niejasne, paradoksalne, pełne wciąż nowych zaprzeczeń, niespodzianek i rewolucyi, jak samo piękno, którego jest ułomnem, w męce poczynanem odbiciem i przypomnieniem. Nie jest to również «kawałek», któryby mogli obrabiać i załatwiać urzędnicy, choćby najprzychylniej usposobieni. Nie mogą fizycy, chemicy, archeologowie, numizmatycy, historycy i filologowie, a nawet historycy literatury taksować i oszacowywać sprawiedliwie dzieła poety, pracującego w dobie dzisiejszej, wśród trudu i przeciwności. Ta praca krwawa i wielka, ta sprawa cudna i bezgraniczna winna znaleźć dla siebie pomoc w urzędzie, powołanym z własnego jej zbiorowego wnętrza, wyłonionym z zasobu jej własnych sił, działających najbardziej intensywnie i najbardziej dostojnie. Literatura winna zdobyć się na instytucyę czysto literacką, — jeśli wolno użyć nieco bombastycznego tytułu, — na «Akademię Literatury Polskiej». W mojem przekonaniu przemawiają za tą koniecznością trzy względy: 1) sprawa czystości i piękności języka; 2) sprawa rozszerzenia kultury literackiej na warstwy szerokie inteligencyi i ludu; 3) sprawa instancyi i obrony twórczości wolnej. Każdy z tych punktów zamierzam rozpatrzeć tutaj osobno.
całość
I I J WYDANIE DRUGIE PRZEJRZANE PRZEZ AUTORA WARSZAWA — MCMXXV — KRAKÓW O J. A TOWARZYSTWO WYDAWNICZE W WARSZAWIE
I
Literatura, — sztuka pisarska, — której dorobek był, jest i będzie własnością społeczeństwa, zasobem duchowym narodu, pokarmem intelektualnym pokoleń, wciąż narastającym skarbem przyszłości, przedewszystkiem i na wsze strony okazywanym tytułem do bytu politycznego wiecznej i całej rzeczypospolitej ducha, — nie doznawała ongi w Polsce i nie doznaje dziś poparcia, ani opieki w żadnym z poszczególnych momentów swego fermentu i krystalizacyi. Literatura polska żyje swoim porządkiem, jak może i umie, a raczej słania się i wałęsa własnemi drożynami, ścieżkami i bezdrożami. Trudno pomocą i poparciem jej nazywać sakiewkę króla, czy magnata, z łaski pańskiej, w chwili dobrego usposobienia, rzuconą niegdyś nadwornemu śpiewakowi, — dzisiejszą nagrodę pieniężną, dożywocie na folwarku po dwudziestu pięciu latach samoistnych trudów, — oraz wysoki, nadzwyczaj wysoki katafalk i karawan Wyspiańskiego, lub Witkiewicza. Nic też dziwnego, że rozlega się wciąż skarga «poety» na «świat». Było już takich skarg coniemiara. Ostatnią zanosił Wiktor Gomulicki w piśmie poznańskiem «Zdrój». Pisarz ten wyraża obawę, iż wskutek lekceważenia dwu pochodni, — literatury i sztuki, — naród nasz może stać się łacno «przy wszystkich dobrodziejstwach kultury, czystem, zdrowem, dobrze odkarmionem i zadowolonem ze siebie bydłem» Trzeba, zapewne, na karb zgorzknienia i długo żywionego żalu policzyć ostrość, kategoryczność i, w pewnej mierze, niesprawiedliwość tej inwektywy, — lecz trzeba zarazem wskazać na szczególne zjawisko powszechnego niemal rozjątrzenia ludzi piszących W Polsce. Widzimy dokoła siebie poetów, pełnych niedawno potęgi ducha, i żywotwórczych pisarzów, (których zaliczano do jednego obozu, tak zwanej «Młodej Polski», wprost dlatego chyba, iż w pewnym okresie czasu, nic nie mając pomiędzy sobą wspólnego i nie znając się nawzajem osobiście w większości wypadków, jednocześnie byli młodymi ludźmi), — jako indywidua rozbite dziś i zniechęcone, jako odludków, melancholików, opętanych przez szatana takiej, lub innej manii. «Świat» spogląda na nich niby to z litością, a w gruncie rzeczy z plotkarskiem zaciekawieniem, że użyję znowu przesadni Wiktora Gomulickiego, — «sytych wołów i wieprzów dwunożnych». Czy «świat» temu winien, że «poeta» nie może sobie dać rady, — że, naprzykład, znakomity badacz i znawca niemal wszystkich literatur, jak za dobrych studenckich czasów, pożycza «na krótki czas» przysłowiowe trzy papierki, — że jeden nie znajduje nakładcy, drugi dzień w dzień topi swoją niedolę w kieliszku, trzeci kończy biedny żywot w szpitalu? Czy to wina «poetów», czy wina «świata», że dzieci tych, którymi szczyci się i popisuje społeczeństwo, żyją po śmierci rodziców w ubóstwie i ciężko muszą na chleb pracować, skoro według formuły Jana Lemańskiego — poety należy do społeczeństwa, które go wydało, czyli do wydawcy»? Gdy to piszę, cisną mi się pod pióro nazwiska, cytaty, fakty — i łzy do oczu. Nie można jednak omawianiem publicznem odsłaniać niedoli szlachetnej krwi, dziedziców imienia tych, których pisma były pierwszą rozkoszą dzieciństwa i wyrazem uniesień naszej młodości. Sprawa ta musi pozostać w ukryciu, w cieniu, osłonięta welonem głębokiej tajemnicy. Trudno orzec, kto w zatargu «poeta-świat» ponosi odpowiedzialność, a nawet, po prawdzie, nie warto i nie godzi się takiego zagadnienia roztrząsać. Może będzie, jeżeli nie najlepiej, to najkrócej, przypisać winę poecie i zamiast jałowego biadania na nieprawość świata tak nieszczęsnego, jak polski, — szukać skutecznej rady. Okazało się, że złego nie usuwają towarzystwa artystyczno-literackie, istniejące w Warszawie, Krakowie, Lwowie, Poznaniu, — kasy i instytucye pożyczkowe. Nie są również w stanie nic poradzić zrzeszenia cząstkowe grup i grupek, — pięciu, sześciu, dziesięciu, czy dwudziestu pięciu — przeciwko innym grupom i grupkom. Po upływie szeregu lat od chwili zawiązania jakiegoś zespołu, która to chwila w przekonaniu członków zrzeszenia niezmiennie proklamowana bywa, jako znamienne w dziejach literatury «odrodzenie», jednostki rozchodzą się w różne strony. Każda z nich zmierza swą własną drogą tam, dokąd ją popycha talent i temperament indywidualny, zapoczątkowując, a nieraz tworząc istotne odrodzenie w dziedzinie sposobów uwydatnienia wieczystego piękna. Przypatrzywszy się dobrze, w ciągu wielu lat, pisarstwa polskiego, przyszedłem do przekonania, iż sposób zaradzenia złemu leży w mocy poetów, leży tuż obok, widoczny, jak na dłoni. Sądzę, że wszyscy ludzie, pracujący twórczo lub umiejętnie na polu pięknej, powinni zrzeszyć się, — nie, jak dawniej, częściowo, w grupy, usposobione do wojny domowej, lecz w organizacyę wszechobejmującą, do obrony wszystkich od nacisku niedoli zewnętrznej. Tak czynią uczeni, zrzeszający się w akademiach, artyści plastycy w towarzystwach swego zawodu, aktorzy w teatrze. Tak wreszcie czynili oddawna na zachodzie poeci i pisarze niezależni, tworząc akademie literackie. Literatura, sztuka najbardziej czynna, z życiem tajemną pępowiną zrośnięta, pulsująca od uczuć, sztuka, przez którą przelatują wichry prądów, wzruszeń i myśli zewsząd czerpanych, — wciąż stająca się, zawsze nowa, nieustalona, nie może być poddziałem (a raczej piątem kołem u wozu) Akademii Umiejętności, czy «Kasy imienia Mianowskiego dla osób pracujących na polu naukowem», — ani nie może należeć do sekcyi jakiegoś w niedalekiej przyszłości ministeryum sztuki w wolnej Polsce. Nie jest to bowiem umiejętność, oparta na prawdach stwierdzonych i aksyomatach raz na zawsze uznanych za niewzruszone, lecz z dzieł ludzkich dzieło najbardziej mieniące się, niejasne, paradoksalne, pełne wciąż nowych zaprzeczeń, niespodzianek i rewolucyi, jak samo piękno, którego jest ułomnem, w męce poczynanem odbiciem i przypomnieniem. Nie jest to również «kawałek», któryby mogli obrabiać i załatwiać urzędnicy, choćby najprzychylniej usposobieni. Nie mogą fizycy, chemicy, archeologowie, numizmatycy, historycy i filologowie, a nawet historycy literatury taksować i oszacowywać sprawiedliwie dzieła poety, pracującego w dobie dzisiejszej, wśród trudu i przeciwności. Ta praca krwawa i wielka, ta sprawa cudna i bezgraniczna winna znaleźć dla siebie pomoc w urzędzie, powołanym z własnego jej zbiorowego wnętrza, wyłonionym z zasobu jej własnych sił, działających najbardziej intensywnie i najbardziej dostojnie. Literatura winna zdobyć się na instytucyę czysto literacką, — jeśli wolno użyć nieco bombastycznego tytułu, — na «Akademię Literatury Polskiej». W mojem przekonaniu przemawiają za tą koniecznością trzy względy: 1) sprawa czystości i piękności języka; 2) sprawa rozszerzenia kultury literackiej na warstwy szerokie inteligencyi i ludu; 3) sprawa instancyi i obrony twórczości wolnej. Każdy z tych punktów zamierzam rozpatrzeć tutaj osobno.
