Powieść fantastyczna
STEFAN GRABIŃSKI
SALAMANDRA
POWIEŚĆ FANTASTYCZNA
POZNAŃ — LWÓW
NAKŁADEM WYDAWNICTWA POLSKIEGO
POZNAŃSKA DRUKARNIA I ZAKŁAD NAKŁADOWY T. A., POZNAŃ
Powieść fantastyczna
STEFAN GRABIŃSKI
SALAMANDRA
POWIEŚĆ FANTASTYCZNA
POZNAŃ — LWÓW
NAKŁADEM WYDAWNICTWA POLSKIEGO
POZNAŃSKA DRUKARNIA I ZAKŁAD NAKŁADOWY T. A., POZNAŃ
Ludzie z mostu św. Florjana.
Od pewnego czasu wtargnęły w orbitę mego życia zagadkowe moce i natrętnie zastępują mi drogę; wpadłem na trop zdarzeń, które pozornie niewinne, odziane dla niepoznaki w potulny płaszczyk codzienności, muszą zastanawiać przez swą uporczywość. Bo mogę uznać za przypadek wyjątkowy zbieg okoliczności powtarzających się raz, dwa, trzy razy w jakimś odstępie czasu - lecz jeśli coś podobnego rzuca mi się w oczy niemal codziennie i prześladuje sobą od kilku tygodni, mimowoli budzi się podejrzenie, czy nie ma się do czynienia z ukrytym celem. Czyżbym stał na progu nowego okresu w mem życiu? Miałażby po latach szarzyzny i cichej powszedniości odchylić się w księdze mego losu pierwsza karta tajemnicza?... Co mnie może obchodzić Dlaczego od miesiąca ciągle go spotykam w najrozmaitszych punktach miasta? Co mnie może obchodzić ten szczupły, wysoki człowiek w wichurze siwych włosów, w wytartej zarzutce?... Nigdy nie zachodzi mi drogi odrazu; zawsze przedtem Na parę minut przed spotkaniem zawsze w kimś innym. Podobieństwo bywa czasem tak wielkie, że przysiągłbym na jego identyczność; dopiero w ostatniej chwili, gdy już mijam nieznajomego przechodnia, orjentuję się, że to przecież ktoś inny. W kilka minut potem spotykam się z naprawdę. Czy on to robi z umysłu? Wątpię. Przeciwnie — zdaje się dotychczas nawet mnie nie zauważył: nigdy na mnie nie patrzy — jego łagodne, szaroniebieskie oczy zawsze zatopione są gdzieś w przestrzeń... Dziwny człowiek. Czyżby go popychała ku mnie tajemnicza siła? A może on wogóle o tem wszystkiem nic nie wie, a tylko ja, właśnie ja chodzę za nim jak cień? Czy owo „przywidywanie się“ jest dziełem mojej podświadomej jaźni, która, przeczuwając jego zbliżanie się, dopatruje się jego rysów na twarzach innych — czy też on naprawdę sygnalizuje swój rychły „przyjazd,“ narzucając chwilowo własną maskę jednemu z przechodniów?... Problem nie do rozwiązania... Parę razy, spotkawszy go gdzieś w samotnym zaułku, chciałem go już zaczepić i wprost zapytać, dlaczego mię prześladuje, lecz jakiś wstyd wstrzymał mię w ostatniej chwili; nie mogłem zdobyć się na tę, bądź co bądź, impertynencję. Wszakże on mógł równie dobrze zadać to samo pytanie...
Przechodząc dziś mostem św. Florjana, znów ujrzałem O ile się nie mylę, przytrafia mi się to już po raz piąty w tym miesiącu. Szczególny zbieg okoliczności! Kobieta, niezwykle piękna, rudowłosa stoi pod prawym obłękiem mostu, tuż przy wejściu, i wkłada rękawiczkę perłowego koloru. O kilkanaście kroków od niej, mniej więcej już w połowie mostu, przechyla się przez jego żelazne przęsła, jakby badając nurty pieniącej się dołem Druczy, jakiś człowiek w rybackiej bluzie, z ostro zaciętą w klin, ryżawą bródką; gdy przechodzę koło niego, odrywa oczy od wody i wpija je w nieznajomą; jest to spojrzenie pełne równocześnie nienawiści i bezgranicznego uwielbienia. Ona widocznie nie zwraca na to żadnej uwagi... A tam znów, u wylotu mostowego sklepienia, oparty ramieniem o figurę św. Florjana, wodzi po niebie rozmarzonemi oczyma mój siwowłosy nieznajomy, którego spotykam teraz tak często. Co za dziwny traf sprowadza mi tych troje razem już po raz piąty zawsze na to samo miejsce i ustawia zawsze w tych samych pozach! Doprawdy, wyglądają na aktorów powtarzających tę samą scenę z niewiadomego powodu. Czy widzi ich też ktoś inny prócz mnie na moście? Byłożby to wszystko uwerturą do zdarzeń, które dopiero przyjść mają — projekcją mających zajść w dalekiej perspektywie wypadków? To pewne, że ci ludzie nie zdają sobie z tego zupełnie sprawy i że mnie nie znają. Więc czekajmy, czekajmy...
Wczoraj wieczorem byłem znów w Parku Strzeleckim na górze; jedyne miejsce spacerowe, które lubię; może dlatego właśnie, że nikt tu prawie nie zagląda. Park zapuszczony bardzo i na pół zdziczały. Przeszedłem wzdłuż aleję lipową i zatrzymałem się nad urwiskiem od strony południowej. Godzina była szósta, złota, zachodowa. Z dołu szedł stłumiony gwar miasta spowitego w dymy wieczorne, płynęły spiżowe pacierze dzwonów. W sąsiednim ogrodzie klasztornym poza siatką sztachet przesuwał się orszak sióstr Karmelitanek. Zdawało się, że w ciszy zachodu słyszę szept ich warg w Pozdrowieniu Anielskiem. Czarne kontury habitów rysowały się smukłe na tle zieleni, grały w purpurze konającego słońca białe kornety... Skręciły gdzieś w bok pomiędzy drzewa i zniknęły mi z oczu. Po chwili usłyszałem śpiew chóru i organy. — Nieszpory w kaplicy — pomyślałem, odkrywając głowę... Na dawnym placyku tennisowym nie było nikogo. Ze szczelin popękanego w tysiączne rysy asfaltu wyzierały kępy trawy, podarta nielitościwie druciana siatka załamała się w śmieszną linję strzępów. Usiadłem na jednej z ławek i utonąłem w zadumie. Nagle obudził mię szelest lekkich kroków poza mną. Odwróciłem głowę, by o parę kroków od siebie, poza kratą klasztornego sadu ujrzeć w glorji zachodzącego słońca smukłą jak stela grobowa zakonnicę. Z ram śnieżnych kornetu wychylała się ku mnie anielska jej twarz. Na chwilę utkwiła we mnie spojrzenie dużych, smutnych oczu i zdawało się, że chce przemówić. Wstałem i mimowoli zbliżyłem się do dzielących nas sztachet. Kobieta z gestem lęku cofnęła się, wydając lekki okrzyk. Wtedy z uczuciem niewypowiedzianej trwogi i zdumienia „poznałem“ moją narzeczoną. — Halszko! — rzuciłem się ku kracie — Halszko! Co to ma znaczyć? Pięknej mniszki już w sadzie nie było. Jak spłoszony ptak pomknęła w gęstwę klasztornych jodeł, chroniąc się w zacisza świętego ustronia... Gnany biczami okropnej niepewności zbiegłem z góry parkowej i, wsiadłszy do przygodnej dorożki, kazałem się zawieźć natychmiast do Grodzieńskich. Z łomocącem głośno sercem zapytałem sługę, czy panienka w domu. W odpowiedzi usłyszałem z poza drzwi jej drogi głos: — Ależ naturalnie, mój Jerzy — jest we własnej osobie i czeka napróżno już od godziny, ty szkaradniku! Jak można było spóźnić się tak okropnie? Obiecałeś przecież być tu już o szóstej, niedobry! Para słodkich ramion otacza mi szyję pieszczotą bluszczu, a na wargi moje spływa bezcenna łaska jej ust. Patrzę jej w oczy szczęśliwy, ściskam ręce, tulę do piersi jej cudna głowę. — Halszko, Halszko moja! Spogląda wzruszona silnie, lecz i z odcieniem zdumienia na twarzy...
Wierusz.
