I
Czyje to wiosło o ciszy zachodu Pluskaniem budzi uśpione bałwany? Czyja to łódź przez modre sunąc piany Blizka już brzegów niewoli narodu? – Rybaku młody!... tyś sam na twej łodzi
Włok twój rzucony już na dno niedbale A ty tak chyżo wiosłem prujesz fale?... O jakaż dłonią zręczną włada siła, Jakiż blask szału na twem licu wschodzi, Włos twój się rozwiał na wichry w nieładzie A w oku iskraż przeczucia zatliła?... O! już, już, lądu przystań niedaleka, O wiosłuj chyżo, bo słońce się kładzie, A ląd choć blizki twej łodzi ucieka.
On złożył wiosło, łódź po falach sunie, W dłoni ma perłę, której blask do słońca Zwierciedli ogniem, tak jasno, bez końca Jak blask płomyka w pożarowej łonie!... O! to skarb z morskiej wydobyty toni, Rybak ją ukrył, znów wiosłuje chyżej, Perła ta ślepia bogaczy zapłoni Blaskiem chciwości!... Bliżej – coraz bliżej Sunął się młody rybak ku lądowi – Z daleka w słońcu minaretów szczyty Lśnią złotym blaskiem – a młodzian w błękity Spójrzawszy milcząc, klnął półksiężycowi Co w nowiu zdał się czekać pełni jasnej, Sterczący dumnie na murach haremu Gabryel wstrząsnął się w głębiach duszy własnej, Złorzecząc państwu tyrana krwawemu – – W tem Muezinów ozwały się głosy Wieczornych modlitw, hasło Muzułmanów, Modlitwą pomsty za swej Grecyi losy Gabryel stwórcę błagał z swojej łodzi… O skon potęgi swej ziemi tyranów!... Słońce w pian głębie coraz niżej schodzi, Tylko blask krwawy rozlał się w lazurze Ostatni goniec dnia, już gasnąc pała… Słońce zagasło twarzą w złotej chmurze A pierwsza gwiazda nad morzem zadrżała –
Gabryel cicho wiosłując w milczeniu Patrzył na domy Selima stolicy Jak biegły rządem, sklepienie w sklepieniu… Łącząc się, giną, ulicą w ulicy… Domy nad domy pną się w wyniesieniu – To jeszcze Greków ręce budowały Co ich!... przestoją, jak wieki przestały!... Umilkły głosy, o mroku wieczornym Muzułman głosem modli się pokornym Imię proroka sławiąc, Allach woła Niech turban z Baszy nieupada czoła!... Po chwili – w ciszy, od lądu – z daleka – Ciche ozwały się dźwięki gitary I głos niewieści przez fale ucieka Lekkim podźwiękiem, w duszy budząc czary – Gabryel słucha, głos ten chwyta, goni, Słucha… i wiosło zadrżało mu w dłoni I ogień błysnął w młodzieńczej źrenicy On ją wzniósł w górę, i patrzy, czy z dala Nie anioł śpiewa, co gwiazdy zapala?... O nie!... to tęskna pieśń, to pieśń dziewicy, Bo głos ten płynie z za murów Charemu W głosie tym dzieje odbiły się losu – Cichszy od nocnych słowików on, głosu Smutniejszy niż pieśń pogrzebu… Czyż jemu Pieśń ta znajoma? czy głos co ją nuci?... On ją gdzieś duszą słyszał – a wśród duszy Już zniknął pokój!... o – ! któż go powróci – Któryż grom w sercu szał burzy zagłuszy Jeżeli chwila jej pokój zakłóci?... Jak pieśń go wzięła – tak pieśń tylko wróci!... Gitara dźwięczy – tak cicha… tak miła… I strumień pieśni, po strumieniu fali Coraz to ciszej – i ciszej się żali W tem pieśń umilkła. Łódź o brzeg trąciła. –
II
Wśród marmurowych komnat, wonne kwiaty Chylą się w koło bijącej fontanny, Tam siedzi basza, chciwy, choć bogaty Łupami Grecyi… w kłębach dymu pjany – Z daleka widok ma na ciche morze Co się usłało w skalne brzegów łoże – A on po boskich wybrzeżach Hellady Wzrok ogłupiały – srogi i bydlęcy, Wodzi – i puszcza kłęby dymu, blady Obrzękły cielska ciężarem, w niechęci, Patrzy na kwiaty Perskiego kobierca, Co podrzeźniają się fontanny kwiatom I mnie je w ręku on tygrys bez serca Co depcze kraj ten bezbronny, w rozkoszy Okrada, krwawi, hańbi i pustoszy Kraj co pomnikiem wiecznym, myśli światom!... O!... wolę cyprys na gruzach szumiący Święte