Read here

Na ludzkim targu

Helena Staś · 1911 · Free in the US

67,460 words · about 4 h 43 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1911 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Na_ludzkim_targu&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Helena Staś
Language
Polish
Published
1911
Length
67,460 words · about 4 h 43 min
Sections
31 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (31)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 2 h 22 min
  3. I about 5 min
  4. II about 6 min
  5. III about 5 min
  6. IV about 7 min
  7. V about 5 min
  8. VI about 3 min
  9. VII about 8 min
  10. VIII about 3 min
  11. IX about 7 min
  12. X about 6 min
  13. XI about 6 min
  14. XII about 6 min
  15. XIII about 3 min
  16. XIV about 7 min
  17. XV about 3 min
  18. XVI about 8 min
  19. XVII about 4 min
  20. XVIII about 5 min
  21. XIX about 5 min
  22. XX about 5 min
  23. XXI about 5 min
  24. XXII about 4 min
  25. XXIII about 7 min
  26. XXIV about 4 min
  27. XXV about 3 min
  28. XXVI about 3 min
  29. XXVII about 2 min
  30. XXVIII about 2 min
  31. XXIX about 2 min

Continue:

Front matter

HELENA STAŚ

NA LUDZKIM ▢ TARGU ▢

WARSZAWA___1911

całość

HELENA STAŚ

NA LUDZKIM ▢ TARGU ▢

WARSZAWA___1911

NAKŁADEM KSIĘGARNI

ST. SADOWSKIEGO

UL. ZŁOTA Nr. 1. ::

Druk Ksawerego Trębińskiego, Ogrodowa 13.

I.

Pożegnanie.

