Front matter
RISZTAU
I • II • III • IV • V • VI • VII • VIII • IX • X • XI • XII
całość
RISZTAU
I.
Dolina rzeczki Auczi należy do najpiękniejszych na południowo-zachodnich stokach Kaukazu. Dno jej wyściela bujna, prawie egzotyczna roślinność; boki ma strome, opoczyste, przerznięte mnóstwem szczelin i jarów, wśród których płyną liczne potoki i wodospady. Z jednej strony przez szeroką szczerbę w podgórzu otwiera się rozległy widok na morze; z drugiej — ciemną masę spiętrzonych gór zamyka śnieżny wierzchołek Risztau. Niegdyś mieszkali tu Czerkiesi, ale przed trzydziestu laty wynieśli się w inne strony. Tam, gdzie przedtym były uprawne pola i ludne auły, dziś szumi las, a w zdziczałych ogrodach nocami zbierają się niedźwiedzie, dziki i szakale, by staczać bójki o dojrzałe owoce. Myśliwi strzelają do nich w ciemnościach „po głosie“. Piękne to polowanie coraz mniej jednakże znajduje zwolenników. Jurek Strasiewicz lubił je namiętnie. Kilka dni temu Ormianie z sąsiedniej wioski dali mu znać, że w blizkości błąka się ogromne niedźwiedzisko. Na wieść o tym krucza splątana czupryna myśliwca jeszcze się bardziej zwichrzyła. — Idź już!... Puść go, Szymonie, niech idzie! — rzekła matka do starszego syna, gdy wieczorem zasiedli do herbaty na ganeczku, obrosłym pnącemi różami. — Siedzi, jak mruk, wąsy skubie i patrzy na te bory... Szymon podniósł ostrzyżoną, jak melon, głowę i spojrzał na brata. Jurek zarumienił się i zaprzeczył. — Ani myślę patrzeć... Mamie się zdaje... A milczę, bo nie mam nic do powiedzenia... Istotnie, co miał mówić? Rozumiał przecie dobrze, że przedewszystkim należało się śpieszyć z okopaniem kukurydzy, nim ziemia przez deszcz spulchniona nie skamienieje znowu od piekielnego skwaru; wzdychał więc tylko, ilekroć spoglądał na ciemniejącą w gasnącej zorzy puszczę, i czuł dziwny niepokój, jak gdyby ciężka jakaś ręka uciskała mu serce... Tegosamego doznawał uczucia, gdy długo nie widział Heleny. I puszczę i dziewczynę znał jednakowo dawno, gdyż rodzice jego przygarnęli tę sierotę po przyjacielu jeszcze przed przybyciem swoim w te strony i wychowywali jak swoją. Siedziała ona teraz naprzeciw niego za stołem i spoglądała nań przyjaźnie. Pod tym spojrzeniem Jurek czuł się jeszcze bardziej zmieszanym. — Może, gdybym wam pomogła, skończylibyście do jutrzejszego wieczora? — Co znowu! Na taki upał! Niech mama nie pozwala!... – oburzył się Jurek. Ale Szymon kręcił głową i, spoglądając na brata, powiedział: — Cóż jej się stanie?... Dziewczyna, jak ćwik!... Niech idzie!... — Z bydłem ja tu sama dam sobie radę, a wody mi nanoście — odezwała się przywiędła, zgryźliwie wyglądająca panna Justyna, należąca też do ich kółka. Nazajutrz pracowali dzień cały wśród takiego upału, że z gorąca nie mogli nawet się uśmiechać. Jurek był zły. Z początku dowodził, że Helena powinna wrócić do domu i pomóc matce w obieraniu wisien na konfitury, gdyż oni bez niej doskonale obejść się mogli, ale dziewczyna, rada, że się dorwała męskiej roboty, żartowała sobie z niego i, choć istotnie była zmęczona, nie okazywała tego. — La Boga!... Jurek!... obejrzyj się! — krzyknął Szymon. — Motyka wisi sama w