Read here

Moje Koraliki

Helena Staś · 1921 · Free in the US

11,632 words · about 49 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1921 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Moje_Koraliki&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Helena Staś
Language
Polish
Published
1921
Length
11,632 words · about 49 min
Sections
3 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (3)

Continue:

Powiastki Dla Dzieci Polskich w Ameryce

Moje Koraliki

POWIASTKI

Dla Dzieci Polskich w Am.

Napisała Helena Staś.

WYDANE 1921 ROKU.

DRUKIEM | KURYERA POLSKIEGO | MILWAUKEE, WIS

Powiastki Dla Dzieci Polskich w Ameryce

Moje Koraliki

POWIASTKI

Dla Dzieci Polskich w Am.

Napisała Helena Staś.

WYDANE 1921 ROKU.

Wstęp.

Nadeszła nareszcie oczekiwana z dawna przezemnie chwila, w której serce i myśl są w stanie rzucić wiązankę prostych uczuć — niby wieniec polnych kwiatów — w postaci dziecinnych powiastek. Niegdyś, jedynem moim marzeniem było, pisywać bajki dla dzieci; jednakże z przyczyn niezależnych odemnie, musiałam na niejakiś czas wyrzec się tego marzenia, ale na niejakiś czas tylko, bo z marzeniem tem, związane jest najpierwsze, najdroższe wspomnienie dzieciństwa, — wspomnienie, w które gdy patrzę, widzę w nim jasno zakreślenie tego co później nastąpiło, więc ani zapomnieć, ani zaniedbać go mogę. Cieszę się prawdziwie, że nareszcie przeleję na papier kilkanaście powiastek dla tutejszej dziatwy na tle polsko-amerykańskim, dając jednak, miejsce tej, która jest najdalszem wspomnieniem ubiegłego dzieciństwa na ojczystej ziemi. Nie jest ona wymyśloną bajką, ale najprawdziwszym zdarzeniem wyniesionem z szarych wspomnień igrającego u stóp matki dziecięcia. — Jest ona “perłą” dla mnie wydobytą z głębin ducha. — Nie ta atoli przyczyna składa się na to, że ten pierwszy twór “Moich Koralików” nazwałam “Perłą”. Przeczytajcie drogie dziateczki z uwagą tę moją “Perłę”, a dowiecie się jak to czasem już w dzieciństwie Opatrzność naznacza nam drogi. z uwagą proszę: Nic tam niema świetnego w tem moim dzieciństwie, takie ono szare i mgliste, jak szarą i mglistą jest młodość wielu z was. Ale jest w nim świecące słońcem wspomnienie matki, której mi później całe życie brakło. W dalszym ciągu dam wam wesołe powiastki, zdjęte żywo z waszego tu tła; tylko tę pierwszą, poświęcam drogim wspomnieniom mego dzieciństwa. Z niej też dowiecie się dla czego tym powiastkom dałam nazwę “Moje Koraliki.” Pisane w Chicago, 1910 roku.

PERŁA.

Ani gór, ani lasów, ani wód przezrocza, ani pięknych kamienic, ani brukowanych ulic, ani nawet polnych dróg wysadzonych drzewami — w najpierwszych mych wspomnieniach nie widzę. Ot nędzota żydowskiego miasteczka, na Kujawach położonego na pruskiej granicy. Nędzne domostwa z kramikami stają w mej pamięci, środkiem których, ciągnie się droga pełna wyboi. Może tam i dalej był gdzie brukowany rynek, ale wówczas, ani stopa, ani myśl moja tam nie zabłąkały. — Ówczesna moja wiedza obejmowała niski domek otoczony murawą z rozłożystą gruszą z jednej strony, a piaszczystą drogą z drugiej strony. Do obszaru tej wiedzy, wpadały jeszcze wysokie mury stojącego opodal kościoła i głos dzwonów, który radosnem bum — bum — i, dyńdy — leń — dyń — witałam. Nie ma piękna poezyi, w które bym mogła ubrać dziecięce wspomnienie, a jednak jest droższe nad wszystko ziemi piękno — jest wspomnienie — MATKI. Widzę ją siedzącą na drewnianym krześle pod gruszą, zawsze z robótką w ręku i zawsze na ustach z pieśnią. Dalej na murawie gromadka starszych odemnie dzieci wesoło się bawiących. Musiało to być pierwsze lato, w którem dozwolono mi rozporządzać swą osobą samodzielnie, a mianowicie ponosić winę za szturchańce odebrane w rozpędzie gry starszych dzieci, skutkiem czego, tamte skarżyły przed matką na Helę, że im zawadza, a Hela skarżyła na tamtych, że ją krzywdzą. Aż wreszcie niechcąc znosić niezasłużonych szturchańców, lub też w braku sił na ich odparcie, usunęłam się od rodzeństwa, bawiąc się stale pod gruszą u stóp matki koralikami, których prześliczny zbiór mieścił się w drewnianym pudełeczku, a z któremi to, nigdy się nie rozstawałam; z nimi w ręku zasypiałam, a budząc się ich pierwszych żądałam. — Kiedy weszłam w posiadanie tej kolekcyi nie pamiętam. Prawdopodobnie był to zbiór od samego niemowlęctwa. Nie inaczej pewno było, jeno zabierano mi lepsze zabawki, dając na pocieszenie koraliki, do których jako wyłącznej własności, przywiązałam się nad wszystko. Była przecież i lalka z wyszytemi czarną wełną oczyma i nosem, były zabawki nawet z zagranicy, nawet takie co grały i piszczały różnemi głosy, ale te albo wkrótce zupełnej zagładzie zaborczych dłoni starszych braci, albo też wydzierano mi je bez ceremonii. — Oprócz więc miłych koralików, których nagromadziło się mnóstwo nie było zresztą do czego się przywiązać. Pierwszego zatem lata, w którem zaznacza się moja samodzielność, odtrącona od starszego towarzystwa, siadałam pod gruszą, rozkładałam czarodziejskie koraliki i niby w świat czarowny w nie patrzyłam. A jakie to promienie w słońcu z nich biły! jakie kolory w świetle się uwidoczniały! A co one to przedstawiały? Naprzykład ten wielki biały, nazywany przez wszystkich perłą, a najwięcej przezemnie upodobany, nazwałam matką, reszcie, dałam nazwy wszystkiego tego, co mnie otaczało. Takie rozpoczynają się w mglistej mej pamięci pierwsze na zewnątrz dziecięcego świata — dni. Naraz, uwagę moją zajmuje zaglądająca co chwilę z za sąsiedniego płotu brudna, obdarta dziewczynka. Może była trochę starszą odemnie, a może i nie. Jest ona wstrętnie brzydką. Sukienka na niej połatana i potargana. Twarz cała pokryta piegami, oczy zbolałe — czerwone, — na głowie rude kołtuny. Naturalnie zmysł mój spostrzegawczy nie był jeszcze tak wyrobionym, abym od razu zauważyć mogła ujemne strony biedactwa, mnie zajęła jedynie równa mi wzrostem istotka. Odkąd ją całe godziny wpatrywałam się w nią — a ona we mnie. Matka moja musiała zauważyć tę niemą rozmowę dwóch samotnych dziewczynek i zrozumieć ich chęć, bo pewnego dnia chcąc nam widocznie ułatwić wzajemne poznanie zawołała: — Hanka, chodź się bawić z Helą, a bądź grzeczną! Do mnie zaś: — Bądź dobrą dla Hanki, bo ona biedna cały dzień bez matki, jej matka pracuje w polu. Nie wiedziałam co to znaczy pracować w polu, ale zrozumiałam okropność słów “cały dzień bez matki”, i rzeczywiście byłam dla Hanki dobrą. Odkryłam przed nią cały mój świat — moje koraliki. Mogła się niemi bawić dowolnie ile tylko chciała. Hanka, pozostawiona całe dnie sama sobie, widocznie wybiegała dalej i nóżkami i myślą odemnie. Samodzielność i swoboda wyrobiły w niej szerszy światopogląd; — znała ona domy i ich położenie nawet z drugiej strony kościoła. Podziwiałam w duchu jej wiedzę, a po trochu przejmowałam się nią. Dozwoliłam Hance nazwać perłę — matkę — Kościołem, czego się