Read here

O wojnie

Lew Tołstoj · 1904 · Free in the US

11,117 words · about 47 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1904 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=O_wojnie&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Lew Tołstoj
Language
Polish
Published
1904
Length
11,117 words · about 47 min
Sections
12 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (12)
  1. I about 3 min
  2. II about 3 min
  3. III about 3 min
  4. IV about 3 min
  5. V about 3 min
  6. VI about 3 min
  7. VII about 2 min
  8. VIII about 3 min
  9. IX about 4 min
  10. X about 3 min
  11. XI about 5 min
  12. XII about 13 min

Continue:

I

Znowu wojna. Znowu cierpienia, dla nikogo niepotrzebne, zgoła zbyteczne. Znowu kłamstwo, znowu masowe ogłupianie i zbydlęcanie ludzi. Ludzie, oddzieleni od siebie tysiącami mil, setki tysięcy takich ludzi (z jednej strony buddyści, którym ich zakon zakazuje zabijania nietylko ludzi, lecz nawet zwierząt; z drugiej strony — chrześcianie, wyznający zakon braterstwa i miłości) szukają się nawzajem na lądzie i na morzu, aby się w najokrutniejszy sposób zabijać, torturować i kaleczyć. Co to być może? Czy to sen, czy jawa? Dzieje się coś, co być nie powinno, co być nie może; pragniemy uwierzyć, że to — zmora senna i zbudzić się z niej. Ale — nie! to nie senne widziadło, to okropna rzeczywistość. Możnaby jeszcze zrozumieć, jak biedny, niewykształcony, oszukiwany japończyk, oderwany od roli i nauczony, że buddyzm polega nie na współczuciu dla wszystkiego, co żyje, lecz na ofiarach składanym bałwanom; — i jak taki sam ubogi analfabeta z okolic Tuły lub Niżniego Nowogrodu, nauczony, że chrześciaństwo polega na czczeniu Chrystusa, Matki Boskiej, Świętych i ich obrazów; — możnaby jeszcze zrozumieć, jak ci nieszczęśliwi, doprowadzeni odwieczną przemocą i kłamstwem do uznawania największej w świecie zbrodni — bratobójstwa — za czyn cnotliwy, jak ci biedacy mogą popełniać takie czyny okropne, nie odczuwając grzechu, którego stają się winni. Ale — jak ludzie, zwani oświeconymi, mogą głosić wojnę, popierać ją, brać w niej udział i — co najgorsza — nie narażając się sami na niebezpieczeństwa wojny, podszczuwać do niej innych, wysyłać do boju nieszczęśliwych, otumanionych braci? Ci — tak zwani oświeceni ludzie nie mogą nie znać — nie powiem — zakonu chrześciańskiego, jeśli uznają się za chrześcian — ale wszystkiego tego, co pisano i co pisze się, co mówiono i co mówi się o okrucieństwie, bezcelowości i bezmyślności wojny. Przecież uważani są za ludzi oświeconych właśnie dlatego, że znają to wszystko. Większość ich sama mówiła i pisała o tem. Pominiemy już konferencyę w Haadze, która wywołała powszechne pochwały; pomińmy także wszystkie książki, broszury, artykuły dziennikarskie i mowy, dowodzące możliwości rozstrzygania nieporozumień międzynarodowych przez międzynarodowe sądy rozjemcze; przecie żaden człowiek oświecony nie może nie wiedzieć, że powszechne współzawodnictwo państw w zbrojeniu się musi nieodzownie doprowadzić je do wojen bez końca albo do powszechnego bankructwa albo i do jednego i do drugiego. Muszą wiedzieć, że prócz bezmyślnego, bezcelowego wydatku miliardów rubli, to jest pracy ludzkiej, na przygotowywanie wojny, — w wojnach samych miliony najenergiczniejszych, najdzielniejszych ludzi giną w tym okresie życia, który jest najlepszym dla wytwórczej pracy (w ciągu ostatniego stulecia, wojny zgładziły 14 milionów ludzi). Oświeceni ludzie muszą wiedzieć, że powody do wojny są zawsze takie, iż niewarte są nietylko jednego życia ludzkiego, ale — ani setnej części tego, co się na wojny wydaje (na wojnę o uwolnienie murzynów wydano znacznie więcej, niż kosztowałoby wykupienie ich z niewoli). Każdy wie i musi wiedzieć, że przedewszystkiem wojny, rozbudzając najgorsze namiętności zwierzęce, psują i rozbestwiają ludzi. Każdy zna słabość argumentów przemawiających na korzyść wojny, a przytaczanych naprzykład przez De Maistre’a, Moltkego i innych. Wszystkie one są oparte na sofizmacie, że w każdej klęsce ludzkiej można znaleść czynnik pożyteczny, albo też na zupełnie bezpodstawnem twierdzeniu, że wojny zawsze istniały i dlatego zawsze muszą istnieć; — jak gdyby złe uczynki ludzi mogły być usprawiedliwione ich korzyściami lub pożytecznością, albo też tem, iż popełniano je przez długi czas. Wszyscy tak zwani ludzie oświeceni wiedzą o tem. Wtem wojna znienacka wybucha, i wszystko to idzie natychmiast w zapomnienie. A ci sami ludzie, którzy zaledwie wczoraj dowodzili okrucieństwa, bezcelowości i bezmyślności wojen, obecnie myślą, mówią i piszą jedynie o zabiciu jak największej ilości ludzi, o zniszczeniu i zniweczeniu jak największej masy wytworów pracy ludzkiej i o wznieceniu jak najsilniejszych uczuć nienawiści w spokojnych, dobrodusznych, pracowitych ludziach, którzy swą pracą karmią, ubierają, utrzymują tych samych niby oświeconych ludzi, co ich zmuszają do popełniania owych czynów okropnych, sprzecznych z ich sumieniem, szczęściem i wiarą.

