Front matter
WIELKA BIBLJOTEKA
NR. 77
WILLIAM SHAKESPEARE
całość
WIELKA BIBLJOTEKA
NR. 77
WILLIAM SHAKESPEARE
ROMEO I JULJA
SPOLSZCZYŁ
JAN KASPROWICZ
WARSZAWA
INSTYTUT WYDAWNICZY »BIBLJOTEKA POLSKA«
Zakłady graficzne Instytutu Wydawn. „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy.
OSOBY.
ESKALUS, książę Werony PARYS, młody szlachcic, krewniak księcia
MONTEGI | głowy dwóch nieprzyjaznych sobie domów
KAPULET
STARZEC, z rodziny Kapuleta ROMEO, syn Montegich MERKURJO, krewny księcia i przyjaciel Romea BENWOLJO, krewniak Montegiego i przyjaciel Romea TYBALT, krewniak pani Kapulet OJCIEC WAWRZYNIEC, franciszkanin BRAT JAN, tegoż samego zakonu BALTAZAR, sługa Romea
SAMSON | słudzy Kapuletów
GRZEGORZ
PIOTR, sługa mamki Julji ABRAHAM, sługa Montegiego APTEKARZ TRZECH MUZYKANTÓW PAŹ PARYSA; INNY PAŹ; OFICER PANI MONTEGI, żona Montegiego PANI KAPULET, żona Kapuleta JULJA, córka Kapuleta PIASTUNKA JULJI Obywatele werońscy, różne osoby, mężczyźni i kobiety, związane z obu domami, maski, straże i inne osoby. CHÓR.
Rzecz dzieje się w Weronie, z wyjątkiem części aktu V, rozgrywającej się w Mantui.
PROLOG.
Wchodzi CHÓR.
Dwa rody, jasne jednako i sławne Tam, gdzie się rzecz ta rozgrywa, w Weronie, Do nowej zbrodni pchają złości dawne, Plamiąc szlachetną krwią szlachetne dłonie.
✽
Z łez tych dwóch wrogów wzięło bowiem życie Pod najstraszliwszą z gwiazd kochanków dwoje; Po pełnym przygód, nieszczęśliwym bycie Śmierć ich stłumiła rodzicielskie boje.
✽
Tej ich miłości przebieg zbyt bolesny I jak się ojców nienawiść nie zmienia, Aż ją zakończy dzieci skon przewczesny, —
✽
Dwugodzinnego treścią przedstawienia, Które otoczcie cierpliwemi względy; Jest w niem co złego, my usuniem błędy.
(wychodzi)
AKT PIERWSZY.
SCENA I.
SAMSON: Dalipan, Grzegorzu, nie damy sobie w nos dmuchać! GRZEGORZ: Nie, bo inaczej musielibyśmy dmuchać wraz z nosem. SAMSON: Mam na myśli, że gdy nas złość ponosi, zdmuchniemy każdego. GRZEGORZ: E, radzę ci jednak, pókiś żyw, niebardzo zadzierać nosa. SAMSON: Walę natychmiast, gdy mnie kto poruszy. GRZEGORZ: Nie tak łatwo przecież dajesz się poruszać. SAMSON: Porusza mnie pies z domu Montegiów. GRZEGORZ: Dać się poruszyć — znaczy ruszyć z miejsca, a być walecznym — znaczy stać w miejscu; dlatego będąc poruszony, dajesz drapaka. SAMSON: Pies tego domu poruszyć mnie może do stania w miejscu; będę jak mur wobec wszelakiego mężczyzny i wszelakiej panny Montegiów. GRZEGORZ: To wskazuje, jaki z ciebie słaby jest chłystek, boć przecie najmarniejsi trzymają się muru.
SAMSON: Prawda; dlatego to podwiki, jako że słabsze są znacznie przypiera się zawsze do muru; dla tego więc odeprę od muru ludzi Montegiów, a panny ich przyprę do muru. GRZEGORZ: Spór jest między naszymi panami i między nami i ich ludźmi. SAMSON: To wszystko jedno; postąpię sobie, jak tyran; pobiwszy ludzi, rozprawię się srodze i porządnie z panieństwem i rozpłatam im głowy. GRZEGORZ: Głowy panieństwu? SAMSON: Juści, panien albo panieństwo, bierz to, w jakiej chcesz myśli. GRZEGORZ: One muszą to brać w takiej myśli, w jakiej odczuwać to będą. SAMSON: Już mnie tam one odczują, dopóki tylko ja nie opadnę, a wiadomo, żem porządny kawał mięsa. GRZEGORZ: Dobrze, że nie jesteś rybą, bo, będąc nią, byłbyś sztokfiszem. — Wyciągnij oręż, nadchodzi dwóch z domu Montegiów. SAMSON: Goły mój miecz już dobyty; zaczep ich, ja za tobą ztyłu. GRZEGORZ: Co? Podasz tył i zemkniesz? SAMSON: Ty mnie się nie bój! GRZEGORZ: Nie, naprawdę; ja się boję ciebie. SAMSON: Niech prawo będzie po naszej stronie; niech oni zaczną! GRZEGORZ: Przechodząc, zrobię groźną minę, niech to przyjmą, jak chcą. SAMSON: Nie — jak się odważą; ja się na nich skrzywię, hańba im, jeżeli to zniosą.
(wchodzą ABRAHAM i BALTAZAR)
ABRAHAM: Waszeć się na nas skrzywiłeś, mospanie? SAMSON: Skrzywiłem się, mospanie. ABRAHAM: Waszeć się na nas skrzywiłeś, mospanie?