I.
Akademia Umiejętności wydała w lutym 1917 roku oświadczenie w sprawie ujednostajnienia pisowni. Czytaliśmy w tem orędziu p. t. Zasady pisowni polskiej przyjęte na walnem administracyjnem posiedzeniu Akademii Umiejętności d. 17 lutego 1917 r., iż «zasady pisowni muszą być ze względu na szkołę i praktyczność jednolite, jasne i proste». Pominę tu właśnie rozbieżność co do pisowni wyrazów obcego pochodzenia w zgłoskach początkowych i tematowych wskutek dzielenia wyrazów takich na cztery grupy: 1) Hiob, 2) Tryjest, 3) djabeł, 4) triumf, i tryjumf, — gdy się pisownię polską, niby to, «ustala». Ostatecznie jednak można wdrożyć się przez posłuszeństwo w te metody pisania. Ale skasowanie rozróżnienia rodzajów (męskiego i nijakiego) w narzędniku liczby pojedyńczej zaimków i przymiotników, oraz ukazowe zaprowadzenie jotowej pisowni w wyrazach typu Marya, gdy przeciwko tej reformie tyle argumentów przemawia, — czyni może zadość idei «praktyczności», lecz wysoce jest niepomyślne zarówno dla poezyi, jak dla prozy twórczej. Rozróżnienie rodzajów (męskiego i nijakiego) w narzędniku liczby pojedyńczej zaimków i przymiotników, sprzeczne, pono, z duchem mowy prasłowiańskiej, gdzie W zaimku uwidoczniała się forum im-jeją-im, taiło się snać oddawna, jako dokonane w pospolitym języku polskim, bo znajdujemy je już u Jana Kochanowskiego w kształcie waloru rymowego, naprzykład, w wierszu:
Już mdłe bydło szuka cienia I ciekącego strumienia, I pasterze chodzą za niem, Budzą lasy swojem graniem».
Ujęte w zasadę gramatyczną przez Onufrego Kopczyńskiego, stało się oddawna prawem języka i jednym z elementów jego bogactwa. Dowolne przekreślenie takiej cechy językowej byłoby zubożeniem zarówno w mowie, jak w piśmie. Jakże według nowej pisowni Akademii Umiejętności z roku 1917 należy przedrukować, — gdyby tylko w tym jednym przykładzie rzecz zamknąć, — taki, dajmy na to, dwuwiersz Lucyana Siemieńskiego:
«Autorowi «Maryi»... I dosyć mu na tem Gdy Polska, jak jest cała, potrząsła go kwiatem»?
Sprawa przedruków prozy pisarzów zmarłych, w razie powszechnego zastosowania nowej pisowni, przedstawia się jeszcze gorzej. Zdania, układane z myślą o uwidocznieniu w samej pisowni rozróżnienia rodzajów, z chwilą skasowania tego rozróżnienia, będą zupełnie okaleczone, a nawet niezrozumiałe, lub stylowo ciemne. Mieliśmy już przykłady takiego zjawiska w «Przeglądzie filozficznym» i «Sfinksie dwu czasopismach, trzymających się owej pisowni, zwanej «naukową». Pisarz żyjący może jednak przerobić swe okresy, tworzyć nowe zdania dopełniające i określające z zastosowaniem się do «jednolitej, jasnej i prostej» metody, aczkolwiek ta krępuje go i uboży, lecz pisarz zmarły będzie zdany chyba na łaskę jakichś przerabiaczów swej pracy, specyalnie delegowanych przez wydawcę, lub drukarza. Akademia Umiejętności nie zwróciła, oczywiście, uwagi na szczegół drugorzędny, czy zmiana pisowni dogadzać będzie pracującym w tych czasach artystom słowa, — czy poeci będą zadowoleni z unicestwienia pewnej sumy rymów, a prozaicy ze zubożenia swobody, którą aż dotąd posiadali, w budowie zdań i łatwości ich wiązania. Do stanowienia w tych sprawach powołani zostali tylko uczeni, filologowie i gramatycy. Lecz uczeni, filologowie i gramatycy nie tworzą sami wierszy, wykwintnych pod względem rymotwórczym i nieskalanych pod względem czystości mowy, jak Wincenty Brzozowski, Józef Jedlicz, Jan Kasprowicz, Edward Leszczyński, Stanisław Miłaszewski, Bronisława Ostrowska, Edward Porębowicz, Zenon Przesmycki, Lucyan Rydel, Leopold Staff, Kazimierz Tetmajer i tylu innych. Filologowie i gramatycy traktują język, jako , jako miazgę językową. Nieznane im są trudy, wysiłki, przeszkody, upadki i tryumfy, nieraz istne wynalazki w sztuce przetwarzania tej właśnie miazgi, mowy powszedniej, gwary tłumów na niezmienny i wiekuisty wytwór innego porządku. Rozumiem, iż zgromadzeniu mężów nauki trudnoby było przemóc się i nagiąć do wysłuchania opinii osobistości, których szereg przytoczyłem wyżej, — ale przecie niektórzy ze świetnych pisarzy są profesorami na wszechnicach i wyższych uczelniach, — Jan Kasprowicz, Edward Porębowicz, Lucyan Rydel, — należało więc może chociażby tych zaprosić, ażeby wygłosili zdanie pisarstwa o nowych zasadach gramatycznych Akademii Umiejętności. Inaczej zapewne przedstawiłaby się ta sprawa i Akademia Umiejętności nie byłaby narażona na protesty nietylko pisarzów, ale i licznych językoznawców, gdyby istniała instytucya literacka, o jakiej mówiłem wyżej, — zwłaszcza gdyby ta instytucya posiadała wydział językowy, wydział doskonałości artystycznego słowa, złożony z przedstawicieli pisarstwa, władających materyałem twórczym w sposób nietylko nieposzlakowany pod względem gramatycznym i stylistycznym, ale nadto w sposób niesplamiony wpływami zewnętrznemi. Takich pisarzów posiadamy. Instytucya projektowana ośmieliłaby się może zaczepić nawet uczonych językoznawców, tak bardzo zasłużonych, jak, naprzykład, profesor Aleksander Brückner, który, dając nam w swej «Cudzoziemszczyźnia» (Kraków 1916) rozmaite rady i wskazówki co do oczyszczenia mowy z obcych naleciałości, doradzając używanie raczej słowa komandować, albo komendawać (zamiast dzisiejszego marszować (zamiast maszerować), spaciować (zamiast spacerować), banka (zamiast bank), deszczowiec (zamiast parasol), słomkowiec (kapelusz słomkowy), wodziarz lub wodnik (zamiast woziwoda), mrówczarz (zamiast mrówkojad) i t. p. zachowuje przecież pieczołowicie podstarzały, poczciwy galicyjski accusativus tromtadraticus: «Nie myślimy też wcale, wojnę jej wypowiadać», — oraz popełnia wiele błędów co do porządku ustawienia wyrazów w zdaniu! — «nigdy niema nowotwór razić poczucia językowego», — «ale złożeń podobnych język nie dolubiał, używał ich chyba dla oznaczenia czynności» i t. p. Bardziej wszakże, niż takie oddziaływanie nazewnątrz, byłoby koniecznem dążenie do doskonalenia się wzajemnego, wewnątrz literackiego zespołu za pomocą rozmaitych środków, a przedewszystkiem za pośrednictwem spokojnej, nieubliżającej krytyki, oraz wywyższania i nagradzania utworów doskonałych pod względem językowym. Jedni z naszych żyjących pisarzów władają językiem polskim, pod względem budowy zdań i szyku wyrazów, w sposób wzorowy, pracują usilnie nad mową twórczą, — inni oddają swe myśli w sposób niedbały, zachwaszczony obcymi zwrotami, a nieraz wyrażają się w piśmie po polsku, lecz według składni niemieckiej, lub rosyjskiej. Najpilniejsza zachodzi potrzeba przeciwstawienia pierwszych drugim, udzielenia pierwszym poparcia wszystkich piszących dla ukrócenia niedbalstwa drugich. Wiersz Wiktora Gomulickiego, Artura Górskiego, Stanisława Miłaszewskiego, Lucyana Rydla, Leopolda Staffa, Stanisława Wyrzykowskiego, — prozę Kazimierza Morawskiego, Aleksandra Świętochowskiego, Józefa Weyssenhoffa należy przeciwstawić zaniedbanej polszczyźnie. Musi być przecie wyróżniona własna, starannie opracowana proza Wacława Berenta od figlasów baroku, pełnego błędów stylu, popełnianych