Read here

Na torfowiskach

Zofia Nałkowska · 1923 · Free in the US

23,374 words · about 1 h 38 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1923 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Na_torfowiskach&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Zofia Nałkowska
Language
Polish
Published
1923
Length
23,374 words · about 1 h 38 min
Sections
16 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (16)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 49 min
  3. Część pierwsza under 1 min
  4. I about 4 min
  5. II about 2 min
  6. III about 4 min
  7. IV about 3 min
  8. V about 2 min
  9. VI about 10 min
  10. VII about 4 min
  11. VIII about 2 min
  12. Część druga under 1 min
  13. I about 4 min
  14. II about 7 min
  15. III about 3 min
  16. IV about 4 min

Continue:

Front matter

Zofja Nałkowska.

Na torfowiskach.

KSIĄŻKI CIEKAWE

całość

Zofja Nałkowska.

Na torfowiskach.

KSIĄŻKI CIEKAWE

WARSZAWA NOWY ŚWIAT 47.

ZAKŁADY GRAFICZNE ZYGMUNT SAKIERSKI WARSZAWA, MIEDZIANA 4-a. TELEFON 126-49.

CZĘŚĆ PIERWSZA.

I.

Miałyśmy wtedy jeszcze obie mało lat i nasz dom stał na górze w lesie zupełnie sam. Można było długo iść w różnych kierunkach i napróżno szukać człowieka — bez żadnych zresztą niesmacznych żartów djogenesowych z latarnią, ale poprostu dlatego, że nikogo tam nie było. Z okien też nie widać było siedzib ludzkich — oprócz jednej, daleko, za łąką i polami, chałupy, obory i stodoły Nowaka. Był dom, był las, trochę zwierząt — a poza tem już tylko psychologja. Zupełnie, jak w skandynawskiej powieści. Były też niewątpliwie rozmaite głębokie tajemnice, schowane w różnych kielichach kwiatów, w jednym krzaku leszczyny, z którego wycinało się najgrubsze gałęzie na łuki, w stawie, leżącym na końcu lasu, gdzie był utopiony pies, a zwłaszcza pod wielkim kamieniem w bardzo głębokim i dosyć wąskim rowie granicznym, zarosłym od wałów aż po dno zupełnie już dużemi sosnami. Ściany rowu były z piasku, a na dnie mokrem i zielonem rósł mech i sitowie. Wiosną huczała tam w dole bystra woda, dwiema stronami omijająca ów kamień i rozszerzała się w tem miejscu, jak pierścień na przyjęcie perły. W związku z tym kamieniem mogły się były odbywać zdarzenia doniosłości niezmiernej — w jakieś noce pochmurne i zarazem księżycowe. Wszelako nie odbyły się nigdy. Kamień rozsadzono dynamitem i w gruzach zawieziono do miasteczka na bruki, rów podzielono między nowych właścicieli. Ale w miejscu, gdzie leżał niegdyś ów kamień, pozostał na zawsze głęboki, rozmyty werteb, na wiosnę pełen huczącej wody, która już nie miała czego obejmować ślicznemi, młodemi, chłodnemi ramionami. Ten rów dalej szedł na łąki i tam robił się płytki, cienisty, zielony, pełen kwiatów — zupełnie inny. Na brzegach rosły tylko olszyny, i to dosyć rzadko. Bliżej lasu kwitnęło tam na wiosnę mnóstwo białych anemonów, a dalej, głębiej w łąki — złote kaczeńce, kwiat ukochany dzieciństwa, wychodzący z wody na powietrze w chłodne, wietrzne dni kwietniowe. Kaczeńce najdziwniejsze były właśnie wtedy, gdy w wodzie odbijały się chmury granatowe, a one razem z jasną, młodziutką trawą wodną wyglądały tak, jakby wciąż jeszcze świeciło słońce. I im chmurniejsze było niebo i woda, teina bardziej one były pogodne. Najważniejsza jednak była uroczystość pierwszych sasanek, dużych, kudłatych kwiatów fioletowych, obrosłych szarem futrem. Gdy się zjawiły, to znaczyło, że już jest wiosny początek, Kwitnęły co roku w tem samem miejscu, między starą sosną i małemi jałowcami, na największej naszej górze, od północy. Czasami niedaleko od nich leżał jeszcze śnieg. Trzeba było dosyć daleko iść boso wzdłuz tego rowu po łące, żeby dojść do jedynych wierzb, które tylko tam rosły. Miały baźki wcześniej, niż inne wierzby, i do tamtych niepodobne, zupełnie okrągłe, jak kulki, puchate, złote i pachnące tak przecudnie, że nosa od nich nie można było oderwać. Pachniały zupełnie jak bez, tylko jeszcze ładniej, daleko ładniej! Po te kotki chodziłyśmy czasem, jeszcze jak woda była bardzo zimna — i później miałyśmy nogi okropnie czerwone i szczypiące. Zdarzały się inne jeszcze rzeczy, też bardzo ważne, dające na długo niewyczerpany materjał do rozmyślań. Takiem zdarzeniem w naszem życiu był pewien zając, który raz zasnął pod sosną niedaleko nawet od domu i wcale nawet nie zauważył, żeśmy do niego podeszły. Myślałam, że jest chyba chory, albo może oswojony, uklękłam przy nim na suchych sosnowych igłach i pogłaskałam go po łbie. Dziś jeszcze pamiętam, jaki miał miękki i ciepły puch na czole i między uszami. Wcale nie był chory, bo jak się obudził, to dał takiego susa, żeśmy przez długą chwilę stały naokoło pustego miejsca, nie wiedząc, co się zrobiło. A on sadził przez krzaki, aż góra dudniła. Kiedyindziej znowu pokazałyśmy jednej z wielu wiewiórek, wałęsających się po naszych drzewach, zdaleka parę orzechów na dłoni. Wiewiórka siedziała dosyć nisko, na akacji, schyliła łeb i trochę się przyglądała. Wreszcie powoli, powoli zeszła na pień i ostrożnie, z głową nadół, wyciągnęła pysk do tych orzechów. Z bijącem sercem, pełna wzruszenia i niedowierzania, podałam jej jeden orzech, a ona wzięła go w zęby i na trochę wyższej gałęzi spokojnie zjadła. Później zeszła jeszcze po drugi i po trzeci orzech, a kiedy miała dosyć, to się pomieszała z innemi wiewiórkami i nie można jej było poznać. Pokazywałyśmy później orzechy różnym wiewiórkom, ale żadna nietylko nie zeszła do tych orzechów, ale nawet nie zwróciła na nie żadnej uwagi, Co to było, nie wiem — i w długich naszych rozmowach we dwie napróżno nieraz usiłowałyśmy tego dociec. Wodę do polewania kwiatów brał Władysław z naszego rowu nad łąką, gdzie żyła masa wstrętnych wodnych stworzeń. I zawsze z sitka od pole- waczki wychodziły przez dziurki różne ogony takich nieumyślnie nabranych z wodą zwierząt, bo głowy zwykle były większe i już się nie chciały przez te dziurki zmieścić. Trzeba było wyjmować sitko z polewaczki i — choć to było obrzydliwe — wytrząsać napowrót do rowu te zwierzęta, żeby się nie męczyły. A to wcale nie było łatwo, bo one nie mogły zrozumieć, o co chodzi i jakby naumyślnie siedziały właśnie z całej siły w tych dziurkach i trochę nawet zakręcały swoje ogony. Przeważnie były to kijanki żabie i okropne, trochę włochate, dreszczem przejmujące larwy, o których wiedziałyśmy, że z nich wychodzą łątki prześliczne i później fruwają nad wodą. Wiedziałyśmy niby — ale nikt tego nie brał na serjo, nikt w to naprawdę nie wierzył. Tymczasem raz na jakimś wielkim wodnym badylu znalazłyśmy taką łatkę, która niezupełnie jeszcze wyszła z larwy. Każdą nogę wyjmowała po kolei z wstrętnej, pustej, przezroczystej nogi potwora. Była duża i szafirowa, ale zupełnie miękka i trochę nawet wilgotna. A jak tylko wyschła, to zaraz poleciała. Wtedy też zauważyłyśmy, że łątki właściwie nie fruwają, tylko przesuwają się po powietrzu — jakby były na nitkach. Wielki, jasnozielony konik polny, który chodził po stole przy jedzeniu, mysz, chowana w pu- dełku od cukierków, diademy, plecione z sitowia i poutykane piórami do udawania Indjan, naszyjnika z jarzębiny, szałasy z gałęzi i fortece z kamyków, dwa równolegle ogródki, ogrodzone patykami, gdzie rosły nasturcje, dynia, słoneczniki i trochę sałaty, która się sarna zasiała — takie było nasze

