Read here

Powieść składana

John of Dycalp Józef Ignacy Kraszewski · 1843 · Free in the US

56,256 words · about 3 h 56 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1843 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Powieść_składana&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
John of Dycalp Józef Ignacy Kraszewski
Language
Polish
Published
1843
Length
56,256 words · about 3 h 56 min
Sections
10 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (10)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 1 h 58 min
  3. Przedmowa about 6 min
  4. I about 25 min
  5. II about 21 min
  6. III about 12 min
  7. IV about 13 min
  8. V about 12 min
  9. VI about 12 min
  10. VII about 19 min

Continue:

Front matter

|

Wydanie Adama Zawadzkiego.

Nakładem i drukiem Józefa Zawadzkiego.

całość

|

Wydanie Adama Zawadzkiego.

Nakładem i drukiem Józefa Zawadzkiego.

'

zapewne, śród trosk domowych, śród kłopotów urzędowania, słowem, śród chmury smutków nieoddzielnych od życia, trapiłeś się jeszcze tą myślą, że są ludzie do tyla biedni, co nie wierzą ani w miłość platoniczną, ani w przyjaźń literacką. Tak, tak, są, niestety! Nieszczęśliwi ci mają pospolicie temperament żółciowy, lat przeszło cztérdzieści, cerę bladą, humor zwaśniony z całym Bożym światem, i czytają powieści — wyobraź sobie, kochany Czytelniku, imaginez vous! — suchemi oczyma, z wargą zaciśniętą, bez łez, bez uśmiechu. Poveretti! Moglibyśmy do nich powiedzieć z doktorem Hannemannem: „Mości Panowie! jeśli nie wierzycie, raczcie ustąpić z łaski swojéj, bo dla waszéj opłakanéj niewiary, ulatnia się cudowna własność naszych pigułek!” — Ale że podobni ludzie, jak wszyscy zostający w błędzie, zasługują raczéj na politowanie, więc zamiast Filippik, które od czasów Demostenesa nic przekonywają jakoś nikogo, przytoczymy im przykład żywy, oczywisty, wzięty z epoki bieżącéj, to jest, z roku łaski 1845, mówię: tysiąc ośmset cztérdziestego trzeciego. Oto dwaj pisarze, których imiona, podług słów Glücksbergowskiego Uwiadomienia, „tak zaszczytnie są znane czytającéj powszechności, że w téj materii rozciągać się nawet nie warto,” nie będąc sobie osobiście znajomi, (tak jest, łaskawy Czytelniku!) jedynie na mocy pobratymstwa i dobréj zażyłości, w jakiéj ich dusze w sferach gwiaździstych, weszli z sobą w przyjaźń listowną, ale tak ścisłą, serdeczną i niezachwianą, o jakiéj ani mowy być nic może miedzy tymi godnymi litości przyjaciółmi, co znają siebie osobiście. Jest to bez wątpienia rzecz bezprzykładna w całéj starożytności, to jest, aż do chwili włącznie, gdy wynalazek pisma i poczty, spoczywające na łonie czasu, obudziły się nakoniec. Więcéj powiémy, jest to może rzecz jedyna, przekonywająca najświetniéj i o doskonaleniu się rodu ludzkiego, i o téj często pod wątpliwość podciąganéj prawdzie, że wynalazki przynoszące materijalne korzyści, zostają też w ścisłym związku z moralnym postępem ludzkości. Bo komu-ż nie wiadomo, że od przyjaźni krok tylko jeden do miłości? Gdyby więc ta wszechwła- dna królowa świata raczyła przyzwolić na malutką kondescensiją, i zaniechawszy harmiderów domowych, latała jak dawniéj pocztą na gołąbkach... o jakże jesteśmy pewni, że idea Platona o miłości dałaby się na prześliczną rzecz zamienić!! Ale przepraszamy za ustęp, skądinąd usprawiedliwiający się doskonale swoją nowością i ważnością przedmiotu. Wracamy do opowiadania. — Wspomnieni dwaj przyjaciele listowni wpadli na pomysł świetny i nowy, a więc spółcześnie (jak to się pospolicie zdarzać zwykło właścicielom wszystkich wielkich pomysłów) na pomysł napisania składanéj powieści, ale to tak, aby plan i treść po sobie następujących rozdziałów nie były z góry ułożone i zależały wprost od natchnienia piszącego, i od łaski losu. Zdałoby się, że niepodobna już obmyślić delikatniejszego sposobu do uproszenia natchnienia; i dwaj listowni przyjaciele, zawierając z sobą niniejszą umowę, pewni byli niemal tego pożądanego gościa; a więc tylko dla formy, zastrzegli siebie nawzajem, że jeśliby ostatniém już nieszczęściem składana powieść się nie udała, tedy pocichu, bez wrzawy i bez żadnych obrzędów, zostanie oddaną na całopalenie. Zatém przystąpiono było do pisania. — Długo byłoby opowiadać, jako piérwszy rozdział wydał drugi; jako dwaj piszący dziwili się w duchu, nie pojmując siebie nawzajem; jako wchodzić w objaśnienia zabraniała im umowa; jako przekonali się rychło, że należy im położyć całą ufność w Allahu i mieć się co najprędzéj ku końcowi; jako żartem i krom żartu przebąkiwali o całopaleniu powieści, i jaka to wielka szkoda, że nie przyszło do téj ofiary? — Że zaś żadną miarą przyjść nie mo- gło, to niech Ci będzie jawno, kochany Czytelniku, z uwag następujących: 1. Która-ż matka, nawet z tych nieszczęśliwych, co śmieją vel śmią grozić śmiercią swojemu rodzonemu dziecięciu, zdolną jest spełnić tę groźbę? — Jeżeli Józef Flawijusz wspomina o podobnych przykładach, zdarzonych jakoby podczas oblężenia Jerozolimy, to krytyka wyższa dawno już uczyniła uwagę: że to opowiadanie jest czysto hyperboliczne, orientalne, i zmierzało jedynie do zagrzania patriotyzmu Żydów. Józef jak gdyby w te słowa odzywał się do swoich ziomków: „— Wasi przodkowie nie wahali się zagrzebać w gruzach świętego miasta, wasze matki gotowe były raczéj własnoręcznie pozabijać swe niemowlęta, niżeli je widzieć w niewoli; a wy czysta krwi, nieodrodne potomki tych bohaterów!!” — I czas okazał, że nie było to wezwanie do głuchych. Ży- dzi dotąd zapalają się męstwem na samo wspomnienie swoich rycerskich przodków, czerwienią się ze złości na samo imie Rzymian, i jeśli nie wypowiedzieli im otwartéj wojny, to jedynie dla tego, że przewidujący Rzymianie rostropnie zniknęli sobie ze sceny świata. 2. Mówi się pospolicie, że autorowie są dla dzieł swoich z uczuciem rodzicielskiém; czemuż przecię nie mówi się nigdy, że są oni z uczuciem ojcowskiém — lecz z macierzyńskiém? Pozwólmy że to jest w pewny sposob anomalija, ale pełna znaczenia; maluje ona najwyższy stopień przywiązania, i dostatecznie wyświetla: dla czego żaden z autorów nie miał nigdy serca do zniszczenia swojego dzieła? — „Rozkaz zabicia syna — jak uważa pewna matka — danym był Abrahamowi, ale nie Sarze!” — Sławnéj pamięci Wirgilijusz Maro całe życie zabierał się do spalenia Eneidy; przy śmierci jednak, gdy zdało się niektórym z opodal stojących wykonawców jego woli, jakoby poeta mówił: „comburatis Eneidam!” bliżsi zaświadczyli zgodnie, że mówił: „ne comburatis! nie palcie! . Autorowie niniejszéj powieści, wydając ją na świat, powodowani byli nadto szczególną uwagą, która ze względu zawisłości syllogizmu jest zapewne nieco zasubtelną, niemniéj jednak ważną, dla swojéj prawdy i nowości. Codzienne usiłowania spółki paryzkich wodewilistów, powszechnie znajomy przykład Panów Barthelemy i Mery, i że sięgniemy świéższéj jeszcze i bliższéj przygody, Panów Brambeusa i Tymofiejewa — wszystkie te przykłady aż nadto są dostateczne dla utworzenia pewnika: że spółki autorskie kończą się, niestety! dość nieszczęśliwie. Ale nie było jeszcze przykładu, albo, że tak powiémy, bra- kło właśnie przykładu, jakiego-by też powodzenia mogła być powieść napisana przez dwóch nieznajomych sobie ludzi, bez planu poprzednie obmyślonego, i z całą tą tak ponętną i tyle okrzyczaną swobodą natchnienia i gry wyobraźni? Doświadczenie, i zimny rozsądek, po przejrzeniu niniejszéj powieści, wyrzekły: że taką powieść bez namysłu i zwłóki należałoby rzucić na kominek, i wielbiąc z Delillem powaby zimy, patrzeć,