powietrzu, a panna... stopniała! — O, prawda, że gorąco — rzekła dziewczyna, ocierając twarz rękawem od koszuli. Szymon przypatrywał się jej z pewnym zdziwieniem: wydała mu się zupełnie inną. Zazwyczaj spokojna, nad sobą panująca, nawet w chwilach wesołości, teraz poruszała się z jakąś płomienną energją. W powietrzu migały jej ręce obnażone po łokcie, okrągłe i jakby z kruszcu złotawego ulane; motyka z łoskotem spadała na żwirowatą ziemię i błyskawicznie podnosiła się do góry; gdy przypadkiem uderzała o kamień, z rozwartych ust dziewczyny wyrywał się jęk stłumiony, a wypukła pierś drgała boleśnie, ale ruchy nie traciły miarowej szybkości. — Zuch, zuch — chwalił wówczas Szymon. — Na co to jednak o kamienie stukać? — Przestań raz — złościł się Jurek. Obaj musieli dobrze mięśnie wyciągać, aby się nie dać dziewczynie wyprzedzić. Szymon w chwilach wypoczynku nad czymś rozmyślał, na dziewczynę patrzał, oczy mrużył i był ogromnie wesół. — No, teraz już warta Risztau!... Weźmiemy ją... Spójrz-no tylko!... — mówił do brata, gdy w południe szli na obiad. Dziewczyna, uśmiechając się, odgarniała włosy z pałającej twarzy i chowała je pod białą chustkę. Jurek udawał, że patrzy w przeciwną stronę; Szymon, aby przerwać przykre milczenie, zaczął śpiewać:
„Pośrodku pola stoi topola...“
ale sfałszował, jak zawsze, i umilkł. Na ganeczku nakrywająca do stołu Justyna obrzuciła nadchodzących uważnym spojrzeniem. Pani Strasiewiczowa siedziała już na swym miejscu i robiła pończochę, spuściwszy okulary na koniec nosa. Helena poszła umyć twarz i ręce; Szymon popatrzał też na swe zapylone dłonie, ale po krótkim wahaniu rzekł, uśmiechając się filuternie: — Proch jesteś i w proch się obrócisz! Ułamał kawał chleba, posypał go solą i zaczął jeść, aż mu chrupało w białych zębach. Jurek, jak siadł, tak ani się ruszył i na swoim postawił: cały obiad im skwasił. Pod koniec, nie czekając na herbatę, wstał i wyszedł. — Co mu się stało? — spytała matka Heleny. — Nie wiem. — Mama ani się domyśla, jak ta dziewczyna dołki kopać umie! — zażartował Szymon. Helena podniosła nań oczy; wargi jej zadrżały, ale milczała. Justyna wychyliła się z za samowaru i wyciągnęła rękę po pustą szklankę Szymona. — Doprawdy, doskonała z niej robotnica... — mówił dalej zupełnie już poważnie. — Lepiejby zrobiła, żeby została w domu — odezwała się Strasiewiczowa, poruszając drutami z wzrastającą szybkością. — Nie widzę powodu — odburknął starszy syn. Helena, dotknięta zachowaniem się Jurka, była wdzięczna Szymonowi, że ją podtrzymał. Jurek już się nie pokazał; znaleźli go w polu, kopiącego zawzięcie grządki. Szymon w milczeniu zabrał się do roboty, ale Hela nie mogła znaleźć motyki. Zmieszana obeszła pole, przejrzała wszystkie kąty. — Jurek, oddaj motykę! — rzekła wreszcie, zwracając się do chłopca. — Doprawdy, nie rozumiem, o co ci idzie... Jurek milczał, jak gdyby jej nie słyszał. — Motykę... oddaj motykę!... — mówiła, idąc za nim. — Nie jestem dziecko, żebyś mię tak traktował. Cóż to za opieka?... — Oddaj!... Cóż to za żarty cię napadły!... — fuknął nań Szymon. Chłopak tylko spojrzał na nich i usta mocniej zacisnął. Helena