Front matter
KAROLINA SZANIAWSKA.
DWIE .
I • II • III • IV • V • VI VII • VIII • IX • X • XI • XII
całość
KAROLINA SZANIAWSKA.
DWIE .
I.
Dziewczynka spuściła główkę, obciążoną długim jasnym warkoczem i stała przez chwilę bez ruchu, oniemiała z przerażenia. Trwało to wszakże krótko, wzrok jej znów zapłonął — błysnęła w nim energia i zarysowała się na czole wyrazem silnej woli. Z ust wypadły słowa: — Nie chcę! nigdy na to nie przystanę! Nigdy i za nic w świecie! Wolę umrzeć! Strumienie łez popłynęły z jej oczu. Silna niby i zdecydowana, była jednak tylko dzieckiem rozpieszczonem. Umiała płakać. Tę umiejętność posiada każde dziecko i rozbraja nią starszych łatwiej niż uporem. A tu szło właśnie o rozbrojenie, o podziałanie na uczucie, pobudzenie Bóg wie dlaczego wystygłej tkliwości. Rzecz okropna!.. łzy nie poskutkowały. Czerwona od płaczu i zdziwiona jego bezsilnością, dziewczynka wybuchnęła łkaniem gwałtownem, rzucając od czasu do czasu spojrzenie w stronę biurka, przy którem siedział mężczyzna w średnim wieku i, spokojny na pozór, układał papiery. Głośno zawodząc, ręce łamiąc, dziewczynka wołała: — Czyja to myśl? czyja?! To ciocia podsunęła ją ojczulkowi! już ja wiem... Oddawna ma coś do mnie, strofuje, dokucza ile razy się spotkamy, radaby w łyżce wody utopić!.. — Przestań, Ludko — brzmiało krótkie, tonem ostrym wyrzeczone, napomnienie. — Nie mogę! — krzyknęła dziewczynka. — Żal mnie dławi... pragnę umrzeć!.. Och, mamusiu!.. — Ludko! Była już na piersiach ojcowskich — niezdolna oprzeć się akcentowi, z jakim wyrzekł jej imię. Nie wymówką, lecz smutkiem, cierpieniem przebytem drżał ten głos, przypomniał dziewczynce słodkie pieszczoty, jakiemi ojciec łagodził jej sieroctwo od chwili, gdy straciła matkę. — Ojczusiu! — wołała żalem zdjęta — uraziłam cię, uraziłam — daruj mi! Już nie zrobię tego nigdy, już nigdy!.. Łzy przeplatane pocałunkami dopowiedziały resztę; wzrok w oczach ojca szukał zachęty, ale oczy były dziwnie spokojne, zdradzały silną wolę, niedającą się skruszyć ani pieszczotą, ani łzami. — Czy nam źle w Malinkach? — pytała Ludka tonem coraz żałośniejszym. — Wszak mówiłeś, ojczulku, że jestem twą pociechą i jedynym celem życia. Niedawno jeszcze tak mówiłeś. — Prawda. — Cóż więc się stało, że dobrowolnie od siebie mnie oddalasz, do ludzi nieznajomych, na jakąś tam pensyę aż w Krakowie! Za jakie winy dotyka mnie kara? — To mnie dotyka, za moje winy, za moje własne — odparł, usuwając Ludkę z kolan i prostując się całą postacią, nacechowaną w tej chwili wyrazem przygnębienia. umiałem cię wychować, moja córko... Nie wiedząc o tem, robiłem co mogłem, by wywiązać się z trudnego zadania, o ile można najlepiej. Wielką była zarozumiałość moja, szczęściem, w porę to spostrzegłem, by złe naprawić, i naprawię — dodał z mocą — tak zostać nie powinno! — Cóż ja zrobiłam! — wyrzekła Ludka. — Przestań — rzekł, przechadzając się po pokoju, który był obszernym, zbytkownie urządzonym gabinetem o dwóch oknach, z balkonem wychodzącym na ogród. Zapach kwiatów i śpiewy ptasząt napływały tutaj pełną falą wraz z potokami słońca; bujne życie natury służyło za tło najwspanialsze starożytnym meblom, miękkim dywanom, obrazom w ramach kosztownych i rzeźbom, których białość olśniewała. — Przestań, Ludko — powtórzył z niechęcią. — Kwestyę tę poruszaliśmy już wiele razy i żałuję teraz, że nie zdobyłem się na jej rozstrzygnięcie. — Od czasu gdy panna Julia wyjechała z Malinek, nie dałam ojczusiowi przyczyny do niezadowolenia. — Tak sądzisz? — Naprawdę, ojczusiu, niczem, niczem! — zapewniała Ludka z niewinną minką. — A dlaczego panna Julia wyjechała? — Ponieważ... — brzmiała krótka, po chwili wahania wyrzeczona odpowiedź — ponieważ nie chciała zostać dłużej. — A dlaczego nie chciała? Czy warunki jej zmieniły się tak dalece, że nie potrzebowała już pracować, czy też zdrowie wymagało odpoczynku? — Nie wiem. — O, przepraszam. Wiesz doskonale, może nawet lepiej odemnie i dokładniej. Wiesz, jak trudno było pannie Julii wytrzymać z tobą, ile cierpiała, jakiemi wysiłkami broniła się przeciw zniechęceniu. To osoba wytrwała i dzielna, a przytem mająca obowiązki; nielada przeszkody musiały stanąć na jej drodze, by uznała się zwyciężoną i uległa. — Istotnie, ojczusiu! Panna Julia miała ze mną niełatwe życie, przykro mi nawet... Ale doprawdy, nie mogłam zapanować nad sobą... od pierwszej chwili czułam do niej wstręt. — Wstręt do osoby, którą wszyscy kochają i szanują! Ludka milczała. — Przypuśćmy wreszcie, że panna Julia, wielu najpiękniejszych zalet, nie umiała pozyskać twojej sympatyi — co jednak powiesz przeciwko pannie Zofii, pannie Helenie, pannie Florze, pannie Stefanii? Dziewczynka zarumieniła się po same czoło — wzrok jej błysnął gniewem. — Skarżyły