— Przykro Aneczko żegnać rodzinę, ciebie, miejsca ukochane — mówił młody człowiek, liczący co najwyżej dwadzieścia cztery lata do siedzącej obok niego na ogrodowej ławeczce, młodej dziewczyny. W miejsce pocieszającej odpowiedzi, usta dziewczęcia zacisnęły się boleśnie, a z modrych ócz strumieniem popłynęły łzy. — Nie płacz najdroższa, Bóg doda sił do przetrwania przeciwności losu i chwila, która połączy nas na zawsze — jest może nie zbyt daleką. Zachodzące właśnie słońce, rzuciło ostatnie promienie na drzewo jabłoni, pod którem młodzi ludzie siedzieli i przez gąszcz liści przecisło się do nich, by blade, zaigrać nad ich głowami. Dziewczyna zauważyła niepewną grę światła, a robiąc doń aluzję, wyrzekła ze smutkiem. — Patrz Stasieczku, moja nadzieja połączenia się z tobą w obec tej rozłąki, jest tak bladą, jak bladem jest światło słońca w chwili naszego pożegnania. Jedziesz do Ameryki, do kraju bogactwa, czy będziesz pamiętał biedną, jak ja sierotę? — Aneczko, nie wątp! Przez półtora roku, to jest od czasu naszego narzeczeństwa, czy dałem ci powód do wątpienia? — Tu, najdroższy, łączyła nas jedna ziemia, jeden kościół, jedna mowa. Tam, wszystko obce; nowe prądy cię porwą, a na ich falach nie tylko że mnie zapomnisz — ale i siebie zgubisz. — Jeśli kto, to nie ja zasługuję na podobne podejrzenia — odparł poważnie młody człowiek. — Anno! ty znasz każdą myśl moją, każde drgnienie mego serca. Wiesz, że własną pracą ze stanu wieśniaczego doszedłem do stanowiska nauczyciela, byłaś świadkiem, jak za to, że odczułem krzywdę uczynioną polskiej mowie, przeniesiono mnie do niemieckiej osady nad Renem, a było to w czasie, gdy poznałem ciebie, a w tobie szczęście moje, a przecież nie słyszałaś mnie wśród tych przeciwności szemrzącego Bogu, więc czemuż wątpisz w stałość mych uczuć? Kochać Boga, Ojczyznę i ciebie, Aneczko, jest treścią mego życia i tej zostanę wierny. — Tam nad Renem, każda stopa niemieckiej ziemi, każdy szelest jej drzew gałęzi, każdy dźwięk niemieckiej mowy — szydzą ze mnie i pędzą dalej w obcy kraj, gdzie nie zobaczę sromoty ojczyzny, ani usłyszę urągającego Polakom szyderstwa. Zresztą, tam jest dużo Polaków, organizują się pięknie; wśród swoich więc zamieszkam i ufny w dobro, chętnie będę pracować, by jaknajprędzej usłać dla ciebie gniazdeczko. Patrzał z tkliwością w bólem ściągniętą twarzyczkę dziewczyny, a nie odebrawszy od niej ani słówka ciągnął dalej: — Wiem, żeś dobrą Polką. Nie jedna twoja modlitwa posłana w niebo przed krwawym ołtarzem naszej Ojczyzny — złączyła się z moją. Nie mam przed tobą tajemnic, więc zwierzę ci się z mych marzeń. W myśli mej snuje się, że narodowy nasz ołtarz krwawych poświęceń, dopełnił swego przeznaczenia; zeń musi się odrodzić niekrwawa ofiara ducha i dokonać dzieła odkupienia. Mam przeczucie, że odrodzony polski duch ukaże się na obcej ziemi, więc chyba grzechu nie popełniam, jeśli dążę, by z innymi zakładać dlań narodowy ołtarz niekrwawych poświęceń. — Ufam ci Stasieczku! — przerwała jakby przekonana Anna. — Jedź z Bogiem i pamiętaj o biednej Polsce i tęskniącej narzeczonej. — Więcej wyrzec nie mogła. Łkanie wydobyło się z trwogą ściśnionej piersi. Oparła główkę o ramię narzeczonego i płakała cicho. Młody człowiek nie wiedział jak pocieszać, bo i jemu żal rozrywał piersi. Pochwycił ręce narzeczonej i okrywał je wymownymi pocałunkami. Słońce i cały blask znikły za górami, mrok ogarnął ziemię, podwajając ponurością swoją cień smutku w duszach narzeczonych. Puszczając ręce Anny, Stanisław odezwał się cicho: — Muszę cię już zostawić — skarbie ty mój drogi! — wypada mi śpieszyć... Powstali. Anna, pod wrażeniem jakiegoś strasznego przeczucia — drżała na całem ciele. — Pisz jak najprędzej! — szepnęła z mocą. Rzucili się sobie w ramiona, a usta po raz pierwszy spoiły się pocałunkiem. Nie był to rozkoszny pocałunek złączenia, o zwykle narzeczeni marzą, ale smutny — rozłąki. Dziewczyna w przeczuciu, że traci ukochanego na zawsze, oddała mu w pocałunku tym całe swoje jestestwo. Zawisła na jego szyi i nie myśląc o niczem innem tylko, że traci to, co było dziewiczych jej marzeń pragnieniem i wypełnieniem, to co było tłem jej życia, namiętnie tuliła się do niego. Stanisław odczuwał i podzielał smutek dziewczyny, gorącość jej uczucia. Wyczuwał każdy jej nerw falujący bólem i miłością, każde drgnienie niespokojnego serca... Ale w rozkołysanej pieszczotą wyobraźni, ukazał się za czarem pocałunku — świat szeroki z różnemi jego drogami i ścieżkami. Nie potrzebował się zastanawiać, którą wybierze, bo wybór był już zrobiony. Droga obowiązku była jego drogą i ku niej, nawet objęty namiętnym uściskiem ukochanej dziewczyny, skierował swą myśl. — Nie pójdę — widniało w jego umyśle — zdobyć szczęście dla siebie, dla Anulki, dla ojczyzny. Tam w dalekiej krainie uścielę gniazdko Anulce, tam, zawiozę udręczonego polskiego ducha. Raptownie oderwał usta od ust dziewczęcia i szepnął pieszczotliwie: — To tylko na chwilę, najdroższa. Skoro się rozpatrzę i dostanę jakiekolwiek zajęcie, zaraz po ciebie napiszę. Ucałował raz jeszcze jej ręce i postąpił ku drodze. Anna zbolała, nie mogła wyrzec ani słowa. Nagle, zdjęła z siebie krzyżyk, który, zadzierzgnięty na białej wstążeczce, nosiła na piersiach, rzuciła się za narzeczonym i zawiesiła tenże na jego szyi. Nie miała siły towarzyszyć mu choćby jeszcze kilka kroków, tylko, gdy skręcał koło parkanu ogródka, złamanym głosem zawołała: — Stachu! noś krzyżyk zawsze przy sobie, niech on cię broni od złego! Nie słyszała odpowiedzi, bo wpadła do domu i tam przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej — tonąc w łzach — błagała niebo o opiekę nad narzeczonym. Słyszała ona o niebezpieczeństwach, pokusach i zasadzkach na ludzką duszę na szerokim świecie, więc drżała obawą o ukochanego. W jej małym światku, w którym żyła, widziała dosyć pokus, o ile zatem więcej musiało być na wielkim... Anna była dzieckiem małej wioski. Myśl jej choć bardzo rozwinięta, pragnieniem nie wybiegała dalej, jak do sąsiedniego miasteczka, dokąd jeździła za sprawunkami. Cała mądrość świata skupiała się w kościołku, który w jej wyobraźni przybierał formę nieba. Książki polskie dawane jej przez księdza proboszcza pouczały ją, czem Polka w obecnych czasach być powinna. W Bogu zatem i ojczyźnie widziała cel życia. Kochała wszystko co dobre i piękne, odczuwała krzywdę czynioną polskiemu ludowi, pragnęła szczęścia w ogóle, o sobie nie myślała. Sierota, pracująca na swoje utrzymanie, dotknęła już krzyża boleści, a objęta jego światłem miała miłość i przebaczenie dla wszystkich. Ojca utraciła w dzieciństwie, matkę przed dwoma laty; utrzymywała się z szycia. Na pogrzebie matki spotkała po raz pierwszy Stanisława Romińskiego, który co dopiero objął posadę nauczyciela w sąsiedniej wsi. Odtąd spotykali się dość często jużto w kościele, jużto u znajomych. Dwie dusze ujrzały w sobie odbicie i pokochały się... Gdy Romiński został przeniesiony w niemieckie okolice, łudzili się, że to może tylko chwilowo. Gdy jednak pobyt przedłużał się, młody człowiek czując w tem krzywdę narodową, zdecydował się na wyjazd do Ameryki. Anna nie wiedziała o projekcie narzeczonego, to też, gdy go zobaczyła, była pewną, że przyjechał na stały pobyt. Jakże okropnie się zmartwiła, gdy, zamiast nadziei rychłego złączenia usłyszała wyrok rozłąki. Wieścią tą była jakby ogłuszona, a przytem taki lęk objął ją o duszę narzeczonego. Tyle sprzeczności słyszała o Ameryce, chociaż ufała w prawy charakter Stanisława, jednak niewytłómaczona jakaś trwoga ściskała jej serce. Klęcząc teraz przed obrazem Marji Panny przyrzekała niebu duszę swoją za duszę Stanisława. — Boże! — powtarzała w łkaniu, jeżeli Stanisław zapomni obowiązków Polaka katolika, na zadosyć uczynienie za jego występek, wstąpię do klasztoru. — Marjo! Matko Boża! miej go w swej opiece! — Jezu! niech krzyż Twój będzie mu drogą Zbawienia!

