Read here

Miłość Sulamity

Aleksandr Kuprin · 1911 · Free in the US

33,503 words · about 2 h 21 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1911 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Miłość_Sulamity&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Aleksandr Kuprin
Language
Polish
Published
1911
Length
33,503 words · about 2 h 21 min
Sections
14 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (14)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 1 h 10 min
  3. Rozdział I about 3 min
  4. Rozdział II about 3 min
  5. Rozdział III about 3 min
  6. Rozdział IV about 10 min
  7. Rozdział V about 9 min
  8. Rozdział VI about 8 min
  9. Rozdział VII about 2 min
  10. Rozdział VIII about 5 min
  11. Rozdział IX about 7 min
  12. Rozdział X about 8 min
  13. Rozdział XI about 5 min
  14. Rozdział XII about 7 min

Continue:

Front matter

A. KUPRIN.

Ć Y.

Rozdział I • Rozdział II • Rozdział III • Rozdział IV Rozdział V • Rozdział VI • Rozdział VII • Rozdział VIII Rozdział IX • Rozdział X • Rozdział XI • Rozdział XII

całość

A. KUPRIN.

Ć Y.

1911.

KRAKÓW: G. GEBETHNER i SKA. WARSZAWA: GEBETHNER i WOLFF.

DRUK W POTURALSKIEGO W PODGÓRZU.

ROZDZIAŁ I.

Nie dożył jeszcze król Salomon wieku średniego, czterdziestu pięciu lat, a chwała jego urody i mądrości, wspaniałości jego życia i przepychu jego pałacu rozeszła się daleko poza kresy Palestyny. W Asyryi i Fenicyi, w górnym i dolnym Egipcie, od starożytnej Taurydy do Hiemenu; od Ismaru do Persepolis, na pobrzeżu Morza Czarnego i na wyspach Śródziemnego z podziwem wymawiano jego imię, ponieważ nie było mu równego wśród Królów po wszystkie dni jego. W czterysta ośmdziesiątym roku od wyjścia Izraela, a w czwartym roku jego panowania, w miesiącu Zyfie, zamierzył król zbudować wielką świątynię Panu na górze Moriah oraz budowę pałacu w Jeruzalem. Ośmdziesiąt tysięcy kamieniarzy i siedemdziesiąt tysięcy tragarzy pracowało dzień i noc bez przerwy w górach i na przedmieściach miasta, a dziesięć tysięcy drwali z ogólnej liczby trzydziestu ośmiu tysięcy udało się pospiesznie na Liban, gdzie spędzili cały miesiąc pracy tak ciężkiej, iż odpoczywali po niej dwa miesiące; tysiące ludzi zbijało zrąbane drzewa w tratwy i setki marynarzy spławiało je morzem do Jaffy, gdzie je obciosywali Tyranie, najdoskonalsi w pracy stelarskiej i tokarskiej. Jedynie przy budowaniu piramid Chefrena, Chufu i Mikerinu w Gizechu, potrzeba było tak niezliczonego tłumu robotników. Trzy tysiące sześciuset dozorców miało dozór nad pracą, nad dozorcami miał władzę Azaryasz, syn Nathana, człowiek okrutny i sprężysty, o którym chodziły wieści, że nigdy nie śpi, wewnątrz trawiony ogniem nieuleczalnej choroby. Wszystkie zaś plany pałacu i Świątyni, rysunki kolumn, dawiru i Morza miedzianego, szkice ścian i tronów stworzył architekt Chiram-Abjus z Sydonu, syn kotlarza z rodu Naftalimów. Po siedmiu latach, w miesiącu Bule, wykończoną została świątynia Pańska, a po trzynastu — pałac królewski. Za drzewa cedrowe z Libanu, za cyprysowe i oliwkowe deski, za drzewo peugowe, sittim i tharsis, za ociosane i wypolerowane olbrzymie drogie kamienie, za purpurę, bagraniec i wisson złotem tkany, za błękitne materyały wełniane, za kość słoniową i czerwoną skórę baranią, za żelazo, onyks i mnóstwo marmuru, za złote łańcuchy, wieńce, dewizy, szczypce, siatki, lampki, kadzielnice, lichtarze i kwiaty, złote zasuwy u drzwi i złote gwoździe wartości każdy po sześćdziesiąt syklów, za złote misy i czary, za rzeźbione i mozaikowe ornamentacye, za lane i wykute w kamieniu podobizny lwów, cherubinów, wołów, palm oraz ananasów — podarował Salomon królowi tyrskiemu, Chiramowi, współimiennikowi architekta, miast dwadzieścia i sześć w ziemi galilejskiej i Chiram uznał ten dar za zbyt nieznaczny; — z takim niesłychanym przepychem zbudowane zostały: świątynia Pańska, Dworzec Salomona, oraz mały dworzec w Milo, dla żony króla, przepięknej Astis, córy egipskiego faraona Sussakina! Czerwone zaś drzewa, które użyto za skrzydła i schody galeryi, na instrumenty muzyczne oraz oprawę ksiąg świętych, w swoim czasie przyniosła w darze królowi Salomonowi królowa Saus, mądra i czarowna Balkis wraz z taką ilością wonnych bursztynów, i olejków i drogocennych perfum, jakiej dotychczas nie widziano w Izraelu. Z dniem każdym wzrastały bogactwa króla. Trzy razy do roku powracały jego okręty: „Thorsis“, pływający po morzu Śródziemnem i „Chiram“, pływający po morzu Czarnem. Przywoziły one z Afryki słoniową kość, małpy, pawie i antylopy, bogato ozdobne rydwany z Egiptu, żywe tygrysy i lwy, jak również zwierzęce skóry i futra z Mezopotamii, białośnieżne konie z Kury, parwaimskiego piachu złotego za sześćdziesiąt talentów. Co rok czerwone, czarne i sandałowe drzewa z krainy Othyr, barwne asyryjskie i kalachskie kobierce, z przedziwnymi rysunkami, — przyjacielskie dary króla Tiglat Pileazara, artystyczną mozaikę z Niwy, Nimrudu i Sargonu, cudne, wzorzyste tkaniny z Chatuaru, złote kubki z Tyru i Sydonu, szkła barwne z Puntu w pobliżu Bab-El-Mandebu, te nader rzadkie wonności: nard, aloes, trzcinę, szafran, ambrę, muskus, stakti i chalwan, smirnę i bursztyn, dla zdobycia których Faraonowie egipscy przedsiębrali nieraz krwawe wojny. Srebro zaś za dni Salomona miało cenę zwykłego kamienia, a drzewo czerwone nie droższe było od pospolitych badyli, rosnących na . Łaźnie murowane, wykładane porcelaną, marmurowe wodociągi, oraz orzeźwiające fontanny, pobudował król w ten sposób, iż rozkazał doprowadzić wodę ze źródeł górskich, a wokoło dworca potworzył ogrody i gaje i zaprowadził winnice w Baal-Hamonie. Miał król Salomon 40.000 stajni dla mułów i koni dla rydwanów i 12.000 dla konnicy; co dnia dowożono dla koni jęczmień i słomę z prowincyi. Dziesięć spasionych wołów i 20 z pastwiska, trzydzieści korcy mąki pszennej oraz sześćdziesiąt innej, sto batów wina rozmaitego, trzysta owiec, nie licząc spasionego ptactwa, jeleni, sarn i sajgaków, wszystko to przez ręce dwunastu dostawców co dnia szło na stół Salomona, jak również na stół jego dworu, świty i gwardyi. Sześćdziesięciu żołnierzy z liczby pięciuset najsilniejszych i najmężniejszych w armii miało stałą straż w wewnętrznych pokojach pałacu. Pięćset tarcz pokrytych złotą blachą, kazał wyrobić Salomon dla swych stróżów bezpieczeństwa.