Poznałem go dzisiaj na odczycie doktora S. Mój siwowłosy nieznajomy nazywa się Wierusz — Andrzej Wierusz. Znajomość zawarliśmy w czasie dyskusji, jaka rozwinęła się po prelekcji. Temat jej poruszający zagadnienie „reinkarnacji i prawa karmy“ żywo nas obu zainteresował. Zabierałem parę razy głos, polemizując z prelegentem. Wierusz mi odpowiadał, biorąc poniekąd jego stronę. Po zamknięciu pogadanki zbliżył się do mnie pierwszy i przedstawił się. Głos jego cichy, a głęboki i łagodny uśmiech, przewijający się na ustach, ilekroć mówi, działają ujmująco. Człowiek ten budzi od pierwszego słowa sympatję i zaufanie. Kto wie, czy nie będziemy przyjaciółmi. Zaprosił mię do siebie jeszcze tegoż wieczora na „skromną kolację.“ Przyjąłem z miłą chęcią i byłem przyjemnie zdziwiony, gdy zamiast, jak przypuszczałem, na jakieś liche poddasze, zaprowadził mię do pięknej parterowej willi w głębi zacisznego ogrodu przy ulicy Parkowej. W urządzeniu wnętrza uderzał na pierwszy rzut oka surowy niemal purytanizm. Wierusz zajmował właściwie tylko dwa pokoje: sypialnię, po spartańsku tylko w najkonieczniejsze sprzęty, i pracownię — duży, za dnia jasno oświetlony słońcem pokój z parą wielkich gotyckich okien. Pozostałe dwie ubikacje zawierały bibljotekę, która przedstawiała się imponująco. Wszystkie ściany były pokryte literalnie od posadzki po strop książkami. Korzystając z chwilowej nieobecności gospodarza, który poszedł wydać instrukcje co do wieczerzy, przejrzałem kilka bibljotecznych kondygnacyj, orjentując się w treści po tabliczkach, przybitych na półkach. Przeważały dzieła treści filozoficznej. Z podziwem przekonałem się, że Wierusz posiadał prace niemal wszystkich największych myślicieli od czasów najdawniejszych aż do doby współczesnej. — Niemniej bogato przedstawiał się zbiór dzieł z zakresu psychologji i nauk przyrodniczych; nie brakło też książek poświęconych dociekaniom matematycznym i astronomji. Całą niemal ścianę drugiego pokoju zajęła „Wiedza Tajemna,“ najcelniejsze prace okultystów wszystkich wieków i narodów. Właśnie odczytywałem tytuł na grzbiecie książki jakiegoś hinduskiego filozofa, gdy usłyszałem za sobą głos Andrzeja: — Teraz proszę na wieczerzę. Na to — wskazał oczyma długie, w bronzowy safjan oprawne szeregi tomów — będziemy mieli czasu dość i potem. Wróciliśmy do pracowni, gdzie zastałem już na stole dwie dymiące filiżanki mleka, świeży, pachnący chleb i wazkę z masłem; obok, na pięknie rżniętym w kwarcu talerzu czerwieniły się jesienne jabłka i winogrona. — Wybaczy pan brak mięsnej przekąski, lecz jestem jaroszem, a gości się dziś wieczorem nie spodziewałem. — Mięsa na kolację nie jadam — odparłem, wychylając szklankę z mlekiem. — Czy pański wegetarjanizm jest wynikiem zasady filozoficznej, czy też wypływa z własności pańskiego organizmu? Uśmiechnął się: — Ciało powinno iść za duszą, a organizm kształtować się w planie zasady. Myśl stwarza ciało i jego fizyczne predyspozycje — nie odwrotnie. Zapadło na chwilę milczenie. Chociaż żaden z nas nie starał się go przerywać, nie czułem ani śladu zakłopotania, które w podobnej sytuacji zwykle powstaje. W towarzystwie tego dziwnego człowieka byłem swobodny jak u siebie; obecność jego nie krępowała zupełnie, przeciwnie: Wierusz działał szczególnie kojąco. Tutaj, w tym cichym, dobrym domu można było wszczynać i przerywać rozmowę, kiedy się chciało. Owszem — czuło się, że chwilowa przerwa w toku słów jest nietyle wypoczynkiem ile pogłębieniem myśli. Po pewnym czasie rzekł, patrząc mi bystro w oczy: — Niepotrzebnie stawał pan dzisiejszego wieczora w opozycji do prelegenta; byłbym i tak dziś pana pierwszy zaczepił. Spojrzałem nań, nie dobrze rozumiejąc. — No tak — tłumaczył z łagodnym uśmiechem na ustach — właściwie bowiem chciał pan polemizować ze mną, nie z nim. Widząc, że poniekąd trzymam jego stronę, usiłował pan wbrew przekonaniu przeciwstawić mu się, aby mnie wyciągnąć na słowo i w ten sposób wejść ze mną w bliższą styczność. Mimowoli zarumieniłem się. Andrzej w tajemniczy sposób odgadł intencję, którą sobie sam w ciągu dyskusji tylko bardzo niewyraźnie uświadamiałem. — Istotnie — przyznałem, pochylając głowę — Zwrócił mi pan uwagę na rzecz, z której sobie sam nie zdawałem jasno sprawy. Pan czytał w moich myślach — dodałem po chwili z odcieniem niepokoju w głosie. — Czasem udaje mi się pochwycić niektóre wibracje ludzkiej psyche — odpowiedział skromnie. Podniosłem głowę i utkwiłem badawcze spojrzenie w jego twarzy: — W takim razie pan musi mnie znać już oddawna? Spotykaliśmy się niby przypadkowo niemal codziennie już od miesiąca. Czy pan o tem nic nie wie? — Owszem. Znam pana znacznie dawniej, niż przypuszczasz; jaźń pańska weszła w orbitę mego życia duchowego już od roku; wyczuwałem jej zbliżanie się na wiele dni przed tym momentem, w którymśmy się po raz pierwszy fizycznie spotkali. — Czy być może? Szczególne! — Lecz pańską fizyczną fizjognomję poznałem dopiero dzisiaj, na odczycie. — Hm. To prawda. Ani razu przedtem nie zwrócił pan na mnie uwagi. — Raczej — chciał pan powiedzieć — i to oczu, wyrażając się ściśle. — Rzecz ciekawa. Zastanawiałem się nieraz już nad celem tych pseudoprzypadkowych spotkań i nie mogę go zrozumieć. — Przyszłość okaże. Jestem starszy od pana, doświadczeńszy — mogę mu się na coś w życiu przydać. — Ma pan słuszność — przyznałem z pokorą w głosie — Czuję, że mi wiele, bardzo wiele niedostaje i że tu, u pana znajdę to, czego brak w życiu odczuwam. Jakiś głos wewnętrzny mówi mi w tej chwili, że dzięki panu pozbędę się tej czczości duchowej i pustki, jaka od czasu do czasu rozwiera się przede mną w godzinie samotnych rozmyślań. Pan mi nie odmówi swej pomocy w razie potrzeby, nieprawdaż? Położył mi łagodnie rękę na ramieniu i rzekł poprostu: — Bądźmy przyjaciółmi, Jerzy! Wzruszony wstałem i uścisnąłem wyciągniętą ku mnie dłoń: — Dziękuję. — Przypadek wogóle nie istnieje — mówił, siadając na krześle naprzeciw dużego ściennego zwierciadła — Nigdy nie można z góry wydawać sądu o bezcelowości pewnych zdarzeń. Kto wie, czy nasza znajomość nie jest potrzebną w równej mierze dla nas obu? — Czemże ja mogę przysłużyć się panu? — zapytałem zdziwiony. — Choćby tem, że pozwoli mi pan rozciągnąć nad sobą rodzaj duchowej opieki. Nagle urwał, wpatrując się w lustro naprzeciw. Skierowałem oczy w tę stronę i mimowoli wydałem okrzyk zdumienia... Z ram zwierciadła wychylała się ku nam postać demonicznie pięknej, rudowłosej kobiety w czarnej dżetowej sukni i pomarańczowym szalu na głowie. Patrzyła wyzywająco, nakładając perłowo-szarą rękawiczkę... Poznałem ją. Była to kobieta z mostu św. Florjana. Obróciłem się w przekonaniu, że ujrzę ją poza mojemi plecami w sąsiednim pokoju, lecz nie spostrzegłem nikogo: poza mną czernił się tylko pusty, zmroczony poćmą nocy czworokąt drzwi bibljotecznych... Spojrzałem powtórnie w lustro. Teraz nie było w niem już nikogo; jasna, światłem lampy gazowej przepojona gładź odbijała już tylko moją własną postać. Zwróciłem się do Wierusza: — Widział pan? — Widziałem. — Czy ona jest tu może u pana, w tym domu ? — Co za przypuszczenie! Nie znam jej zupełnie. W tej chwili ujrzałem ją po raz pierwszy w życiu. Strzeż się pan tej kobiety! Uśmiechnąłem się pobłażliwie: — Kocham już inną; mam narzeczoną. — Mimo wszystko miej się przed nią na baczności! To niedobra kobieta! — Nie jest mi zupełnie obcą. Spotkałem ją już parę razy. I opowiedziałem mu o dziwacznem zgrupowaniu ludzi na moście, nie tając obecności jego własnej osoby. — Hm — szepnął, wysłuchawszy uważnie do końca — rzeczywiście byłem parę razy na przyczółku mostowym koło figury świętego i wyczuwałem niejasno jakieś wrogie prądy płynące niewiadomo skąd. Hm... teraz rozumiem. — Wyłaniają się powoli tajemnicze związki. — Niewątpliwie. Drogi nasze zaczynają krzyżować się wzajemnie coraz częściej. Jakaś wyższa moc splata coraz zwarciej dotychczas rozbieżne tory naszych losów. — Lecz co to było? Halucynacja? — Nie. Ona w tej chwili myślała o tobie. — Czy to wystarcza? — Nie u każdego. U niej widocznie tak. Stąd wnoszę, że kobieta ta musi posiadać ogromnie silną wolę. — Więc uważasz tę wizję za rodzaj projekcji myśli? — Nie wiem; może. Zresztą — dodał po namyśle — kto wie, czy ona rzeczywiście nie stała w owej chwili za nami? Zadrżałem, odruchowo obracając się w stronę bibljoteki: — Czyżby coś podobnego było możliwem? — Dlaczegożby nie? Nasze myśli i wspomnienia lubią czasem przyoblekać się w ciało. Świat pełen jest larw i masek, zrodzonych w ten sposób. Wałęsają się te strzępy jaźni oderwane od macierzystego łożyska i straszą jak upiory czas pewien, dopóki nie rozwieją się w przestrzeni, lub nie ulegną absorpcji przez wiry silniejsze. — Odsłaniasz przede mną nowe światy; piękne są i straszne zarazem jak marzenia obłąkańca. Wierusz uśmiechnął się smutno: — Niestety. Aż nazbyt często fosforyzują blaskiem próchna. Powstał i, zbliżywszy się do pianina pod oknem, wziął parę molowych akordów. — Przyjacielu — rzekł, nie odejmując palców od klawjatury — dziwnem zrządzeniem losu przyszedłeś dziś pod dach mój w godzinę dla mnie osobliwą. Tęsknota dni minionych spłynęła na mnie nieukojną falą i porywa z sobą w lata, co dawno już przebrzmiały. Przyrzeknij, że będziesz spokojny, cokolwiek się zdarzy. — Przyrzekam — odpowiedziałem, przejęty do głębi tonem jego głosu — Przyrzekam, że nie ruszę się z tego miejsca. Wtedy Andrzej uspokojony zaczął grać jakąś rozlewną jak morze, nabrzmiałą smutkiem fantazję. Wiała z niej nieutulona tęsknota wielkich przestrzeni, żal pustych, czarnych nocy, płacz doli zabłąkanej w stepie. Grał jak pierwszorzędny artysta. Jego zwykle łagodny, smutno uśmiechnięty profil stężał nagle i zaostrzył się, śmiertelna bladość wypełzła na policzki, oddech stał się krótki, świszczący; powieki jakby znużone światłem opadły ciężko, zakrywając oczy... Grał, nie patrząc na klawisze. Może zasnął? Nieokreślony lęk zaczął zakradać mi się do duszy; nie mogąc dłużej patrzeć na tę śmiertelną maskę, odwróciłem się ku oknu... Było otwarte na ogród. Na dworze szalał jesienny wicher, miotając wściekle szkieletami drzew odartych z ostatnich już liści. Od czasu do czasu przy silniejszym ataku wpadały do wnętrza całe ich przygarście i słały się zżółkłe z szelestem na posadzce... Zasłuchany w melodję Wierusza, utkwiłem wzrok w czarny wykrój okna.... Wtem z głębi ogrodu wyszedł wysoki, biały starzec i, oparłszy się o framugę okna, przysłuchiwał się grze... Stłumiony okrzyk zamarł mi w piersi. Zimny pot sperlił mi czoło i z rozszerzonemi od przerażenia oczyma siedziałem jak przykuty do fotelu... Po chwili widziadło, wyciągnąwszy ku Andrzejowi chudą, trzęsącą się rękę, jakby na znak pożegnania, wsiąkło w mroki ogrodu... Wierusz, jakby nie wyczuwając tego, co się działo poza nim, grał dalej. Z pod palców jego wąskich, nerwowych wypłynęła teraz przecudna kołysanka. Cicha a rzewna, brała w macierzyńskie dłonie czyjąś maleńką duszyczkę i pieszcząc tuliła do piersi: — Ach, lulaj mi, lulaj, dziecino kochana — oczęta słodkie zmruż!... — Para przeźroczych rąk, strojnych w pierścienie, wiotkich rąk kobiecych wysunęła się z ram okiennych i, spocząwszy na głowie Andrzeja aktem błogosławieństwa, cofnęła się w przestrzeń nocy... On grał dalej. Tylko postać jego dotychczas sztywno wyprostowana przygarbiła się i skurczyła w sobie, podając się ku klawjaturze; na usta, zaciśnięte od wewnętrznej męki, wystąpiła piana... Charakter melodji zmienił się... Kołysanka przeszła w czerwoną od krzyku krwi pieśń miłości. Bezbrzeżna, tryskająca gejzerami pasji namiętność rwała akordy, przewalając się lawiną dźwięków rozpasanych do szału... Oparte o uszak, z odchyloną wstecz dumną, tragicznie piękną głową, stało teraz tam, za oknem, wśród jęku jesiennej zamieci widmo młodej kobiety. Na oczach jej smutnych, ciemno-orzechowych spoczęła cicha dłoń anioła rezygnacji; usta wąskie, usta pąku róży rozchyliły się w tęsknocie warg nieukojonej... Wtem wicher bólu przygiął ją ku ziemi; obsunęła się na parapet okna i, wyciągnąwszy bezwładnie ramię, złożyła na niem głowę... Nagle muzyka umilkła. Fantom rozwiał się gdzieś w czeluściach nocy... Wyczerpany do granic, Wierusz upadł jak martwy na posadzkę. Podbiegłem ku niemu ze szklanką wody, lecz wkrótce przekonałem się, że cucenie tu na nic się nie przyda. Był cały sztywny jak kawałek drewna; należało uciec się do magnetycznych pociągnięć. Na szczęście zabieg nie był mi obcy. Po kilku passe’ach, członki Andrzeja zaczęły odzyskiwać normalną giętkość, białka oczu wróciły do właściwego poziomu i wśród rzęsistego potu Wierusz o budził się. — Dziękuję ci, Jerzy — szepnął, ściskając mi rękę. — Proszę cię — dorzucił po pewnym czasie z głębokiem westchnieniem — nie wspominaj nikomu o tem, co tu widziałeś tej nocy. — Bądź spokojny — zapewniłem, wspierając go ramieniem — To nasza wspólna, święta tajemnica. Gdy w pół godziny potem wracałem do domu, świtało już na niebie i cicho gasły ostatnie już gwiazdy...