II.

W Ameryce.

Romiński, z przybyciem do portu, niepokojące myśli, jakie Anna swojem przeczuciem rozbudziła w nim, zostawił za sobą, rzucił je w ocean zapomnienia. Obecnie nie można było roztkliwiać się, tylko wypadało zebrać całą przytomność umysłu i tą kierować się jak najrozważniej. Ku wielkiemu zdumieniu, wszystko poszło łatwiej, aniżeli przypuszczał. Znajomych, którzyby go oczekiwali wprawdzie nie miał, atoli po załatwieniu wstępnych formalności przystąpił do niego dość miłej powierzchowności mężczyzna, ofiarując mu rodowitym językiem usługę. Romiński spojrzał trochę nieufnie, ale gdy ten kartą udowodnił, że jest agentem polskiego domu emigracyjnego, pod nazwą św. Józefa, powierzył mu się z całą ufnością. Przytułek emigrantów zrobił na nim niekorzystne wrażenie, tem więcej, że kazano sobie za wszystko dobrze płacić, a o ile wiedział poprzednio z polsko-amerykańskich gazet, ofiary na przytułek ten szły chojne. No, ależ dźwięk mowy ojczystej na samym wstępie do obcego kraju wart przecież coś; a opieka sióstr zakonnych, które nad przytułkiem tym miały nadzór, chyba także warta złota. — Romiński miał trochę pieniędzy, więc nie żałował. Zapłacił za stancję i stół i jeszcze na pokorną prośbę „siostry” dał osobną ofiarę. Agentowi też coś wcisnął w rękę by mu wyszukał dobre zajęcie. Ale nie trafiało się nic stosownego, a że i pieniądze po trochu się wyczerpywały, przeto wypychano go gwałtem na farmy do stanu Illinois, gdzie w czasie tym robotnik był pożądany i za pracę płacony lepiej, aniżeli w innych Stanach. Nie było wyboru — musiał pojechać. Robota na farmie nie ciążyła mu. Przyzwyczajony był do niej w dzieciństwie; oprócz tego młody, pełen nadziei rwał się do wszystkiego. Nowe otoczenie zajmowało go wielce. Trzeba też było uczyć się koniecznie najpotrzebniejszych angielskich wyrazów, więc o sobie nie miał czasu myśleć. Po kilku jednakże tygodniach rozpatrzywszy się w swojem położeniu, pomimo, że farmerzy będąc z niego zadowoleni dogadzali mu, a nawet i siedemnastoletnia ich córka uśmiechała się do niego i powtarzała: „Joe you allright“ — zatęsknił do swoich. Nie taki też przecież zakreślił był pierwotny plan swej pracy. Szerszego horyzontu dusza jego pragnęła. Tu nie mógł spotkać się z jednostką zwącą się Polakiem, a cóż dopiero z życiem narodowo-społecznem. To też, nie namyślając się wiele, po trzech miesiącach pobytu na farmie z pięćdziesięcioma dolarami gotówki, pojechał do pobliskiego miasteczka. Tam, z większą już pewnością siebie oglądał się za zajęciem. W biurze stręczeń pracy, gdzie równocześnie zajmowano się wysyłką pieniędzy do Europy, sprzedawano karty okrętowe, wogóle udzielano wszelkich informacji; ponieważ mówił biegle po niemiecku, a po angielsku o tyle, że mógł z każdym się porozumieć, ofiarowano mu wakującą posadę klerka z płacą siedmiu dolarów tygodniowo. Początek zatem był niezły. Praca dosyć odpowiednia, rodaków widział codziennie, chociaż po większej części z klasy roboczej, ale zawsze swoich. Po miesiącu podwyższono mu pensję o dwa dolary. Na widnokręgu życia Romińskiego zaczął wyłaniać się świt... A świt ten przybierał różową barwę miłości pragnącej słońca... Więc nie zwlekał. Tęsknoty i oczekiwania słowa słał za morze, za góry, za lasy, po swoje słońce... Dało znać listu promieniem, że idzie... Dla Romińskiego zaczęły się dnie radości i niepokoju. — Żeby tylko morze przejechała szczęśliwie — powtarzał w myśli. — Wyjmował krzyżyk darowany mu przez nią, a który nosił na piersiach i kornie błagał Jezusa, aby dozwolił mu posiąść tę trochę ziemskiego szczęścia. Wypełniając sobie czas, oglądał meble, które na swoje gospodarstwo zamierzał kupić, odgadywał naprzód co Anna na to i owo powie, widział ją w drzwiach ich mieszkanka — oczekującą jego powrotu, odczuwał jak mu szyję oplotła uściskiem. A potem przy stole przy wieczerzy ileż uwag, pochwał, śmiechu, wesela, i znów serdeczny, słodki pocałunek. I tak codzień... codzień przez całe, życie, zapatrzeni, zasłuchani w siebie, przejdą po ziemi w blasku miłości... Romiński rojąc w ten sposób, tak wcielał się w to swoje szczęście, że ani na chwilę choćby najmniejszy cień wątpliwości nie powstał w jego rozmarzonej wyobraźni. A wreszcie choćby też i był jakiś cień na jasnem ich niebie, młodzi przecież są, więc marzył, że wszystko opanują, nawet chmury. Żeby tylko już przyjechała. Dwa lata odkąd ją znał, nie wydały się tak długie, jak teraz te kilka tygodni. Nareszcie, otrzymał z New-Yorku telegram donoszący, że Anna 12 listopada będzie w Chicago. Odetchnął. Więc jest już w Ameryce. Pojechał natychmiast do Chicago, by ją spotkać na dworcu. O — ten czas oczekiwania!... Zbliżyła się naznaczona godzina. Rozpalona wyobraźnia Romińskiego widzi już zdala zbliżający się pociąg, słyszy oznajmujący go dzwon. Skronie mu biją... rękami zaciska silnie drgające serce... Przecisnął się przez tłum, do żelaznej bramki, kędy przepuszczają podróżnych. Wpatruje się w przestrzeń... Nie! nie widać jeszcze... Ogląda się na zegar... Godzina przybycia pociągu już przeszła... W tej samej chwili słyszy donośny głos kolejowego urzędnika: — Baltimore and Ohio train wrecked at Valparaiso, Ind. — Wrecked? Co to znaczy wrecked? — Roztrzaskał się? Nie! — To musi znaczyć co innego... Pewno „opóźnił się”. Ale czemuż słychać taki płacz wśród oczekujących? Blady jak płótno mocując się ze straszną rzeczywistością, stał w miejscu nieruchomo jak słup. — Czy pan czeka na Baltimore & Ohio pociąg — pyta go znów jeden z urzędników. — Tak panie, ciśnie ostatkiem sił przez zęby Romiński. — Pociąg ten uległ nieszczęściu, jest zdruzgotany — odpowiada urzędnik. Pasażerowie w wielkiej liczbie zabici i poranieni. Ambulanse i lekarze pojechali już na miejsce katastrofy. Romiński zrozumiał całą grozę nieszczęścia, lecz ani jednem drgnieniem zewnętrznem nie okazał bólu, jaki mu szarpał duszę. Spokojny przeszedł do lamentującej gromadki, która tak jak i on straciła drogie osoby. — Chwytał każdy zbolały ton głosu, poił się widokiem łez. — To jego łzy, to jęki, — to obraz jego własny i aby zeń nic nie stracić, wpatrywał się weń chciwie. Myśl, uczucie, wobec grozy bólu, wystraszone, skłębiły się i ukryły gdzieś w zakątku duszy, szarpiąc nią tak silnie, że straciła panowanie nad człowiekiem. Całkowitej ruinie człowieka oparł się tylko „mechanizm”, i ten instynktownie wypełniał go. Nie wie kiedy i przez kogo dostał się na miejsce nieszczęścia. Tam na chwilę ożył nadzieją, iż może Annę znajdzie przy życiu. Gdy jednak nie znalazł jej ani między zdrowymi, ani między rannymi, zbliżył się z kolei do trupów. Z zgniecioną czaszką i urwaną ręką byłby jej pewno nie poznał, gdyby nie krzyżyk na białej wstążeczce zawieszony na szyi, taki sam, jaki dała jemu. Więc przyjechała do niego, była przy nim, a nie było jej. Ciemno i pusto zrobiło się wkoło niego. Jego szczęście, jego nadzieja znikły na zawsze... Słońce, na które czekał nie weszło na ranny horyzont jego życia... Automatycznie przesuwał się między ludźmi, automatycznie na stawiane pytania odpowiadał. Drgnął tylko żywiej, jakby większym bólem, gdy go ktoś zapytał — ile żąda odszkodowania od kompanji kolejowej za życie Anny. — Co śmiercią Anny miałby się dorabiać? Ze wstrętem odrzucił daleko od siebie tę myśl. Obojętny na wszystko, asystował pogrzebowi, obojętny, wziął się znowu do pracy. W dwa dni po pogrzebie dostał list, który Anna pisała w Hamburgu w dzień odjazdu. List brzmiał:

Dziś wsiadam na okręt — gdyby nie dowiózł mię do brzegu, chciałabym z drugiego świata z Tobą pomówić. Pamiętaj ukochany, coś mi przyrzekał odjeżdżając. Mówiłeś, że Ojczyzna i ja będą celem twego życia. Stasiu mój drogi! gdyby grób nas rozdzielił, nie potrzebujesz względem mnie dotrzymać obietnicy! ale względem Boga i Ojczyzny, przysięgnij na krzyż Chrystusa, że dotrzymasz. — Noś zawsze krzyżyk, który ci dałam w chwili pożegnania.

Romiński który swoje nieszczęście dotąd znosił z względnym spokojem, po przeczytaniu listu, wybuchnął głośnym płaczem, jak dziecko. Padł na kolana i trzymając w darowany krzyżyk przysięgał nań być wiernym Bogu, Ojczyźnie i Annie. Miłość swoją do niego przypłaciła życiem, czyż mógł ją zapomnieć? Czyż mógł być nie wierny?...

Biedny niewolniku ludzkiego targu, nie przysięgaj ty! To co dziś mienisz być treścią twego życia, twoją jedyną własnością, jutro bezduszna rzeczywistość za kawałek chleba, lub inne przekonanie, kupi od ciebie — lub wydrze ci!... Biedny niewolniku ludzkiego targu, nie kochaj ty nic, ani wierz w ideały, bo jeśliś ty uwierzył w duszę i przybrał ją w szaty marzenia i oddał jej pokłon — biada ci!!.

III

Łaska nieba.

