Read here

Pustelnik Urycza

Władysław Tarnowski · 1865 · Free in the US

15,079 words · about 1 h 3 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1865 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Pustelnik_Urycza&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Władysław Tarnowski
Language
Polish
Published
1865
Length
15,079 words · about 1 h 3 min
Sections
16 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (16)
  1. Front matter about 6 min
  2. I about 3 min
  3. II about 3 min
  4. III about 4 min
  5. IV about 2 min
  6. V about 2 min
  7. VI about 1 min
  8. VII about 7 min
  9. VIII about 1 min
  10. X about 4 min
  11. XII about 21 min
  12. XV. Rycerze Porwali oręż na mnie, i lud cichy about 7 min
  13. XVI about 1 min
  14. XVII about 2 min
  15. XVIII under 1 min
  16. XIX under 1 min

Continue:

Front matter

PUSTELNIK URYCZA. POEMA Z XI WIEKU.

SŁOWO O URYCZU.

Poema niniejsze, cząstką tylko osnute na domysłach i doławianiach wieści gminnej – oddaliła się ona już z tamtąd, zamarła czy skamieniała z czasem: że w skałach raczej niż miedzy ludźmi pytać o nią myśli młodej – bo tam i konające echo nie często odjęknie na ducha zapytanie. Szuka więc tutaj doprzędła kilka myśli, natura dorzuciła kilka kwiatów – bo geniusz co strzeże skarbów – jest niemy… Czasem jeszcze wieść gminna, jak spłoszona Rusałka, wysunie urocze lica z za grubych mgieł przeszłości – cudowną łanią pędzi i sadzi nad zdrojów spadające piany w bór tajemniczy coraz gęstszy i czarniejszy – czasem stanie nad przepaścią i zadyszana obejrzy się gazellowych oczu smętnym błyskiem za goniącym myśliwcem – i znów nad tęcze kaskad wiszące u skalistych borów, spina się – i skokiem do reszty niknie w odległych wieków przestworzu … zkąd ją tylko zaduma wywołać, a natchnienie zakląć i pieśnią przywołać zdolne – bo geniusz co strzeże zaklętych skarbów – jest niemy! – Zdziczałe ustronia skał Urycza obok całego uroku jakim czarują, wleką myśl w jakieś odległe czasy przeszłości… Pamięć ich lud długo przechowywał w skarbcu podań swoich – tulił jak matka co chucha na swe niemowlę – ale ona już słabną – i gdy zginąć miały, wyobraził je sobie pod figurą czy mytem skarbów zagrzebanych w skałach, o których niekiedy baje przy tęsknych wieczornicach w ciemnej atmosferze kurnych chat swoich… Zdarzyło mi się natrafić jednego tylko starca górala, który siedząc za mną na skałach, na ich widok wspomniał opowiadania, jakie słyszał niegdyś od starca – pradziada swego, któremu je pradziad jego zapewne przekazał – wspomnienia te z chłopięcych lat górala, opiewały głównie o jakichś tam skarbach, o jakimś wodzu czy królu obozem w tych miejscach przebywającym – głównie zaś o jakimś zbiegu przed wieki tam się przechowującym – okopał on się tam wedle podań wałem, i osłonił murem którego szczątki dotąd sterczą, mur ten miał go kryć od oczu ludzkich, pocisków i kamieni, które nań w ucieczce miotano – ale to wszystko bardzo odległej sięgało epoki – mówił on, że te miejsca były mocno warowne – i oblane stawami – których śladów niemaż, a z powodu położenia istnienie ich jest lo[g]icznie nieprzypuszczalnym. – Postać ta, zostawiona fantazyi ludu i dyskrecyi bających o niej pokoleń zmienić się musiała. – Lud zwie ją tam dotąd słowem: Nepewnyj – albo Sołodywyj muniek – (to jest mnich z ropiącą się głową?) – Czasem i w dumkach pacholęcych co ulatują z wichrami Karpat nad pasące się po dolinach trzody, schwycić by można kilka promieni ciskajacych światło w tę ciemność podań ludu naszego… Że te miejsca nieraz bywały przemieszkiwaniem człowieka, świadczą wykute pieczary: ale żadnej myśli czasowej w tych pracach niedopatrzeć – surowe dłuto potrzeby i konieczności – – nic nad to – później mogły te jaskinie być schronieniem mnichów pustelnych, a wreszcie – opryszków żywych w tradycyi ludu i najplastyczniej przechowywanych. – Stare kroniki, ani nowsi historiografii nie dają nic, coby na jakie domniemanie naprowadzało. – Pewnikiem jest, ze Kazimierz wielki wzniósł zamek: «Tustań» będący na mappach, ale zamek ten stał we wsi do dziś Tustanowice zwanej, a od Urycza dość odległej. – Nazwisko Urycz czy od uroku, czy według trafnej hipotezy Szajnochy od: Uhrów, Węgrów, ku których zbliżony granicy i mógł być przez nich lub przeciw nim fortyfikowanym, zwraca także dzikością brzmienia na siebie uwagę badacza. – Rozerwane te wieści jak perły nanizałem na sznur myśli – zadumałem się nad niemi – dały mi wiele do myślenia i później wydały się perłami korony królewskiej, i nasunęły postać króla pustelnika. – – Niepodobnego nic w tem niewidzę nawet mimo kamienia w Ossiaku – a dla nas – ? cóż prostszego nad Piasta króla – banitę – uchodzącego po groźbie Rzymskiej, z dworu Węgierskiego a pragnącego na tem pograniczu ziemi ojczystej – przynajmniej dać odpocząć skołatanym kościom i złożyć je łani w cichości!... Co da mytu powieści, wpatrzywszy się w przeszłość naszą, kto ma oczy, ujrzy zaiste całą wielkość tych dwu postaci. – Piastowska przeszłość w śnieżnej szacie Lewitów wybrana już i święta, choć się jej zaparł Bolesław – przez świętość swoją pojednywa go z prawdą wieków. – Ustronie to dzikie i nad wszelkie słowo wspaniałe jest jedną z drogich pereł ziemi naszej, tem droższą, że mało znaną. – Lica tej części Rusi czarują! – Wielki mur Cyklopejski, dziki i mamutowego chaosu pełen – dążący od jednej części skał szeregiem brył granitowych nad rozległe wąwozy i doliny, zadziwia i zachwyca oko. W tych tajemniczych ustroniach, stanowiących z skał, niejako tryumfalną bramę natury do tej części Karpat – szumiących we mgłach błękitu chórem prastarych borów sosnowych, wieczną pieśń wieków – mimowolnie przypominają się mytyczne podania Czarnogórców o ich górach: «Że kiedy stwarzając świat – tu i tam, w przyszłych posadach jego, zakładał głazy węgielne, które niósł w wielkim worze – w jednem miejscu wór przedarł się, a granitowe bryły wysypały się, spadając w olbrzymim nieładzie i trzęsieniu ziemi jedne na drugie...» Dziś – czas utrwalił spoczynek tych skał – spadające z nich w otchłań po mchów zieleni, górskie potoki, tryskające z pian tęcze jak anielskie mosty otchłani, szum borów wiecznie zielonych, i serca współbraci godne wieczną zielenieć nadzieją – niech dośpiewają pieśni, kędy ją zrywa lutnia człowiecza!... (Truskawiec. 1654.)