Ale serce autorskie, skromne i czułe, powiedziało inaczéj: — Spalić! Cóż w niéj niebezpiecznego, niemoralnego? Czyli-ż dla tego spalić biedną powieść, że nudna i wodnista? Ręczę was, że jéj nawet nie weźmie się ogień! — Rzuciliśmy na próbę kawałek brulonu. Prawda! — Otoż widzicie! — — Ależ Zawadzcy! Po cóż mają tracić biedni Zawadzcy?... Czyliż im liczyć za winę, że młodzi i szlachetni! — — Moi Panowie! Przepióreczka jeszcze zupełnie nie okluje łupiny, a już biega. Podobnież i z Księgarzami. Mają oni spekulacije dziedziczne, tak dobrze i głęboko obmyślane, że to nie do uwierzenia. I dla czego-ż, myślicie, podejmują się oni, od czasu do czasu, wydania takich rzeczy, jak wasza składana powieść? — — A dla czego-ż by, jeśli nie dla samej nowości, zawsze mniéj więcéj pokupnéj?... — — Bynajmniéj. Nieraz się zdarza, że nie sprzedadzą oni ani jednego ze swojego wydania, ręczę was, ani jednego! Przeznaczenie pism takich, jak wasza powieść, jest zupełnie oddzielne. Są one tém w obrótach Księ- garzy, czem w Strategii: cohorte perdue; służą im dla ustawiania półek, na których znajdują się dzieła prawdziwie cenne i pożyteczne, a to w tym celu, uważcie: aby mole i myszy, za tarczą pism waszych, oszczędziły dzieł klassycznie pięknych i wzorowych. Bo mole i myszy, te mściwe narzędzia czasu, te nieubłagane wyrocznie potomności... — — Kto? mole i myszy!! To już też czyste żarty! — Bynajmniéj. Mściwe te narzędzia czasu mają instynkt cudowny, którego dość podziwiać nie podobna. Rzucają się one ze szczególném upodobaniem na wszystkie powieści i pisma podrzędne, i tylko w przypadku ostatecznego już głodu, dotykają dzieł pożytecznych. Księgarze wiedzą o tém, i biorą się na stosowne sposoby. Oto tajemnica, dla któréj imiona prawdziwie sławne i dzieła prawdziwie pożyteczne, opierają się szczęśliwie zniszczeniu czasu i przechodzą nieśmiertelne do potomności, podczas gdy millijony innych... — — Dobrze jest. Ale czy też to wyda się ładnie, ze złączonémi siłami nie zdołaliśmy skleić nawet ladajako-znośnéj powieści? — — Publiczność jest już z tém oswojona. Montesquieu dawno powiedział o akademii paryzkiéj: „zda się, że najlepsze nawet głowy niedołężnieją, gdy są razem.” Najlepsze! a więc uważcie moi serdeczni Panowie, żeście usprawiedliwieni od stóp do głowy! —

I.