Pomimo przysięgi i całej siły panowania nad sobą, Romiński chwilami wpadał w rozgoryczenie, wewnętrzną rozterkę i niechęć do życia. — Czuł bunt w duszy. Nie mógł zrozumieć, jak Bóg, w taki sposób mógł powołać do siebie anioła — jakim bez wątpienia była Anna. Gubił się w domysłach, co uczynili oboje takiego, za coby tak okrutnie musieli być ukarani? To znów gniewał się na siebie za podobne myśli, bronił się im, chciał się modlić a nie mógł... Chciał zapomnieć i bólu i wzbierającego mu w duszy buntu, a nie miał na to rady. — Gdzie rzucił okiem, wszędzie była Anna, albo skrwawiona, bezkształtna, jaką znalazł między trupami, albo uśmiechająca się do niego — taka, jaką poprzednio sobie marzył... Widma te, rozstrajały go okropnie, wyczerpując zupełnie. Tysiące razy powiedział sobie, że musi otrząść się z przeszłości, a pogodzić się z teraźniejszością, lecz tysiące razy, dręcząca go myśl wracała. I kto wie dokąd rozstrojenie takie by go było doprowadziło, gdyby nie — łaska nieba. Pewnego dnia, do biura stręczeń pracy zgłosił się po człowieka do koni, polski ksiądz z niedalekich farm. Ksiądz, jak każdy, żyjący bez troski o jutro ksiądz, miał w sobie spokój, zadowolenie i pewność, które tak łatwo opanowują słabszych i imponują im. Romiński stęskniony za życzliwszem słowem, poił się dźwiękami mowy ks. Przygodzkiego. Po załatwieniu interesu, ujęty dobrodusznym wyrazem twarzy księdza, otworzył mu swą duszę. Ksiądz nie żałował czasu, co tem więcej ujęło Romińskiego, i starał się wpłynąć uspokajająco na wzburzony jego umysł. Radził mu koniecznie udać się do spowiedzi. Wymógł nawet na nim tejże przyrzeczenie. Rozmową tą, Romiński został wielce pokrzepiony. Pół ciężaru spadło mu z duszy. Miła postać księdza zasłaniała trapiące go widziadła, a te i owe słowa dźwigały chwiejącą się wiarę. Nie zwlekając, jakoś w tydzień później przepytawszy o drogę do kościoła, gdzie ks. Przygodzki był proboszczem, bo tam a nie gdzieindziej chciał się spowiadać, znalazł się Romiński przed konfesjonałem a następnie na kawie w plebanji. Po śniadaniu, ksiądz zatrzymał jeszcze Romińskiego na pogawędkę, z czego tenże niezmiernie był rad. Tyle przecież miesięcy łaknął lepszego towarzystwa, poczciwszego słowa... Dobry ksiądz, nawet w potocznej rozmowie pamiętał o obowiązkach kapłańskich, a widząc jaki dobroczynny wpływ wywiera na nieszczęśliwego człowieka — nie szczędził swych uwag. — Chrześcijaninowi — mówił — nie wolno rozpaczać. W każdem zdarzeniu musi widzieć wolę Boga i kto wie, czy nieszczęście jakie Pana spotkało nie zaprowadzi go do jakiegoś celu, do którego inaczej trudnoby ci było znaleść drogę. Romiński, — nawet poruszeniem ręki nie przerywał — poił się słowami, jakby źródłem natchnienia. Ksiądz zauważywszy dobre skutki wymowy, ciągnął dalej: — Pan mi wybaczy, że wtajemniczę się szczegółowo w jego położenie, lecz prosiłeś mię przecież o to, twierdząc, że to ci sprawi przyjemność; otóż chciałem się Pana zapytać, ile też kompanja kolejowa wypłaciła Panu odszkodowania? — Nic nie chciałem, nic nie żądałem — odparł głucho Romiński. — To panie źle. Pomyśl, po co krzywdę swoją kompanji darować? — Księże proboszczu, jabym tych pieniędzy nie mógł dotknąć. — Mój panie, czyż koniecznie potrzebowałbyś obrócić je na swój użytek? Mógłbyś przecież oddać na dobroczynne cele... Romiński otworzył szeroko zdumione źrenice, bo myśl ta poprzednio ani mu powstała w umyśle, — proboszcz zaś ciągnął dalej: — Nieboszczka Anna tak raptownie zeszła ze świata, że wątpliwość zachodzi, czy była w stanie łaski Boskiej uświęcającej; wypadałoby zatem okupić spokój jej duszy. Romińskiemu przemknęło przez głowę, że Anna bez spowiedzi pewno z domu nie wyjechała, ale nie zrobił głośno tej uwagi, tylko słuchał i patrzał w księdza, jak w nieba objawienie. Podniecony, a raczej uduchowiony co dopiero odbytą spowiedzią, był jakby w ekstazie błogosławionych i każde słowo księdza ryło mu się w duszy wyrokiem Boga. Okoliczność zaś ta, że kościół był pod wezwaniem św. Anny, nabierała znaczenia niemal cudu. Ksiądz mówił jeszcze przez czas jakiś na temat łaski Boskiej