postała chwilę, popatrzała na jego twarz pociemniałą od tłumionego gniewu i odwróciła się ze łzami w oczach. Szymon przypatrywał się jej ciekawie. — Dobrze więc... — szepnęła i odeszła ku domowi. — Jeśli motyki natychmiast nie oddasz, to ja odejdę i nie pójdziesz na polowanie! — zawołał gniewnie Szymon. — Zacoś ją obraził?... Zawsze tak!... Zapominasz, że ona sierota!... Helu! Helu!... wróć się, weź moją!... — wołał za oddalającą się. Ale dziewczyna nie słuchała go, a choć ją dopędził i długo przekładał, nie wróciła na pole; więc i on poszedł za nią. Jurek został sam i pracował dalej gorączkowo. Postanowił nie wracać do domu, póki nie skończy wszystkiego; potym weźmie broń i pójdzie na polowanie. Jak sobie powiedział, tak zrobił. Pani Strasiewiczowa przysyłała Justynę, przychodziła sama namawiać go, aby szedł do domu: Jurek milczał i kopał zawzięcie. Już było bardzo późno i w domu wszyscy spali, świeciło się tylko w pokoju Heleny, gdy, skradając się ostrożnie, wszedł do kuchni. Przez cienkie przepierzenie, oddzielające pokój Szymona, słychać było stłumiony szept Justyny: — Nie oszukasz mię — mówiła ona — widzę doskonale, co się święci!... Nie pozwolę skrzywdzić innych, tak jak mnie skrzywdziłeś... Wszystko powiem... — A mów: sobie najwięcej zaszkodzisz... Matka ani chwili dłużej nie pozwoli ci zostać. — Nie mam już nic do stracenia: tyś mi wszystko zabrał... a milczę tylko dla tego, że mi żal twojej matki. — E!... może nietylko dla tego... — Boże mój!... Boże! Szept urwał się i przeszedł w łkanie. Niechęć Jurka do brata znikła, jak mgła; miejsce jej zajęło uczucie litości; ale jednocześnie wzmogło się w nim pragnienie pójścia do lasu. Jak mógł najciszej, odszukał omackiem na półce bochenek chleba, ogarek świecy i zapałki; do swego pokoju dostał się przez okno; zabrał karabin, nóż, ładownicę i ruszył do bramy. Psy pobiegły za nim, ale je odpędził. Stanąwszy nad rzeką, przedewszystkim ukląkł i napił się wody; potym siadł, ukrajał kawał chleba i jął z apetytem zajadać. Zdala dolatywało go znane, a tak mu miłe mamrotanie puszczy; obok monotonnie szemrała rzeczka, a z bocznych jarów płynęły drżące, wonią kwitnących jaśminów nasycone powiewy. Jurek jadł i rozmyślał nad tym, co się stało. Rozumie się: źle się stało!... Biedny Szymon!... Ale Hela... Niechaj wie, że nie wszystko z nim zrobić można... Z czasem to się utrze, ale teraz godność nie pozwala mu uczynić pierwszego kroku... Nie trzeba się płaszczyć... Kobiety nawet nie lubią zbytniej uległości... owszem, dobrze jest kiedyniekiedy pokazać im swoją przewagę! Był z siebie zadowolony, ale gdy już miał przejść po kamieniach na drugą stronę strumyka, raz jeszcze obejrzał się na domek, bielejący u stoku łysawego wzgórka. W oknie Heleny świeciło się wciąż jeszcze. Jurek stanął na głazie i patrzał; potym, niewiele myśląc, ruszył napowrót pod górę. Szedł szybko, pod koniec biegł prawie, ale nim stanął u furtki, światło zamigotało i zgasło. Doszedł do ganku, zapalił świecę, wyjął skrawek papieru i na stopniach schodów napisał ołówkiem: „Helu, przebacz, byłem zły i głupi!“ Kartkę wrzucił przez okno, uchyliwszy nieśmiało zasłony.