— drogi stryju! zwiedziliście tyle świata, rąbaliście się nieraz, jak sami powiadacie, za ładne kobiéty, i ulatywaliście dla nich po pięćdziesiąt mil w dobę, i Niebo tylko raczy pamiętać o wszystkiém; powiedzcie mi jednak, jak kochacie honor, czyście widzieli w swém życiu co równie pięknego, jak moja Antosia? — — A wiész-że co? mój mosanie! powróć mi lat cztérdzieści i dawne czasy, a potém już nazwij czém chcesz — jak najdobitniéj — jeślibym chciał choć spójrzeć, choć skinąć wąsem na twoję Antosię. — — Jest to tak obojętne, kochany stryju, stwo- rzenie, że nawet ta jawna z waszéj strony niełaska nie zmartwiłaby jéj śmiertelnie. — — Rozumiem cię, mój mosanie, i na dowód, że rozumiém, powiém ci na ucho, nie przez zemstę, broń , ale litując się najszczérzéj nad tobą — żeś strasznie, kolosalnie, kubicznie głupi. — — Kochany stryju! prawdaż to, żeście dużo podobni do mojego ojca? — — Kropla w kroplę, mój mosanie! — — To w cóż się teraz obróci moje zawołane podobieństwo do nieboszczyka ojca? — — Kiedy tak chcesz, odpowiém ci i na to. Ojciec twój, pokój jego popiołom, był walny, szczéry, braterski człowiek. Nie znał on tych faryzejskich, niepoczciwych, tych jakichś waszych teraźniejszych wybiegów, któremi ty, mój mosanie, jak stary bankrut, chcesz mi się tu ratować; ale ręczę cię, jakem chrześcijanin, jak żołnierz, że nie dopuściłby on nigdy, aby nasz herbowy Gryf miał się zamienić na sójkę w twojém ręku; nie ręczę cię nawet, mój mosanie, czyliby twój ojciec, w teraźniejszym stanie rzeczy, nie uczynił zamachu — choćby tylko jakie kilkadziesiąt razy — na swoje własne podobieństwo! A potrzebujesz wiedzieć, że nieboszczyk miał rękę okrutnie z góry na dół podatną. — — Nic łatwiejszego, kochany stryju, jak ręczyć w imieniu nieboszczyków. A jabym sądził, na mocy prawidła, zabraniającego przypuszczeń uwłaczających czci zmarłych, że nie tylko mój drogi ojciec, ale nawet dziad, pradziad i wszyscy obecni tu praszczurowie, jeśliby mogli na chwilę ożyć w portretach i spójrzeć na moję Antosię, wszyscy jednomyślnie, sejmowym głosem potwierdziliby mój wybór — i nawet uchwaliliby mi familijne laudum. — — Dobrześ powiedział, mój mosanie, choć ani wątpię, że to przypadkiem, bez zastanowienia i bez najmniejszéj zasługi w obliczu rozumu. Tak, jeśliby twoi przodkowie mogli ożyć i spójrzeć przez chwilę na twoję Pannę Antosię — ale słyszysz mi, przez jednę tylko chwilę — możeby ją i udarowali pochwałą: bo nasz ród słynął od wieków z dworności; ale posłuchaj, powiadam ci, mój mosanie, jakem szlachcic, jeśliby oni mogli wiedzieć tak dokumentnie, jak to mnie jest wiadomo, co za śliczne cnoty posiada ta twoja Panna Antosia, wierzaj mi, że bez żadnych ceremonij, zapisaliby cię oni natychmiast do bractwa biczowników. — — Cóś nie żartem zaczynasz ubliżać, stryju, mojéj narzeczonéj; ośmielam się więc przypomnieć, z winném mojemu opiekunowi uszanowaniem, że za imie mojéj narzeczonéj, chociaż dałem to imie Antosi bez waszéj wiedzy i woli, gotow byłbym zadzwonić w szable, z kimkolwiek — nawet — — Nawet z rodzonym stryjem! Czemuż nie kończysz? dobry, przywiązany, uległy synowcze! — A wiész-że młokosie, chłystku, fjutko, mój mosanie, że-bym cię tu na miejscu w sztuki rozsiekał, nie zważając jaka w tobie krew płynie, jeślibyś śmiał odezwać się mi podobnie przed laty cztérdziestu. — — Proszę mi darować, kochany stryju, ale to-by nie nastąpiło. — — Co nie nastąpiłoby! nie nastąpiło! — Nigdym nie zwracał uwagi na twoje puste mowy; ale kiedy doszło do tego, że mi dotykasz honoru, że mię śmiész robić samochwałem, junakiem, pustomówkiem, jakimi wy wszyscy dziś jesteście — musisz mi tu natychmiast wytłómaczyć się z każdego swojego słowa, albo, przez Ś. Tadeusza, ciężko pożałujesz swego! — — Tak jest, kochany stryju, to-by nigdy nie mogło nastąpić, dla piętnastu przyczyn. — — Co? i jeszcze dla piętnastu przyczyn! Ty mi to śmiałeś, ty śmiész powiedzieć! Więc od dziś dnia, wyrzekam się stryjostwa, opieki, gardzę tobą — wyjeżdżam. — — Ależ, drogi stryju, daj przecię sobie wymienić choć piérwszą z tych przyczyn: przed cztérdziestą laty nie było mnie jeszcze na świecie. — — Przewidziałem, to jest, mogłem przewidzieć, że tak mi odpowiész. Głupstwo wieczna twoja przyczyna, i mógłbyś w niéj umieścić nie tylko jeszcze piętnaście innych, ale legijon legijonów. Otoż to młodzież dzisiejsza! Lituję się nad tobą, mój mosanie! Wyście nie warci nawet gniewu takich ludzi, jakimi byli wasi przodkowie! — — Najświętsza prawda, drogi stryju! Po cóż więc było gniewać się na półgłówka, który w żaden sposób nie czuje się godnym i nie życzy sobie tego zaszczytu? — — To jest, mówiąc po prostu, uczciwie, jak mówiono za moich czasów, gdy słowa były jeszcze sposobem do wynurzenia myśli, nie życzysz sobie, mój mosanie, abyśmy dłużéj mieszkali razem! Przewidzia- łem, mogłem przewidzieć, że prędzéj czy późniéj to nastąpi. Kłaniam, kłaniam uniżenie, kłaniam ci jak najuniżeniéj, mój mosanie! — I wymawiając te słowa, stryjaszek kłaniał mi w rzeczy saméj, ale tym ukłonem szyderczo-staroświeckim, jakim kłaniali sobie niegdyś Zamojscy i Zborowscy, Górkowie i Tarnowscy. Było to w sobotę. W dzień ten, jak gdyby w skutek jakiegoś postanowienia, stryj mój musiał zawsze z jakiegokolwiek powodu wygniewać się najszczérzéj; lecz za to nazajutrz i przez cały tydzień, był już najmilszym, słodkim, lipkim choć do rany. Zdarzało się to tak chronicznie, że nie tylko nie zadawałem sobie przymusu naginania się do jego cudactw sobotnich, ale nawet z zamiarem przekomarzałem się mu i dopomagałem wszelkiemi siłami temu zbawiennemu wydzielaniu się żółci, po czém zawsze, daleko jaśniéj świeciło słońce nad naszym Tolinem. Tą jednak razą stryj tak niespodzianie uciął rozmowę, tak mało okazał téj skwapliwości, z jaką nałogowi kłótnicy lubią korzystać z każdego powiewu poddmuchującego pożar wojny, (używamy tu przyjętego terminu historycznego) i tak nagle odszedł do swojego pokoju, nie zawo- ławszy nawet za sobą nieodstępnego Medora, że osądziłem za obowiązek, uciec się na ten raz, w sposobie wyjątku, do pokory, i iść w przeprosiny. Przeczekawszy więc chwil kilka, nimby gniew odległ nieco, zbliżyłem się pocichu do stryjowskiego pokoju i zanóciłem pod drzwiami tę śliczną, komuż nieznaną balladę: Służyła mi ona, w naszych domowych wojnach, za prawdziwą pieśń pokoju. Stryj lubił ją niezmiernie, ale choć mi ją często kazał sobie powtarzać, sam w żaden sposób nie mógł nigdy przypomnieć ani piérwszych jéj słów, ani nóty. Byłem niemal pewnym, że na takie zaklęcie stryj mój nie wytrzyma, i że wkrótce usłyszę odbite stentorowskim wtórem: runęły; gdy wtém rozległ się wystrzał pistoletowy, i kula warknęła mi o parę calów nad uchem. — Pudło! kochany stryju! — zawołałem głosem niezupełnie czystym i przysłoniwszy się na wszelki przypadek do węgła. Odpowiedzi nie było, ale dał się słyszeć wystrzał powtórny, potem trzeci i czwarty; kule je- dnak nie wylatywały już za drzwi. Domyślałem się, że stryj mój spędza cholerę na jakimkolwiek nieszczęśliwym tuzie żołędnym, z których często lubił i umiał wysadzać oka; ale niezręczność, z jaką przy piérwszym wystrzale tylko co nie pozbawił mię ucha, zdała mi się nie do wytłómaczenia. Nie mogło być inaczéj, jak tylko, że pistolet wypalił wprzódy, nim został wymierzonym. Gdy ucichły strzały i dały się słyszeć wielkie liczone kroki (bo stryj mój w rzeczy saméj miał zwyczaj liczyć je, ilekroć przechadzał się sam jeden po pokoju), rzekłem zlekka drzwi uchylając: — Bardzo przepraszam, kochany stryju, żeś mnie nie zastrzelił; kula jednak szepnęła mi bardzo blizko koło ucha. — — Byłoby mniéj jednym.... — Synowcem! — podchwyciłem, czując jak wiele zależało od pośpiechu. — Ten synowiec nie jest już moim. — — Tém większa byłaby odpowiedzialność, kochany stryju, zastrzelić cudzego synowca. — — Idź-że mi precz z oczu, mój mosanie, jeśli nie chcesz, abym cię tu doprawdy zostawił bez uszu! — — Ale co widzę! Ha! ha! kula na kuli! Ot to mi to! — — A u nas tak! — — Z których-że to pistoletów? kochany stryju! — — Oba razy z Rejtanowskich. — — Lecz jak to stać się mogło, że piérwsza kula tylko co mię nie musnęła za drzwiami? — — Nie dałbyś wiary, mój mosanie, i ja sam teraz bez śmiechu pomyśleć nie mogę — tak mi ręce drżały, gdym wyszedł od ciebie i brał się tu za pistolety, jak owemu Anglikowi, o którym nie bez tego, żebym ci kiedyś nie opowiadał. — — Nie, nie przypominam sobie, kochany stryju! — — Czyż doprawdy? posłuchaj tylko, mój mosanie! To nic osobliwszego! Spory już temu kawał czasu, do dworu Księcia Karola Radziwiłła, panie kochanku, przywałęsał się był, niewiedzieć skąd i niewiedzieć jak, jakiś cienki, wymokły, wyporterowany, wydżynowany Sir Smook, rodowity Anglik, i do tego jeszcze koniuszy Esquire, jak wszyscy Anglicy. Bo stąd to, mówiąc nawiasem, trzeba sobie tłómaczyć piękność i dobroć koni an- gielskich, że w Anglii, na jednego konia, liczy się, mój mosanie, przynajmniej pięciu koniuszych. — Ten tedy Pan Smook, koniuszy — o czémże miałem mówić?... a!! — przyszedł do niesłychanéj łaski u Księcia Karola przez to jedno, że na samym wstępie okrył hańbą, jak worem, wszystkich strzelców książęcych bialskich i nieświéżskich. Bo co to jest, wyobraź sobie, mój mosanie, piętnaście razy, strzał w strzał, ubić kulą w lot jaskółkę — i notabene z pistoletu. — No i cóż, panie kochanku, moi zieloni panowie! — mówił Książę do swoich zawołanych nieświéżskich strzelców — co z tego będzie? Chyba kupimy sobie arkusz papieru i zaczniemy nanowo strzelać do celu: bo przyzostaliśmy od naszego gościa, panie kochanku, jak Święty Michał od Nieświéża! — Gruchnęło natychmiast echo dokoła o tym najosobliwszym Panu Smook’u: ho choć owych czasów po naszych szlacheckich domach czytywano sobie tylko przeszłoroczne gazety, i chodzono o zakład, czy wezmą Rossijanie Oczakow, wtedy, gdy już klucze od tego miasta były w Petersburgu, ztémwszystkiém o dobrym strzelcu, jeśli się gdzie jaki pojawił, wiedziano prędko, mój mosanie, drogą przyjacielskiéj kursorii. Trzebaż było, żebym ja wtedy bawił właśnie w Kodniu, niedaleko Białéj, a to z następującéj przyczyny. — Nieboszczyk twój ojciec, a mój starszy pan brat — Panie świeć jego duszy — konsystując z regimentem około Kodnia, nieproszony ni dziękowany ode mnie, wyswatał mi był, mój mosanie, pannę, i tak żwawo, po regimentarsku, poprowadził rzeczy, że mnie samemu pozostawało już tylko pojechać, podobać się i stanąć na kobiercu. Jakoż szanując święcie słowo i wolą starszego brata, jak ojcowskie, pojechałem, i od piérwszego spójrzenia... — Ale po co zaś wam trzpiotóm, sowizdrzałóm, słyszeć o tém, jak kochano za naszych czasów? — — A toż znowu czemu? mój stryju! Kochano zapewne tak, jak teraz, z całego serca. — — Z której-że przecie strony nosicie to serce, podług najnowszéj mody? — — Podług anatomii, powinno być z lewéj. — — Dobrześ, szczérze powiedział, mój mosanie! W rzeczy saméj bez anatomii nie wiedzielibyście dziś o tém. I kto wié, czy nie przyjdzie mi jeszcze dożyć, że w Londynie lub w Paryżu naznaczą uczoną ekspedyciją dla odkrycia: czy też od dzisiejszego pokolenia nie wywędrowało serce gdziekolwiek sobie do Owajhi lub do Nowéj Zelandii? — — Otoż, kochany stryju, stanęliśmy na tém, jakeś raczył zakochać się od piérwszego spójrzenia, i to nie po dzisiejszemu, w jakiejś tam, zapewne już nieboszczce — pannie. — — Wara mi, mój mosanie! Posłałbym trupem każdego, ktoby jéj, w mojéj obecności, śmiał ująć za życia; a teraz, gdy już powołał ją do siebie, trzech śmierci dla podobnego zuchwalca miałbym zamało. — — I ten, kto tak kochał swoję narzeczoną, ma serce nie przebaczyć równéj-że skłonności! — — Ona nie była nigdy moją narzeczoną! — — Tém bardziéj, kochany stryju! a moja Antosia ma ode mnie przysięgę. — — Co mi tam zawsze wtrącasz cóś dla zmylenia z tępu! Ale no! na czém-żeśmy się zastanowili? — — Na Antosi! drogi stryju! — — Co? cha! cha! cha! — Nie! nie to jest! Zaraz! — Opowiadałem ci, zda mi się, mój mosanie, że w czasie, gdy ten sowizdrzał, Smook, pojawił się na dworze Radziwiłłowskim, bawiłem właśnie w Kodniu, ze zbiegu różnych okoliczności. — — Tak jest, kochany stryju, przybyłeś właśnie wtedy do Kodnia, dla poślubienia osoby cudnéj, doskonałéj piękności. — — Dobrześ, święcie powiedział! Dodaj tylko, mój mosanie, żem jéj nie poślubił, gdyż nie była ona dla mnie przeznaczoną. Źle jednak mówię: ona była, musiała być dla mnie przeznaczoną: bo w przeciwnym razie, nie powinienem-że był dotąd o niéj zapomnieć, ja stary, blizko siedmdziesięcioletni! — ja, którym zapomniał szesnastu ran, pochował ojca, matko, brata i tylu moich rówienników, przyjaciół, tylu dobrych ludzi, jacy nie dla mnie już teraz rodzą się i żyją na świecie. O, tak! ona była, musiała być — jest dla mnie przeznaczoną, kiedy jéj obraz jeden tylko ocalał w mojej pamięci, świéży, jasny, jakbym ją widział wczora, jakbym miał ujrzeć jutro. — To jutro!.. O, moim świadkiem, żem niepodobny zgoła do tych starych, dla których śmierć nie ma nic miłego! — — Drogi mój stryju! dozwól ucałować swe ręce. Takie uczucia, takie wyrazy w siedmdziesięciu latach! I jam mógł powątpiewać o twojém sercu! — — Nie przerywaj mi! Wreście dziękuję ci, żeś mi przerwał. Dziwnie zapewne brzmieć muszą podobne wyrazy w moich ustach, jak dziwnie odbijałaby mi róża, jeślibym ją przyśpilił do piersi. A jednak w kim nie ostygła bojaźń Boża, w tym nie stygnie i serce do zgonu. — Ale inną może razą opowiém ci o nieszczęściu, które mię przyprawiło o ten stan wdowi na całe życie. Teraz wracam do drobnostki, o któréj ci zacząłem. — Doszły mię głosy o Angliku wtedy, gdy wszystko na świecie było mi czarne i niemiłe. Niewielebym zapewne zwrócił uwagi i na to, że któś tam zręcznie zabija ptaszęta, jeśliby nie szczególny powód taki. — W liczbie dworzan Księcia Karola znajdował się w Białéj mój stryjeczno-rodzony brat, Tomek, żywy i bardzo ode mnie lubiony dzieciuch. W parę cóś tygodni po przyjeździe Smook’a, potrzeba było, że Tomek jakoś tam przeszedł mu drogę, czy może tylko przeszkodził mu milczeć, co dla Anglika aż nadto dostateczną jest przyczyną do pojedynku, i Smook w rzeczy saméj tegoż dnia przysłał mu swój Cartel. Biedny Tomek, poradziwszy się szesnastoletniéj odwagi i mając przed oczyma przykład jaskółek, niewiele myśląc, dopadł po- cichu konia i oparł się aż we Lwowie. Książę Karol, dowiedziawszy się o tém, kazał mu posłać przez umyślnego pachołka strzelbeczkę z pióra i garniec kartofli; dworzanie złorzeczyli tchórzostwu swojego kamrata, piorunowali, przeklinali Anglika, i mrucząc obchodzili go jednak, a Sir Smook w dzień naznaczony ostrzelał na cztéry rogi plac pojedynku, i zaczął milczeć jeszcze dumniéj, jeszcze gęściéj niż wprzódy. Ach! mój mosanie! rozumiałem, że ze skóry wyskoczę, gdy mię któś piérwszy oparzył tą wiadomością. Wstyd mi się zrobiło nie tylko za Tomka, ale i za cały dwór Radziwiłłowski. Więc nie tracąc chwili, nie mówiąc ni słowa nikomu, przybrałem konia i w kilka godzin ujrzałem się pod Białą. Było to, jak dziś pamiętam, wieczorem około trzech kwadransów na siódmą, w maju, kiedy powietrze tak czyste, wonne, słodkie, świat taki ponętny, tak zachęcający do życia; a jam pędził, mój mosanie, na łeb na szyję na śmierć niezawodną: bo podług wszelkich praw, piérwszy strzał należał Anglikowi. Gdy jednak niéma wyroku Boskiego, choćbyś gonił dwadzieścia śmierci razem, wszystkie one uciekać przed tobą będą. Miałem wtedy piérwszy jeszcze dowód téj świętéj prawdy; lecz potém nie dwadzieścia może razy ponawiał się mi on w różnych batalijach, gdzie również nadaremnie, choć szczérze, śmierci szukałem. Stanąwszy przed pałacem, nie dowiedziałem się nawet czy w domu Książę; zapytałem tylko o mieszkanie Smook’a, i poszedłem prosto do jego apartamentu. Wchodzę, i jak na toż, zastaję, mój mosanie, Księcia Karola grającego w szachy z Anglikiem. Na szczęście, Książę nie przypomniał mnie sobie od razu; co widząc, przyszło mi też na myśl udać, że go biorę za kogo innego. Bez wszelkich więc wstępów, ogródek, ukłonów, rzekłem najspokojniéj, podchodząc do stolika: — Bardzo przepraszam Panów moich, że przerwę im na chwilę grę tak piękną i zajmującą; ale powiedziano mi, że zastanę tu Pana Koniuszego Smook. — Ja nim jestem, panie kochanku! — odezwał się powstając Książę Karol. — Więc chciéj Pan przyjąć ode mnie wyzwanie. — Dobrze jest, panie kochanku, ale nieźle-by też było wiedzieć, z jakiej-to, panie kochanku, racii? — A z téj, Mości Panie — odpowiedziałem, okazując ciągle jakobym nie znał Księcia — że WPan, będąc cudzoziemcem i doznając gościn- ności na dworze naszego miłościwego Księcia Wojewody, nie powinieneś śmieć tu szarzać i podawać w poniewierkę tych słów: panie kochanku! na samo wspomnienie których drżą wszyscy nieprzyjaciele imienia Radziwiłłów. — zapłać, panie kochanku, za tę przyjaźń dla domu Radziwiłłów — rzekł Książę, ściskając mię ze zwykłą mu serdeczną rubasznością. — Kiedy tak, to wybacz-że już, panie kochanku, że nie będziemy z sobą pojedynkowali; ale masz mię za to wiecznym swoim sekundantem. — Więc miałbym szczęście stać w obliczu naszego miłościwego Księcia Wojewody? — rzekłem, ujmując go za kolano. Książę odpowiedział mi na to raz jeszcze swoim olbrzymim uściskiem, podniósł mię i najuprzejmiéj sadzał obok siebie. — Nie, nie, Mości Książę! — ozwałem się ośmielony jego dobrocią — nie racz mi Wasza Książęca Mość robić tego zaszczytu; dozwól tylko biednemu szlachcicowi jąć się na ten raz z góry Jego Pańskiego słowa, i prosić Waszą Książęcą Mość za sekundanta do naszego pojedynku z Panem Smook, jeśli się nie mylę, że go tu zastaję, i że zastaję w nim człowieka z honorem. — Nie omyliłeś się, panie kochanku, we wszystkich trzech przypuszczeniach: masz przed sobą do usług swoich Smoka (choćby go właściwiéj było nazwać Drakonem) i Radziwiłła; tuszę sobie, że oba oni dostoją ci placu; ale zawsze przecież godzi się zapytać, z jakiéj przyczyny, panie kochanku, chcesz rzucić gałkę Smokowi, który w żadnéj linii nie pochodzi od Wawelskiego? — Na poderędziu nie mam, Mości Książę, żadnéj lepszéj przyczyny do wyjawienia, nad tę: doszły mię , że P. Smook strzela arte z pistoletu, ja też strzelam nieźle: przybyłem więc z tém umyślnie, abyśmy poszli z sobą cel na cel. Jeśli P. Smook znajdzie tę przyczynę niedostateczną, więc za pozwoleniem Waszéj Książęcéj Mości, wystrzelę cztérykroć na pałacowym dziedzińcu, i odjadę, zostawując Panu Smook gotową już temę do dyssertacii: o angielskim honorze. — Książę Karol uśmiechnął się, wzruszył ramionami i oddał po francuzku moje słowa Anglikowi. — Very well! — mruknął Smook dość obojętnie — miejsce i godzina? — Ta salka trzyma z górą dwadzieścia kroków — odpowiedziałem — jest to właśnie jak na mierny strzał pistoletowy; jeśli więc Książę Pan raczy na to zezwolić, siądziemy tu sobie zaraz na dwóch przeciwnych progach, i mam nadzieję, że nie popsujemy ani gobelinów, ani obicia. — Co do gospodarza i sekundanta, panie kochanku, zgoda! — A więc teraz, za łaską Waszéj Książęcéj Mości, Pana mojego miłościwego, mogę już sobie usiąść — i domawiając tych słów, podszedłem ku drzwiom i usiadłem spokojnie na środku progu, z założonemi na krzyż rękami. Anglik powiódł po mnie ponurém okiem, nie zdradził się niczém; dostrzegłem tylko, że przymrugał kilkakrotnie raz po raz, gdyśmy się spotykali oko w oko. — Czekam więc Pana! — rzekłem takim tonem, jak gdybym siedział nad szachownicą i szło tylko o piérwsze wyjechanie. Smook ruszył się leniwie, dobył ze szkatułki pistoletu, i usiadłszy w milczeniu na przeciwległym progu, to ustawiał pistolet do moich oczu, piersi, głowy, to znowu powoli go opuszczał. — Czekam — powtórzyłem z lekkim uśmiechem; bo zmiarkowałem już zaraz, że kuglarstwo i odwaga nie mogłyby żyć z sobą nawet o miedzę, a nie dopiéroż w parze. Ztémwszystkiém Smook zwlekał jeszcze i oglądał swój pistolet. — Czekam! — odezwałem się po raz trzeci — albo minuta jeszcze, i ja piérwszy wystrzelę! — Książę przetłómaczył moję pogróżkę, i Anglik zaniósł nareście pistolet. Błysnęło, śmierć syknęła mi nad uchem, jak osa; lecz byłem tak poróżniony z życiem, tak kamiennie obojętny, zrospaczony, że nawet nie złożyłem w myśli dziękczynnego hołdu Temu, kto sam jeden tylko śmierć posyła i oddala. Jakieś śmieszne junactwo, jakaś dziecinna ufność w sobie samym całkiem owionęły mi głowę. Powstałem z mojego miejsca, przeszedłem gdzie Anglik siedział, i potrącając go niemal, rzekłem szyderczo: — Siedziałem twarzą do słońca, i słońce przeszkodziło ci widać, mój Panie, lepiéj wziąć na cel. W waszym mglistym kraju słońce jest tak rzadką rzeczą, że miałbym sobie do wyrzucenia, jeślibym chciał skorzystać z tak błahéj okoliczności; pozwól więc Pan, abym zajął tu jego miejsce, sam zaś przejdź na moje i racz przecię zmierzyć się po ludzku. — Książę opierał się zrazu temu mojemu dziwactwu, odwoływał się do praw pojedynku, radził mi nie żartować, ale Niebu dziękować; widząc jednak, żem jak muł uparty, a Smook, nie pojmując o co chodziło, pobladł jak chusta i usiadł ze drżeniem na mojém miejscu, jak na rusztowaniu, wytłómaczył mu rzecz całą i podał drugi pistolet. Ach! mój mosanie! gdybyś w téj chwili mógł być z nami, za- praszałbym cię już nie na pojedynek, ale na czyste drwiny. Najstarszy pijak z professii, powracający do domu i witany z daleka od żony, nie potrafiłby wyrabiać takich esów i gzygzaków, jakie wyrabiał nieszczęśliwy mój Smook, przybierając się do powtórnego strzału. Rzekłbyś, że wszystek dżyn wypity przezeń od lat cztérdziestu, natarł mu teraz na prawą rękę i miota nią, jak fechmistrz rapirem. Choć siedziałem trochę niewygodniéj niż na cenzurowaném, nie mogłem przecież nie śmiać się serdecznie, patrząc na mojego przeciwnika; lecz Książę zanosił się od śmiechu, i powtarzając ustawicznie to po francuzku to po polsku: — Strzelaj-bo już, panie kochanku, poleciwszy się Niebu! — wyelektryzował z Anglika ostatnią iskrę odwagi. Kula, jak można było przewidzieć, osiadła o dobry łokieć od celu, w uszaku; i Smook tak śmiertelnie uczuł się zawstydzonym, że być może z również obojętném jak i ja na śmierć przygotowaniem, a przynajmniéj z otwartą gębą, oczekiwał teraz z kolei mojego wystrzału. — — O mój stryju! nie strzelaj, na miłość Boską, do tego nieszczęśliwego Smoka; dość żeś go zmusił do zrzucenia łuski. — — Gorzkieś dziecko, kiedy mię sądzisz zdolnym do zastrzelenia tchórza; nie zrobiłbym tego, będąc nawet bezpardonowym huzarem! — Podszedłem raz jeszcze ku niemu, i nie pastwiąc się już więcéj nad odrętwiałym, zmierzyłem się z piérwszego mojego miejsca w uszak, gdzie utkwiła kula Anglika, i wsadziłem kulę na kulę, jak dzisiaj. Jedź, mój mosanie, do Białéj, a będziesz mógł zobaczyć po-dziś-dzień, czy tak jest, jak mówię? — — Cóż na to Książę? kochany stryju! — — Zakochankował mię, mój mosanie, zacałował, i omal nie zapoił na śmierć. — — A Anglik? — — Tegoż dnia jeszcze, bez powrotu, wyrejterował się z Białéj. — — Raczcież mi jeszcze powiedzieć, kochany stryju, tylko szczérze, chyba i na Anglika użyliście tych czarów oczu, którym, jak mówicie, żadna piękność onego czasu oprzeć się nie mogła, że mu tak nie dopisały pistolety. — — Bez żadnych w świecie czarów. Ot pokazało się potém, mój mosanie, że Anglus, mówiąc pod sekretem, kiepsko strzelał. — — A jaskółki? — — Błazeństwo! Odkryło się, że kule rzucał on tylko dla ceremonii do pistoletów, nabijał zaś je zlekka zwilżonym prochem, którym każdą jaskółkę (rozumié się nie na daleką metę) ogłuszyć można, tak, że upadnie, ale też po niejakim czasie i poleci sobie . Frant zamorski, temi swojemi kulami długo durzył on i mroczył starych i szczwanych myśliwych: jak bo też i im, proszę uniżenie, nie mieć tego rozumu, że ugodzona kulą taka drobna ptaszyna, na miazgęby się rozbiła. Ale uważam z twojéj miny, mój mosanie, że nie pojmujesz dokładnie, co to jest strzelać prochem zwilżonym? — Uważ więc dobrze. Biorę naprzykład ten pistolet i nabijam prochem, jak zwyczajnie. Że prochu wsypałem tą razą za mało, to dla tego tylko, że to się robi dla próby. Potém przybijani proch, jak zwyczajnie, kłakiem, ale, jak widzisz, przybijam mocno, żeby przy wystrzale dwa prochy przypadkiem z sobą się nie połączyły. Powiedziałem ci, dwa prochy, ale drugi preparuje się już na ten raz inaczéj. Ot patrz, biorę sobie szczyptę prochu, skrapiam go wodą, wsypuję, mój mosanie, do rurki, i, jak widzisz, zleciutka już przybijam drugim kłakiem. A teraz, traf, traf, sprowadzam, mój mosanie, zamek na oba spusty i strzelam. — — Aj! aj! aj! — stryju! o ja nieszczęśliwy! moje oczy! moje biedne oczy! — — Ach!! Przez wszystkie rany Zbawiciela! — Adasiu! nie bój się, moje dziécię! to tylko kontuzija! Wody! koni! kto w wierzy! — Nie będę powtarzał tych przeraźliwych jęków i krzyków, jakieśmy naprzemiany ze stryjem podnosili wniebogłosy, w chwili tego smutnego wypadku, i nieraz jeszcze potém. Za jednym razem straciłem rzęsy, powieki, najpiękniejszą część, sam kwiat, wyskok, kwintessenciją mojego czuba, i znalazłem się jak w otchłani z zapuchłemi hermetycznie oczyma. Proszę sobie wyobrazić stan biednego młodzieńca, zakochanego, narzeczonego, który nie był nigdy powołanym zostać Miltonem, Kozłowem lub Tierry’m, który miał takie