ROZDZIAŁ II.

Czegoby nie zapragnęły oczy królewskie, tego nie zabraniał im nigdy i nie odmawiał sercu swemu żadnej radości. Siedmset żon miał król Salomon i trzysta nałożnic, nie licząc niewolnic i tancerek. I wszystkie oczarowywał swą miłością, gdyż dał mu Jahwe tak niewyczerpaną siłę namiętności, jakiej nie posiadał nikt z ludzi żyjących. Kochał wszystkie: białolice, czarnookie, czerwonouste chetejanki za ich bujną, chociaż przelotną urodę, która tak wcześnie i cudnie rozkwita, a więdnie tak rychło jak kwiatek narcyza; kochał smagłe, dorodne, ogniste filistynki o szorstkich kędzierzawych włosach, noszących złote brzęczące branzolety na dłoniach rąk, białe obręcze na ramieniach i na obu nogach branzolety szerokie złączone cienkim łańcuszkiem. Kochał delikatne, maleńkie, zwinne Amoreanki, zbudowane bez zarzutu, których wierność i powolność w miłości słały się przysłowiowe; kochał niewiasty z Assyryi, farbami przedłużające swe oczy i malujące sobie niebieskie gwiazdy na czole i na policzkach; wykształcone, wesołe i dowcipne córy Sydonu. umiejące dobrze śpiewać, tańczyć, jak również grać na harfach, lutniach i fletach pod akompaniament bębna; żółtookie egipcyanki, niezmordowane w miłości i szalone w zazdrości; lubieżne babilonki, których całe ciało pod szatami było gładkie niby marmur; dziewice Baktryi, malujące włosy i paznokcie na kolor czerwono-ognisty i noszące szarawary; milczące i wstydliwe moawitanki, które pozostawały chłodne, nawet w najgorętsze noce letnie, beztroskie i rozrzutne amonitanki o żarzących się oczach i ciele tak białem, że świeciło się w mroku wreszcie krucze, błękitnookie niewiasty o konopnych włosach i delikatnej woni skóry, które przywożono z północy przez Baalbek i których mowa była niezrozumiałą dla wszystkich mieszkańców Palestyny. Prócz tego kochał król także wiele cór judei i Izraela. Dzielił również łoże z Balkis-Mekeda, królową Saus, górującą nad wszystkiemi niewiastami świata urodą, rozumem i bogactwem oraz zmysłową miłością, oraz z Awisagą Sunamitką, osładzającą starość króla Dawida, tą łagodną, cichą, pięknością, dla której wydał król Salomon, swego starszego brata Adonię na śmierć z ręki Wanei, syna Jodaja. Wreszcie z biedną dziewczyną z winnicy, imieniem Sulamit, którą jedynie ze wszystkich kochał potężny król całem sercem swojem... Lektykę kazał zrobić sobie Salomon z najlepszego drzewa cedrowego z srebrnymi kolumnami i złotemi poręczami w kształcie leżących lwów, z szałasem z purpurowej tyrskiej tkaniny. Wewnątrz zaś cały szałas ozdobiony był złotym sychem i drogocennymi kamieniami, miłosnymi darami żon i dziewic jerozolimskich. A kiedy czarni niewolnicy przenosili Salomona w dni uroczyste pośród tłumu, zaiste pięknym był król Salomon, jako lilia z doliny Sarońskiej! Twarz jego była blada, usta niby wstęga purpurowa, ciemne falujące włosy wpadały w błękit, a w nich ozdoba mądrości, lśniły się włosy siwe niby srebrne nici górskich potoków, spadające z wysokości ciemnych skał Aermonu; siwiznę dostrzedz można było i w jego czarnej brodzie, na wzór władców Asyryjskich, spadającej równymi pasami. Oczy natomiast miał ciemne, jak najcenniejszy agat, jak niebo w bezksiężycową noc letnią, a rzęsy wznoszące się jak strzała do góry i na dół podobne były do czarnych promieni dokoła gwiazd czarnych. I nie było człowieka we wszechświecie, któryby mógł wytrzymać spojrzenie Salomona, nie opuściwszy swych oczu! Zaś błyskawice w oczach królewskich powalały ludzi na ziemię, jednakże bywały chwile wesołości serdecznej, kiedy król odurzał się miłością i winem albo słodyczą władzy, albo cieszył się mądremi i pięknemi słowy, powiedzianemi do rzeczy. Wtedy powoli opadały do połowy jego długie rzęsy, rzucając błękitne cienie na jasną twarz i w oczach króla zapalały się niby iskry w czarnych lampach, ciepłe ognie łagodnego, delikatnego uśmiechu; a ci, którzy widzieli ten uśmiech, gotowi byli oddać zań ciało i duszę — tak był niewysłowienie piękny. Samo imię króla Salomona wypowiedziane na głos podniecało serca niewiast, jak aromat rozlanej myrry, przypominającej noce miłości. Ręce króla były delikatne, białe, ciepłe i piękne jak ręce kobiece, ale zawarł się w nich taki nadmiar siły życiowej, że kładąc dłoń swą na skronie chorych, leczył król bóle głowy, kurcze, czarną melancholię i obłęd. Na wskazującym palcu lewej ręki nosił Salomon gemnę z czerwono-krwawego asterykonu, rzucającego z siebie sześć promieni perłowego koloru. Wiele setek lat liczył ten pierścień, a na odwrotnej stronie kamienia wyrżnięto napis w języku ludu starożytnego, od dawna już wymarłego: „“. A tak wielką była moc duszy Salomona, że ulegały jej nawet zwierzęta. Lwy i tygrysy pełzały u nóg królewskich, tarły się o jego kolana i lizały jego ręce, gdy wchodził do ich legowiska. On zaś, który widział radość dla serca swego w kaskadzie drogocennych kamieni, w aromacie egipskich wonnych olejków, w delikatnem dotknięciu tkanin lekkich, lubił także głaskać pyszne grzywy lwów surowych, atłasowe grzbiety czarnych panter i miękkie łapy młodych, plamistych lamparciąt; lubił słuchać ryku młodych bestyi, patrzeć na ich potężne i piękne ruchy, wdychać gorącą woń ich drapieżnego oddechu. Tak opisał króla Salomona Jozefat, syn Achiluda, historyk dni jego.

ROZDZIAŁ III.