łzy w pośród grobowców roniący, I łeb ten łatwiej – od tego cyprysa – Ściąłbym – i rzucił, łeb podle śmiejący Co ziemię pełną relikwii – wysysa!... Dziś uroczysty dzień w świetnej stolicy Bo tyran wszystkim daje posłuchanie Biegną i Giaury i Mahometanie!... Z pod czarnych łuków, brwi, oczy Seïda Dzisiaj łaskawszym zabłysły uśmiechem, Każdy swą proźbę śmielszym głosem wyda Pod słońcem łaski śmielszym tchnąc oddechem. Leca kiedy gniewem wzrok Baszy zapłonie, O! wtedy biada z pod brwi łuków czarnych Dwa węgle iskrzą jak w ciemności łonie A blask ich pragnie krwi istót ofiarnych… O! wtedy krwawy sztandar już powiewa, Łby lecą z karków jak ścinane drzewa
Wtedy krew tryska jak zdrojem fontanny, I skarby rodzin dłoń zagarnia mściwa, Co krew ich w gniewie swej zemsty przelewa. Już posłuch Baszy kończył się poranny, Kiedy znać dano, że młodzian ubogi Nieznany rodem nieznany imieniem Błaga o przystęp w posłuchalne progi, Jasne potęgą i wielkie znaczeniem... Dał znak! – niech wejdzie – dziś w Seïda progi I giaury wchodzę. Wszedł rybak ubogi. Skłonił się nizko – aż włosów pierścienie Musnęły kwiatów jedwabnych kobierca – I stanął w ziemię utkwiwszy wejrzenie Gdy nienawicią wrzało mu dno serca – Ktoś ty młodzieńcze? i jaka konieczność Zagnała tutaj, psie niewierny! ciebie? Tu wyrok Baszy tak święty jak wieczność Jasny jak księżyc proroka na niebie! ... Rybakiem jestem z dalekich wybrzeży, Na fale morza od dziecka rzucony I falom losu z dawna powierzony Bom niepił życia u łona macierzy – Grek jestem!... wybacz Baszo wielki w sławie Że stopa bosa w te progi śmie stąpić, Ale racz chwilę posłuchać łaskawie, Nim nowym sługą raczysz mnie zastąpić! Oto z mym włokiem, tułając w łodzi Raz u wybrzeża kiedy zbiegło morze Stępują w piasek – ranny promień wschodzi I patrz – tę perłę odkryło mi zorze! Dozwól ją u stóp swych złożyć Grekowi… Basza wziął perłę, spójrzał, i zdziwiony Wzrokiem chciwości blask jej każdy łowi Pożera, pięści – bogacz ucieszony – O! na kędziory brody Mahometa!... Ja takiej perły w skarbach moich nie mam, Lecz któż ma taką? kto! klejnot kometa! Młodzieńcze słuchaj! ja cię tu zatrzymam!...
Ty już zostaniesz tu – na Baszy dworze O zostań! złoty zawój ci nałożę – I będziesz pieścić złoto, skarby, mienie, Dziś – weź ten pierścień nad inne pierścienie Cudownym blaskiem!... Baszo! wolę morze!... O! jam się zrodził wolny wśród fal koła Ja się zrodziłem na ptaka wolnego!... Niegodzien jestem blasków dworu twego Swobodny... Baszo! błagam, nie chmurz czoła! Seïd niesłyszy – on marzeniom wodze Puścił, i leci dumny w swojej drodze, O któryż z władców wschodu czy zachodu Ma taką zdobycz morskich głębin płodu, W czyjej koronie, o! w jakim turbanie W którym kindżale taka perła błysła?... w turban – nie! miecz mój dostanie Taką ozdobę... w tem zamilkł – w milczeniu Źrenica jego badawczo zawisła Na jasnem czole Gabryela. W tchnieniu Baszy drżał oddech prędko – to znów zwolna Skinął – i wyszła straż oku powolna Zostali sami – on wzrok zamyślony Długo w młodzieńca topił cicho gwarząc Imię proroka cicho wezwał marząc I jeszcze jedno imię... zamyślony – Zreszcie rzekł chłopcze! łódź twoją napełnię Złotem mych skarbów, i leć na wód prądy Pod darów moich ciężarem, wielbłądy Dwa niech uklękną słuchaj – uzupełnię Wszystkie marzenia twe, rybaku młody Lecz bądź mi wiernym, jak głębiom twej wody – Marzenia moje!... pomyślał młodzieniec Łotrze! wypełnić o! nie byłby w stanie – Marzenia moje – to w duszy zostanie! Lecz z jakich liści – na twym trupie wieniec – I z wzgardą mierzył Baszę pijanego Co weń utopił wzrok oka sępiego...
