Read here

Niesamowita opowieść

Stefan Grabiński · 1922 · Free in the US

28,919 words · about 2 h 2 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1922 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Niesamowita_opowieść&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Stefan Grabiński
Language
Polish
Published
1922
Length
28,919 words · about 2 h 2 min
Sections
2 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (2)
  1. Wybór Nowel under 1 min
  2. Wybór Nowel about 2 h 1 min

Continue:

Wybór Nowel

STEFAN GRABIŃSKI

NIESAMOWITA OPOWIEŚĆ

(WYBÓR NOWEL)

LWÓW MCMXXII

NAKŁAD I SKŁAD GŁÓWNY: „WYDAWNICTWO DZIEŁ POGODNYCH“, LWÓW, DĄBROWSKIEGO 12.

Z DRUKARNI »DZIENNIKA POLSKIEGO« LWÓW, UL. CICHA L. 5. TELEFON Nr. 283.

Wybór Nowel

STEFAN GRABIŃSKI

NIESAMOWITA OPOWIEŚĆ

(WYBÓR NOWEL)

LWÓW MCMXXII

NAKŁAD I SKŁAD GŁÓWNY: „WYDAWNICTWO DZIEŁ POGODNYCH“, LWÓW, DĄBROWSKIEGO 12.

Z DRUKARNI »DZIENNIKA POLSKIEGO« LWÓW, UL. CICHA L. 5. TELEFON Nr. 283.

Od sześciu dni chodzę pijany szczęściem i nie śmiem w nie uwierzyć. Od sześciu dni wstąpiłem w nowy okres życia, odcinający się od tego, co poprzedziło, tak silną linją, że zdaje mi się, iż przeżywam jakiś olbrzymi kataklizm.

Otrzymałem list od j... Od czasu jej wyjazdu zagranicę przed rokiem, gdzieś w stronę nieznaną — ten pierwszy, cudowny znak od niej... Nie mogę, naprawdę nie mogę, dać wiary! Omdleję ze szczęścia! List od niej do mnie! Do mnie, nieznanego jej zupełnie, skromnego wielbiciela z oddali, z którym jej nigdy przedtem nie łączyły towarzyskie stosunki, choćby przelotna znajomość! A jednak tak jest istotnie. Noszę go wciąż przy sobie, nie rozstaję się z nim na chwilę. Adres wyraźny, nie podlegający wątpliwości: Jerzy Szamota. To przecież ja. Dawałem kopertę do odczytania kilku znajomym, nie dowierzając własnym oczom; każdy patrzył na mnie nieco zdumiony, uśmiechał się i zapewniał, że adres czytelny i podaje moje nazwisko... Więc wraca do kraju, wraca już za dni parę, a pierwszym, który ją powita na progu jej domu, będę ja — ja, który ledwo śmiałem podnieść na nią oczy pijane uwielbieniem podczas przypadkowych spotkań w miejscach publicznych, w jakiejś alei parkowej, w teatrze, na koncercie... Gdybym przynajmniej mógł się poszczycić dawniej jednem spojrzeniem, jakimś przelotnym uśmiechem jej dumnych warg — lecz nie! Zdawała się mnie zupełnie nie dostrzegać. Aż do tej chwili byłem pewny, że nic nie wie wogóle o mojem istnieniu. Chyba nie zauważyła, jak wlokłem się za nią od lat, niby cień daleki, nieśmiały? Byłem tak dyskretny, tak mało natrętny! Tęsknota moja okrążała ją przecież tak odległym, tak delikatnym promieniem. Więc chyba wyczuła mnie — wyczuła miłość moją i uwielbienie pokorne, bez granic instynktem wrażliwej kobiety. Niewidzialne nerwy sympatji, rozpięte między nami od lat spotężniały znać na odległość i teraz ją niewolą w moją stronę. O, bądź mi pozdrowiona, najpiękniejsza Ty moja! Oto dzień mi się kłoni pod wieczorną godzinę w rozblaskach jasny, pogodny, i pieśń moją nucę z podniesionem czołem, w łaskę Twą bogaty — Pani moja przedziwna!... Dzisiaj już czwartek. Pojutrze o tej samej zachodu godzinie mam ją ujrzeć. Nie wcześniej. Taka jej wyraźna wola. Biorę do ręki jej list, tę bezcenną, koloru lila ćwiartkę papieru, z której ulatnia się subtelna woń heljotropu i odczytuję po raz, nie wiem, który:

Dom przy ul. Zielonej 8! Jej willa! Willa „Pod lipami“! Wspaniały, w stylu średniowiecznym pałacyk pośród pysznego parku, odcięty od ulicy gęstą, drucianą siatką i lasem drzew, cel mych codziennych niemal przechadzek! Ileż to razy zakradałem się wieczorną porą w okolicę tego zacisza, z bijącem sercem wypatrując cień jej postaci na szybach okien!... Zniecierpliwiony wyczekiwaniem upragnionej soboty, byłem tam już parę razy i próbowałem wejść; lecz zawsze zastawałem furtkę parkową zamkniętą: klamka ustępowała wprawdzie pod naciskiem ręki, lecz zamek nie odskakiwał. Widocznie dotąd nie wróciła. Należy być cierpliwym i zaczekać tych dni półtora. Jestem zdenerwowany do ostatnich granic, nie jem, nie śpię, tylko liczę godziny, minuty... Tyle ich jeszcze zostaje! Czterdzieści osiem godzin!... Jutro dzień cały spędzę na rzece pod jej parkiem; wynajmę łódkę i bez przerwy krążyć będę koło willi. W sobotę spędzę cały ranek i część popołudnia na dworcu; muszę ją powitać choćby zdaleka. Że dotąd nie wróciła, wiem napewno od sąsiadów, którzy jej od roku już nie widzieli. Zapewne odkłada przyjazd aż na 26. września, t. j. na dzień naznaczonej mi wizyty. Doprawdy, boję się, czy nie przyjdę nie w porę; po takiej podróży będzie bardzo znużona....