uświęcającej, a kiedy zwolnił zbawienną wymowę i odetchnął chwileczkę, Romiński wyciągnął z kieszeni portmonetkę, w której leżały odłożone pieniądze na jego i Anny gospodarstwo, wyjął z niej pięćdziesiąt dolarów, podał księdzu i pokornym głosem rzekł: — Wstydzę się, żem dotąd nie pomyślał o duszy Anny, niechaj ks. proboszcz weźmie dwadzieścia pięć dolarów na mszę za jej spokój, a dwadzieścia pięć na kościół, jako okup na wyjednanie łaski Bożej. Życzeniu jego stało się zadość. Ksiądz zapisał ofiary, ale mimo to, z dobrego serca radził jeszcze upomnieć się o odszkodowanie. Romiński jednak stanowczo oświadczył, że sprawy tej zaniecha, a za duszę Anny, lub też na jakiś datek do kościoła, póki zdrów jest — zarobi. Ksiądz uścisnął mu serdecznie dłonie, nazwał poczciwcem i polecił pamięci kościół św. Anny i plebanję. Rozpromieniony i lekki na duszy powrócił Romiński do pracy. W całem zdarzeniu widział wyraźną łaskę nieba. Nie wątpił, że Anna dlatego ukazywała mu się poprzednio, ponieważ żądała jego pomocy, a może i jego samego chciała naprowadzić na drogę spokoju. I rzeczywiście coraz większy spokój wypełniał mu duszę — przeświadczenie spełnienia obowiązku wypogadzało ją. Co kilka tygodni zachodził do kościoła św. Anny i plebanji, a zawsze zostawiał ofiary. Opłacał się niebu za spokój i dobrze mu tak było. W ten sposób przeszło kilka miesięcy. Bogu służył wiernie, pod tym względem sumienie mu nic nie wyrzucało, ale dla ojczyzny, oprócz tego, że czytał polskie gazety — zresztą nic nie uczynił. Wzdychał sobie przeto czasami za czemś, coby wypełniło tę drugą połowę duszy, coby zrównoważyło daną przysięgę na krzyż Chrystusa. I oto te same dobre czyny względem Boga, naprowadziły go na drogę patrjotyzmu polskiego w Ameryce. Któregoś dnia, takiego sobie szarego, zwykłego, gdy słońce rozkapryszone schowało się za chmury, nie zostawiając nic na widnokręgu coby się dało ująć w ramki poezji, ani też niebo nie odznaczało się niczem, z czego by można czerpać natchnienie, gdy ziemia jak zwykle kręciła się w kółko niepostrzeżona, gdy ludziska za chlebem latali jak szaleni, przewracając i potrącając się nawzajem, gdy Romiński uspokojony zupełnie, zaczął też już z jakąś pewnością siebie spoglądać na drugich, zajechał przed ofis, gdzie pracował, „buggy” ks. Przygodzkiego. — No, jakże panu idzie? — zagadnął ten ostatni po przywitaniu. — Chwała Bogu, a ks. proboszczowi dzięki jakoś nieźle — brzmiała odpowiedź. Tęskno tylko za swoimi, ale serdeczne dobre słowo ks. proboszcza starczy mi zwykle na kilka tygodni, a gdy mi go brak, idę się znów oń naprzykrzać. — Słuchaj pan! Młody jesteś, chyba nie myślisz tutaj całe życie się zagrzebać; szkoda twoich sił. — Myślę ja o tem często ks. proboszczu, ale nie wiem, gdzieby się wyruszyć. — Czy pan umiesz grać na organach? — Umiem! I na organach i na skrzypcach. — Gloria! Z niebaś człowiek! Takiego właśnie potrzeba nauczyciela i organistę na parafję tuż przy Chicago. Będziesz bliżej patrjotów, a więc i zbawienia Ojczyzny — śmiał się, znający tutejsze stosunki, — no, co przyjąłbyś? — Ksiądz proboszcz chyba od Boga zesłany, iżby mi ułatwiał trudną drogę mej pielgrzymki w Ameryce. — Czy przyjmuję? Lecę, choćby dziś. — Jak pan chcesz, to możesz i dziś. Tutaj jest list, z tym zgłoś się do miejscowego księdza, a jutro będziesz dudnił na organach i w mózgi dzieci kładł a. b. c. Romiński podziękował z głębi wdzięcznego serca — i gotował się natychmiast do drogi. Dusza unosiła się na skrzydłach radosnej wdzięczności ku niebu. Widział wyraźny znak łaski Bożej; więc choć mu słońce nie zaświeciło w zaraniu, dziękował Bogu za to, co otrzymał. Modlił się za Annę, bo ona to przecież zgotowała mu tę drogę... Marząca wyobraźnia leciała naprzód, do szkoły — gdzie będzie wszczepiał zasady religji i miłości ojczyzny, i do kościoła, gdzie przy dźwiękach organów będzie śpiewał Bogu chwałę. O — biedny niewolniku ludzkiego targu, nie strój się ty w szaty marzenia... Nie dla tych, którzy duszę w sobie czują — szczęście na ziemi. Przysiągłeś na mękę Chrystusa iść prawą drogą, — męka Chrystusowa wieść cię nią będzie...