przez różne znakomitości literackie, — oraz od wyślizganych naśladownictw, układanych w istocie nie po polsku, lecz w jednym okresie czasu po sienkiewiczowsku, w drugim po wyspiańsku. Mamy stylistów tak dobrych, jak naprzykład, tłomacz Bergsona Dr. Floryan Znaniecki, albo Dr. Tadeusz Żeleński (Boy), wzorowy co do czystości języka i biegły w sposobach zażywania rozmaitych etapów jego rozwoju, — jak Stanisław Michalski, tłomacz z sanskrytu, współpracownicy Simposionu. Można tedy przeczytać po polsku dzieło filozoficzne, operujące zawiłemi, subtelnemi, nowemi pojęciami, które oddane zostały za pomocą terminów, wydobytych po raz pierwszy z wnętrza mowy plemiennej, albo całkowite dzieło Rabelais'go, Montaigne’a Molière’a, przełożone z francuskiego z takiem opanowaniem obudwu składni, iż w polszczyźnie przekładu nie natrafi się na jeden galicyzm, na jednę usterkę, lub zadrę. I można również w pracach oryginalnych, a więc swobodnie, bez jakiejkolwiek zewnętrznej pokusy dokonanych, znaleźć takie kwiaty wyszukanego stylu, jak, naprzykład, w powieści znanej literatki: — «takie ten oko miał arystokrata bystre»..., albo w dziele znakomitego pisarza: — «uśmiech zjawił się na jego ustach, wstał i wyszedł na ulicę›. Nie chodzi tu bynamniej o wydrwiwanie kogokolwiek, o poniżenie czyjejś pracy. Podający te uwagi wie dobrze, iż w jego pisaninach i w tym oto artykule niejedno znalazłoby się do poprawienia. Ale o to właśnie idzie, — o nieustanne . Trzeba wytężyć siły do osiągnięcia powszechnej czystości drukowanego słowa, do zdobycia przez wszystkich, kto pióro ujmuje w rękę, doskonałości językowej dwu najzazdrośniejszych miłośników czystości mowy, dwu gronostajów polszczyzny, Antoniego Gustawa Bema i Stanisława Krzemińskiego, którzy przeszli przez zepsucie jej, szerzone przez tyle czynników, niesplamieni ani jedną skazą. Po wojnie i wskrzeszeniu bytu państwowego ojczyzny musi być podjęta praca nad gruntownem oczyszczeniem naszego słowa. Nie należy dopuścić, ażeby do sześciu tysięcy wyrazów niemieckich, już wrośniętych w nasz język, przybyło ich jeszcze więcej. To też jest do wykonania trud olbrzymi. Należałoby zbadać gwary ludowe wszystkich okolic i odszukać w nich pod zewnętrzną naleciałością, którą wieki sypały, złotą żyłę mowy słowiańskiej, czysty język piastowski. Jeżeli rozpatrzeć nazwy części składowych najpierwotniejszych narzędzi pracy ludowej, to, obok pradawnych, spostrzega się nowe, obce terminy, wskazujące na kolejność i pochodzenie cywilizacyjnego rozwoju. Trzebaby zbadać mowę cieślów, mularzów, ziemi, górników, rozpatrzeć język rolnika, pastucha, rybaka na wybrzeżu helskiego międzymorza, na brzegu jezior i rzek, ażeby dociec do imionisk statków i rzeczy najprostszych, najpierwotniejszych, które trwały takie same, jak dzisiaj, na setki lat przed Gallusem. Te nazwy dzisiejsze, a najdawniejszego sięgające czasu, wypadałoby zestawić ze słownictwem w najstarszych źródłach mowy zapisanej. Tak mógłby powstać zaczątek słownika mowy czysto polskiej, którą należałoby szczególniej uwzględniać w pismach artystów, nie rugując, oczywista, mechanicznie ani jednego z wyrazów-przybłędów, istniejących zdawna w języku. W słownictwie pracy dostrzeże się łatwo niesłychane bogactwo, wielki przepych metafory, wyskakującej z samej roboty, — przenośni odźwierciadlającej i streszczającej, jakgdyby w logarytmie genialnie powziętym, dzieło ciała, — rodzącej się znagła a wiecznie, trafnej, jak samo nieomylne uderzenie ręki, tworzącej fizycznie. Należałoby wgłębić się w gwary przez ludoznawców zebrane, w pieśni, klechdy, bajki, podania, przesądy, gusła, zabobony, poznać do gruntu język radości i język cierpienia tych, co na ziemi cierpieli najbardziej, najbezsilniej i najdłużej. Wówczas subtelny język uczuć, sztuka ujawniania poruszeń najtajniejszych duszy, spraw
półświadomych i podświadomych znajdzie, ku zdumieniu artystów, nazwy, wyrazy, określenia gotowe, nieraz tak trafne i tak doskonale wszechobejmujące, iż korzystać z nich pocznie nauka o duszy, jako z określeń jedynych. Jednostka nie jest w stanie wykonać takiego zgłębienia gwar, wniknięcia w olbrzymią tajnie mowy ludowej, gdyż jest to praca nad siły. Natomiast zrzeszenie twórców i badaczów może zapoczątkować dzieło przez organ wydelegowany ze swego zespołu, a rzesza piszących po polsku znajdzie krynicę nowej i wiecznej piękności, instrument, oczekujący na ujęcie go tworzącą dłonią artysty.
II.
Zakopiańskie Koło Towarzystwa Szkoły Ludowej rozsyła do wsi okolicznych — Bystrego, Olczy, Poronina, Białego Dunajca, Nowego Bystrego, Murzasichla, Ratułowa, Suchego Zębu, Witowa, Chochołowa, Koniówki i innych płaskie szafki, szczelnie zamknięte, o jednej ścianie wysuwanej. Każda z tych skrzynek posiada wewnątrz cztery półki, na których zmieści się mniej więcej setka tomów. Po upływie kilku miesięcy, od chwili otrzymania transportu, książki przeczytane przez dane osiedle zwraca się do biura zakopiańskiego Koła T. S. L. Tam skrzynkę naładowuje się nowym zasobem i przekazuje tejże Wiosce, podczas gdy dzieła wydobyte i umieszczone w innej szafce wędrują do wsi następnej, gdzie ich jeszcze nie było. Kierownik każdej z takich biblioteczek okrężnych, zazwyczaj nauczyciel ludowy, komunikuje wraz ze zwróconemi książkami sprawozdanie, wykazujące, jak często każdy z tytułów wypożyczane, ilu było czytelników, mężczyzn, kobiet, dorosłych, dzieci, — ilość dzieł przeczytanych i opinię, które książki czytano najchętniej. Ze sprawozdań takich, rok rocznie prowadzonych wynika, że dziełka popularyzujące, specjalnie pisane opowieści i t. p. nie znajdują chętnych czytelników, że wieś na Podhalu czyta przeważnie powieści historyczne Kraszewskiego, Jeża, Sienkiewicza i utwory Orzeszkowej. Niemal co do joty te same upodobania, — przy szczuplejszym zasobie zebranych danych wobec skromniejszego zakresu pracy, — zdarzyło mi się obserwować w Lubelskiem. Jeżeliby wnosić z tych dwu obserwacyi o ludowym guście do książki, to spostrzega się zjawisko, iż ci ojcowie literatury, którzy kilkadziesiąt lat temu uczyli zamiłowania do rodzimego piśmiennictwa, wtłaczali książkę polską do rąk warstwom zamożnym, — czynią teraz to samo w nizinach. Jeszcze raz należy pokłonić się nizko przed niestrudzonym oraczem Józefem Ignacym Kraszewskim, którego prosta socha, z klęka piastowskiego w pokorze i trudzie olbrzymim wyciosana, przeorała wszystkie nowizny polskie, słoneczne pagórki i nizkie, zatęchłe rozdoły. Dzieła Henryka Sienkiewicza Potop, Ogniem i mieczem, Quo vadis, Krzyżacy, W pustyni i w puszczy zawsze czarować będą wiejskiego czytelnika, lecz inne jego utwory «pod strzechy» się nie nadają (Bez dogmatu, Rodzina Połanieckich, Na jasnym brzegu i t. p.) Nie każda Orzeszkowej i Prusa wywiera tam wrażenie. Świetne utwory Adolfa Dygasińskiego Gody życia, Zając, Co się dzieje w gniazdach i inne, — pisma Maryi Konopnickiej, Wacława Sieroszewskiego, Wiktora Gomulickiego, Władysława Orkana, Wincentego Kosiakiewicza, Juliusza Kadena i innych