W sobotę rano, t. j. wczoraj, nie spotkałem jej na dworcu; tłum był ogromny, i nie zdołałem jej dostrzec wśród tysiąca podróżnych. Zaczekałem do czwartej popołudniu na drugi pociąg z podobnym wynikiem. Czyżby nie przyjechała? A może przybyła pociągiem porannym i jest już u siebie? W każdym razie należało tam pójść i przekonać się. Te dwie godziny, dzielące mię od niej, stały się nieznośnem pasmem udręczeń, których końca nie mogłem się doczekać. Wstąpiwszy do kawiarni, wypiłem ogromną ilość czarnej kawy, wypaliłem mnóstwo papierosów i nie mogąc usiedzieć na miejscu, wybiegłem z powrotem na ulicę. koło wystawy ogrodniczej, przypomniałem sobie zamówione na dzisiaj kwiaty. — Co za roztargnienie! Byłbym zupełnie zapomniał! Wszedłem do sklepu i odebrałem bukiet ponsowych róż i azalij. Świeżo ścięte kwiaty wychylały wonne pąki z kołnierza paproci i chwiały się lekko w podmuchach wieczornych. Na zegarach miejskich dochodziły trzy kwadranse na szóstą. Owinąłem bukiet w bibułkę i szybko odszedłem w stronę rzeki. Za parę minut byłem już po tamtej stronie mostu i nerwowym krokiem zbliżałem się do willi. Serce biło mi gwałtownie, nogi uginały się pode mną. Nareszcie dotarłem do furty i nacisnąłem klamkę: ustąpiła. Olśniony szczęściem, oparłem się na chwilę o siatkę parkową, nie mogąc opanować wzruszenia. Więc wróciła! Minęło parę długich minut. Błędny wzrok mój przesuwał się po rzędach lip, które, rozmieszczone po obu stronach chodnika, szły wyciągniętym szpalerem pod portal wchodowy. Gdzieś z boku, z poza krzewów morwy i dereniu przeglądał szkielet jesiennej altany w oplączach wina; czerwone liście spływały po kratkach w bezładnych przeplotach ze zwiędłym już bluszczem... Na klombach kwiaty jesieni: pierzaste astry i chryzantemy przedziwne. Na ścieżki zapuszczone trawą i zielskiem spadały cicho zżółkłe liście kasztanów, dżdżyły smutno ceglaste liście klonów. Pod wyschłą cysterną z marmuru krwawiły , mieniły się barwami tęczy duże, szklane banie... Tam w otoczu ligustru na ławce kamiennej, przykrytej kobiercem igliwia siedziały dwa czyże, nucąc piosenkę odlotu. W dalekiej perspektywie alej snuło się pod zorzę zachodu, srebrne przędziwo pajęczyn... Pchnąłem oburącz przymknięte tylko wierzeje wchodowe i po kręconych schodach wszedłem na pierwsze piętro. Zastanowił brak życia. Pałac wyglądał jak wymarły; nikt nie wyszedł naprzeciw, nigdzie śladu służby lub domowników. Olbrzymie roztruchany lamp elektrycznych oświetlały jasnem, oślepiająco jasnem światłem puste, sale i krużganki... W przedpokoju, otwartym gościnnie na spotkanie, przykro uderzył widok niezajętych wieszadeł; gładkie metalowe ich gałki lśniły zimnym refleksem wygładzonej miedzi. Zdjąłem palto. Przez otwarte wielkie, gotyckie okno wpłynął w tej chwili dźwięk miejskich zegarów: biła szósta... Zapukałem do drzwi pokoju naprzeciw. Z wnętrza nie odpowiedziano. Ogarnęło mię zakłopotanie. Co robić? Wejść bez pozwolenia? Może śpi, znużona podróżą? Wtem drzwi otworzyły się i w progu ukazała się ona. Z pod królewskiego djademu jej włosów barwy kasztanu patrzyły na mnie oczy głębokie, dumne i słodkie zarazem. Klasyczną głowę, godną dłuta Polykleta zdobił naczółek wysadzany szmaragdami. Miękki, śnieżno-biały peplos otulał jej postać pełną i dojrzałą, spływając w harmonijnych falach do stóp w antycznych ciżmach. Juno stolata! Pochyliłem czoło przed jej majestatem. A ona, cofnąwszy się w głąb, przepuściła mię gestem ręki do wnętrza komnaty. Była to wspaniała, z wyrafinowaną stylizacją a l’antique urządzona sypialnia. Milcząc, usiadła w głębokiej niszy na łożu rzeźbionem w giallo antico. Ukląkłem na kobiercu u jej nóg i położyłem głowę na jej kolanach. Objęła ją ruchem ciepłym, macierzyńskim i zanurzywszy mi palce we włosy, zaczęła przegarniać je pieszczotliwie. Patrzyliśmy sobie w oczy bez przerwy, nie mogąc nasycić się wzajemnym widokiem. Milczeliśmy. Dotąd nie padło między nami ani jedno słowo. Jakgdybyśmy się bali nieopatrznym dźwiękiem spłoszyć anioła czaru, co spętał i związał nam dusze... Wtem pochyliła się nade mną i pocałowała w usta. Krew uderzyła mi do głowy tysiącem młotów, świat zakotłował pijanym wirem — straciłem panowanie nad sobą. Porwałem ją gwałtownie na ręce i nie czując oporu, rzuciłem w łoże w miłosnem zapamiętaniu. Ruchem szybkim, nieuchwytnym odpięła z ramienia bursztynową fibulę, odsłaniając przede mną bezcenną pychę swego ciała. I tak posiadłem ją w bólu i tęsknocie bez miary, w upojeniu zmysłów i zachwycie serca, w szale duszy i we krwi pożarze... Mijały godziny lotem błyskawic, brzemienne szczęściem i krótkie jak jego przebłyski — pełniły się chwile ścigłe, niczem wiatry stepu, drogocenne chwile, niczem rzadkie perły. Znużeni rozkoszą, zapadaliśmy w jakieś sny cudowne, niby rajskie gaje, baśnie czarodziejskie, — by cucić się z nich do jeszcze piękniejszej, urodniejszej jawy... Gdy koło szóstej nad ranem otworzyłem wreszcie ociężałe powieki i spojrzałem wkoło siebie przytomnie, Jadwigi już przy mnie nie było. Ubrałem się szybko i, przeczekawszy napróżno całą godzinę, powróciłem do siebie. Czuję zawrót w głowie, żar w żyłach. Muszę mieć gorączkę, bo wargi mam spękane i dziwną gorycz w ustach. Idąc, potykam się o sprzęty i zataczam jak nieprzytomny. Widzę świat jak przez mgłę — rozkoszny woal upojenia...

Nazajutrz po powrocie z redakcji znalazłem na biurku list od Jadwigi, w którym naznaczała mi najbliższą schadzkę u siebie za tydzień, t. j. znów w sobotę wieczorem. Termin wydał mi się za daleki: wybrałem się do willi „Pod lipami“ już we wtorek popołudniu. Lecz furtka była zamknięta. Rozgniewany, obszedłem pałacyk parę razy w nadziei, że może zobaczę ją gdzieś w parku na jednej z alej. Lecz ścieżki były puste — tylko wiatr jesienny podrywał garście zwiędłych liści i pędził bezlitośnie w długich, smutnych szeregach. Chociaż ściemniło się już zupełnie, w oknach nie ujrzałem świateł — dom głuchy był i ślepy, jakby w nim nikt nie mieszkał. Widocznie spędzała wieczory w jednym z pokoi, wychodzących na północ, t. j. od strony najmniej dostępnej dla oka przechodniów. Zniechęcony odszedłem... Ponawiane przez dnie następne próby, wydały ten sam wynik. Musiałem z rezygnacją poddać się jej życzeniu i zaczekać do soboty. Dziwiło mię tylko niezmiernie, że przez cały tydzień ani razu nie spotkałem jej gdzieś w mieście, w teatrze lub tramwaju. Znać dawny tryb jej życia uległ zasadniczej zmianie. Jadwiga Kalergis, niegdyś przedmiot codziennego podziwu wielkomiejskich dandysów i Don Juanów, królowa balów, koncertów i towarzyskich rozrywek, żyła teraz jak mniszka. W gruncie rzeczy byłem z tego zadowolony i dumny. Nie posiadam próżnej ambicji tych, którzy lubią drażnić drugich widokiem własnego szczęścia; nie pragnę pysznić się nią przed ludźmi. Przeciwnie — ta tajemniczość, ta ukradkowość naszego stosunku ma urok niewysłowiony. Odi profanum vulgus...

