Front matter
III.
A.
całość
III.
A.
P.
zień światłości czuje źrenica nieśmiertelna — w czarnych cieniach — długo — przeciągle tonąca daremnie — nieujrzawszy iskry — ani iskry, która z iskry gasnącej — co choć konając rozdziera płaszcz nocy podziemnej i konając woła, ja jestem! a więc jest światłość która ze mnie — jako z ziarna w ziemię rzuconego — powstanie wielkim płomieniem, którego ramiona jak dębu konary, rozejdą się po ziemi i odbiją po niebie... że błękit krwawą zapłoni się łóną — a choć echa tej światłości drgając konają po wieków przestworzu śród cienia, jednak źrenica widziała iskrę nieśmiertelności. — — Lecz lepiej źrenicy która niewidziała iskry — i niewiedziała co iskra, niźli źrenicy, która widziała ją co mogła zrodzić płomień konającą na tryumf cieniom... gdy duch krzyknie jak orzeł skrwawiony: Była!... mogła być — i zgasła! już jej niema, niebędzie — niebędzie!... wtórzy odgłos myśli po niezgłębionych duchu otchłaniach — i przenika wszystkie zakątki jego a kędy doleci, tam smutek zwątpień marą woła: Niebędzie! niebędzie. — — Jak takiej źrenicy mile — jak jej bosko, kiedy z piekła pokus, z labiryntu obłędów, zwaliwszy sfinksa niepewności a dziewiczym majestatem swej wiary wypłynie nad gwiazdy — i ujrzy słońce — (opatrzności) — napije się tych promieni u źródła, co nie są jako ogień ziemski który pali i drżąco oświeca a gaśnie co chwila — o! wtenczas źrenica patrzy — i śpiewa hymn swój, hymn nieskończony stworzenia i widzi dwa wielkie promienie, co rozdarły chmurę nocy i pobiegły w dwie różne strony a jednak różnemi bieżąc drogami, u jednego zbiegły i zlały się celu — jako dwa ramiona w modlitwie splecione. Jeden promień po niebie na wschód, wtóry na zachód strzelił, a w dwa wielkie ramiona, życia i światła — tknęły ziemię śpiącą i zmarzłą, jak gadzinę przy drodze niebios: wołając: zbudź się śpiąca — nocą uśpiona, mgłami zwleczona — ciemnością oślepła — wstań — dotykamy ciebie — tchnienie nasze niechaj owieje ciebie — wciągnij je oddechem — ono stanie ci za tchnienie milionów. — — — I zniknął chaos ziemi — lecz jako gadzina wzniosła ziemia łeb’ ciężki zmysłami — obłudą — światłość miała jej dać skrzydła — a ona żądło wystawiła światłości pełzając — o puść mnie, ryknął piorun — wąż niebios — puść ojcze światłości! a węża ziemskiego zabiję — ja czołgan chyżej po chmurach niż on dźwignie łeb syczący, pełzając po swych błoniach nieskończonych. — Lecz ojciec światłości nic nieodrzekł — i stała się cisza wielka — a wąż coraz się pasł, i liście i kwiaty żuł na pożywienie — i sen gruby. — «Czyż ta czołgająca istota weźmie później, zamarłszy wprzód skrzydła białe?... Czy wzbije się na gwiazdach i rozepnie skrzydła świetlane grające arf milionem po słońcach niebios.» Tak pytali trzej aniołowie, przelatując nocą z daleka — lecz odpowiedź aniołom grzmiała daleko jak skon grzmotu na Sinaju chmurnych szczytach. I w ciszy nocnej przelecieli nad ranem, a każdy dłonią trącił gwiazdę wśród nocy płonącą, i trzy gwiazdy spadły w ciemność czarną. Czy gwiazdy spadły?... nie! one oczyściły swe światło, co płonie na wieków wieki! a choć po wiekach wieków zgasną w wielkim blasku, ty nie zagaśniesz o myśli, której pióra unoszę w krainy miłości. — — Orle śnieżny ludzkości — do lotu! do lotu!...
Y.
Radość zabłysnęła w domu Symeonowym — i świeci przez oczy mieszkańców jego. — Służebnice pod łukami sklepień rozpalają blade światła i szepczą radosne wieści «Sara Pani nasza Symeonowi powiła dziecię a dziecię to, z błękitnem bławatka okiem — będzie wśród niewiast najpiękniejszą — a imię jej Marya, Marya Magdalena — ale ono najprzód niepłakało jak inne niemowlęta na świecie, pierwszą myślą dziecięcia był uśmiech. — I życie jej niechaj będzie uśmiechem — bo prawy Pan nasz i dobra Pani nasza — pokój domowi Ich i nam sierotom Ich służebnicom. — Tak szepczą swobodne dziewczęta i zapalają światła — i znowu jak ptaszę w gaju świergocze druga. — Jaka spokojność na twarzy dziecka tego! jaka cisza wśród komnaty — czy widziałyście jak Symeon Pan nasz z zamyśleniem patrzał w twarz dziecięcia nowonarodzonego — ja słyszałem słowa jego jak dźwięki poszarpanej harfy, co pół psalmu wyśpiewała: «Jam czekał syna «mówił on» jam dumał, że syn mój pomści się niedoli ludu swego — i uderzy w trąbę Messyańską zmartwychwstania z niewoli Rzymu — jako z Egiptu i Babilonu — a wtóry Mojżesz zastraszy Romę klęsk trwogą, i kajdanami, braci swojej — potrzaska czaszki wrogów swoich — ale tyś mi dał wtórze dziewczę Jehowo! chwała Tobie część tobie — acz biada. — Amen Jehowo! i dziecię podniósł do góry i błogosławił i w czoło pocałował — a łza radości pobiegła po czarnej brodzie jego i spotkała łzę dziecięcia — pierwszą na tej ziemi — łzę Maryi, Maryi Magdaleny. — I chora matka słabym miłości anielskiej wzrokiem spójrzała na dziecinę, okiem niemej miłości — jak księżyc blady na cichą ziemię wschodząc — i znów słaba opuściła wzrok i zdała się jako senna na łożu swojem lecz