— „Nie prosiłeś długiego życia dla siebie, nie prosiłeś bogactw, nie prosiłeś dusz swych nieprzyjaciół, ale prosiłeś o mądrość, to czynię według słów twoich. Oto daję ci serce tak rozumne i mądre, że podobnego twemu nie było dawniej i nie powstanie po tobie“. Tak rzekł do Salomona Jehowa i wskutek tych słów jego, zgłębił król stworzenie świata i tajemnice żywiołów, pojął początek, środek i kres czasów, wniknął w tajemnicę wiecznej falistości i wiecznego powrotu zdarzeń, od astronomów Biblosa, Akry, Sargonu, Borsippy oraz Niwy nauczył się śledzić nad zmianami w układzie gwiazd oraz słońca. Poznał rówmież cechy zwierząt i odgadywał ich uczucia, rozumiał pochodzenie i kierunek wiatrów, rozmaite własności roślin i siłę leczniczych traw. I w sercu ludzkiem umiał czytać Salomon. Pomysły w sercu ludzkiem — to głębia wód, ale i ją umiał wyczerpywać król mądry. Ze słów, z głosu, z oczu, z ruchów rąk tak samo jasno odczytywał najbardziej skryte tajemnice dusz, jak się czyta litery z księgi otwartej. I dlatego też ze wszystkich krańców ziemi palestyńskiej przybywało doń mnóstwo ludzi, prosząc o sąd, o radę, o pomoc, o rozstrzygnięcie sporu, jak również o rozwiązanie niejasnych przeczuć i snów. I dziwili się ludzie głębi i subtelności odpowiedzi króla Salomona. Trzy tysiące przypowieści ułożył Salomon i tysiąc i pięć pieśni. Dyktował je dwom wyćwiczonym i biegłym w piśmie: Elichoferowi i Achiaszowi, synom Sywy, a potem zestawiał napisane przez obydwóch. Zawsze nadawał swym myślom wykwintną formę, albowiem „do złotego jabłka w puharze z przejrzystego sardoniksu podobne jest każde słowo wypowiedziane trafnie i do rzeczy“ i dlatego, że „słowa mędrców ostre są jak igły, mocne jako wbite gwoździe, a układacze ich wszyscy z pod jednego Pasterza“. „Słowo jest to iskra w drgnieniu serca“. Tak mawiał król. I była mądrość Salomona wyższą od mądrości wszystkich synów Wschodu i całej mądrości Egipcyan. Mędrszym był od Emana, i od Chilkoli, i od Dodry i od Ethana, synów Machola, i od Ethana (Ezrachjela). Ale już poczynało go nużyć piękno pospolitej mądrości ludzkiej i nie miało już ono w jego oczach tej ceny co przedtem. Niespokojnym i dociekającym umysłem tęsknił do najwyższej mądrości, którą miał Pan na swej drodze przed wszystkiemi swemi tworami, w przedwieczu, na początku przed powstaniem ziemi, do tej mądrości, która mu była wielką mistrzynią, kiedy poraz pierwszy zakreślał kręgi świata. I nie znajdował jej Salomon... Z głębił król wiedzę magów chaldejskich i niniwskich, naukę astrologów z Abydos, Sais i Memfisu, tajemnice czarnoksiężników, mistagogów, i epoptów asyryjskich, przepowiadaczy Baktryi i Persepolis i przekonał się, że ich wiedza była tylko wiedzą ludzką! Szukał król także mądrości w czarodziejstwie starożytnych wierzeń pogańskich i w tym celu zwiedzał świątynie pogańskie i składał ofiary bogom: wszechpotężnemu Baal-Libananowi, którego czczono pod imieniem Melkarta, boga stwórcy i burzyciela, patrona marynarzy w Tyrze i Sydonie zwanego Ammonem w oazie Siwe, gdzie bałwan jego kiwał głową, wskazując kierunek drogi praojcom, Belem i Chaldejczyków, Molochem u Chananejczyków; składał hołd także żonie jego, groźnej, a lubieżnej Astarte, noszącej w innych świątyniach imiona: Isztar, Isaar, Waaltis, Aszera, Istar Belit i Atargatis. Lał olej wonny i palił kadzidła Izydzie i Ozyrysowi egipskim, bratu i siostrze, złączonym ślubem we wnętrzu matki; Derketowi, rybiepodobnej bogini tyrskiej; Annibusowi z psią głową, bóstwu sztuki balsamowania, i babilońskiemu Oannowi i Dagonowi filistyńskiemu, i Awdenago assyryjskiemu, i Utsabowi, bałwanowi niniwskiemu, patronowi Babilonu, Bogu planety Juppiter i chaldejskiemu Ozowi, bóstwu wiecznego ognia i tajemniczej Omordzie, pramacierzy bogów, którą Bel rozsiekł na dwie części i utworzył z nich niebo i ludzi; i składał jeszcze król hołdy bogini Atanais, ku czci której dziewice Fenicyi Sidy, Armenii i Persyi oddawały swe ciało przechodniom niby ofiarę świętą. Ale niczego nie znalazł król w obrządkach pogańskich, prócz pijaństwa, nocnych orgii, wyuzdania i plugawych skłonności, przeciwnych naturze przesądów i fałszu. Lecz żadnemu z poddanych nie zabraniał składania ofiar bóstwu umiłowanemu, i nawet sam wybudował na górze Oliwnej świątynię Chamosowi, ohydzie moawitańskiej, na prośbę przepięknej, marzycielskiej Eilan, moawitki, która była natenczas umiłowaną przez króla. Jednego tylko nie znosił Salomon i karał to śmiercią: przynoszenia na ofiarę dzieci. I oto ujrzał król w dociekaniach swoich, że los synów człowieczych i los zwierząt jest jednaki: taksamo te umierają jak i tamci, i jest jeden oddech u wszystkich, i niema człek przewagi nad bydlęciem, i pojął król, że we wielkiej mądrości tkwi wiele smutku, i że kto pomnaża — mądrość pomnaża smutek. Pojął to także, że podczas śmiechu niekiedy serce boli, i że kresem radości nieraz bywa smutek. I razu pewnego nad ranem poraz pierwszy podyktował Elichoferowi i Achiaszowi te słowa: — „Wszystko marność nad marnościami i utrapienie ducha — tak mówił Eklezyasta“. Ale wtedy nie wiedział jeszcze król, że wkrótce zeszłe mu Jahwe miłość tak płomienną i czułą tak oddaną a piękną, że sama jedna starczy za skarby, sławę i mądrość, która droższa jest niźli życie, ponieważ nawet życia nie ceni i nie lęka się śmierci.

ROZDZIAŁ IV.

