Read here

Improwizacje dla Moich Przyjaciół

Józef Ignacy Kraszewski · 1844 · Free in the US

11,487 words · about 48 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1844 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Improwizacje_dla_Moich_Przyjaciół&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Józef Ignacy Kraszewski
Language
Polish
Published
1844
Length
11,487 words · about 48 min
Sections
2 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (2)

Continue:

Xiążeczka do zapalania fajek

IMPROWIZACJE

DLA

Moich Przyjaciół.

XIĄŻECZKA

DO ZAPALANIA FAJEK.

J. I. Kraszewskiego.

Wydanie Drugie Poprawne.

O.

4.

SPIS RZECZY.

Pozwolono drukować pod warunkiem złożenia po

wydrukowaniu exemplarzy prawem przepisanych w

Cenzury. Wilno, 1844 roku, 12 Kwietnia.

Cenzor, Professor b. Uniwersytetu Wileńskiego,

Xiążeczka do zapalania fajek

IMPROWIZACJE

DLA

Moich Przyjaciół.

XIĄŻECZKA

DO ZAPALANIA FAJEK.

J. I. Kraszewskiego.

Wydanie Drugie Poprawne.

O.

4.

Pozwolono drukować pod warunkiem złożenia po

wydrukowaniu exemplarzy prawem przepisanych w

Cenzury. Wilno, 1844 roku, 12 Kwietnia.

Cenzor, Professor b. Uniwersytetu Wileńskiego,

Szpargał Piérwszy.

K.

się był obudził, przecierałem oczy, ziewałem, przez zęby pytałem: która godzina? nie chcąc wierzyć, gdy mi odpowiedziano: — Już po dziewiątéj! — Niewyspany, zmęczony, bo wczoraj siedziałem bardzo długo, przepisując swoje, a czytając cudze , chciałem się jeszcze na drugi bok przewrócić, wtém słyszę, któś wszedł, zbliża się i wrzeszczy mi nad uchem: — Dzień dobry! dzień dobry! — A wrzeszczał tak, jak gdyby jego życzenie dnia dobrego mogło w istocie dzień dobrym uczynić. Musiałem mimo woli i ochoty rozbudzić się, i ziewając, podałem rękę przybyszowi, który, jako serdecznie kwalifikujący się na przyjaciela, zaraz mi z łaski swojéj udzielił szczodrze wszystkich plotek, chodzących po mieście. — O tobie — rzekł wreście, wysypawszy wszystko — mówią wiele, szkoda tylko, że niedobrze. — — Naprzykład, coż tam? Baronie Hieronimie! dawaj herbatę. — — Powszechnie głoszą, żeś się rozbałamucił. — — Jak to? cóż to znaczy rozbałamucił? Baronie! nałoż mi fajkę. — — Znaczy, że się włóczysz po kawiarniach, po spacerach, próżnujesz i bąki strzelasz. — — Radbym wiedział, co to komu szkodzi! Baronie! zapal łuczynkę. — — No, zapewne; ale zawsze źle, kiedy o tém mówią. — — W mojéjże mocy temu zaradzić? sam wyznaj, Wiktorze! Język ludzi, to młyn skrzydlaty, który zawsze mleć musi, a gdy niema co, sam się sciera i miele. Skrzydeł jego nie utrzymasz porwawszy za rogi, chyba ze środka z wewnętrzném przekonaniem o niedorzeczności plotek. Bądźże mądry i dokaż tego. Tego, ani całkowicie, ani cząstkowo, względem siebie nikt nie dokaże. Przekonasz dziesięciu, stu zostanie, którzy się rozkochawszy w plotce, nie opuszczą jéj nigdy. — Czarną będziesz pił herbatę? Wierz mi, o tém i myśleć nie warto. A coż? przeglądałeś Meyerbeera? — — Mistrz! mistrz całą gębą! — Wszedł drugi quasi przyjaciel. — Dzień dobry! Cóż tam słychać? — — At, nic. Słyszałem tylko od N., którego tu spotkałem niedaleko na ulicy, że PP. Ewangelicy XIX. wieku pogniewali się na ciebie za PP. Ewangelików XVII., wystawionych w kościele Ś.