okiem posłała pocałunek dziecięciu — a nawet mała Marta, starsza od Maryi Magdaleny okrywała dzieciątko i do snu kołysała odganiając muszki od ocząt śpiącej. — I stara Leli przychodząc, zaśpiewała cicho chrapliwym głosem nad nią: «Śnij, śpij, Maryo Magdaleno — piękna lilijko śpij!... albowiem snu ci trzeba, nim się przebudzisz do życia — niech piersi twoje swobodnie oddychają... niech serduszko czyste w nich bije. — Jak źródełko znikome w górach, a może piersi twe śnieżne dziecińko! ssać będzie kiedy jaki mściciel, co się pomści krzywd narodu Izraela... — Ciszej — Ciszej rzekł Symeon — może jaki strażnik Rzymski dosłyszeć głos głosu pieśni twojej — i najść dom ten szczęśliwy przed chwilą, — idź czuwaj nad Sarą — która piersi twoje ssała, idź stara Leli... Ale ja widziałam, rzekła trzecia służebna, jak matka Symeona ciemna i chora, zwlekła się z łożnicy swojej — i szła bez laski ku dziecinie wołając — ja niechcę oczu — serce mnie wiedzie — o! ja niewidzę ja czuję! — i przybiegła jako ptaszę do dzieciny — a kreśląc jej znak jakowyś na główce rzekła — dziecino moja, smutne twoje życie... — — w tem wbiegła piąta służebnica kirem odziana — a twarz jej niepodobna była i strój niepodobny do stroju czterech dziewic — jak czarna chmura odbiła się o ich jasność — i przyszła jak czarny obłok — zakrywając gwiazdy jasne i wstrzymała się na stopniach a tłumiąc łzy zawołała; «Gaście lampy wy godownice! gaście — i płaczcie — a śpiewajcie smutno — bo Sara matka nowo narodzonej Maryi, Maryi Magdaleny — umarła! — i umilkła, a dziewice z jękiem pogasiły lampy — co zgasły w śnieżnych alabastrach, jak ich wesołość, wlokąc się czarnym dymem i z ciemnej komnaty wyszły jak cienie jedna za drugą rozpuszczając wonne włosy i z pochodniami wyszły, nucąc społem: Biada! biada dziecięciu, któremu matka skonała. — Albowiem jako noc bezsenna życie sieroty. — I weszły cztery służebnice — i cisza w komnacie — i ciemność — tylko gwiazdka drży z góry i nieśmiały promień zsyła w okna komnaty — a jej skroni rozplótł się złoty warkocz z iskier tysiąca — że gwiazda ta z rozpuszczonym warkoczem — różna od gwiazd innych — leci przez niebo jak sieroca smutna kochanka — płynie kręgami świateł gwieżdząc jakąś dziwna światłością! I wszedł do tej komnaty Symeon już nie w godowej szacie, co biało spływała z barków jego, ale w fijołkowym kirze, milczący i ponury — jak cicha noc, gdzie ani gromu — ni gwiazdy. Na twarzy jego była boleść — świeża — ale niepierwsza — jak kamyk dorzucony do ciężaru serca — jak kropla do pełnej już czary. — I obok boleści świeciła na czole wiara Jehowy, co ojców wiódł przez pustynię a Faraona w morskiej zagrzebał mogile, co mu wieczną lśni zielonością? Symeon stał długo gnany myślami — i rękę do czoła przyłożył a miotany bólem przemówił głośniej, niż mawiają zwyczajnie ludzie. — Boże Abrahama, kiedy nam dasz króla naszego. — Zbawcę — Messyasza! który lud nasz z wtórej wywiedzie niewoli? kiedy o Panie nami maluczkiemi zwalczysz olbrzyma ludów — oto serce zakrwawione śmiercią kochanki życia — matki dzieci moich — kładę na ółtarz twój Jehowo i pale to serce moje gwoli tobie — ono było szlachetne w imię proroków Izraela — płonęło gorąco — i dziś płonie jak za dni młodości — a ja go palę i przysięgam niespójrzeć za siebie, skąd wygląda twarz blada mojej biednej Sary — o moje serce! rozbijam skarg tłumy — jak tłumy pian morza o skały pierś, a czoło moje w ufności k’ tobie niech będzie jasne Boże ojców mych, i ojców — ojców moich — jeżliś nas osierocił — toć będziesz znów ojcem dzieci naszych — i dzieci dzieci naszych — a choć nieujrzę światłości, oni ją ujrzą jasną jak ty — od Ciebie — a przeto cios żaden niewyziębi mej wiary ku Tobie! — I głośno zawołał na służebnice i służebniki — a wniesiono do komnaty ciało uśpionej Sary — i postawiono — a dziewica piąta czarno ubrana niosła urnę z czarnego kamienia bez blasku i w niej balsamy, któremi miała namazać zwłoki umarłej. I przyszły służebnice i służebniki w licznej liczbie, płacząc dobrej Pani i mówiąc: «Kto nam teraz matką sierotom, kto samotnym pociechą będzie? — I weszła zwolna ślepa Rachela, matka Symeonowa, wiedziona przez małą Maryę Martę i siadła u ciała — w końcu zaś Arcy-Kapłan starzec — w długiej szacie Lewity — rozłożył już dłonie swoje, chcąc śpiewać żal nad zgasłą. — Milcz jeszcze milcz Arcy-Kapłanie rzekł Symeon — albowiem nieobecne dziecię moje najmłodsze, Marya Magdalena. — Dzieciątko twoje śpi teraz Patryarcho rzekła Leli, ale Symeon wyszedł z komnaty i wrócił z sennem dziecięciem obciążonemi ramiony — myśląc w milczeniu tyś niemowlę — Maryo — Maryo Magdaleno — śpij spokojnie, śpij! może ci się śnić będą śpiewy około matki twojej — a jeśli Cię zbudzą, to choć dziecię niezrozumiesz ich treści, może dziewicą wspomnisz je sobie a wtedy zrozumiesz. — I senne dziecię złożył u stóp matki, nad którą schylały się łzawe twarze i zbladłe czoła smutnych jak kwiaty rosy pełne — nad grobu kamieniem.