Maskarada.
Owej środy, 29. maja b. r. nie zapomnę nigdy. Świetna maskarada w domu Leżańskich wyryła mi się w duszy niezatartemi śladami. Zwłaszcza jej epilog nad ranem... Halszka miała na sobie śliczne błękitne domino, w którem wyglądała jak wiosenny poranek. Ja wziąłem na się postać hiszpańskiego granda i intrygowałem ludzi maską stylizowaną à la czarny charakter. Tańce rozpoczęto dopiero po północy. Oczywiście przeważał two-step i fox-trot. Nie lubię tych tańców; gdzieś, w stepie meksykańskim tańczone przez autentycznych gauchos i cow-boy’ów na tle podzwrotnikowej prerji, przy jarzącem się krwawo ognisku muszą sprawiać silne, bo stylowe wrażenie; w Europie na zwykłej, banalnej sali balowej rażą prostactwem i... wyuzdaniem. Halszka wie o tem i zapewne dlatego ograniczyła swe tury do minimum. Kochana dziewczyna... Koło drugiej zauważyłem po raz pierwszy w szeregach tańczących czarne, smukłe domino, starannie zamaskowane koronką. Wkrótce przyłączył się do niej doża wenecki i odtąd prawie nie odstępował na krok. Przy kadrylu, który tańczyłem z Halszką, nagle wyłoniła się tuż przed nami zagadkowa para. — Czy możemy prosić o vis-à-vis? — zabrzmiał dźwięczny, metaliczny głos czarnego domina. — Z przyjemnością — wyręczyła mię w odpowiedzi Halszka, oddając ukłon doży. I stanęliśmy naprzeciw siebie w kolonie. Podczas jednego passez drugiej figury wenecki dostojnik, mijając mię, rzekł półgłosem: — Pozdrawiają cię ludzie z mostu św. Florjana, señor hidalgo. I przeszedł ku swojej damie, by wykonać z prawdziwie wielkopańskim wdziękiem „tour des mains.“ Głos wydał mi się jakiś znajomy; gdzieś już raz w życiu z tym człowiekiem mówiłem, ale gdzie i kiedy, nie mogłem sobie przypomnieć. Tymczasem wodzirej zarządził „zmianę pań“ i znalazłem się u boku czarnego domina. Muszę przyznać, że tańczyła bajecznie. Smukła i gibka jak tuja, płynęła lekko jak sylfida, podając nieco wstecz kształtną, główkę. Widocznie taniec upajał ją, bo od czasu do czasu czułem nerwowe dreszcze, zbiegające wzdłuż jej obnażonych ramion, i namiętny ruch gorsu. Raz, nie wiem, przypadkiem, czy umyślnie, skroń jej dotknęła mojej; wtedy palce jej zacisnęły się kurczowo na mojem ramieniu i usłyszałem stłumione słowa ekskuzy: — Przepraszam! — a po chwili: — Diamine! Pan tak dobrze tańczy! Zdaje mi się, że płynęłabym tak z panem w wieczność. Akcent słów brzmiał trochę obco. Byłażby cudzoziemką? Lecz w takim razie, skąd się tu wzięła? Może to jaka mistyfikacja? Chciałem już wprost zapytać ją o rozwiązanie zagadki, gdy wtem mijając jakąś parę, spotkałem się z utkwionemi we mnie oczyma Halszki. Nie wiem, czy rzeczywiście, czy też mi się zdawało, była w nich cicha skarga. Spostrzegłszy, że na nią patrzę, uśmiechnęła się z przymusem i zwróciła się z jakąś uwagą do swego tancerza. Uczułem coś jakby wyrzut sumienia i, podziękowawszy intrygującej mnie maseczce, odprowadziłem ją na miejsce. — Już się pan zmęczył? — zapytała, odymając niechętnie usta. — A ja przypuszczałam, że kawalerowie z Kastylji mają więcej tanecznego animuszu. — Prosiłem o najbliższy taniec moją narzeczoną — odpowiedziałem poprostu, składając jej ukłon — Nie powinna na mnie czekać. — Ach, tak! — zaśmiała się nerwowo — Jest pan wzorowym narzeczonym! Nie przeszkadzam. I poszła w taniec z jakimś jegomościem przebranym za ptasznika z Tyrolu... Koło piątej nad ranem ochota zaczęła przygasać. Liczba tańczących stopniała do połowy. Gros towarzystwa skupiło się w sąsiedniej salce, oświetlonej różowem światłem dwu żyrandoli. Podano herbatę i poranne przekąski. Wciśnięte w ramiona foteli, sofek i kozetek postaci masek rysowały się tajemniczo w purpurowym półmroku pokoju. Z póz niedbałych wyglądało znużenie i taneczny przesyt. Ktoś ziewał dyskretnie... Tylko w lewym rogu salki panowało szczególne ożywienie. Grupa mężczyzn i kobiet otoczyła kogoś siedzącego przy stoliku i słuchała czegoś z zainteresowaniem. Zaciekawiony podszedłem z Halszką opartą na mojem ramieniu. — Linja Saturna — usłyszeliśmy z wnętrza grupy dźwięczny głos czarnego domina — niedobrze wróży. Czekają panią w niedalekiej przyszłości zawody i niepowodzenia. Odpowiedział krótki, urwany śmiech kobiety. — Horoskopy wcale nie zachęcające — odezwał się ktoś z przeciwnej strony. Teraz ujrzałem zamaskowaną damę w sukni koloru „tango,“ z ręką odwróconą grzbietem ku płaszczyźnie stołu, przy którym siedziało czarne domino. — Nic nie widzę — zauważyła po chwili wróżka, odrzucając niechętnie głowę — Potrzebuję więcej światła. Jakiś usłużny pan przyniósł trójramienny kandelabr z pianina i zaświecił. — Pani dużo już przeszła — czytała z dłoni po chwilowej przerwie chiromantka — Przygoda w Lionie zaciążyła fatalnie na całem jej życiu. Kobieta wydała stłumiony okrzyk i szybko cofnęła rękę. W oczach jej, dziwnie świecących przez otwory maski, zapaliły się na sekundę błyskawice gniewu: — Kim pani jesteś?! Tamta, nie zmieniając pozycji w fotelu, odparła spokojnie: — Wszyscy korzystamy tu z prawa masek. Proszę uszanować i moją. Zresztą nikt pani nie zmuszał do pokazywania ręki. — Zupełnie słusznie — poparło ją parę głosów. Dama w tango bez słowa przeszła do sali sąsiedniej i zniknęła w tłumie wirujących w takt walca. Wtedy poczułem nieprzepartą chęć usłyszenia wróżby z ust tej niezwykłej kobiety. Lecz Halszka usiłowała mię wstrzymać: — Jerzyku, daj spokój, ja się takich rzeczy ogromnie boję. Może ci powiedzieć coś złego, jak tamtej pani. — Ależ, Halko — uspakajałem ją półgłosem — przecież to tylko zabawa — taka sobie salonowa rozrywka w antrakcie między jednym turem walca a drugim. I przystąpiłem do chiromantki, wyciągając lewą dłoń: — Może mnie zkolei zechce pani wywróżyć coś z ręki? Drgnęła i żywo obróciła się ku mnie. Uczułem na sobie mocne spojrzenie jej oczu. — Panu? — zapytała z wahaniem w głosie — Wolałabym wstrzymać się od wróżby. — Jerzy! — usłyszałem za sobą błagalny szept Halszki — Sama ci odradza. Chodźmy stąd, Jerzy! Słowa te, choć ciche, zdaje się dotarły do uszu wróżbiarki, wywołując skutek wprost przeciwny intencjom mej narzeczonej. — Zresztą — rzekła, decydując się nagle — spróbuję coś wyczytać z pańskiej dłoni. Ponieważ podał mi pan rękę lewą, zaczniemy od odgadywania przeszłości i charakteru. U mężczyzny bowiem lewa ręka jest negatywną i rejestruje tylko to, co już minęło lub jeszcze trwa do chwili obecnej; u kobiety jest wprost przeciwnie. Cóż? Nie obawia się pan ewentualnych rewelacyj? — Ani trochę — odpowiedziałem ze sceptycznym uśmiechem. — W takim razie zaczynamy... Ręka pańska przedstawia dość rzadki typ mieszany: jest to ręka artysty i myśliciela. — Ben toccato! — pochwalił doża, który nagle znalazł się, niewiadomo jak, za mojemi plecami. — Proszę nie przeszkadzać! — upomniał go któryś z gości. — Kształt palców i paznokci zdradza usposobienie nerwowe i łatwo pobudliwe. Jest pan chorobliwie ambitny i tęsknisz do sławy; poklask tłumu mile łechce twe wrażliwe ucho. Mimo to ma pan okresy, w których pogardzasz blichtrem ziemskiego szczęścia i wtedy zamykasz się w niebotycznej świątyni swych rozmyślań. Charakter ich mistyczny skłania się ku panteizmowi i panpsychicznej kontemplacji świata... Dzieckiem musiał pan być nadzwyczaj pobożny; ślady głębokiej wiary przetrwały do dnia dzisiejszego... Stosunek do przyrody zrazu ścisły i serdeczny, później rozluźnił się nieco. Nic dziwnego; jest pan wychowankiem miasta... Dzieciństwo miał pan „sielskie, anielskie“ do dwunastego roku życia, t. j. do śmierci ojca. W okresie młodzieńczym chorował pan długo i ciężko. O ile się nie mylę, przeszedł pan dwukrotnie operację. I gdyby nie dziwny przypadek, kto wie, czybyśmy dziś oglądali pana między nami. Wyleczył pana człowiek bez doktorskiego dyplomu... Umilkła wyczerpana widocznie wysiłkiem duchowym; na czoło jej wystąpiły perły potu... Byłem zdumiony. Wszystko, co powiedziała, było prawdą. Skąd ta kobieta znała tak dokładnie pewne szczegóły z mego życia? Tak niechętnie dzielę się niemi z ludźmi, że wydaje mi się wprost wykluczonem, by mogła je pozbierać u mych znajomych... Charakterystyka mojej osobowości była wprost świetną! — Przejdziemy do ręki prawej — przerwała ogólne milczenie niepewnym trochę jakby od nagłego wzruszenia głosem — Ta u mężczyzny jest pozytywną i wróży przyszłość. Z pewnym niepokojem podałem jej prawą dłoń. Ktoś szarpnął mię silnie za rękaw. Odwróciłem się i spotkałem błagalne spojrzenie Halszki: — Dość tej zabawy, Jur! Proszę cię, nie pytaj o więcej! — Zapóźno — odpowiedziałem szeptem — nie wypada mi już teraz cofać się. — Linja życia — zaczęła wróżbiarka, śledząc uważnie rysunek mej dłoni — ma bieg szczególny. I podnosząc ku mnie swą zagadkową, pod koronką maski ukrytą twarz, dodała dobitnie: — Zrządzeniem wszechwładnego losu zbliżył się pan ku punktowi węzłowemu dwu przeciwnych sobie prądów; w chwili obecnej stoisz na płaszczyźnie wrogich sobie śmiertelnie wpływów. Jesteś jak wędrowiec na rozstaju dróg. Od decyzji pańskiej dużo zależy. Może czyjeś życie nawet?... A tu wije się pięknym, wyraźnym szlakiem „linja księżyca,“ zwana też „mleczną drogą;“ zapowiada liczne podróże na lądzie i morzu; dalekie Południe uśmiecha się panu: widzę dużo bujnych, egzotycznych kwiatów i złoty piasek pustyni. Lecz linja ta zwykle zależy od poprzedniej; zdarzenia, które nam przepowiada, zawarunkowane są drogą, którą pan obierze pod wpływem jednego z wymienionych przeze mnie prądów... A oto „linja Fortuny,“ kapryśna, zwodnicza linja między „wzgórkiem Jowisza“ a „wzniesieniem Marsa.