II.

I oto raz Władysław poprawiał obsypany wał na granicy naszego lasu. Wtedy to zupełnie wystarczało, bo letnicy nie zapuszczali się wcale w te strony. Pogłębiał trochę rów po północnej stronie, u samych stóp góry, wzdłuż drogi, po której nigdy prawie nikt nie jeździł, i piasek sypał na wierzch wału. My zaś dotrzymywałyśmy mu towarzystw przy tej robocie, rade wogóle jakiejś rozmaitości. Prócz nas był tam jeszcze Burek, nasz pies ówczesny, żywcem kupiony od Nowaka, już razem z tem niemądrem przezwiskiem. (Z bratem Burka. który został u Nowaka, było pod tym względem jeszcze gorzej, bo nazywał się Mularz. Pies żeby się Mularz!) O tym Burku to da się powiedzieć że zwykle i nawet prawie zawsze był poważny, ale kiedy już zaczął się bawić, to zaraz wpadał w przesadę i przechodził wszelkie granice. Raz w najlepszej myśli, kiedy nie był wcale zły, pogryzł nas do krwi, więc trzeba było mieć się z nim na ostrożności. Po drugiej stronie drogi leżały niskie torfowiska, zarosłe brzozami i chojakami, małe wśród lasu polanki okryte były ścisłym mchem, niby sierścią buro—zieloną, pełną na wiosnę białych kotków wełnianki, zupełnie jakby oblazle kłakami waty. W lecie rosły tam łochinie, któremi się podobno można upić, jak ich się zje dwie kwarty. Nieraz chciałyśmy się niemi upić, ale zawsze jakeśmy je zbierały, tośmy jednocześnie jadły — i nigdy nie można było zmierzyć, ile ich naprawdę było. W jesieni znów miałyśmy tam masę borówek. Były to wszystko grunty niewiadomo czyje, ze stawem w środku, wykopanym kiedyś przez kogoś, co się oddawna z tych stron wyniósł, nasze niepodzielone przez rok okrągły królestwo. Miałyśmy tam kąpiel latem, a zimą ślizgawkę. Ów dzień zaś, kiedy to Władysław sypał wał na granicy, tem był pamiętny, że w sosnach trochę dalej, na drugim brzegu drogi, zobaczyłyśmy niespodzianie białą kupę drzewa, jakieś leżące bale i trochę cegieł. — Co to tam jest, Władysławie? — dałyśmy wyraz żywemu zainteresowaniu. — A to się buduje ślusarz z Warszawy. — Oo! Wiadomość była poprostu sensacyjna. Okazało się, że Władysław był już widział nowego sąsiada i powziął o nim niejakie wiadomości. Ślu- sarz z Warszawy, który miał nawet przedtem restaurację. Buduje się — i tutaj będzie mieszkała jego żona, a on będzie tylko przyjeżdżał co tydzień z roboty. — A dzieci? — czy będą i dzieci? Dzieci nie będzie, jest tylko jeden syn, ale już dorosły, urzędnik, który gra na skrzypcach. Wiadomość odbierała poprostu równowagę umysłu. Czy prędko się zbudują, czy kupili wszystko i ze stawem, czy będą mieli swoją studnię, czy naprzykład ich kury nie będą przechodziły ma nasze. Kupili tylko morgę, wytną las, zasadzą trochę kartofli, zasieją gryki. Ślusarz nazywa się Dziobek. — Oo! Poszłyśmy drogą kawałek w tamtą stronę i z niejakiego oddalenia dobrze przyjrzałyśmy się złożonemu drzewu i cegłom. tego była jeszcze kupa piasku i wpuszczona w ziemię skrzynia na wapno. Dwóch ludzi ukazało się od strony stawu z wodą w wiadrach. Kiedy wlali ją w ziemię, buchnął stamtąd słup pary. — Wapno lasują, — Oddaliłyśmy się w zadumie. Któż może wiedzieć, co jutro przyniesie, jakich ludzi los przeznaczył nam na najbliższych sąsiadów. Starałyśmy się napróżno przeniknąć mroki przyszłości.

III.

Nie przeszło i dwóch miesięcy, kiedy dom stanął pod dachem. Dom! — c’est une façon de parler. Raczej zaledwie coś domowatego, chałupka na kurzej stopce, Na wierzchu dach z czarne) tektury, od przodu malutki ganek na dwóch palikach — weranda, jak powiedziała pani Dziobkowa. Tak. Należy wyznać, że zawarłyśmy tę znajomość, nie bacząc, czy nie postępujemy czasem lekkomyślnie. Ale czyż może nie być lekkomyślną młodość? Biegłyśmy wtedy po owej drodze granicznej wyciągniętym kłusem, wrzeszcząc dosyć niedyskretnie. W ten sposób dawałyśmy wyraz radości wynikłej z otrzymania nowych lejców. Lejce były z taśmy czerwonej, obwieszone małemi dzwonkami. Uciecha mogła się była wydawać przesadna tylko komuś, kto nie rozumie, co to znaczy obywać się zamiast lejców zwyczajnym szpagatem. Biegłyśmy tedy ową drogą, jak gdybyśmy już rzeczywiście wcale nie mogły gdzieindziej bawić się w konie. Pani Dziobkowa znajdowała się właśnie pod tę porę przed domem i ryła w błocie małe. kręte ścieżki swego przyszłego ogródka. Osadziłam konia i zagadnęłam taktownie. — Dzień dobry pani. To pani tu będzie mieszkała? Rozmowa potoczyła się gładko. Pani Dziobkowa była osobą otyłą i niemłodą, ale głowa jej zachowała dawną piękność rysów. Z krótkiego opowiadania powzięłyśmy wiadomość o dawnej familijnej świetności. Państwu Dziobkom dobrze cię kiedyś działo, mieli restaurację na Zielnej, gości porządnych, cztery córki i trzech synów. Ale jaki majątek temu nastarczy: w jeden rok wyprawić dwa wesela i trzy pogrzeby. Naprzód umierały córki, później synowie. Brat pani i teraz jest bogaty, też trzyma restaurację, syna posyła do gimnazjum, ale bogatemu nic do biednego, trzeba swojemi dziesięcioma palcami się odrabiać. Teraz mąż jest w żelaznej fabryce, ona tu. Oto wszystko, co narazie można było ustalić. Wróciłyśmy do domu, owiane niejaką tajemniczością, pełne zadumy. Miałyśmy już poza domem nasze własne stosunki. Nie mogę nie wspomnieć w tem miejscu o szczególnem postępowaniu Burka. Wobec tej doniosłej zmiany, jaką zjawienie się sąsiedztwa wprowadziło do naszego trybu życia, Burek zachowywał się opornie i, aby tak rzec, negatywnie. Nierzadko można go było znaleźć na samym krańcu naszych posiadłości. Siedział na wale i monotonnie szczekał w próżnię. Okazywało się jednak zwykle, że szczekał tak na panią Dziobkową, która, nie przywiązując wagi do Burka animozji na odległość, grzebała rydlem w błotnistym swoim ogródku... Wysokie, okrągłe klomby, powstałe na skutek głębokiego wyżłobienia ścieżek i po brzegach odarniowane, wyglądały trochę, jak świeże groby. Podobieństwo zwiększyło się jeszcze, gdy wyrosły na nieb gęsto bujne, wysokie kwiaty. Pani Dziobkowa zaopatrzyła się wkrótce we własne zwierzęta. Na szczekaninę Burka odpowiadał teraz płaczliwie mały szczeniak, wielce anemiczny i chorowity, uwiązany na szpagacie do gwoździa w ścianie i często bity za to, że za dobry i żeby szczekał. Robił tedy, co mógł, skowyczał i warczał, chorował na żołądek, nudził się i ogromnie martwił całemi dniami. Niczem nie można było zmiękczyć jego losu. Gdy raz, ujęty naszemu miłemi słowy, machnął weselej ogonem i na chwilę przestał się irytować, odrazu za to bicie. Zapomniałam powiedzieć, że nazywał się Trezor. Drągiem zwierzęciem był młody kot, czarny bardzo i taki chudy, że w biały dzień robił wrażenie widma. Chodził na swych nogach cienkich, jak patyczki, trwożliwie i ostrożnie, zupełnie jak ta syrena u Andersena, której ogon zamienił się na nogi ale pod warunkiem, że każdy krok będzie ją okropnie bolał. 1 nawet tak wciąż miauczał przerywanie i cicho, jakby postękiwał. Pani Dziobkowa skarżyła się na niego, że sobie nie łapie myszy, ale był pewnie za mały i zresztą może w takim nowym domu myszy jeszcze nie było. Mówiła nam też, że jest bardzo nienasycony. „Tak się nażar, że mało nie pynk, a nie znać po miem“. Już co prawda, to prawda, istotnie nie było znać. Prócz tego do dwóch pni sosnowych uwiązane były za nogę dwie kury, otoczone mrowiem swych puchatych piskląt. Tym kurczętom to dzioby się poprostu nie zamykały. Każde co chwila mówiło pia, pia, a ponieważ ich było bardzo dużo, więc ani na chwileczkę nie mogło się zrobić cicho. Kwoki starały się chodzić za dziećmi na długość ssznurka i naturalnie trochę okręcały się około sosny. Aż wreszcie leżały obie z wyciągniętą w tył łapą i dziobem otwartym z gorąca i smutku. Tylko czasami gdaknęły na małe, które się rozłaziły i naturalnie ani myślały słuchać. Bo żadna matka w takiej głupiej pozycji nie zachowałaby powagi wobec swych dzieci, a cóż dopiero zwyczajna kura. Dwa razy na dzień pani Dziobkowa przychodziła i odkręcała kury, ale one bardzo prędko zakręcały się na nowo. Trochę w tem było i ich winy, bo przecież mogły uważać. A puścić ich pani Dziobkowa nie mogła, bo kury drapią i ani jednego kwiatka w ogrodzie nie zostawią. Było jeszcze prosię, również na sznurku za tylną nogę do kołka uwiązane. W nosie różowym, miało drut, skręcony tak, by je kłuł, gdyby zechciało pyskać. Takiego prosiaka jakby nie odrutować, toby wszystko spyskał. — Gdy go było podrapać patykiem pod gardłem, albo koło ucha, to zaraz się kładł na ziemi i trochę ryj otwierał. Miał też bardzo zabawny ogonek. Ale ponieważ pewien sławny dyplomata powiedział złośliwie o mojej literaturze, że ja opisuję, ile razy świnia ma zakręcony ogonek, i w którą stronę, więc już nie będę opisywała tego ogonka. Ogólnie tylko zaznaczę, że gospodarstwo pani Dziobkowej zorganizowane było na dobrze pojętych zasadach ładu i ekonomii.