Nareszcie nadszedł dzień upragniony. Przez cały ranek chodziłem jak błędny. Koledzy z redakcji śmiali się ze mnie, utrzymując, że napewno jestem zakochany. — Istny warjat z tego Szamoty — wyraził się półgłosem referent teatralny — od jakiegoś czasu sfiksował do reszty. Gadać z nim nie można. — Podwika! Cherchez la femme! — objaśniał stary jak świat reporter. — Nic innego. Jak Boga mego kocham. Punktualnie o szóstej wieczorem wszedłem przez uchylone drzwi do jej sypialni. Jadwigi jeszcze nie było. Na stole strojnym w wspaniały serwis dymiła filiżanka czekolady, obok na talerzu piętrzyła się piramida z ciastek, iskrzył się zielony likier. Usiadłem twarzą do sąsiedniego pokoju i sięgnąłem po cygaro z chryzolitowego pudełka. Wtem wzrok mój padł na ćwiartkę papieru między trzonami trabucco. Poznałem jej pismo; było przeznaczone dla mnie. — Drogi! Wybacz opóźnienie. Wrócę z miasta za pół godziny. Do miłego widzenia! Ucałowałem liścik i ukrywszy go na piersi, wychyliłem wonny odwar. Po pierwszym kieliszku likieru uczułem niby senność. Zapaliłem świeże cygaro, wlepiając machinalnie oczy w błyszczącą naprzeciw na ścianie grecką pawęż z wizerunkiem Meduzy pośrodku. Lśniąca pierś tarczy miała w sobie coś dziwnie przyciągającego, przykuwała wzrok, więziła wolę. Wkrótce cały skupiłem się w jednym świetlanym punkcie, w miotającem pioruny blasków oku wężowłosej Gorgony. Nie mogłem oderwać się od hypnotyzującego środka. Powoli w jakiś szczególny stan. Otoczenie jakby usunęło się na plan dalszy, w nieskończenie odległą perspektywę, a na jego miejsce wstąpił pyszny bogactwem barw, egzotyczny świat baśni, podzwrotnikowa fata morgana... Nagle uczułem na szyi parę ciepłych, miękkich ramion, a na ustach słodki, przeciągły pocałunek. Otrząsnąłem się z zapamiętania i spojrzałem przytomnie. Przy mnie stała Jadwiga i uśmiechała się kusząco. Objąłem ją wpół i przycisnąłem do piersi. — Wybacz — tłumaczyłem się — nie zauważyłem, kiedy weszłaś. Ta tarcza tak dziwnie pęta uwagę. Odpowiedziała milczącym uśmiechem pobłażania. Była dziś jeszcze piękniejsza. Posągowa jej uroda, ujęta w ramę greckich szat, tchnęła niepojętym czarem. Z pod cudnych brwi patrzyły czarne, dumne jej oczy, z tlejącym w głębi żarem pragnienia. O, co za rozkosz rozkołysać te marmurowe piersi falą namiętności, wydrążyć z chłodnego spokoju tę twarz hardej Junony! Przechyliwszy ją sobie przez ramię, wpiłem w nią głodne spojrzenie sycąc długą, długą chwilę spragnione oczy bezmiarem jej piękna. — O, jakieś piękna, przyjaciółko moja, o, jakżeś piękna! Gdzie warkocze twoje, jak fiołki wonne warkocze twoje? — pytałem namiętnie, usiłując odgarnąć z jej czoła miękką, przeczyście białą zasłonę, okrywającą dziś szczelnie jej głowę. — Chcę je popieścić, jak za pierwszym razem — pamiętasz? Rozrzucić ambrozyjskim płaszczem na twych ramionach i całować, całować bez końca. Wszakżeś mi nie broniła pierwszego wieczora? Usuń tę chustę. Wstrzymała mą rękę łagodnie, lecz stanowczo. Na ustach jej wykwitł tajemniczy uśmiech, przecząco poruszyła głową. — Nie można dziś? Dlaczego? Znów milczenie i ten sam wzbraniający ruch głowy. — Dlaczego milczysz? Czy wiesz, że dotąd nie zamieniłaś ze mną ani słowa? Przemów do mnie choć słów parę! Chcę głos twój usłyszeć — musi być słodki i metaliczny, jak dźwięk szlachetnego kruszcu. Jadwiga milczała. Jakiś bezgraniczny smutek rozlał się nagle po całej jej twarzy i zmroził chwilę upojenia. Czyżby oniemiała? Więc przestałem nalegać i w milczeniu już piłem rozkosz boskiego jej ciała. Była dziś namiętniejsza, niż podczas ostatniej schadzki. Co pewien czas chwytał ją spazm lubieży, oczy zachodziły mgłą omdlenia i bladła śmiertelnie; delikatną, jedwabistą skórę przebiegały krótkie dreszcze, zęby o połysku pereł ścinały się bolesnym kurczem. Wtedy przerażony wypuszczałem ją z objęć i chciałem cucić. Lecz była to tylko chwila: paroksyzm mijał szybko, i nowa fala żądzy młodej, żywiołowej, nie skrępowanej niczem grążyła nas w odmęcie szału... Rozstaliśmy się późno w noc koło godziny pierwszej. Na pożegnanie przypięła mi do piersi bukiecik fjołków. Podniosłem do ust jej rękę: — Więc znowu aż za tydzień? Skinęła w milczeniu głową. — Niech i tak będzie. Żegnaj mi carissima! Wyszedłem. W przedpokoju podczas wkładania palta nagle przypomniałem sobie papierośnicę, pozostawioną na konsoli. Nie zdejmując tedy okrycia, wróciłem do pokoju po zapomniany przedmiot. — Przepraszam cię — zacząłem, zwracając się w tę stronę, gdzie pozostawiłem przed chwilą Jadwigę. Lecz rozpoczęty frazes zamarł mi na ustach. Jadwigi w sypialni już nie było. Czyżby już odeszła do przyległego pokoju? Nie słyszałem przecież otwieranych wewnątrz drzwi... Hm... szczególne — mruknąłem, chowając papierośnicę, — szczególne... I powoli, w zamyśleniu zeszedłem po schodach na ulicę.