“ Ma pan wielkie powodzenie u kobiet i łatwo zdobywasz przyjaźń u mężczyzn. Lecz strzeż się człowieka o siwych włosach! Fałszywy to przyjaciel!... Przeciągły, sardoniczny śmiech był odpowiedzią na ostatnią przestrogę. Obejrzałem się w kierunku, skąd zabrzmiał, lecz ujrzałem przed sobą same poważne, skupione twarze ludzi śledzących z zajęciem przebieg wróżby. — Nie ufaj też pięknej jasnowłosej osobie, która chwilowo zdołała cię opętać. Tu głos jej załamał się na chwilę, a ręka, którą oparła na przegubie mojej, zaczęła drgać w nerwowym ataku. Nagle powstała i, zwracając się wprost ku mnie, rzekła mocnym, przedziwnie wibrującym głosem: — Szczęście, prawdziwe szczęście, rozkosz i bogactwo przyniesie panu z sobą kobieta. Dzień jej na horyzoncie pańskiego życia już zaświtał. nigdy nie zostanie twoją żoną. Ostatnie słowa wróżby zmieszały się z okrzykiem Halszki. Blada jak płótno obsunęła się bez pamięci w moje ramiona. — Wody! — zawołałem, rozglądając się bezradnie wokoło. — Mamy lepszy środek — odezwał się tuż przy mnie spokojny głos doży — Niezawodny. I przytknął do nozdrzy omdlałej flakonik z solami. Niemal równocześnie Halszka otworzyła oczy i, wyrzucając z piersi głęboki oddech, uśmiechnęła się przecudnie: — Gdzie ta kobieta? — zapytała, rozglądając się z trwogą. — Proszę się uspokoić — odpowiedział doża, pomagając mi wyprowadzić ją z pokoju do buduaru dla pań. — Już jej tu niema. Wśród zamieszania, które wywołała swym nietaktownym finałem, wymknęła się z domu... Awanturnica! — dokończył ciszej, przez zęby. U wejścia do gotowalni zatrzymaliśmy się. Halszka zniknęła za kotarą, ja z dożą skierowałem kroki do szatni dla mężczyzn; był czas najwyższy wracać do domu. Po drodze dziękowałem memu towarzyszowi. — Komu mam zawdzięczać pomoc i okazaną nam sympatję? — zapytałem, zatrzymując się pod arkadą przedsionka — Moje imię: Jerzy Drzewiecki. W odpowiedzi doża zdjął maskę, wyciągając równocześnie przyjaźnie rękę. — Więc to ty, Andrzeju?! — zawołałem zdziwiony, poznając zamyśloną twarz Wierusza. — Tak, to ja. Gra rozpoczęta. Cokolwiek się zdarzy, pamiętaj o tem, że jest na świecie ktoś ci z duszy życzliwy, ktoś, kto interesuje się tobą żywiej, niż przypuszczasz. Do widzenia, Jerzy! I uścisnąwszy mi rękę, szybko zbiegł schodami ku wyjściu. Po chwili pomagałem już Halszce przy wsiadaniu wraz z matką do karetki. — Do widzenia, Jur! — rzuciła na pożegnanie, wyciągając ku mnie swą małą, drobną rączkę — Do widzenia w sobotę! Pamiętaj! — Do widzenia, najdroższa! Powóz ruszył, zanurzając się w poranną mgłę... Wtem w świetle latarni, dogorywającej przed bramą, stanęła przede mną smukła, szczelnie w płaszcz otulona postać kobiety. Poznałem chiromantkę. Chwyciła mię za ramię i, ściągnąwszy maskę z twarzy, szepnęła: — I ja oczekuję w sobotę. Kocham pana i dlatego musisz być moim. Oto mój adres. I wcisnąwszy mi w rękę bilet wizytowy, przepadła w półmroku zarania. Stałem długo jak wryty, nie mogąc uczynić kroku naprzód. W uszach brzmiały wciąż słowa wróżbiarki jak nieprzeparty rozkaz, gdy palce ściskały kurczowo białą, sztywną kartę. Powoli, prawie bezwiednie podniosłem bilet do poziomu oczu i odczytałem: — Kama Bronicz. Parkowa 6. Kobieta z mostu św. Florjana mieszkała w domu Wierusza!...
Vivartha.
W męce przeszedł mi czwartek i piątek. Te dwa dni wpłynęły decydująco na długi okres mego życia, zarysowując fatalnie plan przyszłych zdarzeń. Gdy po bezsennej nocy z piątku na sobotę wstałem wcześnie nad ranem i wyjrzałem przez okno na senny jeszcze świat, uczułem w całej pełni, jak jestem wewnętrznie rozbity; liść klonu chwiejący się za szybą na wietrze był odporniejszym na wpływy środowiska, niż byłem nim ja. Mimo to — rzecz dziwna — czułem się w swej słabości szczęśliwym; dobrze mi było z tym słodkim bezwładem uczuć i woli. Z hedonistyczną lekkomyślnością zepchnąłem odpowiedzialność za wszystko na czyjeś barki i dałem unosić się nieznanemu prądowi, którego zbliżanie się odczuwałem coraz wyraźniej z każdą nadchodzącą godziną. Après moi le déluge!... O jedenastej rano przebrałem się i poszedłem, do Grodzieńskich. Przy powitaniu wyczytałem w jej oczach utajoną obawę i niepewność. Mój śmiech swobodny, beztroski rozproszył wszystko; wkrótce swywoliła jak dzieciak. Po obiedzie, koło trzeciej przyszła kolej na garden-party. Pozostawiono nas samych w , dziewiczym parku rodziny Grodzieńskich. Park ten, pół ogród, pół las jest unikatem w swoim rodzaju. Podobno niegdyś stanowił część Dobieckiej Puszczy, która, rozciągając się na przestrzeni kilkunastu mil, kryła w swem wnętrzu burzliwą, głębokim jarem przebierającą się Drucz. Puszczę wykarczowano — pozostała rzeka i park Grodzieńskich, szczątek minionej chwały boru. Rodzina Halszki z pietyzmem usiłowała podtrzymać jego pierwotny charakter. To też park wyjątkowo rozległy sprawiał istotnie raczej wrażenie lasu. Tylko drobną jego część, przytykającą bezpośrednio do dworku, poddano wpływom ogrodniczej kultury — ogromna reszta, od lat nietykana ostrzem nożyc, niekaleczona strychulcem sekatora, żyła w stanie dzikim bujnie i swobodnie. Nikt nie pełł zarosłych trawą ścieżek, nikt nie zbierał nagromadzonej stosami leżaniny, chróstu, nie usuwał obalonych przez jesienne burze pni. To też dostęp do niektórych miejsc był niemożliwy. Potężne, z wykrotów drzewnych powstałe zasieki, niezdobyte, drapieżnie jurzące się zastrzały broniły zazdrośnie parkowych komyszy. Dlatego park Grodzieńskich był od lat przytułkiem dla wszelkiego rodzaju dzikiej zwierzyny, która niepłoszona przez dworskie polowania chroniła się chętnie pod jego opiekuńcze spławy. Najpiękniejszą była partja południowo-zachodnia, gdzie park, staczając się w łagodnej pochylni ku rzece, dotykał wydłużonym klinem zakrętu Druczy. Tam skierowaliśmy z Halszką swe kroki. Ująwszy się za ręce, jak para roześmianych pogodą nieba dzieci, szliśmy starą, wysłaną zeschłych liści drożyną. Nad nami sklepił się strop poplątanych konarów, szumiał szeroki rozhowor dębów. Włożyła mi rękę pod ramię i, opierając głowę na piersi, mówiła: — Jak tu dobrze, Jur, nieprawdaż? Wszystko tu takie czcigodne, uroczyste... — Dusza starodrzewu — odpowiedziałem, chłonąc błękit jej oczu. — Twój ojciec, Halszko, musi bardzo kochać przyrodę? — O tak — uwielbia ją jak poganin. Nieraz spędza całe dni w najgłębszych ostępach lasu. Po każdej takiej przechadzce jest dziwnie zamyślony i nie zwraca uwagi na otoczenie. — Las działa jak narkotyk; można się upić jego duszą. Umilkliśmy i czas pewien słychać było tylko szelest liści roztrącanych przez nasze stopy. Ona pierwsza przerwała milczenie: — Ojciec jest przytem człowiekiem nadzwyczaj przesądnym. — Dotychczas nie zauważyłem tego rysu. — Bo się z tem kryje nawet przed nami. Zdaje mi się, że odziedziczyłam po nim podobne skłonności. — Ty, Halszko — Dziś właśnie rano, zanim przyszedłeś, miałam sposobność przekonać się o tem. — Czy mogę dowiedzieć się bliższych szczegółów? — Owszem. Odczuwam potrzebę zwierzania ci się nawet z najbłahszych przeżyć. Spojrzałem na nią z wdzięcznością. — Jestem trochę znużona przechadzką. Usiądźmy na chwilkę tutaj, na mchu. — Doskonale! — odparłem, rozścielając jej miękki, szkocki szal, który niosłem przewieszony przez ramię. — A zatem — zaczęła — dziś rano, na godzinę przed twojem przybyciem siedziałam sama na werandzie, kończąc poranną toaletę. Wtem na stopniach od ogrodu ujrzałam jakąś żebraczkę, która z wyciągniętą ręką prosiła o wsparcie. Wzrok starej nie podobał mi się: w czarnych, namiętnych oczach czaiło się coś złośliwego; na ustach zwiędłych i sinych błąkał się zagadkowy uśmiech. By się jej pozbyć jak najprędzej, kazałam jej zaczekać na