I

Jak myśl Jehowy w kamienie wcielona, Jak skamieniała w chwilach burzy chmura Skała Uryczu dzika i ponura Sterczy wśród borów wiekiem nieschylona... I twardą piersią jak orlica płowa Urasta w górę i w błękity goni, Gdzie w jasnych chmurach ciemne czoło chowa, Podobna kształtem do błagalnej dłoni – Jak błagalnica gromów, co uderzyć Mają na Polskę, by w nią uderzyły!... Zieloną wiecznie barwą godna wierzyć Choć jest jak ludu nadgrobek mogiły... I na jej czoło piorun zwił koronę Ucałowanej, w burz północną łónę... I po jej czole przebiegły szeregi Chmur rannej zorzy i promieni krocie Złamało słońce, gdy jasnemi ściegi W lot pierszchającej urąga ciemnocie… A u podnóża w miękkiej mchów pościeli Dyszące zdroje wężykiem się zbiegły, Aż znikły w ciemnych przepaści gardzieli, Jak długie wieki co u stóp jej legły... Nim bory sosen wiecznym wieńcem w koło Od stóp ją szatą owiały godową... I w burzach wieków pomarszczone czoło Koroną wiecznie oplotły majową – Gdy na jej piersi dum zdziczałe nuty Jęczy duch wichrów, jak Prometei skuty!... Odtąd nie jedne boje i napady Odparła Polska chrobrej piersi murem Nie jedne gwałty, pożogi i zdrady — Jednak nie smutnym zawodziła chórem,

«Boga Rodzica! Dziewica!...» Lecz dziś?... Tak cicho – grobowo do koła, Ledwie w obłoku szary kruk zakracze Ledwie piosenka pastusza od sioła – Przed lasy głosem fujarki zapłacze… Bo lud ten dzielny, lud bojem sławiony Jakby z wielkiego snu przykro zbudzony Dziś smutną myślą i pieśnią spoczywa Gdy swej przeszłości tak tęskno przygrywa… Otoć nie dawno Chrobry złożył głowę I zasępione orły narodowe, I zgasło wielkie słońce Słowiańszczyzny, Po nim syn słaby jął berło ojcowe – Lecz go w potrzebie niedźwignął ojczyzny Boć biada temu, kto niechrobry w duchu, A berło Chrobry chce dzierżyć w posłuchu!... I długo Polska orlica stęskniona Po Chrobrym wdowa, swe piersi szarpała, Pożogą niezgód słaba i znędzniała Sięgła za morze, gdzie w cudze ramiona Oddane, rosło pacholę Piastowa, Jak cichy kwiatek co na cudzej niwie Tęsknie pochylił młodą skroń Majową I k’Polsce smutny, poglądał życzliwie – Owoż Polacy kwiat on pod swe niebo Przenieśli z cichej klasztornej ustroni; Aż się rozwinął i życia potrzebą Jako dąb porósł na Ojczystej błoni – A za nim cała Polska wzniosła głowę Jakby ją wskrzesił i cale odnowił Że się znów w szaty oblekła godowe I stały smutne ludy znowu zdrowe Kiedy je prawy ojciec ich pozdrowił – Po całej Polsce głos już jeden płynie, «Witajże witaj, miły hospodynie!...»