Stosunek mój z Jadwigą Kalergis trwa już od paru miesięcy, wciąż okryty zupełną tajemnicą przed światem. Nikt nie przypuszcza, że jestem kochankiem najpiękniejszej kobiety stolicy. Dotąd nikt nas nie spotkał razem w miejscu publicznem. Przypuszczam nawet, że ludzie nic nie wiedzą o jej powrocie do kraju. Takie przynajmniej odbieram wrażenie z przygodnych rozmów w kołach znajomych. Jest to trochę dziwne i wygląda tak, jakby Jadwiga wróciła ukradkiem, nie życząc sobie wcale, by o tem wiedziano. Widocznie ma w tem jakiś cel ukryty, którego mi jednak nie chce wyjawić. Ja też nie nalegam i umiem zachować dyskrecję. Wogóle kochanka moja jest kobietą dziwną i lubi otaczać się tajemniczością. Muszę się dopiero przyzwyczaić do jej kaprysów i naginać do ekscentrycznych zwyczajów; niemal co krok natrafiam w jej zachowaniu na coś niewytłumaczonego. Chociaż żyjemy z sobą prawie od pół roku, dotąd nie słyszałam jej głosu. W pierwszych tygodniach pytałem nawet dość natarczywie o powód. W odpowiedzi przychodziły nazajutrz po schadzce listy z prośbą, aby oto nie pytać, aby jej niepotrzebnie nie nękać i t. p. Ostatecznie dałem za wygraną i przestałem nalegać. Może uległa jakiemu wypadkowi i rzeczywiście straciła zdolność mówienia? Teraz ją to żenuje i zamiast przyznać się do kalectwa może woli pozostawić mnie w wątpliwości co do przyczyny? Widujemy się wciąż tylko raz na tydzień i to zawsze w sobotę — w inne dnie mnie nie przyjmuje. I tu muszę nadmienić jeden charakterystyczny szczegół w związku z uwerturą do każdej takiej wizyty. Nie zawsze zastaję ją po wejściu do pokoju. Czasem muszę czekać przez dłuższy czas, zanim wyjdzie na powitanie. A czyni to za każdym razem tak niepostrzeżenie, tak cicho, że nigdy nie wiem, kiedy i skąd nadeszła. Zwyczajnie staje nagle poza mną i znienacka całuje mnie w szyję. Jest to rozkoszne, słodkie, — ale i straszne zarazem. Mam przytem wrażenie, że nigdy nie jestem wtedy w stanie zupełnie normalnym. Co to takiego, nie umiem określić — może rodzaj lekkiej zadumy czy zachwycenia? W każdym razie, ilekroć Jadwiga każe czekać na siebie dłużej, odczuwam nieprzepartą chęć wpatrywania się w grecką tarczę wejścia. Nie wiem, skąd przychodzi mi czasem myśl, że umieszczono ją tam naumyślnie, by zwracała na siebie uwagę wchodzącego i chwytała mu oczy w swe błyszczące kręgi. Kto wie, czy nie ona właśnie jest powodem dziwnego stanu, w który czasem popadam?... Potem, po owej uwerturze, wszystko toczy się normalnym biegiem — jesteśmy spragnieni siebie, pieścimy się wzajemnie, płatamy nawet sobie dziecięce figle i żarty — lecz początek jest zwykle taki, jak go opisałem — trochę dziwny... Jeszcze jeden szczegół, z którego niezupełnie jestem zadowolony; właściwie, drobnostka, a jednak niepożądana. Jadwiga lubi aż do przesady zakrywać głowę rodzajem greckiego woalu z oślepiająco białej, gęstej tkaniny. Nie cierpię tej ! Gdyby przynajmniej owijała nią tylko włosy i tył głowy — lecz ona kryje nieraz poza nią swe alabastrowe czoło, chowa zazdrośnie przede mną część twarzy, zataja usta, oczy... Gdy chcę usunąć ten mleczny kwef, widocznie gniewa się i ucieka w głąb pokoju. Co za upór! Lecz podobno piękne kobiety są jak chimery. Trzeba je umieć uszanować. Tymczasem ja nie zawsze mogę się na to zdobyć. Zirytowany ostatnim razem tą trochę wschodnie zwyczaje przypominającą maskaradą, zatrzymałem umykającą mi silnie za ramię. Ruch mój był szorstki i niezgrabny: rozdarłem jej kosztowny, śnieżno-biały peplos, którego duży kawał pozostał mi w ręku. Schowałem go na pamiątkę i noszę ciągle przy sobie...

Onegdaj w sobotę zrobiłem dziwaczne spostrzeżenie. Jak zwykle pod wieczór, wszedłszy do willi, nie zastałem jeszcze Jadwigi w pokoju. Unikając spojrzenia Meduzy na tarczy, poszedłem w kierunku niszy, oddzielonej od reszty sypialni długą, białą kotarą, zwisającą do posadzki z mosiężnych wałków. Wtem spostrzegłem, że brzeg jej nosi ślady rozdarcia; mniej więcej w połowie wysokości zasłony szczerzyła się półkolista wyrwa. Machinalnie wziąłem do ręki materję i zacząłem przesuwać ją w palcach. Miękkość i jedwabistość tkaniny nasunęły mi pewne skojarzenia. Odruchowo sięgnąłem do kieszeni i wydobyłem na pamiątkę fragment peplosu. Nagle porównałem kształt jego z rysunkiem wyrwy na kotarze. Jakaś myśl dziwna przyszła mi do głowy. Wydały mi się identyczne. Przyłożyłem kawałek trzymany w ręce do rozdartego brzegu kotary. Szczególne! Odcinek greckiej szaty wypełnił lukę jaknajdokładniej!! Jak gdyby to był kawałek oddarty nie z jej sukni, lecz z kotary, lub jak gdyby peplos i zasłona były jednem i tem samem... W pół godziny potem, witając się z Jadwigą, bacznie przypatrywałem się jej sukni. Lecz ślady rozdarcia zniknęły; szata spadała ku stopom w przeczystych fałdach, nie skażonych najlżejszą skazą. Ona znać zauważyła, że ją obserwuję, bo uśmiechnęła się napół figlarnie, napół zagadkowo. Wtedy, unosząc w górę oddarty kawałek peplosu, poprowadziłem ją do niszy, by tu pokazać jej to, co zaobserwowałem. Lecz rzecz dziwna! Kotary już nie było! Śmieszna myśl nasunęła się niespodzianie: — Czyżby „pożyczyła“ jej sobie do peplosu?... Tymczasem w miejsce zasłony otwierała przed nami gościnne ramiona zaciszna wnęka z miękkiem, zapraszającem łożem w pośrodku. Spojrzałem na Jadwigę. Odpowiedziała uśmiechem czarującej zachęty...

Zrobiłem niedawno ciekawe „odkrycie“. Ona ma na ciele znaki przyrodzone zupełnie podobne do tych, które i ja posiadam. Znamiona nasze są właściwie całkiem identyczne. Zabawny zbieg przypadku! Tem zabawniejszy, że znaki występują nawet na tych samych miejscach. Jeden ciemnoczerwony, w kształcie winnego grona wielkości orzecha, na prawej łopatce, i drugi, w postaci t. zw. „myszki“, wysoko w lewej pachwinie. Przypadkowe podobieństwo tych szczegółów fizycznych zastanawia tem bardziej, że kształty znaków nie mają wcale cech typowych i często spotykanych, — przeciwnie, posiadają charakter wyjątkowy i silnie zindywidualizowany. Śmieszna historja — nieprawdaż?... Lecz zauważyłem i coś innego jeszcze. Skóra jej, zwłaszcza na piersiach i plecach, ma zabarwienie smagławe, jakby od opalenia — zupełnie tak samo, jak u mnie. Nabyłem tę właściwość naskórka wskutek wieloletnich kąpieli na słońcu. Czy i u niej należy sobie to tłumaczyć w podobny sposób, bardzo wątpię. O ile wiem, unika słońca i skwapliwie zapuszcza przed niem roletę. Ja przeciwnie, lubię je niezmiernie i u mnie w pokoju pozwalam mu wpadać przez okno pełnemi strugami...

Dziwactwa Jadwigi stanowczo przebierają miarę. Od paru tygodni przyjmuje mnie tylko w pół oświetlonym, czasami niemal mrocznym pokoju i każe mi czekać na siebie całemi . Gdy wreszcie wysunie się skądś z ciemnego kąta sypialni, jest cała spowita w te obmierzłe kwefy, że chwilami czyni wrażenie widziadła. Ubiegłego tygodnia patrzyła na mnie z poza tych obsłon jak przez wąską szparę. Zato namiętność jej w tych czasach widocznie wzrosła. Ta kobieta szaleje! Cała zamknęła się w błędnem kole płci i tarza się w rozpasaniu, czołga w konwulsjach chuci. Są chwile, że nie mogę nadążyć jej w tym iście szatańskim rozmachu i zostaję poza nią odurzony, wyczerpany, bez tchu. Do czarta! Nie znałem jeszcze Jadwigi Kalergis! Z drugiej strony jednak od pewnego czasu obserwuję w jej postaci jakieś oryginalne zjawisko, które w przybliżeniu określiłbym jako „nieuchwytność“. Czy to dzięki tym białym zasłonom, w które się teraz tak starannie otula, czy to wskutek skąpego oświetlenia — postać jej wymyka mi się chwilami z pod kontroli wzroku. Powstają stąd niekiedy ciekawe złudzenia i optyczne niespodzianki. Czasem widzę ją podwójnie, kiedyindziej znów jakby w jakimś śmiesznym skrócie, to znów niby w dalekiej perspektywie. Zupełnie jak w „tańcu siedmiu zasłon“, lub na obrazach kubistów. Nieraz wygląda na posąg niewyrzeźbiony do końca, w jakiemś zagadkowem stadjum powstawania, niby projekt napół wykończony. Lecz owa „nieuchwytność“ przechodzi też i w sferę dotyku. Zwłaszcza o ile chodzi o górną połowę ciała. Parę już razy stwierdziłem z niemiłem zdumieniem, że ramiona jej i piersi, niedawno jeszcze tak jędrne i gibkie, teraz jakby zwiotczały. Suknia pod naciskiem ręki ustępowała gdzieś w głąb i nie czułem sprężystego niegdyś oporu jej ciała. Raz podrażniony tem do najwyższego stopnia, nagle pod wpływem nieprzepartej chęci, postanowiłem ukłuć ją. Powoli wyciągnąłem z krawatki opalową szpilkę i zanurzyłem w jej obnażoną nogę. Trysła krew i odezwał się krzyk — lecz piersi: w tej chwili uczułem w nodze gwałtowny ból. Jadwiga patrzyła z dziwnym uśmiechem na krew sączącą się z jej rany w dużych, rubinowych kroplach. Z ust jej nie wypłynęło ani jedno słowo skargi... Wróciwszy tej nocy późno do siebie, musiałem zmienić bieliznę, gdyż była zbroczona krwią. Na nodze do dziś dnia jeszcze mam ślady ukłucia szpilką...

Nie pójdę tam więcej! Po tem, co zaszło we willi „Pod lipami“ w ostatnią sobotę sierpnia, miesiąc temu, życie straciło dla mnie swój urok. Posiwiałem przez jedną noc. Znajomi nie poznają mnie na ulicy. Podobno leżałem przez tydzień bez pamięci i bredziłem w malignie. Dziś dopiero wyszedłem po raz pierwszy z domu. Chwieję się jak starzec i wspieram na lasce. Okropny koniec!... A oto, co przeżyłem w willi w pamiętny dzień 28. sierpnia, w rok niespełna od chwili zawiązania fatalnego stosunku. Tego wieczora spóźniłem się. Jakaś recenzja czy artykuł literacki, który należało co prędzej puścić w świat, zabrał mi dwie godziny czasu: przyszedłem dopiero o ósmej. W sypialni było zupełnie ciemno. Potknąwszy się parę razy o meble, trochę tem zirytowany, odezwałem się głośno: — Dobry wieczór, Jadwigo! Dlaczego nie zapaliłaś światła? W tej ciemnicy można głowę rozbić! Nie otrzymałem odpowiedzi. Najlżeszy ruch nie zdradzał jej obecności w pokoju. Zacząłem nerwowo szukać zapałek. Widocznie mój zamiar nie podobał się i postanowiła mu przeszkodzić, gdyż nagle uczułem na policzku chłodne muśnięcie jakby ręki i usłyszałem cichy, ledwo dosłyszalny szept: — Nie pal światła. Chodź do mnie, Jerzy! Jestem w niszy. Zadrżałem, przejęty dziwnem uczuciem. Po raz pierwszy od czasu naszej znajomości posłyszałem jej głos — właściwie jej szept. Po omacku zbliżyłem się do łóżka. Szept zamarł i nie powtórzył się już więcej. Nie widziałem jej twarzy, gdyż ciemność była absolutna; bielało tylko coś niewyraźnego. Zapewne była już w bieliźnie. Wyciągnąłem przed siebie rękę, chcąc ją objąć i natrafiłem na obnażone biodra. Dreszcz przebiegł me ciało i krew zagrała gorącym warem. Po chwili piłem już słodycz jej łona. Była szalona. Zawrotna woń jej ciała odurzała zmysły, rozżarzała tęsknotę w płomień posiadania. Namiętny rytm jej boskich bioder podżegał pożar krwi i niecił szały... Lecz nadaremnie szukałem jej ust, napróżno chciałem ją zamknąć w ramiona. Drgającemi rękoma zacząłem wodzić wokoło po poduszce, ślizgać je wzdłuż jej ciała. Natrafiłem tylko na jakieś chusty, zasłony... Cała jakby zamknęła się w ognisku swej płci, usuwając przede mną wszystko inne poza niem... Wreszcie zniecierpliwiłem się. Uczucie jakby obrażonej dumy, poniżonej godności ludzkiej zawrzało we mnie namiętnym sprzeciwem. Zapragnąłem ust jej koniecznie, nieodwołalnie. Dlaczego mi ich broniła? Czyż nie miałem i do nich prawa? Nagle przyszło mi na myśl, że obok na ścianie jest kontakt elektryczny. Ukląkłszy na łóżku, namacałem gałkę i przekręciłem. Bluznęło światło, rozświeciło pokój. Spojrzałem i pchnięty trwogą bez granic, wyskoczyłem z łóżka... Przede mną w zgiełku koronek i atłasów leżał rozrzucony bezwstydnie, obnażony po linję brzucha kadłub kobiecy — kadłub bez piersi, bez ramion, bez głowy... Z okrzykiem grozy wypadłem z sypialni, skokiem szaleńca przebyłem schody i znalazłem się na ulicy. Wśród ciszy nocy pędziłem przez most... Nad ranem znaleziono mię gdzieś w ogrodzie na ławce bez pamięci...

W dwa miesiące potem, przechodząc przypadkiem koło willi „Pod lipami“, spostrzegłem w parku krzątających się robotników. Otulano róże na zimę w słomiane chochoły. Jakiś mężczyzna wytwornie odziany nadchodził z głębi alei i coś mówił. Tknięty nieprzemożną chęcią, zbliżyłem się doń, uchylając kapelusza: — Przepraszam. Czy to jest dom pani Jadwigi Kalergis?. — Niegdyś był jej własnością — brzmiała odpowiedź. — Od tygodnia rodzina objęła go w spadku. Uczułem dziwne ściskanie w gardle. — W spadku? — zapytałem, siląc się na ton obojętny. — No tak, Jadwiga Kalergis t. Zginęła wkrótce po wyjeździe zagranicę podczas jednej z wycieczek w Alpy. Pan pobladł? Co to panu?... — Nic... ależ nic... Przepraszam pana. Dziękuję za informację. I zataczając się na nogach, odszedłem wybrzeżem ku miastu...

Pogrążyli się w wieczornej zadumie.

Gwar miasta dochodził tu tylko stłumionym podźwiękiem, odcięty od zacisza plebańskiego sadu grubym, trawiastym murem. Tylko tam, na drugim końcu przerywała go wązka bramka z żelaznych krat i przesuwała przed oczyma fragmenty życia ulicy. Od czasu do czasu przeciągały ze śpiewem grupy podochoconych żołnierzy w skórzanych koletach, pobrzękując niedbale opuszczonymi rapierami, mignęło puszyste pióro w szerokich, bujnych linjach wygiętego kapelusza, załopotał płaszcz rycerski... Od czasu do czasu zaszeleściała aksamitnym trenem sukni wstydliwa mieszczka, spiesznie zdążając do domu, przeszła poważnym krokiem gromada rajców, zaczerniała dostojna postać matrony... Gdzieś na rogu kuglarz-linoskok wyginał gibkie ciało wężowym ruchem i lśnił pośród gawiedzi łuską pstrokatej odzieży. A dalej — dalej dymy się wiły wieczorne i słońce łuniało na dachach... Od sadu przywiewały surowe obrzaski świeżo skoszonej trawy, wynikały wilgne wydzieliny ziemi. Przed godziną spadł deszcz i zmokrzył drzewa, murawę, kwiaty, iż nabrały połysku i miękko stonowały się z soczystą czerwienią zachodu. Jedwabne cienie zachodziły falami w zroszoną ruń darni, oddając kapryśne ruchy wiatru — powikłane kontury drzew dzierzgały zmierzchową sieć dziwów. W pośrodku niby puklerz koralowy padał odbity od witrażu przyległej fary płomienny refleks słońca i przygasał powoli. Mętniało na dworze... Na twarzy księdza Pawła jaśniała cicha pogoda; siwe oczy mistyka spoglądały z wyrozumiałością w pieniący się wir życia, pełne miłości i współczucia ogarniały roznamiętniony świat zmysłów, tłumacząc wszystko, przebaczając bez końca. Inaczej patrzył dziś w miasto przyjaciel ojca Pawła i powiernik, dzwonnik Sebastjan. Subtelna twarz rzeźbiarza okolona ciemnym zarostem tchnęła wysiłkiem woli, która lada chwila miała ustąpić pod naporem nowych tęsknot, krańcowo różnych od tych, jakie dotąd rozskrzydlały duszę. Bo był to wieczór przełomu i buntu, rozstajne drogi dwóch duchów do dziś dnia spojonych przepotężną siłą; odtąd miał każdy pójść swoją drogą. Prawie rówieśnicy wychowywali się razem, wzrastali w spólności poglądów i idej. Paweł z natury mistyk poświęcił się stanowi duchownemu i od lat paru mieszkał przy farze, gdzie wkrótce po wyświęceniu zasłynął jako kaznodzieja i spowiednik. Sebastjan nie chcąc się rozstawać z przyjacielem, objął obowiązki dzwonnika a w wolnych chwilach uprawiał rzeźbę i plastykę. Miał duszę dziecka rozmiłowaną w pięknie wiary i Boga, rozśpiewaną dźwiękami dzwonów, zasłuchaną w melodje serafów. Takim go znał ks. Paweł od dawna, takim ukochał i wymarzył. Sebastjan był jego ideałem, tą jedyną duszą bez skazy, której szukał i wszystkie swe siły wytężał, by ją utrzymać na śnieżnych wyżynach. Wytworzył się między nimi niezwykły, rzecby metafizyczny stosunek. Najlżejsze drgnienia ich myśli przypływały ku sobie niewidzialnemi falami, przenikając się harmonijnie w zawsze czystym, nieskażonym oddźwięku. Z ust Pawła szły archanielskie tchnienia i uderzały w bratnią pierś harfy dzwonnika, by stąd wzmocnione radością piękna wzbić się ku górze stustrunnym hejnałem. Rzeźbiarz brał twórczą myśl przyjaciela na białe skrzydła swej sztuki i niósł gdzieś w zaświaty, tam gdzie aniołom i Bogu przybytek. Paweł postanowił stosunek zacieśnić i przykuć go do siebie nierozerwalnie, zanim inne siły uprzedzą. I połączył ich Archanioł Michał, wielki święty wojownik, twór myśli i dusz obu, dzieło rąk Sebastjana. Zawiesili go w locie olbrzymich skrzydeł nad głównym ołtarzem farnego kościoła. rzeźbił posąg dwa lata, czerpiąc natchnienie w rozmowach z przyjacielem, w skupieniu modlitwy. Po kilkakroć hartowane kuny przytrzymywały niewidzialnie ciało bohatera zastępów; w razie potrzeby dawały się odpiąć a posąg ześlizgiwał się lekko po blokach umieszczonych za baldachimem podniebia. Urządzenie to uznał mistrz za konieczne do odpruszania i naprawy nadwyrężonych części. Tajemnicy mechanizmu jednak nikomu prócz Pawła nie powierzył z obawy, by niezręcznie lub za szybko puszczona maszynerja nie spowodowała fatalnego runięcia ze szczytu. Raz do roku wprawną dłonią sprowadzał posąg ku dołowi, odczyszczał z przędzy pajęczej, przywracał blask przyćmionej kurzem szacie. I znów ważył się pod arkadami