znajdą zawsze chętnych czytelników na wsi. Lecz, czy powieści historyczne, pewien zasób informujących książeczek z zakresu nauk ścisłych, przeróbki i streszczenia, choćby najdoskonalej sporządzone, mogą zaspokoić wszystką ciekawość budzącej się inteligencyi ludowej? Czy cały zapas naszej strawy dla wiosek, który wraz z wieloma książkami niezupełnie odpowiedniemi obejmuje w sumie kilkaset tytułów, wystarczy ludziom ze wsi i z warsztatów, — zwłaszcza po tej wojnie? To też przy naładowaniu skrzynek biblioteki wędrownej dobrze sobie trzeba głowy nałamać, pragnąc na miejsce przeznaczenia wysłać same książki «dobre». Kierownicy poszczególnych czytelń okrężnych skarżą się na to, iż książki nie są «odpowiednie», nie podobają się i należytego zainteresowania nie budzą. Nie znajdując w literaturze polskiej, która zaczyna oto zdawać egzamin w obliczu swego ludu, owych książek «dobrych i odpowiednich», trzeba sięgnąć do literatur obcych, tłomaczyć arcydzieła, które już gdzieindziej proste umysły ogniem zachwytu objęły i biedne serca przyciągnęły ku sobie. Ciekawe zjawisko co do czytelnictwa warstw oświeconych i zamożniejszych można obserwować w Bibliotece Publicznej» w Zakopanem, gdzie się ujawnia, jakby przeciętna inteligencyi polskiej ze wszystkich ziem, z emigracyi, wszystkich warstw, koteryi i środowisk, — w jakości zapotrzebowania książek. Jakichże utworów domaga się publiczność najnatarczywiej, które czyta najchętniej? Gdyby stosować się ściśle do tego gustu publiczności, należałoby trzymać w zakopiańskiej bibliotece ramot najpospolitszych, najmniej wartościowych po kilkanaście egzemplarzy. Cóż jednak ma czytać poszukiwacz «nowości» w bibliotece publicznej, liczącej około dziesięciu tysięcy tomów? Jeżeli umie po francusku, lub po niemiecku, posiłkuje się temi językami dla poznania literatur obcych i korzysta z niewyczerpanego źródła nowości. Skoro ani jednego obcego języka nie posiada, albo nie umie go na tyle, żeby mógł czytać utwory literackie, zadowalnia się tem, co w języku naszym na miejscu nowego znajduje. Dorastająca młodzież psuje sobie oczy i smak, traci czas, osadza wrażliwość, pierwsze upodobania, myśli i uczucia w utworach miernych, nie zasługujących na czytanie, — że tak powiem, nieczytalnych, — gdyż nie mamy taniej, możliwie powszechnej, kompletnej, umiejętnie i nieposzlakowaną polszczyzną oddanej biblioteki arcydzieł literatury wszechświata. Były usiłowania, świetne inicyatywy i początki zaspokojenia tej potrzeby, jak «Biblioteka najcelniejszych utworów literatury europejskiej», «Chimera», «Simposion», »Muzy» i inne. Już inkunabuły krakowskie przeszczepiają na nasz grunt w roku 1521 Arystotelesa, Hezyoda, Cycerona, w roku 1527 Senekę, w 1530 Pliniusza, Plutarcha, Arystotelesa, Owidyusza. — Andrzej Glaber z Kobylina w roku 1535 wydaje po polsku «Problemata , a Malcher Kurzelowczyk w 1584 «Owidiusza, czyli przeciwko płomienistej milości». Petrycy na początku siedemnastego wieku podaje Etykę, Politykę i Ekonomikę Arystotelesa. Jan Kochanowski przekłada i naśladuje Horacego, oraz odtwarza trzecią pieśń Iliady. Piotr Kochanowski przed rokiem 1620 wykańcza (bez 115 strof) przekład «Orlanda Szalonego» Aryosta. Po francuskiem, angielskiem i hiszpańskiem, a przed niemieckiem, jest to czwarte z rzędu odtworzenie arcydzieła, a choć na widok publiczny ukazało się dopiero we dwa wieki później, niemniej jednak świadczy dobrze o poziomie owoczesnej kultury polskiej. Mieliśmy tłomaczów niestrudzonych, jak Jacek Przybylski, który dał Iliadę, Odysseję oraz Hezyoda Prace i dni. Oprócz niego odtwarza Homera cały szereg pisarzów: — Stanisław Staszic, Franciszek Salezy Dmochowski, Paweł Popiel, Oswald Balzer, Teofil Zięba, Jan Czubek, Józef Szujski, Lucyan Rydel, Antoni Bronikowski, Lucyan Siemieński, Józef Dunin Borkowski, Cypryan Norwid. Dyamentową koroną tych usiłowań jest czarodziejski urywek przekładu Juliusza Słowackiego. Olbrzymią pracę przełożenia tragików greckich wykonał Zygmunt Węclewski. Teraz tenże trud podejmuje znowu Jan Kasprowicz. Arystofanesa tłomaczą: Marceli Motty, Józef Szujski, Franciszek Konarski, Kazimierz Kaszewski, Cięglewicz i Bohdan Butrymowicz. Horacy znajdował cały szereg odtwórców od Sebastyana Petrycego i Jana Kochanowskiego aż do Henryka Sienkiewicza. Tłomaczyli go: — Julian Ursyn Niemcewicz, Jan Libicki, Onufry Korytyński, Adam Naruszewicz, Franciszek Dyonizy Kniaźnin, Franciszek Zabłocki, Marcin Matuszewski, Jacek Przybylski, Adam Stanisław Krasiński, Antoni Moszyński, Teodor Narbutt, Marceli Motty. Owidyusz (po Malcherze Kurzelowczyku) ukazywał się w przekładach Jakuba Żebrowskiego (1636), Walerego Otwinowskiego (1638), Stanisława Chróścińskiego (1695), Jacka Przybylskiego, Benedykta Hulewicza, Brunona Kicińskiego i innych. Możnaby tutaj bibliograficznie powołać i uprzytomnić szereg rozproszonych urywków niemal każdego z pisarzów starożytnych. Nad przyswojeniem literatur nowoczesnych pracowano, oczywiście, daleko usilniej. Te dzieła, fragmenty i pojedyńcze wiersze rozrzucone są po czasopismach, których w większości wypadków odszukać niepodobna, — figurują zaledwie w najzasobniejszych bibliotekach, albo toną tam i sam w kurzu antykwarni. Niewiele posiadamy z przebogatej literatury angielskiej. Jan Kasprowicz w zbiorze przekładów swych p. t. «Poeci angielscy» podał szereg utworów od Geoffrey Chaucer’a aż do Williama Yeats’a. Znajdujemy tam krótsze lub dłuższe utwory Filipa Sidney'a, Edmunda Spencera, Krzysztofa Marlowe’a, Williama Shakespeare’a, Józefa Addison’a, Tomasza Chatterton'a, Williama Blake’a, Roberta Burns’a, Tomasza Moore’a, Williama Wordsworth’a, Samuela Coleridge’a, Jerzego Byron’a, Percy Shelley’a, Johna Keats’a, Tomasza Hood’a, Alfreda Tennyson’a, Felicyi Hemans, Letycyi Landon, Karoliny Norton, Elżbiety Barret Browning, Roberta Browning’a, Dantego Gabriela Rosetti, Karola Swinburne’a, Roberta Bridges’a, Oskara Wilde’a, Eryka Mackay’a, Williama Watson’a, Ryszarda le Gallienneh, Williama Yeats'a. Przeważająca większość pism tego szeregu twórców ukazała się po „raz pierwszy w szacie słowa polskiego, a pracę ich częstokroć reprezentuje krótki . Z bujnej poezyi dramatycznej, poprzedzającej lub otaczającej działalność pisarską Shakespeare’a, Jan Kasprowicz wydobył i wydał osobno Fausta Krzysztofa Marlowe’a. Nie mamy w przekładach dramatów Beumont’a, Fletchera, Ben Johnson’a, Webstera, Massinger'a, Ford’a, Middleton’a, Heywood’a. Szczególnie dramaty ponurego Webstera, jak Duchess Malfi i Vittoria, odtwarzające z genialną potęgą głębie natur szatańskich i rozpasanych, dopraszają się o tłomaczenie. Shakespeare znajdował u nas licznych odtwórców. Wykaz i sprawiedliwą ocenę przekładów jego dzieł można znaleźć przy końcu znakomitej «hamletologii», poprzedzającej tekst i wykład Hamleta przez Dr. Władysława Matlakowskiego. Ostatnimi czasy Artur Górski świetnie oddał sonety Shakespeare’a. Nie posiadamy, o ile wiem, nic z dzieł Francis’a Bacon’a. Miltonowski Raj utracony przełożył Jacek