II.
Puszcza zaczynała się tuż za strumieniem. Potężna, spiętrzona jej masa odcinała się czarno na niebie, wysrebrzonym blaskiem wschodzącego księżyca. Na dole, w cieniu, monotonnie szumiał niewidzialny potok, a w gąszczu przeciągle nawoływały się małe sowy kaukaskie, w jednakowych odstępach czasu powtarzające sylabę: śpię! śpię! śpię! głosem cichym, śpiewnym, dziwnie tęskno rozpływającym się w powietrzu gorącym, pełnym upajających woni. Jurek szedł ze spuszczoną głową: słuchał i marzył. Zdawało mu się, że go ktoś woła z oddali, że widzi podmuchem wiatru nagle uchyloną firankę, a za nią biały pokoik, słabo oświetlony miesiącem, i ukochaną dziewczynę, spokojnie śpiącą z rękoma zarzuconemi pod głowę. — Śpij spokojnie! Bóg świadkiem, będę na ciebie patrzał, jak na święty obrazek. Przeszedł strumień, zdjął karabin i, nim nabój założył, obwiązał koniec lufy skrawkiem białego płótna — co jest rzeczą niezbędną przy strzelaniu w ciemności; następnie dotknął noża, poprawił chleb w zanadrzu i, pochyliwszy się nizko, znikł pod zwieszonemi nad ścieżką gałęziami leśnego podszycia. W jednej chwili objął go mrok nieprzenikniony; ale on, który tu znał każdy pień nieledwie, mógł iść choćby z zawiązanemi oczyma. Wyciągnąwszy rękę przed siebie, szybko a ostrożnie zaczął się wspinać pod górę. Przed nim leciały roje świętojańskich robaczków — to zapalały się, to gasły, to, zapadszy w krzaki, oświecały swym błękitnym, migocącym światełkiem brzeżki i płaszczyzny najbliższych liści. Resztę gęstwiny pokrywała gruba, jednolita płachta ciemności. Jurek nic nie widział, ale czuł ścieżkę pod stopami, a całym sobą odgadywał miejscowość. Mówiły mu o niej: natura gruntu, po którym stąpał, różnorodność dobiegających go dźwięków, fale powietrza, płynącego ku niemu, to zatęchłe, wilgotne, to znowu palące, lotne, a wonne i odurzające, jak kąpiel z wina i kwiatów. Idąc, wciąż odróżniał: parowy, skały, gąszcze azalji, jaśminów... Stąpał ostrożnie, starał się nie robić szelestu. Natomiast las dookoła gędźbiał, mruczał, szeptał i wzdychał, niby miljon par, układających się do snu; kiedyniekiedy w górze, ponad głowami, z głuchym łoskotem przetoczyła się dłuższa fala gwaru: to wiatr od morza wstrząsał konarami buków i dębów, rozległ się trzask łamanej gałęzi, zapiszczały wiewiórki, krzyknął ptak, beknął głucho rogacz... Wówczas Jurek stawał i nasłuchiwał; wprawne jego ucho umiało w tej powodzi szmerów rozróżnić oddzielne dźwięki, szeroko otwarte oczy zdawały się przenikać ciemności. Stał długo, chłonąc w siebie upajające powietrze puszczy, rozkoszując się czarowną jej muzyką. Zwolna ucichły niepokoje, sprzeczne myśli i sprzeczne uczucia, umilkła nawet miłość. Bór znowu do niego jak do brata przemówił, znów uczuł się cząstką, dziecięciem jego. Miał ochotę krzyknąć, jak orzeł, lub zaskowyczeć, jak ryś, jak szakal... Rzeźki, wesoły, ślizgał się po stromych zboczach, po gwałtownych skał, opierając się o chropowate pnie drzew, jak o starych przyjaciół, a jeśli poczuł przepaść w pobliżu, stawiał przed sobą kolbę karabina i szukał nią drogi. Tak idąc, stanął nareszcie w za