I nowy błysnął nad Lechią dzień chwały – Gdy Kaźmierzowe lata upływały, Młody Bolesław jak lew piersią dzielną Rósł – i swe skrzydła przyuczał do lotu Miecz ostrzył chwały żądzą nieśmiertelną Co miała wyróść – do gwiazd kołowrotu!... Ludu mój! Ludu! przebóg cóż za siła Z tej wysokości wodza ci strąciła… Że za nim w żalu i niemej zgryzocie Runąłeś krzyżem, ziem w twej niedoli, Że się targnąłeś w krwawym czoła pocie, Tam ugodzony – gdzie najwięcej boli!... Oto dziś smutek cichością i kirem Zewsząd dymami wlecze się po tobie, Nawet niezalśni słońce światłem szczerem Ale się kryje gdzieś za mgły w żałobie... Czyż słońcu smutno nad tobą – ty prawy Ludu Piastowy tak poczciwej sławy?. . Czyliż mu straszno nad tobą – o święty Ludu z praojców, ludu dziś – przeklęty?... Smutno zaiste – Boć twoje anioły Płacząc, nad tobą klęsk roznoszą hasła, Upada bydło i płoną stodoły Wstał mur, gdy łóna jeszcze nieprzygasła – Biada! o biada! ty Lacka kraino! – Gdyby Cię teraz twój Chrobry zaoczył, Mieczby potrzaskał i z miecza drużyną Bez głosu w ojców grób by się zatoczył… Bo twoje dzieci błądzą jak sieroty, Młodzieńcy twoje posmutniały hoże, Dziewice twoje rozplotły włos złoty – I wszystko, wszystko idzie na bezdroże!... Lecz kędysz sprawca twoich klęsk i śmierci, On młody rycerz, Śmiały twój, twa chluba?... Jakąż mu karę; przyniósł miecz Cheruba Robak sumienia, sercaż mu nietoczy?... Ducha najgłębszych głębi nie przewierci?...

Gdzie jego oręż? czy w krwi wroga broczy? Gdzie jego hufców piorunowe strzały?... O Polsko! Polsko gdzie Bolesław Śmiały?... Od czasu zbrodni, w sromie i bezcześci Przepadł – jak kamień w jeziorze – bez wieści!... I jedni dzieją, że w klasztorne mury Utonął, mnisze przebłagać kaptury, Inni że dzik rozpaczą zbór gnany Od psów na łowach został rozszarpany, I słychać jeszcze że w dalekie strony Poszedł do króla Węgierskiej ziemicy Szukać gościny, wygnan z swej stolicy – Ale i ztamtąd w krótce wydalony Przepadł – nikt niewie w jakie świata strony?...

II

Urycz od ludu jak pamiątka czczony Dawniej pogańskie mieszkały w nim Bogi, I wiek uświęcił te skaliste progi – Lecz dziś – od ludu z trwogą opuszczony?... Ni tam pasterze ze swojemi trzody Bieżą nad skały i lasy i wody, Ni tam myśliwiec zabrnie mimochodem, Ni zwierz zabłądzi – ni pszczoła miodem Zaleci nawet – boć od dawna głucho Pomiędzy ludźmi dzikie krążą wieści, Nie jeden świadkiem na oko i ucho, Że strach w Uryczu pieczarze się mieści – Nigdy w dzień wprawdzie (chyba jeźli burza!) Tam się niejawi straszliwe widziadło, Cicho – i cicho – kwitnie dzika róża, Kilka płaczących brzóz pod skałą siadło, A w dali rzewnie fletują pasterze Nucą dziewczęta i oracz ponuca, Lecz ledwo ziemia zmierszchem się zasmuca