ARCY-KAPŁAN.
Biada nam! Biada nam! Bez Ciebie Jehowa!... Jako Cedr nad górami Gałęzi ramionami Błogosławi górom, Tak twa głowa Między piorunami splotami Morzom wszech mocna i chmurom, Niech nam da promień łaski, Której żywota blaski W sercu od błysną nam?... A weselem krzyknie duch nasz! Biada nam! Biada nam! Bez ciebie Jehowa!
CHÓR.
O Ty, coś nam obiecał Światłość Messyasza na ziemi Coby dusze porozniecał Iskrami swoich promieni — Zmiłuj się nad jej duszą Jehowa!... Niepomieć naszego słowa Jako liść suchy jesieni Biada nam i Biada nam!
ARCY-KAPŁAN.
Niech jak gołąbek przeczysty Duch jej — jak arfy ton Panie, Panie wiekuisty Zaleci przed słońc twych tron! A na ten smutny dom Jehowa!
Spuść pokoju promień! Bo na piersi głowa Schylona milczy wśród wspomnień Obietnic Sinaju twego I święty tli iskrą płomień W przyszłości ludu biednego — Co już niekwili jak dziecię Lecz jak lew w sieci spętany Rycząc — wścieklizn toczy piany A głos ten ginie po świecie... Biada nam! Biada nam!
CHÓR.
Płaczmy! Płaczmy! I twarz kryjmy w dłonie Albowiem popiół drogi Dziś ziemia pochłonie!... Targajmy warkocze włosów Targajmy na smutnej skroni — Dzień ten nad inne srogi Biada! krzykiem tęsknych głosów Jęczmy — głos Pana dogoni Jak z Babilońskiej błoni Biada nam! Biada nam! Płaczmy! Płaczmy!... Włosy rozpuszczone Posypmy popiołem Dusze zasępione Pociechy aniołem Niech wstają dzielne Nad łzy śmiertelne Lecz dziś Biada nam! Biada nam! Płaczmy!
(Myśl Symeona w tej chwili.)
Niepłaczmy niepłaczmy próżno! Sądy Jego nieomylne Chwała nam!...
Choć cierpim postacią różną Cierpień — dusze nasze silne, Niepłaczmy, nie płaczmy próżno!... Poniżenie i męczeństwo Najjaśniejszą dziś nam chwałą, Niechaj bluźni człowieczeństwo — Idźmy z Panem drogą białą! Za nami błogosławieństwo!
ARCY-KAPŁAN.
O Panie nasz! Jakoś lud wywiódł puszcz drogę Przez morza suchą wiódł nogą Tak jej duszę z ziemskiej niedoli Drżącą... majestatu trwogą Weź na łono twe! Osusz naszą łzę! Ulituj się! Biada nam! Biada nam!...
CHÓR. | Panie nasz!... Ciężki jęk Wznosim do Ciebie!... Daj spokojność matce — Pokój domowi, dzieciom i czeladce. | MYŚL RACHELI. | Panie nasz!... Kajdan brzęk Odbił się na niebie!... Weź dziecięciu spokojność, By w lud spokojność Wróciła!... weź ją Panie!
Już umilkł Arcy-Kapłan i szeptał błogosławieństwa ostatnie słowa i wyszedł — za nim chór płaczków a została tylko Rachella ślepa i zadumana mówiąc: Różyczko moja! Saro! Nie dumała ja że Ciebie przeżyję!... i ukołyszę — w kołysce grobu — a Leli mruczała coś nad śpiącem dzieckiem Symeon stał jak wielka skała nieruchomy i blady — ostatnie długie spojrzenie topiąc w głębokość — śmierci — co powlokła twarz Sary — jak by patrzył czy ta pierś raz jeszcze niewestchnie — czy nie spójrzy nań anielsko — nie uśmiechnie się niewinnie, ale próżno! — próżno! rzekł zadumany — i sam niewiedział czem był tak spokojny Symeon, jak posąg stojąc milczący — i do nóg jego przybiegła mała Marya Marta — a jako fiołek wonią swą u stóp dębu, pieściła się z ojcem — opasując małych ramion łańcuszki[e]m jego kolana szczebiocząc: «Ojcze! matka nieumarła! matka śpi! A my wyrośniem i będziem z Maryą Magdaleną czuwać nad tobą, śpiewać ci gdy senny, szczebiotać, gdy smutny będziesz — aż się uśmiechniesz — aż matka się zbudzi i powie: «dobrzeście mnie zastąpiły —! Niesmuć się!... i szczebiotała dalej mała Marta, a Symeon patrząc na dzieci? powtórzył: — Ona śpi! — a dziecię rzekło: niesmuć się! patrz jakie niebo niebieskie! Służebnic cztery nuciły jeszcze żałobne pieśni łkając i wołając, Biada nam! i komnata powtarzała: Biada nam!... i Rachella i Leli — tylko Symeon milczał. A czarna dziewica ujęła swą łzawnicę z czarnego kamienia, i maściami zwilżyła zimne ciało Sary i ostatnia pieśń zaśpiewała. — — Chodźcie! czas jej do ojców! rzekł Symeon — i służebne wzięły na ramiona kości Sary a śpiewając nieść zaczęły ku drzwiom komnaty — zawinąwszy w śnieżne płótno ciało umarłej — jak dziecię w pieluszki na noc długą —! I powstała Rachella i kroczyła wsparta na Maryi Marcie, wnuczce swojej — i szła Leli płacząc i wyrzekając na pierś swoją... i szli już i nucili zawodząc smutno — za niemi Symeon z pochodnią — w tem śpiące dziecię zapłakało głośno i głośniej. — Stójcie chwilę jeszcze rzekł Symeon — to pierwszy płacz w życiu! dziecię poczuło, że mu matkę unoszą — Biada! Maryo! Maryo Magdaleno i ty odprowadź matkę do groty a choć dziecię nie zrozumiesz, dziewicą wspomnisz — i zrozumiesz sen dzieciństwa — i wziął dziecię na ręce i poszli dalej i dalej idąc nocą — a zawodząc smutnie. Noc schodziła już — ciemna — cicha — i wiatr poranka trącał zroszone listki — cichym szmerem jak dziecię arfy strony — ale było jeszcze ciemno — i księżyc blady leciał między czarne chmury gnany prędko jak złe sumienie — a szedł orszak domu Symeona płacząc — i niosąc Sarę do grobu — kędy była jej matka — i matki jej matka — albowiem zamożny był dom Symeona.