Miał król Salomon winnice w Bal-Mamonie, na zachód od świątyni Molocha; na południowem stoczu Watn-El-Chaw; tu lubił król przebywać w samotności w godzinach wielkich rozmyślań. Drzewa granatu, oliwki i dzikie jabłonie na przemian z cedrami i cyprysami, otaczały ową winnicę z trzech stron góry, zaś od czwartej odgrodzoną była od drogi murem wysokim. I inne winnice roztaczające się dokoła również należały do króla, lecz nie oddawał ich król w arendę dozorcom swym taniej, niż każdą za tysiąc srebrników. O świcie dopiero skończyła się w pałacu uczta przepyszna, jaką wydał król Izraelski na cześć posłów króla asyryjskiego, sławnego Tiglat-Pileazara. Pomimo znużenia nie mógł Salomon zasnąć tego rana. Ani wino ani likiery nie odurzyły tęgich głów asyryjskich i nie rozwiązały przebiegłych języków. Ale przenikliwy umysł mądrego króla już dawno odgadł ich plany i ze swej strony spętał gęstą siecią polityczną, w której uwikłał tych poważnych ludzi. W ten sposób Salomon zdoła utrzymać niezbędny sojusz z władcą Asyryi i jednocześnie gwoli wiernej przyjaźni z Chiramem Tyrskim, uratuje od rozdrapania jego królestwo, które dzięki nieprzeliczonym bogactwom ukrytym w piwnicach po wązkich ulicach o ciasnych domach już od dawna nęci chciwe spojrzenia władców Wschodu. I oto o świcie rozkazał Salomon zanieść się na górę Wathn-El Chaw, pozostawić nosze daleko na drodze i teraz siedzi sam jeden na prostej ławce drewnianej ponad winnicą w cieniu drzew. Ma król prosty biały płaszcz narzucony na siebie, umocowany na prawem ramieniu i na lewym boku dwiema egipskiemi agrafami ze złota zielonego koloru w kształcie zwiniętych krokodyli — symbol boga Sembacha. Ręce nieruchomo leżą na kolanach, a oczy ocienione głęboką myślą, skierowane są na wschód, w stronę Morza Martwego, — tam, gdzie z poza okrągłego szczytu Anase, płomieniem bucha zorza poranna. Poranny wietrzyk wieje od wschodu i roznosi aromat winnic kwitnących oraz lekki zapach rezedy i wina gotowanego. Ciemne cyprysy poważnie kołyszą cienkimi konarami rozlewając woń smołowcową. Pospiesznie szemrzą do siebie zielono-srebrne liście oliwek. Aż oto podnosi się Salomon i słucha. Miły kobiecy głos, jasny i czysty, rozlega się gdzieś w pobliżu za drzewami. Prosty, a czuły śpiew przelewa się niby dźwięczny plusk górskiego strumyka Rozkosz prostej melodyi wywołuje cichy uśmiech rozczulenia w oczach królewskich. Coraz bliżej słuchać głos, coraz wyraźniej. Oto już jest tu, tuż obok za rozłożystymi cedrami, za ciemną zielenią. Wtedy król ostrożnie rozchyla rękami gałęzie, przekrada się po cichu między ciernistemi krzakami i wchodzi na otwarte miejsce. Przed nim za nizkim murowanym ogrodzeniem, ordynarnie złożonem z wielkich żółtych głazów wznosi się ku górze winnica. Dziewczyna w lekkiej niebieskiej szatce przechadza się między rzędami gałęzi, nachyla się nad czemś w dole, wyprostowywa się i znów śpiewa. Rude jej włosy palą się w słońcu.

Zima już przeszła, zrosił mię deszcz skory, Kwitną już łąki zielenią się bory! Czas już obcinać winnych macic pędy: Już głos turkawek rozlega się wszędy! Figa puściła na owoc zawiązki, I pachną młode po sadach gałązki...

Tak śpiewa dziewczyna, podwiązując winne gałęzie i powoli opuszcza się na dół coraz bliżej i bliżej ku ogrodzeniu, za którem stoi król. Jest sama jedna i nikt jej prócz króla nie widzi i nie słyszy; zapach rozkwitłej winnicy, radosna świeżość poranku i gorąca krew w sercu odurzają ją i oto momentalnie rodzą się i spływają z jej ust słowa piosenki naiwnej, słowa roznoszone przez wiatr i zapomniane na zawsze:

Pojmijcież, proszę, psotne liszki młode Łakome na tę naszych gron jagodę! Niech je kto przecież spędzi albo schwyta, Bo oto nasza winnica rozkwita!

Tak oto zbliża się do samego ogrodzenia, i nie spostrzegając króla, zawraca w tył, poczem idzie lekko, włażąc na górę wzdłuż sąsiedniego rzędu gałęzi. Teraz już pieśń dźwięczy:

Słyszę miłego, jak mię zdala woła; Skocze jak jeleń przez gór wonne zioła... Przybiegł jak sarna, jako chyży jeleń Stanął pod ścianą, skryty w sadu zieleń...