napierała, a inne koraliki to domem, to drzewem. Jeżeli znalazł się natłuczony, to napewno oznaczał ten dom, któremu brakowało kawał dachu. Coraz to większy świat tworzyłyśmy z naszych koralików: były wśród nich i zwierzęta i kwiaty i ciastka i cukierki i imitacye nas samych. Ciągłe wynalazki i pomysły radowały nas wielce i czyniły coraz śmielszemi, coraz samodzielniejszemi. Rozzuchwalone, przenosiłyśmy się z zabawą z miejsca na miejsce. Pewnego razu, uświadomiona Hanka zarzuciła mi, że nie wiem co to jest bawić się w piasek. Nie przeczuwając, by świadomość mogła też wieść ku złemu poddałam się namowom Hanki. Zamknęłam koralikowy świat w pudełko, ścisnęłam go w rękach i dałam się Hance zaprowadzić nad brzeg drogi, gdzie to nowe widnokręgi zabaw miały się przedemną roztoczyć. Za namową Hanki ściągnęłam z nóg buciki i pończoszki, położyłam się z nią twarzą do słońca, grzebiąc nogami w piasku, co jeno się dało. Bo niech tam mówi kto co chce, ale grzebać w ciepłym piasku bosemi nogami — jest rozkosznie. Za chwilę fikałyśmy tak raźnie w rozkosznem cieple ziemi, że powstała ztąd kurzawa nie tylko okryła nas od stóp do głów piaskiem, ale i uwagę mej matki zwróciła. Przybiegła do nas — i, — brzydka Hanka idź do domu! — rozkazała oburzona, mnie zaś oddała służącej zalecając natychmiastową kąpiel. — Nie dosyć na tem przez całą kolacyę musiałam stać w kąciku pod dyscypliną, z którą znajomość miały tylko starsze dzieci. Był to pierwszy wstyd upokorzenia jakiego doznałam. Stałam też przez cały czas w poważnem milczeniu z zakrytemi oczyma. Po kilku dniach, poszło wszystko w zapomnienie i znów bawiłam się z Hanką, ale w piasku odtąd już nigdy nie fikałyśmy. Śmiałyśmy się tylko do siebie na wspomnienie piaskowej rozkoszy i wyrządzonej psoty. Niebawem przyszła chwila, która zachwiała moje zaufanie w przyjaźń. MOJA PERŁA — MATKA WSZYSTKICH KORALIKÓW ZGINĘŁA! Wiedziałam, że perła ta, była dla Hanki najwyższem marzeniem — jej kościołem, a więc nie kto inny, tylko ona ją sobie wzięła. Zanim zdążyłam powiedzieć, co myślę, Hanka czy to wiedziona strachem, czy może aby ukryć zdobycz pomknęła żywo do domu. Poszukiwanie za perłą starszego rodzeństwa, a nawet Matki samej — nie odniosło żadnego skutku. — Perła przepadła. Mój żal po tej stracie był nieutulony. Pierwszy dzień nie wyszłam wcale przed dom. Na drugi wyszłam wprawdzie, ale czemprędzej zrobiłam dołek w murawie, umieściłam w nim koralikowy świat, pokryłam trawą, usiadłam na nim, i go w taki sposób przed chciwem okiem, rozmyślałam smutna o ludzkiej niewdzięczności. Matka, widząc moją pochmurność, starała się tłómaczyć, że Hance też coś się należało, że mnie zostało jeszcze dosyć koralików, więc ona może mieć ten jeden, że dawno powinnam była jej coś z koralików ofiarować; — ale ja z perswazyi tej nic nie zrozumiałam. — Pojęcie podziału własności między bliźnich, nie miało wówczas jeszcze do mnie dostępu. Ja wiedziałam, żem ten świat moich zabaw zdobyła łzami, krzykiem, często własną krzywdą, dla której zagojenia starsze rodzeństwo rzucało mi jak okruchy te oto koraliki, i ja, miałam się dzielić z innymi tem — co z takim bólem nabyłam? — Nie! — Na taką ofiarę w pierwszym okresie mego życia zdobyć się nie mogłam.... Zaczęło się coś we mnie buntować... Złość i mściwość, których różne przykłady wokół siebie widziałam, zajęły miejsce przyjaźni. Wiedziałam i widziałam nieraz jak dzieci sobie dokuczają, czemużbym więc — myślałam w dalszym ciągu — nie miała wiedzy tej wykorzystać dla zadowolenia... zranionego uczucia. Dziś wstydzę się przyznać, że potrafiłam już wówczas być na tyle zła, że w cichości obmyślałam katusze jakie zadam Hance, skoro się do mnie zbliży. Hanka zaś stała zawsze pod swojem płotem z wypchniętym jak zwykle przedsie brzuszkiem, z brudnym palcem w pyzatej buzi, patrząc we mnie czerwonemi oczyma — zuchwale. — Tak mi staje w tej chwili w pamięci ta biedna brzydota, jakbym ją co dopiero widziała. Ja, siedząc na moim koralikowym świecie niby udzielna królewna, wymyślałam męki dla przestępczyni. — Rozedrę na niej gałgany — była pierwsza myśl kary; ale z nasunięciem się gałganów przyszło powątpiewanie w srogość kary, — bo czyż jedno więcej rozdarcie podartych gałganów zmartwiłoby winowajczynię? — Włożę palec w czerwone ślepie! — było następne postanowienie, lecz z uprzytomnieniem czerwonych ślepi doznałam jakiejś odrazy. Po chwili więc namysłu zadecydowałam: — Źłapię źa kołtuny i nakładę pięścią; ale i tu z wspomnieniem dotknięcia kołtunów nie mniejsza odraza mną owładnęła. — Po niejakimś namyśle, ograniczyłam swą złość na... wytknięciu języka... Musiałyśmy stanowić pocieszny obrazek: ja siedząca na moim skarbie — trzymając się obu rękoma trawy — z wytkniętym językiem i uporem w oczach, — Hanka, z wypchniętym naprzód brzuchem z brudnym palcem w piegowatej buzi o czerwonych oczach błyszczących zuchwałością. A ani na chwilę nie oderwałyśmy od siebie mściwych oczu. Matka niechybnie baczne na nas miała oko, — a niechcąc dozwolić rozpanoszyć się zemście w młodem mem serduszku, dla zmiejszenia winy Hanki, jęła raz jeszcze tłómaczyć na inny sposób i mianowicie dowodziła, że perła napewno zginęła w piasku. — Argument ten, przypadł mi wreszcie do przekonania, choć silnie wierzyłam, że Hanka perłę zabrała, ale sprzykrzyły mi się dnie samotności, więc udając wiarę w słowa Matki — łagodziłam w sobie srogość uczucia, czego wynikiem gotowam była przypuścić Hankę do współzabawy... Ale jak się pogodzić?... Matka wprawdzie (odgadując każdą naszą myśl) powiedziała raz: — bawcie się! — ale to do pojednania nas nie wystarczyło. Odniosło jednak ten skutek, że już na drugi dzień, schowawszy języczek za zęby, posunęłam się z moim skarbem w stronę Hanki o cały łokieć. A ta, nie wyjęła wprawdzie paluszka z buzi, gdyż ten prawie zawsze miał tam miejsce, ale posunęła się też ku memu królestwu, co najmniej o dwa łokcie, tak, że już trzeciego dnia znalazłyśmy się obok siebie. Bawiłyśmy się... Ale ufność przepadła bezpowrotnie. Ani na chwilę nie powierzyłam Hance mego skarbu. Wyjmowałam tylko po kilka koralików, które potrafiłam obliczyć nie cyframi, a barwami. — O — bo ja je wszystkie tak znałam jak jeden!... One stanowiły mój świat! moje królestwo! Wpatrywałam się w kolory, w rozmiar ich pilniej jak we wszystko inne na świecie, — one uczyły mnie myśleć i kochać. Każdy głębiej zauważony przedmiot w domu lub za domem przenosiłam czemprędzej na który z ukochanych koralików. Była w nich treść mej duszy dziecięcej, — tylko “perły — matki” brakowało... Wśród tego życia w pamięci mej zarysowuje się gwałtowna zmiana. Jedziemy w daleką podróż. — Matka tuli mnie zapłakaną, usiłując wmówić, że skoro zajedziemy na miejsce odzyskam moje koraliki. Ale ja z jej głosu i kilku słów wyrzeczonych pocichu do mej starszej siostry poznaję, że koralików zapomniano, że zostały one daleko za nami... i — na myśl nie ujrzenia ich już więcej — zaczynam płakać na nowo. W pół chorą z tęsknoty za moim światem przywieziono mnie na miejsce. Tu, czekało na mnie mnóstwo zabawek, których nikt oprócz mnie nie dotykał — byłam wyłączną ich właścicielką, więc powoli i o koralikach potrosze zapomniałam. Miałam cały rząd prawdziwych gęsi, śliczną białą owieczkę z dzwoneczkiem na szyi, malutki gołębnik z gołębiami, dwie — wyraźnie dwie lalki z prawdziwemi włosami, pajaca czerwonego, który pociągnięty za sznurek skakał pociesznie, piecyk do gotowania, naczynia kuchenne, całą zastawę do stołu, jednem słowem bogactwa, które pięcioletnią wyobraźnię łatwo do siebie przynęcić mogły. Wzięłam się też tak szczerze do mojego nowego gospodarstwa, żem nawet odjazdu Matki nie zauważyła. Odtąd, każdy dzień wnosił w mą pamięć coś wyraźniejszego. Ciągłe nowe zabawki przykuwały do siebie, każąc zapomnieć przeszłość, a jednak — pamiętam dobrze — tęskniłam bardzo za zabawą w koraliki u nóg drogiej Matki. Alboż moje zmartwienia i wrażenia rozumiał kto tak jak Ona? Zaczęłam się też uczyć. W taki sposób przeszły dwa lata, zacierając po troszę rodzinnego domu wspomnienie. Naraz, nawiedziła mnie choroba w postaci szkarlatyny i jakiejś jeszcze drugiej również niebezpiecznej choroby. — Pamiętam zaczęło się pod wieczór bólem głowy i wymiotami i odtąd niewiem już co się zemną działo. Ponieważ dni moje były policzone, posłano przeto po Matkę rozstawne konie (najszybsza podróż w ówczesnym czasie). Nie wiem jak długo leżałam bezprzytomna, nie wiem kiedy Matka przybyła. — Pamiętam tylko, że raptem obudziłam się jak rano po zwykłym śnie, a widząc pochylonego nad sobą Wuja, którego bardzo kochałam, objąwszy go rękoma za szyję — powiedziałam mu jak zwykle “dzień dobry”. Może przy tym ruchu dojrzałam niewyraźnie Matkę i to wywołało następne rojenie, może ją wyczułam — ja nie wiem. Ale wiem, że dziwne rojenie to było tem dziwniejsze, że sprawdziło się co do joty. Z ramion Wuja opadłam na poduszki i oto mrok jakiś zaczął mnie otaczać; powoli, w ciemności tej, wyłoniła się murawa, na której ongi się bawiłam, a na niej ujrzałam Hankę w takiej pozie jak w dzień naszego gniewu o zginioną perłę. Wtem, Hanka uśmiechnęła się dziwnie, co wywołało jasność dookoła, a potem powoli — zaczęła zamieniać się w ślicznego Anioła, z którego coraz większe biło światło. — Patrzałam zdumiona w Hankę-Anioła, a ona rzucała w okół mnie jeden po drugim znane koraliki. Wszystkie już leżały u stóp mych oprócz — “perły-matki.” — Hanka! Moja perła? — zawołałam wyciągając ręce do Anioła. Aniół znów zaczął się zmieniać w bosą, brudną Hankę, a ta podając mi upragnioną perłę z tym samym uśmiechem, z którym przyszła — powiedziała: — A widzisz, żem ci ją oddała! Rzuciłam się gwałtownie naprzód z okrzykiem — Moja perła! — i z temi to słowy zerwawszy się z pościeli padłam Matce w ramiona. Nigdy w życiu potem nie było mi tak dobrze, jak wówczas w drogim mi objęciu. — Słyszałam wszystko co dokoła mnie się działo, alem ani się ruszyła, ani wydała głosu. Słyszałam jak lekarz z sąsiedniego miasteczka — dobry przyjaciel naszego domu — żegnał Wujostwo powtarzając — uratowana! — Czułam łzy matki na mej twarzy, głaskanie mych rąk przez sługi, szepty, chodzenie, ale co mnie to mogło obchodzić? — mnie było tak dobrze... tak błogo.. tak anielsko... Po długim śnie, w następnym dniu, dowiedziałam się o mej chorobie, o przyjeździe Matki, o wszystkiem... Potem, zaczęły się dnie dogadzania mi, a potem, śmiechy, historyjki wymyślane ku mej rozrywce. Matka, ciekawa o ile też jeszcze pamiętam rodzinny dom, wspominała to i owo z dziecięcych mych chwil. Słuchałam jak snów czarownych, przerywając je od czasu do czasu jakimś pytaniem. Wśród serdecznych tych zwierzeń, zrozumiałych tylko dla matki i dziecka, pewnego razu, Matka moja powstała i wyszła do dalszych pokoi. Po chwili wróciła, niosąc w ręku znane mi pudełeczko z koralikowem mem światem. Nie rzuciłam się ku niemu tak radośnie jak w owem śnie wobec Hanki, ale raczej z sercem patrzałam w nie osłupiała. Tyle wrażeń! Mała moja głowa pomieścić ich nie mogła. Wyciągnęłam wreszcie po skarb mój rękę i uśmiechając się do Matki wyszeptałam: — Moja perła! — Masz ją! Hanka ci ją oddała zanim poszła do nieba — odpowiedziała Matka. Zadumałam się, nie rozumiejąc tych słów. Czyżby Matka widziała mój sen? Czyżby widziała jak Hanka-Anioł oddała mi perłę? Widząc moje zmieszanie otworzyła pudełeczko ulubionych koralików, gdzie na samem wierzchu leżała biała perła. Następnie opowiedziała, że Hanka w sześć tygodni po mojem wyjeździe umarła jak wszyscy twierdzili z tęsknoty za mną. Matka moja odwiedzała biedną, opuszczoną nędzę do ostatniej chwili jej życia. Na dwa dni przed śmiercią wskazała spróchniałe w podłodze miejsce, w którym ukrywała moją perłę. Kazała sobie ją podać i pieściła ją do ostatniego tchnienia. Przed śmiercią mówiła do swej matuli: — Matulu, oddać ten kościół Halince, (Hanka tylko jedna nazywała mnie Halinką) Halinka bawiła się ze mną, gdy inni mnie bili lub uciekali odemnie; Hanka pójdzie do Nieba bawić się w perły Jezusowe, a tę oddać Halince. Matka moja będąc bardzo uczuciową i religijną opowiadała to z wielkiem wzruszeniem i przejęciem co czyniło na mnie nader silne wrażenie. Na razie, nie potrafiłam powtórzyć osobliwego snu w czasie przesilenia choroby, ale nie zatarł się on nigdy w mej pamięci. Wszystkie te wspomnienia związane razem były moim Aniołem Stróżem w dzieciństwie, gwiazdą przewodnią w wiosennej młodości, ratunkiem w burzy kwiecistego lata. Nie! nie zapomniałam ich nigdy! one są treścią mego żywota. Niewinne marzenia dziecka u stóp Matki stały się jego tarczą — jego wiarą! Barwy koralików odbite pierwsze na czystej duszy dziecięcia, wytworzyły w niej świat tęczowych marzeń... Świat ten, wypełnia mi dziś życie. Z niego snuje powieści i powiastki, jakby sznur korali; jednego niestety koralika w zbiorze mem brakuje, a mianowicie tego, któryby otaczający mnie nazwali — “perłą.” Czy wydobędę kiedy z głębi uczucia mego taką “perłę” — nie wiem. Hanka — brzydota, — nie! — Hanka-Anioł czuwa nademną, kładzie mi w myśli te skromne koraliczki barwnych utworów, — kto wie, może z czasem poda mi i — upragnioną “perłę.”

NA JASNEJ DRODZE.

Piosnkę tę, znaną każdemu dziecku Ameryki śpiewał przytupując na sposób amerykański dwunastoletni chłopczyna — opuszczając powoli szkolny dziedziniec. Godzina była czwarta. Wszystkie już dzieci o tym czasie powracały do domów oprócz Mika, który rozmiłowany w “Yankee doodle”, a właściwie w skokach towarzyszących piosence, pozostał na dziedzińcu szkólnym, sądząc zaś, że go nikt nie widzi wyśpiewywał i podrygał pociesznie. Omylił się Mike. Nie sam się znajdował, było tam jeszcze dwóch chłopców, a każdy pozostał dla innego celu. Niebawem też spostrzegł jak z szkolnego budynku wybiegł szybko uczeń z tejże klasy co i on — Kuba, jak rozglądał się uważnie do okoła, a następnie przyczaił ostrożnie trzymając w rękach w poprzek framugi drzwi, cienki kij. Mike skoro tylko spostrzegł Kubę przestał śpiewać i z ciekawością przypatrywał się zdradzieckiej robocie, bo że Kuba szykował sidła na kogoś to było widoczne. Wreszcie nie mogąc zmódz ciekawości zawołał: — What’s the matter Kuba? kogo ty chcesz przewrócić? — Wojtka! But keep still! — What Wojtek has done to you? Pewnie znów napisał ci kredą krzyż na plecach. — Gee whiz! Keep still! Popsujesz wszystko! Ale Mika wykrzykniki te nie odstraszyły, przeciwnie, przeczuwając z całego zachowania się Kuby poważną historyę, przysunął się do niego i — tell mi — nalegał. Kuba rad nie rad, aby się pozbyć molestującego Mika jął opowiadać, że Wojtek rodem z Galicyi, ciągle go jako pochodzącego z zaboru pruskiego — nazywał prusakiem, zaś teraz pisał mu ciągle krzyże na plecach i odważył się nawet nazwać go Krzyżakiem. Mike — mówił rozżalony chłopczyna, ty tego nie rozumiesz i nie czujesz, boś ty tu urodzony, ale mnie boli jak taki galicyak powie mi prusak, a galicyak jest głupszy od prusaka, — pamiętaj to sobie na zawsze. — Well — odparł poważnie Mike; — ja myślę, że galicyak czy prusak to wszystko jedno. — Boś ty Yankee to nic nie wiesz! Pst! — syknął — słychać kroki na korytarzu. Wojtek idzie. Mike na to, przeszedł po cichu prędko na drugą stronę chodnika oparł się o poręcz i jakby o niczem nie wiedział zaczął znów swoje “Yankee doodle”. Oczy trzymał na podstawionym kiju, bo psota ciągnęła je do siebie, — od tego przecież był chłopcem. Ru—u—um! bęc! i Wojtek leży jak długi, ale na sekundę jeno, bo zmiarkowawszy od razu co się stało, rzucił się na Kubę z całą zapalczywością. Kuba, nietylko, że razy dzielnie odpierał, ale i atakującego dobrze okładał. Mike rozbawiony tą sceną, trzepał się dłońmi po kolanach i śmiejąc się na całe gardło krzyczał: — Fine! — Great! Go to it Kuba! — Give him one Wojtek! Chłopcy na moment przestali walki, a zmierzywszy Mika roziskrzonemi oczyma niemal razem zawołali: — To ty nas obydwóch będziesz podburzał? i nie czekając tłómaczenia uderzyli na Yankesa. Źle byłoby się może skończyło dla Mika, gdyby w tej chwili nie wybiegła była ze szkoły równa im wiekiem dziewczynka. Ta, spostrzegłszy, co się dzieje, szepnęła do siebie: — Trzeba ich rozbroić. Podeszła śmiało i: — — Chłopcy, chcecie chewing gum? — zapytała, — siostra mi dała tak dużo... — Naturalnie, że chcemy — daj! — Dobrze, dostaniecie, ale wprzód posłuchajcie historyjki; bo siostra też choć byłyśmy pomęczone robotą wpierw nam opowiedziała historyjkę, a dopiero potem dała cukierków i chewing gum. Siostra jest bardzo dobra. Zawsze jej pomagam po nauce w klasie, a ona zawsze co opowie i zwykle mi coś da. — No gadaj już, gadaj — ozwał się żwawy Kuba, bo chewing gum chcemy. — Hen, za górami, lasami i wodami — rozpoczęło dziewczę — jest śliczny kraj, a w tym kraju jeden wielki biały ptak, a taki piękny, że wszyscy ze sąsiedztwa chcą go mieć i wyciągają po niego ręce, więc ci ludzie co są w tym pięknym kraju, aby go obronić trzymają go za pióra... Ale niebaczni, sami w taki sposób wydzierają mu pióra, a potem kłócą się między sobą kto go piór odarł. A ten kraj nazywa się Polska, a ten ptak to biały orzeł, co jest godłem Polski. Domówiwszy tych słów, dziewczynka się zamyśliła, a Wojtek, który zawsze takiego patryotę okazywał odezwał się drwiąco: — To mi też historya, miałaś nam co opowiadać. — A przecież, że miałam, — broniła się dziewczyna, — wy też tak samo robicie jak w tym polskim kraju; kłócicie się między sobą, kto jest lepszym Polakiem, a to jeno jeden drugiego uczycie się nienawidzieć. Wstydźcie się! — Patrzcie ją! Jak nam to będzie prawiła! Dawaj chewing gum, bo jak nie to i tobie polską siłę pokażemy — wrzasnął śmiały Kuba. Dziewczyna trochę się , bo na dziedzińcu mrok zaczął się rysować, chłopców było trzech, a ona jedna. Chłopaki zaś coraz bliżej do niej podchodzili. Wyjęła chewing gum i trzymając na wyciągniętej przed się dłoni cofała się tyłem ku bramce. Dla ostrożności, chcąc dopiąć celu, taką a nie inną wypadało zająć pozycyę. Chłopaki sięgnęli skwapliwie po chewing gum, a ona uśmiechając się swawolnie prawiła dalej: jeszcze jedną wiem historyjkę, ta wam się napewno spodoba.

Mówiąc to, ciągle szła tyłem naprzód, a chłopcy mimowoli szli . Doprowadziła ich w taki sposób do środka ulicy. nagabywali o drugą historyjkę. — Ona pewno nic nie wie, jeno nas tak mami — mówili między sobą. — A wiem! — odrzekła naraz śmiało dziewczyna. — Wiem to, że ja dziewczyna powstrzymałam was od bójki, że wyprowadziłam was z ciemnych murów na ludzkie oczy — NA JASNĄ SZEROKĄ DROGĘ... Po tych słowach śmiejąc się serdecznie pobiegła naprzód tak prędko, że jeno spódniczki za nią szeleściały. Chłopcy trochę zawstydzeni spojrzeli po sobie, a żywego usposobienia Kuba pierwszy zawołał: — Widzisz ją! mądralina!... Skoczmy za nią i niedarujmy za swoje. Ale zastanawiający się nad wszystkiem amerykanin Mike, powstrzymał gwałtownego Kubę, mówiąc: — Never mind Kuba, SHE IS ALLRIGHT!

PODCZAS WAKACYI.

— Niech mama będzie spokojną! Będziemy grzeczni i powrócimy do domu na szóstą, tak — jak mama chce. Jeszcze raz buzi mamusiu! a niech mi mama zostawi trochę tych dobrych powideł, które dziś będziesz smażyć — tak? — I mnie też trochę mamo, przecież dziś będę opiekunem Stefy, to chyba na taki przysmak sobie zasłużę. Pocałuj i mnie mamo i życz nam wesołej zabawy. Powyższe słowa były wypowiedziane przez dziesięcioletnią Stefę i o rok starszego od niej Zygmunsia. Matka objęła serdecznym uściskiem oboje dzieci a upomniawszy jeszcze raz aby były uważne i powróciły nie później jak o 6-ej, odprowadziła je czułym wzrokiem od progu domu aż do zakrętu ulicy. — Wiesz Stefa — zagadnął Zygmuś — gdy już usiedli w tramwaju, — nie mogę się doczekać dzisiejszej zabawy. Pójdziemy z Władkiem w krzewy — to ci będzie uciecha! Ja bym chciał mieszkać tak jak Władek za miastem. — A ja bym się bała napaści Indyan. — O — Stefa! wstydzę się za ciebie! to ty jeszcze nie wiesz, że tu w naszych okolicach Indyan nie ma? Oni daleko stąd mają wyznaczone swoje grunta i tam mieszkają. Czy w twojej klasie nic jeszcze o tem nie uczą? — Właśnie przed ukończeniem szkoły Siostra opowiadała ale... — Aleś pewno spała! — Przecież, — spała? — Miałam oczy zapłakane, bo mi Franek ściągnął z głowy wstążkę i wrzucił do wody; a co ja się o tę wstążkę mamy naprosiłam, i na taką ładną kokardę była zawiązana, a ten nicpoń tak zmarnował... — Aha! — rozumiem, więc strata kokardy zakryła historyę Indyan. — Zygmuś — ty szydzisz! boś ty chłopiec toś też nie lepszy!... — Ale bo naprawdę, Stefa, ty nic nie wiesz co się gdzie na świecie dzieje. — Ale za to wiele rzeczy umiem w domu zrobić a ty nie! — To mi wiadomości! ciekawym co cię najwięcej z historyi domowej zajmuje? — A nie będziesz się śmiał, to ci powiem — i dasz mi tę szpileczkę czerwoną coś wczoraj znalazł... — O — nie! szpilkę dam Mańce jak zajedziemy. — To ja też mój sekret powiem Władkowi. — W takim razie będę go miał! — Kto wie? Może i nie! — Ale patrz jeno Stefa przez okno, jak tu pięknie, domy tylko gdzie niegdzie — drzew wszędzie pełno. — Mnie się zdaje, że to już tu musimy zejść. — Jeszcze kawałeczek, o widzisz tam za tem polem kukurydzy. Wkrótce kara przystanęła i oboje wysiedli. Szli jeszcze mały kawałek w bok drogą a niebawem zastukali do małego domku otoczonego murawą i drzewami. Żaden głos im nie odpowiedział, więc mniemając że nikogo w domu nie ma, postanowili posiedzieć chwilę na trawie, a potem zawrócić do domu. Zygmuś zrzucił z siebie flintę jaką dla zabawy zabrał, a Stefa ułożyła swą lalkę, zdjęła kapelusz i rozsiedli się wygodnie wdychając świeże powietrze i rzucając ciekawym wzrokiem do koła. Zieleń, kwiaty, drzewa tak ich zajęły, że uszło zupełnie ich uwagi poruszenie firanki w oknach i ciche stuknięcie od tyłu domu drzwiami. Cisza podziałała jakoś lękliwie na nich, szczególniej na Stefę. Radziła więc już zbierać się do domu. — Wiesz co? — mówiła — mnie by się tu ciągle zdawało, że mnie napadną Indyanie... — Jakbyś się wzięła do tej historyi co to robisz z niej sekret — to byś o Indyanach zapomniała. W tejże chwili usłyszeli poza plecami jakiś szelest, ale zanim zdołali się obrócić — czarna opaska spadła im na oczy. — Indyanie! — krzyknęła trwożliwie Stefa. Zygmuś nie wydał głosu, tylko raptownie choć nie widział, sięgnął po leżącą obok strzelbę. — Zygmuś! ratuj! — jęknęła Stefa. — Nie bój się! jestem przy tobie! — odpowiedział dość odważnie a wyciągnąwszy w jej stronę rękę starał się ją uchwycić. — Hi — hi — hi — hi! — Zachichotało nad ich głowami, na co oboje wykrzyknęli radośnie: — Władek! Mańka! Ci zdjęli ręce im z oczu i poczciwa czwórka zaczęła się ściskać przy czem nie obyło się bez koziołków i kulania po trawie. Gdy pierwsza uciecha minęła, dowiedzieli się goście z miasta, że rodzice ich przyjaciół wybrali się za sprawunkami, a zatem Władek jako starszy miał polecone w razie gdyby kto pukał, nie nikomu. — I tak się też stało. — Ale jak ujrzeli przez okno, że nie cygany, ani włóczęgi, ale ich najlepsi przyjaciele spoczywają przed domem, umyślili spłatać im figla. Po wykrzyknikach i wypytywaniach zaczęto radzić, jak spędzić dzień. Mańka miała przykazane pomyć naczynia, wypadało też przyrządzić mały posiłek, postanowiono zatem, że chłopcy na niejaki czas pójdą niby polować w przyległe obok krzewy, a dziewczęta zajmą się domem. Poswawolili jeszcze trochę, Zygmuś przymilił się Mańce znalezioną szpilką, poczem się rozdzielili. Napierali przed odejściem Stefę o jej wiadomości z historyi domowej, ale się zawzięła w milczenie — dopiero jak już przeskakiwali — zawołała za nimi: — Jak zająca przyniesiecie, to powiem mój sekret!... Dziewczęta po odejściu chłopców, zaczęły mówić o lalkach. Stefa podniosła swoją i pokazała wszystkie spódniczki jakie co dopiero uszyła, nawet koronki przy nich były jej własnej roboty. Mańka zaczęła też opowiadać o swojej lalce, a chcąc się nią pochwalić, zmierzała ku domowi. — Wyglądała jej pociecha trochę opuszczona, więc jęła tłomaczyć, że mama tak ją Mańkę zaprząta do roboty, że ledwie raz na dzień na godzinę może się swej lalusi oddać. — Mama pod tym względem jest nieubłagana — mówiła rozpacznie. — Ja ze swemi dziećmi będę zupełnie inaczej postępowała. — Och te mamy! — dodała Stefa, — moja mię znów ciągle napędza do książki — a mnie tak to nudzi. — Prawda, że te mamy są okrutne! — westchnęła Mańka, — ale jakby to było bez mamy? — Ja chcę moją! — zaszlochała Stefa. — Ja moją też! — dorzuciła prędko łkając Mańka. — Już lepiej niech będą i nas uczą. — Niech będą! — To tak okropnie być sierotą. — Okropnie! — Mama mi kupiła na nową sukienkę! — A mnie w niedzielę wzięła do teatru! — Kochana mama! — Moja jeszcze kochańsza! — Nie! bo moja kochańsza. — A jak tego dowiedziesz? — Zrobię wszystko, co mama chciała. — A ja będę grzeczną tak jak mama kazała. — Wiesz co Stefa? ty usiądź na kolebaczu i zaśpiewaj co do snu naszem lalusiom i ułóż je potem do łóżeczka a ja tym czasem pomyję naczynia. Zsunęło dziewczątko rękawy za napełniło misę ciepłą wodą i omywało jedne po drugich naczynia. Zaś Stefa usiadła w kolebaczu, przytuliła do siebie lalki i zaczęła najpierw po trosze próbować głosu aż wreszcie zanuciła śmiało.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…