IV.

W pewną niedzielę dane nam było poznać samego właściciela posesji i owych zwierząt. Pani bobkowa zaprezentowała nam szczupłego, zgarbionego nieco pana o niezmiernie jasnym zaroście. Pan Dziobek przyjechał na wieś do żony w surducie bardzo długim i dosyć szarym i w meloniku, którego rondka opierały się na barkach i odgiętych uszach. Melonik ów brał pan Dziobek na głowę, ilekroć wychodził do ogrodu, choćby nie było ani chłodu, ani słońca. Poprostu przez poczucie przyzwoitości. Od pierwszego spojrzenia widziało się w nim coś lepszego. Pan Dziobek był mimo to pełen prostoty i skromności wrodzonej. Zgadza! się bardzo ze wszystkiem, co mówiła jego żona, która się do niego przywiązała, chociaż był trochę młodszy od niej. Miał bardzo dziwne oczy, duże i niby to niebieskie, ale właściwie prawie białe. I to podobno z tego, że robił przy ogniu w tej swojej fabryce. Sam mówił, że pewno niedługo już oślepnie od tego ognia. A wtedy toby już zamieszkał przy żonie na wsi na stałe. Dla nas był bardzo uprzejmy. Nawet na żądanie pani Dziobkowej opowiedział nam pyszną anegdotkę o żydzie, który przyszedł do pana dziedzica i mówiąc o interesie, jednocześnie drapał się plecami o drzwi. Pan Dziobek owo drapanie naśladował wiernie, aż do złudzenia i mówił „panie dżedżyc“ tak dowcipnie, że sam powstrzymywał się od śmiechu tylko dlatego, żeby nie popsuć wrażenia, Zato pani Dziobkowa, chociaż znała już była przedtem treść opowieści i nic już nie było tu dla niej nieoczekiwane, uśmiała się jak nigdy. Właściwie i pan Dziobek śmiał się także ale dopiero gdy już wszystko opowiedział. I śmiał się tak serdecznie, że z jego białych, wypalonych ogniem oczu, łzy lały się poprostu ciurkiem. Z biegiem czasu stosunki stały się mniej etykietalne i prawie co niedziela pan Dziobek opowiadał nam swą anegdotę. Pamiętałyśmy ją dobrze i śmiałyśmy się głównie tylko przez uprzejmość. Bo widok pana Dziobka w tym surducie i meloniku na odgiętych uszach, drapiącego się plecami o futrynę swej chałupki i ocierającego łzy z policzków, robił doprawdy jakieś niebardżo wesołe wrażenie. Z dalszych wizyt i rozmów poznałyśmy wkrótce i brudy rodzinne. Cóż robić. Niema domu, w którym nie przydałoby się czegoś Z początku pani Dziobkowa opowiadała tylko, jak się chowały córki, pokazywała ich fotografje wizytowe i nawet jedną gabinetową. Córki pomagały jej w restauracji, ale roznosiły tylko pieczyste nigdy zupę. — No, rozumie się, — powiedziałyśmy, aby me myślała, że jesteśmy naiwne. Bo choć wiedziałyśmy, ze naturalnie żadna praca nie hańbi to przecież rozumiałyśmy, że jest chyba jakaś różnica między roznoszeniem pieczystego a roznoszeniem zupy. Córki więc roznosiły pieczyste, później wychodziły zamąż, miały dzieci, umierały na suchoty. Zdarzało się, że zięciowie nie mieli za co ich pochować. I tak na jeden rok wypadło dwa wesela Wyprawić i trzy pogrzeby. To zjadło restaurację. Synowie umierali też. No, i został wreszcie tylko jeden, ten który gra na Dziewiąte i ostatnie dziecko. Nie śmiałyśmy zapytać, czemu nie przyjeżdża. Alepani Dziobkowa wyznała sama w chwili słabości: nie przyjeżdża, bo jest zły syn, bo wstydzi się rodziców. Dlatego, że ojciec jest rzemieślnikiem. A czy każdy może być restauratorem? Wstydzi się. Już drugi rok, jak nie by! ani razu. Ni żałowali na jego edukację, był w szkole, teraz jest na posadzie. Zarabia ładnie, ma blisko trzydzieści rubli miesięcznie, więc naturalnie, cóż mu do rodziców. A przecież przyjechał jednak. Przyjechał — pamiętamy to doskonale. Ale nie napełnił radością domu rodziców. Przyjechał dlatego, że był wieczorem z bardzo porządną jedną panienką w Alejach, siedzieli długo na ławce, więc dostał kaszlu. Cały miesiąc tak ciągle kaszlał i doktór kazał mu, żeby pojechał na wieś. Wtedy dopiero przypomniał sobie rodziców. Przyjechał w jedną sobotę wieczorem ze starszym panem Dziobkiem. Ale w ogrodzie nie robił, na spacer nie chodził, nawet ani razu nie zagrał na skrzypcach, choć je przywiózł ze sobą. Leżał w stancji na dużem, drewnianem łóżku matki, leżał i był chory. Nic mu nie było lepiej, tylko ciągle gorzej. Raz nawet przywieźli doktora ze Starej Wsi. Przywieźli też i księdza. Aż raz Władysław przychodzi z wiadomością że młody Dziobek umarł. Ach, to było okropne. Nie mogłyśmy się uspokoić, chociaż nawet nie znałyśmy go wcale. To pierwszy raz w obręb tego lasu weszła śmierć! W taki słoneczny dzień patrzyłyśmy zdaleka, zponad sosen, na mały domek Dziobków w dole. Ten dach z czarnej tektury, malowany smołą, krył sobą straszną tajemnicę. Tam leżał umarły człowiek. Pan Dziobek poszedł do parafii i w ogródku było widać tylko panią Dziobkową. Odkręcała kury, uwiązane za nogi do Później wyrywała zielska z truskawek. Czasami wchodziła też do wnętrza tego domu i przez chwilę jej nie było. Patrzyłyśmy na to, pełne grozy. Pani Dziobkowa często opowiadała nam potem o chwilach ostatnich syna. „Umierasz, synku — mówię — umierasz, jak tamci pomarli. — A on nic. — Umierasz — powiadam, i jak nie krzyknę, jak go nie chwycę!... A on już tylko tyle, że się trochę skrzywił i zaraz mu oczy w słup stanęły“. — Wiele razy słyszałyśmy te proste i wzruszające słowa.