I nagle urywa i tak się zgina nad ziemią, że jej prawie nie widać wśród winnicy. Wtedy Salomon odzywa się głosem miłym i łagodnym dla ucha: — Ukaż mi dziewczę twarz twoją, pozwól mi jeszcze usłyszeć twój głos... Ta prędko wyprostowuje się i odwraca twarzą do króla. W czasie tego zrywa się silny wiatr, trzepocze na niej lekką szatą i oblepia ją dokoła jej ciała i między nogami. I król przez chwilę, dopóki nie zdążyła stanąć plecami do wiatru, widzi jej ciało wysokie, kształtne, w całym rozkwicie trzynastu lat; widzi jej małe, krągłe i mocne piersi, od których materya promieniami rozbiega się wszerz i okrągły, niby czara, dziewiczy i głęboką linię, która rozdziela jej nogi z dołu do góry i tam się rozchodzi na dwoje, ku biodrom wypukłym. — Albowiem głos twój jest słodki, a twarz przyjemna — mówi Salomon. Dziewczyna podchodzi bliżej, spogląda na króla z zachwytem i trwogą. Niewypowiedzianie piękną jest jej smagła i jasna twarz. Ciężkie, gęste, ciemne rude włosy, w które wetknęła dwa kwiatki maku czerwonego, niezliczonymi zwojami pokrywają jej ramiona, spadając na plecy i lśniąc się, przeszyte słonecznymi promieniami niby purpura złota. Naszyjnik z jakichś czerwonych suchych jagód, niewinnie i delikatnie obwija po dwakroć jej ciemną, wysoką i cienką szyję. — Nie spostrzegłam cię — odzywa się z czułością, a głos jej brzmi niby tony fletu. — Skądeś przyszedł? — Takeś pięknie śpiewała, dziewczyno! Ta zaś spuszcza oczy i ponsowieje, ale pod jej długiemi rzęsami i w kącikach ust drży uśmiech tajemny. — Śpiewałaś o swym lubym. Jest on lekki jak sarna, jak młody jelonek górski. I piękny jest bardzo twój luby, wszak prawda, dziewczyno? Ta śmieje się dźwięcznie i melodyjnie, jak gdyby srebrny grad spadał na złotą tacę. — Nie mam kochanka. To tylko śpiewka taka. Nie znałam jeszcze kochanka. Milczą przez chwilę, głęboko, bez uśmiechu, patrząc jedno na drugie. Ptactwo głośno świergoce wśród drzew. Pierś dziewczyny faluje prędko pod nietrwałem płótnem. — Nie wierzę ci, dziewczyno! Przecieżeś tak piękna... — Chyba, że drwisz ze mnie, spojrzyj, jak jestem czarna... Unosi ku górze swe małe czarne ręce, a wtedy szerokie rękawy szatki lekko obsuwają się na dół, ku plecom, obnażając łokcie dziewicze, o cienkich, delikatnych konturach. Odzywa się żałośnie dziewczyna: — Bracia moi rozgniewali się na mnie i postawili mię tu, abym strzegła winnicy i oto spójrz, jak opaliło mię słońce! — O nie! Słońce uczyniło cię jeszcze piękniejszą, najcudowniejszą z niewiast. Otoś się roześmiała i ujrzałem zęby twe niby białe jagniątka, które wyszły z kąpieli i na żadnem z nich niema plamy. Lica twe niby połowy granitu, osłonięte puklami włosów. Usta twe purpurowe i rozkosz jest patrzeć na nie. A twoje włosy! — Czy wiesz, do czego podobne są włosy twoje? Czyś widziała kiedy, jak z gór Galaadu schodzi wieczorem trzoda owiec? Pokrywa ona całą górę od szczytu aż do podnóża, a w blasku zorzy i w pyle wydaje się tak sam o piękną i falistą jak kędziory twych swych włosów. Oczy twe głębokie jak dwa jeziora w Herobo, u wrót Batrabimu. O jakże piękna szyja twa prosta i kształtna, jako wieża Dawida. — Jako wieża Dawida! — powtarza dziewczę w upojeniu. — Tak, najpiękniejsza z niewiast! Tysiąc tarczy wisi na wieży Dawida, a wszystko to są wieże zwyciężonych dowódców. Więc też i moją tarczę zawieszam na twej wieży. — O mów, mów jeszcze! — A kiedy obróciłaś się poza siebie na me wołanie i powiał wiatr, to ujrzałem pod szatkami krągłe twe piersi i pomyślałem: Oto dwie maleńkie sarenki co pasą się między liliami. Stan twój podobny do palmy, a piersi twe do gron daktylowych... Dziewczyna słabo wykrzykuje, zakrywa twarz dłońmi, a piersi łokciami i tak ponsowieje. że nawet uszy i szyja jej stają się purpurowe. — A i biodra twoje widziałem! Są one tak kształtne jak waza drogocenna, dzieło mistrza artysty. Odejmijże swoje dłonie dziewczyno i Ukaż mi swoją twarz! Ta posłusznie opuszcza ręce na dół, a wtedy słoneczna pozłota tryska z oczu Salomona, a oczarowując ją, odurza jej głowę oraz rozkosznym ciepłym dreszczem, przebiega po skórze. — Powiedz mi, kto jesteś? — odzywa się zdumiona. — Nie widziałam nigdy podobnego Tobie. — Jestem pasterz, piękna dziewczyno. Pasam cudne trzody białych jagniątek w górach, kędy zielona trawa pstrzy się od narcyzów. Czy nie poszłabyś do mnie na moje pastwisko? — Czyli doprawdy myślisz, że ci uwierzę? Twarz twoja nie jest zesmagana od wiatrów, ani ogorzała od słońca. A i ręce twe białe. Masz na sobie chiton tak kosztowny, że jedna klamerka jego warta jest płacy rocznej, jaką moi bracia wnoszą za naszą winnicę Adoniramowi, płatniczemu królewskiemu.. Przyszedłeś stąd z za ogrodzenia... Jesteś pewno jednym z ludzi, bliskich królowi. Zdaje mi się, żem Cię widziała pewnego razu w dzień wielkiej uroczystości, tak, pamiętam — biegłam za twym rydwanem... — Zgadłaś dziewczyno. Przed tobą nie łatwo się ukryć. Nie byłabyś chyba od trzód pasterskich! Tak, jestem jednym ze świty królewskiej. Jestem głównym podczaszym. I widziałaś mnie, kiedym jechał w rydwanie Aminodawa w uroczysty dzień Paschy? Ale czemu tak stoisz zdala ode mnie? Przybliż się, siostro moja! Siądź oto tu na kamieniu ogrodzenia i opowiedz mi cośkolwiek o sobie. Powiedz mi imię twoje. — Sulamit — szepcze dziewczyna. — O cóż więc, Sulamito, zagniewali się na ciebie bracia twoi? — Wstydzę się mówić ci o tem. Za otrzymane ze sprzedaży wina pieniądze, wysłali mię bracia do miasta, abym kupiła chleba i sera koziego. A ja... — Zgubiłaś pewno pieniądze? — Nie, jeszcze gorzej. Nachyla ku niemu blisko swą głowę i szepcze: — Oprócz chleba kupiłam jeszcze odrobinę, tylko wonnego olejku różanego od Egipcyan w starem mieście. — I ukryłaś to przed braćmi! — Tak... I dodaje tak, że ledwo słychać. — Olejek różany tak pięknie pachnie!... Król głaszcze łagodnie jej małą szorstką rękę. — Musi ci się pewnie w winnicy nudzić samej? — O nie! Pracuję, śpiewam... W południe przynoszą mi coś jeść, a wieczorem zastępuje mnie jeden z braci. Niekiedy kopią korzenie mandragory, podobne do ludzi... Nabywają je od nas kupcy chaldejscy. Powiadają, że robią oni z nich napój nasenny. Powiedz, czy to prawda, że jagody mandragory pobudzają kochać?... — Nie, Sulamito! W miłości podnietą jest tylko miłość. Powiedz, masz ty ojca lub matkę? — Tylko matkę, ojciec umarł dwa lata temu. Bracia wszyscy są starsi odemnie i wszyscy z pierwszego małżeństwa, z drugiego zaś ja i siostra. — A siostra twa tak samo jak i ty piękna? — Siostrzyczka moja jeszcze mała, ma dopiero dziewięć lat. Śmieje się król. Pociąga ku sobie lekko Sulamitę i szepcze do ucha: — Dziewięć lat... więc jeszcze nie może mieć takiej piersi jak ty, takiej dumnej ognistej piersi! Sulamit milczy ogarnięta wstydem i szczęściem. Oczy jej to błyszczą, to gasną, opromienione błogim uśmiechem. Czuje król pod swą dłonią gwałtowne bicie jej serca. — Zapach twych szatek upaja więcej niż myrra, niż nard — mówi dotykając gorącemi ustami jej uszu. A gdy oddychasz czuję woń z nozdrzy twych, niby zapach jabłoni. Siostro moja, oblubienico moja, zniewoliłaś me serce jednem spojrzeniem twych oczu, jednym sznurem pereł na twej szyi! — O, nie patrz na mnie! — błaga Sulamit. — Niepokoją mnie twe oczy.. Ale sama przechyla w tył swą szyję i kładzie głowę na piersi Salomona. Wargi jej czerwienią się nad błyszczącemi zębami, a powieki drżą od bolesnej żądzy. Przywarł Salomon chciwie ku jej ustom wołającym. Czuje ogień jej ust i czuje rozkoszną wilgoć języka i cały płonie od żądzy tak niepowstrzymanej, jakiej nie zaznał jeszcze nigdy w życiu... Tak mija chwila jedna, dwie chwile. — Co czynisz ze mną? — słabo odzywa się Sulamit, przymykając oczy. Co czynisz ze mną! Ale Salomon szepcze jej koło samych ust: — Miód sycony kapie z ust twoich, niewiasto moja; miód i mleko spływa z pod języka twego... O, chodź ze mną co rychlej! Tu za ogrodzeniem panuje cień i chłód... Nikt nas nie ujrzy. Tam miękka ruń pod cedrami... — Nie, nie, pozostaw mnie, nie chcę, nie chcę... — Ty chcesz, Sulamito, ty chcesz... Siostro moja, oblubienico moja, chodź ze mną! Jakieś kroki rozlegają się w dole na drodze, za ogrodzeniem winnicy królewskiej, ale Salomon przytrzymuje za rękę przelęknioną dziewczynę. Powiedz mi, gdzie mieszkasz? Dziś w nocy przyjdę do ciebie, — mówi spiesząc się. — Nie, nie, nie.. Nie powiem ci tego, puść mnie, nie dowiesz się tego... — Nie puszczę cię, Sulamito, dopóki nie powiesz... Wszak widzisz, że cię po żądam! — Dobrze już, powiem... Ale naprzód obiecaj mi, że nie przyjdziesz tej nocy. Nie przychodź także i następnej nocy... i następnej po tej... Panie mój! Zaklinam cię przez sarny i przez leśne łanie, nie zatrważaj swej oblubienicy, dopóki sama nie zechce... — Tak, obiecuję ci to... Lecz gdzie jest twój dom, Sulamito? — Gdy po drodze do miasta przejdziesz przez Cedron po moście powyżej Siloam, to ujrzysz nasz dom w pobliżu źródła. Nie ma tam innych domów. — A które będzie twe okno, Sulamito? — Pocóż ci to wiedzieć, mój luby! O, nie patrz na mnie! Oczarowuje mnie twój wzrok... Nie całuj mnie, nie całuj mnie... O nie! o nie! Luby, całuj mnie jeszcze... — Gdzież jest, twe okno, jedyna moja? — Okno od południowej strony. Ach, nie powinnam ci tego mówić, małe wysokie okienko z kratą... — I krata otwiera się z wewnątrz? — Nie, jest to głuche okno. Ale za węgłem są drzwi, prowadzą one wprost do komnaty, w której śpię wespół z siostrą... Ale obiecałeś mi przecież! Siostra moja śpi czujnie. O, jakżeś ty piękny... Ale obiecałeś mi przecież! Salomon głaszcze lekko jej włosy i lica. — Przyjdę do ciebie tej nocy — odzywa się stanowczo, o północy przyjdę. Tak ma być i tak będzie. Tak chcę. — O luby! — Nie. Będziesz czekała na mnie. Jeno się nie bój i ufaj mi. Nie przysporzę ci smutku. Dam ci tę rozkosz, wobec której wszystko na ziemi jest nicość. Teraz żegnaj. Bądź zdrowa. Słyszę, że szukają mnie. — Bądź zdrów, luby mój... O nie, nie odchodź jeszcze. Powiedz mi chociaż twe imię, nie znam go. Król przez chwilę jakby niezdecydowany opuszcza rzęsy, ale wnet je podnosi ku słońcu. — imię moje jednakie z królewskiem. Zwę się Salomon. Bądź zdrowa... Kocham cię.

ROZDZIAŁ V.

Promieniejący radością był król Salomon zawsze w tym dniu, kiedy zasiadał na tronie w sali pałacu Libańskiego i sąd czynił nad ludźmi, którzy doń przychodzili. Czterdzieści kolumn po 4 w rzędzie, podpierało sklepienie sądu a wszystkie były obite drzewem cedrowem i kończyły się kielichami w rodzaju lilii; posadzka składała się ze sztucznych pieńków cyprysowych zaś na ścianie nigdzie nie można było dostrzedz kamieni z poza cedrowego wyrobu, upiększonego złotą rzeźbą, wyobrażającą palmy, ananasy oraz cherubiny. W sali sześć stopni prowadziło do wyniosłego tronu, a na każdym stopniu stały dwa pozłacane bronzowe lwy, po z każdej strony. Sam zaś tron był z kości słoniowej ze złotą inkrustacyą i złotemi poręczami w kształcie spoczywających lwów. Wysoka poręcz tronu, kończyła się złotym dyskiem. Kotary z fioletowych i purpurowych tkanin, zwieszały się od sklepienia aż do posadzki przy wejściu do sali, oddzielając część sali, w której pomiędzy pięcioma kolumnami popychali się zbici do kupy świadkowie, skarżący i oskarżeni, jak również zbrodniarze i przestępcy pod silną strażą. Król miał na sobie chiton czerwony, a na głowie prosty, wązki dyadem z berillów oprawnych w złoto. Po prawej ręce stał tron matki jego Tersaryi, która ostatniemi czasy, wskutek sędziwych lat swych, rzadko ukazywała się w mieście. Assyryjscy goście, o surowych twarzach, z czarnemi brodami, rozsiedli się wzdłuż ścian na jaszmowych ławach. Mieli na sobie jasne szaty koloru oliwek, obramowane na kantach czerwonemi oraz białemi deseniami. Słyszeli oni jeszcze w Assyryi tak wiele o sprawiedliwości króla Salomona, że starali się nie opuścić ani jednego z jego słów, aby następnie módz opowiedzieć o sądzie króla izraelskiego. Wśród nich siedzieli dowódcy wojska Salomona, jego ministrowie, naczelnicy prowincyi i nadworni. Był tu Nawega — ongi kat królewski, zabójca Ioawa, Adonjasza i Jemeja — teraz zaś główny przywódca wojska, niewysoki, tęgi starzec, z rzadką, długą, siwą brodą; wyblakłe jego, niebieskawe oczy, obwiedzione czerwonemi, zda się wywiniętemi powiekami, patrzyły ze starczą tępością; usta były rozchylone i wilgotne, mięsista zaś czerwona dolna warga, bezwładnie opadała na dół; głowę miał zawsze nieco zwieszoną na dół i trochę trzęsącą się. Był również Azaryasz syn Nathana, zgorzkniały, wysoki człowiek z suchą schorzałą twarzą i ciemnemi odwódkami pod oczami i dobroduszny roztargniony Josefat i Achelar, naczelnik pałacu Salomona i Sabuth, noszący wielki tytuł przyjaciela króla i Ben Awinodaw, ożeniony ze starszą córą Salomona Fathafią, i Ben Hewer, naczelnik prowincyi Argowie, która leży w Wasanie; miał on pod swym zarządem sześćdziesiąt miast otoczonych murem, wrotami na mosiężnych zawiasach, i Waana syn Chuszajasza, zdawna słynący mistrzowstwem ciskania piką na przestrzeni trzydziestu parasangów oraz wielu innych. Sześćdziesięciu żołnierzy, lśniąc złotemi tarczami i stało rzędem po lewej i po prawej stronie tronu, najstarszym nad nimi był czarnowłosy, piękny Eljaw, syn Achiluda. Pierwszy stanął przed królem ze swą skargą niejaki Achiores, z zawodu . Pracując w mieście fenickiem Bela, znalazł drogi kamień, który po oszlifowaniu powierzył druhowi swemu Zacharyaszowi, podążającemu do Jerozolimy, z prośbą o oddanie go jego żonie. Po pewnym czasie powrócił Achiores do domu. Najpierwszem pytaniem — jakie zadał po powrocie swej żonie przy powitaniu jej — było pytanie o drogi kamień. Ale ta wielce zdziwiona pytaniem męża, odparła — poparłszy przysięgą swe słowa — że nic nie wie o żadnym kamieniu. Wtedy Achiores udał się gwoli wyjaśnieniu sprawy do Zacharyasza, ale ten obstawał przy tem — poparłszy przysięgą swe słowa — że zaraz po powrocie oddał kamień komu należało. A nawet sprowadził dwóch, którzy świadczyli, jako widzieli, że Zacharyasz w ich obecności oddał kamień żonie Achioresa. I oto teraz wszyscy czworo — Achiores, Zacharyasz i dwaj świadkowie — stanęli przed tronem króla Izraelskiego. Salomon spojrzał po kolei każdemu w oczy i rzekł do dozorców: — Odprowadźcie wszystkich do osobnych pokojów i zamknijcie każdego osobno. A kiedy to wykonano, kazał przynieść cztery kawałki gliny wilgotnej. — Niech każdy z nich — rozkazał król — ulepi z gliny ten kształt, jaki miał kamień. Po pewnym czasie podobizny były gotowe. Ale jeden ze świadków podobiznie swej nadał kształt głowy końskiej, gdyż taki zazwyczaj nadawano drogim kamieniom; drugi kształt głowy owcy, a tylko u dwojga — u Achioresa i Zacharyasza podobizny były jednakie, w kształcie piersi kobiecej. W tedy rzekł król. — Teraz nawet i ślepy widzi, że świadków przekupił Zacharyasz. A przeto niech Zacharyasz zwróci kamień Achioresowi, jednocześnie niech zapłaci mu trzydzieści odszkodowania i złoży dziesięć syklów na świątynię Pańską. Świadkowie zaś, którzy zdemaskowali się sami, nich złożą po pięć syklów do skarbu państwa za fałszywe zeznania... Następnie podeszli do tronu króla Salomona trzej bracia, procesujący się o spadek. Ojciec ich przed śmiercią rzekł do nich w ten sposób: „Iżbyście nie kłócili się przy , sam podzielę mienie między was według sprawiedliwości. Zatem gdy umrę, pójdźcie na wzgórze, leżące w środku gaju za domem i rozkopcie je. Tam skrzynkę z trzema przedziałkami: wiedzcie, że to co na górnej — należeć ma do najstarszego, to co na środkowej — dla średniego, co na dolnej — dla najmłodszego“. A kiedy, po śmierci ojca, bracia poszli na wzgórze i uczynili jak polecił, to ujrzeli, że górna przedziałka była pokryta złotemi monetami, gdy tymczasem na środkowej leżały tylko zwyczajne kości, a na dolnej kawałki drzewa. I oto powstała pomiędzy najmłodszymi braćmi nienawiść ku starszemu i zazdrość, wskutek czego życie ich stało się wreszcie tak nieznośne, że postanowili zwrócić się do króla o poradę i rozsądzenie sporu. Nawet tu, stojąc już przed tronem, nie mogli powstrzymać się od czynienia sobie wyrzutów i miotania obelg. Król pokiwał głową, wysłuchawszy ich i rzekł: — Porzućcie spory; ciężki jest głaz, ciężki i piach, ale gniew głupca cięższy jest niźli piach i głaz. Ojciec wasz, był to niewątpliwie człek mądry i sprawiedliwy a wolę swą on wyraził w swem testamencie tak samo wyraźnie, jakby to uczynił wobec stu świadków. I czyliż doprawdy nie domyśliliście się odrazu wy, krzykacze nieszczęśni, że starszemu bratu przeznaczył on wszystkie pieniądze, średniemu wszystkie trzody i niewolników, a najmłodszemu — dom i pastwiska. Idźcie przeto w pokoju i zaniechajcie sporów. I oto trzej bracia — niedawni wrogowie — z rozjaśnionemi obliczami padli królowi do nóg i wyszli z sądu, ująwszy się za ręce... I jeszcze jeden rozstrzygnął król spór o spadek, rozpoczęty trzy lata temu. Pewien człowiek, umierając oświadczył, że pozostawia cały swój majątek najdostojniejszemu z dwóch swoich synów. A ponieważ żaden z nich nie chciał uznać się za gorszego, przeto zwrócili się do Salomona. Salomon, zapytawszy ich, kim są z zawodu i usłyszawszy odpowiedź, że obadwaj są łucznikami, rzekł: — Wróćcie do domu. Każę postawić u drzewa ciało ojca waszego. Skoro ujrzę, kto z was celniej trafi strzałą w pierś ojca, rozstrzygnę wasz spór. Wtedy