-Michalskim, i piszą jakąś prośbę, w któréj dowodzić mają, że nikomu prawdy mówić nie można, póki się nie przekona, czy jest smaczna czy nie. — — Chcieliby, żeby wszystko cukrować! Powiedz mi: co im szkodzi, żem tak pisał, jak widziałem? — — Nie wypadało tak źle ich wystawiać. Obraz bez świateł. — — Alboż to może szkodzić ich sławie? Alboż wady nieboszczyków ich ojców mogą co mówić przeciw nim? Będąż wszyscy Katolicy odpowiadać za Alexandra VI., wszyscy Ewangelicy za jednego Rektora, cała Anglja za Cromwella, cała Francja za Robespierra i Marata, potomkowie dawnych Rzymian za Nerona i Heliogabala? Cóż u licha! to zbytek już pretensji, żeby prać przeszłość ze jéj brudów; a zresztą, to nie w mocy naszéj. — Wszedł trzeci. — Dzień dobry. Co tam słychać? — — Same głupstwa. — — To, widzę, jak zawsze i jak wszędzie. — — Spotkałem Pana B., mówiliśmy o tobie. Wielce ci ma za złe, żeś w twoim Zygmuncie tak brzydko wystawił Jezuitów. — — Doprawdy? Wiktorze! zagraj nam uwerturę z Fra-Diavolo, albo co z Nieméj, albo co chcesz. — — Doktorowie także gniewają się. — — A! więc i oni? — — I oni. Akademicy za swoich braci z 1639 r. w kościele Ś.-Michalskim wystawionych. — — O! i ci nawet! — — Protestanci-Ewangelicy mówią, żeś fanatyk. — — (Dodaj, że wielce obrażeni nazwaniem Kalwinów. Spytaj ich, co ten gniew znaczy?) — — Xięża mówią, żeś niedowiarek — libertyn. — — Jakże to pogodzić? — — Alboż ja wiém? — — Najlepiéj wcale na to wszystko nie uważać i robić swoje. — — Jako najlepsze lekarstwo, poradziłbym ci przeczytać bajkę o młynarzu, starą jak świat, ale prawdziwą, jak wszystko bardzo stare i bardzo pospolite. Dobrze jest czasem słuchać ludzi, najczęściéj jednak można się od tego dyspensować. Cóż ich sądami kieruje? próżność, chęć popisania się z dowcipem, żądza pokazania się excentrycznemi. Często sami nie wiedzą co mówią, i na oślep bredzą co im ślina do ust przyniesie; a gdy raz przypadkiem zdanie jakie wyrzucą, chwytają go się potém przez upor i trzymają przez dumę, jak pijany płotu. — — Ale! ale! wszyscy krzyczą na twój styl, na niewypracowanie; przebaczają ci resztę, ale stylu! stylu darować nie mogą! Koniecznie się potrzeba poprawić. — — O! co z tego, to podobno nic nie będzie. — — A więc spodziewaj się nieustannych narzekań i krzyków. — — Tych nie bronię. Kupując , kupują sobie prawo narzekania, że w niéj tego nie znaleźli, czego się spodziewali. Ażeby dogodzić o ile możności wszelkiego rodzaju smakóm starym i młodym, ludzióm wszelkich wyznań i humorów, wzrostu i cery, złożę z moich bredni wieczornych, którem wam nieraz o zmroku powiadał, xiążeczkę rozmaitéj treści — wielce rozmaitéj treści. Będzie to Olla podrida. Starać się będę, aby na styl i na przedmiot jak najmocniéj krzyczeć i narzekać mogli. — — I tym sposobem im myślisz dogodzić? — — Gdy dam wyśmienity text do wrzasku i rekryminacji. — — Ciekawiśmy! — — O! niéma czego, wierzcie mi! Będzie to marmelada z jabłek, ogórków, wiśni, poziemek, szczawiu, pasternaku, sałaty, dębowéj kory, szyszek sosnowych, gruszek, marchwi, winogron, trocin, otrębiów i ananasów — C’est tout ce qu’il y a de mieux, jak powiadają francuzkie kupczyki, chwaląc przeszłoroczny i wyszły z mody towar.