I powstał Seïd krokiem niespokojnym Ku strumieniowi zbliża się fontanny, Zerwaną różę daje młodzieńcowi, Rzekł baw się wonią, barw jej kształtem strojnym Niewiem dla czego mam ufność do ciebie Wśród chwały zbiegnie lat twych wiek poranny Seïd cię pierwszym z swych miłych pozdrowi, Będziesz jak słońce, w pośród gwiazd, na niebie, Lecz … słuchaj, jeszcze wzrok jego sokoli Badawczo patrzy, źrenicą w źrenicę Słuchaj – czy wiesz ty jak ta rana, boli Kiedy się kocha serce w złej woli… Czyś kiedy kochał śród dziewic, dziewicę? Nie Baszo! odrzekł Gabryel po chwili, Prócz mojej łodzi kochanki nie miałem, I tym z rybaków którzy ze mną żyli Dziwno że żadnej z dziewic nie wybrałem Tylko … w dzieciństwie pomne gdyby we śnie Dziecię przylgnąłem sercem do dziecięcia, W błękitnem oku małego dziewczęcia Okiem dziecinnem tonąłem przedwcześnie... Lecz w krótce znikła … niepomnę, gdzie, kiedy A z nią uczucia wraz znikły dziecinne, Co jak łza dziecka świeże i niewinne, Zabrała z sobą … widzę ją jak wtedy – A odtąd w dziewic kole, żadnej lica Niemiały dla mnie powabu żadnego, Bo niemasz równej, jak tamta dziewica Ją gdybym ujrzał – o! ją serce kocha… Jeźli gdzie jeszcze jest wśród świata tego – Wybacz Seïdzie – za długie wyznanie… Dość! miłość Grecka rzadko bywa płocha, Z uśmiechem podłym rzekł Seïd lubieżnie, Lecz – słuchaj – inne – o! inne kochanie Pali to piersi Seïda! – pobieżnie Powiem ci chłopcze – (o! znaj łaskę Baszy! Co groźnem okiem niełaski lud straszy,) On tobie czyni słabości wyznanie –
Słuchaj! niszczęsne dzisiaj przywiązanie (Mnie niewolnika do stóp niewolnicy Przykuło podle!) lecz źrenicą hardą Ona pieszczoty, skarby, … łaski moje Odrzuca dumnie, z bolesną pogardą Odpycha serce, co innej dziewicy Sercu by marzeń rozogniło zdroje!... A ja jak dziecię słabe przy jej wzroku Nie mam mej zwyklej potęgi i mocy – Stracić ją!... nieraz w snach ponurej nocy Wołam w wsciekłości, i lecę w jej progi, Kindżał lub serce!... lecz władzą uroku Spójrzawszy na mnie swych oczu błękitem Wytrąca z dłoni żelazo… w tem oku Ginę spojrzeniem słabszy od dziecięcia Ja – com jej życia panem, wstyd mi słońca! I nowiu wstyd mi z tem sercem przeszytem A ona głucha, niema, aż do końca Na głosy, skarby – wściekłości zaklęcia Odwraca oczy i smutnem marzeniem Goni po kwiatach… lub za gwiazd sklepieniem Goni swych myśli rojem jak woń róży – Chłopcze! Ty koniec uczynisz tej burzy, Co miota sercem i piersią mi targa O! na proroka – nie próżna ma skarga Tak jak nieszczęsne moje miłowanie!... Słuchaj – ta perła – ni w moim turbanie Ani w kindżale – ni w skarbów mych rzędzie Blasków łagodnych promieniem lśnić będzie Ale ją wręczysz – wręczysz … w mem imieniu Eufrozynie w Haremu ogrodzie, I dziś młodzieńcze, o słońca zachodzie Wejdziesz w ten ogród przy jej pieśni brzmieniu!... Gdy muezinów pieśni miastem gonią, Ona z gitarą w dłoni śpiewać zwykła, Wtedy jej dźwięki jak perły się ronią, Ogród oddycha w ciszy kwiatów wonią – O tej godzinie – widzieć mnie przywykła…
Daję ci ufność ma … lecz pomnij razem Że możesz męki dziś – stać się obrazem Przed okiem ludu! – nim spadnie twarz słońca A z morskiej piany wyjdzie twarz miesiąca… Wręcz jej tę perłę, co z morskich otchłani, Seïd posyła swej oblubienicy Dobytą, z trudem –, modrookiej łani Basza śle w darze swej pięknej dziewicy… Gabryel skłonił głowę w zamyśleniu I słuchał jeszcze srogich słów wyroku Wtem złość łysnęła w czarnem Baszy oku I szarpną brodę w gniewnem zamilknieniu: Jeźli jej serce zjednasz mi tym skarbem Wielbłąd ci błyśnie swym ładownym garbem Złota, mych skarbów ... lecz biada! jeżeli Dziś jeszcze serca jej nieskłonisz ku mnie Słońce przy męki ujrzy cię kolumnie A ją w pod morskich bezdeni topieli!... Ten kindżał jasny co widzisz w mej dłoni On twoim będzie – jeżli Eufrozyna Moją zostanie!... Lecz nic nieuchroni Ciebie przed Baszy wściekłością ... o! biada! Jeźli niebłyśnie mi szczęścia godzina Wtedy to ostrze – w twej piersi zagrzeźnie Zginiesz jak kamień co w fali przepada A przed tem pójdziesz między męki więźnie! Gabryel skłonił się nizko, wesoło, Na licu jego niebyło znać trwogi, O! dobrze Baszo – że wszedłem w te progi Eufrozyny pięknej jasne czoło Skłonię jak lilię do słońca poranka Ku ustom czułym wielkiego kochanka!... Czyż obojętne mu życie, że groźby Baszy nie słyszał – ? słyszał tylko proźby? – Kiedy odchodził Gabryel w milczeniu Seïd w głębokiem znów tonął marzeniu Ślepy miłością, ciemnemi oczyma Widział to tylko, że jej równej nie ma!...
I zgrozo! winem starcu pijanemu Przyszła myśl – Greka, posłać do Charemu!... Czyż prorok skarał obłąkaniem Baszę Za wychyloną w innych jagód czaszę?...
III
W cichym ogrodzie za murem Charemu Z palm liści rosa opada perłami, Cichy szmer fontann pieniu słowiczemu Wtóruje tęsknie, gnijąc z kamieniami I szklanna fala po stopniach z marmuru Póty podzwania i póty się pieści Póki nie zejdzie księżyc, i wśród chóru Słowików – fal jej blaskiem niepopieści; Tak tęskne serce uderza w boleści Za tęsknem sercem – lecz ciszej jak woda, Kiedy w marmurach zginie mu swoboda!... Wśród róż powoni i cyprysów cienia Tam jedna róża pobladła wśród ciszy I kropel rosy – na licu … łez lśnienia!... Eufrozyno! nikt skarg twych niesłyszy – Ona o filar czarnego marmuru Śnieżne swe czoło oparła w milczeniu Czy zadumana z palmami do chóru Myśli się modli … w niemem zadumieniu – Tak młoda, jednak sokole źrenice, Dzikie – namiętne jako błyskawice Mgłą smutku zaszły, że z tem chmurnem czołem Zdała się raczej niewoli aniołem Niźli kobiety!... pobladły jej lice Wśród rzędu kolumn, sama jak kolumna Ha!... to Greczynka – tak młoda! Tak dumna! Tak smutna razem!... przez wpółsenne oczy Tęskność wygląda – i dołki uśmiechu Wkoło ust płaczą skargą, co oddechu Falą pierś wzrusza z pod czarnych warkoczy
Co się hebanem w nieładzie rozwiały... To niewolnica Grecka … tak wyniosła – Jak gdyby wśród palm na królowę wzrosła – Że przy niej tyran podły – taki mały! – Lecz uśmiech chociaż pożyczan od wiosny Na ustach płacze niemy – i żałosny… Dziwnym ją wdziękiem niewola … osmętnia, Wzrok jej omglony … ale znać że w chwili Kiedy go ogniem w zapał roznamiętnia Porwać by zdolna żelazo i błysnąć Ostrzem sztyletu – na tych co zabili Ducha wolności jak orła śpiącego Który się żmiji dał za skrzydła cisnąć I obwić w pierścień bolu piekielnego Co mu już nieda, nad światem zawisnąć!... Lecz odkąd ona w tych murach Charemu. Żyje – i żyjąc niezna co to życie? ... To tajemnicą – i tylko samemu Baszy wiadomą – ale Basza stary Ma ją od chwili jak tych wysp zdobycie Włosienne jego owiały sztandary… On ją ukochał tem ostatniem czuciem Starzejącego serca co się w oczy Jako wąż patrzy, żebrząc za współczuciem Nieśmiejąc szkodzić, ale na uboczy Bezsennie żądłem stróżując przy drodze I grożąc ciągle – uskrzydlonej nodze!... I o utratę tego w ciągłej trwodze Czego nieposiadł nigdy … wpółboleje – A wpółśmiejący tym śmiechem – głupieje! Ona w dzieciństwie duszy wspomnieniami Pomni jak niegdyś młodemi bluszczami Ruin milczących oplatała skronie Wśród Termopylskich wąwozów, latami Dzieckiem igrała, a dziś wzrok w zasłonie Za woalem gazy – ogniem zemsty płonie Bo już dziewicą … w wzgórzach Termopylu Myśl jej tam buja, siejąc iskry w łonie
Jak orzeł co w chmur piorunach utonie – Iskry co wrzały – wrą od wieków tylu!... I wrzeć na wieki będą – póki kamień Tam na kamieniu zostanie!... z omamień Tyrana, biedny lud z wolna dobywać Z cichą łzą – wieków ciszą – wiekom śpiewać!... I cóż za wulkan zatrzęsie posadą Ziemi – gdy iskry zleją się w ognisko? – I cóż za piekło szatanów gromadą Spadnie … i wszędzie zostawi – zwalisko… Może tam zlecą Geniusze Hellady, Na których czoła co noc księżyc blady Swój pocałunek już od wieków kładzie Gdy cichy zdrój źródlanej po nich wody Kryształem szepcze – w jasnej gwiazd Plejadzie I falą gra jak geniusz – wiecznie młody!... Na których smętne marmurowe czoła Strzela promieni cichych aureolą Jak pajęczyną co dłoń mi anioła Z jego promieni przędziona się splata Aż ich niewoli tu przedrzymią lata A rany w orłów zemsty się przebolą?... Jak aloesy na grobowcach świata Których chór wieki milczący w zarania Blask, krzyknął by raz – grzmotem zmartwychwstania A potem skonał skonaniem radości I kwiat swój rzucił pod stopy – wolności!... O nie! – inaczej dziewica ta marzy – Może tam zlecą mściciele anioły Których ognisty miecz, tnie, tępi, żarzy, Przesokolone w jej braci sokoły Co zerwą pęta, łańcuchy krwią zlane – Strzaskają w czoła tyranów miedziane – O! może wstanie który z między braci I krew tę wieków, krwią pokoleń spłaci!... O może – może – i dziewczyna młoda Tonie w marzeniach – lecz serce spokojne Jest jak spokojna, choć bezdenna woda