głębieniu góry, gdzie podszycie lasu było rzadsze, a pnie drzew wznosiły się smukłe, niebotyczne, jak kolumny. Było też tu jaśniej i powietrzniej, niż w sąsiednich „chmereczach“. Światło księżyca, stojącego już nad niemi, przesiąkało przez otwory między konarami drzew; pnącze, bluszcz i wino zwieszały się z pod kopuły, niby ogromna sieć pajęczyny; srebrne smugi, strzałki i plamy miesiąca przekradały się z góry do wnętrza i kładły niewyraźne rysunki na pniach drzew, kędzierzawych czuprynach krzewów i wysokich łopiastych paprociach, zjawiały się niby nagle wykrzesane iskry na lufie karabina Jurka, na oprawie jego noża, gdy pochylony błądził w gaju, badając ziemię, obmacując ją palcami. Wreszcie znalazł, czego szukał, przysiadł i świecę zapalił. Na brudnym podłożu, usłanym zrudziałemi liśćmi, porosłym rzadką zielonością, wśród uschłych gałązek i gęsto rozsypanych jagód wiśniowych dojrzał ślady łap; ziemia była świeżo zdeptana, owoce pogniecione, a na jednym z pni rysowały się odciski potężnych pazurów. — Był tu wczoraj i pewnie przyjdzie dzisiaj, ale nie wcześniej niż o świcie! Ciekawa rzecz, czy dziki też tu przychodzą?! Myszkował więc dalej po gaju, czołgając się ze świecą w ręku, aż się przekonał, że prócz niedźwiedzia nikt tu już dawno nie bywał. Wtym zdało mu się, że jakiś krzyk rozległ się w dali; stanął więc i zaczął nasłuchiwać, ale ponieważ głos nie powtórzył się, zdmuchnął świecę i wrócił na stanowisko. Miał dużo czasu przed sobą; wziął więc kamień, przykrył go kapeluszem i podsunął sobie pod głowę; karabin położył obok i przymknął oczy. Zdrzemnął się, ale był to sen czujny myśliwego w lesie, tak czujny, że słyszał, jak rosa sączyła się z liści, jak z drzewa spadały przejrzałe wiśnie. Po jakimś czasie zerwał się i zaczął nasłuchiwać. Słyszał wyraźnie trzask łamanych gałęzi, któremu chwilami towarzyszył łoskot na dół toczących się kamieni. W przerwach dolatywał go lekki, charakterystyczny szelest, coraz bliższy i wyraźniejszy. Nie miał już wątpliwości, że to, co tam w ciemnościach się ruszało i za chwilę miało się znaleźć na strzał od niego — był niedźwiedź. Dziwił go tylko nie zwykły charakter kroków i prowadzenie się zwierza: aleć i niedźwiedzie mogą mieć swoje kaprysy! Odwiódł przeto kurek i czekał cierpliwie. Szelest tymczasem wciąż się zbliżał; zakołysały się nakoniec sąsiednie krzaki i ciemna postać wynurzyła się z głębi, to nachylała się, to podnosiła, ostrożnie posuwając się wzdłuż krawędzi gaju. — Poczuł mię — pomyślał Jurek i podniósł karabin. Błysnęło, rozległ się strzał, a jednocześnie z nim prawie straszny, przenikający krzyk. — Boże mój! co to? — wykrzyknął chłopak, zrywając się na równe nogi. Ani pomyślał o nabiciu broni i jednym skokiem rzucił się w gąszcz. Drżącą ręką zapalił świecę i za pierwszym rzutem oka zobaczył nogi w długich butach, zabłoconych, ale zgrabnych, następnie wynurzyła się z ciemności blada ręka, płócienna bluza i zielona puszka... Kolana się pod Jurkiem ugięły. — Zabiłem!... na śmierć zabiłem!... Chciał twarz zobaczyć, więc nachylił się, wziął za rękę i pociągnął; wówczas z okropnym