Szpargał Drugi.

H.

jest ślicznym wymysłem na zapchanie dziur w próżnych głowach i powieściach fantastycznych. Gdzie tylko brak przyczyn, gdzie nie można, strawić trudno, wmięsza się tylko trochę djabła lub djabelstwa, a ogon satana służy za przyczynę, za węzeł, za tłumaczenie, za digestivum umysłowe, za literacki wytrych. Rozmaicie djabła malowano i malują; będę się starał opisać go wam jak najrozmaiciéj, ażebyście nawet przebranego poznać mogli jednym rzutem oka. Na wielkich historycznych obrazach, djabeł koloru palonéj sienny i asfaltu, z uszami dużemi, mopsią twarzą, (niepochlebnie dla mopsów faworytów) wykrzywioną szatańskim śmiechem, z ogonem (sine qua non), pazurami (longiusculis), kociemi nogami najczęściéj widywany bywa. Jest to djabeł tradycyjny, klassyczny, rodzaj satyra starożytności, któremu nowożytni wspaniale et munificentissime dodali ogon przydłuższy i złośliwie zakrzywiony, (niekiedy z główką wężową), pazury ostrzejsze. Rogi z głowy satyra, w całéj ich naiwnéj pierwiastkowéj piękności, przeniesiono na czaszkę djabelską. — Są jednak malarze nowi, co satana malują wcale przyzwoitym, pięknym, trochę tylko bladym i po hiszpańsku strojnym mężczyzną. Całe jego sataństwo w uśmiechu i wejrzeniu! Istny Don Juan! Prosty djabeł niemiecki cale znowu inaczéj wygląda: niby Bursz, niby Assesor Sądu Niższego (dawnego autoramentu), niby to i djabeł; mięszają się w nim różne pierwiastki. Różni się od starożytnego tradycyjnego , że jest prawie zawsze kulawym, (udaje przez dumę potomka owego sławnego djabła kulawego); ubrany przyzwoicie, czysto, porządnie, jak na człowieka uczciwego przystało, a la vieille mode allemande: frak niebieski, spodnie żółte, bóty ze sztylpami i kutasami, czerwona kamizelka, chustka szeroko zagmatwana, szpicrut w ręku, kapelusz spiczasty. Trochę przypomina nieszczęśliwéj pamięci Wertera — Que l’oubli lui soit léger! Zacząwszy od satyra starożytności, całe potomstwo satana lubi jak lubiło wino, dziewczęta, hulankę. Lecz czego satyrowie nie znali a późniejsi domyślili się, to: podwodzić ludzi na różne złe uczynki. Tak to powszechnie jest uznaném, że byle kto co zrobił, nie on, mówią, winien, ale zły duch, co go podszczuł, i na to dla osobistéj swéj korzyści podprowadził. Dawniejsi djabli, Mości Dobrodzieju, w początkach chrześcjaństwa, w wiekach średnich, siedzieli jeszcze po większéj części pod ziemią, w folwarku swoim dziedzicznym, nadanym im od czasów niepamiętnych, vulgo piekle; potém ambicja ich porwała, chęć dorabiania się fortuny, honorów (trafia się to i z ludźmi), i nuż wyłazić, czupurzyć się, dokazywać, już taki na ziemi, na własnéj naszéj ziemi: bo któż nie wié, że ziemia jest nasza własna, dla tego, że my do niéj należym i pokorni słudzy jéj własności jesteśmy? Dowod niezbity. Ale bo też i w piekle, in inferno — świadkiem Dante in Comedia Divina passim — wcale było niewygodnie, gorąco, duszno, siarczysto, płomienisto, pełno smoły, dziegciu, obcęgów, rożnów, łańcuchów i t. d. i t. d., a do tego nic do roboty, a ciągła męka. Praca zaś, jak wiadomo, delectat, rozrywa. Djabli się wynieśli pracować na ziemię. Teraz też i w piekle wcale inaczéj. Oświata XIX wieku wszystko ztamtąd wymiotła, wyrzuciła co było nieprzyzwoitego i trywjalnego, a piekło reformowane wygląda teraz jak wielki kraj bardzo czysty, pachnący, bogaty, przerznięty kolejami żelaznemi bez liku, ale trochę dla podróżnych niewygodny, z powodu rzadkich austerij i rozbójników. — Nie stałoby wszystkiego Jeziorniańskiego papieru na historji i czynów djabła w wiekach średnich, w złotych wiekach sataneryi (confer Terra bianca). Co też to oni wyrabiali! dziśby tego czterech Akademików nie dokazało. Płatali figle, brali cyrografy podstępnie na dusze ludzkie, udzielali cudownych łopat i cudownych leków, mioteł latających, pieniędzy, (rzecz, któréj i djabli dziś nawet najlepszemu przyjacielowi nie dają), rozumu, szczęścia, (qualité inferieure garrantie pour une heure), wszystkiego na niewielki procent — na wieczność. Duszę brali w zastaw. Za to wszystkiego u nich można było dostać, jak w norymberskim sklepie. Jakie to oni podprowadzali dziewczęta, (czytaj u Göthego w Fauście), jakie trunki wyborne (tamże); u Aura tak sławnego w Wilnie dziesiątéj części tych win niemasz; nakoniec, coż to u nich było złota, pieniędzy, preciozów, Rotschildowie niech się schowają!! A wszystkie te skarby na posługę ludzióm oddawali z uśmiechem, z bezinteresownością nadzwyczajną. Teraz niéma innego sposobu od nich dostać grosza, chyba siądziesz grać w karty. Co dawniéj dawał djabeł, dziś daje djabełek. Z nazwania widać, że datek trochę zmniejszony. Jak się rozgościli djabli po ziemi, Mości Dobrodzieju, podobały się im ładne czarnobrewy, (do łzawych i sentymentalnych blondynek nigdy się nie podsuwali), zaczęli się umizgać, kłaść rękawiczki na pazurki, trzewiki na kopytka, kapelusze i czuby na rogi, i frak z ogonem wynaleziony przez nich został dla pokrycia ogona, którym ich obdarzyła zbyt szczodra natura. Dziwże się tu, że my szalejem, kiedy oni des êtres si positifs warjowali za dziewczętami, czytaj w Magji, czytaj o Inkubach. Włosy na głowie powstają, Mości Dobrodzieju, słuchając, co oni dokazywali z dziewczętami. Były tam różne brudne awantury. W ogólności o ożenieniach nie było słychać; bałamucili, jak zwyczajnie starzy kawalerowie. Podziwienia godna rzecz, że się obojéj płci djabli nie lubili: djabeł generis masculini, vulgo samiec, szukał naszych buziaczków, diabeł generis feminini, vulgo djablica, chłopców . Ale nie opisałem jeszcze djablicy; zaraz. Potrzebuję jednak uprzedzić, ze exystencja nawet djablicy wielce jest wątpliwa, i Linneusz nie zadeterminował jéj dokładnie. Djabeł samica bywa jednak i dziś jeszcze widywany na świecie pod rozmaitemi postaciami, nawet o południu, przy blasku słońca; naprzykład: ukazuje się w postaci wdowy bogatéj, lubieżnéj, brylantami i złotem osypanéj, wygorsowanéj, tłuściuchnéj, uśmiechającéj się mile, dającéj wieczory, ubierającéj się w suknię axamitną z koronkami, w beret z piórami, w zausznice brylantowe et sic porro. Nóżka jéj maleńka, usta malinowe (znak skrofułów, bo wszyscy w piekle są bardzo skrofuliczni), oczy zabijające wejrzeniem na śmierć. Czasami djabeł generis feminini, przybiera postać szesnastoletniéj dzieweczki, czarnookiéj, wesołéj, polotnéj, zapalnéj, trzpiotowatéj, gadatliwéj, dowcipnéj, a w kąciku dającéj się uścisnąć. Zwodząc poważnych mężów i słabe kobiéty, Pan Djabeł starał się usilnie o jak najwięcéj ofiar swéj dumy. Niczém przy nim jego naśladowca Don Juan, ten bohatér tak wielki dzisiaj w oczach cywilizowanego świata. Bywały, Mości Dobrodzieju, przykłady młodych dziewcząt umierających nagle, gdy się dowiedziały, że ich kochanek był prostym djabłem, nic więcéj; bywały przykłady młodzieńców, którzy sobie łby roztrzaskali, przekonawszy się, że mieli do czynienia z szatanem w niewieściéj skórze. Straszne to były awantury, i gdyby nie inkwizycja, która (jak wiadomo, zapobiegając ruinie narodowości hiszpańskiéj), w kluby djabłów wzięła, śledzić postępki ich kazała, kuć w dybki i ciupasem do piekła pod dozor policji odsyłać — kto wié coby byli i jak długo broili. Tymczasem i piekło, Mości Dobrodzieju, organizowało się; byli już tam dawniéj xiążęta i dygnitarze, zaczęli przybywać urzędnicy, sądownictwa, nawet filantropiczne zakłady, słowem, piekło uorganizowało się do tego stopnia, że je systematycznie poznać i rozumowanie opisać dziś można. W wydano w tym przedmiocie bardzo wiele dzieł ciekawych; tam doczytać się można, Mości Dobrodzieju, szczegółów, w które się wdawać nie chcę. Niemieccy djabli, to dobre byli chłopaki: usłużni, zwinni, figlarni prawda trochę, ale od czegoż djabeł djabłem? Mości Dobrodzieju! W Niemczech djabli pili najlepiéj. My w Polsce, jak wiele innych rzeczy, tak i djabłów wzięliśmy od Niemców sąsiadów. Nie mamy narodowych djabłów w żupanach i kontuszach; wszyscy djabli polscy, są Niemcy, którzy indigenat otrzymali u nas. Kto nie wierzy, niech się popyta chłopa, dziewczyny, baby czarownicy (autoritas ważna); każdy powié, że djabeł chodzi po i jest Niemiec, a przybył do Polski bardzo dawno, daleko dawniéj od Sasów, za Sasów dopiéro rozgościł się. Mieliśmy jednak polskiego generała en chef gwardji djabelskiéj, Twardowskiego, przyjaciela Fausta i podobno z nim spokrewnionego; po nim djabli rozprzęgli się, poszli jak Lisowczycy w rozsypkę, nie chcieli mieć naczelnika, naśladując respubliki starożytne, dla których zawsze w wielkiéj byli admiracji. Osobliwie urządzenie stanów i niewolnictwo djabli niezmiernie pochwalali. Przyszło u nas do tego, Panie, ze napisano Lipsko-Warszawskiego djabła, dzieło stronniczo pojęte, w którém, z żalem bezstronnych sędziów, odmalowano piekło i jego instytucje w zupełnie fałszywém świetle. Nadszedł wiek XIX., z nim rewolucje, magnetyzm, para, romanse, koleje żelazne, litografja, Byron, Lacenaire, towarzystwo akcjonarjuszów, spółki literackie i t. d. (nie będę dobrodziejstw cywilizacji wyliczał); djabli tandem wzięli w skórę ze wszystkiém, bo znalezli się na ziemi bez nich ludzie im podobni i ich rolę odegrywający doskonale, tak, że rozpoznać od prawdziwych satanów tych aktorów nie podobna. Wszyscy tedy djabli wrócili nazad do piekła, Mości Dobrodzieju, a mała garstka zrujnowanych, pozostałych, ubogich, tuła się pomiędzy żydami, pospólstwem, w ciemnych kątach Hiszpanji, Niemiec, w rozwalinach starych zamków, sklepach, piwnicach, w czarnych oczach dziewcząt, etc. etc. Trudno dziś ich opisać, tak się przebrali; dziwno, że się jeszcze do młodych po staremu, jak przywykli, czepiają, w nadziei uwiedzenia! Ale od czegoż wiek oświaty? — Pan Regent mój przyjaciel serdeczny, (pali u mnie fajkę codzień), upewniał mnie, klnąc się honorem, że jego żona jest żywym djabłem generis feminini; czemu ja, dla jéj skromnéj przy gościach postawy i uśmiechu słodkiego, wierzyć nie chcę. Medycy nawet upewniają, że przeciwnie sam Regent, mający wyrostki na głowie nakształt rogów, przypomina djabła, a żona jego, anioł w ludzkiém ciele; dodając, że dzieci się z tego połączenia anormalnego spodziewać nie — Dzieci — mówi przyjaciel mój, Medyk, który często bywa u Regenta — dzieci nie będzie: przywiązania do siebie nie mają, a Regentowa lęka się utracić kibić wysmukłą, którą wyżéj ceni, nad wszystko, nawet nad pociechy macierzyństwa — (vulgo kłopoty).

Szpargał Trzeci.

Y.

to być istotnie prawda, co mówi przysłowie, że Paryż nawet nie przemieni Żmudzina na oświeconego człowieka. Znałem jednego Terepajłłę, który był w Londynie, Paryżu, Petersburgu, jeździł wąchać ucywilizowanego świata, otworzyć gębę na cuda przemysłu, i wrócił tak głupi, jak wyjechał, z tą tylko różnicą, że przywiozł z sobą dwanaście par bótów paryzkich, cztéry tuziny koszul batystowych, lornetkę, kaszel, kilka fraków, migrenę, kaprysy i pejcz w srebro oprawny, mydło neapolitańskie i spazmy. Ten Pan Terepajłło lubił bardzo kaszę gryczaną, ale to tak namiętnie, iż jadał ją zwykle rano, w południe i wieczorem. Przy tym pokarmie humor jego rozweselał się nieco: zaczynał opowiadania o zamorskich krajach, które zwiedził, i kończył zawsze ubolewaniem, że nie jadł lepszéj gryczanéj kaszy, jak na Żmudzi. Zkąd wniosek robił, że nad Księstwo Żmudzkie niéma piękniejszego i ucywilizowańszego kraju. Długo Pan Terepajłło, jak bąk puszczony ręką dziecięcia na nierównéj podłodze, wurczał lecąc po drodze życia, aż nareście rozmyślił się ożenić. Był to bardzo chwalebny zamiar; jakoż nie zwlekał z uskutecznieniem onego i wziął ślub z Pimpinellą Pandajłłówną. W piérwszych miesiącach, płynęło mu życie tak gładko, jak masło po gryczanéj kaszy; aliści, kiedy raz opychał się ulubionym swoim pokarmem, przyszło mu na myśl, że jego żona siedzi sama jedna w salonie z Deredajłłą. Zazdrość zapuściła szpony w serce, różne myśli gorzkie wpiły mu się w duszę — porywa talerz z sobą i leci do salonu; tu niéma nikogo — do gabinetu — zamknięto; patrzy przez dziurkę od klucza, widzi falbanę sukni żony, bót męzki, słyszy wzdychania, jęki — ciska talerzem o drzwi, tłucze łyżką o klamkę — otwierają się podwoje — o zgrozo! Prawda! kuzynek samnasam z Jéjmością. I byłoby do pojedynku lub tragicznych przyszło awantur, gdyby Jéjmość nie postąpiła z najzimniejszą krwią ku niemu i nie zapytała go: czego żąda? Terepajłło tak był rozgniewany, iż mówić nie mógł; wreście zapytał ze swojéj strony: co tu z kuzynkiem, sama jedna, zamknięta? — — Jedliśmy kaszę gryczaną! — odpowiedziała z westchnieniem Pimpinella, wskazując na próżny talerz i ocierając usta. — A czegożeście się zamykali? — — Baliśmy się, żebyś nam nie odebrał. — — A! to co innego!! — mruknął Terepajłło i poszedł kończyć śniadanie, najmocniéj przekonany o niewinności żony i głupstwie swojém, za które wprzód najuniżeniéj przeprosił. Lecz nie dość na tém. Napisano było, że kto jakim orężem wojuje, od niego ginie. Terepajłło przegrał trzy processa, z powodu, iż najadłszy się kaszy, chorował, i sam w czasie na Kadencję przybyć nie mógł. Zasiewając dwa poletki samą gryką, w kilka lat stracił przez to wiele na gospodarstwie. Nakoniec zakrztusił się kaszą, i umarł. Drugi przypadek, którego przyczyną była kasza gryczana, zdarzył się także u nas w sąsiedztwie. U Pana Le był wieczor: sproszono tłum gości, oczekiwano panien, mężczyzn, wszystko to dla jedynaczki córki Państwa Le, niewinnéj jak baranek, ładnéj jak brylant piérwszéj wody, żywéj jak koza, figlarnéj jak szpic mojéj ciotki. Już się goście zjeżdzali, wszystko było gotowe. Panna wychodzi z sali, mama pyta: po co? ona mówi, że na kaszkę, i poszła. Goście się zjechali, czekają — niéma panny. Kaszka musi być gorąca, mówi mama; niebożątko czeka, aż ostygnie. Mija kwadrans — jéj niéma; nareście miarkują wszyscy, ze jużby nietylko kaszkę, ale cały obiad zjeść było można; idą, ale i panna i kaszka zniknęły. Odkryło się późniéj, że jeden młody kuzynek przypadkiem zobaczył, że jadła kaszkę; a że sam był jéj amatorem, prosił, by mu pozwoliła skosztować. Ona odmówiła, on się rozjątrzył, niepomny na wszystko, porwał talerz z kaszką i począł uciekać; ona za nim, i tak aż do jego majątku o mil siedm oddalonego dobiegli. Tu opatrzywszy się dopiero co uczynili, unikając skandalu i przeprosiwszy się, uścisnąwszy, zaprzysiągłszy poprawę, musieli się pobrać. Widziano ich potém bardzo szczęśliwych, a przy nich bardzo także szczęśliwego przyjaciela domu, wielkiego amatora kaszy gryczanéj. Oczewista rzecz jest, iż kasza gryczana wiele wpływa na losy ludzi. Mógłbym tego dowieść przykładami, ale nie chcąc darmo zapisywać papieru, poprzestaję na tém, co wyżéj powiedziałem. Ten rozdział przeznaczam dla gospodarzy; a chociaż wiém, że z niego i sam Salomon kropli sensu nie wyciągnie, nic mię to jednak nie obchodzi. Dla was, panowie gospodarze, to i tak za nadto dobre; pożywajcie ją całe życie; siejecie i nie umiecie myśleć o czém innem, jak o kaszy. Jak wam da rozum do czytania, to i mnie go do pisania dla was użyczy.

Szpargał Czwarty.

H.

O! okropne to życie, życie wymiatacza ulic, tego króla błota, pana śmieci, władzcy wszelkiego plugawstwa. Ja byłem takim! ja to życie, podobne życiu robaka, na którego nikt nie patrzy, chyba zgniotłszy go. Ubrany w połataną siermięgę, brudny, z miotłą w ręku, z rospaczą w sercu, stałem, patrząc nieraz, jak kareta pozłocista przelatywała mimo nosa mego, i oko moje wyrywało się z głowy, za piękną twarzą, za ujmującym uśmiechem dziewczyny, którą gdzieś tam ciągnęły zabawy, roskosze, całe niebo świata tego, u którego wrota złoty klucz tylko otwiera. Mnie odpychali wszyscy. Brudny, garbaty, śmierdzący, obrzydliwy, zbryzgany biotem, mieszkaniec świata niepołączony z nikim żadnym węzłem uprzyjemniającym to życie, nawykłem powoli do patrzania bez zazdrości na cudze szczęście, z roskoszą wystawiałem sobie cierpienia tych istot szczęśliwych, które ozłocone i umyte, miały się za stokroć wyższe ode mnie zabłoconego nędznika. A jam był wyższy od nich — ja, do połowy wbity w ziemię, spodlony, jak robak podnosząc głowę, kiedy go depce przechodzień, urągałem wszystkiemu, byłem chodzącym kamieniem; byłem wyższy od nich, bom niemi gardził. Cieszyłem się, widząc cierpiących; śmiałem się z tych, którzy mnie popychali: bom był nieczuły; ciało moje i dusza zahartowały się w ogniu nieszczęść. Powiew wiatru czy obelga, uderzenie czy promień słońca padający mi na twarz szpetną, równe mi były. Karmiłem się, czém napadłem: plugawém ścierwem, kośćmi przez psy ogryzionemi; piłem pomyje lub wodę rynsztoków; nie dbałem o nic. Raz widziałem śmierć o dwa kroki, nieraz otarła się o mnie, jam nie dbał o to. Jak ranek zaświta, szedłem z miotłą na ulicę, najmowałem się wymiatać za kilka groszy, za kawał chleba; potém szedłem pod kościoł z żebrakami rozmawiać. Potrzebowałem ludzi, usiłowałem przywiązać do siebie kogokolwiek, nie dla pomocy, ale tylko dla tego, bym mógł powiedzieć w mojéj duszy, że jest człowiek, co mię zna, co mię kocha. Wówczas okryty łachmanami, z miotłą na plecach, zbliżałem się do nich, jak oni do panów, ze strachem, z pokorą. Jam był wyższy nad nich moją pracą, ale oni mną gardzili, bom był uboższy od żebraka. Tu to przypatrzyłem się tym śmiecióm rodzaju ludzkiego; poznałem, że w ustach wzywających litości, pod łachmanami tak podłe kryły się dusze, jak i gdzieindziéj. Celem ich życia był grosz i pokarm; za nie oddaliby wszystko. Głód, zimno, dokuczliwe cierpienia, robiły ich zaciętemi, złemi, okrutnemi. Nieraz słyszałem przekleństwo na tego, który się ich modłóm niegodnym polecał. Widziałem w kruchcie kościołow toż samo, co inni widują w pałacach — ludzi, ludzi z tą miłością własną, z tym uporem, nieczułością przyklejoną od urodzenia do ich serca — widziałem matki odpychające dzieci od siebie i wyrywające im zgłodniałym kawał rzuconego chleba — widziałem drobne dzieci, w wieku niewinności, a już zepsute, z sercem tak fałszywém i brudném, jak ich łachmany. Patrzyłem i śmiałem się gorzko w duszy. Ilużby było cnotliwych, gdyby im nędza nie stała na zawadzie do cnoty?! Tak myślałem i chciałem być bogatym; ale jakże nim zostać? Zabić!! — chciałem zabić bogacza — życie tych półbożków ziemi niewarte było w moich oczach garści błota... Im się bardziéj nadymali, tém ja nimi więcéj gardziłem, i serce mi pękało, myśląc, że ich kawał kruszcu wynosi tak dalece nade mnie, że dla ocalenia życia ulubionego charta, nie wahaliby się ani chwili kazać mnie posiekać żywcem na kawałki. Raz, było to rano, stałem przed kościołem nad kupą śmieci, patrzyłem na rozbitki talerzy, na sznurki, siana ostatki, plugastwa różne, tarzające się pod memi nogami, wtém zaszeleściało cóś z tyłu — ujrzałem młode dziéwczę idące do kościoła. Piérwszy raz może w życiu dwa razy spójrzałem na kobiétę; ta warta była, aby na nią patrzeć wieki: była tak ładna, a z oczu, z twarzy, sama dobroć, anielska słodycz oddychała! Ona poszła, ja stałem, i serce mi krwią zabiegło — dla mnie niéma kobiet! niéma aniołów ziemi! Te, los równo ze mną postawił w śmieciach i błocie, są to bezduszne, pogardy godne źwierzęta. Spójrzałem na śmiecie, i westchnąłem, myśląc, że z niém całe życie przepędzić muszę. Jam równy jéj człowiek, myślałem, czémużbym jéj nie mógł posiadać? Dumną myśl moję zabiła myśl druga: wspomniałem na twarz moję oszpeconą, spójrzałem na ręce, na garb, na bose i pokaleczone nogi, i wyznałem, że w moich objęciach ten anioł byłby jak brylant w błocie; rzuciłem miotłę, uderzyłem głową o mur kościoła, chciałem się zabić, skaleczyłem się tylko; krew polała się z rany, muchy osiadły spiekłe skronie, słońce paliło czoło, w usta krew własna — cały byłem we krwi i serce we krwi pływało. Dziewczyna przeszła mimo, nie spójrzała nawet