się! — krzyknęła z dziką niemal gwałtownością. — Broń Boże! Cierpiały biedaczki — dopiero gdy ostatnia powiedziała mi smutną prawdę, domyślam się, ile ten kawałek chleba, zdobyty w moim domu, kosztował je łez i upokorzeń. — Ojcze! — Tak, córko, byłaś dla nich twardym chlebem i gorzkim. — Więc za karę wysłaną będę tam — tu głos dziewczynki się załamał — wyrzuconą z domu i z serca. — Nie za karę, tylko abyś się nauczyła żyć z ludźmi, zdobywać ich sympatyę, zasługiwać na miłość. — Nie chcę! — krzyknęła Ludka — niczyjej sympatyi nie chcę, ani miłości. Co mi po tem wszystkiem, po obcych ludziach, cudzych kątach i Bóg wie jakich wymaganiach! Nudzić mnie będą, morały rozmaite prawić, a ja nad nudną książką usypiam zaraz, nudnej rozmowy nienawidzę. Zostanę w domu, niedam się ruszyć stąd. — Wyjedziesz w sobotę — rzekł ojciec chłodno. dosyć czasu pożegnać się ze znajomymi, osobiście czy też listownie. Dziś dopiero poniedziałek. — Co powie „mademoiselle?“ Ona jedna zapłacze nad moim losem! — Wątpię. Miała minę bardzo spokojną, gdym jej powiedział. Od wyjazdu panny Julii domyślała się pewno, że tak będzie. — Nie, nie! Żeby nawet ona nie zapłakała, tego nie przypuszczam! Ona jedna mnie kocha, jedna na całym świecie! — powtarzała Ludka, biegając po pokoju z załamanemi rękami i od czasu do czasu wybuchając łkaniem. Ojciec wyszedł.
II.
Niewesołe myśli towarzyszyły panu Malinieckiemu w długiej, samotnej przechadzce po ogrodzie. Ogród był piękny, zdobny w kwietniki ułożone gustownie, altany, kioski, aleje z drzew, ciętych równiutko, owdzie rzadkie rośliny, nawet kaskadę; szumiącą głośno i fontannę. Ogród w Malinkach słynął szeroko; cieplarnia wysyłała na sprzedaż okazy cenne i niezwykłe, wysyłał je też sad, w którym wyhodowano parę zupełnie nowych odmian i ochrzczono nazwą folwarku. Stary ogrodnik pragnął do nich imię panienki przyczepić, „panny-Ludki“ i „masłówki-Ludki“ miały pójść na wystawę do Lwowa, zostały wszakże „malinkami“, ponieważ pan sobie tego życzył, co przy ich słodkim smaku było zresztą odpowiednie. Pan Maliniecki kochał swój ogród i umiał nim się zachwycać, lecz dziś piękności jego nie widział, inne bowiem obrazy miał przed sobą. Nie jaśniały one ani błękitem niebios, przeglądającym się w rzece, która snuła swe fale za sztachetami ogrodu, ani zielenią gazonów, ani pstrocizną kwiatów, bogatą w swej różnorodności — składały się z barw ponurych. Jedyne dziecko, cel życia, nadzieja przyszłości, kryło w sobie tyle szkaradnych wad... a ojciec o nich nie wiedział. On, najbliższy, ani się domyślał. Zasłaniano je przed nim z całą skwapliwością; domownicy, życzliwi mu, chronili go w ten sposób od zmartwienia. Rok za rokiem upływał, dziecko wzrastało w wadach, rozwijało się z niemi — ojciec, przyjaciel i opiekun, ani miał pojęcie, co za szkodliwe ziele wybujało tuż przy jego sercu, ogrzane tchnieniem tego serca i wypielęgnowane troskliwością najczulszą. Przechodziły lata, jad złej rośliny zatruwał wszystko, co znalazło się w pobliżu; kto mógł, uciekał przed nim, uciekali nawet tacy, którzy nie wiedzieli, gdzie się schronić i dopiero po staraniach uciążliwych zdobywali sobie miejsce bezpieczniejsze. Dwie ostatnie nauczycielki, poprzedniczki Julii, która odważyła się oczy mu otworzyć, te dwie szczególniej, bardzo niezdecydowane wyruszały z Malinek. Dokąd się udadzą, nie mówiła żadna; oczekiwały listów, czytały je ze drżeniem; pan Maliniecki wiedział to, lecz nie przypuszczał nawet cienia smutnej prawdy, jaka teraz nagle przed nim się odsłoniła. Nie pytał, będąc z natury delikatnym i dyskretnym. Każdy ma swoje sprawy dla siebie, nie dla całego świata, kto lubi o nich mówić, niechaj mówi, kto milczy, też nie błądzi. Panna Helena, małomówna bardzo, przyzwyczaiła go zresztą do swoich lakonicznych odpowiedzi, druga wszakże, Stefa, żywa jak iskra, a wesoła, niby młode świergotliwe ptaszę, wprowadziła go w zdumienie. Odjeżdżając, ze łzami podała mu rękę i, nie pożegnawszy ani jednem słowem, wybiegła na ganek; gdy wyszedł, konie ruszyły już — ona miała chustkę przy oczach, lecz nie odwróciła się nawet. Biedaczka!.. Pan Maliniecki rozmyślał, chodząc po ogrodzie; cygaro mu zgasło, nie wiedział o tem, nie spostrzegł również, że ściemniło się, chmury zaległy niebo i deszcz, naprzód bardzo drobny, potem rzęsisty padać zaczął. Dopiero gdy chłodne krople zwilżyły mu czoło, spostrzegł burzę i przyśpieszonym krokiem do domu podążył. Służba zamykała okna i podnosiła żaluzye, umieszczone na zewnątrz w południowej stronie domu, wystawionej zbytnio na działanie słońca. Wiatr wstrząsał drzewami, błyskawice krzyżowały się coraz częściej, grzmoty huczały gwałtownie — potoki deszczu zalały ogród, werenda, choć dobrze płótnem osłonięta, kąpała się w