Z skał miesiąc wstanie, wzlecą nietoperze, Wnet z szmerem liścia jakaś postać dzika Z szczytów Uryczu, stąpa, nad lasami, Z pieczar się kędyś niewidnie wymyka Na skałach głowę wspiera, ramionami Czy piorun bije, czy drzewa się, walą On wiecznie niemy – bez głosu i trwogi Śmierci urąga jako duch złowrogi; Straszny ma uśmiech na ustach spalonych Ni mu się oczy wpadłe łzą krzysztalą Ni głos z wrót piersi wzleci zatrzaśnionych... I lud się żegna przed strachem pomoru, Co mir mu jego zniszczył od tej chwili, Jak na Uryczu osowiał wśród boru!... I lud do Boga skarg modlitwą kwili, By zmiótł to widmo klęski i postrachu, Ilekroć dzwonek na Cerkiewnym dachu Zapłacze wieczór!... Duch li to czy człowiek? Niewiem! wieść niesie że w kruczej odzieży Jak trup na skałach, po nocach on leży, Lecz nie upada łza z ognistych powiek, Bo patrzy z góry, i po ziemi toczy Iskrzące – zgasłe – obłąkane oczy – Że długa broda spływa mu do ziemi I włos w nieładzie zwił się po ramionach, Jak gniazdo węży... A nieraz wśród nocy Na skałach bucha jaskrawe ognisko I łona w niebo bije z całej mocy – I drzewo trzaska – a lud jak mrowisko Zbiega się w dali i żegna się w Bogu, By to oddalił od tej ziemi progu A wtedy słychać jak starce i wdowy Klną głośno swemu zbiegłemu królowi, Jak lud zrozpaczon wśród pomoru kona, Gdy w krwi kałużach Piastowa korona Legła mu u stóp, a już niema dłoni

Coby ja wzniesła!... I już nie ma skroni Coby ją zniosła!... Straszneż straszne dzieje! Czasem głos jakiś tak dziko się śmieje, Jak końskie rżenie lub jęki pu[c]haczy Ni to pieśń głośna szału i rozpaczy… Że drzewa milkną – a wzruszone skały Echem i rosą jak dzieci płakały!... I lud zapłakał nieraz – mimowoli!... Niewiedząc czemu, w litości z tej doli – Słysząc lamentów głos, urwany, smutny W śmiech obłąkania zlany śpiew pokutny… – – Lud go «Niepewnym» Zwał. Bo sam niewiedział, Czy duch, czy człowiek siadł tam u gór szczytu, I aż najwyżej tam w ukryciu siedział Dzień cały – kędy nikną u błękitu… A na noc tylko z ptaki wieczornemi Wychodził na świat i patrzył po ziemi, Ale ktokolwiek zoczył go z daleka Żegna się, płacze i z boru ucieka – Boć znaczno zaraz, ze nie duch, nie święty Ale że człowiek straszny – czy przeklęty?... Nad wszelkie duchy dzikszy i straszniejszy, Nad wszelkie noce i burze czarniejszy… Murem swe skały opasał do koła, Osadził w drzewa i tajemne zioła, Co się po skałach wężem obwijały I z siebie grona krwi pełne dawały – W pieczarach osiadł – tu mu biegło życie Jak ptak ponocny – jak kret – grobów dziecię! Kto go raz ujrzy – o! snadno z tej twarzy Jak z księgi wieszczka cos strasznego czyta, Bo jasna przeszłość tam się węglem żarzy, Ale rumieniec na niej nie wykwita – I żaden promień, dziś tam – już nie świta!...

I w piersi jego już ciemno na wieki, Że błądzi szkielet a błędne powieki Ciska do koła – czasem się na skale Wesprze i patrzy w przepaści niedbale – Jakby się strącić myślał w ich głębiny Jakby je błagał, by go pochłonęły, Czasem się rzuci – i wznosi ramiona W niebo, lecz oczu nigdy nie podnosi, Snać że próchnieje zgryzotą u łona Lecz dumny – z nikąd litości nie prosi!...

III

W pośrodku jaru ciemne groty stoją, Piętrzą się skały i patrzą w padoły A skroń ich sosny gerlandami stroją; Z daleka bory – wody – i rozdoły – W jaskini wielkiej tam ognisko płonie Sosna pionowo wsparta o sklepienie Jak słup szatański gore – w ogniskach tonie A w koło syczą żmii mniejszych płomienie. – Bucha ognisko rozwianych płomieni Co sycząc sklepów czarną wilgoć liżą, Jak gniazdo węży w milionach pierścieni A wąż największy wstał, i głową chyżo Trzepiąc swych jadów skry sypie po ziemi I strzelił dziko, trzask leci głęboko I warkocz dymu rozwiewa szeroko!... O nocy krwawo, płomień bije w ściany A mech do kola na głazach rozsłany, A na mchu postać – To człowiek – uśpiony! Śpi twardo, strasznie – Przy nim zasępiony Sokół na jednej nodze u ogniska Jak gdyby czekał czy mu zdobycz blizka… Wierny – lecz wiekiem biedak oślepiony!