na mnie, i śmiejąc się, rozmawiając z jakimś młodym mężczyzną, znikła mi z oczu. Ja rzuciłem się na kupę śmieci i błota, tarzałem się w niéj bez pamięci, patrzałem czy nie znajdę czém życia odebrać, ale nic nie było, nawet skorupki, którąbym mógł poderznąć sobie gardło; musiałem żyć i cierpieć. Po południu deszcz lać zaczął, obmył mi skrwawione skronie, orzeźwił nieco — usnąłem. Okropne uderzenie obudziło mnie; ujrzałem koło siebie posługacza kościelnego z kijem w ręku; krzyczał na mnie, żem śmiecia nie wymiotł; jam milczał i warczałem tylko ze złości: ta mumja kościelna przerwała mi sen tak drogi w życiu nędznika! Potém spędził mnie z kupy śmiecia, żebym mu zamiatać samemu nie przeszkadzał. Stoczyłem się z niéj i położyłem na środku ulicy, a on krzyczał ciągle, żem pijak, łajdak, złodziéj; gniewał się, że musiał sam pracować. Ja leżałem jak kamień, jak kawał bruku na drodze. Zciemniało się, karéta jechała na bal, konie roztratowały, koła przesunęły się po mnie; jedno przedarłszy mi gębę, ztrzaskało zęby i wargi rozgniotło, drugie nogi połamało. Ja leżałem i nie jęknąłem nawet; myślałem, że umrę przecie. Któż prosił tych bezdusznych mędrków, aby leczyli ludzi?? oni mnie wzywającego śmierci odratowali; nie z litości: bo widziałem, jak obrzynali mi wargi rozprawiając o pomarańczach, ale dla wprawy, aby nauczywszy nóż swój biegać po cielsku nędzarza, śmiało go na bogaczu użyli i zarobili trochę złota, potrzebnego im, na co? nie wiém; wątpię, żeby na dobry uczynek. dał im w ręce śmierć i życie; oni nie rozdają, ale przedają to, co się im dostało jak najdroższy dar na ziemi. W ich oczach człowiek jest bryłą gliny; cierpienie jego wówczas tylko porusza, kiedy każdy jęk oszczędzony złoto im sprowadza. Na co oni mi dali życie drugi raz i puścili z wargami, na chwiejących się nogach, nie pytając co z sobą zrobię, nie troszcząc się czém utrzymam dane mi życie? Zmrok był, deszcz lał jak z rynny, w rynsztokach wrzała woda ulewą wezbrana, ja leżałem w kącie ulicy i patrzałem na niebo, a deszcz lał mi po gębie roztwartéj, obmywał mi twarz zbrudzoną i płynął po obnażonych piersiach. Wtém widzę dziéwczę, to samo dziéwczę z przedkościoła; jedną ręką utrzymuje nad sobą parasol, drugą podnosi suknię, stoi nad rynsztokiem i przejść nie może, bo woda wezbrana nie dozwala. Ja patrzę, wstaję i zbliżam się ku niéj; ona spójrzała na mnie i cofnęła się na widok poczwarnéj twarzy, garbu i łachmanów; chciałem ją rzucić w wodę, rozbić jéj ładną głowę o kamienie — tak byłem zły — krew wrzała we mnie; ale drugie jéj spojrzenie ułagodziło wszystko; skrzywiłem tylko usta, którym warg brakło, jakbym się chciał rozśmiać, i cicho odezwałem się, że ją przez rynsztok przeniosę. Ona niechciała, bała się, bym mojém dotknięciem nie skalał jéj sukienki; byłem zły, znowu chciałem ją zabić, lecz wstrzymałem się, spójrzałem na jéj oczy i padłem wszérz rynsztoka, z ciała mego robiąc jéj kładkę do przejścia. Myślałem, że ten anioł nie zechce tknąć nogą nędznika, wyciągnionego jak bryła głazu pod jéj stopami; lecz jakem się zdziwił, uczuwszy na plecach moich i głowie lekką jéj stopę! Przeszła — wstałem; rzuciła mi pieniądz i śmiała się szalona. Ach! jakem żałował, żem się położył pod stopy posągu bez duszy! Nie tknąłem pieniądza, rzuciłem się w rynsztok i leżałem rozpaczający i gniewny. Zanurzyłem twarz w wodę, chciałem się zalać — nie mogłem. Takiém to życiem przeżyłem długie lata cierpień, a w każdym roku była cała wieczność męczarni; potém pod kupą śmieci znalazłem skarb rzucony tam przed kilką wiekami, w gruzach rozbitego domu, i przy téj bryle złota stałem się inszym człowiekiem. Bogacz z żebraka, poznałem ludzi, umiałem ich cenić, jak narzędzia potrzebne mi do roskoszy, i gardziłem niemi potém, jak łupiną zjedzionego owocu. Raz leżałem niedbale, wokoło mnie stali słudzy na skinienia gotowi, chciałem roskoszy — chciałem kobiety, rzuciłem garść złota, i w mgnieniu oka, zjawił się posłaniec roskoszy, młode dziéwczę — patrzę, to ta sama! — I ona spójrzała. Skrzywiłem się umyślnie, jak szatan; myślałem, że ją tém odstręczę; myślałem, że ona takiéj jak ja poczwarze nie przeda wdzięków swoich; ale nie! złoto zagładziło obcięte wargi! wyjaśniło twarz szpetną jak dno piekieł — dziewczyna była w moich objęciach. Poznałem, że niéma aniołów na ziemi, poznałem, że wszystko śmiecie, prócz złota!... P.S. Ta autobiografja dosyć nierozsądna (wyznajemy to najnaiwniéj) mogłaby wybornie spłonąć na kominku autora; ale mielibyśmy na sumieniu, odrywając jedną kartkę z xiążki, która i tak na ogień jest przeznaczoną, i wyróżniając ten szpargał od innych, innym rodzajem śmierci, byłoby to w pewien sposób dawać mu pierwszeństwo, na które nie zasługuje.