W której drży niebo gwiazd milionem strojne!... Wtedy wypływa na powierzchnię wody Z gitarą w łodzi żeglarz szczęściem młody, Żeglarz samotny, w cichem zadumaniu, I wzrokiem błądząc po dalekiej fali W piosnkę syreny wsłucha się niebacznie Niewie o świecie i o wiosłowaniu... I ogniem źrenic wzrok lubej rozpali Wtem – jeźli burza pieśń swą chórem zacznie I wrzaśnie wichrów gromadą ku niemu Biada o! biada łodzi – o! i temu Co w niej przebiegał fale w zadumaniu!... Bo chór zgłodniałych wichrów za nim wrzaśnie Że w fal pościeli bezdennej – daleko Snem nieprzespanym niewolnika zaśnie Nad nim ruchome będzie drżało wieko!... Jak przeszłość matka, w słonecznej miłości Gdy ludzkość falą płynie – ku wieczności Gdzie kruszec w posąg stygł nieśmiertelności!... Biedna dziewczyno!... Gazello swobody! Choć ogniem słońca niebieskiej urody Błękitnych źrenic wrą oczy wabiące, Jednak w nich nie ma wiosennej pogody Jak modro niebo w chmur kirze tonące!... Gaśnie pochodnia słońca dopalona Lecz Eufrozyna nie wzięła gitary W której się łonie tęskne gnieżdżą czary Kiedy wieczorem piosnkę poszle z łona – I dźwięki z wonią w roztwarte puchary Kwiatów padają – z nowiu barwą złotą Mdlejąc się pieszczą – konają pieszczotą!... (Gdy nuci, Seïd, u stóp swej dziewicy Siada, niewolnik – swojej niewolnicy –) Na jej ramieniu uwisł gołąb biały Jakby białością ramion wybielony, Jej dłoń z gniazda, w pieszczotach żywiony Muszcząc warkocze co na pierś spływały Patrzył jej w smutne oczy – zasmucony,
Jak gdyby smutek zgadywał swej pani – A z dali murzyn pooglądał nieśmiało Od jej gołębia bardziej przywiązany. – I chcąc rozegnać to chmur smutku brzemię Którem dziewicy czoło pociemniało Rzucił się głową i dłońmi o ziemię I począł chodzić na ramionach – w koło Począł się łamać i pląsać rozkosznie By chociaż uśmiech wyłudzić, lub czoło Rozjaśnić chwilą – próżno! już radośnie Dawno nieśmiała się Eufrozyna I tylko ręką skinąwszy w milczeniu Kazała odejść … a wierny skinieniu Odszedł – niewierny – wierności murzyna!... Bo psią wiernością do niej przywiązany Wzrokiem jej oczu – dziki i pijany… W tem uchylono drzwi wiecznie zamknięte, Jak usta konchy tajemnica ścięte – Rzecz niesłychana!... Basza, niepamiętny Proroka – zgrozo! Upijał się winem! Pijany Greka nazwał twoim synem I z perłą posłał do tej – której wstrętny!... Wszedł – wzniosła postać młodego Greczyna Stoi ukryta między palm liściami Brzękła w gitarę swą – Eufrozyna I taką piosnkę nuci półdźwiękami: «O wschodzie słońca na Greckiem błoniu «Pod cieniem starej ruiny «Tam dwoje dzieci igra w ustroniu «Skrytych we wielkie rośliny! «Nad niemi w ciszy palma schylona «Czuwa nad błoniem, rodzinnem, «I błogosławi, liśćmi, wzruszona, «W cieniu, pieszczotom dziecinnym!... «Obok dziewczynki, tam chłopiec mały «Świeżą skroń tuli w jej dłoni «A z kwiatków ruin, wianuszek biały «Ona mu składa na skroni…