SYMEONOWE CÓRY.
Wśród domu ojców swoich siedzi Patryarcha Symeon — schorzały i blady — włos jego już biały — ale na czole taż sama milcząca stałość — której niezwalczyły cierpienia i niewygryzły zmarszczki rozpaczy. — Nie jedną noc przedumał Symeon nad ziemią swoją, nad dziećmi swemi przebolał — i był jak stary Patryarcha Abraham wśród swoich. — I taż komnata w której leżały zwłoki Sary — — kędy pierwej stało małżeńskie łoże Symeona — a pierwej kołyska jego. — — Symeon zamyślony schylił głowę i zdał się nie zważać na szczebioty Marty czanobrewej — a Marta zajęta domem i sprawami domu nieżyła duchem — troszcząc się o rzeczy ziemskie i myślą zasypiając — a słowem wesołem chcąc uśmiech wywołać ojcu. — Ale ojciec milczy — smutek ogarnął go do dokoła o wężył pierś jego — Marta krzątała się ze służebnemi jak druga służebna, a widząc, że ojca nie rozweseli wyszła — wydoić owce i kozy, by ojcu świeżą podać czarę mleka — za nią służebne — a Symeon zawołał z nich ostatnią i tęsknie spytał: Gdzie jest Marya Magdalena? — Od rana, Patryarcho, z arfą swoją, leży pod starą figą, patrząc na rozlane rzeki i doliny i odeszła służebna ostatnia, a Symeon powstał i wyszedł ku drzwiom ogrodu owego — skąd ujrzał ligę rozłożystą — a w jej cieniu córę swoją Maryę — na której czole szesnaście wiosen chmurki niezostawiły. Marya Magdalena snać już wyśpiewała — pieśnią — co marzyła w duszy, bo arfa już leżała przy jej boku konając ostatniemi dźwięki — a ona na fiołków i mchu pościeli jak dziecię marząca oparła jasnowłose czoło a błękitnemi oczy tocząc po wzgórzach i dolinach ojczystej ziemi, rwała kwiaty trawnika i dumała myślą dziewiczą!... Marya była jak kwiat o swej woni niewiedzący — a przeto była piękna jak zbiegły anioł na Hebrajskiej ziemi. — I poszedł Symeon ku dziecięciu swemu a nad zadumaną stojąc poglądał na jej włos złoty, co spływał po białych ramionach i rozlał się po trawie — jak słońcem odbity wodospad lecący na łąki wonne — kwieciste — z białych skał marmuru... i myślał w sobie — córa moja w kole niewiast, jest jak słońce w gwiazd mdlejących orszaku — i rzekł — Maryo Magdaleno! zanuć mi przy arfie twojej — pomnisz kiedy niemowlę na kolanach moich uczyłem Cię o gwiazdach, kwiatach i o Jehowie ojcu gwiazd i kwiatów i ojca twego — ucząc cię grać na tej arfie… ojcze mój! posłuchaj — tobie gwoli znów biorę tę arfę — wzniosłszy błękitne oko w niebios błękit — uderzała alabastrowych palców pieszczotą o złote stróny — gdy wiatr rozwiewał jasny włos natchnionej i głos śpiewu tęskny:
Przez usta moje jak głosy gromu Natchnione lećcie o dźwięki — Jak gwiazdy jasne z nad ojca domu Wstańcie — i lećcie z mej ręki!
Głosy stron moich skowrończe jasne Myśli — o! lećcie wysoko A dni dźwięk zgaśnie — choć i ja zgasnę Wasze w głębinach tonie oko!
Jest miłość wielka — miłość Jehowy I jeszcze jedna w mej duszy — Od jednej krzyk z niej wzlata gromowy, Choć drugiej grom nie zagłuszy:...