obadwaj bracia powrócili do domu w towarzystwie człowieka, wyznaczonego przez króla w tym celu, aby był obecny przy próbie. — Spełniłem wszystko, coś mi rozkazał, królu — rzekł ten człowiek. — Przywiązałem ciało starca do drzewa i każdemu z braci dałem łuk i strzały, starszy strzelał pierwszy. Z odległości stu dwudziestu łokci trafił on akurat w to miejsce, gdzie uderza serce u żywego człowieka. — Piękny strzał — rzekł Salomon. — A młodszy?... — Młodszy... Daruj mi królu, nie mogłem osiągnąć tego, aby twe polecenie zostało ściśle wykonane... Młodszy naciągnął cięciwę i już nawet położył na niej swą strzałę, gdy naraz opuścił łuk do nóg, odwrócił się i rzekł płacząc: „Nie, nie mogę tego uczynić... Nie mogę strzelać do ciała ojca mego“. — Więc niech do niego należy posiadłość ojca — postanowił król, gdyż on jest najlepszym synem. Starszy zaś — jeżeli pragnie — może wstąpić do szeregu mej straży przybocznej. Potrzebni mi są właśnie tacy silni i chciwi ludzie, o celnej ręce, wierni wykonawcy mej woli i o sercu porosłem szerścią. Następnie stanęli przed królem trzej ludzie. Prowadząc wspólnie jakieś przedsiębiorstwo handlowe, dorobili się znacznych pieniędzy. I oto, kiedy nadszedł dla nich czas wyjazdu do Jerozolimy, zaszyli złoto w pas skórzany i puścili się w drogę. W drodze zanocowali w lesie, a pas, dla bezpieczeństwa, zakopali do ziemi. A kiedy obudzili się o świcie — nie znaleźli pasa w tem miejscu, gdzie go złożyli. Każdy z nich począł drugiego posądzać o przywłaszczenie go sobie, a ponieważ wszyscy trzej wydawali się być ludźmi wielce przebiegłymi i w mowie, ciętymi to rzekł im król: — Przedtem, nim rozstrzygnę wasz spór, wysłuchajcie tego, co powiem. Pewna cudnej urody oblubienica dała słowo swemu oblubieńcowi, zbierającemu się w podróż, że go będzie oczekiwała do czasu powrotu i nikomu nie ofiaruje swej dziewiczości, prócz niego. Ale odjechawszy w niedługim czasie młodzian w obcem mieście poślubił inną dziewczynę i wieść o tem doszła do tamtej. Tymczasem poczęto ją swatać za bogatego i dobrego charakteru młodzieńca, przyjaciela jej dni dziecięcych. Namawiana przez rodziców do wyjścia zań, nie odważywszy się ze wstydu i lęku powiedzieć mu o swem przyrzeczeniu, wyszła za niego. A kiedy po uczcie weselnej, poprowadził ją do sypialni i chciał ledz wraz z nią, ta poczęła go błagać: „Pozwól mi udać się do tego miasta, gdzie mieszka mój dawny oblubieniec. Niech on zwolni mię od przyrzeczenia, a gdy wrócę, uczynię wszystko co zechcesz!“ A ponieważ ów młodzian kochał ją nadewszystko, to przystał na jej prośbę i poszła. W drodze napadł na nią zbójca, obrabował ją, i wreszcie usiłował zgwałcić. Ale dziewica padła przed nim na kolana i ze łzami w oczach poczęła go błagać o niepozbawianie jej czystości, przy czem opowiedziała zbójcy wszystko, co z nią zaszło i w jakim celu podąża do miasta. I oto zbójca wysłuchawszy jej, na tyle zdumiał się jej wierności i do tego stopnia wzruszył się szlachetnością jej oblubieńca, że nie tylko zostawił ją w spokoju, lecz nawet zwrócił jej zrabowane pieniądze. A teraz pytam się was, kto z tych trojga postąpił najgodniej przed obliczem Boga — dziewica, narzeczony czy zbójca? Jeden z procesujących się rzekł, że dziewica najbardziej godna jest pochwały za swą wierność danemu słowu. Drugi dziwił się wielkiej miłości jej narzeczonego, trzeci zaś uznał za najwspanialszy czyn zbójcy... Wtedy rzekł król do ostatniego: — A zatem tyś ukradł pas z obopólnem złotem, ponieważ z natury swej jesteś okrutnik i chciwy na cudze mienie. A człowiek ten, oddawszy swój kij podróżny w ręce jednego z towarzyszy, rzekł podniósłszy ręce ku górze, jakby do przysięgi: — Świadczę się przed Jehową, że złoto nie ja mam, lecz on! Uśmiechnął się król i tak rzekł do jednego ze straży przybocznej: — Odbierz kij z rąk tego człowieka i przełam go na połowę. A kiedy ów żołdak wykonał rozkaz królewski, to wypadły złote monety na podłogę, gdyż były schowane w otwór w wydrążeniu kija; złodziej zaś, zdumiony mądrością króla Salomona, padł na twarz przed jego tronem i wyznał swą kradzież. Przyszła także do Domu Libańskiego kobieta, biedna wdowa kamieniarza i rzekła: — Sprawiedliwości szukam, o królu! Za ostatnie dwa dynary, jakie mi pozostały kupiłam mąki, wsypałam ją do tej wielkiej glinianej wazy i zaniosłam do domu. Ale nagle powstał silny wicher i rozwiał moją mąkę. O, królu mądry, kto mi powróci tę stratę? Teraz nie będę miała czem dzieci nakarmić! — Kiedy to stało się? — spytał król. — Stało się to dziś o świcie, o wschodzie słońca. I oto kazał Salomon zawezwać kilku bogatych kupców, których okręty miały w tym dniu odpłynąć z towarami do Fenicyi przez Jaffę. A kiedy przyszli zaniepokojeni do sali sądu, spytał ich król: — Czyście błagali Boga albo bogów o wiatr przyjazny dla waszych okrętów? Ci zaś odparli: — Tak, królu! Błagaliśmy. I snadź bogu miłe były nasze ofiary, gdyż zesłał nam wiatr przyjazny. — Cieszę się wraz z wami — rzekł król. — Ale ten sam wiatr rozwiał biednej wdowie mąkę, którą niosła w urnie. Czy nie uważacie za właściwe wynagrodzić ją, jako poszkodowaną? A kupcy ucieszeni, że tylko w tym celu zawezwał ich król, bezzwłocznie napełnili biednej wdowie całą wazę drobnemi i grubemi srebrnemi pieniędzmi. A gdy ta ze łzami poczęła dziękować królowi, Salomon uśmiechnął się słodko i rzekł; — Czekaj, to jeszcze nie wszystko. Dzisiejszy wicher poranny i mnie sprawi radość, której nie oczekiwałem. A zatem do darów tych kupców, dodam także swój królewski dar. I rozkazał król skarbnikowi Adoniriachowi dorzucić do pieniędzy kupców tyle złotych monet, iżby zupełnie nie znać było pod niemi srebra. Nikogo nie chciał widzieć król Salomon dnia tego nieszczęśliwym. W dniu tym rozdał tyle nagród, prezentów i odznaczeń, ilu nie rozdał kiedyindziej przez cały rok; darował w tym dniu winę Achimaasowi, zarządcy ziemi Naftalimów, na którego dotąd wrzał gniewem za nieprawne pobieranie podatków, zniósł także kary dla wielu, którzy przekroczyli prawo i nie pozostawił bez uwzględnienia próśb swych poddanych prócz jednej tylko. Kiedy wychodził król z Domu Libańskiego przez małe drzwi południowe, mu drogę pewien ubrany w skórzany strój, barczysty, przyziemny człowiek, o twarzy jakby ciemno czerwonej, z czarną brodą, z szeroką jak u wołu szyją i o surowem wejrzeniu z pod nastroszonych czarnych brwi. Był to główny kapłan świątyni Molocha. Wymówił on tylko jedno słowo głosem błagalnym. — Królu!... W miedzianym brzuchu jego boga było siedm przedziałów: jeden na mąkę, drugi na gołębie, trzeci na owce, czwarty na barany, piąty na cielęta, szósty na byki, siódmy wreszcie przeznaczony dla żywych niemowląt, które na ofiarę Molochow i składały matki — oddawna był pusty z rozkazu króla. Salomon przeszedł w milczeniu koło kapłana, ale ten wyciągnął ku niemu ręce, i począł wołać błagalnie: — Królu! Błagam cię na radość twoją. Królu, uczyń mi tę łaskę, a wyjawię ci, jak straszne niebezpieczeństwo grozi życiu twemu... Salomon nie odparł nic i kapłan, ścisnąwszy pięści u swych potężnych rąk, odprowadził go wściekłym wzrokiem aż do wyjścia.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…