kościoła z bożym zapałem w źrenicach, z rozwianym włosem niebieski witeź. Pamiętnym był dzień, gdy po raz pierwszy w pustym kościele zawiesił promienny dumą i szczęściem twórca płód pracy serdecznej. Stali cicho wpatrzeni w święty ogień lic chrobrych i gromki ruch prawicy, gdy w szatana godzi — radośni, zdumieni pięknem dusz własnych nadziemscy... Archanioł Michał! I zawarli ślub wielki, ślub duchów i wzmocnili przysięgą na życie, na całe długie, ludzkie życie, które odtąd miało być święte i nieskalane, w miłości ku Bogu i ludziom, a z ziemskich wyzute. A On był świadkiem i przysięgę odebrał... Gdy w ów wieczór opuszczali świątynię, maj cudny rozkwiecił sady, uzielenił łąki i pola, rozwinął pęcze, Sypały rzęsną ulewą płatków jabłonie, rozwodziły zawrotne wonie bzy, jaśminy, upajały się chwiejbą wiatru magnolie. Po ulicach przemykały drżące rozkoszą pary kochanków, tuląc się w wiosennem pragnieniu, oplótłszy za ręce. Sebastjan nagle posmutniał. Lecz już wzywał go za sobą w podniebne szlaki poważny głos księdza: — Od dziś dnia każdy z nas odpowiada za drugiego. Odebraliśmy wzajemną przysięgę, weszliśmy w obręb święty, którego bezkarnie zwiedzać wiernym nie wolno. Jeśliby który z nas złamał śluby, drugi zań odpowie ofiarą oczyszczenia. — Zdaje mi się jednak, żeby odpowiedzialność znikła, gdybyśmy przestali wierzyć? — To prawda — nawet choćby tylko jeden. — Ale musiałoby to być szczere. Rozumiesz mnie? Zupełna niewiara! — Tak... lecz do tej nie jesteśmy zdolni... — Dlatego musimy się mieć na baczności! Służymy wieczystej harmonji duchów. Biada nam obu, jeśli który poważy się ją zmącić! Głęboko zamyśleni rozstali się... Odtąd minęło lat parę. Ślub zda się istotnie silniej jeszcze zespolił obu. Lecz miały nadejść przemiany. Względem innych zawsze wyrozumiały i łagodny okazywał się Paweł od czasu tajemnego związku w stosunku do przyjaciela wymagającym, niejednokrotnie surowym. Sebastjan wychowany niemal od dziecka pod jego wszechwładnym wpływem, usuwany od ponęt zewnętrznych nie zdawał się zrazu odczuwać krępującej opieki; nie obudziły się w nim jeszcze pewne odruchy serca. Chwilową melancholję nawiedzającą go czasami umiał przyjaciel skierowywać we właściwą stronę, rozniecając w nim nadziemską ekstazę i miłość. Wreszcie jednak uśpione do czasu siły rozpoczęły ciche, prawie niedostrzegalne lecz trwałe w skutkach ruchy. Pewnego dnia uczuł się rzeźbiarz ogromnie samotnym. Przyszła myśl, że choć dotąd życia nie używał, mógł przed złożeniem przysięgi w każdej chwili upomnieć się o swój dział, sięgnąć po kwiat szczęścia; był piękny i młody. Po tem, co zaszło u stóp Michała, miał już drogę zamkniętą. Niebotyczne mury zawarły go w przybytku skrzącym świeżością kryształów, tęczami kaskad, lecz lodowo zimnym. Przejął go dotkliwy chłód marmurów, raziła do ślepoty biel alabastrów. Na krzyk rozpaczliwy serca otrzymywał niezmiennie w odpowiedź głuche echo olbrzymich, pustych komnat. A tam za witrażami framug święciły się gody życia, mijały słoneczne, złota popołudnia. A tam za draperjami okien obdzielały szczodrze wonnem łonem róże, prześcigały w daremnem utęsknieniu zu śmiałą dłonią rzęsne grusze. Więc jak ptak uwięziony zabił o szyby, zatrzepotał o kraty i po chwili walki opadł na dno klatki. Wiara nie pozwalała rozpętać skrzydeł. Wśród tej rozterki poznał Martę i zrozumiał, że mężczyzną. Była tancerką z wędrownej trupy cyrkowych wesołków. Gdy smagłe ciało kreolki wić się jęło w ljanowych zawrotach sarabandy, a przesycony koszenilą szal opasywał głowę szkarłatną wstęgą, niemiały tłumy i z zapartym oddechem chłoniły taneczne przeguby. Była jak smukła tuja opleciona czerwieniejącym winogradem jesieni... Spłynęła doń wieczorną godziną z promieniem zachodu, zawitała w progi samotnego domu jak chwila kryjoma, jedyna: — Przysłał mnie twój wielki Archanioł... Pawła w mieście nie było; wyjechał na czas dłuższy. Gdy wrócił, już się stało. Mógłże się opierać? Było smutne, chore szczęście — blada radość słońca na żałobnych złożach chmur nadciągającej tuczy. Sebastjan nie przestał wierzyć w świętość przysięgi. Słowa Pawła przerzynały w czarnych, niepokojących linjach świetlany wzorzec miłości... Kochankowie postanowili dzisiejszej nocy opuścić miasto i pójść na południe między gaje cyprysów, pomarańcz ogrody. Tymczasem, ostatni wieczór rzeźbiarz poświęcił Pawłowi. Czy ksiądz się czego domyślał, przeczuwał? Niewiadomo. Oto twarz oparł na dłoni mówił: — Miałem tej nocy dziwny sen. Przyśniło mi się dwoje bliźniąt nieszczęśliwym trafem zrośniętych piersiami. Po jakimś czasie okazało się, że jedno z nich jest porażone wstrętnemi krostami, które poczęły je niszczyć w gwałtowny sposób. Chcąc ocalić drugie, należało rozdzielić je. Lekarze uznali rzecz za niemożliwą. Zbadano, ze miały wspólne serce a chociaż tkwiło całe w piersi zdrowego, przecież włókno łączące je z chorem musiało w razie odłączenia ulec zniszczeniu i zgubić drugie. Tak więc skazane były oba na zagładę. Pomyśl... przez jedno małe włókienko! Fatalne! Sebastjan badał uważnie twarz przyjaciela: — Cóż