schodach, obiecując wynieść za chwilę jałmużnę. Na nieszczęście nie mogłam znaleźć portmonetki, którą przez roztargnienie położyłam wczoraj na niewłaściwem miejscu. Nareszcie udało mi się ją odszukać. Odliczywszy parę sztuk monety, wróciłam, by wręczyć je żebraczce. Lecz zamiast na stopniach tarasu, zastałam ją w obrębie werandy, szukającą czegoś na taflach posadzki, tuż koło krzesła, które przed chwilą zajmowałam. Spostrzegłszy mię, szybko zgarnęła coś ręką do czerwonej chusteczki, zawiązała skwapliwie na węzeł i rzekła, uśmiechając się złośliwie: — Dziękuję panience za trud i dobre chęci. Zdobyłam tu rzecz stokroć cenniejszą dla mnie od złota. Adieu, piękna panno! Adieu!... A w przyszłości prędzej usuwaj z podłogi ślady, które pozostawia po sobie poranne manicure, jeśli nie chcesz, by coś z twych różanych paluszków nie dostało się w obce ręce. I z cichym, zjadliwym chichotem zbiegłszy po stopniach, zniknęła za bramą wchodową. — Szczególna przygoda... Więc pieniędzy nie przyjęła? — Nie. Mam wrażenie, że prośba o jałmużnę była tylko pretekstem do wnęcenia się na werandę. — Hm... takby wyglądało. — Po jej odejściu uczułam nieokreślony lęk, którego nie mogę opanować dotychczas. — Ależ, Halszko, jesteś przeczulona! Lepiej nie myśleć o tak błahem zdarzeniu. — Boję się czegoś tej dziadówki. Babka moja mówiła nieraz, że ucięte włosy, paznokcie lub wypadły ząb powinno się natychmiast palić, by nie dostały się do cudzych, wrogich rąk. — Ha, ha, ha! I ja coś o tem słyszałem. Ale to przecież śmieszny zabobon, Halko. Doprawdy, nie pojmuję, jak możesz przywiązywać do czegoś podobnego jakąkolwiek wagę. — A jednak ta baba Wiesz, Jur, czasem zdaje mi się, że wskutek tego powstał między mną a tą czarownicą tajemniczy, choć niewidzialny — Przesadzasz. Pod wpływem chwilowego rozdrażnienia wyolbrzymiasz rzeczy nikłe i niegodne twej uwagi... Brr... Chłodno tu jakoś... Chodźmy na słońce! Westchnęła z uczuciem ulgi i podała mi ramię: — Masz słuszność. Jak ty umiesz zawsze uspokoić mnie Jur! Przytuliłem ją do siebie i tak szliśmy czas jakiś... Las przerzedził się i z poza trzonów drzewnych zamigotało ciche, drzemiące jezioro. Nad brzegami zarosłemi sitowiem unosiły się roje błękitnoskrzydłych ważek, pluskotały kurki wodne, pruły wiosenną przestrzeń nieba lotem nawskos kszyki. Z wody gęstej, ustałej szedł w gorę odpar i przesłaniał mglistym woalem ospałą powierzchnię. Parę brzóz płaczących nachyliło się w zadumie nad topielą, zarzucając w głębię smutek swych warkoczy. Daleko od brzegu, gdzieś na środku jeziorzanej gładzi snuł się jaśniejszą wstęgą ścieg wartu — odpływu... Wsiedliśmy do łódki ukrytej wśród bronzowych pałek rokiciny. Odwiązałem łańcuch i, wparłszy wiosło o ląd, odbiłem się mocno. Zabulgotała wytrącona z drzemki popołudniowej woda, zawirowały osadzie i męty. Łódź, otarłszy się burtami o kolana rogoży, roztrąciła kożuchy pleśni i wypłynęła na środek. Sterowałem ku skalistej wysepce w południowym kącie jeziora. Ten granitowy wykwit gruntu był zagadką. Skąd się tu wzięły skały pierwotne? Okolica płaska, typowo równinna nie usprawiedliwiała w niczem tej anomalji. Szara, poszarpana ściana wystrzelała groźnie ponad wierzchołki najwyższych drzew parkowych. Gdy podpłynęliśmy na odległość kilku metrów do wyspy, zerwała się z gniazd po wnękach rzesza jaskółek i, zatoczywszy nad nami parę kręgów, wróciła do skalnych kryjówek. Okrążyliśmy wyspę, szukając miejsca do wylądowania. Strome, urwiste brzegi, obszyte na głucho krzami głogu i jeżyny, strzegły zewsząd wejść i dostępów. Tylko od strony południowej, tam, gdzie jezioro zwężało się gwałtownie, by kilkanaście metrów dalej runąć po zboczach parku potężnym wodospadem do Druczy, zauważyłem za występem skały małą przystań. Ostrożnie, trzymając się brzegu, by nie wpaść w ramiona silnego już w tem miejscu prądu, opłynąłem cypel i zawinąłem szczęśliwie do zatoczki. Wyrzuciwszy z dna łódki łańcuch, okręciłem go mocno parę razy dookoła pnia przybrzeżnej sosny — karlicy, poczem zwróciłem się do Halszki, która w milczeniu śledziła wart wody: — Wysiadamy? — Koniecznie? Czy nie lepiej obserwować stąd, z łódki? Widok wspaniały! — To prawda. Można podziwiać i z tego ruchomego pomostu. Zająłem ostatnią ławkę przy dziobie, gdy ona, usiadłszy na szalu rozpostartym na dnie łódki, oparła się plecami o moje kolana. — Lubię ten szum, Jerzy. Odchyliła ku mnie głowę. — Dobrze ci tutaj? I pochyliłem się ku jej słodkiej twarzy. — Jak w zaczarowanym śnie — odparła, podając mi usta. I znów słychać było tylko huk wodogrzmotu... Spad był potężny: ciche, rozlane powyżej wysepki szeroko wody jeziora nagle ujęte w kleszcze brzegów spadały przez wąską, skalistą szyję, jakich 200 metrów w dół ku poziomowi rzeki. Stąd, z wysokości wysepki widać było tylko chmurę pian i wrzątek wodnej ciekliny, obrzucającej białemi płatami wiecznie mokre ściany wąwozu. A tam, w dole, gdzie rozbita na miazgę woda przeciskała się pomiędzy pylonami czarnych, strażujących raf, widniała w roztępie wąwozowego wylotu błękitna, spokojna już wstęga Druczy... Godzina była trzecia, nasycona słońcem popołudnia, rozleniwiająco senna. Z nagrzanej ziemi unosiły się ledwo dostrzegalne fale powietrza, drgając w przestworzu niby kosmiczny eter. Od lądu szły zapachy ziół i leśnych kwiatów, z wody bił surowy, rybą i szuwarem zaprawiony obrzask. O łódkę uderzały co chwila wilgotne pletwy fal, pluskocząc po burtach rytmem pieszczoty, rozkręcał się z cichym zgrzytem, to znów przypadał gnuśnie do brzegu żelazny wąż łańcucha... — Halszko! Co za dziwna godzina! Odpowiedział mi jej równy, głęboki oddech. Usnęła jak dziecko. Z opartej na mych kolanach z ufnością głowy zesunęła się para długich, płowych warkoczy i spłynęła na dno łodzi. Ostrożnie, by jej nie obudzić, podniosłem jeden do ust i całowałem długo, tuląc namiętnie do twarzy. Ciepłe, wonne włosy dziewczyny... Wtem, podniósłszy oczy na rzekę, ujrzałem w przerwie pomiędzy skałami płynące powoli czółno z siostrami z klasztoru Klarysek. Dwie pracowały przy wiosłach, jedna przy sterze, inne z rękoma wplecionemi w różańce błądziły zamyślonem spojrzeniem po wodzie. W chwili, gdy łódź mijała ujście jeziora, zasuwając się już swym dziobem za skałę, jedna z zakonnic, ocknąwszy się z zadumy, zwróciła twarz w naszą stronę. Przez sekundę oczy jej spoczęły na nas z wyrazem głębokiego smutku, poczem wyciągnęła ku nam ręce spętane w czarne korale. W tej chwili czółno pchnięte silniejszem uderzeniem wiosła znikło za skalnym zrębem, unosząc z sobą postaci mniszek. Spojrzałem zaniepokojony na Halszkę. Twarz jej cicha, półotwarte usta i oczy łagodnie przymknięte upewniły mię, że śpi spokojnie, jak dziecko. Nic nie widziała. Nagle ramię jej dotychczas bezwładnie opuszczone wzdłuż ciała poruszyło się; prześliczne rzęsy zadrgały nerwowo parę razy i podniosła powieki. — Zasnęłam? — zapytała, rumieniąc się jak jutrzenka. — Na krótką chwilę — odpowiedziałem, pieszcząc pukle jej włosów na skroni — Tylko na bardzo krótką chwilkę. — Miałam taki dziwny sen... — Musiał być chyba przyjemny, bo przed samem przebudzeniem uśmiechnęłaś się. — Nie wiem, jak go sobie tłumaczyć... Szłam jakąś łąką, pełną czerwonych maków, szłam powoli, to strącając parasolką purpurowe głowy kwiatów, to biorąc je do bukietu przy piersi... Na mur, który otaczał łąkę, padał cień mój głęboki i soczysty, bo było południe... W pewnej chwili ujrzałam naprzeciw siebie postać siostry zakonnej. Szła ku mnie. Twarz posępnie słodką pochyliła ku ziemi, w palcach przesuwała korale różańca. Stanąwszy przy mnie, podniosła ciemne, przejmujące do głębi oczy i, ujmując mię pod ramię, rzekła cicho: — Nareszcie przyszłaś. na ciebie dość długo, siostro. Pójdź ze mną! Będzie nam dobrze z sobą. I zawróciwszy mię z drogi, poprowadziła w stronę wprost przeciwną tej, którą iść zamierzałam. Przed nami w perspektywie słonecznej dali zarysował się średniowieczny klasztor... Obudziłam się... — Szczególne!... — Tak mi czegoś smutno, Jur — poskarżyła się. Milcząc, spuściłem łódkę z łańcucha. W pół godziny potem wstępowaliśmy na stopnie tarasu, na którym oczekiwali nas już zaniepokojeni trochę naszą długą nieobecnością starzy Grodzieńscy. W czasie podwieczorku mówiliśmy mało. Halszka była zamyślona i smutna, ja dziwnie podniecony i nieswój. Co chwila spoglądałem na zegarek, zdenerwowany posuwaniem się wskazówek, jakby szybszem niż zwyczajnie. Koło piątej, nie mogąc przezwyciężyć wewnętrznego przymusu, wstałem w ciągu rozmowy i pożegnałem się. — Pan odchodzi dziś tak wcześnie? — zapytała pani Grodzieńska, patrząc na Halszkę, w której twarzy wyczytałem niemy wyrzut. — Muszę — tłumaczyłem się niezgrabnie — Mam posiedzenie w Związku o wpół do szóstej, a stąd do lokalu dość daleko. W przedsionku Halszka chwyciła mię za rękę, przyciskając ją mocno do serca: — Jur — błagała głosem drżącym, przez łzy — nie odchódź ode mnie w tej chwili! Tylko nie teraz! Mam jakieś złe przeczucia. — Nie mogę. Muszę tam być dzisiaj koniecznie. Jutro będę u was znowu. Nie bądźże dzieckiem, Halko! I szybko zbiegłem po schodach. Nieubłagana wola kierowała mnie w stronę Parkowej. Wskoczyłem do przejeżdżającego tramwaju i po kwadransie znalazłem się u wylotu znanej mi dobrze ulicy. Teraz szedłem, powoli, umyślnie zwolniwszy kroku, by się wewnętrznie opanować. — Numer 6! — powtarzałem w myśli, jakby w obawie, żeby nie zapomnieć — Numer 6! — Ależ to willa Wierusza! — uświadomiłem sobie, jakby budząc się z ciężkiego uśpienia — Może to jego kochanka? Ogarnęła mię wesołość. — Kama Bronicz kochanką Andrzeja! Cha, cha, cha! Kapitalny pomysł! Lecz mimo wszystko bilet wskazywał ten adres. — Dlaczego on kryje się z tem przede mną? Byłem przecież u niego już tyle razy i nigdy mi o tem nic nie wspominał. Przeciwnie, zdaje się być dla niej wrogo usposobionym. Uczułem coś w rodzaju niechęci do przyjaciela. — Siwy Don Juan! — mruknąłem przez zęby — Stary hipokryta! Stanąłem przed willą. — Nr. 6 — odczytałem półgłosem na tabliczce bramy — Nr. 6. No, tak — to przecież tutaj. Niema cienia wątpliwości... Drzwi w siatce były uchylone. Wszedłem na ścieżkę ogrodową... Wyłoniło się pytanie: — Co teraz? Dokąd zwrócić się? Jeśli pójdę przez werandę, spotkam się oko w oko z nim, jeśli wejściem z tyłu, natychmiast zawiadomi go sługa. Wogóle, gdzie właściwie mieszka? Rozkład domu i ubikacyj znam przecież na wylot. Miałżeby istnieć jeszcze jakiś zamaskowany zręcznie pokój, o którym dotychczas nic nie wiedziałem? A w takim razie kto mnie tam zaprowadzi? Wszedłem do sieni wejściem tylnem i nagle zdumiony zatrzymałem się w progu. Przede mną rozciągał się w półmrocznej amfiladzie kolumn koryncki krużganek. — Gdzie jestem? — usłyszałem pytanie, rzucone między marmurowe trzony — Gdzie jestem?! Głos mój brzmiał obco, jakby nie z mojej piersi. Gdzie się podziała ta wąska, płomykiem gazu zwykle rozświetlona sień, którą mnie tyle razy wyprowadzał? Gdzie się podziało troje drzwi wychodzących na tę sień? Przetarłem ręką oczy, by przekonać się, że nie śnię. Gdzieś pod stropem rozbłysnęła łagodnem światłem grecka lampa; od kolumn padły na stiukową posadzkę cienie, w górze, na głowicach rozkwitły liście akantu. Spłoszony półmrok skurczył się, zmalał i przykucnął w głębi kamiennej alei... Wtem pomiędzy filarami ujrzałem Wierusza. Szedł odwrócony ode mnie profilem, sztywny, z oczyma zatopionemi w przestrzeń, przed siebie, jak lunatyk... Podszedłem, by doń przemówić, gdy coś mnie w nim uderzyło: Andrzej nie szedł, lecz I nagle w moich oczach rozwiał się na tle jednej z kolumn. — Andrzeju! — krzyknąłem, opasując ramieniem gładki, obły trzon — Andrzeju, co to znaczy?! Odpowiedziało mi echo dziwnie zniekształcone... Odwinąłem się od kolumny bezradny; okrutna samotność wkradła się do serca i rozpanoszyła wszechwładnie. Na chybił trafił, zacząłem iść w jakimś kierunku, aż dotarłem do jakichś schodów, pnących się krętą linją do góry. Środkiem stopni spływała ku mnie krwawą strugą czerwień kobierca. — Wejście na piętro? — pomyślałem, wpatrując się w twarz Merkurego, podtrzymującego żyrandol u stóp klatki schodowej — Tu nigdy przedtem schodów nie było! Dom jest przecież parterowy! — Tędy na górę — zapraszała gościnnie wyciągnięta ręka bożka. Więc poszedłem na górę. Na piętrze, tuż naprzeciw schodów zastałem szeroko rozwarte drzwi od pokoju... Wszedłem. W głębi pochylona nad naczyniem kształtu czary stała Kama, ściskając w podniesionej ręce jedwabne lasso. Usta jej wyrzucały słowa ciemne dla mnie i niezrozumiałe... Podniosła głowę. Para oczu fanatycznych, oczu pantery uderzyła mię, paraliżując wolę. — Nareszcie! — usłyszałem głos jej idący skądś, z nieskończonej dali i uczułem, jak zęby jej wgryzają się w moje wargi. — Tyś mój! — szeptała, oplątując się dookoła mnie skrętem bluszczu. — Teraz tyś już mój! Kochasz mnie? — Kocham — odpowiedziałem spętany czarem jej namiętności. — Jakżeś piękna dziś, Kamo! I piękną była w istocie. Z obcisłej, szafranowożółtej tuniki w czarne tulipany wykwitała jej drobna, kształtna głowa w otoku włosów koloru miedzi, niby płomienna orchidea. Twarz owalną, bladą, z siatką lazurowych żyłek na skroniach przepalał żar oczu o barwie szafiru... Rzuciła się na sofę lubieżnie niedbała, leniwa, nęcąca. — Chodź do mnie, Jerzy! — wezwała kusząco. Usiadłem przy niej, pojąc oczy harmonją jej ruchów. Wdzięk ich był nieporównany. Gibkie, opięte w obcisłą suknię jej ciało wiło się przede mną w nieuchwytnych, wciąż zmieniających się linjach. Mimowoli nasunęło się szczególne porównanie. — Kamo! Wyglądasz w tej chwili jak prześliczna, złota jaszczurka, wygrzewające się w skwarze słońca. Porwała się z sofy jak pod razem bicza; w cudnych, aksamitnych oczach zapełgotały żagwie gniewu: — Jak śmiesz?! — Ależ, Kamo, czy cię to obraża? Przyszło mi tak do głowy ni stąd, ni zowąd. — Nie lubię podobnych porównań — odpowiedziała cierpko, wracając do poprzedniej pozycji. — Przepraszam cię, Kamo. Przyciągnęła mię niemym ruchem ramion ku sobie. Uczułem zawrót głowy i dreszcz rozkoszy. Gdzieś, w wizyjnej oddali wyłoniła się twarz Halszki w męce błękitnych oczu — lecz zasłonił ją zaraz purpurowy płaszcz namiętności. W uściskach moich pieściłem młode, pachnące ciało, rozszalałe wargi moje piły słodycz dziewiczych, stromych piersi, a ręce zanurzały się w miedziany bugaj jej włosów, przesuwając przez palce sypkie, bezcenne ich złoto... Wtem usta moje, błądzące po jej biodrach, natrafiły na przeszkodę: szeroka, czarna szarfa zakrywała część ciała między lewą pachwiną a żebrem. — Zrzuć tę przepaskę, Kamo! Niechaj nie pozostanie ani jedna cząsteczka twego ciała, którejby się nie dotknęły wargi moje! Przycisnęła mocno dłonią szarfę i rzekła stanowczo: — Nie wolno. — Dlaczego? Zaśmiała się przekornie: — Nie należy być zbyt ciekawym. Może kiedyś, później, gdy się z sobą bardziej zżyjemy, wszystko ci wytłumaczę. Zresztą czy ci tak bardzo na tem zależy? Czyż mnie i tak całej nie posiadasz? I zaczęła wodzić ręką po mej piersi. — Masz skórę delikatną i białą jak u młodej dziewczyny. Czy zmywasz się czasem mlekiem? — Co za przypuszczenie! To trochę za kosztowny kosmetyk. Nie odpowiedziała. Tylko oddech jej stał się szybszym i piersi zaczęły silnie falować. Czułem, jak dłoń jej spływa po mem ciele coraz niżej, jak jej białe, wąskie palce sycą się czarem dotknięcia. — Kamo! — zawołałem w pewnej chwili — Przy tobie można oszaleć z rozkoszy! Czas płynął. Koło 7-mej wieczorem, gdy pokój rozświetliły blaski ośmioramiennego pająka, oboje byliśmy wyczerpani pieszczotą. Więc oparłszy się plecyma o kobierzec nad sofą i splótłszy się za ręce, patrzyliśmy na siebie przez mgłę upojenia. — Co to za medaljon? — zapytała nagle, sięgając ręką ku mej szyi. — Pamiątka — odparłem niechętnie, otrząsając się z miłosnego odrętwienia. Położyła go sobie na dłoni i otworzyła wieczko. — Zostaw to, Kamo, proszę cię. — A! Włosy! Jasno-popielate włosy! Wyrwałem jej z rąk przedmiot. — Tak ci drogie? — zapytała z przekąsem. — To pewnie włosy, co? Tej pięknej panny, z którą byłeś na maskaradzie? — Tak — to włosy z warkocza mej narzeczonej. — Cha, cha, cha! Co za sentyment! — Przestań, Kamo! — A to dlaczego? Któż mi zabroni? — Proszę cię — dodałem łagodniej — nie mówmy teraz o tem. Dobrze? — Niecierpię jej! — szepnęła mściwie. Mimowoli zadrżałem. — Co robiłaś w chwili, gdy wchodziłem do tego pokoju? — zapytałem, by sprowadzić rozmowę na inny temat. — Czekałam na ciebie. — Patrzyłaś w głąb tej czary — rzekłem, zbliżając się do stołu, na którym w środku zakreślonego kredą koła stał szczerozłoty puhar — Co to za napój? Wino? — Woda. Czysta woda; tylko w stanie namagnetyzowania. — A te znaki tu, na obwodzie koła? — Symbole siedmiu planet. Ten tu, w kształcie kółka, z krzyżykiem u spodu — to znak Wenery; wskazuje, że w sferze jej wpływów ważniejszym jest moment zasobu sił życiowych niż warunki środowiska. — Na nim skupiłaś swą uwagę, gdy wchodziłem? — Nie. Ten moment operacyjny zaszedł znacznie wcześniej. Gdy wchodziłeś, wyglądałam już wyników na powierzchni wody; szukałam w niej wizerunku twej twarzy. Spojrzałem na nią przerażony. — Ty mnie przyciągnęłaś do siebie w sposób magiczny! To nieuczciwie, Kamo! I cóż ci po takiem zwycięstwie? — Nie mogłam narazie inaczej; musiałam wpierw przełamać wrogi mi wir, który przede mną zdobył wpływ na ciebie. Teraz już sztuk tych nie potrzebuję. I lekceważącym ruchem ręki wywróciła czarę. Rozlany płyn ściągnął się na stole w długą, wąską taśmę i zaczął ściekać na posadzkę. — Zbyt pewna jesteś swego osobistego uroku — zauważyłem podrażniony. Roześmiała się swobodnie: — Tak, mówię to otwarcie. Ponadto poznałam cię dzisiaj dokładnie. Tyś już mój, Jerzyku! Zbliżyła usta do mojej twarzy i zlekka dmuchnęła mi w oczy. Ciepły prąd przebiegł mię od stóp do głów i przejął sobą całe me jestestwo. — Jakżeś piękna, Kamo! — powtórzyłem parę razy bezwiednie. Ona tymczasem wyjęła z kredensu flaszkę i dwa kieliszki. — Maresciallo rosso antico, autentyczne — zachęciła, napełniając mi po brzegi kubek czerwonym moszczem. — Nie bój się! Nie otruję cię. Przypiliśmy do siebie. Wino było dobre, tęgie. Czułem, jak jego dobroczynna moc rozlewa mi się krzepiąco po żyłach. Trzymając w palcach trzon kieliszka, rozejrzałem się po raz pierwszy z uwagą po pokoju... Wydał się skądś znajomy. Obicia koloru turmalinowego, krzesła, fotele, stół sześcioboczny oparty na sfinksach były mi znane... Nagle się szczególna orjentacja: wszystkie te przedmioty, tylko w innym układzie i rozmieszczeniu widziałem u Wierusza. Miało się wrażenie, że wnętrze to w sposób zagadkowy skupiło w obrębie swych czterech ścian rozproszone elementy mieszkania mego przyjaciela. — Czy znasz Andrzeja Wierusza, Kamo? — zapytałem wprost. — Nie — odpowiedziała, nie patrząc mi w oczy. Byłem pewny, że kłamie. Ale dlaczego? Poco kryje się z tem przede mną? — Czy wiesz, że dom ten należy do człowieka, który jest moim przyjacielem? — Teraz mieszkam w nim ja i to niech ci wystarczy. W głosie jej brzmiała nuta triumfu i dumy. — Co to wszystko znaczy? Gdzie ja właściwie jestem? — W zaczarowanym pałacu, jeśli już chcesz koniecznie wiedzieć. Ach, wy mądrzy panowie — dorzuciła z pogardliwym uśmiechem — wiecznie wszystkiego dochodzący rozumem, panowie — sprytni rachmistrze i bałwochwalcy mózgu! Są sprawy, które się wam wymykać będą z pod kontroli... Czy ci to nie wystarcza, że jesteś tutaj ze mną i że przeżyłeś parę godzin rozkoszy? Czy owo „gdzie?“ nie jest rzeczą drugorzędną lub zgoła obojętną? — Masz słuszność, Kamo — przyznałem, biorąc ją za ręce. — Zawdzięczam ci wyjątkowy wieczór! Gdybyś.... Lecz rozpoczęte zdanie zamarło mi na ustach. W twarzy Kamy dotychczas tchnącej świadomością własnej potęgi i czaru nagle zaświtało coś jak wahanie; w oczach hardych, wyzywających zatliło błędne światło niepokoju. Szybko spojrzała na duży, wahadłowy zegar nad sofą. Była ósma. — Idź już, Jur! — rzekła łagodnie — Idź! Dłużej tu dzisiaj pozostać nie możesz. Oczekuję cię we wtorek o tej samej porze. Przyjdziesz, nieprawdaż, Jur? — Przyjdę. — Nie gniewaj się na mnie — prosiła, patrząc mi przymilająco w oczy — lecz pora już Muszę za chwilę. Są pewne Rozumiesz? — Rozumiem. Przeciągła pieszczota pocałunku, pożegnalne zwarcie się spojrzeń... i wyszedłem. Poza mną zapadły głucho w zamek ciężkie, dębowe drzwi... Rozejrzałem się. Klatka schodowa znikła. Przede mną biegł w głąb półmrocznej przestrzeni znany mi, wąski korytarz z trojgiem drzwi, oświetlony słabo językiem gazu — przedsień domu Wierusza... Obejrzałem się poza siebie, szukając wejścia do pokoju, z którego przed chwilą wyszedłem i zamiast drzwi dębowych znalazłem gładką, białą ścianę... Więc to wszystko było tylko snem?! Niemożliwe! Czułem przecież wciąż jeszcze słodką niemoc miłosnego wyczerpania. — Kamo! Kamo! Głos powrócił z przeciwległego kąta korytarza i zgasł w półmroku. Podszedłem do środkowych drzwi po lewej stronie, prowadzących do pracowni Andrzeja, i zapukałem... Nikt nie odpowiedział. Pocisnąłem klamkę; drzwi otworzyły się... Wierusz siedział za stołem z głową odchyloną wstecz na grzbiet fotelu. W twarzy bladej, ascetycznej ani kropli krwi. Gdy zbliżyłem się doń na parę kroków, otworzył ociężale powieki i spojrzał na mnie. — Jestem z — wyrzekł z trudem — przychodzisz w porę, Jerzy. — Spałeś? — Tak i nie. — Uśmiechnął się. — Która godzina? — Minęła ósma. — Więc potrzebowałem aż trzech godzin.... — O piątej widziałem cię w korynckim krużganku. Wychodziłeś z domu. — Tak — o tej godzinie W korynckim krużganku... powiedziałeś? — powtórzył, prostując się nagle z ożywieniem. — Tak — tu, w twoim domu A potem poszedłem schodami na Patrzył mi przenikliwie w oczy i wyczytał resztę. — Źle się stało — szepnął, powstając — Bardzo, bardzo źle... Tak, tak — Widzisz — tłumaczył, zatrzymując się przede mną. — W innych warunkach nie byłbym do tego dopuścił; bo wola moja silniejszą jest, gdy oparta o ciało fizyczne, niż w czasie eksterjoryzacji. W każdym razie pocieszającym objawem jest to, że użyto podstępu. Widocznie nie czuje się na siłach do otwartej walki ze mną. — Odstąpił parę kroków w głąb pokoju i, stanąwszy pod kapą swego olbrzymiego pieca do destylacyj alchemicznych, zwanego Athanorem, rzekł mocno: — Z dwu magów o jednakowym astralnym rozwoju zwycięża w walce ten, który rozporządza silniejszym systemem nerwowym w fizycznej płaszczyźnie. — Czy uważasz, że ona posiada zdolności nadprzyrodzone? — Magiczne; i to w wysokim stopniu rozwinięte. Lecz, niestety, używa sił przez siebie zdobytych do celów błahych i pospolitych; dlatego nie będzie nigdy prawdziwą adeptką. Mimo to może być groźną nawet dla wtajemniczonego w wyższe stopnie nauki tajemnej. Przez moją nieostrożność i brak czujności mimowoli wszedłem częściowo w sferę jej wpływów. Dom mój, przynajmniej na czas jakiś, został przepojony trującą aurą, która od niej płynie. Czy wiesz, jak Mahatmowie nazywają podobny stan? — Skądże mam wiedzieć! Nie mam najmniejszego pojęcia o tych rzeczach. — Nazywają to Nie jestem już wyłącznym panem tego domu; muszę się wbrew mej woli dzielić swą władzą z tą kobietą. Czuję, że walka będzie ciężką, lecz mam nadzieję, że mimo wszystko, mimo twej słabości, Jerzy, zwyciężę. Pochyliłem głowę przygnębiony, w poczuciu swej winy. Chociaż słowa przyjaciela były dla mnie ciemne i niejasne, rozumiałem dobrze to jedno, że przeze mnie wplątał się w wir sił sobie wrogich. Usiadłem i mechanicznie obracałem w palcach jakiś przedmiot leżący na stole. Po chwili spostrzegłem, że trzymam w ręku tę samą popielniczkę, którą widziałem przed paru minutami w pokoju Kamy. Zauważywszy na spodzie niedopałek cygara, wyjąłem go i przekonałem się, że na banderoli z marką ochronną w kształcie żółwia był napis: Tortuga. Były to zatem te same liście, które dopiero co wypaliłem tam „na górze.“ — Czy i ty zacząłeś palić „tortuga?“ — zapytałem z niedowierzaniem. Wierusz potrząsnął przecząco głową: — Skądże znowu? Przecież wiesz, że wogóle nie palę. — W takim razie wytłumacz mi, skąd się wziął u ciebie ten niedopałek? — To szczątek cygara. — Takby wyglądało, lecz to sprawy nie wyjaśnia. go przecież nie wypaliłem. — Czy tylko ten szczegół powtarza ci się w tym pokoju? — No, nie. Prócz popielniczki i cygara ten sam stół i identyczne obicia ścian. — I nic więcej? — Owszem; lecz reszta urządzenia zdawała się pochodzić z twoich pokoi bibljotecznych. — All right! Patrzyłem na Andrzeja szeroko otwartemi oczyma. To, co dla mnie było szaloną zagadką, jemu przedstawiało się w zupełnym porządku. — Nadzwyczaj sprytnie umiała wyzyskać elementy mego mieszkania — rzekł z uznaniem. — Ależ to było gdzieś na pierwszem piętrze! — krzyknąłem niemal wyprowadzony z równowagi jego spokojem. — Gdzie tu kto kiedy widział w tym domu jakieś schody na piętro lub przedsionek z kolumnami?! Uśmiechnął się pobłażliwie: — Więc wyobraź sobie np., że byłeś przez trzy godziny w t. zw. czwartym wymiarze zaludnionym chwilowo przez Kamę niektóremi elementami mego domu. No, cóż, zrozumiałeś? — Nie bardzo. — Trudno. Na to już nie poradzę... Ale, ale!... Chciałem cię jeszcze o coś zapytać. Czy nie wpadł ci tam w oko jakiś przedmiot, którego u mnie nie widziałeś? Rozumiesz? Chodzi o to, czy nie zauważyłeś w tamtej przestrzeni jakiegoś elementu zupełnie obcego, heterogenicznego? — Poczekaj chwilę... Tak — przypominam sobie... złotą czarę... — Która stała w środku koła z wpisanym w nie znakiem septenera, co? — Septener? Co to takiego? — Obraz syntetyczny siódmego arkanu Tarota: figura geometryczna w formie siedmioramiennej gwiazdy ze znakami siedmiu planet po rogach. Dewiza: „Spiritus dominat formam.“ — Tak. Widziałem istotnie ten symbol nakreślony kredą na stole... Patrzyła w głąb tej czary, gdy wchodziłem. — Naturalnie była woda? — Tak, lecz potem rozlała ją po stole na dowód, że w przyszłości nie będzie już potrzebowała tego środka. Oczy Andrzeja nagle ożywiły się. — W takim razie muszą tu być jeszcze jakieś ślady, o ile woda nie wyparowała. I uważnie zaczął badać płytę stołu. — Jest! — zawołał po czasie z triumfem. — Heureka! Podbiegł do Athanora i, wyjąwszy z czeluści platynowy tygiel, zgarnął doń łyżką resztki płynu. — Cudownie! Wstawił naczynie w niszę w ścianie obok pieca i zatarł z zadowoleniem ręce: — Znalazłem nareszcie punkt zaczepienia. Patrzyłem na jego ruchy osłupiały. — Co to wszystko ma znaczyć?! — Wyjaśnię ci kiedyś później. Narazie rzecz to zbyteczna. Gotujemy się do walki, Jur! — dodał z błyskiem energji w siwych oczach. Wyjął z za gorsu koszuli jedwabny woreczek, rozsunął taśmę szyjki i wydobył z wnętrza marmurowy krążek z wizerunkiem sześcioramiennej gwiazdy na tle lazurowem. — Znasz to? — pokazał mi zdaleka. — Talizman? — Nie — pantakl. — W każdym razie coś pokrewnego. — Zapewne, lecz są i zasadnicze różnice. Talizman służy do zgęszczania i skupiania energji tej planety, w której znaku urodził się jego właściciel. Posiada zatem znaczenie czysto indywidualne; jako związany najściślej z danym osobnikiem i jego wzmacnia tylko to, co już od jego urodzenia in potentia istnieje. Dlatego byłoby rzeczą bezcelową, gdyby ktoś urodzony np. pod znakiem wpływów Marsa chciał nosić na sobie talizman planety Saturna. — Czem są w takim razie pantakle? — Pantakle, sporządzane ze stopu siedmiu planetarnych metali, przepaja się przy pomocy stosownych ceremonij magicznych fluidami odpowiadających im planet; dlatego mogą one w sposób zawiązać astralny stosunek pomiędzy tym, który je nosi, a elementami planet. — Pantakl, który masz przed sobą, nazywają zwykle „Pieczęcią Salomona,“ „Gwiazdą Salomonową“ lub „Mistycznym Heksagramem.“ — Pozwól, chcę go obejrzeć dokładniej. I wyciągnąłem rękę po krążek. Wierusz cofnął się przerażony, skwapliwie usuwając pantakl. — Nie waż się go dotykać! — ostrzegł surowo. — Dlaczego? — Bo mógłbyś to przypłacić własnem zdrowiem, a nawet życiem, powodując wyładowanie skupionych tu sił. Zaszkodziłbyś bezpośrednio sobie, wystawiając się na działanie fluidów, pośrednio zaś mnie, gdyż rozbrojony pantakl straciłby swą moc i byłby dla mnie bez użytku. — Zdaje mi się, przywiązujesz zbyt wielką wagę do tego krążka. — Mówisz jak dziecko, Jerzy, o rzeczach, których istoty nie zgłębiłeś. Heksagram Salomona stanowi jedną z najpotężniejszych broni w ręku Wtajemniczonego. To symbol dylematu dobra i zła, to syntetyczny skrót równowagi magicznej. I w tym znaku zwyciężę czarne moce, które ktoś rozpętał wkoło mnie i ciebie... Dziś nie wiem jeszcze, kim jest ta kobieta i skąd przybywa — lecz że siły, które jej towarzyszą, są złe i występne, o tem już teraz nie wątpię... Zwyciężę — powtórzył z mocą — muszę zwyciężyć, — Co? — Chyba że działalność moja na Ziemi przypadła na — Co w takim razie? — W takim razie — odpowiedział cicho — poniósłbym porażkę. — Ty i porażka! Czy to możliwe? — Dziękuję ci, Jerzy, za tę wiarę we mnie, lecz czasem zbyt trudno jest płynąć pod wodę; Zresztą w podobnej walce — Jak to rozumiesz? — Zdarza się, że wyczerpany zapasami zwycięzca musi może — Mówisz do mnie rzeczy tak dziwne... I wpatrzyłem się zamyślony w tajemnicze znaki „pieczęci“... Po dłuższej chwili przerwałem milczenie pytaniem: — Co znaczą te dwa wplecione w siebie trójkąty ze znakiem T w pośrodku: jeden złoty, drugi srebrny? — Ten złoty, obrócony wierzchołkiem do góry, zwany stąd triangulus ascendens symbolizuje Makroprozopa czyli Boga Białego — ten drugi, srebrny, obrócony wierzchołkiem w dół jest jego ponurem odbiciem: to znak Czarnobrodego Mikroprozopa. — Znamienne połączenie wizerunków! — Tu właśnie tkwi istota symbolu i jedna z zasadniczych zagadek bytu. „Quod superius, sicut quod inferius“ — głoszą tajemnicze słowa Hermesa Trismegista ze Szmaragdowych Tablic. — „Et sicut omnes res fuerunt ab uno meditatione unius, sic omnes res natae fuerunt ab hac una re: adaptione.“ — Dla mnie najstraszliwszą zagadką będzie zawsze we wszechświecie. — Dotknąłeś problemu, o który, jak o rafę, rozbijają się spekulacje myślicieli wszystkich czasów. Zdaje mi się, że zło zrodziło się z pędu do określania się, który od prawieków tkwi w istocie bytu. Przedwieczny Atma, Bóg-Słowo zapragnął wcielić się i wydał z siebie życie. Nie wystarczyła Mu milcząca świadomość własnego istnienia i określił się kształtem. Bo uczuł, że nie jest doskonałym i że potrzebny Mu świat, by mógł w nim rozwijać drzemiące w piersi możliwości. Przeto wysnuł z siebie materję i przyoblekł się nią niby płaszczem. Bo tylko przez tarcie z ciałem możliwa dla ducha droga w zwyż. Lecz wyrzuciwszy z Swego łona życie, tem samem zstąpił w sferę zła i grzechu; bo to, co się ma rozwijać, musi walczyć: musi dźwigać się i znów upadać. — A zatem — przerwałem mu — nie wierzysz w absolutną doskonałość Przedwiecznego? — Nie. Absolut jest czemś sztucznem i nienaturalnem; to jedna z licznych abstrakcyj mózgu ludzkiego, nie poparta życiem ani jego przejawami — to zastój i nieruchomość. Przeciwnie! Wszystko wskazuje na I on, ten Wielki Nieznajomy musi się też wraz z nami rozwijać — i on ma Swoje wzloty i Swoje upadki. Stwórca nie może być czemś heterogenicznem w stosunku do stworzenia. Duch świata — to wielki zbiornik niespożytych sił, to żelazny kapitał, z którego wciąż czerpie materja, wytwór Jego przedwiecznej tęsknoty objawu. Czerpie wciąż pełnemi garściami i odwdzięcza Mu się, wzbogacając Go w doświadczenia bytu fenomenalnego i rzeźbiąc poprzez wieki rozwoju Jego nigdy nie wykończony posąg. — Mówiłeś coś o momencie uwstecznień... — Ewolucja odbywa się w linji helikoidalnej, ruchem olbrzymiej śruby, wwiercającej się bez końca w coraz to wyższe regjony bytu. Prawem cyklicznem okresów powrotnych panuje we wszechświecie bezkresna kolejność przemian: po okresie twórczym, pełnym elementów, porywających świat naprzód, następuje okres stagnacji i ruchów wstecznych; lecz zawsze punkt szczytowy w danym okresie rozwojowym jest od punktu szczytowego w cyklu poprzednim. — Więc ostatecznie ciągle idziemy na przód? — Tak. Wielki ruch wirowy myśli Bożej wspina się wciąż na coraz to wyższe kondygnacje. — A my wraz z nim? — A my wraz z Nim i w drobne ogniwa gigantycznej vivarthy! — Więc zło, zdaniem twojem, jest równie wiecznem jak dobro? — Tak — niestety. Lecz zawsze suma jego energji rozproszonej we wszechświecie jest mniejszą od napięcia potencjału sił jasnych i czystych. I dlatego zawsze wkońcu zwyciężyć muszą te ostatnie. — Lecz nie rozstrzygająco? — Nie. Zdaje się, że olbrzymi turniej trwać będzie wiecznie; kres walki odsuwa się wciąż w perspektywę nieskończoności. Szanse zła wprawdzie maleją, lecz prawdopodobnie nigdy nie spadną do zera. Byłoby to chyba możliwem w jednym, jedynym wypadku. — Mianowicie? — Gdyby Przedwieczny zniechęcony walką wchłonął z powrotem w Siebie świat objawiony i zamknął się w Sobie na zawsze. — A czy to możliwe? — A ty kochasz życie, Jerzy? — Życie, mimo wszystko, jest przedziwnie piękne. — Oto masz odpowiedź... Wyjrzałem przez okno. Było już całkiem ciemno i na niebie świeciły gwiazdy. Od miasta metaliczny dźwięk zegarów: biła dziewiąta wieczór. Andrzej włożył z powrotem do woreczka heksagram i, ściągnąwszy taśmę, ukrył na piersi. — Znak staurosa T w środku pieczęci — nawiązał rozmowę — symbolizuje stosunek ducha do materji; kreska pionowa — to twórczy Fallus zapładniający poziomą Kteis. Życie jest pierwiastkiem żeńskim. Kobieta ściąga nas ku Ziemi i jej sprawom. Czy cię to nie uderzyło, że liczba czarownic w średniowieczu jest bez porównania większa niż liczba czarowników? — Istotnie. Widocznie kult Zła jest silniejszy u kobiety niż u mężczyzny. — A zawsze wszystko obraca się ostatecznie dookoła aktu cielesnego z Szatanem — tego aktu, który stwarza życie, a wraz z niem Zło i występek. Kobieta — Magna Mater Terrae — Matrix Admirabilis... — A słowo stało się Ciałem i zamieszkało między nami. Duch św. zstąpił w łono Dziewicy i powiła Syna Bożego. — Nieśmiertelne prawo przeciwstawień i kontrastów — wieczna, niezniszczalna dwójka sił borykających się z sobą w zgiełku wieków... Powstałem: — Czas już na mnie. — Bądź zdrów, Jerzy! — pożegnał mię smutno — Bądź zdrów! Zalecać ci teraz niczego nie mogę; wszystko zależy od twej własnej, dobrej woli. Tylko mi... Halszki żal... To dobra, czysta dziewczyna... Wzruszony, z opuszczoną nisko głową wyszedłem...
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Salamandra.