«On czarnem okiem, choć chłopię jeszcze, «W jej ocząt błękicie żyje, «Strojne oczęta jej w iskry wieszcze, «I głośno serce im bije!... «Nagle zatętni, tam, tam, po błoni «Konia dzikiego kopyto, «Czarny muzułman z wichrami goni «Z szablą w krwi świeżej obmytą!... «Dzikie ma oczy, turban na skroni «Zbliżył się, porwał dziecinkę, «Próżny dziecięcia płacz w tej pogoni «I lament w niebo rzucany, «Dłoń Turka silna trzyma ją w dłoni «Jak fiołek w łąkach zerwany – «Poleciał chyżo, potętnił, zniknął, «A chłopiec pod palmy drzewem «Bolesnym głosem przeczucia krzyknął, «Odtąd płacz dziecka był śpiewem… «Lecz … z czasem, może serce żałosne «Potęskniwszy, rozweselił?... «Nowe się róże rodzą co wiosnę «Los – dzieci tylko – rozdzielił!... «Może się innej czule uśmiecha «Lecz palma, pewno łzy roni, «Może… W jej cieniu zemstą oddycha «Młodzieńcem … pomści … dogoni … «Bo Turczyn podły ogniem i stalą «Pod jarzmo podbił Ojczyznę, «Dzisiaj Proroka tam głośno chwalą «Depcząc bujną Ojcowiznę!... «Ojczyzno mężów wielkich jak wieczność «Tyś jak łąka wydeptana, «Kopytem koni twego tyrana «Lecz gromów błyśnie słoneczność!... «Ojczyzno! Ciężkie dźwigasz kajdany, «O! któż je starga, kto skruszy,
«Kto w proch powali twoje tyrany… «Niech pieści przemówi do duszy!... «On porwał dziewczę, w Charemie smutnym «Tęskna się w ciszy rozwija, «Jak blada róża w grobach, okrutnym , «Złorzecząc, pieśń w niebo wzbija… «A tam … pod palmą – czy na nią wspomniał? «Czy z brzegu patrzy na morze?... «Palma łzy roni ... może zapomniał?... «Może ją pomści ... o! może!...
O pomści! o pomści! na Hellady Bogów Z palm wybiegając Gabryel zawołał, U nóg ci rzucę głowy naszych wrogów Kochanko moja!... więcej rzec niezdołał Tylko dłoń drżącą porwał do owej dłoni I do płonącej piersi tuli; z czoła Lśni: odzyskałem znów mego anioła Wśród pustyń świata!... jak dawniej drży serce! ... Lecz biada! biada przeklętej pogoni Co cię uniosła przez tych łąk kobierce!... Enfrozyna spojrzała mu w oczy I drży jak listek, i twarz jej się płoni A jednak ręki niewyrywa z dłoni Młodzieńca … patrzy … i jak blask proroczy Na półprzeczuwa – a na pół wspomina… To on!... I padła w ramiona Greczyna… A on ustami już jej usta gonił, I nim gitary skonał dźwięk ostatni Księżyc twarz bladą z za chmurki odsłonił On co kochanków kochanek ... uronił Nad niemi promyk … pierwszy … czyż ostatni?... Grał brylantami szumiącej fontanny, Co tęsknym dźwiękiem rozbryzgując szklanny Kryształ pian jasnych nito powiernica Ciskała perły na róż blade lica
I na marmury pod stopy – kochanków – Jakby girlandą wodnych pluszcząc wianków Przygłuszyć chciała … szept … by prócz księżyca Nikt słów nie słyszał o godzinie błogiej… O! ilem ja tu bez ciebie – mój drogi Godzin – dni – długich – wiecznych, przetęskniła Przy mnie ten tygrys! tak podły – tak srogi!... Tyran mej ziemi!... jam go niezabiła!... Godzin – dni – długich – wiecznych, przetęskniła Przy manie ten tygrys! tak podły – tak srogi!... Tyran mej ziemi!... jam go niezabiła!... Bo dłoń niewieścia, bezbronna – dziewicza!... Ha! gdyby moja błękitna źrenica Pod którą wił się wężem – płaz obrzydły! Gdyby zabijać, mogła podłem okiem Jak skorpionowem spójrzeniem ... o! w chwili Dała bym oczy me z całym urokiem Za wzrok potworu ... ha! i zemsty skrzydły Lecąc – zabiłabym go – mem spójrzeniem! O niekończ droga!... nie – bo w twoje oko Patrzę jak w szafir niebios – tam! wysoko – Innem mi serce już uderza drgnieniem!... To on – mą ziemię okuł w te kajdany, On – wziął mi ciebie – niech mi z oczu znika, Zemstą mą wszędzie o! wszędzie dognany, Bo na mem czole wściekłością pijany Wypalił piętno … co chyba z krwią znika Więc niech zna, co to – wolność niewolnika!... I póty płonąć będzie moje czoła Jak wieńcu węgli, hańbą się zasmucę Przysięgam tobie!... aż me jarzmo zrzucę, I skronią wolną tocząc wzrok w około Po nowe wieńce do ciebie powrócę – I głową jego strojną w krwi korale Te drzwi choremu twojego – rozwalę!... Słuchaj!... ja sztylet zaszczepię mu w łonie Owocem jego – śmierć jemu, nam wolność!... O! będzie drzewo – drzewo co krwią spłonie Śmierć albo wolność – to nam losów wspólność!... To w imię Grecyi każe serce młode Śmiercią śmierć zwalczyć – i odbić … swobodę!...
O! gdyby nasze ramiona młodzieńcze Odwalić mogły grób naszej ojczyzny, Co tyranowi tronem!... i z jej blizny Raz wtóry strącić duchy potępieńcze Aż tam pod piekło piekieł, skąd niewraca Duch – a wolności wygrzebie go praca!... Ledwie nie serce rozkoszą uderzy, Już cię utracić straszy myśl grobowa... Jak ty tu wszedłeś?... uchodź z tych wybrzeży! O! cóż przed zemstą jego nas uchowa?... Nie nie o luba! Patrz! tą perłą jasną Chciałbym ci wydrzeć objęciom – podłego!... Wzrokiem pokory, głosem słowa mego Cichym, zjednałem ufność jego własną Głupi uwierzył!... krótkaż jego droga! Ha! pierwej gwiazdy w niebiosach pogasną Nim we mnie Seïd przestanie mieć wroga! O luba moja dziś czczę zemsty boga Co mi tak piękny jak ty – twarzą jasną Gwieździ i pali szałem nieśmiertelnym!... Ba! szał ten jutra kamieniem węgielnym!... Tam za głębiną mórz i skał szczytami Z pian morskich wyspa wznosi skroń zielona Wieńcami gajów świeżo oplecioną Jak dziewczę kryjąc pierś między falami!... Wyspą rybaków zwą te dzikie skały Co jak na orłów gniazda przedziczały, Nikt wziąść jej niechciał, i nikt niezaludnia Bo rozpalone skwarami południa Turbany ztamtąd uszły przed upały – Lecz oczom Greka, o! na morskie piany Cudownie błyszczy bo pięknością dzika Jak o wolności myśl niewolnika! Każdy mi kamień tej wyspy kochany – Tam tylko jeden szałas pustelnika I nas – rybaków gniazdo zamieszkało – Garstka nas mała – ale wszyscy młodzi
I wszyscy równo klną Baszę tyrana, Co we krwi naszej jak w kałuży brodzi – O! my rozdzielim mu skroń od turbana! Tam naszej wyspie wschód słońca przyświeca I na niewielkiej – lecz wolnej przestrzeni Ani jednego nie ma półksiężyca!... Gaj rozmarynów i palm ją zieleni... Tam my od dawna knujem spisek skryty, A tu w stolicy z nami w połączeniu Czuwają Grecy zemstą rozjuszeni Co klnąc zgrzytają z pięści ściśniętemi Na minaretów poglądając szczyty!... My ten półksiężyc – strącim – w otchłań skonu Naszemu Bóg to zlecił pokoleniu! Nie długo zabrzmi głos trąby i dzwonu A teraz milczmy w ciszy, moja luba Nim boju krwawa wybije godzina – Pod nim już knuje się krwawych dni zguba I nie daleko popełznie gadzina! Wkrótce nam skrzydła powrócą się złote, O! teraz wezwij całą młodość twoją, Osnuj, owikłaj go w rąk twych pieszczotą I weź tę perłę – dziś piękności zbroją!... O droga – droga!... teraz żegnaj jeszcze… Ja muszę walczyć, knuć, żegnaj na długo, Jeszcze być muszę niewolnikiem! sługą!... Jeszcze daleko nasze rano wieszcze!... Daleko teraz – lecz wkrótce – dłoń w dłoni, Pieścić cię będę w cudownej ustroni, Lecz teraz jeszcze … pieść twego tyrana Tak! pieścisz Grecyą przez tego szatana! Żegnaj! i usta zbiegły się z ustami Jak fala z falą pieszczotą bez końca Za którą kto ją czuł – odda blask słońca!... Żegnaj!... i zniknął pomiędzy palmami W dali cień jakiś mignął … między cienie – Był li to człowiek – czy było złudzenie?...
IV
Wyspo zielona! w twoich skał granity Łódź Turka nigdy, nigdy, nieląduje, W twych dolin kwiatach nigdy nienocuje Muzułman krwawym Turbanem okryty – I źródła twoje niezmącone, czyste Kładą się ile w łoża kamieniste Szumią kryształem po łożach bławatów I lecą w morze – jak w wieczność treść światów Na tobie tylko młodzieńcy rybacy Szczupłem się gronem zespolili z sobą, Wolni jak w chmurach napowietrzni ptacy Co śpiewem tobie wieczną są ozdobą!... Jak gwiazdy które w przestrzeniach koczują Jak młode orły co z gniazd ulatują I skrzydeł pióra do lotu sprawują!... Serca im wspólność wieńcem niezerwanym W imieniu Grecyi otoczyła bosko, Każdy jest kroplą w tem źródle porannem Jak w głoskach pieśni każdy jedną głoską! Tak z pieśni tonów jeden ton wysunąć To jest pieśń urwać!... bo jej gmach uroczy Straciwszy jeden z tonów – musi runąć! Jedna myśl wielka ich przędzę jednoczy Wtedy padają tony jak kolumny – I gmach powietrzny o! w ładnym nieładzie Pęka i pada – wieńcami się kładzie Jak fale u skał konające, drżące, Aż jako grudy co dudnią z nad trumny Nikną pod sobą – tony bolejące – Po strunach lutni jak po złotych schodach Schodzą aniołów wstęgą … rozpłakane Aż drżące – nieme – skargami splatane Przejdą w świat inny – słowiczo zdąsane I wstaną w burzy – w sercach – i narodach!...
Rybacy młodzi już o słońca wschodzie Stromy brzeg wyspy obsiedli w półkole, Ostrzą swe noże, naprawiają łodzie I ulubioną pieśń nócą!
PIEŚŃ. CHÓR.
Na czole Swoboda!... gdy w dłoni z wędką Godzina faluje prędko!... Sokole Oczy rybaka w głąb biją Gdzie rybek wieńce się wiją!... O życie! Rybaków wolne wśród świata Jak młode orle ulata! W błękicie Topiąc wzrok – to w fal głębinie Kiedy łódź po głębinach płynie! Ho burza!... Leci po niebios sklepieniu Z piorunami w chmur nasieniu! Łódź nurza!... Strąca –! a po burzy szale, Duch znów wesół, czyste fale… Tyrana Pięść grozi wolności prawej Dalej w dłoń! w dłoń oręż krwawy! Szatana Gmach runął – znów jasne czoła I do wędki cisza woła – Wolności! Wolności! Bez ciebie dusza Jak ptak bez skrzydeł się rusza W żałości, Łódź na lądzie!... bez swobody Dusza jak ryba bez wody!... Wolności! wolności! wolności!...
Wolności!... wtórzą skały, groty – gaje I cichy błękit, a z pian słońce wstaje – Pieśń biegła w dal – Po głębiach fal – Wszystkież ją głosy? nie wszystkie! Nuciły, Tylko Gabryel nieobecny miły – On już od kilku dni wyspę porzucił, I pożeglował daleko przez morze Zniknął i dotąd jeszcze nie powrócił Ztąd bracia trwożni w dal patrzą – o! może Ostatnia burza łódź jego rozbiła Może… i tak się drużyna smuciła Wódz jej popłynął, późno oczekują I trwożną myślą los jego zgadują!... Wtem zoczył jeden – biały żagiel w dali Sunie po falach chyżo ku brzegowi Rybacy pną się na skały … z nad fali Biegną po brzegu i kapeluszami Witają z dala, witają głosami Za nim go znaki, radości znakami Nieodpowiada – o! czy ich niezoczył Czy się zadumał? sam z swemi myślami, Aż krzyk go zbudził z zadumy i wiosła Ostrzem znów pruje jasne wód bałwany, I fala chyżej, i chyżej go niosła – Okiem po brzegu zielonym potoczył I dał radości znak – uradowany!... Łódź uderzyła o ląd, rybak młody W objęcia braci wesoło się rzucił Długo ich morskie rozdzielał wody, Aż dziś stęskniony na wyspę powrócił – On młody, ale myślą z nich najwyższy, Każdy z nich słuchał go, jak wodza, niższy, Każdy go witał, uścisnął radośnie Lecz dziś Gabryel, już nie tak wesoło Witał swych braci, jak niegdyś!... Żałośnie Widzą, że jasne ongi jego czoło
Dziś jakieś troski dziko pochmurzyły I serca braci znów się posmuciły ... A tam z daleka, postać jeszcze jedna Dąży ku brzegom? to starzec pustelnik; Wzrok jego orli, chociaż odzież, biedna, Siwy jak gołąb … szczęśliwy śmiertelnik O! czy szczęśliwy, to pytań pytanie – Może spokojny dziś – ale zaranie Jego, burz ślady zostawiło w twarzy, I pod brwią siwą wzrok się węglem żarzy!... On Gabryela ukochał jak syna, On go najczulej uścisnął i wita, Z grzybiałym wzrokiem patrząc na Greczyna – Smutek w źrenicy, a noc w sercu czyta (Z której jutrzeńka nadziei wykwita...) Co to? pustelnik wraz zapytał stary? Co to? pytali towarzysze młodzi? Gabryel ledwo skoczył na brzeg łodzi, Wszystkich pozdrawia słowem dobrej wiary – Bracia! zawołał – z piorunową wieścią Przybywam do was!… spisek już dojrzały!... Nie długo patrzeć już będziem z boleścią Na kraj odarty, krwi zbroczony cały, Niedługo zgrzytać już będziem zębami I w ciemnej nocy dzwonić łańcuchami… Ta perła bracia to Grecya!... Hellady Wolność!... to hasło tyranów zagłady! Ta jedna perła w podłem sercu Baszy Dała mi jego całe zaufanie, On co pantery okiem wszystkich straszy, Mnie gdyby dziecię uczynił wyznanie... Chciał mnie na dworze swym odziać zawojem Wstrząsłem z pogardą ramiony!... On złotem Chciał ładować łódź moją, a potem Chciał dwa wielbłądy z bogactwy i strojem Dać mi w nadgrodę – wzgardziłem, a w duszy Oh! pomyślałem, to jest Grecyi złoto, Twoim cię skarbem częstują sieroto!...
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Perła.