O jest — jest inne uczucie... stój Maryo Magdaleno — już czas — twój duch mi się spytał przez usta pieśni — ustami pieśni odpowiem mu — dziecię moje — dotąd ojciec twój cierpiał bardzo — a więcej jeszcze — gdyż cierpiąc milczał — i przez lat szereg nierzekł nikomu: Ja cierpię... Maryo!... ty miałaś — Matkę! Matkę mój ojcze?... to słowo niebieskie jak arfy ton brzmi tak tajemne w sercu... matka?... matka!...? — o słuchaj Maryo — Maryo Magdaleno — i uderzył w stróny:
Ta co cię w piersi swojej nosiła Kochając nim żyłaś jeszcze — Ta co skonała gdy cię zrodziła Na świat — w boleści swej dreszcze. —
Ta co dla ciebie cierpiała — to matka... O córko zgaduj, to duszy zagadka — Więcej już tonu, tonu niewypowiem, Bo duch twój zgadnie — dzień swojej istności I po imieniu zawoła — to matka! Gdy serce w piersi zacięży ołowiem Płacząc w boleści i w niemej radości — Tam w tej zielonej grocie, o tam!... Twa matka uśpiona — a ja tu sam — Sam z Tobą!... O gwiazdko ma... i z żałobą!...
Maryn Magdalena już niesłyszała końca pieśni, porwała arfę z rąk Symeona i dośpiewała resztę. — Po raz pierwszy ujrzała przed sobą postać matki w słowo zaklęta! Wspomniała snem dzieciństwa matkę, i śpiew jakiś — jak przez sen — i ten sen snu jak echo odbijało się w jej pamięci głosem: Biada nami i wycisnęło łzę srebrną z oka błękitu i w pięść ścisnęło dziewiczą dłoń — że zatargała warkocz swój jasny. — W tem przybiegła Marya Marta — weszła — niosąc ojcu czarę z mlekiem świeżem — a Marya Magdalena grać przestała zamyślona — dziękował ojciec Maryi Marcie za napój, całując ją w czarnobrewe czoło — lecz inaczej dziękował Maryi Magdalenie za pieśń jej — spójrzeniem..
NOC W GROBACH.
Cisza w grobach Symeonowej Rodziny — i ciemno — chłodno do koła — tylko siedm trumien stoję przy sobie... a ostatnia z popiołami Sary — matki Maryi Magdaleny. Ale wśród groty wstał z ciemności cień jakiś... ciemniejszy jak ciemność — a jednak jasny — jak krwawa gwiazda — wzrok jego nie jest wzrokiem ludzi — widno, że był jasny miłością — lecz dziś jasny piorunem pychy i żalu, który sam przed sobą zagłusza — sam się go wstydząc — on wstał i sieje iskrami w grobach — i jasno w otchłani ciemnej — stoi oto trumien siedm — a on stąpił ku nim a echo konające woła za nim: któż ten smutny cień, co nam głazom przerywa ciemność i ciszę wieków?... a z pod ziemi głos cichszy jęczy: anioł to, anioł upadły — szatan! — z wysokości serca Jehowy strącony w głębie nicości, to anioł czarny — wróg ludzi dzieciątek Jehowy, które już z kołyski wykraść usiłuje — anioł to, anioł upadły — szatan! — i cień on zrzucił wieko — śmiejąc się dziko — jak rykiem lwa pustyni zawołał — zwiedę jej oczy niewinne, okłamię — olśnię jak stu Faryzeuszów... biada jej lub mnie! i wyniósł pięść w górę i cisnął z tej garści, co ongi struny arfy pieściła... garść iskier jasnych, żrących — na ciało śpiącej Sary — a iskry sycząc pełzały już i pierścieniąc się okryły postać sennej — i toczyły ciało do kości, iż jedna wielka całość milionem robactwa ruszała się — a każdy z robaków napinał żądło w górę i zarażał powietrze... Tak zachychotał — cisną się ludzie do prawdy szkieletu, który im dałem wyssawszy sak soku z niego — a drugą pięść w górę niosąc — z dłoni, która ongi przed Jehowę perłami siała łzy nieszczęśliwych a zato nad ich głowy rzucała kwiaty wdzięków i nad ciernie ich skroni natchnień aureole — dziś cisnął w ciemność kilka błędnych świateł, co drgając — sine, wiodą oko do obłędu. — Tak wodzą ich moje złudy a lśniące i błyszczące myśli — wiodą do celu spruchniałego — kędy podłość podłości i poszystko podłość! a śmiejąc się i rycząc głucho jak las burzą zdąsany — uleciał z ciemności grobów w ciemność swoją — i znowu cisza zasiadła wśród grobów Rodziny Symeonowej. — ale niedługa chwila twoja — o ciszo — królowo nocy. — Co za jasność idzie — nie idzie ale sunie się z wolna po kamieniach i spływa z góry?... niby w ciało niewieścich kształtów obleczona — a jednak widać, że to nie człowiek — niby patrzy oczyma dziewiczemi — wiecznej miłości i przebaczenia — a jednak widać, że to nie człowiek — niby dłoń świeża pełna kwiatów, które rozsypuje z wonią i garstkami jasnych promieni pod stopę swoją — ta dłoń niby gotowa porwać każdą dłoń ludzką w upadku dłoni potrzebującą, i wyratować — a jednak widać, że to nie człowiek — a za tą jasnością druga postać piękna — natchniona — odlatująca — ale mniej jasna — i choć te oczy poglądają niebem nieskończonych miłości i przebaczenia, jednak widać, że to człowiek — i chociaż dłoń jej rozsypuje w koło kwiecie woniejące, rosę jasne czy łzami promiennemi pod stopę jej biała — choć ta dłoń gotowa chwycić dłoń wroga w upadku dłoni potrzebującą — jednak widać, że to człowiek. Kto jesteście dwie boskie postacie — pyta nieśmiało szelest ich kroków konający echem u wrót jaskini — kto jesteście, pyta głośniej i śmielej szelest kroków drugiej postaci idącej… u końca jaskini?... I szelest kroków pierwszej postaci odbity od sklepień, odpowiada u wrót konającym pytaniom: Anioł to — anioł Pański — dzięcię Boga — którego czoło w gwiazdach niemą schylone pokorą — którego myśl wieczną skrzydlata modlitwą — którego dłoń wiecznie u hymnów arfy brzmi o zbawienie swych braci, duchem smutnych i płaczących synów na jednej z gwiazd miliona — anioł to — anioł jasny. Piękność — za nim się w dobro zamieniła... A szelest kroków drugiej postaci odpowiada od trumień cicho konającym pytaniom: Marya to, konając: Marya Magdalena