Read here

Joyzella

Maurice Maeterlinck · 1904 · Free in the US

30,207 words · about 2 h 7 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1904 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Joyzella&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Maurice Maeterlinck
Language
Polish
Published
1904
Length
30,207 words · about 2 h 7 min
Sections
8 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (8)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 1 h 3 min
  3. Akt I about 10 min
  4. Osoby under 1 min
  5. Akt II about 13 min
  6. Akt III about 14 min
  7. Akt IV about 13 min
  8. Akt V about 12 min

Continue:

Front matter

KSIĄŻKI DLA WSZYSTKICH

Maurycy Maeterlinck

Joyzella

całość

KSIĄŻKI DLA WSZYSTKICH

Maurycy Maeterlinck

Joyzella

Sztuka w 5-ciu aktach

przełożył

A. L.

WARSZAWA

NAKŁADEM I DRUKIEM M. ARCTA

1904

Дозволено Цензурою.

Варшава, 21 Января 1904 года.

OSOBY:

MERLIN. LANCEOR, syn Medina. JOYZELLA (czyt. Żuazella). ARYELLA, duch Merlina, niewidzialny dla innych osób.

Sprawa na wyspie Merlina.

Akt I.

Galerja w pałacu Merlina.

SCENA I.

, .

(Merlin siedzi koło Aryelli, uśpionej na stopniach schodów, marmurowych. — Noc). . Ty śpisz, Aryello, ty siło moja wewnętrzna, potęgo zapomniana, drzemiąca w każdej duszy, a którą ja sam tylko jeden, jak dotąd, na ziemi — budzę do woli. Śpisz, moja młoda wróżko, uległa i pojętna — a twoje włosy rozwiane, jak błękitna para, niewidzialne ludziom, mieszają się z promieniami , z zapachami nocy, ze światłem gwiazd, z pękającemi różami — i przypominają nam, że wszystko się łączy ze sobą, że nic nie dzieli nas od wszystkiego, co istnieje — i że myśl nasza nie wie, gdzie się zaczyna światło, do którego dążym i gdzie się kończy ciemność, od której uchodzim... Śpisz głęboko, a w czasie twego snu ja tracę wszystką swą wiedzę i staję się podobny swoim ślepym braciom, którzy dotąd jeszcze nie wiedną, że na świecie tylu jest bogów utajonych, ile serc uderza... Niestety, jam jest dla nich złym duchem, od którego należy uciekać; czarownikiem, który spiskuje z ich wrogami. Oni nie mają wrogów, mają tylko poddanych bez króla. Wierzą, że moja moc tajemna, która nakazuje posłuch roślinom, gwiazdom, wodzie, kamieniom, ogniowi — i której chwilami przyszłość ujawnia cząstkę swoich błyskawic; wierzą, że ta siła nowa, a przecież tak ludzka — ukrywa się w czarodziejskich napojach, w słowach zaklętych, w ziołach piekielnych, w znakach straszliwych... Nie, ta siła jest we mnie, jako i w nich... Ona jest w tobie, moja krucha Aryello, która byłaś we mnie... Uczyniłem dwa — trzy śmielsze kroki naprzód w ciemności. Uczyniłem nieco wcześniej to, co oni zrobią jutro... Wszystko im będzie ulegało, gdy się w końcu nauczą ożywiać twoją dobrą wolę, jak ja ją ożywiłem... Ale napróżno mówiłbym im, że ty tutaj drzemiesz; napróżno bym pokazywał twój promienny wdzięk: nikt by cię nie zobaczył. Każdy musi cię odkryć sam w sobie... Każdy musi, jak ja, otworzyć grób swego życia — i obudzić cię, jak ja cię budzę... (Przechyla się nad Aryellą i całuje ją w czoło). . Mistrzu! . Oto czas, Aryello, w którym miłość czuwać musi. Nieraz w tych dniach — będę sen twój niepokoił. . Sen mój był tak długi, że usypiam wciąż na nowo. Ale czuję się mocniejszą i szczęśliwszą za każdem przebudzeniem, jakie mi twoja myśl nakazuje... . Którędy prowadzisz mego syna i kiedy go zobaczę? . Śledziłam go wzrokiem — w czujnem marzeniu. Zbliża się do nas. Sądzi się zabłąkanym, a przeznaczenie wiedzie go tam, gdzie go czeka szczęście. . Czyliż mię rozpozna? Tyle minęło lat, jakich wymaga przepisana próba, abyśmy żyli obcy sobie, chętnie bym już go ucałował tak, jak wtedy, kiedy był małem dziecięciem. . Nie, los musi wywikłać się swobodnie. — Miłość ojca, którego istnienie musi mu pozostać niewiadomem, niechaj nie fałszuje próby. . Ale odkąd Joyzella jest tu, w pobliżu nas; odkąd on idzie ku niej — czyli przyszłość się wyjaśnia? czyli tam czytasz nieco dalej w jutrze? . Czytam to, com wyczytała w pierwszej chwili... Przeznaczenie twego syna — całe jest wypisane w kole miłości. Jeżeli pokocha i jeżeli zostanie pokochany miłością cudowną, która zresztą powinna być udziałem wszystkich ludzi, ale która bywa tak rzadką na ziemi, że zdaje się obłędem; jeżeli więc pokocha i zostanie pokochany miłością szczerą i jasno-widzącą, miłością prostą i jak woda górska, a tak potężną jak ona; miłością bohaterską a słodszą od kwiatu; miłością, która wszystko bierze, a oddaje więcej niż bierze, która nigdy się nie waha, która nigdy się nie myli, której nic nie wytrąci z równowagi i nic nie zrazi: która słyszy i widzi jedynie szczęście tajemnicze, niewidzialne nikomu; która je dostrzega wszędzie, po przez wszystkie postaci i wszystkie próby i która z uśmiechem idzienaprzód, gotowa nawet do zbrodni., jeżeli zdobędzie taką miłość, która gdzieś istnieje, i czeka na niego w jakiemś sercu, które sądzę, że poznałam: — to życie jego będzie dłuższe, piękniejsze i szczęśliwsze, niż życie innych ludzi... Ale, jeżeli nie znajdzie takiej wielkiej miłości, zanim ten miesiąc upłynie (gdyż kolo się zamyka), jeżeli miłość Joyzelli nie jest tą wielką miłością, którą przyszłość z wyżyny niebios sunie ku niemu; jeżeli płomień nie sięgnie granic płomienia, jeżeli go zwątpienie zamroczy, albo żal zasłoni — w takim razie śmierć przeważy i syn twój jest zgubiony. . Ah, zapewne dla każdego człowieka godzina miłości jest wielką godziną. . Dla Lanceora, niestety, jestto godzina nieubłagana. Teraz wchodzi on na najwyższy szczyt życia... Po omacku krąży między szczęściem a mogiłą... W całości zależy od ostatnich kroków, jakie robi i od ruchu dziewicy, która idzie na jego spotkanie... . A jeśli Joyzella nie jest tą, którą los mu wyznacza... . Lękam się, czy próba, jaką zamierzamy zrobić, nie jest jedyną z prób możebnych... Lecz nigdy człowiek nie powinien tracić odwagi w obliczu przyszłości. . Czemuż robić próbę, skoro jest niepewna? . Jeżeli my jej nie wykonamy, los ją wykona... Jest ona nieunikniona, ale oddana na pastwę przypadku... I dla tego staram się pokierować jej biegiem. . A jeżeli on pokocha Joyzellę, ona zaś kochać go nie będzie tak jak tego wymaga przeznaczenie? . Wówczas będziemy musieli jawniej współdziałać sprawie. . Jakto? . Postaram się o tem dowiedzieć. . Aryello, błagam cię, ponieważ idzie tu o istotę najdroższą, droższą mi nawet od samego siebie; ponieważ mam tylko jednego syna i ponieważ on może stać się tem, czem — jak wiesz — ja bym nie mógł już być, czy niepodobna wykonać niesłychanego wysiłku, rozpacznego niemal wysiłku w przyszłość, zgwałcić czas, wydrzeć latom — choćby te miały się za to pomścić na nas obojgu — tajemnicę, ukrytą tak surowo, a która mieści w sobie więcej, niż nasze własne życie i nasze własne szczęście. . Nie, wysilam się napróżno, dalej już nie sięgam... Przyszłość to świat, którego granicą jesteśmy my sami: odkrywamy w nim tylko to, co nas dotyczy, a czasami — przypadkowo — i to, co dotyczy najdroższych nam osób... Widzę jasno to, co się rozwija koło Lanceora, aż do chwili, gdy jego ścieżka krzyżuje się ze ścieżką Joyzelli. Ale dokoła Joyzelli lata są zasłonione. to świetna, zasłona promienna, ale kryje dni jutra równie głęboko, jak zasłona mroku... Życie się przerywa... A potem, poza zasłoną — stoi Śmierć i Szczęście, które czekają, jak dwoje gospodarzy niezmiennych, obojętnych, nieprzeniknionych... I nie mogę rzec, który jest bliższy i bardziej przeważający. Nie mogę przeniknąć, czy Joyzella jest właśnie tą przeznaczoną. Wszystko zapowiadać się zdaje, że to ona, lecz nic tego nie potwierdza. Oblicze jej, skierowane ku czasom, które nadchodzą; napróżno całą swoją moc przyzywam: nie odpowiada i nie odwraca się do mnie. Nic jej uwagi nie rozstroi — i nigdym nie widziała rysów jej ducha, choć je przeczuwam. Jeden znak jest pewny: znak prób, wyraźnych i okrutnych, które będzie musiała przezwyciężyć. Po tych próbach ją poznamy. . Musimy zatem, począwszy od tego punktu, który mogę przestąpić, musimy poddać się nieznanym potęgom — i pytać wypadki tak, jak inni ludzie, czekać ich odpowiedzi — i starać się je przełamać, gdyby chciały unieszczęśliwić naszych ukochanych... . Ale spójrz, oto idą oni ku zorzy powstającej... Śpieszmy się, zbliżają się ku sobie... Przeznaczeniu ich, które już rozpoczyna swe dzieło, pozostawmy samotność i milczenie, jakich ono wymaga. (Merlin i Aryella wychodzą. W kilka chwil potem — gdy światło dzienne nagle się powiększa — wchodzą i spotykają się Joyzella i Lanceor).

SCENA II.

, .

(zdziwiona zatrzymuje się przed Lanceorem). Czego szukasz? . Nie wiem gdzie jestem. Szukam schronienia. Któż ty jesteś? . Nazywam się Joyzella. . Joyzella... Powtarzam twe imię... Ono pieści jak poszmer skrzydeł, jak tchnienie kwiatu, jak oddech wesela, jak promień światła... Maluje ciebie całą, śpiewa w sercu, opromienia usta... . A ty kto jesteś? . Już sam nie wiem, kto jestem... Przed paru dniami nazywałem się Lanceor; wiedziałem, gdzie jestem i znałem samego siebie. Dziś szukam siebie, wnikam w siebie, dokoła siebie, ale wciąż błądzę we mgle śród widziadeł... . Co za mgły? Co za widziadła? Od kiedy jesteś na tej wyspie? . Od wczoraj. . To dziwne, nic mi o tem nie mówiono. . Nikt mię nie widział. Zrozpaczony, błądziłem po wybrzeżu... . Ach, dla czego? . Byłem daleko stąd, daleko od mego starego ojca, gdy nagłym listem zawiadomiono mię, że mój rodzic umiera... Wyjeżdżam natychmiast... Płyniemy długo. Potem, w pierwszej przystani, gdzie się okręt zatrzymuje — nowy list mi donosi, że już jest zapóźno, że ojciec mój już nie jest żyw. Płynę dalej, aby przynajmniej oczy mu zamknąć i spełnić jego ostatnią wolę...

Dlaczegóż ty więc tu jesteś?

. Dla czego, nie wiem, — i jak, nie wiem. Morze było tak jasne, niebo tak czyste. Widać było tylko wodę drzemiącą w lazurze. Naraz — bez żadnego powodu — wielkie błękitne piany rozwichrzyły fale. Wschodziły niby opary mgliste, czepiając się rąk, masztów, twarzy... Potem zahuczał wiatr, a ślepy okręt, popychany strasznym wirem, znalazł się wieczorem w nieznanej przystani tej nieoczekiwanej wyspy... Smutny i zrozpaczony schodzę tu na wybrzeże; usnąłem w grocie, zwróconej ku morzu, a gdym się obudził, tumany opadły; — spoglądam: okręt, jak białe skrzydło znika na widnokręgu fal! . Cóż się stało? . Nie wiem... Chciałem płynąć za nim, ale nie znalazłem łodzi w przystani. Muszę więc czekać zjawienia się innego okrętu. . To szczególne. To tak jak ja... . Jak ty? . Tak — i mnie tak samo gęsta mgła zaciągnęła na tę wyspę. — Ale mój okręt się rozbił... . Kiedy i jak? Skąd przybywasz tu, Joyzello. . Przybywam tu z innej wyspy. . Dokąd płynęłaś? . Tam, gdzie ktoś mnie oczekiwał. . Kto? . Ten, który sądził, że mam być jego wybranką. . Byłaś zaręczoną? . Tak. . Kochasz go? . Nie. . A więc? . Matka życzyła sobie. . Chciałaś być jej posłuszną? . Nie. . To dobrze. To mi się podoba. I mnie też ojciec mój w chwili śmierci nakazał wybrać tę, którą on wybrał... Miał, jak się zdaje swoje powody, bardzo poważne. A ponieważ on sobie życzył, a niema go już na ziemi, muszę mu być posłuszny. . Dla czego? . Nie wolno się sprzeciwiać nakazom umarłych. . Dla czego? . One są niezmienne. Trzeba mieć litość, trzeba je szanować. . Nie. . Tybyś nie słuchała? . Nie. . Joyzello, to okropne! . Umarli są okropni, gdy wymagają, abyśmy kochali tych, których nie kochamy... . Joyzello, ja się lękam ciebie. . Powiedziałam. Cóżem powiedziała? Możem zbyt porywcza? . Joyzello, oczy twoje się łzawią na wspomnienie umarłych — i kłamią twoim słowom. . Nie, to nie z tej przyczyny... Może byłam zbyt surowa... A jednak oni nie mają słuszności... . Nie mówmy już o umarłych. Nie powiedziałaś mi jeszcze, jak się rozbił twój okręt. . Gęsta mgła nas obłąkała. Mgła tak gęsta, że zapełniała ręce, jakby białem pierzem. Sternik się omylił, zgubił drogę. Sądził, że widzi latarnię. Okręt uderzył o podwodne skały. Ale nikt nie zginął. Fale mnie uniosły; a widziałam dokoła wodę błękitną, jakbym się zsuwała w głąb jakiegoś dusznego nieba... Zsuwałam się wciąż... Potem ktoś mię pochwycił za rękę i straciłam przytomność... . Któż cię pochwycił? . Pan tej wyspy. . Kto to jest ten pan? . Starzec jakiś, który błądzi jak cień niespokojny po tym marmurowym pałacu. . O, gdybym tam był! . Cóżbyś uczynił? . Uratowałbym ciebie. . Czyż nie jestem uratowana? . To, co innego. Nie cierpiałabyś i nic by cię nie dotknęło. Poniósłbym cię po grzbiecie fal... Ach, nie wiem, nie wiem, jakby to było!.. Niósłbym cię, jak czarę pełną drogocennych pereł, których żadnej cień nie powinien musnąć, jak cudny kwiat jutrzniany, w którym boimy się zakołysać kroplę rosy... Gdy myślę o niebezpieczeństwach, na jakie byłaś narażona, ty tak piękna, tak wiotka, śród wzburzonych fal i surowych urwisk, w ramionach tego starca... To co uczynił jest piękne; uczynił rzecz niemożliwą... Ale to nie dość... Jakże nareszcie dosięgłaś brzegu? . Po przebudzeniu leżałam na piasku. Starzec był przy mnie. Potem kazał mię zanieść do pałacu. . Czy on jest królem tej wyspy? . Wyspa jest prawie bezludna — i nie widać na niej nikogo, prócz kilku sług, którzy błądzą w milczeniu. Za poddanych miałby on tylko drzewa, kwiaty i szczęśliwe ptaki, których ta wyspa zdaje się pełną... . To, co uczynił jest dobre. . Jest on dobry i ludzki; przyjął mnie, jakby ojciec rodzony. A jednak ja go nie lubię... . Dla czego? . Zdaje mi się, że on mnie kocha. . Jakto? Czyżby śmiał? Nie, to niepodobna! albo wiek nie jest ciężarem, jakim być powinien, a rozum od nas uchodzi, gdy śmierć się zbliża. . A jednak ja się boję. Dał mi to do zrozumienia. Jest on osobliwy i smutny. Podobno, daleko stąd ma syna, który może i zginął. Myśli o nim ciągle. Gdy przypuszcza, że go zobaczy, twarz jego się rozjaśnia... on... oto on...

(Wchodzi Merlin).

SCENA III

, , .

. Szukałem cię, Joyzello! (zwraca się do Lanceora i patrzy nań groźnie). Co do ciebie, to wiem, kto jesteś — i znam powody, co cię sprowadziły na tę wyspę; znam też fortel rzekomego rozbicia — i wiem, jaki wróg, cię tu przysłał. . Mnie? Ależ na te brzegi rzucił mię przypadek... . Nie wymawiajmy słów bezużytecznych. . Cóż on zrobił? . Chciał, niestety, zrobić to, co człowiek uczynić może najnędzniejszego; zdradzić dobroć, okłamać przyjaźń i wrogom sprzedać gospodarza zbyt szlachetnego, który go miał przytulić. . Nie. . Dla czego: nie? Czy ty go znasz? . Tak. . Od kiedy? . Odkąd go ujrzałam. . A dawnoś go ujrzała? . Od chwili, gdy wszedł do tej sali. . To zbyt mało. . To wystarcza. . Nie, Joyzello — i wnet ci wypadki dowiodą, że to nie dosyć i że otwarte wejrzenie, uśmiech niewinny, łagodne słowa — kryją nieraz zasadzkę niebezpieczniejszą — niż siwy włos niewdzięcznej starości, albo uczucie bez nadziei. . Cóż zamierzasz uczynić? . Czekam pewności ostatecznej, a wtedy uczynię to, co prawowite i konieczne, aby już się nie lękać wroga, co gotów się nie cofnąć przed niczem. Nielitościwe środki, jakie przedsięwezmę, tyleż są ważne dla twego bezpieczeństwa co i dla mojego. Bo ta sama kabała nas otacza, a los wiąże nas... Nie mogę dziś mówić ci więcej. Ufaj mi. Może już wiesz, że twoje szczęście jest mojem. . Uratowałeś mi życie — pamiętam o tem. . Wspominasz o tem bez życzliwości, ale sądzę, że mi kiedyś oddasz sprawiedliwość. (Do Lanceora). A ty idź. Wieść, którą otrzymałem, jest niewątpliwa. Gdy wypadki, których się lękam, wieść tę potwierdzą, zacznę działać. Tymczasem jesteś moim więźniem. Wskażę ci miejsce, zachowane dla ciebie w pałacu. Gdybyś przestąpił zakreśloną granicę, sam siebie będziesz zmuszony sądzić i sam na siebie wydasz wyrok. Będzie on niecofniony. Idź, oto moje rozkazy. . Jestem posłuszny, ale w nadziei, że uznasz swój błąd. Do widzenia, Joyzello. . Nie, powiedz jej: «żegnam», bo wątpię, czy się kiedykolwiek zobaczycie. Tymczasem, Joyzello, może cię kiedy przypadek postawi wobec tego człowieka. — Tedy mówię ci, uchodź: życie twoje i jego zależą ściśle od twojej rychłej ucieczki. Gdy się dowiem, żeście się , jesteście nieodwołalnie zgubieni. (Do Lanceora). Czy mi obiecujesz, że będziesz jej unikał? . Jeżeli idzie o jej życie, tak! . A ty, Joyzello? . Nie!

Akt II.

Ogród dziki, opuszczony, pełen cierni i traw jadowitych. Na prawo wielka ponura ściana z rozwartą bramą.

SCENA I.

, potem .

(wchodząc). Jest to ogród nieodwiedzany przez nikogo. Słońce tu nie dochodzi, biedne dzikie kwiaty, które niszczy się przeto, że nie są piękne — oczekują tu rychlej śmierci, a ptaki milczą... Oto fijołek pozbawiony już zapachu, złoty jaskier, drżący i smutny! i mak, którego płatki wciąż opadają... Oto skabjoza spragniona troszki wody, jadowity ostromlecz co ukrywa swe liście, dzwonek błękitny, co porusza milcząco swe kwiaty bezużyteczne. Poznaję was wszystkie, pokorne i wzgardzone, tak dobre i tak brzydkie... Mogłybyście być piękne; mało co brak do tego: promienia szczęścia, chwili łaski, uśmiechu nieco śmielszego, aby tu ściągnąć pszczoły... Ale żadne was oko nie widzi, żadna ręka was nie zrywa... Jakże tu wszystko zmartwiało! Trawa opuszczona i sucha, liście chore, stare drzewa zamierają, a wiosna sama i zorza poranna lękają się zarazić żałością tej samotni. (Lanceor ukazuje się po za drzwiami...) . Joyzello! (odwraca się nagle). Lanceorze! . Joyzello! . Uchodź, uchodź! Strzeż się! Gdyby cię ujrzał, zginąłeś. . Nie zobaczy nas. Jest daleko stąd. . Gdzie? . Widziałem go, wychodził. Śledziłem jego odejście z wyżyny tej wieży, gdzie siedzę zamknięty jako . Jest na krańcu wyspy koło sinego lasu, który zamyka widnokrąg. . Ale może powrócić, albo mu ktoś o tem powie. Uchodź, uchodź — mówię tobie. Idzie o twoje życie. . Pałac jest pusty. Przebiegłem sale, ogrody, podwórce, długie szeregi bukszpanów, schody marmurowe. . Uchodź... To tylko zasadzka... Sprzysiągł się na twoje życie. Wiem o tem, powiedział mi... Podejrzewa, że cię kocham. Szuka tylko pozoru, aby wykonać swój zamiar. Uchodź... To już za wiele... . Nie. . Jeżeli ty nie chcesz, to ja odejdę. . Jeżeli odejdziesz, Joyzello, to ja pozostanę tu przy bramie, póki go noc nie sprowadzi do domu... Znajdzie mnie tu na zakazanym progu.. Przestąpiłem granicę mi wyznaczoną, a więc byłem nieposłuszny; i chcę, aby to widział i chcę, aby to wiedział... . Lanceorze, miej litość! Błagam cię, Lanceorze! Całe nasze szczęście kładziesz na szalę przypadku. Myśl tylko o sobie. Pójdę, dokąd zechcesz, abyś tylko opuścił tę kratę. Zobaczymy się gdzieindziej, później, innego dnia... Potrzeba nam czasu, potrzeba ostrożności, przygotowań... Patrz, ręce wyciągam do ciebie... A mów, co mam uczynić. Co mam ci obiecać? . Otwórz furtę. . Nie, nie, nie mogę! . Otwórz, otwórz, Joyzello, jeżeli chcesz, bym żył. . Dla czego chcesz, bym otworzyła? . Chcę cię widzieć zblizka, chcę dotknąć twoich rąk, których nie dotknąłem, patrzeć na ciebie jeszcze, jakem patrzał wtedy pierwszego dnia... Otwórz albo się zgubię sam... Nie odejdę... . Czy odejdziesz, skoro... . Zapowiadam ci, Joyzello... skoro tylko otworzysz, zanimby jaskółka, zanimby myśl miała czas dolecieć z miejsca, gdzie on jest, zanimby tą myśl zapragnęła ująć mą rękę, która dotknie twojej... Błagam cię, Joyzello, to zbyt okrutne... Stoję u tej furty, jak ślepy ... Widzę jeno twój cień poprzez liście. Te kraty są ohydne, bo mi twoją twarz zakrywają... Jedno spojrzenie, Joyzello, bym cię ujrzał całą, a potem odejdę jak złodziej z wielkim skarbem, co strumieniami leje się po za nim. Nikt nie będzie wiedział — i będziemy szczęśliwi. . Lanceorze, to straszne. Nie drżałam nigdy, ale dziś drżę. Może ja drżę o życie — i może już nie o swoje własne. Cóż to za światło, co nagle zabłysło? Ono zdradza nas... . Ależ nie, to słońce wschodzące poza murem. To niewinne słońce, dobre słońce majowe, ono schodzi do nas, by rozweselić nas... Otwórz więc, otwórz szybko, każda chwila mijająca dodaje niebezpieczeństwa do niebezpieczeństw, których się lękasz... Jeden ruch, Joyzello, jeden rzut twojej ręki, a otwierasz mi naprawdę wrota życia! (Joyzella obraca klucz; furta się otwiera; Lanceor przestępuje próg). (chwytając Joyzellę w ramiona). Joyzello! . Oto jestem. . Oto mam twoje ręce i oczy, twoje włosy i usta w tym samym pocałunku i w tej samej chwili, wszystkie dary miłości, których nigdy nie miałem i całą jej obecność... Ramiona moje są tak zdumione, że nie mogą unieść tych skarbów, a moje życie całe ich nie ogarnie. Nie odsuwaj czoła, nie oddalaj ust, Joyzello! . Czynię to, nie by uciec od ciebie, lecz by się lepiej przybliżyć. . Nie odwracaj głowy; nie wydzieraj mi cienia twych rzęs, światła twych oczu; nie godziny, minuta każda grozi temu szczęściu. . Szukałam twego uśmiechu... . A twój uśmiech go spotyka w pierwszym pocałunku, który łączy nasze usta, aby złączyć nasze przeznaczenia... Zdaje mi się dzisiaj, żem cię zawsze widział i żem cię zawsze całował... i że wykonywam w rzeczywistości u progu raju to, com czynił na ziemi, gdym twój cień obejmował... . Całowałam cię w nocy, gdym całowała swe marzenia. . Nie miałem zwątpień... . Nie znałam trwogi... . I wszystko mi jest dane. . I wszystko mnie uszczęśliwia. . Jak twe oczy są głębokie i pełne ufności! . A twoje oczy jak czyste i pełne pewności! . Jakże rozpoznaję te oczy! . Jakże je odnajduję! . Twoje ręce na mych ramionach mają ten właśnie ruch, jaki miały, gdym czekał na nie, nie śmiejąc się obudzić. . A twoje ramię na mej szyi dawne swe miejsce znów zabiera. . Tak właśnie niegdyś źrenice twoje zamykały się na tchnienie miłości. . Tak właśnie łzy ci błyskały w oczach, gdyś je otwierał. . Gdy szczęście jest tak wielkie... . Nieszczęście nie przychodzi, póki go miłość trzyma na uwięzi. . Kochasz mnie? . Kocham! . O, jakeś ty mi powiedziała: kocham! Do samej głębi mego serca, do samej głębi mych myśli, do samej głębi mej duszy... Może ja o tem wiedziałem, ale trzeba to było powiedzieć... I same nasze pocałunki niczem były bez tego słowa. Teraz, dość. To słowo żywić będzie moje życie. Wszystka nienawiść świata nie byłaby w stanie go zmazać, a trzydzieści lat nieszczęść nie mogłoby go wyczerpać... W światłości jestem, a wiosna mnie przytłacza. Spoglądam na niebo, a ogród się budzi... Słyszysz ptaki, od których śpiewu rozdzwoniły się drzewa i powtarzają twój uśmiech i twe czarodziejskie: kocham... I patrz, jak złote promienie słońca pieszczą twe włosy, niby djamenty igrające śród płomieni, a tysiące kwiatów chyli się ku nam, by w naszych oczach schwycić na gorącym uczynku tajemnicę miłości, której nie znały. (otwierając oczy). Ach, były tu tylko biedne kwiatki półumarłe... (Patrzy dokoła siebie zdumiona; gdyż od chwili wejścia Lanceora, choć nie baczyli na to, ponury ogród powoli a magicznie się przemienił. Dzikie rośliny, nikczemne zioła, co zatruwały jego powietrze, urosły ogromnie, i każda, podług swego rodzaju, rozwinęła cudownie swoje kwiaty wybujałe. Lichy powój stał się potężnym ljanem, którego przedziwne kielichy girlandami otoczyły drzewa, zginając się pod ciężarem tysiąca dojrzałych owoców i zaludnione gromadą cudnych ptaków. Biała mokrzyca jest teraz wielkim krzakiem gorąco i łagodnie zielonej barwy, a na nim błyszczą kwiaty większe niż lilje. Blada skabjoza wydłużyła swe łodygi, na których rozrosły się kity podobne teraz do słoneczników ślazowych. Motyle krążą po powietrzu, pszczoły brzęczą, ptaki śpiewają, owoce kołyszą się i opadają, światło rozlewa się dokoła. Perspektywa ogrodu rozszerzyła się w nieskończoność: i widać na prawo cysternę marmurową, na pół ukrytą po za żywopłotem różowych laurów i heljotropów, wyciętych w arkady). . Już tu są jeno kwiaty życia. Patrz!... One schodzą ku nam, rozsypują się koło nas. Błyszczą na gałęziach, zginają drzewa, plączą nasze , cisną się nawzajem, duszą się, pękają w całym ogromie jedne w drugich, zasłaniają liście, rozlśniewają trawę... Nie znam żadnego z tych kwiatów, a wiosna jest w upojeniu... Nigdymnie widział roślinności tak bezładnej, tak świetnie rozbujałej... . Gdzież jesteśmy? . Jesteśmy w grodzie, którego nie chciałaś otworzyć memu szczęściu. . Cóżeśmy uczynili? . Dałem pocałunek, który się daje raz tylko jeden w życiu... A ty wyrzekłaś słowo, którego się nigdy nie powtarza. (omdlewając). Lanceorze, jestem szalona albo umrzemy oboje. (podtrzymując ją). Joyzello, ty bledniesz, a twoje drogie ramiona cisną mnie, jakbyś była w trwodze, że ukryty wróg... . Więc tyś nie widział? . Co? . Jesteśmy w zasadzce, a te kwiaty nas zdradziły. Ptaki milczały, drzewa były martwe, były tu jedynie złe zioła, których nikt nie zrywał. Poznaję je wszystkie, wiem ich imiona, przypomina mi się jeszcze ich dawna nędza... Oto jaskier upadający pod ciężarem złotych kręgów, oto biedna mokrzyca-zmieniona w olbrzymi krzak lilji, wielkie skabjozy, które ocieniają nas swemi liśćmi, a te purpurowe dzwony, co po nad mur się wznoszą, aby całemu światu zdradzić, żeśmy się widzieli, to naparstnica, która biednie rosła w cieniu. Rzekłbyś, niebo rozsypało kwiaty. Nie patrz na nie: one tu są dla naszej zguby. Ah, teraz zapóźno rozważam, a powinnam była rozumieć... Szeptał niewyraźne groźby... Tak, tak, wiedziałam że on ma uroki. Mówiono mi o tem, alem nie wierzyła. Teraz nadeszła jego godzina. Dobrze! Zapóźno, ale zobaczymy, że miłość umie też... (Słychać odgłos rogu). . Słuchaj. . To tentent koni i róg strażniczy. On powraca. Uchodź! . Ale ty? . Ależ ja się nie lękam niczego, oprócz jego ohydnej miłości. Uchodź! . Zostanę przy tobie, a gdyby jego przemoc... . Zgubisz nas oboje. Uchodź! Ukryj się tam za ostromlecze. Cokolwiek on powie, cokolwiek uczyni — nie zdradzaj się. Nie lękaj się o mnie, ja się potrafię obronić. Uchodź. On już idzie. Uchodź. Słyszę jego głos. (Lanceor się ukrywa po za gęstwiną wysokich ostromleczów. Furta się otwiera i Merlin wchodzi do ogrodu).

SCENA II

, , ukryty.

. On tu jest, Joyzello, . Niema go. . Te kwiaty nie kłamią; one zdradzają miłość. Były one przy was na straży i zachowały mi wierność. Nie jestem okrutny i przebaczam nieraz. Możesz go uratować, pokazując krzak, w którym się ukrył. (Joyzella nieruchoma). Nie patrz na mnie tem pełnem nienawiści okiem. Pokochasz mię kiedyś, bo drogi miłości są ciemne i szlachetne... Czy nie wierzysz, że dopełnię swych przyrzeczeń? . Nie wierzę. . Nie uczyniłem nic, coby zasługiwało na taką nienawiść i podobną obelgę. Ponieważ tego pragniesz, los niechaj za mnie działa. (Słychać krzyk bolesny po za krzakiem ostromlecza). (rzuca się po za krzewy). Lanceorze! . Joyzello! Jestem raniony! Wąż mnie ukąsił. . To nie wąż... to zwierz przerażający... Pełznie ku tobie... Depcę go nogą... rzężę... zdycha... Lanceorze, ty bledniesz. Oprzyj się na mej piersi... Nie lękaj się niczego, jestem silna... Pokaz mi swą ranę... Lanceorze, jestem tutaj... Lanceorze, odpowiedz! (zbliża się i ogląda ranę). Rana jest śmiertelna... Trucizna to powolna, a działanie jej dziwne... Nie rozpaczaj... Ja jeden tylko znam lekarstwo. . Lanceorze, Lanceorze! odpowiedz mi, odpowiedz! . Nie odpowie nic, śpi głęboko. Usuń się, Joyzello, jeżeli nie chcesz, aby ten prosty sen nie zakończył się śmiercią. Usuń się, Joyzello, nie zdradzasz go w ten sposób, tylko śmierć usuwasz. . Uczyń przedtem znak, co mu wróci życie. (patrząc na nią poważnie). Uczynię to, Joyzello. (Joyzella wychodzi powoli, odwraca się i wreszcie znika na surowy i rozkazujący gest Merlina. Pozostawszy sam, Merlin klęka przed Lanceorem i przewiązuje mu ranę). . Nie lękaj się, mój synu. Dla twego szczęścia czynię to wszystko — i niechaj moje serce się otworzy w pierwszym pocałunku, jaki ci dać mogę. (Długi pocałunek. Aryella wchodzi).

SCENA III

, , .

. Mistrzu, należy się śpieszyć, nową gotować zasadzkę. . Myślisz, że w nią wpadnie? . Człowiek zawsze w nią wpada, gdy instynkt go prowadzi; ale zastańmy mu rozum, zmieńmy jego

będziemy mieli widok, co śmiech wywoła.

. Ja się nie uśmiechnę, bo to widok smutny — i nie lubię patrzeć, gdy piękna i szlachetna ‘miłość, miłość, która się uważa za wyrocznię jedyną — pryska za pierwszą próbą, w ramionach widma. . Lanceor nie jest wolny, bo nie jest już sobą samym — i od godziny oddaję go na pastwę instynktu... . Powinienby go zwyciężyć. . Mówisz tak, bo ja ci jestem uległą; ale przypomnij sobie te czasy, kiedy byłam mniej posłuszną. . Sądzisz się uległą, bo ja cię zwyciężyłem; ale nawet w światłości, w której cię potrafiłem wychować, pozostaje w tobie wiele cienia i spostrzegam w tobie coś okrutnego, co nazbyt urąga słabościom ludzkim. . Słabości ludzkie często są konieczne do przeznaczeń życiowych. . Cóż się stanie, jeżeli on ulegnie pokusie? . Ulegnie, to zapisane... Idzie o to, czy miłość Joyzelli przeważy tę próbę. . A ty o tem nie wiesz? . Nie wiem. Dusza jej nie całkiem się mieści w mojem kole; zależy ona od pierwiastku, którego nie znam, który widzę tylko w niej, a który zmienia przyszłość... Starałam się ją poddać swej władzy; ale ona słucha mię tylko w drobiazgach. Jednakże czas działać. — Idź, poszukaj Joyzelli, a mnie pozostaw syna. Idź, aby próba nie była chybiona. Ożywię go, odnowię i pogłębię, i bardziej jeszcze zaślepię upojenie, w którem go pogrążyłam, i stanę się widzialną jego oczom, aby okłamać jego pocałunki. (z uśmiechniętym wyrzutem). Aryello! . Idź, pozwól mi działać!... Ty wiesz, że pocałunki, które się daje biednej Aryelli są jak muśnienie skrzydła, co się zamyka nad wartką wodą... (Merlin odchodzi. Aryella idzie do marmurowej cysterny, tam pół ukryta za gąszczem laurów, zwija skrzydła, które ją osłaniają, siada na stopniach darniowych koło cysterny i powoli rozpuszcza swe długie włosy. Tymczasowo Lanceor budzi się zwolna — poomacku). . Gdzież to ja usnąłem? Nie wiem, co za trucizna weszła w moje serce. Już nie jestem ten sam, a rozum mój się obłąkał... Walczę przeciw upojeniu i nie wiem dokąd idę. (Ujrzawszy Aryellę). Ale cóż to za kobieta — tam — po za gąszczą wawrzynów... (Zbliża się i spogląda). Jest piękna... Jest półnaga, a nóżka jej zgięta niby kwiat przezorny, zlekka pluszcze się w wodzie, co się uśmiecha, okrążając ją pianką pereł... podnosi ramiona, aby związać włosy; światłość niebieska jaśnieje u jej ramion, jak woda promienista na skrzydłach z marmuru (Zbliża się jeszcze). Ona jest piękna! Muszę ją zobaczyć... Oto się odwraca, a jedna z jej nagich piersi — poprzez włosy — dodaje promienie do promieni, co ją ozłociły... Nasłuchuje, słyszy... jej oczy się rozszerzyły, rozmawiają z kwiatami. Spostrzegła mnie, kryje się, chce uciekać (Przeskakując przez gąszcz). Nie, nie, nie uciekaj odemnie.. Widziałem cię... Zapóźno... (Porywa Aryellę w ramiona). Chcę znać imię tego czystego zjawienia, które w noc pogrąża wszystko, com kochał... Chcę wiedzieć też, jaki cień zbyt zazdrosny, jaka kryjówka zbyt głęboka — taiła cudo, które mam w objęciu... Jakie drzewa, jakie groty, jakie wieże, jakie mury mogły dusić promienistość tego ciała, zapach tego życia, płomień tych oczu... Gdzie się kryłaś ty, którą nawet ślepiec by odkrył bez trudu — w ogromnym świętującym tłumie... Nie, nie wydzieraj się! To nie namiętność, upojenie chwili; to wieczno trwałe olśnienie miłości... Klęczę u twoich nóg, całuję je pokornie... Tobie jednej się oddaję... Twój jestem jedynie, twój! O nic cię nie błagam, tylko o jeden pocałunek twych ust, aby zapomnieć o wszystkiem i zapieczętować przyszłość... Nakłoń swą głowę... Oto głowa się chyli, zgadza się na me błagania i przy wołuje znak, którego nic już nie zmaże (całuje ją gorąco. Słychać okrzyk rozpaczy po za gąszczą). — Co to? (Aryella, którą trzymał n objęciach, uchodzi i znika. — Wchodzi Joyzella).

SCENA IV

, .

(wstrząśniona). Lanceorze! . Skąd-że przychodzisz, Joyzello? . Widziałam i słyszałam. . A więc cóż z tego? Cożeś widziała? Spójrz do koła siebie, nic tu nie widać. Laury kwitną, woda w cysternie drzemie, gołębie gruchają, nenufary się otwierają. Oto wszystko, co ja widzę i wszystko, co ty możesz widzieć. . Czy ty ją kochasz? . Kogo? . Tę, co właśnie stąd uciekła. . Jakże mógłbym ją kochać? Nigdy jej nie widziałem. Ta kobieta była tutaj, przechodziłem przypadkiem... Wydaj e okrzyk. Nadbiegam. Zdawało się, że mdleje — i w chwili, gdym wyciągał do niej rękę, daje mi pocałunek, który słyszałaś. . Czy to ty przemawiasz? ty? . Tak, spójrz na mnie: ja to właśnie. Zbliż się, dotknij, jeżeli wątpisz. . Próba była okropna... Ale to jest śmiertelne... . Co? . Czy po raz pierwszy widziałeś tę kobietę? . Poraz pierwszy. . Nie będę już o tem mówiła. Może zrozumiem. W każdym razie przebaczam! . Nie masz nic do przebaczenia. . Co ty mówisz? . Mówię, że niepotrzebne jest przebaczenie, którem mnie przygnębiasz, za błąd, którego nie popełniłem. . Którego nie popełniłeś? Więc ja nie widziałam tego, com widziała, nie słyszałam tego, com słyszała?... . Nie widziałaś, nie słyszałaś! Joyzella. Lanceorze... . Lanceorze, Lanceorze!... Gdybyś tak wołała na mnie przez tysiąc lat, nic nie zmieni się tam, gdzie nie było nic... . Nie wiem, co się dzieje ze szczęściem nas obojga... Ale patrz na mnie i dotknij moich rąk, abym gdzie jesteś... Przecie jeżeli ty tak mówisz, to nie ciebie ja widziałam w cudownym ogrodzie, gdziem swoją duszę oddała. Nie, jest coś, co igra z mocą naszą. Nie, to niepodobna, aby wszystko tak przepadło przez jedno słowo. Szukam, błądzę. Widziałam wówczas ciebie i całą prawdę, całą wiarę, jak widzi się nieraz morze pomiędzy drzewami!... Byłam pewna, wiedziałam... Miłość nie kłamała; teraz ona kłamie. Nie może być, aby wszystko miało runąć przez tak lub nie. Nie, nie, ja nie chcę! Pójdź, jeszcze nie zapóźno; jeszcześmy nie utracili szczęścia. Jest ono w naszych rękach, które odpychają los. To coś uczynił, jest może szaleństwem. Zapomniałam o tem, drwię z tego, nic nie widziałam: mówię ci... To nie istnieje: jednem słowem zacierasz to, co było. Wiesz równie dobrze, jak i ja, że miłość ma słowa, którym nic się nie opiera; i że największy błąd, wyznany w prawym pocałunku, staje się prawdą piękniejszą, niż niewinność... Powiedz mi to słowo, daj ten pocałunek! wyznaj prawdę, tę prawdę, którą widziałam, którą słyszałam, a nanowo będzie tak czyste jak było przedtem — i powtórnie odnajdę wszystko, coś mi dał. . Powiedziałem, com powiedział; jeżeli mi nie wierzysz, odejdź, przeszkadzasz mi... . Spójrz na mnie... Ty ją kochasz, ponieważ tak kłamiesz. . Nie, nie kocham nikogo, a ciebie mniej niż kogokolwiek. . Lanceorze, cóżem ja zrobiła? Może bezwiednie. . Nic, to nie to... Ale ja nie jestem ten, którym wierzyłaś, że jestem i nie chcę nim być... Jestem podobny do wszystkich: chcę, abyś o tem wiedziała i abyś się pocieszyła... i niechaj wszystkie moje przysięgi rozwieją się na wietrze nowego marzenia tak, jak ja rozdzieram ten zeschły liść w mej dłoni. Ah, miłość kobiety! Tem gorzej dla nich. Żyć będę jak inni w świecie bez wiary, gdzie się nikt nie kocha i gdzie wszystkie przysięgi ustąpują przed pierwszą próbą... Ah, ty plączesz... Tak, to było potrzebne, czekałem na to... Ty jesteś twarda, ja to wiem — i łzy twoje są ... Liczę je kropla po kropli. — Tyś mnie nie kochała. Miłość, co tak się zjawia, na pierwsze zawołanie, nie jest tą miłością, na której można trwałe szczęście zbudować... W każdym razie nie jest ona tą, której oczekiwałem. A potem jeszcze łzy... zbyt późno popłynęły. Tyś mię nie kochała, i ja cię nie kochałem. Inna by mi powiedziała... Inna by odgadła... Ale ty nie, nie, idź — idź-że sobie, powiadam! (Joyzella oddala się w milczeniu, łkając. Zrobiwszy kilka kroków, odwraca się, waha, smutnie patrzy na Lanceora i znika, wołając cichym głosem:. — Kocham ciebie! Lanceor zgnębiony, błędny, chwiejnie idzie oprzeć się o pień drzewa). . Cóżem uczynił?... Jestem posłuszny. Czemu posłuszny? Nie wiem. Com powiedział? To nie ja mówię... utraciłem szczęście, teraźniejszość, przyszłość... Nie należę do siebie. Robię to, co mi jest nienawistne. Nie wiem, kim jestem. Joyzello, ach, moja Joyzello! (Upada we łzach twarzą do ziemi).

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…