II

Dzieje się coś niezrozumiałego, niemożliwie okrutnego, przewrotnego i głupiego. Car rosyjski, ten sam, który wzywał wszystkie narody do pokoju, oświadcza, że pomimo wszystkich swych wysiłków dla utrzymania pokoju (wysiłków, które wyrażają się w zagrabianiu krajów innych ludów i we wzmacnianiu armii dla obrony owych krajów pokradzionych) — w skutek napadu japończyków nakazuje czynić im to samo, co oni zaczęli czynić rosyanom, to jest, ich mordować. A głosząc to wezwanie do morderstwa, powołuje się na Boga i prosi o błogosławieństwo boskie dla najokropniejszej w świecie zbrodni. Cesarz japoński ogłasza to samo przeciwko rosyanom. Mężowie nauki i prawa (panowie Murawiew i Martens) usilnie starają się dowieść, że między niedawnem wzywaniem wszystkich narodów do powszechnego pokoju a obecnem podniecaniem do wojny dla zagrabienia krajów innych ludów — niema żadnej sprzeczności. Dyplomaci w gładkim języku francuskim ogłaszają i wysyłają okólniki, w których obszernie i pracowicie wywodzą (chociaż wiedzą, że nikt im nie wierzy), iż po wszystkich wysiłkach dla utrzymania pokoju (w istocie zaś — po wszystkich wysiłkach dla oszukania innych krajów) rząd rosyjski był zmuszony uciec się do jedynego środka racyonalnego rozwiązania kwestyi, to jest do mordowania ludzi. To samo piszą dyplomaci japońscy. Uczeni historycy i filozofowie ze swej strony porównują teraźniejszość z przeszłością, wyprowadzają z tych porównań głębokie wnioski i bez końca rozumują o prawach ruchu narodów, o stosunku między żółtą a białą rasą, lub o buddyzmie a chrześciaństwie. A na podstawie tych wywodów i rozumowań usprawiedliwiają rzeź członków żółtej rasy przez chrześcian. W ten sam sposób uczeni i filozofowie japońscy usprawiedliwiają rzeź członków białej rasy. Dziennikarze z nieukrywaną radością, a nie cofając się przed żadnem, chociażby najbezczelniejszem i najwidoczniejszem kłamstwem, dowodzą na wyścigi we wszelkie możliwe sposoby, że tylko rosyanie są sprawiedliwi i potężni i dobrzy pod każdym względem, a że wszyscy japończycy są niesprawiedliwi i słabi i źli pod każdym względem; również, że tacy są wszyscy, którzy są lub mogą się stać wrogami Rosyi — anglicy, amerykanie. Tego samego dowodzą japończycy i ich przyjaciele o rosyanach. Nie mówiąc już o wojskowych, zawodowo kształcących się do morderstwa, tłumy tak zwanych oświeconych ludzi: profesorów, reformatorów społecznych, studentów, szlachty, kupców, nie zmuszani do tego niczem i przez nikogo, wyrażają najbardziej gorzkie i pogardliwe uczucia względem japończyków, anglików lub amerykanów, dla których wczoraj jeszcze żywili uczucia przychylne lub byli obojętni. Zarazem bez najmniejszego przymusu wyrażają jak najnikczemniejsze, jak najbardziej niewolnicze uczucia dla cara (dla którego byli conajmniej obojętni), zapewniając go o swej bezbrzeżnej miłości i chęciach poświęcenia życia dla niego. Ten nieszczęśliwy, bezradny młody człowiek, uznany za naczelnika 130 milionów ludzi, ciągle oszukiwany i zmuszany do przeczenia samemu sobie, z namaszczeniem błogosławi wojska, które swojemi nazywa, na morderstwa w obronie ziemi, którą z jeszcze mniejszem do tego prawem także nazywa swoją. Wszyscy nawzajem obdarzają się obrzydliwemi ikonami, w które nietylko nikt z oświeconych nie wierzy, któremi nawet i ciemny chłop zaczyna już pogardzać. Wszyscy padają na kolana przed temi ikonami, całują je i wygłaszają napuszyste i kłamliwe mowy, w które nikt w rzeczywistości nie wierzy. Bogacze oddają nieznaczne cząstki swych nieuczciwie nagromadzonych majątków na tę sprawę morderstwa lub organizacyę pomocy dla ludzi zajętych mordowaniem. Ubodzy zaś, od których rząd co rok zabiera dwa miliardy rubli podatków, uważają za właściwe również przyczynić się do tego swym groszem. Rząd podszczuwa i zachęca gromady próżniaków, którzy włóczą się po ulicach z portretem carskim, ze śpiewami i okrzykami: hura! a którzy pod pozorem patryotyzmu mogą sobie pozwalać na wszelkie wybryki. W Rosyi, od pałacu carskiego do najodleglejszej wioski, pasterze kościoła, nazywający się , błagają Boga, który nakazał kochać swych wrogów, Boga miłości, Jego błagają o pomoc dla dzieła szatana, o poparcie mordowania ludzi. Oszołomieni modłami, kazaniami, namowami, procesyami, ikonami i gazetami, mięso armatnie, setki tysięcy ludzi jednakowo ubranych, z różną zabójczą bronią w ręku, opuszczają rodziców, żony, dzieci. Z sercem w śmiertelnej trwodze, lecz zato udając rzeźką otuchę, idą tam, gdzie z narażeniem własnego życia popełnić mają czyn najokropniejszy, zabijając ludzi, których nie znają i którzy nie zrobili im nic złego, a za nimi idą lekarze i siostry miłosierdzia, którym, niewiadomo dlaczego, wydaje się, że nie mogą w domu służyć prostym, spokojnym, cierpiącym ludziskom, że muszą służyć ludziom zajętym wzajemnem mordowaniem się. Ci, co w domu zostają, cieszą się z wiadomości o mordowaniu ludzi. A gdy słyszą o zabiciu wielkiej ilości japończyków, dziękują jakiejś istocie, którą Bogiem nazywają. I niedość, że to wszystko uważa się za objaw wzniosłych uczuć. Bo ci, którzy wstrzymują się od takich wystąpień, jeżeli usiłują wyprowadzić innych z błędu, są uważani za zdrajców i zaprzedańców i narażeni na niebezpieczeństwo obelg i pobicia przez tłum rozbestwiony, a w obronie swego okrucieństwa i szału żadnej innej broni prócz zwierzęcej siły nie mogący posiadać.

III

Zdawać by się mogło, że nigdy na świecie nie było ani Voltaire’a, ani Montaigne’a, ani Pascala, ani Swifta, ani Kanta, ani Spinozy, ani setek innych pisarzy, którzy potężnie napiętnowali szaleństwo i bezmyślność wojny i opisali jej okrucieństwa, jej niemoralność i dzikość. A przedewszystkiem — jak gdyby nigdy nie było Jezusa, i jego nauki braterstwa ludzi, miłości Boga i bliźniego. Przypominamy sobie to wszystko i patrzymy na to, co się teraz dzieje, i przerażamy się nietyle ohydą wojny, co czemś najohydniejszem z wszelkich ohyd: świadomością niemocy ludzkiego rozumu. To, co jedynie odróżnia człowieka od zwierzęcia, to, co stanowi jego wyższość — rozum okazuje się niepotrzebnym, okazuje się jakąś nietylko niepożyteczną, lecz zgubną przyczepką, która poprostu przeszkadza w ruchach, niby uzda, która spadłszy z głowy konia plącze się mu u nóg i drażni go. Można zrozumieć, że poganin, grek, rzymianin, a nawet i średniowieczny chrześcianin, nie znający ewangelii i ślepo wierzący we wszelkie nakazy kościoła, mógł się bić i w bitwach chełpić się swymi czynami. Ale jak może wierzący chrześcianin lub nawet sceptyk, pomimo woli przesiąknięty chrześciańskimi ideałami braterstwa ludzi i miłości, które natchnęły dzieła filozofów, moralistów i artystów naszych czasów — jak ci ludzie mogą wziąć karabin lub stanąć u armaty i celować do tłumu bliźnich na to, by zabić jak najwięcej z pośród nich? Asyryjczycy, rzymianie lub grecy mogli wierzyć, że bijąc się, nietylko działają zgodnie z własnem sumieniem, lecz nawet spełniają czyn cnotliwy. Ale my, czy chcemy czy nie, jesteśmy chrześcianami, i jakkolwiek wypaczone jest dzisiejsze chrześciaństwo, to jednak ogólny duch jego musi nas wznosić na ten wyższy poziom rozumu, z którego nie możemy uchronić się przed odczuciem całem naszem jestestwem nietylko bezmyślności i okrucieństwa wojny, ale i zupełnej jej sprzeczności ze wszystkiem, co za dobre i słuszne uważamy. To też nie możemy postępować tak, jak oni postępowali z pewnością siebie, stałością i spokojem duszy. Nie możemy pozbyć się świadomości zbrodni popełnionej, rozpaczliwego uczucia mordercy, który zacząwszy rżnąć swą ofiarę i czując w głębi duszy ohydę morderstwa, usiłuje się oszołomić i rozbestwić, aby módz snadniej dokonać swego okropnego czynu. Całe to nienaturalne, gorączkowe, obłąkane pobudzenie, które teraz opanowało próżniacze warstwy wyższe rosyjskiego społeczeństwa, jest tylko objawem odczuwania przez nie zbrodniczości wszczętego dzieła. Wszystkie te bezczelne, kłamliwe mowy o poświęceniu i czci dla monarchy, o chęci oddania życia (należy powiedzieć: życia innych ludzi, nie zaś własnego) i wszystkie te obietnice bronienia własną piersią ziemi, która do nas nie należy; wszystkie te bezmyślne obdarzania się sztandarami i monstrualnemi ikonami; wszystkie te „molebny“; wszystkie te przygotowywania kołder i bandaży; wszystkie te oddziały sióstr miłosierdzia; wszystkie te składki na marynarkę i na Czerwony Krzyż, dawane rządowi, którego prostym obowiązkiem (dopóki może brać podatkami od ludu tyle, ile potrzebuje) jest, skoro wypowiedział wojnę — zorganizować potrzebną marynarkę i konieczną pomoc dla rannych; wszystkie te napuszyste w staro-słowiańskim języku wznoszone, bezrozumne i modły, o których urządzeniu w tem lub owem mieście gazety donoszą jak gdyby o ważnym wypadku; wszystkie te procesye, hałaśliwe dopominania się o odegranie hymnu narodowego i okrzyki: hura! wszystkie te przeraźliwe, rozpaczliwe kłamstwa gazeciarskie na tyle powszechne, że nie potrzebują obawiać się zaprzeczeń; cały ten szał i rozbestwienie, które obecnie opanowały uprzywilejowane warstwy społeczeństwa rosyjskiego, i które stopniowo zarażają także i masy ludowe; — wszystko to jest tylko objawem poczucia zbrodniczości okropnych dziś popełnianych czynów. Samorzutne uczucie mówi ludziom, że to, co czynią, być nie powinno; ale jak morderca, który zaczął uśmiercać swą ofiarę, nie może się już pohamować, tak również lud rosyjski wyobraża sobie teraz, że fakt rozpoczęcia już morderczego dzieła jest nieodpartym argumentem na rzecz wojny. Wojna się rozpoczęła, i dlatego musi się dalej toczyć. Tak się wydaje prostym, ciemnym, niewykształconym ludziom, działającym pod wpływem poziomych namiętności i oszołomienia. W zupełnie taki sam sposób większość wykształconych ludzi naszych czasów rozumuje, by dowieść, że człowiek nie posiada wolnej woli, a dlatego, gdyby nawet zrozumiał, że dzieło, które rozpoczął, jest złem, to jednak nie może go już przerwać. I otumanieni, zbydlęceni ludzie prowadzą dalej swe okropne dzieło.

IV

Spytajcie żołnierza, szeregowca, kaprala, podoficera, który opuścił starych rodziców, żonę, dzieci, — dlaczego gotuje się do zabijania ludzi, których nie zna, to najpierw będzie waszem pytaniem zdziwiony. Jest żołnierzem, złożył przysięgę, a więc jego obowiązkiem jest spełniać rozkazy przełożonych. Jeśli mu powiecie, że wojna, to jest, mordowanie ludzi nie zgadza się z przykazaniem: „Nie zabijaj!“ — to powie: „A cóż robić, jeśli na naszych napadają?... ...Za cara... Za wiarę prawosławną...“ (Jeden z nich na moje pytanie odparł: „No — a jakże ma być, gdy oni napadną na to, co jest święte?“ — „O czem mówisz?“ — zapytałem. „No, ma się rozumieć, sztandar“). A jeśli będziecie usiłowali wytłómaczyć takiemu żołnierzowi, że przykazanie boskie ważniejsze jest nietylko niż sztandar, ale niż wszystko inne na świecie, to zamilknie, albo się rozzłości i zadenuncyuje was przed władzami. Zapytajcie oficera, generała, dlaczego idzie na wojnę. Powie wam, że jest wojskowym, i że wojskowi są konieczni dla obrony ojczyzny. Że mordowanie nie zgadza się z duchem zakonu chrześciańskiego, to go nic nie obchodzi, ponieważ albo wcale w ten zakon nie wierzy, albo, jeśli wierzy, to nie w sam zakon, lecz w pewne jego tłómaczenie. Ale przedewszystkiem i on tak samo, jak żołnierz, zamiast kwestyi osobistej, co sam czynić powinien, zawsze stawia ogólną kwestyę, tyczącą się państwa lub ojczyzny. Powie: „W chwili obecnej, gdy ojczyzna jest w niebezpieczeństwie, trzeba działać, a nie rozprawiać.“ Zapytajcie dyplomatów, którzy swemi oszustwami wywołują wojny, dlaczego to czynią. Powiedzą wam, że celem ich działalności jest zaprowadzenie pokoju między narodami, i że cel ten da się osiągnąć nie za pomocą idealnych, niewykonalnych teoryi, lecz przez akcyę dyplomatyczną i gotowość do wojny. A tak samo, jak wojskowi, zamiast kwestyi, tyczącej się osobistego postępowania, stawiają kwestyę ogólną, tak samo dyplomaci będą wam opowiadali o interesach Rosyi, o niesumienności innych mocarstw, o równowadze mocarstwowej w Europie, ale nie o własnem swem stanowisku ani o własnych czynach. Zapytajcie dziennikarzy, dlaczego w swych pismach podszczuwają ludzi do wojny, powiedzą wam, że wojny wogóle są konieczne i pożyteczne, zwłaszcza wojna obecna, i poprą to zdanie swoje mglistymi frazesami patryotycznymi. Tak samo jak wojskowy i dyplomata, dziennikarz również na pytanie, dla czego on, jako osoba, jako żywy człowiek, postępuje w pewien sposób, — będzie mówił o ogólnych interesach narodowych, o państwie, cywilizacyi, białej rasie. W ten sam sposób wszyscy wytłómaczą swój udział w dziele przygotowywania wojny. Może się zgodzą, że pożądanem byłoby znieść wojny, ale dodadzą, że obecnie jest to niemożliwem. Obecnie oni, jako rosyanie, i jako ludzie na pewnem stanowisku: marszałkowie szlachty, przedstawiciele ziemskiego samorządu, lekarze, pracownicy Czerwonego Krzyża obowiązani są działać, a nie rozumować. Niema czasu do rozprawiania i myślenia o sobie samym, powiedzą, „gdy mamy przed sobą wielką wspólną sprawę.“ To samo powie car, na pozór odpowiedzialny za to wszystko. I on, tak samo jak żołnierz, zdumiony będzie pytaniem, czy wojna jest obecnie niezbędna. On nawet nie przypuszcza, by wojnę można było jeszcze teraz przerwać. Powie, że nie może się cofnąć przed wykonaniem tego, czego żąda od niego cały naród; że — chociaż uznaje, iż wojna jest wielką klęską, i użył oraz w przyszłości gotów jest użyć wszelkich środków dla jej zniesienia, to jednak w tym wypadku był zmuszony wojnę wypowiedzieć i jest zmuszony toczyć ją dalej. Konieczne to jest dla szczęścia i sławy Rosyi. Każdy z tych ludzi na pytanie, dlaczego on, taki lub owaki, Iwan, Piotr, Mikołaj, uznając za obowiązujące dla siebie przykazanie chrześciańskie, nietylko zakazujące zabijania bliźnich, ale i nakazujące miłowanie ich i służenie im — dla czego on pozwala sobie brać udział w wojnie, to jest, w gwałtach, rabunku, morderstwie — odpowie niezawodnie to samo, że postępuje w ten sposób w imię ojczyzny, albo wiary, albo przysięgi, albo honoru, albo cywilizacyi, albo przyszłego szczęścia całej ludzkości — wogóle czegoś abstrakcyjnego i nieokreślonego. Prócz tego, ludzie ci są zawsze tak mocno zajęci albo przygotowywaniem wojny, albo jej organizowaniem, albo dyskusyami o niej, że w wolnych chwilach mogą tylko odpoczywać po pracy i nie mają czasu zajmować się rozważaniem własnego życia. Takie rozważania uważają za błahe.

V

Ludzie z naszego świata chrześciańskiego i naszych czasów podobni są do człowieka, który, idąc drogą, skręcił w niewłaściwem miejscu, a im dalej idzie, tem bardziej przekonywa się, że jest w błędzie. Jednak im bardziej ogarnia go zwątpienie, tem szybciej i z tem większą rezygnacyą śpieszy dalej, pocieszając się myślą, że gdzieś zajdzie. Ale nadchodzi czas, gdy staje się zupełnie jasnem, że droga, którą idzie, zaprowadzi go tylko do przepaści, a przepaść tę zaczyna już przed sobą dostrzegać. W takiem położeniu znajduje się chrześciaństwo naszych czasów. Jasnem jest najzupełniej, że jeśli będziemy żyli, jak żyjemy obecnie, jeśli będziemy zarówno w życiu prywatnem, jak w życiu poszczególnych państw kierowali się wyłącznie pragnieniem dobrobytu dla siebie i dla swego państwa, jeśli będziemy chcieli zapewnić sobie ten dobrobyt gwałtem, przemocą, to — musowo, wzmacniając środki przemocy przeciwko sobie i jednego państwa przeciwko drugiemu — będziemy się nawzajem tyranizowali coraz bardziej i obracali większą część swej wytwórczości na uzbrojenia; a powtóre, zabijając w wojnach najlepiej fizycznie uposażonych mężczyzn, musimy wyradzać się fizycznie i nikczemnieć moralnie. Że tak się stanie, jeśli nie zmienimy swego trybu życia, jest równie pewnem, jak matematycznym pewnikiem jest, iż dwie proste linie nierównoległe muszą się spotkać. Ale jest to nietylko teoretycznym pewnikiem w naszych czasach. Staje się to oczywistem nietylko dla rozumu, ale i dla uczucia. Przepaść, do której się zbliżamy, już zaczynamy dostrzegać. A nawet najprostsi ludzie, nie wprawni w filozofowaniu, nie wykształceni, muszą widzieć, że zbrojąc się coraz usilniej wszyscy przeciwko wszystkim i tępiąc się w wojnach nawzajem, my, jak pająki w garnku, możemy dojść tylko do wytępienia się wzajemnego. Człowiek szczery, poważny i rozumny nie może już pocieszać się myślą, że zaradzić temu można — jak dawniej sądzono — za pomocą imperyum powszechnego, jakiem był Rzym lub państwo Karola Wielkiego albo Napoleona, albo za pomocą średniowiecznej władzy duchowej papieża, albo za pomocą politycznej równowagi koncertu europejskiego oraz pokojowych trybunałów międzynarodowych, lub wreszcie, jak niektórzy przypuszczali, dzięki rosnącej potędze militaryzmu i nowowynalezionym potężnym środkom zniszczenia. Niemożliwem jest zorganizować powszechne mocarstwo lub republikę, składającą się z państw europejskich, albowiem różne narody nigdy nie zechcą zjednoczyć się w jedno państwo. Organizować trybunały międzynarodowe dla rozstrzygania sporów międzynarodowych? Ale kto zmusi do posłuszeństwa decyzyi trybunału stronę, która rozporządza zorganizowaną armią milionową? Rozbroić się? Nikt tego nie chce i nie zacznie. Wynaleść jeszcze straszliwsze środki zniszczenia? Balony z bombami, napełnionemi duszącymi gazami, pociski rzucane na przeciwnika z góry? Cokolwiek by wynaleziono, wszystkie państwa zaopatrzą się w tę broń niszczącą. A mięso armatnie, które wystawiało się na działanie szabli, a potem kul, a potem pokornie znosiło kule armatnie, bomby, działa dalekonośne, mitraliezy, miny, również podda się działaniu bomb, napełnionych duszącymi gazami i prażących je z góry, z balonów. Panowie Murawiew i profesor Martens dowodzą, że wojna japońska nie stoi w sprzeczności z konferencyą pokojową w Haadze. Nic dobitniej, oczywiściej, aniżeli mowy tych panów, nie wykazuje, jak ludzie naszych czasów nadużywają mowy — owego środka komunikowania myśli. Nic nie wykazuje jaskrawiej, jak dalece utraciliśmy zdolność do jasnego, rozsądnego myślenia. Używamy myśli i mowy rozmyślnie nie do kierowania działalnością ludzką, lecz do usprawiedliwiania wszelkich — chociażby najbardziej zbrodniczych — postępków swoich. Ostatnia wojna boerska i obecna wojna japońska, które każdej chwili mogą się przekształcić w rzeź powszechną, dowodzą tego niezbicie. Żadne dyskusye antymilitarystyczne nic nie wpłyną na przerwanie wojny. Tak samo, jak gdybyśmy za pomocą najwymowniejszych i najbardziej uzasadnionych dowodzeń chcieli przekonać rozżarte psy, że korzystniej byłoby rozdzielić kawał mięsa na odpowiednie części, niż kaleczyć się nawzajem i w końcu stracić owo mięso, które porwie jakiś pies biegnący obok nich, lecz w walce nie biorący udziału. Pędzimy ku przepaści, nie możemy się zatrzymać w drodze i zbliżamy się do brzegu otchłani. Dla każdego człowieka rozsądnego, który rozmyśla o dzisiejszem położeniu ludzkości i o tem, do którego ludzkość nieuchronnie się zbliża, musi być jasne, że niema żadnego rzeczywistego wyjścia z tego położenia, że nie można wymyślić żadnych kombinacyi lub organizacyi, które by nas uratowały od nieuniknionej zguby. Że pominiemy już zagadnienia ekonomiczne, które coraz bardziej się wikłają, same te stosunki wzajemne między państwami, zbrojącemi się jedno przeciw drugiemu i każdej chwili gotowemi do rzucenia się w odmęt wojny, jasno wskazują na zgubę, do której zdąża cała tak zwana ludzkość cywilizowana. A więc — co mamy czynić?