ruchem ciało rozwinęło się i nawznak upadło. Jurek zobaczył jasną brodę i piękną zmartwiałą twarz. Krwi nigdzie nie mógł dostrzec. Dopiero, gdy przykląkł, by posłuchać, czy serce bije, i dłonią oparł się o ziemię, poczuł ciepłe, lepiące się błoto. Rana była w boku i krwawiła się strasznie, ale serce bić nie przestało, a nawet i przytomność wracała: nieznajomy poruszył ustami. Jurek nabrał otuchy. Żwawo rozniecił ogień, z zielonej puszki wyrzucił rośliny i owady i zbiegł z nią na dół po wodę. Gdy wrócił, raniony już nawpół siedział, oparty na ręku, zamglonemi oczyma zapatrzony w ognisko. Uśmiechnął się blado, ujrzawszy go przybywającego z wodą. — A to mię pan uczęstował... — odezwał się po rosyjsku. — Dla czego pan nie świstał? — gniewnie zapytał Jurek. Nieznajomy uśmiechnął się znowu. — Nie przyszło mi do głowy... Z początku krzyczałem, ale potym dałem pokój, gdyż lękałem się, że mię pan weźmie za zbója i ucieknie... Niedobrze mi... wody... Jurek podtrzymał go, dał się napić i w twarz wodą bryznął. — Tu... niedaleko — z trudem mówił dalej ranny — moje obozowisko... tam wszystko... Papiery odeślij matce... napisz... tam znajdziesz... Niedobrze... ciemno... a szkoda!... — Co znowu! Żyć pan będziesz — mówił Jurek, zręcznie obnażając bok, by obejrzeć ranę przy świetle ogniska. — Szkaradna dziura, ale niebezpieczeństwa niema. Kula zsunęła się po żebrach i wyszła... Ma pan jednak szczęście... Bez żartów!... Bo jak się to stać mogło?... Użyłem chyba zleżałego patronu... Tymczasem zakleimy ranę chlebem, a ja zaraz przyniosę z domu nosze... Możeby pan co zjadł?... Ranny nic nie odpowiedział, tylko oczy przymknął i cicho jęczał. Jurek przerażony szybko urządził mu posłanie z liści i świeżych gałązek; obok posłania postawił puszkę pełną wody; położył chleb, zapałki; na ogień przyrzucił drew; rannego otulił kurtką, którą zdjął z siebie, i prawie nieprzytomny z trwogi puścił się pędem do domu. Na niebie już świtało. Różowe strzałki zorzy barwiły czuby drzew i szczyty skał. Siwe mgły się na zboczach i staczały w dół jarami. Dzień pogodny, śliczny wychylał się z obsłonek nocy, jak świeżo rozkwitły pąk róży. Jurek zbiegał chyżo z góry, a pot kroplisty spływał mu z czoła.
III.
— Ciociu, on mówi po polsku!... doprawdy, ciociu, mówi po polsku!... Chory ocknął się, ale oczu nie otwierał: on także słyszał, że mówią po polsku, ale zdawało mu się, że to jakieś marzenie nie z tego już świata... Niby iskry lecącego pociągu, migotały przed nim niewyraźne obrazy, zmieszane z dźwiękami pół-słów, pół-myśli... Zachód słońca... ciemności nocy... a w ciemnościach jak motyl pływająca miedziana głowa, oświecona płomieniem palącej się świecy... I znowu ciemno!... I znowu zjawia się głowa z zieloną puszką w ręku... drzewa kołyszą się... Coś go uciska... coś, co mu oddychać przeszkadza... A słodki jakiś głos szepcze nad nim: — Ciociu, krew wciąż płynie!... — Arniką, arniką przemyć trzeba, dziecko moje... — Kiedy on śpi, ciociu!... Ale on spać nie może, coś go drażni... Aha! pewnie mateczka go budzi: „Wstawaj, Stasiu! już wybiła dziewiąta!...“ Co? już dziewiąta!... