Front matter
TRZY SREBRNE PTAKI.
całość
TRZY SREBRNE PTAKI.
WSTĘP NIEKONIECZNIE POTRZEBNY.
Krzysztof odrazu zauważył, że coś tajemniczego wieje od pasma wzgórz. Wyszedł na balkon, rozejrzał się po okolicy i już oczu oderwać nie mógł od tego widoku. Szeroka, rozległa dolina łąk, sadów, osiedli, a na horyzoncie, od wschodu ku zachodowi, wstęga łagodnych wzgórz, pokrytych lasem. Biała półtarcza dopełniającego się księżyca błyszczała na czystem niebie. Krzysztof miał ochotę, nie czekając ani chwili, ruszyć tam, w te lasy ogromne, piąć się po wzgórzach, aż do miejsca, gdzie na najwyższem z nich, u szczytu, błyszczało dalekie światło. W powietrzu był zapach dymu i rosy. Niebo złociste jeszcze na zachodzie, a linja wzgórz prawie czarna. To światło u szczytu wzgórza stało się dla Krzysztofa sprawą najważniejszą, pokusą dnia każdego. Nie spostrzegł, w jakiej chwili stanął obok niego Antek, młodszy brat. — Te góry są tajemnicze — powiedział Antek, a Krzyś aż syknął ze złości. Są na tym świecie dziwni ludzie, którzy uważają, że wszystko należy wypowiedzieć. — Tak, tak — powtórzył nieubłagany Antek — są jakieś tajemnicze, A czy widzisz tam to światło? Tu Krzyś musiał się powstrzymać, aby nie szturchnąć brata. Wzruszył ramionami, — Będę musiał tam pójść — zadecydował Antek tonem, którego Krzysztof nienawidził, którym również dobrze mógł powiedzieć, że księżyc jest planetą, a ziemia się obraca. Ach, jakże chętnie Krzysztof zabroniłby Antkowi raz na zawsze przemawiać podobnym tonem. A ten raz jeszcze powtórzył: — Tak, tak, będę musiał tam pójść — a potem zakręcił się na pięcie i ruszył niby to pomagać matce i siostrze w wypakowywaniu kufrów. Bo to był pierwszy dzień wakacji. Krzysztof znowu pozostał sam. I już po chwili wiedział, że to on właśnie, a nie kto inny będzie musiał pójść na szczyt wzgórza i poznać nieznane światło. Ale potem płynęły dnie lata, leniwe a pracowite, pełne i zawsze za krótkie. W domu było zbyt wiele osób, siostry, bracia, długonogi Stefan tennisista — a potem także znajomi. Tyle się rzeczy działo letnich — spacery i zabawy, tennis, piłka nożna i pływanie. Nie było chwili nietylko na wyprawę do światła, ale nawet na myśl krótką o niem. Antek od czasu do czasu powtarzał — tak, tak, będę musiał tam pójść — ale Bóg raczy wiedzieć, czy choć raz pomyślał o tem na serjo. Potem, gdy spostrzegł, że to zdanie wytrąca Krzysztofa z równowagi, popisywał się niem znacznie częściej. Ale już wtedy te słowa naprawdę miały znaczenie wyłącznie dekoracyjne. A to jest tylko wstęp — bo właściwie nie o lato chodzi, ani o to, co w tym czasie robiły siostry, albo gdzie chodził Antek i długonogi Stefan tennisista. Zaraz się przekonacie, że te wszystkie słowa niewiele były potrzebne, ale musiałam jakoś przejść od chwili, w której Krzysztof po raz pierwszy zobaczył światło, do tej, w której ruszył poprzez księżycem zalaną dolinę, ku niemu. To się stanie zaraz. Krzysztof nie wybierał wieczoru, tylko raz, stanąwszy na balkonie, zdecydował się zupełnie nagle. W owej chwili było jeszcze jasno, zachód znaczył się złocisto-fioletową smugą, a księżyc biały i Wenus błyszcząco-oka wędrowały już ponad wzgórzami. Krzysztof spokojnie poszedł na kolację.
NIEGOŚCINNA BRAMA I ZŁOWROGI PIES.
Idąc bokiem wąskiej drogi, Krzysztof prawie zapomniał o tem, że ma przed sobą cel, do którego dąży. Sprężyste, mocne, wyćwiczone nogi niosły go równo i szybko poprzez posrebrzaną dolinę, ku wzgórzom, a ten marsz w ciszy poczynającej się nocy jesiennej, sprawiał chłopcu rozkosz niewymowną. Światełka wsi i letniska zostały już daleko w dole, psy nawoływały się z jednego krańca osiedla w drugi, frasobliwym, jednostajnym, upartym skowytem. Od strony chat dogonił Krzysztofa wóz w parę koni. Chłop wysoki i czarno zarośnięty, w płaskim, słomkowym kapelusiku na długich włosach i w huculskim kożuszku na ramionach, zrównawszy się z idącym chłopcem, przyjrzał mu się uważnie. Obojętnie, patrząc na ogony swych koni, zapytał Krzysztofa, dokądby tak szedł po nocy. — W góry — brzmiała krótka odpowiedź. Chłop zaproponował: — Mogu podwieźć. Z ochotą siadł Krzysztof na deskach wozu, nie żeby już był zmęczony, ale chciał oszczędzić sił na drogę, pod górę. O to mu przecież chodziło, by zajść, nim księżyc się skryje. Spróbował się wytłumaczyć. — Widzicie to światło na szczycie? Tam idę. Chłop, który już o nic nie pytał, milczący i zadumany, zdziwił się teraz niemało. — No, no — powiedział, kręcąc głową — może to ono i tak! — Przez chwilę zdawało się, że o coś zapyta, ale dał pokój. Popędził konie. Teraz Krzysztof miał ochotę dowiedzieć się powodu tego zdziwienia. Powstrzymała go obawa, że się za dużo dowie i nie będzie już poco iść ku światłu. Już droga poczynała się wznosić, stroma i kamienista, między gęstemi drzewami lasu. Księżyc kładł się na niej wpoprzek, wąskiemi smugami, niby szeregiem ostrych mieczów, — Którędy mi tam zajść? — zapytał Krzysztof, gdy wóz przystanął na rozstaju drogi. — A no, prosto jak ta droga, ona i jedna będzie — objaśnił właściciel słomianego kapelusza, którego spłaszczoną główkę otaczała różowa wstążka. Dziwnie wyglądała pod tem lekkomyślnem nakryciem, ta głowa, czarno obrośnięta i ponura. Jeszcze raz zdawało się, że hucuł zapyta o coś, ale tylko machnął batem i skręcił w swoją stronę. Krzysztof ruszył w swoją. Myślał teraz o tem, że idzie drogą prywatną, o której wie, że jest dla obcych wzbroniona. Liczne napisy u podnóża góry głosiły o tem, a wiedziano także na dole, że gajowi niegościnnego lasu wypraszają bez pardonu tych, którym się zachciało przekroczyć zakaz. Nikt się tam znowu tak bardzo nie kwapił, gdyż okolica obfitowała w piękniejsze miejsca, dokąd nieliczni mieszkańcy zagubionego na kresach Rzeczpospolitej letniska, mogli urządzać spacery i wycieczki. Z powodu tego zakazu właśnie, uparty Krzysztof wybrał się po nocy, licząc na to, iż w tak zdrowej okolicy gajowi nie mogą cierpieć na bezsenność. I przytem tylko w nocy świeciło to światło na górze, a... wstyd się przyznać, do niego to wyłącznie szedł Krzysztof, przez las głęboki. A gdy już turkot kół nacichł, a ze wsi nie dobiegało szczekanie roztęsknionych psów, dziwnie się jakoś zrobiło w posrebrzonym lesie. Czasem z pod nóg usuwał się kamień i toczył w dół z niepokojącym szelestem. Z gałęzi na gałąź miękko przelatuje ogromny ptak. To sowa. To z pewnością sowa. Coś się po drodze przewinęło wężowym skrętem — żebyż to wiedzieć co? Ileż męstwa trzeba w sercu zebrać i skrzepić! Światło dawno już nie było Krzysztofowi widomym celem, a nawet zdało się zaniepokojonemu chłopcu, że idzie w przeciwnym kierunku. Musiał się jednak trzymać drogi — tej drogi, która jedyna była tu rzeczą ludzką i nie straszną. Już tylko ta droga twarda, o wyraźnych, głębokich koleinach, łączyła Krzysztofa z rzeczywistością, ona jedna broniła go od dziwacznych potworów i złych utajonych sił, które z pewnością las ten brały po nocy we władanie. Krzyk sowy, tylekroć słyszany i znajomy, dodał chłopcu otuchy. Stanął w środku drogi, wypoczywając. Lecz natychmiast ruszył dalej. Wszakże wówczas to, w chwili nieruchomego , najłacniej wypłynie z gęstwiny Niewiadome, zatopi szpony we włosy, ściśnie za gardło! Krzysztof nie był tchórzem, więc szedł naprzód i drwił ze strachu, który sunął za nim krok w krok i szeptał mu do uszu te niestworzone dziwy. — Tego jednak nigdy nie zrozumiem — pomyślał sobie w chwili wielkiego zmęczenia — poco u licha tu lezę? pocóż pakuję się tam, skąd mnie może za drzwi wyrzucą, jeśli tam wogóle są jakieś drzwi! Nie znajdował odpowiedzi na to rozsądne zapytanie. Tyle mu było wiadomo, że lazł usilnie, zwalczając zmęczenie i niepokój — zacięty i niezadowolony. Nagle odetchnął z ulgą: ujrzał tuż nad głową, wysoko zawieszone światło. Zobaczył w górze, z drzew ogołoconą, stromą skarpę, a na jej szczycie mur, a za nim strzelistą wieżę, z której płynęło światło. Droga okręcała się wokół wzgórza, niby bluszcz na grubym pniu drzewa. — Zapewne wiodła do bramy. Księżyc chylił się nad horyzontem, tem przykrzej było Krzysztofowi oddalać się od światła na wieży. A i droga poczęła się trochę zniżać. Zachciało się więc chłopcu powrócić do stóp wieży i piąć się po stromej skarpie Przypominał sobie jednak, że hucuł kazał mu się trzymać drogi i tak również nakazywał rozsądek. W miejscu, gdzie droga skręcała w lewo, w ostatnich błyskach księżyca zobaczył Krzysztof starą bramę, której żelazna krata, okolona wyniosłym łukiem muru, — zamknięta była na głucho. Poprzez mur, zakończony czerwonym daszkiem, zwisały koralowe łodygi dzikiego wina, a na strzelisty łuk białej bramy sypały się złotordzawe liście kasztanów. Księżyc zaszedł. Ale Krzysztof zdążył jeszcze przeczytać słowa wyryte u szczytu bramy:
Nikt ci nie otworzy
I nikt nie odpowie na twoje wołanie
Przechodniu mijaj.
Krzysztof aż zadrżał z rozkoszy. Dla samej tej bramy, dla tego napisu warto było w zmęczeniu i trwodze drapać się na szczyt wzgórza. Warto było! Dokładnie światłem latarki obszukał bramę i mur wokoło. Z boku, na desce przybitej do drzewa, wyczytał jeszcze taką przestrogę: Każdego, kto samowolnie wedrze się poza obręb murów rozszarpią złe psy. Tu entuzjazm Krzysztofa zbladł nieco. Raz jeszcze obejrzał tablicę. Snać bardzo już była stara, bo litery głęboko wyryte i zapuszczone czarną farbą przecie już się nieco zatarły, a deska popękała i sczerniała. Krzysztof zgasił latarkę i siadł na omszałym kamieniu, pod bramą. Wytężył słuch. Głęboka cisza panowała w lesie i poza murami. Psy? Może już dawno pozdychały i nie zastąpiono je nowemi? Może były kiedyś, ale już ich niema? Co znowu! Z powodu głupich psów będzie zawracał z drogi? Po takim trudzie, po takiej walce z upiorami i strzygami! Krzysztof zapalił latarkę i rozejrzał się w sytuacji. Pod samym murem kasztan rozrosły oplatał konarami bramę. Temu się już Krzyś nie oparł. Zatknął za pas swoją laskę-siekierkę — wlazł na drzewo, zawisł na jego gałęziach i jął się opuszczać po drugiej stronie muru. Nasłuchiwał — cisza. — Głupstwo! żaden jeszcze pies mnie nie skrzywdził — pomyślał z przekonaniem, zapominając, iż nigdy jeszcze nie przełaził przez cudzy mur, tak jawnie lekceważąc wolę jego właściciela. Za murem, od bramy wiodła droga szeroka, lecz tak zarośnięta, że ledwo wyczuwał Krzysztof koleiny. Las stawał się tu trochę rzadszy. Szedł odważnie, zgoła zapomniawszy o psach, oswojony już z ciemnością. Nagle zaklął. Trafił nosem w jakieś żelaziwo, pachnące rdzą i wodą. Zaświecił i znieruchomiał. Tuż przed sobą znowuż miał bramę — bramę żelazną i starą, w biały łuk muru oprawioną. — Już mi się dwoi w oczach, albo kręcę się w kółko, jak pijany kogut — pomyślał z przerażeniem. Ale to nie była ta sama brama. Gdzież napis i kasztan? Tym razem już się nie wahał — w przełażeniu cudzych bram ogromnej nabrał wprawy. Spróbował tylko moc żelaznych prętów i wspiął się po nich. W nagrodę za to wątpliwe bohaterstwo, zobaczył światło na wieży — silniejsze już i bliższe. Szedł więc znowuż drogą wśród trawników i grup wyniosłych drzew. Wyłaniały się z mroków świerki srebrzyste i buki o wielkich liściach. Po układzie drzew gatunkowych, po rysunku drogi poznał Krzysztof, że już nie jest w lesie, a w parku; to mu dodało energji. Ale gdy po ujściu kilkudziesięciu kroków znowuż natknął się na mur i bramę, stracił nadzieję wybrnięcia z labiryntu. Ta brama miała już jakiś impertynencki wyraz! Krzysztof pochwycił jej zardzewiałe pręty i szarpnął niemi, pełen złości, — Psia krew, ballado rodzajowa! — zaklął, ale natychmiast umilkł i przywarł twarzą do sposponowanej przed chwilą kraty — z za drzew, z poza splątanych liści, wraz ze smugą światła, spłynęło na niego coś, niby śpiew. Tak, tak, śpiew kilku dziewczęcych głosów. Świeży, czysty i nabożny. — A może to kobiecy klasztor — zaniepokoił się Krzysztof. — Może dlatego należało — «mijać». Powoli, z namysłem wlazł na bramę. Z wysokości tej oko trafiało w przestrzeń nie zasłoniętą drzewami i Krzysztof zobaczył trzy jasne kwadraty okien, jeden pod drugim, na trzech piętrach. Z nich to płynął właśnie śpiew i dźwięki organów. — Gdyby to był klasztor, wiadomeby to było w okolicy — zdecydował chłopiec na swym zmęczonym nogom i nie namyślając się już dłużej, przelazł na drugą stronę bramy. Gdy jednak miał już stanąć na ziemi, zatrząsł się ze strachu. — Nic nie posłyszał, ani zobaczył w tej głębokiej ciemności. A przecież... coś napewno stało na ziemi i czekało na niego groźnie. Drżącą ręką Krzysztof zapalił latarkę — smuga światła trafiła prosto w oczy wielkiego, płowego psa, który stał u stóp bramy, przednie łapy wsparłszy o żelazne pręty. Krzysztof osłabł na chwilę tak, że omal nie spadł na ziemię. Zęby psa zaświeciły w mroku. Jeszcze chwila, jeszcze sekunda, a te kły białe i lśniące zatopią się w łydce jego — spadnie zlany krwią i rozszarpią go na kawały — te wielkie, płowe psy, mocne jak lwy i zwinne jak pantery. Pies czekał cicho — a Krzysztof trząsł się na bramie. To nie mogło trwać wiecznie. Przemówił głosem, o którym myślał, że jest przyjacielski, ale który przecież zabrzmiał, jak ostatnie tchnienie konającego. — No... piesku, no, mój mały... i czegoż ty chcesz ode mnie? Pies zawarczał cicho. Krzysztof westchnął. Czyż ma ustąpić? Nie. Po stokroć nie. — Nie mam złych zamiarów, Nie. Gdybym je miał, to na twój widok uciekałbym. A przecież widzisz, że siedzę na bramie... Żebyż to można było zrozumieć, co on odpowiada? Krzysztof raz jeszcze poświecił latarką i nagle kamień spadł mu z serca. Pies — machał ogonem! — No, widzisz, — pojednawczo mruczał Krzyś, ostrożnie stając na ziemi — warto było robić z siebie takiego Cerbera? Nie przestraszyłeś mnie... nie przestraszyłeś — powtórzył dla pewności — a sam jesteś skompromitowany. Wywieszasz ogłoszenie, że niby będziesz szarpał, a tymczasem co? Nie wstydzisz się? Baranek jesteś i nic innego. Może nie? Pies był w istocie jakiś zawstydzony i kręcił wokół chłopca swoje zwinne, prążkowane cielsko. Nigdy jeszcze poczciwszy dog nie pozował na tygrysa. Poszli razem w przyjaźni ku trzem świecącym kwadratom okien, z których płynął śpiew.
PIEŚŃ O MŁODOŚCI.
...Człowiek na długo, w walce zostanie z człowiekiem. Ale gdy przyjdzie chwila mego panowania, tyle skarbów mieć będę ludziom do oddania, że wiek zbrodni stanie się, złotym szczęścia wiekiem!
Patrzmy wkoło uważnie, na ziemię i niebo, uczmy się od rośliny, jak czerpać soki ziemi. Rękami radosnemi, rękami młodemi, uczmy się władać ziemią, bez zbrodni i winy!
Gdy już za wolą Bożą, spełni się tekst proroczy, trzy srebrne ptaki naszą wieżę...
Melodja tej pieśni nieznanej była tak ładna, że Krzyś zatrzymał się pod oknem, nie szukając wejścia do domu i czekał jej końca. Pies stał równie cicho, nastawiwszy uszy. Krzyś wsunął zziębniętą rękę między obrożę a szyję nowego przyjaciela i ogrzewał ją o ciepło psiego ciała.
Wzniósł się najwyższą nutą czysty, dziewczęcy głos. Podjęły akord dwa inne, i tym trójgłosem harmonji doskonałej, zakończyła się pieśń. Zaledwie ucichła, z góry, z okna pierwszego piętra wychyliła się głowa okrągła i połyskująca łysiną, a głos, nieco gderliwy, zawołał: — Dość już tego. Marsz spać. Pierwsza godzina jak zapowiedziałem. — Dobrze, dziadziu — odparł chór głosów z okna wysokiego parteru. Krzysztof zrozumiał, że to ostatnia chwila, w której wypada zastukać do drzwi domu. Latarką oświecił ścianę, znalazł wielkie okute wrota, wprost pod oknem parteru. Schodziło się ku nim po czterech kamiennych, w ziemię zagłębionych schodach. Leciutko pociągnął żelazną rączkę prymitywnego dzwonka. Skutek tego gestu przekraczał oczekiwania. Krzyś odskoczył jak oparzony — żelazna rączka rozpętała tak piekielny hałas, jakgdyby tysiąc czarownic na miotłach pędziło na sabat. W tejże chwili w oknie wysokiego parteru ukazały się trzy jasne głowy, a ponad nimi z pierwszego piętra wychyliła się sylwetka jegomościa w szlafroku. — A tam kto znowu? — krzyknął. — To ja — odpowiedział struchlałym głosem Krzyś, to, co się zwykle odpowiada na podobne pytanie. — Co za «ja»? — zirytował się właściciel łysiny. — Krzysztof Wiktor — oznajmił chłopiec, który już nieco ochłonął. — A widzi, dziadzio! — krzyknęła triumfalnie jedna z główek w oknie — mimo potrójnego muru, mimo «złych psów», jak ktoś chce przyjść, to i tak przyjdzie! — Wszystko to jest nieprawość i obłuda! — doleciał z głębi pokoju okropny, zachrypły jazgot starej baby, na co cztery zgodne głosy i staruszka, odkrzyknęły z oburzeniem: — Cicho bądź Królowo Madagaskaru! Krzysztof nabrał w tej chwili przekonania, że trafił do domu obłąkanych. Djalog potoczył się dalej. — Czego tu chcesz? — zapytał staruszek. Chłopiec przez chwilę chciał powiedzieć, że zbłądził w lesie i kierował się na światło — wstręt do kłamstwa jednak kazał mu wyznać prawdę. — Widziałem zdaleka światło tych okien, chciałem się przekonać, co tu jest — powiedział. — No, no, — zdziwił się staruszek, a środkowa z trzech panienek, która wierciła się w miejscu, jak mysz w pułapce, skorzystała z tego zdziwienia, by znowuż wykrzyknąć: — Widzi dziadzio! Staruszek nagle znikł w pokoju, ale natychmiast znowu się ukazał z kandelabrem w ręku. Chcąc oświecić nieproszonego gościa, wychylił się z okna tak mocno, że trzy panienki krzyknęły chórem: — Dziadziu, wylecisz! Ale staruszek pokapał tylko stearyną głowę Krzysia, sam zaś wcale go nie dostrzegł w dole. — No... i czego tu chcesz? — powtórzył pytanie głosem pełnym wątpliwości. — Chciałbym... czy, czy nie mógłbym przenocować? — A któż ci kazał drapać się tutaj? — krzyknął jegomość z oburzeniem. — Może nie czytałeś napisów? — Owszem... czytałem — wyznał ze wstydem chłopiec. — Czyż nie ostrzegałem każdego, że psy go rozszarpią? — Ach, dziadziu — jęknęła środkowa panienka — przecież Jakobin to jagnię, cóż ten chłopiec winien, że nie został rozszarpany? Ty bardzo dobrze wiesz... — Wiem? Nic bardzo dobrze nie wiem! — energicznie zaprzeczył godny starzec. W losach Krzysia nagle nastąpił zwrot pożądany. Interwenjowała panienka z prawej strony, a głos jej, spokojny i łagodny, podziałał zbawiennie. Powiedziała: — Dziadziu, ten chłopiec pewnie jest zmęczony i głodny. Wpuścimy go do wieży i damy mu kolację. Przenocuje w pokoju gościnnym. — Ani słowa nie skłaniał, przecież słyszałeś, dziadziu! chociaż mógł! Więc gdzież tu nieprawość i obłuda? Możesz śmiało go wpuścić dziadziu! — wtrąciła swoje trzy grosze środkowa panienka. Staruszek mruczał chwilę z wielkiem niezadowoleniem, wkońcu zabrał kandelabr z okna, i rzekł niechętnie: — No to go wpuszczajcie, ale same zato odpowiecie przed babką Bietą. — Dobrze, dobrze — krzyknęła energiczna panienka i wślad za tem wszystkie trzy zniknęły z okna, a na schodach, za drzwiami, rozległ się tupot. Krzysztof słyszał, jak jedne po drugich otwierały się klucze licznych zamków, potem z chrzęstem opadł łańcuch, aż wkońcu drzwi ustąpiły zgodnym wysiłkom dziewcząt. To, co zobaczył w sieni, wyglądało na ilustrację do powieści z czasów Stanisławowskich. Na szerokich, dębowych schodach stała wysoka, szczupła panienka z kandelabrem w ręku. Światło czterech świec padało na jej małą główkę, o jasnych falistych włosach, na wąskie odsłonięte ramiona i szyję. Sylwetka tej postaci była tak nieoczekiwaną dla współczesnych oczu, że wydało się przez chwilę Krzysiowi, iż patrzy na portret prababki. Młoda panienka, może nawet dziewczynka, miała na sobie ogromną krynolinę, szeroką jak parasol i spływającą w licznych fałdach aż do ziemi. Natomiast stanik imponującej sukni, z zielonego lśniącego jedwabiu, ściśle przylegał, zakończony chusteczką z koronki, związaną z przodu na węzeł. Dół krynoliny ozdabiała falista girlanda koronki, przepiętej gdzieniegdzie bukiecikami morelowych kwiatów. Potem dopiero olśniony Krzysztof spostrzegł, że pozostałe dwie panienki również wyglądały jak duże, porcelanowe dzwonki, wąziutkie u góry, szerokie, koliste od pasa. — Proszę na górę — powiedziała panienka z kandelabrem, miękkim, bardzo dźwięcznym głosem. Onieśmielony Krzyś wchodził milcząc po schodach, a obok niego dwie młodsze panienki, z szumem jedwabnych sukien. To jedno go pocieszało, że wszystkie trzy, mimo imponujących szat, wyglądały nieomal dziecinnie. — Nie są starsze ode mnie — pomyślał Krzyś, dla dodania sobie otuchy. Na progu pokoju, czekając aż trzy panienki przecisną swe krynoliny przez wąskie drzwi, pomyślał jeszcze ze strachem, że czeka go z gderliwą babką, której głos zasłyszał z dołu. — Komnata jednak była pusta i dziwnie uroczysta. Naga podłoga nieskazitelnym połyskiem odbijała wiernie światło ściennych świec, nieliczne, sztywne meble w nienaruszonym porządku kryły się pod ścianami, a otwarta, nabożna fisharmonja przecinała ciemną płaszczyznę ściany ostrą linją białych klawiszy. — Siądź i wypocznij, zanim Lidja przygotuje kolację i pokój — powiedziała najstarsza z panienek. Ta, do której widocznie należał ten obowiązek gościnności, panienka z rozsądną i stateczną minką, uśmiechnęła się do Krzysia uprzejmie i wprowadziła swoją krynolinę po trzech stopniach schodków do przyległego pokoju, w środku którego widniał stół nakryty serwetą. — Ona to zrobi błyskawicznie — pokrzepiła Krzysia najmłodsza panienka, okrągła, różowa, ciemnowłosa i ruchliwa jak wiewiórka. — Sylwjo, a może jej dopomóc? — Nie, Aglae. Złóż nuty i zamknij harmonjum. Gdyby nie to, że dziś urodziny Aglae, dawno spałybyśmy już wszystkie, Krzysztofie, i długo musiałbyś czekać na otwarcie drzwi. — To też dostaniesz tortu orzechowego. Bardzo dobry — powiedziała solenizantka, a potem dodała niedbale, choć z wyraźną intencją zaimponowania chłopcu: — Skończyłam właśnie dwanaście lat. — Czy także z powodu zabawy urodzinowej poprzebierałyście się w te dziwaczne suknie? — zapytał Krzyś. Ale natychmiast pożałował niewczesnej ciekawości. Aglae zaczerwieniła się po uszy i zrobiła obrażoną minę. Sylwja zaś odpowiedziała obojętnie: — Nie, nie dlatego. Zawsze tak jesteśmy ubrane. — Witam was, moi poddani — wrzasnął nagle przeraźliwy, ochrypły głos z pod okna. Krzyś aż podskoczył na fotelu. — To nic. To królowa Madagaskaru — uspokoiła go Aglae, nie ruszając się z miejsca. Teraz dopiero Krzyś dojrzał ogromną, zieloną papugę, która patrzała na niego ze sceptyczną i zjadliwą miną zgorzkniałej wiedźmy. Ale już Lidja otwierała drzwi od jadalni i zapraszała gościa na kolację. Krzyś siadł przed schludnie nakrytym stołem i mimo zmęczenia, jadł z niekłamaną ochotą czerwone płaty szynki, ser żółty i świeże, czarne kromki pachnącego chleba... Panienki dotrzymywały mu towarzystwa, jedząc owoce, i nie obserwując zbytnio zgłodniałego podróżnika, za co był im szczerze wdzięczny. Sylwja opowiadała głosem spokojnym, że w Domu Trzech Wież nikogo niema, prócz nich, dziadka, oraz służącego Łukasza i żony jego Bonisi, którzy już dawno śpią. Jutro, jeśli dziadek pozwoli, oprowadzą go po domu i ogrodzie, choć nic tu niema ciekawego. On, Krzyś, który żyje w świecie, nie znajdzie na wzgórzu Trzech Wież nic godnego uwagi. Szkoda, że się daremnie trudził. — Wcale nie szkoda! — krzyknęła Aglae, ale zaraz umilkła, powstrzymana jasnym wzrokiem siostry. Potem każda z dziewczynek wzięła jedną ze stojących na kredensie świec, Lidja wręczyła Krzysiowi dla niego przeznaczony lichtarz i poszli wszyscy długim, ciemnym korytarzem. Lidja otworzyła pierwsze drzwi na prawo i wpuściła Krzysia do dużego pokoju, w którym pachniało jabłkami. W ogromnym łóżku pod spłowiałym baldachimem Krzyś nie miał nawet czasu zastanowić się nad tem wszystkiem, co go spotkało, gdyż natychmiast zasnął.
PORANEK.
AGLAE NIECIERPLIWA.
— Możebyś już wstawał? Krzysztof, gwałtownie przebudzony, siadł na łóżku i starał się zorjentować, skąd go doleciało to pytanie? — Bo już jest prawie dziewiąta, i choć Sylwja nie pozwoliła mi cię budzić, ale myślę, że już nie śpisz, prawda? — Już nie śpię teraz — przyznał Krzysztof. — A ty gdzie jesteś? — Jestem na tarasie, pod twoim oknem i czekam na ciebie, bo Sylwja już jest u dziadunia, a Lidja przy gospodarstwie. Więc ja ci dam śniadanie. Spiesz się. Krzysztof się spieszył. Wlazł do ogromnej miednicy, zlał się zimną wodą, wytarł do czerwoności szorstkim ręcznikiem, a potem dumał chwilę nad szeroką , która się uformowała na podłodze wokoło miednicy. Westchnąwszy nad nią bezradnie, ubrał się co żywo, podziwiając gościnną pamięć Lidji, która zaopatrzyła go nawet w nowiutką szczotkę do zębów. Potem wyjrzał przez okno i syknął z zachwytu. Ogromna i falista, zalana słońcem przestrzeń całej doliny u stóp wzgórza, płonęła czerwienią i złotem jesiennych drzew. Niebo najczyściej szafirowe, świeża zieleń łąk, pola usiane kroplami złotych dyń i złociste ściany chat, obwieszonych dojrzałą kukurydzą! Nad ziemią, w troskliwej pracy nachylone kobiety w czerwonych zapaskach i czarnogłowi, biało odziani mężczyźni. Oto się niebo i ziemia najpiękniejszemi przystroiły barwami na pożegnanie lata. Oto już słońce w wytrwałym trudzie, ludziom, drzewom i owocom przydało swego złota, który wyrazem jest dojrzałej jesieni. A pod oknem, na tarasie siedziała Aglae w szafirowej krynolinie i na białych ramach krosien haftowała barwnym jedwabiem. — Jak się masz? — zawołał Krzyś. — Którędy mam zejść do ciebie? Aglae zawahała się chwilę. — Najlepiej przez okno — poradziła prostodusznie. — Zupełnie łatwo i bliżej. Rzeczywiście było łatwo i Krzyś zsunął się po rynnie i gzymsach na tafle tarasu. — Tutaj przygotowała Lidja dla ciebie śniadanie — oznajmiła Aglae, prowadząc chłopca do nakrytego stołu. — Kazały mi przeprosić ciebie, ale musiały iść do swoich zajęć. Ja teżbym musiała, ale się poświęciłam — zakończyła z obłudnem . — Jakże mi przykro! — Wcale niech ci nie będzie przykro — parsknęła śmiechem, — bo codzień chciałabym się tak poświęcać. W Domu Trzech Wież robi się ciągle i ciągle to samo, więc możesz sobie wyobrazić, jak miła jest każda zmiana. — Wszystko to jest nieprawość i obłuda — wrzasnął zielony ptak, huśtając się na zawieszonem w oknie kółku. — I jeszcze ta papuga — westchnęła Aglae. — Wyniosłam ją na słońce, ale tak mi dokucza! Jedz prędko, bo muszę ci pokazać ogród. To ja zajmuję się ogrodem. Coprawda jest także ogrodnik, ale taki już stary, że wszystko muszę sama robić. Lidja prowadzi gospodarstwo, a Sylwja pisze z dziaduniem i czuwa nad domem. Prawda, jak to mądrze zorganizowane? — Bardzo mądrze — zgodził się Krzyś między jednym a drugim plackiem z makiem. — To Sylwja! — z dumą oznajmiła Aglae. — Ale teraz, jeśli chcesz, żebym ci wszystko dokładnie pokazała, to... musisz się zgodzić, że się przebiorę. — Ależ przebież się, jak ci się podoba! — zawołał Krzysztof pełen zdumienia. — Sam przyznasz, że trudno wchodzić pomiędzy grządki, i włazić na drzewa w krynolinie, prawda? — zaperzyła się nagle, niewiadomo dlaczego. — Zawsze chodziłabym tak ubrana, jak za chwilę zobaczysz, ale Sylwja nie pozwala. Mówi, że jeśli mi niewygodnie w robronie, to mogę sobie przerobić. Próbowałyśmy z Lidją, ale to tak strasznie nudne. No, za chwilę wrócę — Sylwji napewno nie spotkamy, a Lidja już się przyzwyczaiła, tylko pamiętaj, żebyś nikomu nie powiedział! — Nie powiem — obiecał Krzysztof, który już zrezygnował z rozumienia tego, co się działo w Domu Trzech Wież. Ale kiedy w drzwiach tarasu ukazała się Aglae, wzywając go ruchem dłoni, Krzyś poczuł, że musi mieć najgłupszy wyraz, w jaki tylko twarz jego może się ułożyć. Okrągła, dwunastoletnia osoba, przystrojona była w dosyć obcisłe atłasowe spodeńki papuziego koloru, mocno znoszone, a na ramionach miała coś w rodzaju obszernego fraczka barwy fioletowej. Wtenczas to Krzyś przeżył najgorszą chwilę swego życia. Śmiech go rozsadzał, pchał się z niego jak para z kipiącego kotła, a skupiona, baczna mina młodej Aglae ostrzegała, że jeśli mu ulegnie — koniec tak pięknie nawiązującej się przyjaźni. Szli, milcząc, bardzo zarośniętą ścieżką w dół parku. Dopiero po chwili Aglae, jakgdyby sobie samej tłumacząc, rzekła raz jeszcze, z miną pełną godności. — Nie mogę włazić na drzewa w krynolinie, to darmo. A nosimy krynoliny, gdyż tak się nam podoba. I nagle, ulegając nieposkromionej pokusie, z błyskiem w oczach zapytała: — A tam, na dole, jak się teraz ubierają dziewczynki? — Na dole i wszędzie — odpowiedział Krzyś, starając się nie okazać zdziwienia — dziewczynki noszą sukienki krótkie i dosyć i nie jedwabne. Noszą skarpetki i pantofle na niskich obcasach. I prawie wszystkie mają obcięte włosy. Aglae pokiwała głową. — Nigdy nie byłam na dole, ani nigdzie — wyrwało jej się, widocznie wbrew postanowieniu. Krzysztof zapytał dlaczego. Dziewczynka otworzyła usta, zamknęła je i znów otworzyła, żeby powiedzieć stanowczo. — Nie mogę ci tego powiedzieć. Sylwja zabroniła. A tu jest mój ogród warzywny — dokończyła z miną tak ponurą, jakgdyby wskazywała miejsce popełnionej zbrodni. Właściwie Krzysztof wcale nie był ciekaw ogrodu warzywnego. Kapusta — kapustą, a pomidory tysiąc razy oglądał na krzakach. Zresztą Krzyś nie był wieśniakiem. Zaproponował Aglae pogawędkę w rozłożystych gałęziach rdzawiejącego orzecha. Wleźli i umieścili się wygodnie. Dom Trzech Wież rysował się wyraźnie ponad drzewami sadu, położonego niżej. Wieża prawdziwa była tylko jedna, do niej zaś dobudowano długi, równy budynek, zakończony z dwóch krańców, dwoma półpiętrami, które kształtem dachu imitowały wieże. — Miałam rok, Sylwja sześć, a Lidja cztery, jak nas tu dziadzio przywiózł i wybudował naokoło parku trzy mury — powiedziała Aglae z widoczną urazą. Krzyś już nie pytał dlaczego, ale łaskawie mu poradziła: — Poproś Sylwję, ona ci to opowie, jeśli będzie chciała. A potem, namiętnie, z ogniem w oczach i ustami drżącemi z niecierpliwości, jęła zasypywać chłopca gradem pytań. — A wy chodzicie wszędzie i jeździcie, gdzie wam się podoba? — Tak... — I samochodem? — Kto ma samochód, ten nim jeździ. Moi rodzice nie mają. Nie są bogaci. — Ale jeśliby byli bogaci, tobyś jeździł? — Pewnie... — Krzyś zupełnie był oszołomiony gwałtownością tych dziwacznych pytań. — I czytasz różne książki, i uczysz się razem z innymi chłopcami? W szkole? — Ma się rozumieć, że w szkole. W gimnazjum. — I jak to jest? Czy wszyscy uczą się razem, a nauczyciel poprawia? — Tak, to jest.. nie. Właściwie profesor wykłada, a wszyscy słuchają i notują. — A ty gdzie mieszkasz? — W Warszawie. Zdumienie odbiło się na ruchliwej twarzy dziewczynki. — Więc... więc jakim sposobem aż tu jesteś? — Przyjechaliśmy na lato. Całą rodziną. Wynajęliśmy domek. A za parę dni już wracamy do Warszawy, bo kończą się wakacje. Mój ojciec jest doktorem — dodał jeszcze. Aglae namyślała się długą chwilę. — Znam jednego doktora — powiedziała z triumfem — przyjeżdżał raz, jak Lidja była chora. Potem się ciągle modliłam, żeby być chorą — bo znowużby przyjechał. Ale to na nic, zanadto jestem tłusta — westchnęła z żalem. — Oprócz niego znam także księdza proboszcza, który przyjeżdża co miesiąc i odprawia mszę w kaplicy. I także pana Niborca, który zarządza majątkiem dziadzi. I nagle westchnęła ciężko, aż łzy stanęły w jej oczach. — Powiedz, czy to nie straszne tak zawsze tu siedzieć za trzema murami i nic nie wiedzieć, i tylko ciągle czekać? — Na co czekać? — zaryzykował Krzyś ostatnie pytanie. — Na... — widać było, że Aglae popełnia zbrodnię. — Na... trzy srebrne ptaki... — Co? — Nic ci już więcej nie powiem — rzekła z godnością pełną męczeństwa. Potem jeszcze mu opowiedziała, że jeżdżą konno między pierwszym a drugim murem, gdzie droga jest dość szeroka. Że Bonisia, która była ich niańką, a teraz jest żoną Łukasza, opowiada im czasem o świecie. Z tego źródła wiedzą, że panie jeżdżą na bale, gdzie się tańczy walca i że jest kinematograf, taki teatr, gdzie nie grają ludzie, tylko fotografje, które się ruszają. Czy to prawda? O różnych wynalazkach, jako to: pociągi, radjo, samoloty, telefony — wiedzą od dziadzi. U niego się także uczą historji (nie myśl, że nic nie wiemy o tem, że była wojna! Nawet Sylwja trochę pamięta) i wszystkiego — matematyki (dziadzio właśnie jest matematykiem z zawodu) przyrody, języków. Muzyki uczą się same, tylko dziadzio pokazał im nuty. Co do książek, to jest ich mnóstwo. I Rej, i Kochanowski i Naruszewicz i Krasicki, trzech wieszczów naturalnie, a także dużo francuskich. Ale co do współczesnych, to jest tylko
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Trzy srebrne ptaki.