Przybylski, a Franciszek Ksawery Dmochowski Edwarda Younga Night-thouglhs oraz kilka ułamków Miltona. Oprócz Nocy były przełożone inne utwory Yonng’a, jak Listy moralne, tragedya Mściwość i poemat Foanna Gray. Głośny swego czasu utwór Wawrzyńca Stern’a Sentimentale journay tłomaczono trzykrotnie i wydano ozdobnie w «Skarbcu arcydzieł». Z dzieł Tomasza Carlyle’a posiadamy tylko Sartor Resartus w tłomaczeniu Sygurda Wiśniowskiego. Dwukrotnie przełożono Representative men Ralfa Waldo Emmersona. Pierwszy przekład Józefa Siellawy wyszedł w r. 1872, drugi ukazał się w r. 1909. Natomiast inne utwory Emmersona np. Conduct of life i umieszczone w zbiorze Poems nie są tłomaczone. Maryan Olszewski wydał w «Simposionie» Wybór dzieł. William Blake po raz pierwszy ukazał się w zbiorze Jana Kasprowicza. Znajdują się tam cztery utwory liryczne i poemat Tiriel. Nie podjęto dotychczas przekładu innych utworów tego przedziwnego pisarza, zebranych w wyborze The poetical works (1905 r.), ani nie ukazano nigdy jego prac rytowniczych. Pisma Walter Scotta miały bardzo licznych tłomaczów. Poeci jezior — Wordsworth, Southey i Coleridge zupełnie są W Polsce nieznani. Z całej twórczości Samuela Coleridge’a jeden wierszyk przełożył niegdyś Władysław Syrokomla. Dopiero obecnie piękny przekład Jana Kasprowicza Pieśni o starym żeglarza odtwarza utwór mistrza tej grupy. Natomiast Lord Byron był po Shakespearze najczęściej na nasz język przekładany, — od Adama Mickiewicza, aż do Feliksa Jezierskiego i Edwarda Porębowicza. Mamy przekłady Byrona przez Antoniego Edwarda Odyńca, Korsaka, Michała Chodźkę, Krystyana Ostrowskiego, Brunona Kicińskiego, Morawskiego, Baworowskiego, Bojanowskiego, Paygerta i innych. — Edgara Poego tłomaczono również obficie, ale nie bardzo szczęśliwie. O jednym z takich fabrykatów można było czytać w Chimerze opinię tej treści: «Geniusz Poego przegląda przez ten przekład, jak słońce przez mierzwę». Inny przeklad «Nowel o miłości», dokonany przez Gustawa Beylina i zaopatrzony nawet w dedykacyę tego tłomacza (na utworach Poegol): «Tobie, któraś sprawiła, że myśli najbardziej szalone rzeczywistością stać się mogły i t. d.», — kwalifikuje się do gorszej jeszcze kategoryi pretensyonalnych czupiradeł, pełnych błędów wszelakiego gatunku w każdem niemal zdaniu. — Tomasza Moore’a tłomaczyli: A. E. , Kułakowski, Korsak, Paygert, W. Malecka i inni. — Nieznane nam są dzieła Henryka Longfellow’a i Algernona Karola Swinburne’a. Dopiero Jan Kasprowicz dał w Chimerze przekład Laus Veneris ostatniego. — Epipsychidion Percy Shelley’a przełożony był dwukrotnie (przez Feliksa Jezierskiego i Jana Kasprowicza). Ci dwaj pisarze przetłomaczyli również Prometeusza zozpętanego (Jezierski) oraz Sweefoot the tyrant, The Cenci, Alastor, Adonais, elegię na zgon Johna Keats’a, (która powinna być pilnie odczytywana przez rozmaitych «krytyków» w Polsce), Odę do zachodniego wiatru (Kasprowicz). Nie mamy przekładu wielkiego poematu Loan and Cythna, tej wspaniałej «wizyi dziewietnastego stulecia», wzniosłej pieśni ludów i warstw ujarzmionych, Mask of anarchy, dramatu lirycznego Hellas, rozpraw, opowieści prozą, wierszy lirycznych, istnych kwiatów, pachnących wiecznie tego wieszcza wolności, serca serc ludzkich. — W zbiorze Jana Kasprowicza mamy tłomaczenie poematu Johna Keats’a Hyperion. Niema tedy jeszcze poematów Endymion, Lamia, Isabella, wierszy lirycznych, niema nawet w przekładzie polskim sonetu tego geniusza, zgasłego przedwcześnie, na cześć Kościuszki. — Z Walta Whitman’a Józef Jedlicz tłomaczył kilka utworów. — Jan Kasprowicz przełożył i wydał osobno dramat Roberta Browninga Na balkonie. W Chimerze był przekład obrazów dramatycznych p. t. Pippa pases. W zbiorze «Poeci angielscy» mamy trzy wiersze liryczne. Nie posiadamy po polsku ani jednego z poematów filozoficznych Browninga, sielanek dramatycznych, idyl, liryk, dzieł, jak Giuseppe Caponsaccki, Men and women, Pacchiaratto, Aristophanes apology, idyls i innych, które w Anglii i Ameryce budzą taki zachwyt, roztrząsane są w specyalnem stowarzyszeniu i W piśmie p. t. Papers for the Bzowming society. Nie mamy przekładów poezyi Roberta Alfreda Tennyson’a i tylu innych. Na popularność Karola Dickens’a wskazuje długi szereg przekładów jego powieści, zaczynając od tłomaczeń Franciszka Salezego Dmochowskiego, a kończąc na dokonanych ostatniemi czasy, jak Domobi i Syn. — Williama Thakeray’a przełożono Snoby, Targowisko próżności i Wioska nad morzem. — O ile mi wiadomo, ani jeden utwór Jerzego Meredith’a nie jest na polskie przełożony. Nie mamy jego Poems and lyrics, ani Ballads and poems, ani powieści. Natomiast zapewne wszystkie utwory Oskara Wilde’a, Rudyarda Kipling’a, Johna Ruskin’a są przetłomaczone, oraz wiele powieści Wells’a, jedna Chesterton’a i t. d. Nie są w całości przetłomaczone świetne utwory naszego rodaka Conrada-Korzeniowskiego, które, — gdyby je odtworzono z równem oryginałowi mistrzowstwem, — nadzwyczajnie uzupełniłyby literaturę naszą lądową obrazami oceanów, wysp w dalekich morzach drugiej półkuli, lądów podzwrotnikowych, ludów o skórze czarnej, ciemnej i żółtej, — wchłoniętemi przez niepospolity intelekt i wydanemi z genialną mocą tego znawcy wszelakich spraw panów i niewolników na ziemi — i dobrego polskiego patryoty. Literatura francuska daleko obficiej uwydatniona jest w przekładach wskutek powszechnej znajomości języka. Dotąd nie posiadamy pism Pascala (Myśli o roztropności przełożył Alex. Hurko). — Dopiero ostatniemi czasy Tadeusz Żeleński przełożył Villon’a, Rabelais’egoi Montaigne’a — Corneill’a Cyda tłomaczył już Jan Andrzej Morsztyn. Ludwik Osiński dał Cyda powtórnie, oraz Horacyuszów i Cynę. — Racine'a po raz pierwszy tłomaczył Stanisław Morsztyn, mianowicie Andramachę. Później Wincenty Kopystyński przełożył powtórnie tenże utwór, oraz Brytannika, Berenike, Mitrydata, Ifigenię, Fedrę i Atalię. Oprócz wymienionych wyszły następujące przekłady Racine’a: Ignacy Moll przełożył Berenikę, Walenty Zembrzuski Brytanikę, Ksawery Chomiński Fedrę, Adam Rzyszczewski Ifigenię, Franciszek Godlewski Tebaidę. — Moliera tłomaczył cały szereg pisarzów, poczynając od Urszuli Radziwiłłowej. a kończąc na Tadeuszu Żeleńskim, więc Bohomolec, Zabłocki, Franciszek Salezy Dmochowski, Kazimierz Zalewski, Wacław Szymanowski, Lucyan Rydel. — Bossueta wyszły w tłomaczeniu ks. Z. Linowskiego Uwagi nad historyą powszechną, oraz Kazania i Mowy pogrzebowe. — Karola Montesquieu wydano Uwagi nad przyczynami upadku rzeczypospolitej rzymskiej, Kościól knidyjski, oraz Listy perskie — trzykrotnie. — Dzieła Voltaire’a tłomaczono wielokrotnie: — Alzyrę tłomaczył Ad. Jankowski, Dzieje Karola XII Augustyn Kadyi, Henryadę tłomaczyli i wydali trzykrotnie ks. Jan Kanty Chodani, Euzebiusz Słowacki i Ignacy Dembowski, tragedyę Meropa Jan Drozdowski, Poema o zapadaniu Lizbony, Stanisław Staszic, Rzym przez Pawła Czajkowskiego przełożony wyszedł dwukrotnie, Semiramis tłomaczył Benedykt Paszkiewicz, Sierotę Chińskiego Jerzy Radowiecki, Śmierć Cezara wydano dwukrotnie, Zadyka w przekładzie Kajetana Węgierskiego wydano cztery razy, Zairę przełożył Konstanty Wolski. — Jana Jakóba Rousseau nie posiadamy po polsku. Niema Nowej Heloizy, Emila i t. d. Jedynie Pigmaliona tłomaczono po dwakroć, mianowicie Jan Baudouin w r. 1777 i Kajetan Węgierski w 1879. Uwagi nad rządem polskim tłomaczył Wojciech Turski. Wyszły również po polsku: O początku i zasadach nierówności pomiędzy ludźmi, O wolności człowieka i t. d. — Tylko urywki pism Diderota, d’Alembert’a, Andrzeja Chenier’a. Tadeusz Żeleński przełożył Niebezpieczne związki Lanclos'a. — Franciszka Chateaubriand’a Pamiętniki tłomaczyli: — Leon Rogalski i Oskar Stanisławski, Podróż do Jerozolimy Franciszek Salezy Dmochowski, Atalę — Skimborowicz, René — W. Zakrzewski. — Wiktora Hugo — Angelo przełożył Władysław Dobkiewicz, Burggrafowie Kazimierz Kaszewski, Człowiek śmiechu — Felicyan Faleński, Han z Islandyi — Jan Tański, Ernani — S. Bernatowicz, Notre-Dame — M. Skotnicki, Król się bawi — Władysław Sabowski, Legenda wieków — Adam Pług, Apollo Korzeniowski i Klemens Podwysocki, Marya Tudor I. Gurewicz i Felicyan Faleński, Pracownicy morza — Felicyan Faleński, Sulicki i W. Górski. Wybór poezyi — Bruno Kiciński, Historya zbrodni — Józef Śliwiński. — Alfreda de Vigny, Chatrtoua tłomaczyli: Apollo Korzeniowski i Krystyn Ostrowski, romans Henryk d’Effiat — E. F. Górski, Madame de Soubisse — Bronisława Ostrowska (w zbiorze «Liryka francuska»). — Z pism Alfonsa Lamartine’a posiadamy Dumania poety, tłomaczone przez Dominika Lisieckiego, Rafael przez Porajskiego, Nowe pamiętniki przez Józefa Ignacego Kraszewskiego, Wspomnienia przez Olechowskiego, Zwierzenia przez Leona Rogalskiego i poemat Jocelin przez Adama . Alfreda de Musset wyszły: — dramat Karmazyna, Andrea del Sarta, Poezje (Wybór pism w roku 1890) przez B. L., Spowiedź dziecięcia wieku w przekładzie L, Kaczyńskie i szereg utworów drobniejszych w tłomaczeniu Felicyana Faleńskiego, Wacława Przybylskiego, Mellerowej i innych — Teofila Gautier przełożono powieść Kapitan Fracasse, Romans mumii i kilka wierszy. — Z utworów Leconte de Lisle’a, Karola Baudelaire’a, Sully Prudhomme’a, Teodora Banville’a, Leona Drieux, Ludwika Ksawerego de Ricard, José Maria de Heredia — po kilka utworów przełożyła Bronisława Ostrowska w zbiorze Liryka Francuska». Brak kompletów trzech arcymistrzów romansu nowoczesnego: — Stendhala, Flauberta, Balzaca. Tylko niektóre utwory tego klasycznego zespołu posiadamy: — Czerwone i czarne w przekładzie Maryi Ostoi Sadowskiej, La Chartreuse de Parme, O miłości — w tłomaczeniu Stanisława Lacka. Brak świetnych nowel, życiorysu Napoleona i innych pism Stendhala. Flauberta Kuszenie świętego Antoniego przełożył Antoni Lange, Madame Bovary — (z błędami językowemi) Jan Iwieński. — Balzaca przetłomaczono: Kobieta trzydziestoletnia, Gabinet starożytności, Eugenia Grandet, Ojciec Goriot, Lekarz wiejski, Ubodzy krewni, Szuanowie. Znajdzie się tłomacz i chętny nakładca, starczy pieniędzy, papieru i druku dla uzmysłowienia nam tajemnic Wydrążonej iglicy Gastona Leroux, ale niema tego wszystkiego, gdy chodzi o Vie de Napoléon, l'Education sentimentale, Le lys dans la vallée, La recherche de l’absolu i tyle innych genialnych dzieł Flauberta, Stendhala i Balzaca. — Powieści George Sand'a, Eugeniusza Sue’ego, Gaboriau, a nawet Paul de Kocka, Emila Zoli, Guy de Maupassant’a Feuilleta, Ohnet’a Daudet’a, Prevost’a, Anatola Franceia, Pawła Bourget’a, Karola Huysmansya i wielu innych były przełożone na nasz język. — Barbey d’Aurevilly, De Villiers de l’Isle Adam dopiero ostatnimi czasy znaleźli doskonałych odtwórców: Zenona Przesmyckiego, Lucyana Rydla i Leona Choromańskiego. Z nowocœsnej poezyi tłomaczono dosyć obficie. Wybór pism Maurycego Maeterlincka przełożył i wstępem krytycznym poprzedził Zenon Przesmycki. Oprócz tego wydano Pisma tegoż pisarza w czterech tomach (Warszawa 1903). Poszczególne utwory przyswoili: M. Birnbaum, Stanisław Brzozowski, Wanda Dalecka, Z. Bytkowski, Jan Kasprowicz, Bronisława Ostrowska, Zygmunt Sarnecki, Stanisław Womela i inni. — Emila Verhacren’a tłomaczyli: W. Kościelski, Ligocki, Marya Markowska. Antoni Lange, Bronisława Ostrowska, K. Wize, K. Rychłowski. — Pawła Verlaine’a: Stanisław Brzozowski, Edward Ligocki, Helena Statler, S. Kamieński, Miriam, A. Łada, Bronisława Ostrowska, B. Beaupré, Adam Stodor, Jerzy Żuławski. — Jerzego Rodenbacha: Wincenty Brzozowski, Ludwika Kalenkiewiczowa, Z. Szuster. — Artura Rimbaud: K. Rychłowski, Zdzisław Witmir, Bronisława Ostrowska Jan Kasprowicz. — Henryka de Regnier: Antoni Lange, K. Rychłowski, Bronisława Ostrowska, Zuzanna Rabska, Zenon Przesmycki. — Jana Moréas'a: K. Rychłowski, Bronisława Ostrowska, Stanisław Miłaszewski, Wincenty Brzozowski, Władysław Kościelski, Stieber. — Stefana Mallarmé: Antoni Lange, Zenon Przesmycki, Bronisława Ostrowska. — Juliusza Laforgue’a: Marya Komornicka, Mirandolla. — Gustawa Kahn’a: Ostrowska. — Pawła Forta: Bronisława Ostrowska. Viele-Griffin’a: Antoni Lange i Bronisława Ostrowska. — Franciszka Jammes’a: K. Rychłowski i Bronisława Ostrowska. Nie mamy przekładów pism Pawła Claudeł’a, ani Cinq grandes Odes, ani Tête d’or, La ville, ani wreszcie arcytworu Cette heure qui est entre le printemps et l’été, który zawiera hymn na cześć Polski, nie teraz, kiedy odwalił się kamień grobowy naszej niewoli, lecz wówczas przed jakiemiś dziesięcioma laty, gdy o nas nie mówił nikt na ziemi prócz tego wielkiego i szlachetnego poety. «Boską Komedye» Dantego przełożył w całości Julian Korsak, później A. Stanisławski. Obecnie przełożył dzieło Edward Porębowicz. Częściowych przekładów dokonali: Adam Mickiewicz, J. I. Kraszewski, Adam Asnyk, Felicyan Faleński. Vita nuova przełożył Gustaw Ehrenberg. Obecnie Artur Górski. Sonety Felicyan Faleński. — Torąuata Tassa komedyę Amyntas tłomaczył Zbigniew Morsztyn, Jerozolimę Wyzwoloną Piotr Kochanowski. Przekład ten był wydany siedm razy — w r. 1618, 1651, 1687, 1772, 1820, 1826, 1860. Istnieje drugi przekład tegoż poematu, dokonany przez Ludwika Kamińskiego i wydany w r. 1846. — Ariosta Orland Szalony w przekładzie Piotra Kochanowskiego po raz pierwszy częściowo wydany w r. 1799 przez Jacka Przybylskiego, ukazał się w całości teraz dopiero. Utwory Franciszka Petrarki częściowo tłomaczyli: Dobkiewicz, Felicyan Faleński, Aleksander Groza, Ignacy Hołoniewski, Jan Nepomucen Jaśkowski, Bohdan Zaleski i inni. — Boccacia Decameron tłomaczył Władysław Ordon. — Macchiavelli’ego Traktat o księciu Antoni (1868). Innych pism Machiavelli’ego nie posiadamy w przekładzie polskim. Niema również komedyi Aretina, — Rime i Prose Piotra Bembo. II libro del Cortegiano Baltazara Castigliona nasunął Łukaszowi Górnickiemu myśl napisania Dworzanina. — Niektóre sonety Vincenza Filicai tłomaczył Felicyan Faleński. — Wojciech Bogusławski przełożył dramat Wiktora Alfieri’ego Saul. Dramat ten, a później Filip Drugi i Wirginia były wystawione w teatrze polskim Bogusławskiego. Innych dramatów Alfieri”ego, jak Agamemnon, Antygona, Ameryka Wyzwolona i t. d. nie posiadamy w tłomaczeniu na nasz język. — Powieść Aleksandra Manzoni’ego I promessi sposi była dwukrotnie wydana w tłomaczeniu Wacława Szymanowskiego i M. Obrąpalskiej. Inne utwory tego pisarza, jak Inni sacri nie były tłomaczone. — Hugona Foscolo przełożono na polskie Listy Jakuba Ortis, lecz najsilniejszy poemat Sepolcri nie został odtworzony. — Edward Porębowicz wydał przed laty swój świetny Wybór pism Leopardi’ego, a Józef Ruffer w «Simposionie» ogłosił Myśli tegoż poety. Mamy spolszczoną jednę powieść Cezara d’Azeglio Nicolo di Lapi. — Z Całej twórczości Giosué Carduci’ego, wieszcza Włoch zjednoczonych, posiadamy w doskonałym przekładzie Zenona Przesmyckiego Wybór pism, oraz Hymn do szatana (ze zbioru Decennalia) w Chimerze, krótki wiersz liryczny Zielona jabłoń granatu, mistrzowsko oddany przez Józefa Ruffera. Ody barbarzyńskie w przekładzie Julii Diksteinówny. — Anna Bronisławska świetnie przełożyła wybrane poezye Giovanni’ego Pascoli’ego w Chimerze.— Poezye Ady Negri, p. t. Niedola i burze ukazały się w przekładzie Maryi Konopnickiej. — Pisma Gabriela d’Annunzio’a, Edmunda Amicis’a, Antonia Fogazzaro, Matyldy Serao, Roberta Bracco, Anny Vivanti były skwapliwie tłomaczone na nasz język. — Nieznane są wcale pisma filozoficzne i krytyczne Benedetta Croce’go, pod których wpływem zostawała umysłowość włoska czasów ostatnich przed wybuchem rewolucyi futurystycznej. Tej głównem zadaniem było obalenie uroku d’Annunzia i Croce’go. Nieznani nam są zdolni poeci futurystów, jak Palazzeschi. Pisma Giovanni Papini’ego i Ardengo Soffici’ego tłomaczył W. Rzymowski. Znajomość literatury niemieckiej, idąca w ślad za rozpowszechnieniem języka, przez urząd i szkołę wdrażanego w Poznańskiem, a w Galicyi szerzącego się samorzutnie, wywarłszy oddawna silny a jednostronny nacisk na umysłowość i wrażliwość polską, skłoniła licznych tlomaczów do przeszczepiania Wybitnych dzieł piśmiennictwa niemieckiego na naszą glebę. Od Adama Mickiewicza, który z pism dwu twórców siedemnastego wieku, Jana Scheffera, zwanego Aniołem Ślązakiem, i Jakuba Böhme’go wysnuł swe głębokie «Zdania i uwagi», aż do ostatniego nabytku Alraune Hansa Heinza Ewersa, zaznacza się to nieustanne oddziaływanie. Oprócz czynników mechanicznych, wzmożeniu się wpływu niemieckiego na ducha, literaturę a nawet na język polski sprzyjał romantyzm, z Niemiec przeważnie czerpiący soki, — rozwój idei filozoficznych, wysoki poziom nauki, a w ostatnich czasach techniki niemieckiej. Upadek państwa i romantyzm, — to dwa najsilniejsze uderzenia, które silnie wstrząsnęły ciągłość wielkiej pracy przeszczepiania kultur literackich dalszego zachodu i południa na ziemie Rzeczypospolitej. Messyada, poemat Bogumiła Klopstocka przełożony został przez J. A. Jaślikowskiego. Jedną pieśń tego poematu tłomaczył Michał Kołpaczkiewicz. Poemat dramatyczny Lessinga Natan przetłomaczyła Rozalia Saulson, a Wojciech Bogusławski w ogromnym zbiorze swych tłomaczeń wydał Emilię Galloti. — Z dzieł Krzysztofa Wielanda Wiktor Baworowski przełożył Oberona, Anna Mostowska powieść Posąg i salamandra, J. Wakomski romans Agaton, John of Dycalp (Placyd Jankowski) Uczucie chrześcijanina, Rościszewski powieść p. t. Wędzidło muła (Wydanie w stu egzemplarzach). — Józef Bychowiec przetłomaczył Pomysły do filozofii dziejów rodu ludzkiego Jana Gottfryda Herdera. — Wyszło po polsku naśladowanie Jean Paula (Richtera) p. t. Bolesław Krwawobój. — W tomie 9 i 10-tyin «Skarbca arcydzieł» Adam Grąbczewski wydał utwór Ludwika Tiecka Vittoria Accombroni. — Dzieła Göthego tłomaczyli następujący nasi pisarze: Wiktor Baworowski, Karol Brzozowski, Adam Gorczyński, Marya Ilnicka, Ludwik Jenike, Feliks Jezierski, — ostatnio Stefan Frycz wydał «Wybór prozy» w «Simposionie». — Dzieła Fryderyka Schillera miały najliczniejszych bodaj tłomaczów w naszem piśmiennictwie. Ballady i pieśni wydał J. N. Kamiński, Ballady i poezye Adam Gorczyński, dzieła dramatyczne w czterech tomach Michał Budziński, Dziewicę Orleańską Andrzej Brodziński. Poszczególne utwory odtwarzali: August Bielowski, Kazimierz Brodziński, Julian Bogucki, Józef Dunin Borkowski, Walenty Chłędowski, Klemens Bogucki, Bruno Kiciński, Julian Korsak, Piotr Lebrun, Adam Mickiewicz, J. D. Minasowicz, Antoni Edward Odyniec, Józef Paszkowski, Bohdan Zaleski, Teodor Żerdziński, B. J. Trentowski, Ludwik Kamiński, J. B. Dziekoński, F. Miłkowski i innych. — Dzieła Henryka Heinego miały również nader licznych tłomaczów, jak Adam Mieleszko-Maliszkiewicz, L. , Aleksander Kraushar, Adam Asnyk, Karol Brzozowski, Ksawery Godebski, J. Kapliński, Roman Karpiński, Adam Paygert, Jan Zacharyasiewicz, Felicyan Faleński, Maryan Gawalewicz, Czesław Jankowski, Józef Jankowski i wielu innych. — Marya Konopnicka wydała w «Bibliotece najcelniejszych utworów» swój przekład poematu Pawła Heyse’go p. t. Dziecię wieszczek. — Tłomaczono skwapliwie powieści Fryderyka Spielhagena, — Dietrich Grabbe nie miał szczęścia do tłomaczeń na język polski; pierwszy Wacław Berent wybornie przełożył jego Żart i głębsze znaczenie (w «Chimerze»). Dramaty Don Juan und Faust, Hannibal, Marius und Sulla czekają na odtwórcę. — Fryderyk Hebbel dopiero ostatnimi czasy począł budzić żywsze zainteresowanie. Karol Irzykowski wydał o tym pisarzu studyum, oraz przełożył jego Dzienniki (w «Simposionie»). Przełożono również dwa dramaty — Juayta i Marya Magdalena, (ostatni wyszedł dwukrotnie). Pozostają do przetłomaczenia: Genovefa, Julja, Herodes und Marianne, Agnes Bernauer, Michelangelo, Gyges und sein Ring. — Władysław Oidon przełożył powieść poetycką Roberta Hammerlinga Ahaswerus w Rzymie. — Nie mamy przekładów poezyi Karola Körner’a, Mikołaja Lenau’a, Detlev von Liliencron’a, Ferdynanda Freiligrath’a, Jerzego Herwegh’a, Augusta Platen’a. W wydawnictwie Piotra Chmielowskiego i Edwarda Grabowskiego p. t. «Obraz literatury powszechnej w streszczeniach i przekładach» znajdują się urywki różnych utworów. Nie posiadamy dotąd w przekładzie najwybitniejszych dzieł Fichtego, Hegla, Scheliinga. Piotr Chmielowski przełożył Immanuela Kanta, Krytykę rozumu. Jedynie Fryderyk Nietzsche dostał się w ręce odtwórców powołanych i ukazał prawie w całości swego dzieła. Tłomaczono i wystawiano na naszych scenach Gerharda Hauptmana, Hermana Sudermanna, Wedekinda, Schnitzlera. Zenon Przesmycki i Stanisław Wyrzykowski tłomaczyli niektóre utwory Hugona von Hoffmanstahl’a (w «Chimerze»), Stanisław Przybyszewski Momberfa i Schlaffa. Z literatury hiszpańskiej nieliczne posiadamy dzieła w tłomaczeniu na nasz język. Calderona de la Barca Lekarza swego honoru przełożył J. Kamiński (1827), Juliusz Słowacki Księcia niezłomnego, Karol Baliński Kochanków nieba, Bolesław Wiktor Budziński Czarnoksiężnika, Chłopicki komedyę Alkad z Zalamei, Józef Szujski Życie snem. Edward Porębowicz wydał w książce zbiorowej pięć dramatów Calderona. — Lope de Vega wydano