czyste, wymówne, błękitne oczy, i nagłe ociemniał, nie mogąc mieć nawet ani téj marnéj, wysoko jednak w podobnych razach cenionéj pociechy, że sam sobie wysmalił oczy! Pomyślcie tylko, co to jest nagle utracić ten arcy-cud , w którym odbijają się wszystkie inne widome Jego dzieła i cuda, który rozszérza dla nas granice bytu i zaludnia świat tylą jestestwy, który na każdym kroku ukazuje nam nowe łaski Twórcy i powaby życia, który często, bez usiłowania z naszéj strony, bez myśli prawie, zniewala nas do najczulszéj wdzięczności ku Niebu, a przez to tak słodko, łatwo, błogo nakłania do wiary, nadziei i miłości: pomyślcie, co to jest utracić nagle rozmiar przestrzeni i czasu, liczyć chwile boleści godzinami, godziny dniami, zrywać się o północy, i nic nie słysząc dokoła, sądzić się opuszczonym, zamkniętym w szpitalu, słyszeć codzień z oburzeniem słodziutkie zapewnienia lekarzy, i ztémwszystkiém pragnąć słyszeć je jak najczęściéj, walczyć ciągle między nadzieją a rospaczą, uważać się ciężarem dla otaczających, znienawidzonym, zdradzonym — od Antosi, i dla braku oczu, płakać tylko sercem — krwawemi łzami! Stryj mój, o ile był nad wiek swój prędkim, z żywego srébra ulanym, o tyle z drugiéj strony znowu umiał dochować w siedmdziesięciu latach serce, w prawdziwém znaczeniu wyrazu, dziecinne, braterskie, najczulsze. Jeden tylko instynkt przywiązanéj kobiéty byłby zdolnym stwarzać podobne sposoby do osłodzenia cierpień i ślepoty, jakie wy- najdywał dla mnie codzień ten czcigodny starzec. Były to prawda, po większéj części, sposoby obmyślane i odgadywane rozumem, więc obce tego delikatnego wdzięku, uroku, rozmaitości, tego Boskiego daru kojenia i umilania nędz życia, jakim Niebo chciało mieć wyłącznie napełnioném serce kobiéty; ale możnaż nie uszanować i rozumu, gdy on usiłuje pełnić, swoim sposobem, powinność serca? Ktoby mu odmawiał podobnego hołdu, nie chciałby chyba pamiętać, że serce dobréj kobiéty dla tego właśnie tak jest piękném, iż również w wielu razach zamienia dla niéj zimne i długie formuły rozumu. — Dobry mój stryj zdobywał się dla mnie na wszystkie rozrywki pociechy i osłody, jakich nieprzebrana w swych sposobach Opatrzność użyczyła i dla ślepych, jakie na wsi mieć tylko można było. To mi opowiadał on o różnych wypadkach swojego pięknego życia, spędzonego w znacznéj części śród orłów Napoleona, to czytywał powieści i gazety, pomimo słabego już wzroku i wstrętu, dochodzącego aż do złości, jaki przez dziwną w siedmdziesięciu latach anomaliją, czuł ku gazetom, to przygrywał na gitarze, nócąc ulubione swoje dumki, to ostawiał mię różami, rezedą, lewkonijami, lakami, etc., sprowadził nawet dość mile brzęczący pozytywek, postawił go pocichu w moim pokoju i zamówił na parę godzin codzień organistę z sąsiedniego miasteczka, nazgromadzał zewsząd synogarlic, turkawek, słowików, kanarków, nakoniec we dwa tygodnie po moim przypadku, usłużył mi siurpryzą, która w swoim rodzaju mogłaby być uważaną za jeszcze zręczniejszą od próby z prochem zwilżonym. Powiedziano mi dnia tego, że stryj, ledwie na świt zaczęło się zajmować, wyjechał gdzieś śpiesznie, że przybrał się staranniéj niż zwykle, i kazał mi oświadczyć, iż nie prędzéj wróci aż wieczorem. Nagły ten i w pewny sposób tajemniczy wyjazd zasmucił mię trochę, bom przywykł już spuszczać się we wszystkiém na oczy stryja, i rozpieszczony nieodstępném jego towarzystwem, nader rzadko uciekałem się do pośrednictwa służących; ale ani się domyślałem prawdziwego celu téj pojazdki. Koło godziny siódméj wieczorem (było to w Czerwcu) ledwie mi powiedziano, że stryj powrócił, gdy on sam wszedł z pośpiechem do mo- jego pokoju, jak gdyby się lękał, aby mię kto inny nie uwiadomił o jego powrócie, i przeprosiwszy w kilku słowach za swój tajony wyjazd, oświadczył, że przywiózł z sobą lekarza, po którym spodziewa się wiele, żem powinien być dlań szczególniej powolnym, gdyż jest to bardzo uczony professor, i że chce go natychmiast wprowadzić. Nie czekając potém mojéj odpowiedzi, otworzył drzwi od ościennego pokoju i rzekł głośno: — Prosimy Pana Dobrodzieja! — Przez nawyknienie właściwe wszystkim ślepym nie od urodzenia, podniosłem głowę i obróciłem się całą twarzą w tę stronę, skąd drzwi się otwiérały. — Ach! Jezu mój! wszakże to z niego monstrum! — dał się słyszeć głos, któryby może otworzył mi oczy, jeśliby odezwał się innemi słowy — głos Antosi. Ale i tak zaczęły mi otwierać się oczy — moralnie. — Więc to nie litość nad mojém cierpieniem, ale przestrach i wstręt na widok nabrzmiałych i opalonych oczu, spowodowały to wykrzyknienie! — pomyśliłem. I odwracając się ze zwyczajną chorym skwapliwością, rzekłem głucho i z tém usiłowaném szyderstwem, które najwięcéj mnie samego bolało: — Monstrum, dla widzenia którego Pani przybyłaś, nie okazuje się za biletami, i nie życzy sobie wcale ani widzów, ani téj pochwały, że jest doskonale w swoim rodzaju. — Nastała chwila milczenia. Stryj mój myślał teraz zapewne nad niewczesnością swojego najlepszego zamiaru, a Antosia żałowała może wykrzyknienia, które jéj z ust zleciało; choć rzadka, bardzo rzadka, z saméj chyba litości ulana istota, nie powtórzyłaby, na widok mojéj twarzy, słów Antosi. Prócz oczu, których strata zajmowała mię wyłącznie, nie wiedziałem jeszcze wtedy, bo starano się utaić to przede mną, że całą twarz powlekała mi jedna płomienna plama, mająca zamienić się z czasem w błękitnawe, nakrapiane, i może wieczne już piętna. Lubo milczenie po dopełnionéj niezręczności bywa często najlepszym z doświadczanych w podobnych razach sposobów, ztémwszystkiém w téj chwili tak mię boleśnie dotykało, tak raniło samo milczenie, sama nawet przytomność — mojéj narze- czonéj, że w tym samym tonie co i wprzódy, prosiłem jéj, aby oszczędziła niemiłego widoku pięknym swym oczóm i opuściła mię, życząc tylko — jeśli łaska — jak najprędszego zgonu. — Jabym cię miała opuścić! Komuż to mówisz? — odpowiedziała moja narzeczona jednym przeciągłym, jak gdyby z serca wyrwanym jękiem. W jęku tym było tyle boleści, tyle téj strasznéj udzielającéj się prawdy — rospaczy, że dobry mój stryj nie mógł powstrzymać się od głośnego płaczu, a jam uczuł téj saméj chwili, jak gdyby jakaś tajemna zasłona rozdarła się w głębi mych piersi, i po raz piérwszy wtedy, głucho wprawdzie, ale