VI

Przed dwoma tysiącami lat Jan Chrzciciel, a potem Jezus rzekli ludziom: „Czas się spełnił, a Królestwo Boże jest tuż, zastanówcie się i uwierzcie w Ewangelię (Św. Marek I, 15), „a jeśli nie zastanowicie się, to zginiecie“ (Łukasz XIII, 5). Ale ludzie nie słuchali ich, i zguba, przepowiadana przez nich, już jest bliska. I my, ludzie dzisiejszej doby, musimy ją widzieć. Już giniemy i dlatego nie możemy niebacznie pomijać — stare wiekiem, ale dla nas nowe — środki zbawienia. Musimy spostrzegać, że oprócz wszelkich innych klęsk, wynikających z naszego złego i nierozsądnego życia, same przygotowania wojenne i wojny, nieuchronnie z nich powstające, muszą niewątpliwie nas zgubić. Musimy widzieć, że wszystkie środki ochrony od tych klęsk, wynalezione przez ludzi, są i muszą być nieskuteczne, i że nieszczęsny stosunek wzajemny narodów, zbrojących się przeciwko sobie, musi coraz bardziej się zaostrzać. A przeto słowa Jezusa tyczą się nas i naszych czasów bardziej, niż kogokolwiek innego lub jakichkolwiek innych czasów. Jezus rzekł: „Zastanówcie się!“ — to jest: „Niech każdy człowiek przerwie pracę, którą zaczął, i niech się spyta: „Kto jestem? Skąd pochodzę i jakie jest moje przeznaczenie?“ A odpowiedziawszy na te pytania, należy rozważyć, czy to, co czynisz, w zgodzie jest z twojem przeznaczeniem. Niech tylko każdy człowiek współczesny, to jest, istota znająca podstawy nauki chrześciańskiej, na chwilę przerwie swą robotę, zapomni o swem stanowisku społecznem, o tem że jest cesarzem, czy żołnierzem, czy ministrem, czy dziennikarzem. Niech zapyta siebie samego, kim jest i jakie jest jego przeznaczenie. Wystarczy to, by wzbudzić w nim silne zwątpienie o pożyteczności, prawości i sensie jego roboty. „Pierwej, niż cesarzem, żołnierzem, ministrem lub dziennikarzem, jestem człowiekiem, to jest istotą organiczną, posłaną przez Wyższą Wolę w wszechświat, nieskończony w czasie i przestrzeni, na to, by po chwilowym pobycie we wszechświecie, umrzeć, to jest, zniknąć z niego. Przeto wszelkie cele osobiste, społeczne lub nawet ogólno-ludzkie, które bym sobie mógł postawić, albo które wyznaczają mi ludzie, nie mają żadnego znaczenia, wobec krótkości mojego życia, a bezgraniczności życia wszechświata. Muszę więc podporządkować się pod ów cel wyższy, dla którego spełnienia jestem w świat posłany. Ten cel ostateczny, w skutek mego ograniczenia, jest mi nieznany. Ale istnieje (bo musi być cel we wszystkiem, co istnieje), a mojem zadaniem jest być narzędziem tego celu, to jest, przeznaczeniem mojem jest być pracownikiem Bożym, spełniać dzieło Boże.“ Tak musi powiedzieć sobie każdy człowiek współczesny, należący do świata chrześciańskiego. A gdy zrozumie to swoje przeznaczenie, wtedy każdy, zaczynając od cesarza, a kończąc na szeregowym żołnierzu, musi inaczej spojrzeć na obowiązki, których sam się podjął, albo które nań inni ludzie włożyli. „Zanim mnie ukoronowano i uznano za cesarza“ — musi rzec do siebie cesarz — „zanim podjąłem się spełniać obowiązki głowy państwa, przez to samo, że żyję, przyrzekłem spełniać to, czego żąda odemnie Wyższa Wola, która mnie do życia powołała. Żądania Jej nietylko znam, ale czuję w swem sercu. Polegają one, jak je wyraża wyznawany przezemnie zakon chrześciański na tem, żebym miłował swego bliźniego, służył mu i postępował z nim tak, jak bym sobie życzył, żeby inni ze mną postępowali. Czy czynię to? — wszak rządzę ludźmi, nakazuję czynić gwałty, pozbawiać ludzi życia sądownie — i co najgorsza — prowadzę wojny.“ „Ludzie mówią mi, że powinienem to czynić. Ale Bóg mówi, że powinienem czynić coś wręcz odmiennego. A przeto, jakkolwiek usilnie we mnie wpierają, że jako głowa państwa muszę nakazywać czyny przemocy, pobieranie podatków, tracenie ludzi przez katów i — co najgorsza — wojnę, to jest, rzezie bliźnich, to jednak — nie chcę i nie będę tego czynił.“ Tak samo musi rzec sobie żołnierz, nauczany, że powinien zabijać ludzi, i minister, który za swój obowiązek poczytywał przygotowywanie wojny, i dziennikarz, który do wojny podszczuwał, i każdy człowiek, który postawi sobie pytanie: „Kim jestem? jakie jest moje w życiu przeznaczenie?“ A skoro tylko głowa państwa przestanie nakazywać wojnę, żołnierz walczyć, minister przygotowywać środki do wojny, dziennikarz pobudzać do niej — wtedy bez żadnych nowych instytucyi, bez pilnowania równowagi mocarstw, bez trybunałów rozjemczych, samo przez się zniknie beznadziejne położenie, w jakiem ludzie się znaleźli nietylko wobec wojny, ale i wobec innych klęsk, które sami na siebie sprowadzają. A więc, jakkolwiek dziwnem może się to wydawać, do najbardziej skutecznego i pewnego wyzwolenia ludzi ze wszystkich klęsk, które na siebie sprowadzają, i z najokropniejszej z nich wszystkich — wojny — można dojść nie przez jakieś zewnętrzne środki ogólne, lecz tylko przez zwykłe odwołanie się do świadomości każdego pojedyńczego człowieka. Zalecał to przed tysiąc dziewięciuset laty Jezus. Niech każdy człowiek zastanowi się i zapyta się, kim jest, dlaczego żyje, i co powinien, a czego nie powinien czynić.

VII

Zło, od którego cierpią ludzie współcześni, pochodzi stąd, że większość ich żyje bez jedynego rozumnego drogowskazu dla ludzkiej — bez religii. Nie tej religii, która polega na wierze w dogmaty, na spełnianiu obrządków, dających przyjemną rozrywkę, pociechę, pokrzepienie, ale tej religii, która ustanawia stosunek człowieka do Wszechistnienia, do Boga, a przeto daje powszechny, wyższy kierunek całej działalności ludzkiej. Bez tej religii ludzie stoją na poziomie zwierząt, a nawet niżej od nich. Zło to, prowadzące ludzi do nieuchronnej zguby, wykazało się ze szczególną mocą w naszych czasach. Albowiem po utraceniu wszelkiego rozumnego drogowskazu w życiu i po wytężeniu wszystkich swych sił na wynalazki i ulepszenia głównie w dziedzinie technicznej, ludzie współcześni zdobyli olbrzymią władzę nad siłami przyrody. Ale nie mając żadnej przewodniej wskazówki do rozumnego korzystania z tej władzy, użyli jej naturalnie do zadawalniania swych najbardziej poziomych i zwierzęcych skłonności. Pozbawieni religii, ludzie, posiadający olbrzymią władzę nad siłami natury, podobni są do dzieci, którym na zabawkę dano proch albo gaz wybuchowy. Rozważając potęgę, posiadaną przez ludzi naszych czasów, i sposób w jaki z niej korzystają, czujemy, iż ze względu na swój poziom moralny, ludzie nie mają prawa nietylko na używanie kolei, pary, elektryczności, telefonów, fotografii, telegrafów bez drutu, ale nawet i na prosty kunszt wyrabiania żelaza i stali. Wszystkie bowiem te ulepszenia i kunszty używają tylko na zadowolenie swych chuci, na zabawę, marnotrawstwo i wzajemne się niszczenie. A więc — co czynić? Odrzucić wszystkie te ulepszenia życiowe, całą tę potęgę nabytą przez ludzkość — zapomnieć, czego się ludzkość nauczyła? Jest to niemożliwe. Jakkolwiek zgubny użytek robią ludzie z tych nabytków umysłowych, są to jednak nabytki i ludzie nie mogą ich zapomnieć. Zmienić ten układ narodów, jaki się w ciągu stuleci utworzył, i wytworzyć nowy? Wynaleść nowe instytucye, które by przeszkodziły mniejszości w oszukiwaniu i wyzyskiwaniu większości? Rozpowszechnić wiedzę? Wszystkiego tego próbowano i czyni się to z wielkim zapałem. Wszystkie te urojone sposoby naprawy są to tylko sposoby oszołomienia się, odwracania uwagi od nieuchronnej zguby. Granice państwa ulegają zmianom, instytucye przekształcają się, wiedza rozpowszechnia się. Ale w obrębie innych granic, przy innej organizacyi społeczeństw, ze wzrostem oświaty ludzie pozostają takiemi samemi zwierzętami, gotowemi każdej chwili rozszarpywać się nawzajem na kawałki, albo takimi samymi niewolnikami, jakimi zawsze byli i zawsze będą, dopóki w dalszym ciągu kierują się nie poczuciem religijnem, lecz namiętnościami, teoryami i zewnętrznymi wpływami. Człowiek nie ma innego wyboru: musi być albo niewolnikiem najbardziej niesumiennego i bezczelnego z niewolników, albo sługą bożym. Bo dla człowieka istnieje jedna tylko droga do wolności — to zjednoczenie swej woli z wolą Boga. Ludzie, pozbawieni religii; niektórzy, wprost odrzucający religię; inni, uznający za religię owe ohydne formy zewnętrzne, które religię zastąpiły, a kierowani jedynie przez osobiste żądze, strach, prawa ludzkie, a przedewszystkiem przez nawzajem na siebie wywierany hypnotyzm; ludzie tacy nie mogą przestać być zwierzętami lub niewolnikami. A żadne usiłowania zewnętrzne nie wyprowadzą ich z tego położenia, bo jedynie religia czyni człowieka swobodnym. Większość zaś ludzi współczesnych jej nie posiada.

VIII

„Ale“ — powiedzą nam ludzie, zaprzątnięci działalnością praktyczną wszelkich rodzajów — „na to, by usunąć zło, od którego cierpimy, koniecznem byłoby, by nietylko kilku ludzi, lecz wszyscy zastanowili się, a uczyniwszy to, jednakowo ujrzeli przeznaczenie swego żywota w spełnianiu woli Boga i w służeniu swym bliźnim. Czyż to możliwe“? Nietylko możliwe, odpowiadam — ale wręcz niemożliwe jest, by tak się nie stało. Niemożliwe jest, by ludzie się nie zastanowili, to jest, niemożliwe jest, by każdy człowiek nie postawił sobie pytania, kim jest i poco żyje. Albowiem człowiek, jako istota rozumna nie może żyć bez usiłowań zrozumienia, poco żyje, i zawsze, stosownie do swego rozwoju — odpowiadał na to pytanie w swych naukach religijnych. W naszych czasach, wewnętrzna sprzeczność, odczuwana przez ludzi, wysuwa to pytanie ze szczególnym naciskiem i domaga się odpowiedzi. Niemożliwe jest dla ludzi współczesnych odpowiedzieć na to pytanie inaczej, jak tylko uznając zakon życia w miłości bliźniego i w służeniu bliźnim. Albowiem w naszych czasach jest to jedyna rozumna odpowiedź na pytanie o znaczeniu życia ludzkiego. tę przed tysiąc dziewięciuset laty dała religia chrześciańska, a zna ją ogromna większość całej ludzkości. Odpowiedź ta ukryta żyje w świadomości wszystkich ludzi współczesnego świata chrześciańskiego, ale nie wyraża się otwarcie i nie służy za drogowskaz dla naszego życia. A to dlatego, że ci, co się cieszą największą powagą, tak zwani uczeni, żyją w grubym błędzie, jakoby religia była tylko chwilowym i już minionym stopniem w rozwoju ludzkości i jakoby ludzie mogli żyć bez religii, i wpajają ten błąd w masy, które zaczynają się oświecać. I dlatego także, że z drugiej strony mocarze dzisiejsi czasem rozmyślnie, a czasem nieświadomie (sami błędnie sądząc, iż wiara kościelna jest religią chrześciańską) starają się podtrzymywać i podsycać w ludzie dzikie zabobony, podawane za religię chrześciańską. Gdybyśmy tylko usunęli oba te błędy, to prawdziwa religia, już ukryta w sercach ludzi współczesnych, stałaby się jawną i obowiązującą. Dla doprowadzenia do tego koniecznem jest, by z jednej strony ludzie nauki zrozumieli, że zasada braterstwa wszystkich ludzi i nauka nie czynienia innym, czego sobie nie życzysz samemu, nie jest jakąś przypadkową ideą wśród mnóstwa teoryi ludzkich, którą można uzależniać od jakichś innych względów, lecz jest zasadą niezaprzeczalną, stojącą ponad wszystkiemi innemi, i wypływającą z niezmiennych stosunków człowieka do tego, co wiecznem jest w Bogu, i że jest ona religią, całą religią, a zatem zawsze obowiązuje. Z drugiej strony trzeba, aby ci, co rozmyślnie lub nieświadomie głoszą dzikie zabobony, jako niby chrześciaństwo, aby ci zrozumieli, że wszystkie te popierane i głoszone przez nich dogmaty, sakramenty i obrządki nietylko nie są, jak oni sądzą, niewinnemi, lecz są w najwyższym stopniu zgubne, albowiem zasłaniają przed ludźmi ową najważniejszą prawdę religijną, która wyraża się w spełnianiu woli Boskiej, w służeniu ludziom; albowiem także zasada postępowania z innymi tak, jakbyś sobie życzył, żeby inni z tobą postępowali, nie jest jednym z przepisów religii chrześciańskiej, lecz istotnie całą religią, jak to zaiste mówi ewangelia. Na to, by ludzie naszych czasów zadali sobie jednakowe pytanie o znaczeniu życia i jednakowo na nie odpowiedzieli, potrzeba tylko, aby ci, co siebie za oświeconych uważają, przestali myśleć, i wpajać w dorastające pokolenia, że religia jest atawizmem, minionej dzikości, i że dla cnotliwego życia ludzi wystarcza rozpowszechnienie wykształcenia, to jest, rozpowszechnienie wiedzy różnego rodzaju, która w jakiś sposób ma ludzi doprowadzić do sprawiedliwości i moralnego życia. Natomiast ludzie ci powinni zrozumieć, że dla cnotliwego życia ludzkiego religia jest konieczna, i że religia ta już istnieje i żyje w świadomości ludzi współczesnych. Ludzie zaś, którzy rozmyślnie lub nieświadomie ogłupiają lud kościelnymi zabobonami, powinni przestać to czynić i uznać, że w chrześciaństwie ważnem i obowiązującem jest nie chrzest, nie komunia, nie wyznawanie dogmatów itd., lecz jedynie miłość Boga i bliźniego oraz zachowywanie przykazania o postępowaniu z innymi, jak chcesz, by inni z tobą postępowali, i — że na tem polega cały zakon i prorocy. Gdyby tylko pseudochrześcianie i uczeni zrozumieli sami oraz nauczali dzieci i nieoświeconych tych prostych, jasnych i koniecznych prawd, jak obecnie nauczają swych skomplikowanych, bałamutnych i niepotrzebnych teoryi, to wszyscy ludzie jednakowo pojęliby znaczenie życia i uznaliby jedyny obowiązek, wypływający z tego pojmowania.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…