Stoi w stronę swego Pana, Nastrzępił pióra – i skrzydła wzniósł srodze Jak gdyby widział, że postać zerwana Jakaś ku Panu kroczy ... on przeczuwa I dziob roztwiera i szpony rozsuwa – Jakby na zdobycz wzlatał po chmur drodze – Tu przy tym ogniu samotnik złożony Na mchu skał dzikich przepędza swe lata, Piersiami Karpat zewsząd osłoniony Od wszystkich ludzi – i od reszty świata... Spójrzeć a widzieć, że on siostry, brata Nie ma pod słońcem i że mu mogiłą Skryły się czucia – jak gdyby dla niego To słońce jasne, piękne nieświeciło Jak gdyby nie był... Kto spójrzy w twarz jego?... Kto się ośmieli w tych bruzdach żałości Pytać o przeszłość, tych wychudłych kości Z zapadłych oczu, co się już omgliły Jak jasne gwiazdy – co niegdyś – świeciły?... O! litość tylko ośmieli źrenicę, Aby spotkały tę czarną tęsknicę I miłość tylko – Prócz zbrodni wysoko Takiej źrenicy spójrzy – oko w oko… I Polak tylko pójrzy w te oblicze, By się użalić nad zgryzotą brata, Co miał dni jasne, potem dni zbrodnicze, Błysnął – i zgasnął z dróg słonecznych świata!... Któż z was Polacy spójrzy w martwe lica A niewyczyta, w tej chwili, w tym wieku W tym cieniu grobów żyjącym człowieku... Zazna rodaka, dziedzica tej ziemi – A dzisiaj tylko – brata nieszczęsnego?... Kto w nim niepozna Piasta.... króla swego A dzisiaj tylko – brata nieszczęsnego?... I niezapłacze nad nim łzy gorzkiemi – Lecz on na pomoc gorzko się uśmiecha Klnie takiej myśli – ah! on tylko wzdycha

Ze snem żelaznym co trwa wieczność całą, Niemy – i dawną opleciony chwałą... Tu pragnie ciszy grobów – takiej ciszy Co sama siebie nie czuje – nie słyszy!... Ale sen jego dalszym niepokojem Gorszym od jawu duchowym rozstrojem… Coraz to silniej ognisko w dym bucha I liże skały, i sypie iskrami, A on na głazach ze swemi myślami Leży w milczeniu a myśl jego głucha – O skał sklepienie, Biją płomienie, A górą czarne dymy ulatują Jak dzikie duchy co w cieniach kołują!... Bo piersi jego stały się jak wrota Już zatrzasnęła je duszy sromota A w sercu króla szatany królują… Chociaż uśpiony, chwilą legł na głazach Płomień po bladej strasznie świetli twarzy Snać sen okropny w duchu mu się marzy, Bo pobladł trupem – dusza gdzieś na jarach Piekielnych spada w czeluście płomienia! W straszliwe kraje męki i zwątpienia – Bo on bez ruchu zerwałby się – wolą Snać wszystkie żyły drgają – czucia bolą, Bo śniadość lica krwią zabiegła cała; To znów pobladła!... ręce zaciśnięte W dwie pięści prężą się – i usta ścięte! – A tam od skały w śnie ... ha! Mara biała Wstaje z ciemności i sunie ku niemu, Cała w żelazie, z orężem szczerbatym, Z okiem bijącem w śpiącego, śpiącemu Złorzeczy niemo … i cichych snów światem Sunie ku niemu a jej groźne oczy Jak węgle palą go ... on dumnie kroczy,

Idzie na niego!... O! w takiej postaci Polska «Chrobrego» ongi widywała, Kiedy na czole rozpędzonej braci Taranem mury gruchał … gdy chwała Sztandarem Polskim wśród powietrza grała, On się posuwa – dalej – ku śpięcemu Wyciągnął ręce – jakby do przekleństwa, I coś miał wygrzmieć... Straszno uśpionemu, Co czekał kiedyś słów błogosławieństwa W sędziwych leciech, bojach i bitwach Po szturmach zwycięztw, i wrogów gonitwach... Postać się sunie – tak prosto – tak hardo – Gniewna a w oku nie znać przebaczenia, Jak gdyby serce było skałą twardą, I wiecznie tkwiło w krainach – z kamienia!... On chce przeklinać!... Ale tam cień drugi Śnieżny jak anioł jasny w świateł strugi Jak białoskrzydła orlica szponami Co się na zdobycz ciska gromu siłą, Tak Ona spadła swemi ramionami Na cień Chrobrego, jasnem okiem błyska, I gniew zdąsanej hamuje postaci – Senny się wstrząsnął, jękł – kłoda prysnęła – On rozwarł oko – i jako wąż się ciska – Zakrzyknął! Chrobry! nieprzeklinaj braci!... Co się już sama swym czynem przeklęta!... Przeciera czoło – chwycił krzyż kościany, Co miał na piersi, ciśnie w drżące dłonie, Płomień przygasa – a on wrące skronie Ciśnie do skały – i z ust krople piany Z czoła pot zimny, zdrętwiały ociera, Bo wszelka siła w sercu mu zamiera Na to wspomnienie Polski bolejącej... Co w śnie Chrobrego przekleństwa cofnęło!... Zerwał się ze mchu –