córa Symeona dziewica cicha jako kwiat polny rosnący listkami, wonią i gałązkami ku niebu — niewiedząc o woni swojej. — Piękność w dobro ucieleśniona! Marya to — Marya Magdalena — której myśl wiecznie skrzydlata modlitwą — serce wielkie wiarą — czoło pokorą schylone — której palce nieoderwane od stroń arfy złotej wysyłają z niej pieśni jak gołębie srebrno pióre, czystemi, nieopadającemi skrzydły do Pana o swoich braci w niewoli — — Marya to — Maryn Magdalena! — I stanął anioł u środka groty — i stal milcząc — ale Marya Magdalena szła sama ku trumnom — i choć trumien było siedm — Marya poszła ku trumnie Sary matki swojej — zgadując ją sercem — i stanęła cicho — i serce jej biło aż grota drżącem wtórzyła echem jak bicie czystego źródła skały wtórzą... Aniele wiosny mojej... mogęż widzieć matkę moją, której okiem niewidziałam a duchem widzę jasną — wielką i miłosna ku mnie... Aniele mój! Aniele! I anioł milczał i długo patrzył w Marya Magdalenę, aż skinął dłonią — pod którą powietrze zagrało wonią cichej melodyi, jak pierwsza miłość. — I Marya Magdalena pomyślała w duszy, oby ten anioł zostawił mnie samą... I anioł nawet uczuć moich tu nie zrozumie — takem smutna — tak zachwycona — duchem ciekawa —!... Ja tylko pojmuję co czuję — i ten co pojmuje wszystko!... i anioł zniknął ciemność dokoła groty w ciszy zapadła — tylko szelest konających promieni anioła odbił się cicho — że go myślą słyszała Marya, i skonał cicho — ciszej grając: Czemuś mnie oddaliła?... Ale Marya Magdalena zgłuszyła ten głos — czy niesłyszała czy słyszeć nie chciała — czy niemogła — bo duch jej pełen był oczekiwania. — I stało się ciemno — a tylko w ciemnościach tajemnym blaskiem złoto jaśniała trumna Sary — przez szczelinę groty podziemnej błysnął złoty promyk nowiu — i padł na trumnę matki Maryi Magdaleny — i drżąc przystąpiła ku niej — a usta do niej przytuliła pocałunkiem sieroty matce — i pomyślała: Jam dumała, że pod ustami będzie woń i pieszczota kwiatka z tej trumny — a to pruchno i drzewo. — — I klękła bliżej i tknęła świeżnemi palcami wieka nieśmiało... i pomyślała: — Jam marzyła, że pod skinięciem palców moich ozwą się czucia, jak rozdźwięki stroń tkniętej arfy — o! — I powstała milcząc na palce — a w trwodze od upadku chwyciła się warkocza długich włosów swoich drżącą rękę sama ciągnąc się do upadku — i spięła się — a oddech wstrzymawszy — odgięła z wolna wieka trumny matki swojej i spójrzała — księżyc oświecał w trumnie… szkielet odarty — pełen robactwa i zarazy ziemnej i czaszkę z dołami, gdzie dusza wyglądała ongi oczyma… — robak z ust wyłaził grożąc swej zdobyczy — z ust, co igrały uśmiechem — jak gałązka oliwna z powiewem wieczoru!... O matko moja!... jękła głośno Marya Magdalena... i z trzaskiem opuściła wieko trumny a we łzach upadła na kamienie — targając złote włosy swoje — nie! nie! nie! — matko, to ty niejesteś! i chciała raz wtóry zajrzeć — ale snać ukrył się nów za chmury nocne, bo promień nad trumną Sary zniknął — i znów ciemno w grobach dokoła tylko błędne światełka migały oczom Maryi Magdaleny — tylko echo łoskotu upuszczonego wieka trumny — konając na ścianach groty, wołało do płaczącej Maryi — biada Ci! biada nieszczęsna — czemuż myślą oddaliłaś anioła stróża wiosny twojej. — A Marya dumała myślą. — Gdzieśty, gdzie światłości natchnień ducha mego!... marzona w długie ranki pierwszej młodości — śniona w nocach dzieciństwa — przeczcie w pierwszą południa chwilę?... Gdzieśty? Nie! nie, to złuda aniele mój!... Powróć! błagam — dziecię twoję — i utul mnie cieniem srebrno piórych skrzydeł twoich — i rozświeć czarność duszy mojej!... o!... I znów jasność spłynęła w ciemności, a jasny anioł stał przy trumnie matki Maryi Magdaleny — i leżącą na głazach wzniósłszy spojrzeniem — już dłoń oparł mile na jej drżącem ramieniu, a dłonią wtórą tknął wieka trumny, które odleciało w dół i padło na głazy bez trzasku, jakby się zasłoną chmur rozwiało — a anioł wskazał jej postać w trumnie śnieżnem obleczoną płótnem jak jasnym obłokiem niebios — śnieżną — czystą całą twarz tylko cudnej boskości blada, na której ślady łez kilka świadczyły o walkach życia i żalu braci — jaśniała z pod płótna szaty, dając świadectwo o swem życiu. — A Marya Magdalena długo wpatrywała się w twarz matki swojej — z niemej radości zachwytem — i jak w wód zwierciedle ujrzała tam wszystko — wszystko tak jak marzyła — i łez strumieniem zrosiła postać Sary — i milczała długo — długo — przypomniawszy sobie tę postać — raz — raz tylko jak we mgle — nad kolebką swoją... i przypomniała sobie niebieskie wrażenie pocałunku matki na czole — i czoło jej rozkoszą zajaśniało — lecz anioł skinął — a wieko znów leżało na trumnie jak dawniej i rzekł wielkim — głosem —: Wiesz o prawdzie Maryo i wracaj w dom twój — i znikł — a promień nowin znów strzelił nad trumną Sary — tak, że Marya mogła iść ku otworowi groty — gdy w koło jej głowy drgały i gasły i podlatując rodziły się błędne ogniki, łudząc ją próżno — lecz ona nieszła za ich sinym blaskiem tylko prosto ku stopniom bez pochodni — a gdy na świat wyszła, kury piały pieśń o północy minionej i nów jasny sunął się w ciszy nad Judeą — i Marya Magdalena osłonięta szła z wolna ku domowi ojca i zaszła — a wszedłszy do łoża swego — śniła cicho do jutrzeńki spokojna — bo widziała co marzyła, — lecz usnąć niemogła a w grobach za nią został głos jakiś na kształt śmiechu złości — a groby znały śmiech ten śmiechem rozpaczy i gniewu strąconego anioła!