dalej? — Dalej? Cóż, chcesz? Wynik jasny. Widziałem z przerażeniem okropny zanik jednego, który przeniósł się z kolei na zdrowe. Obudziłem się właśnie w chwili, gdy choroba docierała do serca... — Istotnie — szepnął dzwonnik — istotnie... dodał ciszej: — Dziwne podobieństwo... Zmierzchło się zupełnie. Paweł powstał i wyciągnął dłoń na pożegnanie. Uścisnęli się: jeden jakby z niemym wyrzutem, drugi na długie, może na zawsze rozstanie. W chwilę potem rzeźbiarz siedział już sam przed domem... Księżyc snuł już od jakiegoś czasu odwieczne marzenie o sennych pląsach, srebrnej zadumie, tęsknocie, zlewał bladą łaskę bezsiły na szpalery jodeł i kasztanów. Wśród krzewów różanych wzbijały się świętojańskie czerwce, lśniąc ognikami marnego szczęścia. Skądś mgły się uniosły i tuląc pnie drzew w rozwiewne szale, strzępiły pierś mleczną na sękach. Gdzieś się słowik zanosił od jęku... Za kratą furty zamajaczyła wiotka postać. Nareszcie! Poszli szybko w stronę podmiejskich bulwarów. Miasto już spało. Tylko z przydrożnych winiarni wypadały na chodnik światła lamp, pochodni, szły chrapliwą wibracją melodje piosenek. Wstąpili do ostatniej, najbardziej wysuniętej z miasta oberży, od której zwykle rozpoczynał drogę pocztylion. Miał wyruszyć dopiero po północy; czasu było dużo. W oberży zastali cygańską kapelę wrzaskliwą lecz namiętną. Ścisk był ogromny i dym przesłaniał wszystko, że zaledwie znaleźli miejsce za stołem. Pieściwe tony skrzypiec i fletów, zmieszane z chrzęstem brząkadeł, grzechotek zagrały współdźwiękiem w duszy Marty: zaczęła tańczyć. Rozstąpiono się. Krótka przygrywka. Parę urwanych, drapieżnych rzutów i... wkoło... Tors dumny, królewski... Purpurowy szal. Gest pyszny, szeroki: kreolka! Zwolniła biegu. Drzemią pożądaniem struny — koła węższe, do środka... znieruchomiała!... Hej krwi ty moja, krwi szalona — przelewaj brzeg, srom biały łam! Płomieni jestem córa. Hej, krwi ty moja, krwi!... Oszalej, zagraj, pluszcz! Jak żagiew ogniem zionę!... Wiry, skręty, zgiełk!... Poniosła się w tan. Orgja zgjęć, przekłonów, sploty ramion, wstęg, włosów wicher złoty! I ten szal czerwony, ten czerwony szal!... Błyskawiczne zetknięcie się źrenic... — Co mnie i tobie niewiasto? Ból, przepaść, uwielbienie! Archanioł Michał! Święty, czysty, mój! Wzburzonej krwi hołd, przepokorna skrucha... Nie!... Prawda jest we mnie! Cudny odrzut głowy, obłęków warg... Kto przemoże? Jam pantera płowa! Tam łysło za oknem?... To nic... powiodę! Znam czarów ogrody, miłości raje, Znam źródła przesłodkie, upojne ostoje, Snów boskich przędziebną tkaninę, Pójdź! Tam grzmiało za oknem?... Nic to! Nic!... Żar parny, spragniony posytu, żądz szały Znam ciała rozdrganą chuć młodą, tęsknoty Pieszczotą na łożu ściszone... Pójdź! Wichura drzewa druzgoce?... Jam silna! Pieśni ci zagram, ukołyszę łonem, Gdy wrócisz strudzony po pracy, Rozplotę włosy, wezgłowie wyścielę, Liliami, różą wymoszczę.. Ha!... Co to?! Przypadła do kochanka. Przez nagle rozwarte drzwi tylnej ściany bryznęły strugi deszczu i w progu zaczerniała księża szata. Był to ojciec Paweł przemoczony do nitki, wybladły. Około północy zbudzono go nagle i zawezwano do umierającego. Porwał się z posłania i zabrawszy, co najpotrzebniejsze, bez płaszcza w towarzystwie nieletniego chłopca poszedł. Droga była dość daleka, lecz noc widna, jak dzień. W powrocie zaskoczyła go burza. Na oślep, nie wiedząc, gdzie zmierza w ciemnościach, dopadł drzwi pierwszego z brzegu domu. Teraz spostrzegłszy się, chciał już zawrócić, gdy wtem oczy jego padły na Sebastjana i tancerkę, tulącą mu się w objęciach. Twarz księdza na moment przeorała bezsilna rozpacz. Lecz już w następnej chwili opanował się i nie cofając już więcej, postąpił ku nim: — Sebastjanie, czy przestałeś wierzyć? Rzeźbiarz milczał. Wiedział, że chwila jest stanowcza, lecz i święta. Przed tym , jasnym wzrokiem nie śmiał kłamać, nawet... choćby go ocalić. Więc po długiem milczeniu odparł cicho: — Nie... Wściekły skurcz chwycił go za szczęki: — Przebacz!... Nie mogłem inaczej. — Dziękuję ci bracie. Bądź spokojny. Ja Go ocalę. Przywrócę zachwiane przymierze. A ty bądź z nią szczęśliwy, jeśli tylko... zdołasz... Uśmiechnął się. Zanim dzwonnik znalazł siły na odpowiedź, ks. Pawła już w sali nie było... Tymczasem na dworze wyjaśniło się na nowo i księżyc kończył przerwaną wędrówkę. Muzyka gdzieś się wyniosła, ludzie porozchodzili. Tylko po kątach drzemali podróżni w oczekiwaniu na pocztę. Sebastjan głucho patrzył w sufit, nie zwracając uwagi na Martę, chociaż usiłowała bezskutecznie wywieść go z ociężałej zadumy. Tak minęło parę godzin. Nagle zagrała trąbka do odjazdu. Rzeźbiarz powstał jak ze snu i pod pozorem, że idzie umówić się o miejsce, wyszedł z gospody. Za bramą skręcił ku miastu; pędziło go w stronę fary. W pół godziny był na miejscu. W kościele świeciło się: ujrzał nikły blask świecy przez otwarte podwoje. Jakby chcąc coś stwierdzić naocznie, zajrzał do środka... Przykro zaśmiał się: — Wiedziałem. Ołowianym krokiem skierował się ku dzwonnicy...

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…