IV.

Nadzieje nowego życia.

Wchodzimy — do rzęsiście oświetlonej i wspaniale polskiemi i amerykańskiemi chorągwiami udekorowanej — hali. Wesoła uroczystość widnieje z każdego kącika. Estrada z malowniczymi widokami na ścianach — upiększona wieńcami i bukietami z kwiatów bzu i jaśminu, robi wrażenie zaczarowanego przybytku. Silny zapach kwiatów odurza zmysły i wprowadza przybywających gości w stan przyjemnego, marzącego oczekiwania. Do nęcącej tej całości dodać jeszcze wypada dźwięki muzyki, które w połączeniu z barwną dekoracją i wonią wiosennych kwiatów, dotykają błogiem uczuciem duszy człowieka i unoszą ją z sobą w sfery marzenia, ukazując jakieś nowe życie. I zaiste taki a nie inny był cel obecnej chwili. Wszakże to dzień 3-go Maja, dzień ważny w dziejach Polski, dzień, który był zwrotem ku wyzwoleniu się ze starych niewolniczych przesądów, dzień w sercu każdego Polaka wyryty nadzieją swobody! To też pamiątkowe obchody dnia tego, mają w sobie charakterystyczną cechę owej marzącej nadziei lepszej przyszłości jaką bezwątpienia ojcowie nasi przy ogłoszeniu Konstytucji 3-go Maja 1791 r. odczuwać musieli, i — czem rzeczywiście dla narodu akt konstytucji się odznaczył. Wiosna nowego życia zadrgała w łonie naszej ojczyzny, zlała się z wiosną przyrody, i tę, odczuwa dziś jeszcze nieszczęśliwy duch Polski nawet zdala od swego ciała... Odczuwa i w pamiątkowej wiośnie — narodowej — epoki — czerpie nowe życie. By uczestniczyć w tak ważnym akcie gromadnie zbierają się polskie sieroty na podobne zebrania, więc i hala, do której weszliśmy, wypełnia się polską wiarą po brzegi. W przednich rzędach krzeseł, widzimy kilku dobrej tuszy duchownych, obok nich, nie ustępując pierwszym w rozmiarze, trzech aptekarzy, i znaczną liczbę zamożnych obywateli; dalej panny i panie w barwnych lub białych strojach, wyróżniające się jak kwiatki na łące, a wreszcie z najeżonymi wąsami i czuprynami w wytartych ubraniach, ściskających w twardych dłoniach kapelusze, spracowanych, łaknących serdecznego słowa, tchnącego miłością Ojczyzny — robotników. Pod samą ścianą, jakby w obliczeniu na dodatkową klasę ludzi, stoi kilka krzeseł i na jednym z tych spostrzegamy — Romińskiego. Z starszym od siebie mężczyzną prowadzi ożywioną rozmowę: — Przyznam się koledze — mówi Romiński — nie spodziewałem się spotkać tu na obczyźnie między Polakami, tyle patrjotyzmu. — Tak, — odpowiada nazwany kolegą. — W kraju naszym nie mają pojęcia, ile my tu pracujemy, aby się nie wynarodowić. Cieszę się, że kolega przybył dziś na nasz obchód; u was, jeśli się nie mylę, zapowiedziany jest na niedzielę. — W niedzielę rzeczywiście przypada — odpowiada Romiński. Sam, wystąpię z mową, a dzieci przysposobiłem ze śpiewami i deklamacjami. U nas brak odpowiednich sił do występów. — Kolega będzie miał sposobność ocenić nas tutaj. Na brak sił nie możemy się skarżyć. Dziś, spodziewam się wyróżnieni będą: skrzypek pan Kręcki, uczeń konserwatorjum muzycznego w Chicago, i z solowym śpiewem panna Regina Malska, moja uczennica. Jeżeli u was brak sił, zaproś ich pan do pomocy. Poznam pana z niemi na balu, jaki się odbędzie po obchodzie, bo zostaniesz się na nim — nieprawda? — Choćby tylko dla zrobienia znajomości — zostanę. — Kolega mi wybaczy ale muszę iść przygotować jeszcze to i owo, — zobaczymy się zatem na balu. Romiński pozostawiony sam sobie oparł się wygodnie o poręcz krzesła i puścił swobodnie wzrok i myśl po dekoracji hali i gościach. Przegląd ten, w piękno duszą — Romińskim, wzbudził zachwyt i wprowadził go w stan miłego marzenia... Ale widać Romińskiemu wszędzie, gdzie duszą dotykał piękna, przeznaczonem było, by ohydna rzeczywistość urągała. I tak: w chwili, gdy myślą hołd składał Polakom w Ameryce, którzy mimo tysięcy mil oddzielających ich od ojczyzny, potrafią czuć, myśleć po polsku i budować ołtarz niekrwawych poświęceń, w chwili takiej zachwyt ten gdyby wichrem stargany. Uszu jego bowiem doszła prowadzona, przez dwóch siedzących opodal mężczyzn, następująca rozmowa: — Widziałeś ślepego Antka? Biały krawat psiakość wsadził na usmoloną koszulę; pewno myśli, że mu to doda patrjotyzmu. — A Kurzeja widzisz? siedzi ze swoją starą, nadymają się oboje jak nadęte pęcherze, bo ich Maniusia będzie dziś na obchodzie polką. — Ha—ha—ha a to co? Łysoń na estradzie obrany za przewodniczącego? — Co dziwnego, zeszłego roku jak otworzył salon i było trzeba dać się ludziom poznać, to się wkręcił z mową, a teraz buduje halę, bo dla interesu wypadało być przewodniczącym. Pamiętasz, jak mówił zeszłego roku na obchodzie? — Czy pamiętam? A któżby takiej mowy nie pamiętał? Rozkrzyżował ręce i krzyknął: Bracia Polacy, trzymajmy się kupy; ja przy was, a wy przy mnie — razem nie zginiemy! Polska się ostoi jakem Łysoń! My ją zbawimy! I pomógł mu do interesu patrjotyzm, słyszałem, jak po obchodzie, rozczuleni patrjotniki mówili do niego: — Łysoń ty z nami a my z tobą, a Polska musi być! Chodźta wiara, wypijemy u Łysonia na Polski zbawienie! A no i oblewając ono zbawienie wódką i piwem, dorobił się fortuny. Słyszałem, buduje wspaniałą halę. Frymarczy każdy na świecie swoim przekonaniem, gwoli interesu, jak nabiałem na targu. — Słusznieś powiedział, ale więcej jest takich co nie mają przekonań żadnych, jeno dla dolara poświęcą gębę i nią