V.

Tymczasem chudy Trezor wyrósł na psa złego, jak szatan. Kot był wciąż tej samej wielkości i pałędał się tu i owdzie, pomiaukując. Kurczęta urosły i rozmnożyły się bardzo. Ciągle jakaś nowa kura chciała siedzieć, ale pani Dziobkowa miała już tego dosyć, wolała, żeby się niosły. Więc taką kurę zawsze łapała i wsadzała na chwilę do wiadra z wodą. Był przytem straszny wrzask i pierze leciało, jakby się rozpruła wsypka na poduszce. Ale zato potem już taka kura wcale nie chciała siedzieć. Z tych zwierząt jedna tylko świnia naprawdę utyła i właśnie przydała się, bo „poszła na pogrzeb“, jak powiedziała pani Dziobkowa, „jeszcze jeden pogrzeb — ale już przecież ostatni“. Wcale nie był ostatni. Jakoś to było pod jesień, gdy gruchnęła wiadomość, że pan Dziobek rzuca posadę i zamieszkuje przy żonie. Doszedł do wniosku, że miejsce w fabryce źle oddziaływa na jego zdrowie i postanowił przenieść się na wieś. Już jak przyjechał, niewiele co mógł się ruszać i pani Dziobkowa nieraz się musiała nairytować, zanim się jej udało zapędzić go do jakiej roboty. Puchł tylko wciąż, ale w sobie nic go nie bolało. Puchł jednak bardzo, jeszcze przy pierwszych śniegach musiał chodzić boso, bo żadnego buta na nogę nie mógł wciągnąć. Jego dawny, niefrasobliwy humor, wracał jednak czasami — i nie raz i nie dwa razy przyszło nam jeszcze wysłuchać anegdoty o przezabawnym żydzie, który, rosmawiając z dziedzicem, jednocześnie drapał się plecami o futrynę. Oczy Dziobka były zawsze wypłowiałe, chociaż już od dosyć dawna nie robił przy ogniu, były prawie zupełnie białe. 1 kiedy anegdota była już skończona, zawsze ciurkiem, leciały z nich łzy. Ponieważ wyleciał boso na mróz, więc się przeziębił i spuchł jeszcze więcej. Wreszcie był już tak spuchnięty, że nie mógł wcale wstać z łóżka — tego samego, w którem umarł jego syn. Leżał tak może z miesiąc, może i więcej, a pasji Dziobkowa poprostu obrobić się nie mogła, tyle jej spadło na głowę. Kopała sama wszystkie kartofle, które sama wszystkie sadziła na wiosnę. Okopywała drzewa, grabiła kolki, zbierała, a nawet rąbała gałęzie na zimę, — nie licząc wcale roboty w domu. Jakoś to było przed święty, jak Dziobek umarł. Całe szczęście, że jeszcze zdążył zrobić testament. Od samego rana panią Dziobkową coś tknęło, że to dziś. Dosyć się już w życiu swojem śmierci napatrzyła. Sprowadziła zaraz dwóch poważnych sąsiadów. Jeden spisał na dużym arkuszu papieru ostatnią wolę umierającego. Po nieboszczce córce chowało się gdzieś na świecie Dziobkom dwoje, wnucząt. Ale że zięć się powtóre ożenił, był bogaty i tylko mu chyba ptasiego mleka nie dosta- wało, więc się pani Dziobkowa bała, że niech tylko mąż umrze, to zaraz wszystko rozdrapią. Pan Dziobek się trochę opierał, że to niema pośpiechu, że można jeszcze jutro przy sobocie, że naprzód wołałby księdza, — ale go żona i sąsiedzi jakoś tam przekonali. Płakał, jak małe dziecko, ale przecie podpisał. Później, gdy się wyspowiadał, zaraz mu ulżyło. Leżał sobie spokojnie, z zamkniętemu oczyma i nic nie A na wieczór przed tą sobotą, — o, jakby dziś, — zaczęło się konanie. Pani Dziobkowa opowiadała nam szczegóły i przebieg tej smutnej sceny. Było to dosyć podobnie, jak z synem. Tak tedy był jeszcze jeden pogrzeb. Ale pani Dziobkowa nie miała co sprzedać, aby męża pochować porządnie. Nowa świnia była jeszcze mała. To też pogrzeb odbył się bardzo skromnie i pocichu.

VI.

Teraz pani Dziobkowa została w swoim domku zupełnie sama. Ale nie odczuwała osamotnienia tak znowu bardzo, bo właściwie przecież oddawna do niego przywykła. Co najwyżej chyba w niedzielę mogło jej być trochę markotno, nie okazywała tego jednak i nigdy o tem nie mówiła. I dawniej zwykle pani Dziobkowa przez wzgląd na drogą naftę wcześnie gasiła światło. Zimą zwykle już o ósmej kładła się spać. Tej zimy zai światło w jej małem okienku gasło często już o szóstej. I pośród śniegiem nakrytego lasu, sam śniegiem nakryty, w białe krzaki wtulony domek Dziobków wcale od nas zgóry nie był widoczny. Z nastaniem wiosny zaczęła się zwykła robota. Pani Dziobkowa od świtu była w ogródku. Kopała, gnoiła, sadziła. W niedzielę po południa siadywała spokojnie na werandzie i samotnie na wyniki pracy tygodnia. Ogród kipiał kwiatami. W wilgotnem bagienku, po wykarczowaniu sosen, bez, jaśmin, akacje, jarzębiny rosły bujnie, krzewiły się szeroko i bez pamięci. Na klombach wypukłych i podłużnych, odarniowanych wokoło, jak groby, kwitnęły obficie nasturcje, lwie pyszczki, królewskie korony, floksy, aksamitki, goździki i astry, pośrodku wznosiły się wielkie, czerwone georginje. Aromat tych kwiatów czuło się zdaleka, w lesie i na drodze. Trezor wył, nigdy nie spuszczany z łańcucha, kot snuł się smętnie — czarny, powiewny i fantasmagoryczny. Tego roku pam Dziobkowa wielu kurom pozwoliła siedzieć — i z tego wynikło nieprzeliczone mnóstwo małych kurczaków, piszczących i po dawnemu dręczących swoje matki, uwiązane za nogę do pni sosnowych. Gospodarstwo kwitnęło, nie czując braku ręki pańskiej. Bo pani Dziobkowa wszystkiemu dała radę i żadnej roboty się nie bała. Te zalety nie uszły uwagi okolicy. Bo można sobie mówić, co kto chce, ale prawdziwa zasługa zawsze znajdzie u ludzi uznanie. To też pani Dziobkowa, pomimo swych lat pięćdziesięciu ukończonych, obudziła zamiary poważne w niejednym epuzerze. Zrazu projekty takie odtrącała ze wstydliwą niechęcią, ze słuszną indygnacją osoby znającej sobie cenę. Nikt nie powinien był sobie wyobrażać, że pani Dziobkowa jest byle kto i pójdzie za pierwszego lepszego. Z owych starających się, o jednym muszę powiedzieć obszerniej, mianowicie o Wile. Wiła był kaleką, a nawet można powiedzieć, pokraką. Widywałyśmy go od dzieciństwa — jeszcze przedtem, zanim Dziobkowie zaczęli się budować. Obie nogi miał trochę pokręcone i prawie bezwładne, chodził o kiju, na którym wspierał się oburącz i jakimś przebiegłym wysiłkiem całego ciała przerzucał jednocześnie obie swe nogi o krok. dalej. Ale twarz, miał miłą, był blady i dosyć delikatny. Oczy miał smutne, choć nieduże, i przyjemny uśmiech. Od niepamiętnych czasów Wiła pasał konie gdzieś wpobliżu naszej granicy. Ale nie był znów żadnym tam pastuchem, tylko synem bogatej osadniczki, której grunty przylegały do naszego lasu. Idąc spacerem do olszyny, częstośmy go widziały, leżącego pod krzakiem na drodze, która się w tej okolicy nazywała trytwa. Nie odrazu odważyłyśmy się do niego przemówić. Jego los smutny, jego niezasłużone nieszczęście przejmowało nas obawą i szacunkiem. Widząc, że patrzy w niebo swemi smutnemi oczyma, przypuszczałyśmy, że marzy. Czułyśmy się zawstydzone sprawnością naszych nóg. I naprzykład nigdy nie bawiłyśmy się w konie, jeżeli on nas mógł widzieć. Starałyśmy się raczej iść powoli i nawet trochę niepewnie, aby nie być temi szczęśliwszemi, temi uprzywilejowanemi. Pilnowanie koni nie stanowiło dla Wiły kłopotu mimo jego kalectwa. Naprzód, że były to wszystkiego dwa konie, nieduże, chude, o garbatych nosach i obwisłych dolnych wargach. Miały ugięte kolana ze zmęczenia, więc pewnie były rade, że mogą spokojnie jeść — i wcale im do głowy nie przychodziło uciekać. A choćby nawet i miały ochotę uciec, toby się im i tak nie udało, bo ich przednie nogi były związane ze sobą postronkiem, a morda jeszcze prócz tego była przywiązana do jednej nogi. Więc nawet nie mogły chodzić, tylko sobie na tem pastwisku podskakiwały. Wahałyśmy się dosyć długo, czy, zabrać z Wiłą znajomość. Byłyśmy w tym wypadku znacznie ostrożniejsze, niż w stosunku do państwa Dziobków. Ale sympatja dla nieszczęśliwego pastucha wzrastała, wzrastało zainteresowanie dla jego samotnego losu, jego marzącej duszy. Myślałyśmy sobie, coby to było, gdyby Wiła mógł się uczyć, wykazał znaczne zdolności, zadziwił wszystkich, zyskał sławę — i mógł przez to zapomnieć o niedostępnych mu radościach życia. Niestety świat jest już tak pomyślany, że wszystkie marzenia młodości spotykają się z rozczarowaniem. Tak też i pierwsza rozmowa z Wiłą sprawiła nam zawód bolesny. — Czy kopie ten dereszowaty? — zagadnęłam raz od niechcenia, niby to interesując się sposobem bycia jednego z koni. — Ja ta wim? — odparł Wiła bez uprzejmości, pytaniem na pytanie. — Nie podchodzić do konia, to i nie kopnie. Tę Wiły niechęć pozorną przypisałam ogólnemu zniechęceniu do świata, zrozumiałej goryczy, którą napełniła go jego niedola. To też mimo przykrości, nie dałam za wygraną. — A te konie was lubią? — Niech ich sie ta panienka samych zapyta. Może powiom... No tak, djalog się nie kleił, to było oczywiste. Rozumiałam jednak, że nie trzeba się tak zaraz zrażać i pożegnałam Wiłę grzecznie, obiecując sobie za drugim razem jakoś subtelniej przystąpić do tej obolałej duszy. Ale za drugim razem nie lepiej mi się powiodło, a nawet gorzej. Wiła był wprawdzie skorszy do rozmowy i mniej oziębły, ale zato powiedział nam taki jakiś nieprzyzwoity dowcip, że musiałyśmy się zdecydować na zerwanie, a przynajmniej znaczne ochłodzenie tych stosunków. Towarzystwo jego naprawdę nie było dla nas dosyć odpowiednie. Odtąd na losy Wiły poglądałyśmy już zdala. Widziałyśmy go często, kicającego swym zadziwiającym sposobem po drodze, lub pasącego konie. Potem zniknął nam z oczu. Władysław powiedział kiedyś mimochodem, że matka zawiozła Wiłę do Warszawy, do terminu. — Do jakiego terminu? — zapytałyśmy z niepokojem. — Do szewca. — Oo! Więc Wiła będzie szewcem. Mój Boże. Chociaż ma gruntu dosyć, ma matkę bogatą. Tylko dlatego, że jest kaleką. Zapomniałam mu w tej chwili wszystko złe. Nie o takiej ja przyszłości dla niego marzyłam. Minęło może dwa lata i Wiła przyjechał z Warszawy, z terminu, już jako szewc. Matka przyprowadziła go do nas, aby polecić syna naszej ży- czliwej pamięci, gdyby szło o jakie zelówki czy przyszwy. Owszem, przyrzekliśmy najchętniej, jeżeli tylko coś się zdarzy. I w ten sposób stosunki się naprawiły, porozumienie nastąpiło. Porozumienie! — czyż można mówić o porozumieniu, Wiła zmienił się w mieście do niepoznania. Przeszedł ospę — i jego delikatna twarz zrobiła się chropawa i ciemna, nos był czerwony, oczy bez brwi i jakby cokolwiek zapuchłe. Ponad to Wiła stał się pokorny, jakiś niepewny siebie, nie patrzący w oczy, uśmiechnięty skwapliwie i sztucznie. Nie chcę być przesadną, ale muszę to powiedzieć, że naprawdę wolałam go, gdy był nieuprzejmy i mówił nieprzyzwoite żarty. Jego złe maniery więcej budziły szacunku, niż teraz jego układność i pokora. Władysław, który wiedział wszystko, i to też umiał nam wyjaśnić: Wiła rozpił się w Warszawie. Przebywał w najgorszych kompanjach i tak się zepsuł, że raz nawet chciał sobie zrobić coś złego. Więc matka zabrała go na wieś, kupiła mu warsztat i będzie go pilnowała, albo go ożeni. Nie upilnowała jednak. Tajemnica stała się publiczną. Każdemu było wiadomo, że Wiła pokraka jest ponad to próżniak i pijak, że się sam czemś skaleczył i dopiero go odratowali. Każdemu zdarzało się widzieć go powracającego po pijanemu z miasteczka, albo poprostu śpiącym w krzakach nad drogą. Prześmiewali się z niego bez litości i mało kto mu dawał buty do roboty. Przyszywał co najwyżej łaty na zdartych przyszwach, albo nabijał fleki na obcasy. Rzadko zdarzała się porządna zelówka. Matka łamała nad nim ręce, przeklinała chwilę, w której ta pokraka na świat przyszła. W tym czasie służyła u nas Weronka. Była ogromnie robotna i niczego nie ruszyła, ale miała straszne piegi, nos kartoflany, usta grube, zawsze otwarte, i niewiele czarnych zębów. Krótko mówiąc, była brzydka. Ale zato honorna, pracowita, sumienna. Czy w ogrodzie, czy w kuchni, czy w pokoju, — wszędzie się przydała. A choć młoda — przewodziła nad innemi. Pod względem moralnego prowadzenia też nic jej nie można było zarzucić. Nie wystawała pod płotem z chłopakami i nikt się do niej nie zalecał. Ta to Weronka wpadła pokrace w oko. Często zaczął do nas w tym czasie zachodzić, rozpytując, czy niema dla niego jakiej roboty. Raz nawet zrobił dla Weronki zelówkę zupełnie darmo. I wreszcie oświadczył się o jej rękę. Ale Weronka zaraz mu odpowiedziała, że za pokrakę i pijaka zawsze jeszcze będzie miała czas pójść. Tak stały rzeczy, kiedy owdowiała pani Dziobkowa. Stara Wiłłowa miała na wszystko oko i zaraz sobie coś umyśliła. Przechodząc drogą, raz czy dwa razy zatrzymała się przed ogródkiem pani Dziobkowej i jak najpochlebniej wyrażała się o gospodarstwie i o kwiatach. Napomknęła też od niechcenia, że drugi jej mąż dosyć ma już w domu tych dzieci jej z pierwszego małżeństwa. Córki wprawdzie poszły dawniej zamąż, ale też chcą już działów po ojcu — i trzeba się będzie zgodzić oddzielić grunty i gospodarować na mniejszem, ale na swojem. Na szewca przychodzą akurat te morgi nad samą granicą. Miała na myśli sąsiadujący z nami, chudy pagórek, zarosły wyżej sosnami, niżej pokryty wątłem żytem, które, gdy świecił księżyc, wydawało się zawsze z góry, jak biała woda. Następnie przyszedł sam Wiła z miną pokorną i zakłopotaną i odniósł stare buty pani Dziobkowej, do których dodał kapki. Naprzód nie chciał wziąć zapłaty, ale w końcu wziął i zaraz pokicał na kiju do miasteczka, by otrzymane pieniądze przepić. Pani Dziobkowa przyjmowała wszystkie te objawy z zupełną równowagą umysłu. Wrodzone poczucie godności własnej nie pozwoliło jej nawet okazać, że domyśla się, o co idzie. Ale wreszcie przyszło dwóch poważnych gospodarzy, z których jeden pociot