słodko, swobodnie, jak gdybym mógł łzy wylewać, zapłakałem. Ulżona pierś dała przystęp łagodniejszym uczuciom. Najcięższa z ofiar: wyrzeczenie się samego siebie, wyrzeczenie się praw, jakie mieć mogłem, do Antosi, sam nawet zgon umilony pewnością jéj przywiązania, zdały mi się teraz tak łatwemi, żem miał siły odezwać się do mojéj narzeczonéj, smutnie ale ze spokojnością umierającego suchotnika: — Niech ci nagrodzi — i nagrodzi pewnie twe przywiązanie. Dzięki ci, moja luba, że nie chciałaś odstąpić, za piérwszém spójrzeniem, nieszczęśliwego kaleki; ma on przynajmniéj tę pociechę, że może ci zwrócić twą przysięgę w sposobie ofiary, i myśleć, że zrobił ci po raz ostatni rzecz miłą — że nabył przez to prawa choć do tkliwego twojego wspomnienia. Ale byłbym niegodnym samolubem, szalonym samolubem, jeślibym chciał przyjąć twoje poświęcenie się, lub śmiał odwoływać się teraz do naszéj przysięgi. Tyś ją dała innemu człowiekowi, jakim ja już nie jestem, jakim nigdy nie będę! — — Ty jesteś, będziesz dla mnie zawsze moim najdroższym, jedynym Adamem! Niech mię sądzi w dniu ostatnim, jeśli kiedykolwiek w życiu — — Ach! nie kończ! nie wzywaj , mój aniele! — — O, Wzywam ! wzywam najświętszéj Jego zemsty, jeśli kiedykolwiek, choć na chwilę, odmienię się dla ciebie! — — Nie, moja najdroższa! ani Niebo, ani twój biedny narzeczony, nie może przyjąć podobnéj przysięgi. Serce kobiéty — i nie saméj tylko ko- biéty — serce każdego człowieka, w najpiękniejszych swych chwilach, zdolném jest tylko do krótkiego poświęcenia się. Wielu ludzi z ochotą zapewne podjęłoby śmierć dla miłych osób; ale złączyć swój los i życie z pół-umarłym, zaprzysiądz wieczne przywiązanie, idąc za natchnieniem saméj tylko litości, w chwilowém uniesieniu wyrzec się szczęścia na zawsze, taka ofiara nie jest ani w mocy, ani w rozporządzeniu człowieka: bo nie jest nam danem ani przewidzieć, ani zabronić sobie jutrzejszych myśli i pragnień. — — Pojmuję cię, mój Adamie, ale cierpienia i samotność ostudziły ci serce. Kto tak zimno zdoła przypuszczać i sądzić o miłéj mu niegdyś osobie, ten albo się jéj już wyrzekł, albo wyrzec się byłby zdolnym. — — Tak jest, jam wyrzekł się ciebie — i wszelkiej nadziei. — — A jeśliby, Adamie, ta słaba, ułomna istota, którą z góry obwiniasz o możność znienawidzenia cię, jakby o sam uczynek — dziś jeszcze, w téj saméj chwili, pozbawiła siebie wzroku — jedynie dla porównania się z tobą we wszystkiém? — — O mój aniele! nie przychodź mię doświad- czać, nie przywodź mię do rospaezy, przez litość nad nieszczęśliwym, nie wspominaj mu teraz o swoich doskonałościach. Jeżeli kiedy, to teraz okaż mi się słabą, płochą, i tylko dobrém sercem chwilowie poruszaną istotą — jak są wszystkie kobiéty — a będzie mi znośniejszą strata życia i szczęścia, nieporównanego szczęścia posiadania ciebie! — — Biorę za świadka, że cierpienie czyni cię niesprawiedliwym, Adamie! Ale ja ci przebaczam, jak choremu dziecku, jak bratu, jak mojemu narzeczonemu. Nie myśl jednak, abyś mię mógł oddalić od siebie. Nie z tém tu przybyłam, aby zapłakać nad tobą, oświadczyć ci życzenie zdrowia i odebrać na powrót moję przysięgę. Wymodliłam u moich drogich rodziców, że mi dozwolili zostać przy tobie, i zostanę tu aż do twojego wyzdrowienia, jak siostra, jak sługa. Gdy ci otworzy oczy i będziesz mógł czytać na mojéj twarzy, sprawdzić czylim ta sama lub nie ta już dla ciebie, wtedy powiész mi naukę o zmienności kobiéty i odtrącisz od siebie, jeślibym mieć mogła tyle obłudy, abym nie kochając cię, garnęła się jeszcze do twojego serca. A teraz dosyć tych jęków i téj jakiejś wybolałéj filozofii, którą będziesz mię mógł uczęstować nieraz, gdy ci się na sen zbierać nie będzie. Nie słuchając daléj, wstępuję w moje obowiązki, i za twojém pozwoleniem, mój kochany, osmalony Panie Adamie, idę ci nagotować przymoczki. — Ostatnie słowa powiedziane były takim wesołym, zwyczajnym tonem mojéj dawnéj, z saméj, zda się, pustoty złożonéj Antosi, że rozczuliły mię one więcéj jeszcze, niżeli jéj uroczysta przysięga, któréj słuchając, drżałem naprzemiany, to z radości, to z obawy krzywoprzysięstwa. Trzymając się oburącz za serce, płakałem ciągle, podobnie jak głuchoniemy, jakimś tłumionym, dzikim, przeraźliwym płaczem; a jednak była to tak słodka, uroczna w życiu mém chwila, jakiéj ani przedtem nigdy, ani potém już nie zaznałem. Stryj mój niemniéj może ode mnie, tylko spokojniéj, był szczęśliwy. — Co to za serce! co to za dziewczyna! — wołał on raz-po-raz. — mi dopomoż, powinienem iść boso aż do ziemi świętéj, żem się dozwolił tak przeciw niéj uprzedzić! Cóż bo za źli ludzie są, mój mosanie, na świecie! Jak ci win- szuję z duszy, mój Panie Adamie! I imieniem twojego ojca i matki — niech im da światło wiekuiste! — błogosławię was z całego serca! — W téj chwili weszła Antosia, pojmała ostatnie słowa stryja i zawołała wesoło: — A więc za błogosławieństwem Półkownika, (stryj mój miał ten stopień), jesteśmy z sobą, Adamie, tak dobrze jakby po cywilnym ślubie; i teraz, choćbyś mię nawet odpędzał, nie możemy już się rozejść bez formalnego rozwodu. A nie tak go łatwo z mojéj strony otrzymasz. — — Dośćby mi było — odpowiedziałem ośmielony wesołością mojéj narzeczonéj — nazwać cię tylko z przymileniem: moja żono! a bez rozwodu i prędko już i łatwobyś uciekła od swojego ślepego małżonka. — — Nie zgadłeś wcale. Właśnie że-bym nie uciekała. Dostać ślepego męża, jest to taki skarb, jakiego mi zawsze życzy moja ciotka. — — Brawo! mój mosanie! brawo! Moja śliczna Panno Antonino! pozwól się ucałować za tę kochaną otwartość! — — O nie, nie mogę za nic, Panie Półkowniku! W klasztorze, do którego byłam oddawaną, ślu- bowałam na regułę, że nie pocałuję nigdy żadnego z dymissijonowanych wojskowych — chyba w rękę. A do tego muszę pójść zaraz i napisać do kochanéj mamy, w jakim kwaśno-gorzkim sosie zastałam mojego pana narzeczonego, jakeśmy się z nim wykłócili, popłakali, i nareście zwyczajnym krokiem od wielkiéj kłótni do wielkiéj zgody, wzięliśmy sobie ślub cywilny, za łaską i błogosławieństwem Pana Półkownika. — Kończąc te słowa, zanóciła jakąś pół-szczęśliwą, pół-smutną piosenkę, nie troszcząc się ani o słowa, ani o ich nótę, jak gdyby w rzeczy saméj była już nowo-ślubną, i wybiegła.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…