Szpargał Piąty.

O OSŁACH I INNYCH ŹWIERZĘTACH.

za godło głupstwa nie obrano żadnego innego źwierzęcia, tylko długouchego osia? Wszak wszystkie równo są głupie, a udzielony im instynkt w miarę potrzeb tylko, nie dowodzi wcale, żeby małpa od osła rozumniejszą być miała. Ale małpa da się nauczyć, da się przekonać, pudel służyć ci będzie, sokoł przyzwyczai się do łowów — osła naucz czegokolwiek, bądź łaskaw! Nie brak więc rozumu, ale upor i twarde stanie przy swojém, charakteryzuje osła. Iluż to znam ludzi, którzy przy cale ograniczonéj głowie osłami nazwać się nie mogą! bo dają się przekonać; zmieniając na lepsze fałszywe wyobrażenia, dozwalają do głowy przystępu radóm i naukóm. Prawdziwy osieł jest to kamień, z którego ani prośbą, ani groźbą, ani nawet uskutecznieniem groźby, to jest, batogiem, nic nie zrobisz. Nieszczęściem takich osłów na świecie jak

gdzie się obrócisz, wszędzie się o takiego otrzesz; gdzie spójrzysz, musisz go zobaczyć. Człek-osieł nosi głowę w górę, świszcze chodząc, ręce w kieszenie chowa, ma siebie za najrozumniejszego, śmieje się z drugich, cale życie próżnuje, roznosi plotki, i tak uporczywie stoi przy swojém zdaniu, że gdyby szło o zbawienie duszy, pewnoby go nie zmienił. Oto cecha, po któréj go poznasz. Łatwo temu naznaczyć przyczynę.

Osieł chwyta jakieś zdanie nie rozbierając, trzyma się go nie rozumiejąc, a nie pojmując dla czegoby drugie od tego lepszém być miało, obstaje zajadle przy swojém, dając za przyczynę: ja tak uważam, mnie się tak zdaje!! Dla takich ludzi niéma szczęścia ani piękności; nieczuli podrzezniacze tych, których za przykład wzięli; chwalą z téj saméj przyczyny, dla któréj cielęta w bajce biegają. Nie czując nic a nic, śmieją się ze wszystkiego, jak gdyby wszystkiém gardzili — słowem, biada temu, komu się z niémi żyć dostanie!! Podobni do nich, lecz nierównie lepsi i dogodniejsi w towarzystwie są ludzie-cielęta. Ci dla ograniczonego umysłu, przeciwnie zupełnie sobie postępują, jak osły. Nic nie rozumiejąc, na wszystko się zgadzają, dają z sobą zrobić co się podoba, o nic nie dbają i żyją sobie spokojnie, nikomu nie zawadzając. Człowiek-cielę ubiera się zwykle , patrzy i nie widzi, chodzi z otwartą gębą, chustkę zawiązuje koło szyi jak postronek, frak plami i je całe życie co popadnie; na każdą rzecz mówi — tak — bo nie widzi przyczyny, dla czegoby miał mówić — nie! Chodzi sobie na spacer i gawroni się, nie dba o nic, śpi smaczno, żonie ulega, dziwuje się każdéj rzeczy i umiera zazwyczaj z reputacją bardzo godnego obywatela, z fajką w gębie, z cukierkami w kieszeni, z usmiechem na ustach. Zresztą człowiek-cielę niezmiernie jest potrzebny w towarzystwie; nikomu nie zawadza, nie przeczy, nie gniewa się i wszystko chwali, lubi nadewszystko spokojność. Są ludzie-osły, są ludzie-lisy, wilki, lwy, papugi, ludzie-świnie, konie, psy, ale tych opisywać nie trzeba: każdy łatwo pozna, łatwo zadeterminuje; w każdym szynku nauczą cię, kogo masz psem nazywać, a kogo lisem. Zresztą czytaj Lafontain’a objaśnionego przez P. Grandville, a reszty się dowiesz.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…