konkurenta, i poprosili o rękę pani Dziobkowej dla szewca Wiły. Przekładali, że gruntu kawał od matki dostanie, że na robocie swojej się rozumie, a jak mądrą żonę będzie miał, to się ustatkuje. Pani Dziobkowa dała odpowiedź odmowną, a jak ją zanadto zaczęli namawiać, to ich nawet musiała wyrzucić za drzwi. Opowiedziała nam potem szczegółowo tę scenę i uznałyśmy, że w tej sytuacji istotnie nie można było inaczej postąpić. Jakoś już o tem wszystkiem przycichło, kiedy nagle gruchnęła wiadomość, że pani Dziobkowa dostaje męża aż z za Warszawy. Nikomu nie było wiadomo, jak się nazywa. Mówili tylko, że jest wdowiec, ale bezdzietny, że ma krowę i kawałek gruntu i że jest cieślą. Sensacja była wielka. Co się kto z kim spotkał, to tylko o tem małżeństwie mówili. Jednego wieczora jechaliśmy z pociągu, który przychodził po dziesiątej. Las był cichy, jesienny, omglony, niebo bez chmur widzialnych i bez gwiazd, wysłane mgłą. Miękkie błoto lgnęło do kół, przelewało się, chlupało cicho w ciemnościach. Byłyśmy zmęczone i senne. Nagle uderzyło nas wszystkich coś nieoczekiwanego. — Nie, doprawdy! Co to? — Rzeczywiście, patrzcie no tylko: świeci się w pani Dziobkowej. — Niemożliwe. Przecież to blisko jedenasta. Le vici peut quelque fois n’être pas vraisemblable. Pani Dziobkowa, zazwyczaj śpiąca już o siódmej, czuwała istotnie. Co się mogło zrobić, nikt nie rozumiał. Nagle błysnęła mi myśl. Boże, jak to się czasem o czem zapomni! Przecież to jutro ślub pani Dziobkowej. A dziś ma przyjechać nowy jej mąż z rzeczami, z narzędziami i warsztatem, podobno nawet z krową. Właśnie mijałyśmy mały domek Dziobków. Naturalnie że też mi to odrazu nie przyszło do głowy. W obu oknach było światło. U oszklonych drzwi, wiodących na werandę, stała ciemna figura pani Dziobkowej, oczekującej przyjezdnego. Ktoś z obecnych wziął tę sytuację od strony komicznej i powiedział, że pani Dziobkowa jest Julją, wyglądającą swego Romea. Nic nie odrzekłam, ale uważałam żart ten za niewłaściwy. Przywykłam bowiem szanować panią Dziobkową, a jej zachowanie uważałam zawsze za pełne godności i taktu. Nowy pan Dziobek istotnie przyjechał i ślub odbył się w czasie oznaczonym w najbliższej parafji. Zrazu, powodowane wrodzoną dyskrecją, nie odwiedzałyśmy pani Dziobkowej. Prawdę mówiąc, krępowało nas trochę, że oto ktoś zupełnie nowy i nieznany wszedł do tego tak nam bliskiego domu. Nie znaczy to, abyśmy żywiły doń jakąś niechęć, jakieś powzięte zgóry uprzedzenie. Broń Boże. Myślałyśmy tylko: któż wie, co to za człowiek i jakiem okiem będzie patrzy! na przyjaźń, łączącą nas z jego żoną. Raz tylko — z daleka — zobaczyłyśmy czarną, męską sylwetkę w pobliżu dom ku Dziobków. Mężczyzna ów poprawiał coś około psiej budy i po chwili słychać było żałosny skowyt Trezora. Domyśliłyśmy się odrazu nowego pana. Nie znając go osobiście, mówiłyśmy jednak o mm często. I — rzecz szczególna — przyjęło się jakoś samo, żeśmy nazywały go Dziobkiem. Naprzód półżartem, a potem już na serjo. Ale jakże mogło być inaczej? W owym czasie służył u nas już nie Władysław, dla którego świat nie miał tajemnic, ale Józef Kwiecień, chłopak dobry i nawet co prawda sprytny, ale tylko wtedy, kiedy nie było potrzeba. Zapytałyśmy go, czy nie wie, jakie nosi nazwisko mąż pani Dziobkowej. Józef wyznał nam szczerze, że nie wie. Owszem — tak, jakby je gdzieś słyszał, ale dobrze nie zapamiętał. Później — już, już miał je na końcu języka — i na tem się skończyło. Ostatecznie, niczegośmy się nie dowiedziały. I tak zostało. Kiedyś Weronka powiada, że Dziobek dostał teraz robotę w miasteczku, że codzień rano wychodzi i wraca dopiero na noc. Dziobek! jaki znowu Dziobek? A Weronka się śmieje, zakrywa ręką czarne, mokre zęby i powia- da, że niby ten mąż Dziobkowej, kto go wie, jak mu tam. Skorzystałyśmy z tej informacji Weronki i odwiedziłyśmy naszą przyjaciółkę pod nieobecność męża. Dzień był słoneczny i pani Dziobkowa, że to trochę podeschło, dawnym swym jesiennym obyczajem grabiła kolki. Podrosłe i bardzo mnogie kurczaki grzebały przed domem, kot stał, miaucząc, u drzwi werandy. Trezor poszczekiwał skowytliwie. Nie zmieniło się nic. Z wrodzonym sobie taktem pani Dziobkowa nie wdawała się w żadne szczegóły bardziej osobiste. Powiedziała, że mąż jej ma robotę ciesielską w miasteczku, bo się buduje rzeźnik. To było i wszystko. Dodała jeszcze tylko, że krowy nie przywiózł, bo ją sprzedał tam na miejscu razem z gruntem. Jak się będzie chciało, to zawsze jeszcze można krowę kupić. — Pewnie! — odparłyśmy z przekonaniem, ufając jej mądrości życiowej. Nie wiedziałyśmy, czy wypada nam zapytać, jakie jest jej obecne nazwisko. Skoro nie powiadomiła nas o tem sama, widocznie nie uważała tego za konieczne. Ale i nikt w okolicy nie mógł nas objaśnić. Jeden słyszał i zapomniał, inny nie słyszał i nie interesował się tem wcale. Wszyscy nazywali go z początku: ten Dziobek, a później poprostu: Dziobek. — i już.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…