w r. 1830 komedyę p. t. Don Felix de Mendoza. — Don Quixota Cervantes’a tłomaczono dwukrotnie: Franciszek Podoski w r. 1786 i W. Zakrzewski w 1855. W wydawnictwie «Muzy» Zdzisław Milner ogłosił Novellas exemplares. Stanisław Miłaszewski świetnie przełożył Don Juana Zorilli. O nowoczesnej literaturze hiszpańskiej słabe do nas dochodzą echa. Z literatury portugalskiej posiadamy przekład Os Lusiades Ludwika Camoens’a dokonany w r. 1791 przez Jacka Przybylskiego i drugi Adama M-skiego z r. 1890 p. t. Luzyady. Literatury północne bardziej, niż inne, zostały nam przez tłomaczów udostępnione. Corregio, dramat Adama Oelenschägera przełożył Bolesław Wiktor Budziński. — Hansa Chrystiana Andersena tłomamaczono wielokrotnie — H. Feldmanowski, Lewestam i inni. — Soren Kierkegard’a przełożono w «Życiu» Dziennik uwodziciela, a w «Chimerze» utwór Trwoga i drżenie. — W «Symposionie» ukazał się «Wybór pism» tego autora w przekładzie i z. przedmową Dra M. Bienenstocka. Ibsen, Björsen, Bang, Ola Hanson, Knut Hamsun, Arne Garborg, Jonasz Lie, figurują w naszych bibliotekach, katalogach i na wystawach księgarskich. Również pisma Augusta Strindberg’a były tłomaczone pilnie na nasz język. Ostatniemi czasy baczną uwagę tłomaczów budzą pisma Selmy Lagerlöf. Po odejściu na wieczne czasy moskali z ziem polskich, po odtrąceniu ich inwazyi na nasze prawo, ducha, szkołę, język, można będzie zacząć mówić spokojnie o literaturze rosyjskiej. Znana ona jest w oryginale i najszczegółowszych przejawach byłym uczniom szkół Królestwa, Litwy, Wołynia i Podola. Poznańskie i Galicya z felietonów gazet bardziej zna Mereżkowskiego, Gorkiego, Andrejewa, Kuprina, Arcybaszewa, a nawet Lejkina, niż poezyę Puszkina, Lermontowa, Odojewskiego, Wiaziemskiego, Aleksego Tołstoja, — niż wielką twórczość Dostojewskiego, którą krytyk francuski Suarez stawia na pierwszem miejscu w szeregu prac ducha nowoczesnej ludzkości, — niż pisma Tołstoja, Turgieniewa, Szczedryna, Gonczarowa, Wsiewołoda Garszyna. To, co jest w tej literaturze objawem głębokiego piękna, odruch antyrealistyczny, dzieła Konstantego Balmonta, Wiaczesława Iwanowa, Andrzeja Biełego, oraz nowelistyka najnowszej doby, jak np. Sergjusz Auslender, dopiero czeka na swego odtwórcę w języku polskim. Ostatnimi czasy bardzo wiele tłomaczono z nowoczesnej literatury rosyjskiej. My, cośmy rękoma wielkiego budowniczego nowoczesnej Polski w «Kursie literatur słowiańskich» wznieśli genialnie powziętą i tytaniczną siłą podźwignioną świątynię powszechności narodów słowiańskich, niewiele dziś wiemy, jeżeli wnosić z ilości dokonanych przekładów, o życiu duchowem każdego z tych narodów. Jedynie piśmiennictwo czeskie, od królodworskich i zielonogórskich falsyfikatów Wacława Hanki, które w Lucyanie Siemieńskim znajdowały świetnego tłomacza, — aż do odtworzeń poezyi Jerzego Karaska w «Życiu» krakowskiem, znajdowało u nas niejakie odbicie. Poezye Jana Kollara, Ładysława Czelakowskiego, Karola Machy, Wacława Fricza, Jana Nerudy, Jarosława Kvapila, Jarosława Vrchlickiego, Bożeny Nemcowej, Machara i Hajeka znajdowały tłomaczów w urywkach i wyjątkach. Bronisław Grabowski i Zenon Przesmycki byli najpracowitszymi odtwórcami u nas literatury czeskiej. Szczególniej ostatni wydaniem dwu wielkich tomów pism Juliusza Zeyera i tłomaczeniami Vrchlickiego dał wzór tej pracy. Pisma Chorwatów, Serbów, Słoweńców, Ukraińców ukazują się czasami w naszych wydawnictwach. Z tego przydługiego, a dorywczo skreślonego bibliograficznego wyciągu, który nie rości sobie pretensyi do ścisłości, ani do wyczerpania poruszonej sprawy przekładów, wynika przecież oczywistość faktu, iż suma pracy już dokonanej w zakresie tłomaczeń z obcych języków jest ogromna. Odtwórca polski czerpie ze wszystkich kultur i czasów. Tuż przed wojną i w czasie wojny podjęto przekłady wielkich poematów wschodu, opracowane przez — Antoniego Langego i Stanisława Michalskiego. Jakieś wielkie ogarnia wzruszenie na widok niezmordowanej, ciągłej, nieustającej ani na chwilę pracy tylu jednostek, symplistów, talentów i geniuszów, a pracowników jednego znaku, znoszących wciąż i ze wszech stron do rodzinnego domu skarby ducha. Wszyscy ci ludzie, których nazwiska przewinęły się przez powyższe kartki, — a częstokroć w ukryciu i bezimiennie, — pracują dla jednego wspólnego celu, jakby zmówiwszy się przed wiekami, wczoraj i dziś, we wszystkich momentach doli i niedoli plemiennego trwania, — dla zbogacenia duszy «późnego wnuka». Dziś, gdy mamy szczęście najwyższe, jakie mogło być dla Polaka, oglądania własnemi oczyma odsłaniającej się ziemi Hanaan, wyśnionej krainy wolności, należałoby dźwigać się i stawać wraz we wszystkich dziedzinach, a więc i w tej, — zbiorowego, wielkiego dzieła odgrzebania i odsłonięcia w całym ogromie pracy tylu służebników, która zanurzona jest w niepamięci, poniewiera się w rozproszeniu i nieużytecznie marnieje. Mogliśmy ukazać samym sobie Aryosta, przełożonego artystycznie językiem niemal równoczesnym z oryginałem, — możemy Racine’a, Corneil’a i Moliera czytać w jednoczesnym przekładzie, — możemy Owidyusza mieć w starym języku Otwinowskiego, Żebrowskiego, Chrościńskiego i czytać go w mowie dzisiejszej. Jakże nadzwyczajne wyniknie zbogacenie słownictwa poetyckiego, a co za tem idzie, literackiego, dziennikarskiego i gwarowego z udostępnienia przekładów, które będą mogli czytać wszyscy, od ucznia w gimnazyum, (który dzieła poetów starożytności poznaje dziś z tak zwanych bryków), — aż do subtelnego poety! Przekłady już dokonane stanowią jakgdyby fundament, trwałą i mocną podstawę przyszłego dzieła. Akademia literatury polskiej powinnaby jaknajprędzej zorganizować wielką, tanią, nieobliczoną na zyski, nieschlebiającą gustom i upodobaniom publiczności, czystym językiem polskim oddaną bibliotekę przekładów, w której zespół znawców będzie wysuwał danemi literaturami autorów w całości ich dzieła. Z przekładów już dokonanych ów zespół redakcyjny dobierze najdoskonalsze, odszukując je w antykwarniach, bibliotekach, dawnych czasopismach, a nadewszystko wydobywając z rękopisów dotąd nieogłoszonych. Znajdą się wielkie i mistrzowskie prace. Otworzy się możność działania współtwórczo dla legionu znakomitych pisarzów, którzy ze swemi przekładami kołatać teraz muszą do drzwi księgarzy i łaskawych nakładców. Z tego zasobu, który się w naszem piśmiennictwie, jako nowa krynica bogactwa duchowego, otworzy, można będzie dobierać książki «dobre» dla okrężnych biblioteczek ludowych, jak już z dotychczasowego dorobku można było wcielić do nich świetną książkę dla ludu Narzeczonych Manzoni’ego, Serce Amicis’a, Pustkowie i inne utwory Dickens’a, Księżniczkę Kasię Wiliama Butlera Yeats’a — i wiele innych. W bibliotekach i czytelniach publicznych, jak «Biblioteka Zakopiańska», można będzie, zamiast śmieci, podsuwać czytelnikom, a nadewszystko młodzieży, cuda twórczości ludzkiej w dziedzinie literatury.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Projekt Akademii Literatury Polskiej.