szafują. Fałsz i obłuda wszędzie na świecie. — Ciekawym, gdzie prawda siedzi? — Skryła się pewno chudzina gdzie u biedaków w ciemny kątek, żeby jej bogaty „zły pan” nie znalazł. Ale gdy przyjdzie jasne słońce i oświeci wszystkie ciemne kątki ziemi, pewno ją wtedy ujrzymy. Na Romińskim rozmowa ta zrobiła głębokie wrażenie. Wiała od niej ogromna, aż rażąca prostota, a jednak przebijał w niej promień prawdy. I to takiej nagiej, nędznej prawdy, że koniecznie chciało się ją gdzie wepchnąć i ukryć. Ale nie miał czasu zastanawiać się, czy naga prawda miałaby rację bytu w ludzkim świecie, czy nie, gdyż obchód się rozpoczął. Przewodniczący, o którym tylko co słyszał, kręcił się wprawdzie jak piąte koło u wozu, ale reszta dawała sobie radę nadspodziewanie. Program wypełniali: ks. proboszcz z mową, występ szkolnych dzieci, kościelny chór, gra na skrzypcach pana Kręckiego, przy której Romiński od ciemnego kącika prawdy, posunął się o cały łokieć do jasnego nieba sztuki, a następnie śpiew panny Reginy Malskiej. Panna Malska, dziewica około dwudziestu lat, o kruczych włosach, śmiałem spojrzeniu, zdrowej, pięknej cerze, zgrabnej figurze, już zewnętrznym wdziękiem przykuwała widzów do siebie. Wszystko to jednak było niczem w porównaniu do uroku, jaki rzucała na obecnych swym głosem. Romiński, uniesiony poprzednio grą Kręckiego o łokieć nad ziemski poziom, teraz podniecony czarownym głosem dziewczyny, wcielał się w dźwięki muzyki, w zapach kwiatów, w barwę kolorów i odurzony kaskadą nowego światła, wchodził w krainę ducha... złudzeń... Zadźwięczały struny duszy dotknięte głosem czarnobrewy. Nie , ile czarodziejskich bram za nim przeszedł, bo czyż zachwyt boskiej sztuki da się obliczyć? W dalszym ciągu obchodu, były jeszcze jakieś mowy, deklamacje, ale wszystko to, mniemaniem Romińskiego było niczem w porównaniu do śpiewu panny Reginy. Na balu został. Znajomości zrobił wiele! Pannę Reginę ze śpiewem, a usłużnego kolegę z mową, zaprosił na niedzielny obchód i rozpromieniony, powrócił do domu. Uwaga „nagiej prawdy” z ciemnego kącika ani raz nie przyszła mu na pamięć, bo i któżby tam o takiej nędzy myślał... Piękno zaczęło się uśmiechać wszędzie do niego... piękno... sztuczno-twórcze piękno... I czemużby nie miał wyciągnąć doń ramion. Toż chmury i słoty były aż dotąd na horyzoncie jego życia... Więc marzył błogo i przez następnych kilka dni. Po niedzielnym obchodzie, na który zaproszony kolega z sąsiedztwa i panna Regina stawili się, Romiński wpadł w szczególny stan ducha. —— Nic dziwnego, był to przecież czas wiosny, gdy natura cała drży miłością, więc nastrój taki mógł i Romińskiego podobnie nastroić. Patrząc na zieleń dokoła, na igrające promienie słońca, słuchając ptaszków świergocących, Romiński odczuł w sobie wiosnę, a z nią prawo do wszystkiego, co daje życie. Był przecież młodym, więc chociaż Annę kochał tak, jak się kocha raz tylko, wprost było, by serca uczucie, a z nim siebie całego przykuć do grobu. Na stanowisku zresztą, na jakiem był, jako żonaty, miałby większe zaufanie ogółu i mógłby nań wywierać większy wpływ. Posada jaką obecnie zajmował, nie była wprawdzie jedną z najlepszych, ale stanowiła spokojny punkt oparcia. Ksiądz go ludzie szanowali, brakło tylko towarzyszki życia... Ponieważ panna Regina podobała mu się, — zaczął ją przeto bacznie obserwować. Wiedział, że tkliwej miłości, jaką miał dla Anny, żadnej kobiecie dać nie może, ale miał do dyspozycji honor i prawy charakter i ten zamyślał ofiarować tylko tej pannie, którejby był pewny, że potrafi go ocenić i nie skazić. — Wszystko co jeszcze obecnie posiadał, chciał oddać wybranej kobiecie za jej cześć i zalety. Panna Malska cieszyła się sympatją całej okolicy, już to dla osobistych wdzięków, już to dla czarującego głosu, a była pierwszą śpiewaczką w kościele, a wreszcie dla ładnej fortunki, reprezentującej się w pięknym murowanym domu. Romiński za majątkiem nie gonił, a ze wszystkich powyższych zalet przemawiała za panną najwięcej pracowitość. Gdy straciła ojca przed trzema laty, jakieś tam czterysta dolarów pośmiertnego włożyła z matką w dom, postarała się o miejsce buchalterki (podobno bardzo dobrze płatnej) i w ten sposób spłacała dług domu i utrzymywała matkę i siebie. Romiński przebywając coraz częściej w towarzystwie panny, coraz więcej przymiotów w niej odkrywał, coraz bliżej widział ją wymarzonego ideału kobiety, aż obawiając się, by w szybko lecących marzeniach nie zamieniła się w postać nieuchwytnego anioła, uchwycił ją pewnego dnia za ręce i prosił nieśmiało, by podzieliła z nim pielgrzymkę życia. Nie dała stanowczej odpowiedzi, aż dopiero po dwóch tygodniach, które wiekiem zdawały się być oczekującemu. Ale gdy się wypełniły dni oczekiwania — wyrok zapadł szczęśliwy. — Został przyjęty. Romińskiego doszła wieść, jakoby przed rokiem Regina była w zapowiedziach! — nie wtajemniczał się jednak w to. Jeżeli krył się w tem jakiś dramat, tem lepiej dla obojga. I na jego życiu była bolesna skaza, więc oboje zadraśnięci, prędzej się zrozumieją. Postanowił nie zwlekać, tylko odrazu wejść na drogę nowego życia. Był to zresztą czas wakacji, czas wolny od szkoły, a zatem mógł się oddać swobodnie nowemu szczęściu. W połowie lipca dano na zapowiedzi.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…