PIERWSZE WALKI.
Słońce dziewiczo — nieśmiało wyjrzało z chmur kirów — i gwiazdy znikły w słońcu — słowik oniemiał — a skowronek u gór szczytów zwiastował sennej ziemi świt!… — Pod figą szemrząca liściem stoi Maria Magdalena; w cichem zadumaniu pogląda na ranny świat — i w swej duszy odbija go jak w morza cichej modlącej się szmerem, fali — i szepcze ciszej od listków Marya Magdalena: Symeonie tyś mi mówił o matce mojej — ojcze! gdybyś ty wiedział, że ja dziś w nocy byłam u matki mojej — cudnej — świętej matki, co się przebudzi… że była chwila, w której niebyłam sierotą — chwila nie sen!... co byś ty rzekł chwytała arfę swoją — dotykając strun rosą lśniących ku słońcu — co już rozbiło chmur kiry a uczuła na czole pocałunek ojca i ujrzała go stojącego nad sobą — Dobrze, że czuwałaś dziś Maryo Magdaleno! dobrze żeś pielgrzymowała do matki twej trumien, albowiem dziś w grobach młodość twoja a w śmierci życie nasze! A Marya patrząc w niego anielsko, nieprzerywała gry swojej i grała dalej... I chciał jeszcze coś wyrzec Symeon — ale snać zagryzł słowo ulatujące mu z wargi, że skonało jak ptasze gotowe do lotu... i odchodził mówiąc, że idzie Arcy-Kapłana mędrca, i przyjaciela rodziny swojej, nawiedzić — i odchodził — i znów wrócił... i nic niewyrzekł — bo słowo to znów jak kwiat zwiędło mu na ustach, mając się rozwinąć — zabite ciemnością milczenia. — A Marya widziała, że coś zataił i myślała nad tem, niepatrząc już na ranku wschód… i niesłysząc szumu fal… i skowrończych pień... a cień anioła z daleka śpiewał tęskno: niemyśl, niemyśl nad tem, bo twój ojciec milczeniem swojem zbawił ciebie!... Ale ze słońcem błysła za krzakami twarz jakowaś… przeciw słoneczna sprzeczna słońca jasności w jej twarz świetlaną, piejącą hymnem tak chciwie patrzy — z krzaków się czając jak wąż na łanię pustyni, co pije u cichego zdroja — zbliżył się z wolna ów cień człowieka... Ma togę Rzymianina! — Cóż za śmiertelny ważył się wejść w todze w ogród Symeona?... biada mu! on się nielęka ludzi, stanął przed hebrajską dziewicą — i stał wzrok rzucając smutny — bardzo smutny — wymownie milczący — wymową niebios czy piekieł... A Maryn nucąc hymn niechcący spojrzała w tę stronę i widząc postać togatą — ktoś ty?... jękła — i serce jej zadrgało w piersi dziewiczej — a z dłoni upadła arfa — ktoś? jękła ciszej — i włosów zdrojem okryła się cała zasłaniając szkarłat co oblał jej śnieżne czoło — lecz cudzy milczał i pożerał ją wzrokiem — a wzrok jego był ten sam, co iskrzył się w grobach Symeonowych w nocy — i też usta, co spienione wścieklizną gniewem się śmiały rycząc złością piekieł jak z lwa gardzieli — ale te oczy dziś smutne i dłoń powolna, może sobie anielstwo swoje przypomniał szatan, patrząc w dziewicę anioła i zapłakał — ale iskry miast łez potoczyły się po licu i przypomniały czem jest — więc przystąpił bliżej, przyczaił się kotem — przypełzał wężem — i nic jeszcze niemówił — tylko patrzył — ciszej od wody przypłynął — i znów przyskoczył i cofnął się nieco — a ona... nieśmiała się trzeci raz zapytać kto jest — bo jej się zdało iż go znała — i że go gdzieś niegdyś widziała duchem — zatem oczy spuszczone wzniosła i spojrzała, lecz spójrzała już niby niechcąc w twarz jego — ale anioł Pański widomy w tej chwili rzucił jej na oczy cień skrzydeł swoich i szeptnął: walczyć będziesz — lecz zwalczyć musisz — i odstąpił o kroków kilka — jak daleko stał obcy — lecz obcy w tej chwili rzekł już głośno, gdy nań spojrzała: Kobieto!... «piękną jesteś!» — — Jam piękna! krzyknęła z głębi duszy — to chciał wyrzec ojciec! — to mi taił... jam piękna!... i zdarła chmurkę cienia, co z skrzydeł swych na błękitne oczy rzucił jej anioł Pański. — I pobiegła i poleciała jak ptaszę do źródła kędy czerpała wody dla kwiatów swoich... a pochyliwszy się nad fale spójrzała w głąb — i widziała swą postać — jasną anielsko cudną z okiem natchnionem i uśmiechem wybranych — i czoło myślę wzniosłą wieńczone i zawołała cicho jam piękna!... a cudzy rzekł jej głośniej: Maryo Magdaleno piękniejszaś od piękności, co piękność twą na zgubę piękności własnej stworzyła!... ale anioł stróż zawołał najgłośniej: Maryo! Maryo! Maryn