wodzie. Ludka tej walki żywiołów nie widziała. Zmęczona płaczem, usnęła na kozetce w swoim pokoju; panna Eugenia siedziała obok, czytając książkę i, aby śpiącej nie obudzić, nie ruszała się z miejsca. Pan Maliniecki chodził jeszcze po swoim gabinecie, nareszcie siadł przy biurku, kartkę papieru listowego z pudełka wyjął i do pisania się zabrał. Pióro biegało po papierze, ledwie mogąc nadążyć myślom, stawiało znaki równe, wyraźne — piszący parę razy odpoczywał, siedząc przez chwilę z głową wspartą na dłoni, a po krótkiej pauzie, z większą jeszcze energią do roboty powracał. W miarę pisania, rysy jego łagodniały, wzrok odzyskiwał pogodę, a nawet błysnął radośnie, przy charakterystycznem palcami, który to ruch zdawał się mówić: — Aha! już mam — znalazłem! Rozjaśniony wyraz oczu trwał do końca pisania; błyszczały one serdeczną uciechą i zadowoleniem, gdy kładł swój podpis, odczytał cztery pełne kartki i zatrzymał się dłużej na ostatnich wierszach, te ostatnie widać największą panu Malinieckiemu sprawiały przyjemność. „Drogi Antosiu — brzmiały one — teraz prośba. Że ją spełnisz, wiem z góry, bo twoją rozkoszą jest dopomagać bliźnim; tylko uważaj dobrze, ponieważ idzie tu o misyę dosyć delikatną. Są tam w Warszawie dwie nauczycielki mojej Ludy, z których jedna pracowała nad nią pół roku, druga cztery miesiące. Wyszukaj w biurze adresowem: Stefanię Browicz i Helenę Tyńską — wyszukawszy, dowiedz się (drogi i środki, do tego prowadzące, twemu sprytowi pozostawiam), czy dobrze im się wiedzie i czy znalazły pracę. Gdyby się okazało, że która z tych panien nie ma odpowiedniego zajęcia, nie żałuj trudów, postaraj się, by je otrzymała jak najprędzej. Panna Helena mogłaby się przydać w twojem biurze; ten rodzaj zatrudnienia odpowiada jej zdolnościom, pannę Stefanię poleć Stasiowi dla Kazi. Chora dziewczynka potrzebuje towarzystwa osoby dobrej, sympatycznej i wesołej. Nie wątpię, że gdy twoja siostrzenica pozna pannę Stefanię, pokochają się na pewno. Dalej w drogę, przyjacielu — poświęć drzemkę popołudniową dla dobrej sprawy, a mnie tem serdecznie.“ Wniesiono światło — pan Maliniecki pochodził przez chwilę po pokoju i znów pisać zaczął. Na dworze tymczasem gwiazdy mrugały, księżyc srebrzył się w wodzie, balsamiczne wonie szły od łąk... Na pozór wszelki ślad życia przygasł, zapanował spokój: ogród, łąki, pola, za niemi wioska, ubogi kościołek, dzwonnica, krępa, niziutka plebania, wszystko przyciszyło się i usnęło w objęciach pogodnej nocy letniej! Krótkie chwile tej ciszy przerwał świt różowy — rozbudził życie tem gwarniejsze, im głębsza była cisza, tem różnorodniejsze, im pełniejszy był spokój, w którym przez kilka ledwie godzin wypoczęła przyroda po znojach dnia długiego. Samotny pracownik napawał się ciszą, otworzył okno i długo patrzył to na niebo jaśniejące lazurem, to na drzewa, których konary rozrośnięte i grubość pni mówiły mu o ojcach i dziadach, o tych, co przeszli niby cienie i dziś, gdyby nie czyny dobre, jakie spełniali, zdawaćby się mogli cieniami tylko.
Czyny dobre... To posiew, którego plon ma moc cudowną, gdyż zapewnia nam tutaj na ziemi trwanie wiekuiste... Pan Maliniecki doniosłość ich rozumiał, żaden też z obowiązków obywatelskich nie był mu obcy. Jest sędzią wybranym już dwukrotnie, opiekunem kilku sierocych rodzin, wiele sporów, dzięki jego wymowie, zakończyło się zgodą, paru sąsiadom dopomógł do utrzymania ziemi, którą zamierzali sprzedać, wielu poratował w gospodarstwie, zachęcił, z wieloma się podzielił światłem nauki. Przyjaciele, a nawet i mniej życzliwi, zazdrośni o jego popularność, przyznają mu w oczy i za oczy, że jest człowiekiem zasłużonym. On sam czuje się użytecznym, wierzy, że to i owo spełnił dobrze, sumienie mówi mu... Ale gdy wspomni córkę, dreszcz go przejmuje. Zakreślił swojej działalności szerokie pole, a najbliższe zaniedbał, patrzył daleko i naokół się rozglądał, nie widząc, co się dzieje tuż przy nim. Jedyna dzisiaj rada, jedyny środek ratunku rozłączyć się z dzieckiem kochanem nad życie i ludziom obcym sprostowanie jego charakteru. Ciężki to obowiązek, ale on go musi spełnić — zatęskni się, ale przed córką nie zdradzi uczuć, jakie nim miotają. Niech dziecko zaniedbane, bo rozpieszczone bardzo, nie pozna jak jest słabym, ile cierpi, ile mu rozłączenie sprawi bólu. Świt różowy zastał pana Malinieckiego w parku, który się ciągnął za ogrodem i szedł w dół, ku rzece. Strapiony ojciec błądził po alejach, zwilżonych rosą, plan postępowania układał, umacniał wytrwałość, a w duchu tęsknił już za jedynaczką, której wyjazd osieroci go ciężko. Gdy po paru godzinach wypoczynku zasiadł do herbaty, między dziennikami, świeżo przywiezionemi z poczty, znalazł bilecik datowany z Krakowa:
Drogi braciszku!
Telegram powiedział ci tylko, że możesz wysłać Ludkę, śpieszę więc z doniesieniem, że miejsce, jakie dla niej wynalazłam, jest idealne. Opatrzność kierowała mojemi krokami. Na Boga! nie odwlekaj, bądź energiczny i stanowczy. Adres załączam, całując cię serdecznie.
III.
Ruch, gwar i wesołość uderzają nas przyjemnie, gdy wchodzimy do wygodnego, lecz z wielką prostotą urządzonego lokalu przy ulicy Strzeleckiej. Pokoje wysokie, obszerne — w jednym z nich widzimy grono dziewcząt, zajętych rozmową lub pracą. Siedzą grupami, inne chodzą, jeszcze inne rysują cierpliwie. Od czasu do czasu śmiech się rozlega, wtórują mu głosy i głosiki, cieńsze i grubsze, w miarę tego, czy starszą jest osóbka, czy też należy do grona „malców“. Tych ostatnich wszakże znajduje się tu niewiele, przeważają dorastające już panienki. Wyraz zadowolenia ożywia ich młodziutkie rysy, pogoda maluje się na twarzach, energia tryska z oczu. Spoglądają na siebie życzliwie, naukę przerywa żartobliwa uwaga — tam znów śmiechy milkną, bo zjawia się książka, mająca rozstrzygnąć jakąś kwestyę, powstałą z gawędy. Smukła brunetka, o mocno śniadej cerze, rozwija barwny haft — jasne i ciemne główki pochylają się nad nim. — Nieźle wyszło — chwali jedna ze starszych panien — nieźle! Ani przypuszczałam, że taka „zbieranina“ będzie do czegoś podobną. — I ja sądziłam, że każdy kawałek się odznaczy — dodaje śniada panienka. — Ale same widzicie teraz... — Tak, to ładne, bardzo ładne, choć nie dosyć równe. — Robota rąk tylu równą być nie może. — Zapewne! Ale gdyby ją wykonała jedna para rąk, musiałybyśmy długo Oho! tyle pracy! Niech-by kto spróbował wykończyć taki dywan przez pięć tygodni. — Pięć?.. Nie, jeszcze niema całych pięciu. — Prawda, dziś wtorek, a zaczęłyśmy w sobotę. To wszystko bardzo prędko: bilety rozkupione, chory stolarz pieniądze otrzymał — wczoraj mu zanieśli. Jutro loteryę urządzimy. — A ile jest pieniędzy? — Dwieście reńskich. — Ślicznie! — klasnęła w ręce mała dziewczynka, czarna jak żuczek. — Dopiero tam się cieszą!.. Wykupią zaraz warsztat; mają zamówienia: od mamusi, od cioci i od Waciów. Chłopaki do roboty się wezmą, stolarka przyjmie czeladnika i będzie dobrze. — Naturalnie! Wszystko odrazu się poprawi — upewniały panienki. — O, dywaniku, jesteś wielki, jesteś mocny! — szepnęło dziecko i, z wyrazem rozczulenia w dużych oczach, przyłożyło usta do kwiatów z jedwabiu. Starsze koleżanki śmiały się. — Mocny? ten gałganek! W ogień go wrzucimy i nie obroni się — i już po jego wielkości. Dziecko zasłoniło haft drobną swoją osóbką. — Nie dam! — Zrobimy to. — Magdziu! Franiu! — prosiła dziewczynka, naprawdę wylękniona. — Więc nie mów, że dywanik jest mocny. W czem widzisz jego siłę? — Jakto? — odparła dziewczynka. — Silną jest praca zbiorowa — rzekła jedna ze starszych panien. — Gdy gromada za ręce się weźmie, wykona dużo; poszłyśmy gromadą i oto rezultat. Leonka podała myśl szczęśliwą. — Złota Leonka! złota, droga!.. Wszystko, co ona powie, dobrem jest. — Masz racyę, Stasiu — potwierdziły koleżanki — gdyby jej nie było... — Nie mów!... My bez Leonki, to coś strasznego!.. Trudno sobie wyobrazić. — Leonka, Leonki, Leonce — ciągle to samo słyszę. — Jak wam się nie znudzi przez wszystkie przypadki całemi wieczorami powtarzać to imię? Pensyonarki spojrzały gniewnym wzrokiem na dziewczynkę, odzywającą się w ten sposób. Oburzenie ich było tak wielkie, że w pierwszej chwili nie wiedziały czem ukarać zuchwalstwo. Wszystkie z miejsc się zerwały, a pałające ich spojrzenia przemawiały silniej od słów najgroźniejszych. Mała Stasia zdobyła się pierwsza na odpowiedź. Zacisnąwszy drobne dłonie, czerwona jak wiśnia, wyskoczyła na środek pokoju. — Jesteś niedobra! zła jesteś i nic nie wiesz! — zawołała z mocą. Odezwa „malca“ stała się hasłem dla innych. — Nic nie wiesz! nie znasz jej! — potwierdzono jednogłośnie. — Dlatego darujemy ci. Inaczej, musiałabyś ztąd odejść zaraz, albo ty, albo my wszystkie. — Tak, musiałabyś się wynieść, moja panno! — Ale, że nie znasz jej, że nie masz pojęcia o Leonce, możemy tylko cię żałować. Dziewczynka, osądzona w ten sposób, uśmiechała się z przymusem, znać jednak było, że ją ta kosztuje. Lecz nie zdradziła swoich myśli, ani uczuć. Wejście nauczycielki uspokoiło burzę, która zawisła nad nią; siadła też zaraz do pisania i dopiero dzwonek wzywający na wieczerzę od długiego listu ją oderwał:
Kochana Jadwisiu!
Więzienie, grób, i jeszcze raz więzienie! temi wyrazami określę ci najjaśniej dom, w którym mnie zamknięto. Duszę się, życie mi obrzydło; nigdy, nigdy się nie przyzwyczaję. Wszystko tu inaczej, niż w domu. Po naszym cudnym ogrodzie, po moich drogich pokoikach, wyobraź sobie szopę z wielkiemi oknami, bez firanek, malowane olejno stoły i stołki, a będziesz miała klasę — mniej stołków, w zamian całe szeregi prostych, biało zasłanych łóżek, jakbyś widziała sypialnię. Sypialnia zwłaszcza, to okropność!.. Gdy się obudzę, leżę z powiekami, bo otworzywszy je, cóż-bym ujrzała? Oko nie ma na czem się zatrzymać, niczem rozerwać; same przedmioty brzydkie, ordynarne, do koniecznego użytku służące. Sypialnio w Malinkach, mój pokoiku miły, jakże do ciebie tęsknię!..
Tam nawet inaczej się sypia, sny bywają przyjemne, czasem zabawne; tu śpię niby kamień, ledwie przyłożę głowę do poduszki, już usypiam, ale snów nie mam żadnych. Pierwszy raz słyszę, żeby kto snów nie miał, one są tak miłe!.. później całemi godzinami można myśleć, a nawet „mademoiselle“ (ona to doskonale potrafi), czasem mi je tłómaczyła; i sprawdzały się, jak ojczunia kocham! Żal mi snów, czuję się jak gdyby okradzioną; przyznasz, Jadwisiu, że to okropne. Ale jedno mnie dziwi tutaj: czas ucieka szalenie, ani uwierzysz jak ucieka... Dopiero był ranek, już i wieczór, już i ranek znowu. Koleżanki, mam ich bardzo wiele, lecz dałam sobie słowo, że trzymać się będę zdaleka od tych panien, koleżanki śmieją się, gdy mówię, że tego nie rozumiem. Zapewniają, o ile chcę słuchać, że pensyi, jak niema na całym świecie, kiedyś jednak, w przyszłości, wszystkie wzór z niej wezmą. — Radabym była tej doskonałości nie widzieć — odpowiadam szczerze, nawet przy nauczycielkach. Sądzisz, że się gniewają? Bynajmniej, lecz każda gotowa jest przysiądz, że w czasie przekonanie zmienię. O, nigdy, nigdy!.. Dowodzą one, że ja nie weszłam jeszcze w „tryb“ tutejszy, dopiero na przyszły tydzień zostanę wciągniętą; tymczasem egzaminują mnie, „na co zdać się mogę“. Jestem bardzo nieszczęśliwa, Jadwisiu droga, więc pragnę płakać po nocach, w dzień bowiem niema gdzie, ani nawet kiedy, ale cóż! w wieczór usypiam i śpię do rana bez przebudzenia. To okropne!.. W tej chwili także całemi siłami przeciw senności walczę, chciałabym porozmawiać z tobą, a już ledwie patrzę. Napracowałam się: były lekcye, później fortepian zajął mi parę godzin, istna niewola! W kwestyi fortepianu miałam dziś rozmowę bardzo osobliwą, przełożona wypytywała mnie, czy grać lubię, czy grywam chętnie i czy muzyka mi przyjemność sprawia. — Naturalnie — odparłam, szczerze jak zawsze. — Muzykę lubię bardzo, ale trzeba mi dobrego nauczyciela. Konieczny warunek. Mówię wszystko, nie lubię się krępować, pożałowałam jednak słów trochę za ostrych przeło- żonej. Ręczę, że ani jedna pensyonarka, nie zdobyłaby się na taką otwartość. Pani Słońska nie obraziła się wcale; odpowiedziała mi z uśmiechem: — Wymaganie bardzo słuszne, ale idzie mi jeszcze o to, czy muzykę prawdziwie lubisz. Jeśli nie lubisz całą duszą, lepiej zarzucić, szkoda czasu. Człowiek powinien uprawiać i doskonalić każdy dar wrodzony, trzeba jednak to wziąć pod uwagę, że nie wszyscy posiadają te same dary. Panuje tutaj wielka różnorodność i byłoby błędem myśleć inaczej. Taka omyłka drogo nas kosztuje, nie rozwiniemy bowiem zdolności nieistniejącej, a zmarnujemy przez ten czas inną rzeczywistą zdolność. — Cóż więc pani robić mi każe? — zapytałam, gniewna naprawdę. — Zobaczymy — odrzekła. — Tymczasem próbuj; może istotnie posiadasz dar do muzyki. Ta pani jest paradna!.. Od sześciu lat kuję na fortepianie, doszłam do jakiej takiej wprawy i polubiłam jarzmo, z początku bardzo przykre, a ona mówi: spróbuj, zobaczymy! Muszę całą rozmowę powtórzyć ojczusiowi; jakie też będzie jego zdanie? Mnie śmieszy ten pogląd i zadziwia. Nie umiałam sobie wyobrazić panny „bez muzyki“ — wszystkie moje znajome grają, pewno i ty grasz, donieś, moja droga, tutaj zaś połowa koleżanek otwarcie się przyznaje: — Nie mamy „daru“. Oj, spać, spać iść trzeba, ledwie żyję. Obiecywałam sobie, że po napisaniu listu, wypłaczę się za wszystkie czasy, a tu jak na złość, powieki opadają. Nic mi się nie wiedzie, trudna moja dola. Śpieszę do łóżka, za dwie minuty będę spała na dobre. Buziaka przesyłam tobie i siostrzyczkom. Rodzicom ukłony od biednej, nie mogącej nawet zapłakać Odpowiedź niebawem nadeszła.
Droga moja Ludko!
O mało nie napisałam „panno Ludwiko,“ nawet przyznam się, napisałam, lecz rzuciłam kartkę i piszę inną. Twój list zrobił mi przyjemność — tyle w nim szczerości, że nie mam słów na podziękowanie. Jednak zrozumieć nie mogę, więc zapytuję otwarcie, czem zasłużyłam na to, że pierwszy list z Krakowa do mnie adresujesz. Pisząc kilka razy w wasze strony, do wujenki, do siostry ciotecznej i do brata, wypytywałam ich o ciebie. Myślałam, że Kocia Osińska wie coś o tobie, że korespondujesz z Zofką Górską, Amelką Przystrojecką, Lunią Młynarską, a tu nic i nic. Zkąd-że więc łaska na mnie spada? przecież najmniej się znamy, a tamte, to są twoje przyjaciółki. Wziąwszy pod rachunek ścisły, nie znamy się wcale, a raczej ty mnie nie znasz. Byłam gościem chwilowym u wujenki i widziałaś mnie w tej roli, a mojem zdaniem, poznać człowieka można tylko w domu, w „jego“ domu. Tam dopiero każdy jest sobą. Dlatego mówię: Ty mnie nie znasz. Radabym dać ci się poznać, odpłacić szczerością za szczerość, gdyż mnie bardzo. Panna Maliniecka z Malinek, najbogatsza dziedziczka w okolicy i Jadwiga Borowiczówna, jedna z pięciorga pociech ubogiego dzierżawcy... To niby dwa bieguny. Ty posiadasz bardzo dużo, ja nic, ani trochę jednak nie zazdroszczę ci tak hojnych darów losu, prócz jednego, który na ciebie spłynął teraz. Pragnęłam zawsze uczyć się na pensyi; od lat najmłodszych myśl ta serdecznie mnie zajmuje, a nie spełni się nigdy w życiu, nigdy! Jestem z rodzeństwa najstarszą, to przeszkoda ważna, choć nie jedyna; jako najstarsza, muszę wyręczać mamę, w gospodarstwie pomagać. A mateczka nasza bardzo spracowana, młoda jeszcze, czuje się już starą; nie wyrzeka, lecz znać na niej wysiłek. Czasami blednie, jak gdyby kropli krwi nie miała w sobie i dopiero odpocząwszy, wygląda lepiej. Ale dlatego właśnie, że mama jest taka zajęta, trudno sobie wyobrazić, jakie byłoby nasze wychowanie, gdyby nie ciocia. Ta ciocia, droga ciotuchna!.. gdybym ci mówiła o niej przez rok i sześć niedziel, jeszcze nie dopowiedziałabym wielu rzeczy. Gdy rodziców przeróżne klęski pozbawiły majątku, ona oddała swój skromny posag na opłatę dzierżawy. Była bardzo piękną panną, mogła o swojem własnem szczęściu pomyśleć, wyrzekła się wszystkiego i osiadła z nami. Uczyła nas i uczy dotąd codzień po sześć godzin, wzdychając, że za mało umie, chociaż zkąd może, książki wypożycza i ciągle się kształci, wyrozumiała, cierpliwa, jeśli w czem się zaniedbamy, a dumna z postępów. Nie przesadzę, gdy powiem, że nasza ciocia jest aniołem. O Janku wspominałam ci nieraz, widziałaś jego fotografię. W nim spoczywają nadzieje rodziców, on też najpierwszy wywdzięczy się cioci, ale my, dziewczęta, jakim sposobem!... Po chwili, gdy zobaczyłam pierwszy włos siwy w warkoczu ciotuchny, myśl ta często mnie trapi, rady sobie dać nie mogę. Nietylko mama, ale i ciocia powinna wkrótce odpocząć, napracowała się dosyć. O tem wszakże mówić z nią nie wolno; twierdzi, że jest jej dobrze i o niczem lepszem nigdy nie marzyła. Poczciwa, złota ciocia! Od jesieni osobno kurs przechodzę, niektóre przedmioty zarzuciłam, ponieważ brakuje mi czasu. Siedmnaście lat skończyłam, te wszystkie lata były wyłączną moją własnością, cząstkę następnych muszę rodzicom oddać. Dawniej marzyłam o wyjeździe do wielkiego miasta, o nauce w wyższym zakładzie u nas, lub za granicą, szalone plany, prawda? Kochałam je, Ludko, uciekałam do lasu, błądziłam po polach, pieszcząc się niemi, snując, rozwijając, niby długą barwną wstęgę. Wyobrażałam sobie jak to będzie: kilka lat trudów, znoju, biedy, a potem wrócę i wspólnie z Jankiem wydźwigniemy wszystkich. Ojciec rozprostuje krzyż zgarbiony, mama nogom opuchniętym da wypoczynek, ciocia dostanie bibliotekę, Kazia, Józia, Zosia, co której potrzebne... Moje sny cudne!.. Rozwiała je ciocia kilka miesięcy temu, w sam dzień mych imienin, lecz rozbudziła inne, Posłuchaj, jak było: Wszyscy jeszcze spali, bardzo rano, przyszła do mnie, siadła na łóżku i, ucałowawszy, dała mi niewielką książkę. Co to za książka!.. Ciocia Zosia napisała ją widać umyślnie dla mnie, bo wszystko do mnie zastosowane: każda rada, każda wskazówka, a nawet tytuł: „Najstarsza córka domu“. Gdy przeczytałam pierwsze kartki, zaczęłam rozważać, czy bez wysokich dążeń szczęśliwą i użyteczną być nie mogę, przyszedłszy do ostatniej, wątpliwości już nie miałam. Zaraz nazajutrz podzieliłam godziny pracy na „moje“ i „nasze“, a marzeniom o wyjeździe dałam za wygranę. W godzinach „moich“ odrabiam lekcye, w „naszych“ doglądam kurnika i obory, a na przyszłość wezmę się do pszczół. Stary pasiecznik mnie poucza. Życie upływa jednostajnie, ale w każdy wieczór, gdy robię obrachunek pracy, jestem szczęśliwą i już nie myślę o czemś bo czuję, że to co podjęłam — dobre jest, że najlepsze chyba. Książeczka cioci obudziła we mnie dużo myśli nowych, wprowadziła do świata nieznanego, a bardzo pięknego, ja już nie ta, co byłam. A jednak, powiem ci pod sekretem: Twój list przez jedną krótką chwilę wzniecił we mnie zazdrość. Uczucia tego się wstydzę, wybacz mi, Ludko złota, i wierzaj, że ono już zgasło, bo jestem szczęśliwa, przytem osobie kochanej nie wolno zazdrościć.
IV.
— Panna Leonka! — Nasza jedyna! droga! — Paniusia najsłodsza przyjechała nareszcie! — Buziaka mi dać proszę! mnie! mnie! Takie serdeczne okrzyki powitały panienkę w żałobnym stroju. Była to osoba lat dwadzieścia najwyżej mieć mogąca, bardzo sympatyczna, o spojrzeniu smutnem i twarzyczce bladej. Otoczono ją zaraz. Uśmiechnięta łagodnie, całowała dziewczynki i pieściła. — Nie zapomniałyście jeszcze jak wyglądam? — pytała, odrzucając w tył dwa grube warkocze, połyskujące blaskiem złotawym. — Ja także stęskniłam się do was, bo po mamusi nie mam już nikogo. Tylko wy pocieszyć mnie możecie. Kilkanaście par ramion wyciągnęło się do niej. Jedne śmiałym ruchem opasały szyję panienki w żałobie, inne objęły w pół drobną postać, jeszcze inne czepiały się sukni, warkoczy, kolan. — Leonko — zawołała jedna ze starszych panien — ani wiesz, jak bardzo cię kochamy. Płakałyśmy nad tobą wszystkie, nad twojem sieroctwem i naszem. — W dzień pogrzebu mamy trzy msze się odprawiły, byłyśmy na wszystkich. — I trumnę wystawili — dorzuciła Stasia. — Ładnie ubraną... tak dużo kwiatów, mnóstwo kwiatów...
— Dziękuję wam — odrzekła młoda osoba, zajmując miejsce przy stole. — Z całego serca wdzięczną wam jestem, drogie, poczciwe dzieciaki! Po chwili dodała: — Jeśli macie czas, do roboty się zabierzemy. Opuściłam cały tydzień i chcę to wynagrodzić, o ile można. — Mamy czas, mamy — upewniały panienki, siadając gdzie się dało. — Tylko jedna mruknęła niechętnie: — Ja czasu wolnego nie mam! Młoda nauczycielka spojrzała na mówiącą, przyczem w błękitnych jej źrenicach odbiło się zdumienie. Nie nawykła do takiego tonu, w pierwszej chwili uśmiechnęła się nawet, a potem nie spuszczając wzroku z twarzy obcej sobie dziewczynki, rzekła: — Tak dużo masz lekcyi, moje dziecko? Jeśli są trudne, chętnie ci wytłómaczę i ułatwię. — Nie jestem pani dzieckiem — brzmiała szorstka odpowiedź. — Ten tytuł cię obraża? — zapytała panna Leonka z łagodną wymówką. — Nie znoszę czułości od osób obcych, bo przekonałam się, że są fałszywe — odparła chłodno Ludka. — A pani nawet nie znam. Poruszyła mrowisko. Panienki zaczęły szeptać między sobą i grozić. Nowa koleżanka przez krótki czas bytności swojej w zakładzie przyzwyczaiła je potrosze do wyniosłego obejścia, stanowczych i wogóle dosyć szorstkich odpowiedzi, czem w pierwszych dniach czuły się dotknięte, teraz przyjmowały już bez gniewu, między koleżankami bowiem wszystko uchodzi i wszystko trzeba wyrozumieć. Co innego wszakże z Leonką. To nauczycielka: skarb ich najmilszy, wzór do naśladowania, przyjaciółka i przewodniczka; wszystko w jednej osobie, drogiej im, prawie czczonej. Trzeba tę zuchwałą dziewczynę do porządku doprowadzić — mówiły czarne oczy Maniusi Skalskiej — tak, trzeba — potakiwało spojrzenie Wandy Myszkowskiej, Alinki Micewiczówny, Zosi Mateckiej, Stefki, Józi i Michasi Żurawskich. Nie śmiały jednak odezwać się z tem głośno, czekając, co powie sama „panna Leonka“ i śledząc wyraz jej twarzy. Młoda nauczycielka pozostała spokojną, tylko głos jej drżał nieco gdy mówiła: — Jeśli znasz ludzi fałszywych, udających serdeczność, szczerze cię żałuję. Proszę mi jednak wierzyć, że są też i inni, pełno jest takich, tamci zaś do wyjątków się liczą. To powiedziawszy, spojrzała mile swemi poczciwemi oczami i wyciągnęła obie ręce do dziewczynki. Ludka zbladła, potem zarumieniła się mocno, w pierwszej chwili, ujęta czarem słodkiego wzroku Leonki prawą rękę podniosła, zaraz wszakże ją cofnęła i, zerwawszy się z krzesła, wybiegła z pokoju. Ztamtąd wpadła do sypialni i przekonana, że ją wołać będą, może nalegać, tłómaczyć, postanowiła nie słuchać nikogo i na krok się nie ruszyć, przesiedzieć tutaj do końca wieczora. Zajęła miejsce tuż przy drzwiach, wzburzona przejściem, które bądź co bądź nie sprawiło jej przyjemności, bo chociaż lubiła postawić na swojem, ile razy to zrobiła, zwłaszcza tu, na pensyi, doznawała następnie uczucia zawodu i niesmaku. Wmawiała w siebie jednak, że tylko istoty wyższe, niekoniecznie nawet rozumniejsze, lecz wyższe — czem i przez co? tego nie umiałaby wytłómaczyć — dość, że w jej przekonaniu, tylko takie są zdolne postąpić jak ona. Wszystkie inne, drżące ze strachu wobec władzy szkolnej, spełniające dosłownie każdy rozkaz, choćby jeden kierował je na lewo, a drugi na prawo, to gęsi bezmyślne. Ona, Ludka, inaczej została wychowaną: od lat najmłodszych wolno jej było mieć własne zdanie, usłuchać jeśli chciała, a gdy chciała rozkazywać — zkąd więc zasada, by zrzekła się praw swoich, na korzyść pani przełożonej, panny Zofii, Flory, Wandy lub Leonki. — Zwłaszcza Leonki, wynoszonej pod niebiosa, Bóg wie za co... zwłaszcza tej! — powtórzyła z głuchą urazą. Spojrzenie, którem młoda nauczycielka, zdobywała nietylko serca skłonne do uczuć tkliwych, lecz nawet kalekie, nie kochające dotąd nic i nikogo, prócz własnego samolubstwa, wywarło wpływ szczególny na Ludkę. Zabolało ją, zraniło. A propozycya ułatwienia lekcyi, a to poufałe odezwanie!... Panna Maliniecka ani łask niczyich, ani czułości przyjmować nie zwykła; więc jest obrażoną, gniewa się. Bo przedewszystkiem pamiętać wypada, do kogo mówimy, odpowiednich słów dobierać i odpowiedniego tonu; delikatne odcienie uprzejmości znane są osobom dobrze wychowanym. Tu nikt pojęcia o nich nie ma. Tak rozumując, Ludka siedziała chmurna, gotowa odciąć się szorstko każdemu, kto by po nią przyszedł. W godzinach lekcyi, mniej więcej wypełnia co każą, teraz jednak nie lekcye, wolno pracować lub też wypoczywać. Koleżanki wymykają się po dwie, trzy razem, nikt nie pyta dokąd poszły. Dopiero gdy przyjechała jakaś tam, psuje cały porządek i względną swobodę. Głośne czytanie, także wymysł?.. Kto sam czytać umie, nie potrzebuje tej przysługi. Brzęczenie nad uszami ani jest pożyteczne, ani przyjemne. Zresztą, ona nie chce; posiedzi tutaj sama, zasłuchana w myśli własne, które niby skrzydła do Malinek ją poniosą, drwiąc z odległości i spóźnionej pory. Przymknęła oczy, by nie patrzeć na łóżka, ustawione dwoma rzędami przez całą długość ogromnego pokoju, na ściany, czyste wprawdzie, lecz malowane jednym kolorem, nudne, szare i ujrzała się w Malinkach. Skrzydła jej myśli zawisły nad parkiem, powiały nad chińskim pawilonem w ogrodzie, musnęły kotarę z bladoróżowego atłasu i zatrzymały się chwilę przy łóżeczku wykwintnem, miękkiem, niby gniazdko. Wtargnęły też do gabinetu i przez całą długość alei grabowej biegły stęsknione, w ślad za wysoką poważną postacią, która całemi godzinami odbywa tam wędrówkę. Były wszędzie, lecz nie bawiły długo, z jakiej racyi, Ludka sama nie umiałaby odpowiedzieć. Wstała z krzesła i przeszła parę razy między dwoma szeregami łóżek, „samotność“ zaczynała ją draźnić. W sypialni było cicho, a od małej lampki prawie ciemno. Co też panna Leonka robi teraz? może czytać przestała, opowiada o matce swojej, wszak z pogrzebu wróciła z niezaschniętemi jeszcze łzami. A może to co czyta, ładnem jest, może zajmujące, bądź co bądź, nie nudniejsze przecież od czterech ścian sypialni, białości łóżek, niby mogił zasypanych śniegiem. To ostatnie porównanie przeraziło Ludkę. Mogiły, trumny — nigdy nie lubiła myśleć o nich, a tu tak cicho, głucho — Boże!... do okna jakiś cień się skrada.. Ledwie powstrzymała okrzyk trwogi i nie bacząc, że to cień jej własny, przerażona mocno wybiegła z pokoju. W sali rekreacyjnej było także pusto, lecz nie tak strasznie, bo mniej samotnie, dochodził tutaj głos. A co za głos! co za wspaniała melodya rytmu, co za muzyka!.. Niepomna strachu, który ją przygnał tutaj, ani urazy, ani gniewu, dziewczynka podziwiała silne słowa wiersza:
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Dwie jagódki.