SAMSON: (do Grzegorza, na stronie) Czy prawo po naszej będzie stronie, skoro powiem „tak“? GRZEGORZ: (na stronie) Nie! SAMSON: Nie, mospanie; nie skrzywiłem się na was, mospanie; skrzywiłem się ot tak sobie, mospanie. GRZEGORZ: Szukasz waszeć zaczepki, mospanie? ABRAHAM: Zaczepki, mospanie? Nie, mospanie! SAMSON: Jeżeli waszeć jej szukasz, to jestem na twoje usługi, mospanie. Służę panu tak samo dobremu, jak i wy. ABRAHAM: Nie lepszemu. SAMSON: I owszem, mospanie. GRZEGORZ: (do Samsona na stronie) Mów „lepszemu“: nadchodzi oto jeden z krewniaków mego pana. SAMSON: Tak jest: „lepszemu“, mospanie. ABRAHAM: Kłamiesz waszeć! SAMSON: Dobądźcie mieczów, jeżeli macie odwagę!... Pamiętaj o krzyżowej sztuce, Grzegorzu!
(biją się)
(wchodzi BENWOLJO)
BENWOLJO: Precz, błazny! Precz stąd, nie wiecie sami, co robicie!
(rozdziela ich swym mieczem)
(wchodzi TYBALT)
TYBALT: Co? Ty się bijesz z tchórzliwą hołotą? Do mnie, Benwoljo! Bacz, abyś nie zginął! BENWOLJO: Nie, zaprowadzam spokój; wstrzymaj miecz swój, lub razem ze mną rozdziel nim tych ludzi! TYBALT: Z dobytym mieczem mówić o pokoju? Wstrętnym jest dla mnie ten wyraz, jak wstrętnem Jest dla mnie piekło, ty i twe Montegi! Bróńże się, tchórzu!
(bija się — wchodzą stronnicy obu domów i mieszają się do zwady, potem z kijami)
OBYWATELE: Dalej! Do kołów, pałek i walić Montegiów! Walić Kapuletów!
(wchodzi KAPULET w szlafroku i PANI KAPULET)
KAPULET: Cóż to za hałas? Podajcie mi długi Miecz mój! PANI KAPULET: Nie! Lagi! Lagi! Naco miecz ci?! KAPULET: Miecz, mówię! Stary zbliża się Montegi I na szyd dla mnie wywija swą szpadką.
(wchodzi MONTEGI i PANI MONTEGI)
MONTEGI: Ty, Kapniecie nędzny! (do żony) Puść! Nie wstrzymuj! PANI MONTEGI: Ani na krok cię nie puszczę przed wroga!
(wchodzi KSIĄŻĘ z orszakiem)
KSIĄŻĘ: Niesforna tłuszczo, wrogowie pokoju, Bezcześciciele wy sąsiedzkiej stali! Nie chcecie słuchać? Hola! O wy, chamy! O wy, zwierzęta, wy, co w purpurowych Zdrojach, płynących z waszych żył, gasicie Żar niszczycielski swej wściekłości, stójcie! Pod karą tortur z rąk wypuśćcie krwawych Tę niegodziwą broń i wysłuchajcie, Co postanowił wasz wzburzony książę: Trzy już rozruchy, z płonych słów zrodzone Dzięki li tobie, stary Kapulecie, I dzięki tobie, Montegi, trzykrotnie Zmąciły spokój ulic tego miasta, Tak, że stateczni mieszkańcy Werony Swoje poważne porzucili stroje, By w stare dłonie stare brać berdysze I zardzewiałą z nieużytku bronią Przeklinać waszą zardzewiałą zawiść. Jeśli raz jeszcze zamącicie spokój Naszego miasta, życiem zapłacicie
To zamącenie! A teraz się wszyscy Co tchu rozejdźcie! Mości Kapulecie, Pośpieszysz ze mną, a zaś ty, Montegi, Zjawisz się u mnie dzisiaj po południu W starym ratuszu, w miejscu naszych sądów, I tam się dowiesz o naszych w tej sprawie Dalszych zamiarach. Raz jeszcze, pod karą Śmierci, niech wszyscy precz się stąd rozejdą!
(wychodzą wszyscy z wyjątkiem Montegia, pani Montegi i Benwolja)
MONTEGI: Któż to na nowo wszczął te dawne zwady? Byłeś, synowcze, gdy się to zaczęło? BENWOLJO: Słudzy twojego, panie, przeciwnika, Byli z twoimi w zajadłej już walce, Nim ja nadszedłem. Dobyłem więc miecza, By ich rozdzielić; w tej chwili szalony Zjawił się Tybalt z wyciągniętą szpadą I, pogróżkami zionąc mi do uszu, Jął nią wywijać w krąg i siec powietrze, Które, nietknięte, świszczało szyderczo. Myśmy też wzajem zamienili z sobą Cięcia i pchnięcia; zbiegło się narodu Coraz to więcej i strona ze stroną Zaczęła bić się, aż nie nadszedł książę I nie rozdzielił i jednych i drugich. PANI MONTEGI: O, gdzież Romeo? Widziałeś go dzisiaj? Bardzo się cieszę, że nie był w tem starciu! BENWOLJO: Dostojna pani, na godzinę przedtem, Nim z okien wschodu złocistych chwalebne Wyjrzało słońce, niepokój wewnętrzny Na wczesną z domu wygnał mnie przechadzkę, I tak się włócząc po figowym gaju,
Który się ciągnie na zachód od miasta, Ujrzałem syna twojego. Pragnąłem Zbliżyć się k’niemu, lecz on, gdy mnie spostrzegł, Cofnął się chyłkiem w gęstwinę. Więc mierząc Uczucia jego swojemi własnemi, Boć one przecież najbardziej wzbierają. Gdyśmy samotni, szedłem li za swoim Pędem, zdaleka od jego, rad stroniąc Od tego człeka, co rad mnie unikał. MONTEGI: Już go tam nieraz widziano o świcie, Jak łzami mnożył świeżą, rosę świtu I jak obłoków przysparzał obłokom Ciężarem westchnień; skoro jednak słońce, Ten pocieszyciel wszystkiego, zaczęło Na krańcach wschodu przedalekich ciemne Ściągać zasłony z nad łoża jutrzenki, Syn mój stroskany uciekał przed światłem, W swym się samotnym zamykał pokoju, Okna przed dziennym zasłaniając blaskiem I sztuczną sobie tworząc noc w ten sposób; To wszystko czarne myśli zapowiada, Chyba, że dobra usunie je rada! BENWOLJO: Szlachetny stryju, a czy znasz przyczynę? MONTEGI: Nie i dowiedzieć się odeń nie mogę. BENWOLJO: A czyś po temu użył jakich środków? MONTEGI: Używaliśmy, ja i przyjaciele, Lecz on, powiernik jedyny swych uczuć, Jest wobec siebie samego — nie powiem, W jakim aż stopniu — tak skryty, zamknięty, Tak nieprzystępny wszelkiemu badaniu, Jak pączek kwiatu, który robak gryzie, Nim swe nadobne mógł rozwinąć listki
I piękność swoją roztoczyć przed słońcem. Wiedząc, skąd troski u niego się biorą, Chętniebym duszę uleczył mu chorą. BENWOLJO: Oto nadchodzi, odejdźcie, jeżeli Łaska: nuż ze mną bólem się podzieli. MONTEGI: Życzę ci szczęścia, ażeby swe łono Rozwarł przed tobą... Oddalmy się, żono!
(wychodzą MONTEGI i PANI MONTEGI — wchodzi ROMEO)
BENWOLJO: Dzieńdobry, bracie! ROMEO: Dzień jeszcze tak wczesny? BENWOLJO: Biła dopiero dziewiąta. ROMEO: Jak nudnie Wloką się smutne godziny! Mój ojciec Tak się tej chwili pośpiesznie oddalił? BENWOLJO: Tak jest... A jakiż to smutek przedłuża Oneć godziny, Romeo? ROMEO: Brak tego, Co nam je skraca. BENWOLJO: Czyżby brak miłości? ROMEO: Nie, brak... BENWOLJO: W miłości? ROMEO: Owszem, brak jej względów Tam, gdzie ja właśnie miłuję, niestety! BENWOLJO: Ach! Że też miłość tak srogą jest panią, Chociaż tak słodka, kiedy spojrzysz na nią. ROMEO: Ach! Że też miłość zakryte ma oczy, A do swej mety tak na pewno kroczy! Gdzie będziem śniadać? Jakiż był tu zatarg?
Ale mi nie mów o nim, wszystkom słyszał. W grze tu nienawiść, jeszcze bardziej miłość. A więc — miłości, która tak się wadzisz! Więc — nienawiści, która tak miłujesz! Ty — coś, co wzięłaś początek z niczego! Ciężka lekkości! Poważna pustoto! Brzydki chaosie kształtów urodziwych: Puchu z ołowiu, zimny żarze, jasny, Przejrzysty dymie, śnie, wciąż czuwający, Zdrowa chorobo — wy, co nie jesteście Tem, czem jesteście!... Potęgę miłości Czuję, gdzie miłość najlżejsza nie gości! Czy się nie śmiejesz? BENWOLJO: Nie. Płakałbym raczej. ROMEO: Nad czem, ty, serce szlachetne? BENWOLJO: Że twoje Szlachetne serce takie trapią znoje! ROMEO: Tak to dokucza nam miłość... Mą duszę Dość przygniatają me własne katusze, A ty je zwiększasz, gdy się troszczysz o mnie; Współczucie twoje boli mnie ogromnie, Więcej, niżeli me troski ponure. Miłość jest dymem, co wznosi się wgórę Kłębami westchnień; podsycana, płonie Ogniem w źrenicach kochanków, zaś w łonie Łez się przemienia, jeśli kochankowie Są nieszczęśliwi... Czemż się jeszcze zowie? Szałem rozumnym, wstrętną żółcią, słodką, Umilającą nam życie łaskotką. Bądź zdrów, kuzynie! BENWOLJO: Pójdę z tobą; sprawisz Krzywdę druhowi, gdy go tak zostawisz. ROMEO: W drodzem się zgubił, ale gdzie, nie wiada... To nie Romeo, który z tobą gada.
BENWOLJO: Powiedz naprawdę, kogoż ty miłujesz? ROMEO: Mam ci powiedzieć i narzekać srogo? BENWOLJO: Nie, mój Romeo! Tylko powiedz, kogo? ROMEO: Każ chorym spisać testament — wezwanie Złe to dla człeka, co w tak złym jest stanie! A więc naprawdę: miłuję niewiastę. BENWOLJO: Trafiłem w sedno, przypuszczając miłość. ROMEO: Dobrze celujesz; urodą jaśnieje Ta, którą kocham. BENWOLJO: O mój przyjacielu, Najłatwiej trafić do jasnego celu. ROMEO: Lecz ty chybiłeś; naturze Diany Kupidynowe na nic są kołczany. W obyczajności twardej chodząc zbroi, Czczych się pocisków miłosnych nie boi, Oblegającym nie ulegnie słowom, Ani zabójczym da się wziąć spojrzeniom, Ani też złotu, co święte uwodzi, Łona swojego również nie otworzy. Bogata w wdzięki, biedna li w tem ona, Że kiedy umrze, z nią i skarb ten skona. BENWOLJO: Czy poprzysięgła dziewiczość na wieki? ROMEO: Tak, i w tem skąpstwie trwoni bogactw rzeki: Piękność, gdy w niej się surowość rozgości, Całą potomność pozbawia piękności. Zbyt wielki czar ma, zbyt mądrze go znaczy, Chcąc być szczęśliwą, mnie grąży w rozpaczy, Odtrąca miłość; dzięki tej przysiędze, Jeśli ja żyję, to tylko na nędzę. BENWOLJO: Słuchaj mej rady, przestań myśleć o niej! ROMEO: O, nauczże mnie, jak mam przestać myśleć. BENWOLJO: Źrenicom swoim pozostaw swobodę, Na inne zwróć je piękności. ROMEO: To droga,
Aby tem żywiej wywoływać w sobie Obraz jej wdzięków. Ta maska szczęśliwa, Która całuje skronie dam, na pamięć, Jakkolwiek sama jest niczem, przywodzi Wdzięk, który skrywa pod sobą — a człowiek, Wzrok postradawszy, zapomnieć nie może Kosztownych skarbów, które widział kiedyś. Pokaż mi damę piękną ponad miarę, A wdzięk jej będzie dla mnie li wskazówką, Ktoby się zmierzył z tym nadmiarem piękna. Żegnaj! Zapomnieć uczysz mnie daremnie! BENWOLJO: Zginę, lub dług ten, ręczę, ściągniesz ze mnie.
(wychodzą)
SCENA II.
KAPULET: Tą samą karą, co i ja, zagrożon Jest i Montegi; sądzę, że nietrudno Będzie nam, starcom, dotrzymać pokoju. PARYS: Obaj zacnymi jesteście mężami, I żal, iż w waśni żyjecie tak długiej. Ale co powiesz, panie, na mą prośbę? KAPULET: Powiem to samo, com powiedział przedtem. Me dziecko obcem jeszcze jest na świecie, Ledwie czternastu lat wysnuło przędzę; Niechże dwóch wiosen rozwinie się chwała, Nim ona będzie do ślubu dojrzała. PARYS: Z młodszych bywają często szczęsne matki. KAPULET: Lecz wcześnie więdną przedwczesne mężatki.
Ziemia wchłonęła wszystkie me nadzieje, Ona li moją nadzieją na ziemi. Staraj się przecież o nią, zacny panie, Ma wola tutaj nie za dużo stanie; Zgodzi się ona, ja się z jej wyborem Odrazu zgodzę słowem wielce skorem. Wedle zwyczaju daję dziś wieczerzę, Na którą gości gromada się zbierze. Miło mi będzie, jeżeli w tej porze Twą obecnością ich grono pomnożę. W mym skromnym domu zobaczysz tą nocą, Jakie gwiazd ziemskich blaski zamigocą, Gasząc blask nieba; będzie uciech wieniec, Jakie z radością odczuwa młodzieniec, Gdy zimę strojną precz wygania wiosna. Taka tej nocy czeka cię radosna Chwila śród pączków niewieścich; twe oczy Zobaczą wszystkie. W ich liczbie uroczej Możesz wybierać. I mój się dziewiczy Znajdzie tam pączek, chociaż się nie liczy. Lecz teraz chodźmy!
(do sługi, podając mu list)
Masz, obejdź Weronę, Nazwiska, w piśmie tem wyszczególnione, Wynajdź mi wszystkie i powiedz ode mnie, Że ich powitać będzie mi przyjemnie.
(KAPULET i PARYS wychodzą)
SŁUGA: Mam wynaleźć wszystkie nazwiska, wyszczególnione w tem piśmie. Jest napisano, że szewc ma pilnować łokcia, krawiec kopyta, rybak pendzla, a malarz sieci; ale wysłany jestem poto, aby wyszukać osoby, których nazwiska wyszczególnione są w tem piśmie, a wyszukać nie mogę, jakie to nazwiska osoba pisząca
(wchodzą BENWOLJO i ROMEO)
BENWOLJO: Żar się roznieca żarem, tak, mój złoty, A zaś boleścią znów się boleść spędza; Kręć się naodwrót, jeśli masz zawroty: Jedną niedolę druga leczy nędza; Wprowadź do oka nową kroplę jadu — A jad dawniejszy zginie ci bez śladu. ROMEO: Ten twój żywokost wyborny jest na to. BENWOLJO: Na cóż to, proszę? ROMEO: Na złamanie nogi. BENWOLJO: Powiedz mi, czyś ty szalony, Romeo? ROMEO: O, nie szalony, lecz bardziej skrępowan, Niźli szaleniec; do kaźnim się dostał, Morzą mnie głodem, chłoszczą, torturują. Tak. Dobrywieczór, zacny przyjacielu. SŁUGA: Dobry wam wieczór! Czy wy, młody panie, Czytać umiecie? ROMEO: O tak, odczytuję Swe przeznaczenie w tej mojej niedoli. SŁUGA: Możeście się tego nauczyli i bez książki. Ale ja się pytam, czy umiecie, panie, odczytać to, co zobaczycie? ROMEO: Tak, jeśli tylko głoski znam i język. SŁUGA: Słusznie mówicie, zostańcie mi z Bogiem! ROMEO: Poczekaj asan, umiem czytać.
(bierze pismo i czyta)
„Signor Martino z żoną i córkami; Hrabia Anzelmo z nadobnemi siostry; Imćpani wdowa po panu Witruwjo. Signor Piacentjo z miłemi kuzynki; Merkurjo razem z bratem Walentynem;
Mój brat Kapulet z żoną i córkami; Krewniaczki moje Liwja z Rozaliną; Signor Walencjo z kuzynem Tybaltem; Lucyjo razem z uroczą Heleną“.
(zwracając pismo)
Wspaniałe pismo!... Gdzie oni przyjść maja: SŁUGA: Tam... ROMEO: Gdzie? SŁUGA: Na wieczór do naszego domu. ROMEO: Czyjego domu? SŁUGA: Juści, mego pana. ROMEO: O tak, zapewne. Trzeba mi się było Zapytać o to na samym początku. SŁUGA: A teraz, panie, powiem wam bez pytania: mój pan to możny, bogaty Kapulet; jeśli nie jesteście z domu Montegich, zapraszam was, panie, przyjdźcie i wypijcie kieliszek wina! Zostańcie z Bogiem!
(wychodzi)
BENWOLJO: Na tej biesiadzie w domu Kapuleta Swą ukochaną spotkasz Rozalinę Obok najpierwszych piękności Werony. Idź i, gdy okiem porównasz bezstronnem Twarz jej z wskazanem przeze mnie obliczem, Łabędź twój będzie wroną, więcej niczem! ROMEO: Gdybym się zawiódł na mych oczu wierze, Niechaj za fałsz ten łzy zmienią się w żary, A w nich niech spłoną źrenice-kacerze, Co, tonąc nieraz, uniknęły kary! Nigdy piękniejszej nie widział blask słońca, Choć świat przenika od końca do końca! BENWOLJO: Tak, tak, dla ciebie pełno jest uroku, Boś ją li ważył jedyną w swem oku; Ale umieścić inną jejmość radzę
Na kryształowej twoich źrenic wadze, Tę, którą dziś ci wskażę, i w tym względzie Ta najpiękniejsza ledwie znośną będzie. ROMEO: Pójdę, nie gwoli ujrzenia tych gości, Lecz by się mojej nacieszyć piękności.
(wychodzą)
SCENA III.
PANI KAPULET: Nianiu, gdzie córka? Przywołaj ją do mnie! PIASTUNKA: Na me dziewictwo — w mym dwunastym roku — Już ją wołałam... Hej, jagnię! Hej, pisklę! Boże zachowaj! Gdzież jest ta dziewczyna? Juljo!
(wchodzi JULJA)
JULJA: Cóż znowu?!... Kto mnie woła? PIASTUNKA: Matka. JULJA: Jestem tu, matko; czego chcesz ode mnie? PANI KAPULET: Sprawa jest taka. Nianiu, idź na chwilę, Mam z nią pogadać sam na sam. Nie, wróć się, Przyszło mi na myśl, że możesz posłuchać Naszej narady; wiesz, że moja córka W pięknym już wieku. PIASTUNKA: Ano tak, wyliczyć Mogę jej latka co do chwili. PANI KAPULET: Niema Jeszcze czternastu. PIASTUNKA: Mogę się założyć
Na moich zębów czternaście, jakkolwiek — Na swe nieszczęście muszę to powiedzieć — Mam tylko cztery, że ona nie liczy Jeszcze czternastu... Kiedyż to będziemy Mieć Piotra-Pawła? PANI KAPULET: Niedługo, za jakie Dwie, trzy niedziele. PIASTUNKA: Długo czy niedługo, Jeno gdy przyjdzie dzień Piotra i Pawła, To ona w nocy skończy lat czternaście. Ona i Zuźka — wieczny odpoczynek Daj Boże wszystkim chrześcijańskim duszom!... Za dobra była dla mnie... Więc, jak mówię, W nocy na Piotra-Pawła skończy właśnie Czternaście latek, juścić tak, że skończy. Pamiętam dobrze: od trzęsienia ziemi Rok jedenasty właśnie mija teraz, Kiedy od piersi jam ją odłączyła. Z wszystkich dni roku nie zapomnę nigdy Tego jednego — przykładałam przecie Piołun do piersi, siedząca na słońcu Pod gołębnikiem; jegomość i pani Byliście wówczas w Mantui — co, prawda, Mózg mam niezgorszy? — ano więc, jak mówię, Kiedy poczuła piołun na brodawce Tej mojej piersi, trzeba było widzieć, Jak mi się skrzywił ten miły bachorek Na taką gorycz i co tchu odskoczył Od mojej piersi! Gołębnik w te tropy „Skrzyp!“. Tu zbytecznem byłoby mi kazać Brać nogi za pas! Od tego czasu jest lat jedenaście, Boć już umiała wówczas stać o własnej, Powiadam, sile; co mówię; umiała
Chodzić i dreptać naokół, toć przecie Właśnie dzień przedtem stłukła sobie czoło; Mąż mój — o Panie, świeć nad jego duszą! — A był to człowiek, który lubił żarty, Podniósł dziecinę z ziemi i powiada: „Teraz upadłaś plackiem, ale później, Skoro zmężniejesz, to nawznak upadniesz. Czy nie tak, Julko?“ I, jak Boga kocham, Ten łotrzyk mały przestał zaraz krzyczeć I odpowiedział: „Tak!“ Ano, widzicie, Jakto żart dobry zawsze robi swoje. Mówię, że choćbym żyła i lat tysiąc, To nie zapomnę tego: „Nie tak, Julko?“ Tak on się spytał, a ten łotrzyk mały Przestał odrazu beczeć i powiedział: „Tak!“ PANI KAPULET: Dosyć tego, proszę cię, daj spokój! PIASTUNKA: I owszem, pani. Jeno że ja muszę Za każdym razem śmiać się, gdy pomyślę, Jak ona krzyczeć przestała odrazu I „tak“ odrzekła. A ręczę, że guz jej Wyskoczył taki na czole, jak jajko Młodej kokoszki. Uczciwy był siniak, I ona gorzko płakała, a mąż mój Powiedział do niej: „Dziś upadłaś plackiem, Lecz nawznak padniesz, gdy będziesz mieć lata; Czy nie tak, Julko?“ A ona przestaje Płakać i mówi: „Tak!“ JULJA: Proszę cię, nianiu, Przestańże raz już! PIASTUNKA: Dobrze, już przestałam. Niechże cię Pan Bóg ma w swojej opiece! Byłaś najmilszem ze wszystkich niemowląt, Jakie karmiłam. Gdybym jeszcze mogła
Patrzeć na twoje zamężcie. Niczego Więcej nie pragnę! PANI KAPULET: Zamężcie! To właśnie, O czem chcę mówić! Powiedz, córko Juljo, Jakie masz chęci we względzie małżeństwa? JULJA: O tym zaszczycie jeszczem ani śniła! PIASTUNKA: O tym zaszczycie! Gdybym ja nie była Twoją jedyną niańką, tobym rzekła, Iżeś wyssała mądrość z piersi. PANI KAPULET: Dobrze, Lecz teraz pomyśl o małżeństwie; młodsze Od ciebie damy szlachetnego rodu Tutaj, w Weronie, były już matkami. Ja twoją matką — według mej rachuby — Byłam już w latach, w których ty dotychczas Jesteś dziewicą. A więc, mówiąc krótko: Szlachetny Parys zabiega o ciebie. PIASTUNKA: To mi mężczyna, panienko, mężczyzna Jedyny w świecie! Mężczyzna, jak świeca! PANI KAPULET: Wiośnie Werony brak takiego kwiatu. PIASTUNKA: O tak, to prawda, kwiat to, kwiat prawdziwy. PANI KAPULET: I cóż mi powiesz, możesz go pokochać? Dzisiejszej nocy ujrzysz go na uczcie. Wczytaj się w księgę młodych lic Parysa, Gdzie rozkosz pióro piękności wpisało; Przyjrzyj się rysom, w jaki się uroczy Zespół ich linja za linją jednoczy; Znajdziesz ciemnego coś w tej pięknej baśni, To oko jego ci to „coś” wyjaśni. Tej niezwiązanej jeszcze księdze rzadkiej
Dla upiększenia potrzeba okładki; Ryba we wodzie żyje; piękność żywa Większy ma urok, jeżeli pokrywa Piękność wewnętrzną; ku powszechnej sławie Dochodzi złota treść w złotej oprawie. W twe więc, co jego, przejdzie posiadanie, Z swego nie stracisz nic w małżeńskim stanie. PIASTUNKA: Zyska! Kobiecie przybywa z mężczyzną! PANI KAPULET: Czy ci się Parys spodoba, zobaczysz. JULJA: Owszem, zobaczę, jeśli zobaczenie Starczy, by mógł się podobać. Nadmienię, Że głębiej wzrok mój nie sięgnie w swym locie, Niż to się twojej spodoba ochocie.
(wchodzi SŁUGA)
SŁUGA: Jaśnie pani, goście się zebrali, wieczerza zastawiona, czekają na panią, pytają się o panienkę, w kuchni przeklinają nianię; ogólny rozgardjasz; muszę odejść, bo mam posługiwać; proszę, niech panie idą jak najprędzej!
(SŁUGA wychodzi)
PANI KAPULET: Hrabia nas czeka! Idźmy, dziecię drogie! PIASTUNKA: (do Julii) Idź i po błogich dniach znajdź noce błogie!
(wychodzą)
SCENA IV.
ROMEO: Mamyż przy wejściu wygłosić ekskuzę, Czy wejść poprostu bez żadnej przemowy?
BENWOLJO: Zachody takie dziś już nie na czasie, Już nam nie trzeba dzisiaj Kupidyna Z szarfą na oczach i z pomalowanym Łukiem tatarskim, wystruganym z drzewa, Co, jak straszydło na wrony, zechciałby Wystraszać damy! Jest nam też zbyteczny Prolog, cedzony na wstępie za książką Podpowiadacza: niechże sobie na nas Pokręcą nosem, ile tylko zechcą, My pokręcimy się krótko i znikniem. ROMEO: Dajcie pochodnię! Ja już nie do skoków; Jest mi posępno, więc poniosę światło. MERKURJO: Nie, cny Romeo! Musisz tańczyć z nami. ROMEO: Nie ja, o wierz mi; przy lekkich trzewikach I lekki macie też umysł; ma dusza Jest jak z ołowiu, gniecie mnie do ziemi Tak, że się z miejsca i ruszyć nie mogę. MERKURJO: Waćpan się kochasz, więc od Kupidyna Wypożycz skrzydeł i wzbij się co żywo Nad zwykły poziom! ROMEO: Zbyt jestem przybity Jego skrzydłami, ażebym na wiotkich Mógł wzbić się piórach, i tak uwikłany, Bym z powikłanej wywikłał się troski; Zbyt padła na mnie miłość swem brzemieniem. MERKURJO: Gdybyś ty na nią padł, to ona przez cię Brzemię-by miała. Za bardzobyś przygniótł Coś tak wątłego. ROMEO: Miłość jest czemś wątłem? Nie! Czemś zbyt szorstkiem, twardem i kolącem, Niby cierń jaki. MERKURJO: Jeżeli jest miłość Twardą dla ciebie, ty bądź twardym dla mej; Kol ją, gdy kole, a wraz ją powalisz.
Dajcie mi na twarz pokrywę, tak, maskę, Dajcie mi maskę! Cóż mi za ciekawe Pyta się oko, azalim jest brzydki? Ta larwa będzie rumienić się za mnie. BENWOLJO: Więc zapukajmy i wejdźmy do wnętrza, Niech co tchu każdy rozpuści swe nogi! ROMEO: Daj mi pochodnię! Trzpioty, lekkoduchy Mogą nieczułą łaskotać posadzkę Swojemi pięty, ja mam staroświeckie Zdanie za sobą: „świecznik stoi w miejscu“. Będę się tylko przyglądał. Zabawa, Jakiej nie było! Ale już jest po mnie! BENWOLJO: Wdepnęłeś w błoto, tak powiedział mędrzec, To znaczy w arcy-przeczcigodną miłość; Lecz my cię z niego wyciągniemy. Chodźmy! Poco nam świece, kiedy słońce świeci! ROMEO: O nie! Tak nie jest! MERKURJO: Rozumiałem przez to, Że, tracąc czas tu, psujem świece przednie, Zaś je psujemy, gdy świecimy we dnie. Przyjmij to zdanie; więcej w tem pojęciu Znajdziesz rozumu, niźli w zmysłach pięciu. ROMEO: Rzecz zrozumiała, że na tym bankiecie Będziemy dzisiaj, rozumu w tem przecie Niema żadnego. MERKURJO: Czemu? ROMEO: Sen dziś miałem. MERKURJO: I ja. ROMEO: A jaki? Powiedz! MERKURJO: Że sny w całem Swojem marzeniu często kłamią.
ROMEO: Zgoda, Gdy w śnie naprawdę marzenie się poda. MERKURJO: Widać, królowa Mab była u ciebie, Ona, co babi wróżkom, a się jawi W kształcie niewiększym, aniżeli agat Na wskazującym palcu pana rajcy; Przez drobniuteńkie ciągniona pyłeczki, Co noc najeżdża pogrążonych we śnie: Szprychy jej wozu z długich nóg pająka, Budka ze skrzydeł polnego konika, Uprząż z najcieńszych włókien pajęczyny, Lejce z wilgotnych promyków miesiąca, Biczysko z kostki, bat zaś z błonki świerszcza, A jej woźnicą komar w szarym płaszczu, Nawpół tak wielki, jak ów mały, krągły Robaczek w palcach wczasującej dziewki; Jej wozem próżny laskowy orzeszek, Dzieło stelmacha-wiewiórki, lub czerwia, Onych odwiecznych kołodziejów wróżek. W takim to rzędzie po mózgach kochanków Co noc cwałuje i oni naówczas Śnią o miłości; lub też po kolanach Giętkich dworaków, którym się w te tropy Marzą ukłony; albo też po palcach Panów prawników, którzy śnią natychmiast Sen o dochodach; lub po ustach podwik I tym w te tropy roją się całunki, Jeno że nieraz Mab je zagniewana Karze wypryskiem, jeżeli ich oddech Znajdzie zbyt słodki; czasami zajedzie Na nos dworaka, wówczas mu się marzy, Iż przewąchuje swą świetną karjerę; A czasem znowu odwiedzi śpiącego Księdza plebana i ogonem wieprzka
Dziesięcinnego połechce go w nosek, — Wówczas mu nowe śnią się beneficja. Czasem kłusuje na kark wojakowi I o wypadkach śni on, o wyłomach, Pociętych wrogach, i hiszpańskich klingach, I o sążnistych puharach; a wtem mu Zatrąbi w ucho i on się w te tropy Budzi i zrywa na nogi, struchlały Odmawia kilka zdrowasiek i potem Zasypia znowu. Taką jest królowa Mab. Ona w nocy zlepia grzywy koniom, Niechlujne włosy ona w kołtun zwija, Co, rozczesany, przynosi nieszczęście. Ona tą zmorą, która dusi panny, Nawznak leżące i naprzód już uczy, Jak mają znosić ciężar, by sprawnemi Były żonami, ona... ROMEO: Przestań, przestań! Przestań, Merkurjo, boć prawisz o niczem! MERKURJO: W rzeczywistości prawię o marzeniach, Które są dziećmi próżniaczego mózgu, Urodzonemi z płonej wyobraźni, A tej istota wiotka, jak powietrze, Bardziej niestała, niż wiatr, co się tuli Do mroźnej piersi północy, to znowu Z wstrętem ucieka od niej i swe lica Ku rosistemu zwraca południowi. BENWOLJO: Coś wiatr ten zawiał i na nas; wieczerzę Już zastawiono, przyjdziemy za późno. ROMEO: Ja się obawiam, czy też nie za wcześnie, Albowiem duch mój przeczuwa, że jakaś Gorzka nienawiść, do tej chwili jeszcze
Śród gwiazd wisząca, swój straszny początek Weźmie od uciech tej nocy dzisiejszej I nieznośnemu życiu, zamkniętemu W tej mojej piersi, zechce kres położyć Jakimś przedwczesnej śmierci marnym ciosem. Lecz Ten, co ster mój dzierży w swoim ręku, Niech pokieruje i mym żaglem! Chodźmy, Moi weseli panowie! BENWOLJO: Uderzyć W bęben!
(wychodzą)
SCENA V.
PIERWSZY SŁUGA: Gdzież Patelnik? Czemu nie pomaga usługiwać? Nie zmienia talerzy, nie czyści półmisków! DRUGI SŁUGA: Jeżeli dobre maniery spoczywać mają wyłącznie w rękach jednego lub dwóch ludzi, zwłaszcza nieumytych, to sprawa nic warta. PIERWSZY SŁUGA: Przynosić krzesła, usunąć kredens, zająć się srebrem, mój drogi! A schowaj mi tam kawałek marcypana i, jeśli mnie kochasz, powiedz odźwiernemu, aby wpuścił Zuzię Młynarzównę i Helę. Antku, Patelniku!
(wchodzi kilku innych sług)
INNY SŁUGA: Ano, jesteśmy, chłopaczku! PIERWSZY SŁUGA: Oglądają się tam w wielkiej sali za wami, wołają was, pytają się o was, szukają. INNY SŁUGA: Nie możemy być naraz i tu i tam! Raźno, chłopcy! Zabawiajmy się chwilę! Kto żyje dłużej, temu wszystko służy!
(usuwają się w kąt — wchodzą KAPULET, PANI KAPULET, JULJA, TYBALT wraz z innymi domownikami oraz goście i maski)
KAPULET: Witam, panowie, witam! Damy, którym Nie dokuczają nagniotki, chcą z wami Dziś się pokręcić. Aha! Moje panie, Któraż to nie chce potańcować dzisiaj? Ta, co gotowa robić ceregiele, Ma — poprzysięgam — nagniotki! Nieprawda? Trafiłem w sedno! Witajcie, panowie! I jam dnie widział, gdy nosiłem maskę I gdy umiałem czarującym damom Szeptać do ucha słowa, które dla nich Mogły być miłe... Ale to minęło, O, tak! Minęło, minęło! Witajcie, Moi panowie. Dalejże, grajkowie, Zacząć! Hej! Miejsca! Rozstąpmy się! Miejsca! A wy, dziewczęta, nóżki w ruch!
(muzyka gra, młodzież tańczy)
Wy, draby! Dać więcej światła! Usunąć te stoły, Zagasić ogień, zbyt ciepło jest w sali! A, w samą porę ta niespodziewana Wasza zabawa... Siadaj, mój kuzynie, Cny Kapulecie, siadaj! Dla nas obu Wszak już minęły dni pląsów! Jak dawno Będzie już temu, gdy po raz ostatni Byliśmy obaj w maskach? DRUGI KAPULET: Juścić będzie Lat ze trzydzieści. KAPULET: Co mi waćpan mówisz! Nie będzie tyle, o nie! Od wesela Imci Lucencja minie na te właśnie
Zielone Świątki lat tylko dwadzieścia I pięć — i wówczas to byliśmy w maskach. DRUGI KAPULET: O więcej, więcej! Syn jego jest starszy, Ma lat trzydzieści KAPULET: Co jegomość mówisz? Jest pełnoletni od dwóch lat dopiero. ROMEO: (do sługi) Cóż to za dama, która zaszczyciła O, rękę tego kawalera? SŁUGA: Nie wiem, Wielmożny panie! ROMEO: Ona pochodnie uczy światła mocy; Piękność jej wisi u oblicza nocy, Jak u murzyna uszu klejnot drogi. Aby ją posieść, świat jest za ubogi! Jak śnieżny gołąb pośród wron, tak ona Świeci śród swoich współtancerek grona. Podejdę ku niej po tańcu i ręce Swoje dotknięciem jej ręki uświęcę. Kochałemż dotąd? Zaprzeczcie, me oczy, Nie widziałyście zjawy tak uroczej! TYBALT: Sądząc po głosie, to któryś z Montegich! Podaj mi rapir, chłopcze! Jakże łotr ten Śmie tu przychodzić w tej masce kuglarskiej, Ażeby naszej urągać zabawie? Na ród mój zacny, słynący tak godnie, Gdy go zabiję, któż znajdzie w tem zbrodnię?! KAPULET: Cóż się tak burzysz, mój krewniaku drogi? TYBALT: Jeden z Montegich, wróg twój, wszedł w te progi Łotr, który tylko dla urągowiska Naszej zabawy między nas się wciska. KAPULET: Młody Romeo?
TYBALT: Tak jest, łotr Romeo. KAPULET: Przestań, kuzynie miły, daj mu spokój, Wszak zachowuje się, jak prawy szlachcic I, mówiąc szczerze, Werona się chełpi, Że jest w jej murach młodzian tak cnotliwy I tak układny; za żadne bogactwa Naszego grodu nie chciałbym dopuścić, By go skrzywdzono w mym domu. A zatem Uspokójże się, nie zważaj na niego — Taka ma wola; jeśli ją szanujesz, Wypogódź lica, przestań marszczyć czoło, To nie licuje z dniem uroczystości! TYBALT: Jeżeli taki łotr przychodzi w gości, Nie zniosę tego. KAPULET: Trzeba znieść go przecie, Słyszysz, młodzieńcze? Trzeba, mówię, trzeba! Kto tu jest panem? Ja, czy waść? Czy słyszysz? Nie chcesz go znieść tu? Boże, zbaw mą duszę, Jeśli waść zechcesz wszczynać zamieszanie Śród moich gości, robić ze mnie dudka, Grać tutaj pana! TYBALT: To jest hańba, stryju! KAPULET: Cicho! Zuchwalec jest z waści! Nieprawda? Za takie psoty doczekasz się jeszcze! Ja wiem, co mówię... Niema takiej chwili, Byś mi nie stawał okoniem... A! Brawo, Brawo, serdeńka!... Ot, chłystek z waszmości! Siedź cicho, albo... Światła! Więcej światła!... To wstyd! Inaczej, to ja cię uciszę... Raźno, serdeńka!... TYBALT: Gdy się przymuszona Zejdzie cierpliwość ze wzburzeniem łona, Trzęsę się... Idę... Lecz jego wtargnięcie,
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Romeo i Julja (Shakespeare, tłum. Kasprowicz, 1924).