Magdaleno… dowiedziałaś się, żeś piękną — i piękną być przestałaś jak każda kobieta, gdy się dowie, że nią jest!... i Marya spójrzała za siebie, widząc, że anioł ulatywał od niej po chmurach, łkając głośno jak strumyk w skałach i kryjąc twarze w dłoń... i jeszcze wsparł się na jednej chmurze — i spojrzał raz jeszcze w Maryę Magdalenę i znikł... i wtedy ujrzała całą jasność anioła utraciwszy pierwszą jasność duszy dziewiczej — a w źródle zamąciła się woda, bo rybki martwe wypłynęły na wierszch zabite pięknej pysznej spojrzeniem — i obraz cudny rozleciał się potwornie w falach, i w nicość rozchwiał się przed drżącej okiem — a Marya odskoczyła od źródła. I biegła wołając, jam piękna! jam piękna! i trwożna pytała źródła, jam piękna? — i każdego kwiatka pytała bieżąc: Jam piękna?... i biegła ku fidze starej — i chciała niewiedząc czemu spytać jam piękna — a, cudzy leciał — biegł za nią sycząc Pięknaś! Cudownaś! Jasnaś nad inne, Maryo Magdaleno! i znikł gdzieś w krzakach — lecz Maryn chwyciła arfę swoją i biła w strony hymnem żalu i boleści raz pierwszy smutna łez i smutku pieśnią... i znów zadyszana biegła do źródła i długo w ciche znów patrzyła fale — widząc swą postać cudną jak wiosnę, ale już nie z tym wyrazem co pierwej — z czołem chmurnem i smutniejsza jękła jeszcze: Jam piękna!.... i znów rosy pytała, Jam piekna? Ja niemam plamy na czole... moje czoło myślą skrzydlate — jak śnieg gór Sinai... moje oko jasne jak lody zacięte w słońcu na szczytach skał!... Jak obłok nocy Maju! — w tem ozwał się z daleka wesoły głos Maryi Marty — Maryo Magdaleno! przecz schylona tak tęskno dumasz nad źródłem? — niewidziałem Cię z tak chmurnem czołem. — Mój narzeczony jest! — puść mnie! bym cię nie obryzgała wodą — biorę dla owiec moich chorych wody — od doby chore zarazą co chodzić niemogą — ale Maryn Magdalena nie odstąpiła od źródła, lecz rzekła, porwawszy rękę Marty: Siostro! nieprawdaż, żem ja piękna.?... ty piękna... rzekła Marta i schyliła się także nad źródłem — a widząc swój cień w wód zwierciedle — ujrzała się o wiele mniej cudną od Maryi Magdaleny — a zazdrość wstała w dziewiczem łonie — i zagryzłszy wargi cisnęła kamień co stłukł lustro błękitne — a dwie postacie sióstr ku sobie falami rzuciły się rozkołysane i walcząc w pianach zmąconego źródła znikły — i odbiegła miotana zawiścią Marya Marta, zepsuta od Magdaleny — ale niedługo wróciła spokojna, bo Marta była przebaczająca i małej dumy — więc rzekła ze smutkiem — tyś piękna Maryo Magdaleno! świat będzie u nóg twoich — pięknaś! ciesz się ze mną, bo moje jagnięta piły wodę i zdrowsze — płacz ze mną — boć za dwie doby rzucę dom ojca Symeona i pójdę w dom Beniamina oblubieńca mego, płaczę z radości i smutku, siostro ciesz się i płacz razem ze mną!... zagraj mi raz ostatni na arfie twojej — bo jej już słyszeć niebędę — i przytuliła się do ust drżących Maryi Magdaleny a łzy ich i tchnienia zlały się w myśl jedną — smutkiem. — — I Magdalena zanuciła pieśń żegnania, Marta zaś niedosłuchawszy końca pobiegła do trzody swojej — w tem nadszedł Symeon w świątecznym stroju — i pojrzał w twarz smutną Maryi Magdaleny, mówiąc: Czemu zasmucona dumasz nad źródłem, córo moja?... byłem u Arcy-Kapłana i obiecał być za dwie doby — a naszym pobłogosławić Marcie i Beniaminowi naszym… ciesz się — a nuć piosnki weselne Maryo — Maryo Magdaleno!... Lecz ona zdała się niesłyszeć czy niesłuchać słów Symeona i milcząc w źródło patrzyła a zerwawszy oczy ku niemu, krzyknęła ojcze! jam piękna?... Ha!... jęknął Symeon! Jehowa! biada mi Jehowa, więc jam zagłośno wyrzekł... ty słyszałaś niebaczna w źródle widziałaś zgubę twoją — przeklęte źródło trucizn! i plunął w źródło gniewny a żałośny odchodząc ponuro — a Marya znów obraz swój zamącony widziała najsmutniejszy w plugawej fali — ale zerwała się jak ptaszę trwożne i z bijącem sercem poleciała daleko — pytając każdego kwiatka po drodze — każde ptaszę na drzewie: jam piękna? każdego kamienia co wyjrzał z fali — jam piękna? a odgłos jej głosu — czy jakiś głos inny… wolał mdlejąco jak łkającem chychotianiem: Piękna! Piękna! Piękna!...
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Marya Magdalena.