Od dworu łysnęło!... I wybiegł z groty coraz ciemniejącej. –

IV

Noc już zapadła nad Lachów krainę I stary Urycz niemo wśród gór stoi, Ni liść niezadrży – tylko z górskich zdroi Słychać huk głośny jak z rozpędem płyną Kto tam u szczytu na najwyższej skale Stanął, gdzie orły samotnie siadają?... Gdy na wschód słońca w chłodzie mgły czekają?... Czyliż o życie niedba, że niedbale Pogląda w głębie, gdzie fale spadają?... Szczyt tonie w chmurach, co lecą z wichrami A na nim postać obleczona mgłami Zda się czy duma, czy po ziemi toczy Wzrok obłąkany szalonemi oczy… Księżyc z za Karpat wysunął się – błysnął, Kilka promyków w twarz tę bladą cisnął, Ha! snać że lica żywe – twarz człowieka Lecz od tej twarzy niech każdy ucieka By się jej smutkiem niepowlókł na wieki! O! czy się uląkł księżyc tej powieki? – Bo drżący, blady, posunął się w górę I lica tęskne osłonił za chmurę... Tam szeptać gwiazdom jaka twarz ta dzika Króla wygnańca, a dziś – pustelnika... Do koła cicho – na ziemi jak w grobie, Umilkły wichry, to cisza przed burzą, Wkrótce się zbudzą o północnej dobie I głośnym rykiem gromy im zawtórzą, Na wozie wichrów pchnięte, za chmurami Już lecą chmury przetkane gwiazdami, Wśród nich nów blady ugania za mgłami – I zakwefiony niknie gdzieś w oddali... I błyskawica wypadła z chmur fali – Świat gór i lasów błysnął oświecony

I znowu zapadł w ciemności północy Znów cisza grobów – a z dali zbudzony Grzmot ryknął w chmurach i piorun jak z procy Szatana przemknął po cieniów krainie – Tu wstały wiatry i zatrzęsły borem A deszcz kroplisty lunął z całej mocy Rzucany wichrem srebr[n]emi kolumny W blasku księżyca – Burzy rozhoworem Zadrżała ziemia – targa się bór dumny Z wichrem – niesłychać już zdroju co płynie, Walą się buki, stare dęby szumią, Głucho wiatr wyje po skrytych jaskiniach, W górach rozgrzmoty huczce się tłumią Ginąc – się rodzą w otchłannych głębinach Zwierz się w swej norze – tuli po dolinach! – Jest chwila, kiedy piorun ma uderzyć, Wtedy się ziemia cała zdaje nieżyć A po rozgrzmieniu jasnej błyskawicy Co ziarnem pada w otchłanie ciemnicy, Znów huczy burza, wodospady grają Grzmiąc dęby w przepaść ze skał się staczają – Wtedy jak Urra! wrzasną wszystkie drzewa I chmury liści wiatr niesie, porywa, A tam – On! w górze pustelnik Urycza! Co całe piekło w piersi swojej nosi, Kiedy grom ryknie. – On czoło podnosi, Stępa ku górze – i śniade oblicza Toczy po świecie – jakby błagał gromu, By weń uderzył na koniec dni w tłomu Wsparty żylastą dłonią u wiszaru Chwycił się dębu starego konaru I patrzył w burze, której błyskawice Niosły mu ulgę, rozjaśniały lice; W nich słyszał głos minione, bojowe, W nich hałas szturmu i pieśni godowe, Hymny tryumfu, śmiechy obłąkania Krzyki zdobywców, pobitych konania –

Lecąc wspomnieniem po nad dni swych losem, Tak głos swej duszy łączy z burzy głosem:

V

«Gdzie ciemność nocy i cisza grobowa «W zaklętych głazów oblekła się mury, « Zwlókłem me kości dziki i ponury, «Tam jak w dno piekła myśl się moja chowa. «Wtóruj mi burzo! głos twoje lubię – «Niemi głos zgryzot na chwile zagubię, «Niemi zapomnę o świecie i sobie «Żyjąc piorunów życiem w krótkiej dobie!... «Jam był jak piorun co błysnął ze szczytu «I cichej ziemi ogrzmiał swe zjawienie, «By zgasnąć w cieniach u sklepów błękitu «Runąć w dno bezdni na wieczne milczenie – «Krukom na wrzaski, na żmij potępienie «Ale na ścierwo orłom – co w przestrzenie «Rozniosę kości me po wielkich górach, «Jak na ołtarzach ziemi, co się w chmurach «Gubię, a jeźli giną to od gromu «W pośród błyskawic niebieskiego domu!... «Mniejsza o życie! o śmierć! o świat cały!... «Czy od człowieka zginę, czy od Boga! «Bóg mój odwrócił się od mego proga «Jak ja od niego, pyszny i zuchwały – «On nieprzebaczy już czynu mej zbrodni «Bo tam ma jasne męczennika cienie, «A tutaj klątwy ludu – i sumienie – «Co pali serce gorzej od pochodni – «Bijcie pioruny! bijcie w czoło moje! «W tej piersi wszystko na boleść się sprzęgło, «Bijcie pioruny bijcie w czoło moje! «Wszakże rzuciłem ojców dzielne zbroje, «Złamałem oręż i tu ciche życie

«Pędzę pu[c]haczy król – bezbronne dziecię – «Teraz niech we mnie biją wrogi moje, «Niech mnie jak kruki rozszarpią szponami «Konającemi będę im ustami «Dziękczyć za pomstę – za krwi mojej zdroje – !... «Śmiech tylko dziki to me życia hasło «Dokoła wszystko – wszystko – wszystko zgasło – «Żem zabył nawet wspomnień dni dziecinnych, «Chwilek uroczych, jasnych i niewinnych – «Lecz precz nie cisnę z gardła tego krzyża «Co matka dziecku niegdyś nałożyła?... «On mnie tu wstrzymał gdzie się skała zniża, «W łono otchłani gdzie głazów mogiła... «Kości me młode – już zwłóczone, stare, «Pocóż je włóczę dotąd – kiedy siła «Młodości mojej przeżyła dni jare?... «Gdy włos bieleje, głowę wiekiem chylę, «Zgasły dni chwały i rozkoszy chwile «Dziś przeszłość za mną – a wieczność przedemną, «Zamiana katusz ziemskich na piekielne «(Jeźli są gorsze) – dusza im wzajemną – «Byle już inne były – z żmii jadami!... «O! stargaj więzy – przeklęte! śmiertelne! «Już czas za długi obcuję z wichrami, «I gwiazdy tylko widzą te dni czarne «Skała milcząca! – już sercem z skałami «Obym skamieniał w te dni długie! marne!. .» Tak duma niemy przy błyskawic blasku, Choć drży od zimna, rozkoszą mu burza – On się piorunom spowiada w ich trzasku, I dumne czoło gdy w ciemnościach nurza Wicher tu chmury liści z drzew porywa Szamocze brodą – włosy mu rozwiewa – A on tak niemy – straszny i sam w sobie Stoi jak posąg na ojczyzny grobie!...

VI

Tak płyną lata pod a fala pod Urycz falami A każda fala pryska w śnieżne piany, Dni bieżą chyżej niż górskie bałwany A już Bolesław chyli się latami – Wszystko w nim głuche i czarne bez końca, Niemiły jemu blask poranny słońca, On się zagrodził drzewy i murami – Olbrzymie głazy na głazach spoczęły – Jak gdyby mur ten dźwigały szatany, Chcąc Boga dzieło swemi przyćmić dzieły. Wiosny i zimy – i smętne jesienie Bieżą po sobie – a co roku bliżej Broda królewska ku ziemi pierścienie Chyli – i czoło coraz niżej – niżej – Co wiosna świat się uśmiecha i wznawia, Lecz człowiek coraz chyli się przeklęty, On lat młodości nigdy nieodnawia I łzami chwil tych płacze obraz święty – Lud już niewątpił, że to człek pokutny W tych murach wiedzie żywot cichy, smutny, Bo włos pobielał mu i broda biała Do stóp od ziemi srebrna mu spływała; Nieraz do starca jakie chłopię z sioła Z pod skał przybłądzi i uchyli czoła – Nieraz pasterzy lub łowców gromady Tam się zbliżają im ciekawe zwiady, Lecz on na widok żywego człowieka Ze skał się cofa – i w groty ucieka... Nikt nie wie zkąd on przybył – i czem żyje, Mówią, że orły z swemi orlętami – Żywią go – inni że drzew korzeniami I w śnieżnym zdroju górską wodę pije... W końcu się z starcem lud górski oswoił I starzec ludu już nie niepokoił...

VII

Podziemne – długie – wilgotne chodniki, Gdzie cicho kropla po kropli upada Niemy płacz głazów!... to są przewodniki W skał korytarzach tajnych, co do dziada Króla – podziemnej leciały komnaty – Wężem tam pełzać miejscami pod ziemią Gdzie mchy a na mchach zimne płazy drżemią, A w chód tam główny do groty kamieniem Skały olbrzymią zawaliły bryłą, Że tęskni ziemia pod jego brzemieniem – I dzień – którego promieniom – mogiłą!... W środku tak czarno – to grób dla żywego, Tylko ognisko tleje, dogorywa, Rzucając światło na lica chorego Starca, co snem już cichym odpoczywa Od dnia pewnego, gdzie sen miał spokojniejszy; Pustelnik starzec był już spokojniejszy – Wśród zimy schorzał już w czarnym skał grobie, Czuł coraz słabszą w piersi strónę życia Jak grała ciszej i ciszej – w żałobie By go odrodzić w krain swych powicie!...

O wiosno! wiosno! Aniele przymierza! Niech Cię rozmarzłe śpiewają potoki! Piosnka rolnika, fujarka pasterza Szum gajów – kwiaty – tęcze i obłoki!... I pierwszy piorun dłoni twojej dziecię To Alleluja wstającej natury, Co wieści życiu śpiącemu w wszechświecie Że zleci wiosny anioł orlopióry!... Wtedy patrz w niebo gdyś Boga dziecięciem, Byś mdlejąc duchem o zwątpień godzinie Niepadł z anioła, rozpaczy bydlęciem.

Z dłońmi na piersi stój – bo wszystko minie – – A duch – i piękność jego – nieprzeminie!... Onego czasu czyś widział w naturze Niedzielę niebios, klejnot ziemi – burzę?... Burzo! Kochanko pierwsza mojej duszy!... Której przez całe życie byłem wierny – Z tobą ja lecę – grom twój mnie niegłuszy Do końca duch mój ptakiem!... i pancerny W sieciach piorunów śle radości krzyki!... Jak burza dziki!... wolny!... jak grom dziki!... Patrz! Tam na niebie ta olbrzymia chmura Jak tytanicznych duchów wielka córa Czarna i dzika!... cicha i ponura!... Na barkach wiatrów sunie się wleczona, A za nią wichrów chór, co ssie z jej łona!... Jak gniewna lwica gdy ssące szczenięta Pierś jej pogryzą – ryknie, i z paszczęki Błyskawic łoną zionęła! wstrząśnięta Grzywą zatrzęsła dzika – a zniej w jęki Spadły po skałach deszczowe promienie Na ścian zieleni, jak srebrna firanka – Tak każda kosę swą rozplotła chmura, Wkoło! jak Furia dzika zemst kochanka, Jak by sto Furii – kiedy razem siędą, I swe warkocze własne z bolem przędą I przetykają błyskawic niciami, Targane wiatrów wściekłemi zębami!... Ale na czele ich królewska chmura Leciała wielka, nito ogni góra!... A na niej burzy klęcząc aniołowie Z Łuków, piorunów, wypuszczone strzały Ciskają w okół, ze ryknęły skały I lasy lasom ryk ten podawały W wieńcu błyskawic na natury głowie Co rozszalała z piekłami się mierzy!... Zerwał się sosen bór – jak tłum rycerzy Co chcą iść naprzód – pragną! a nie mogą!...

Próżno się szarpią łonami puklerzy Grzyw zielonością szamoczą złowrogo, Jak lud którego na postępu drodze Hamuje tyran przez ciemności wodze!... Huczą! padają!... a dąb książę boru Zaszumiał: ja urągam z wichrów chóru! Bo jestem olbrzym w potędze bez końca! Śmieję się z wichrów i promieni słońca!... A z chmury błyskawica Padła – świat dziko rozświeca Jak gdyby nieb podwoje Rozwarte zatrzaśnięto – I świateł ogni zdroje W piekła otchłań zepchnęło… Rozplotła się po niebie, z iskry w oka mgnieniu Wpośród czarnych chmur się wikła, Poczołgała się po nieb ognistem sklepieniu I znikła! A za nią z chmur namiotu Rozdartego ryknął grzmot, Jak odgłos światów przewrotu O kuźni piekielnej młot!... A wichrów koło znów wstało I piorunom powiedziało O tyrana lasów dumie Co urąga w swoim szumie!... I ryknął piorun, że wstrzęsły się bory, A żądło jego łono króla dębów Rozdarło w drzazgi – ze do stóp od góry Padł – jak ręką szatana rozdarty na szmaty, A piorun skonał – i przepadł wśród zrębów Tylko nad dębu losem zapłakały kwiaty I grzmot po grzmocie, grom po gromie wali, Jakby szatani niebo zdobywali; Aż dudni ziemia – niebo krzyczy w głosy Dzikie!... i chmury rozplotły swe kosy, W ogniach i ryku trzęsą się niebiosy,

Anioły wichry pętają koleją, Ziemia drga szałem, szatani się śmieją Tam chmur królowa! to niebios organy – Na niej anioły grają chorał burzy Ich piszczałkami dębów las co wtórzy Akkordy gromów, wichrów urragany Walką żywiołów o raj obiecany! Muzyką piekieł arf biją akkordy, Jak gdyby anioł na sąd ostateczny Zwoływał duchów zszataniałych hordy Jakby w posadach trząsł się świat, słoneczny!... Oczy błyskawic, nawałnic szemranie Co lecą na świat – życiem ich – konanie! A pieśń ta dzika jako ludów dzieje O! dziwnie długo walka straszną pieje! Ziemia to kościół – a niebo sklepienie A burza, święta, wiosny rozpocznienie!... Lecz już po skałach staczają się grzmoty I przepadają Milionem odgłosów Jakby waleniem Babelu! – z niebiosów Chmury już lecą, w krainy ciemnoty Jak trzody dzikie, ryczące po błoni – Jedna za drugą coraz prędzej goni, Jeden obłoczek jeszcze się ogląda I zaczął płakać ... o! czegoż on żąda Jak naród który wśród narodów działu Nic niema – prócz nagości swego ideału!... Tulą się bory szumem rozczochrane Jak morze dzikie i rozkołysane – Wyjrzało słońce – ryk się z dala wtórzy, Ono pięknością uśmiecha się burzy! Po skałach, po rozdołach wichry swoje woła – Umilkł szatan – już cisza – kolej na anioła – Tam na chmurach błysnęła siedmiobarwna tęcza, Co ziemię jak kochankę niebu znów zaręcza, Szumi huk górskich zdrojów, z skał na skały goni, Jak naród ciemiężony, co się dorwie broni!...

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…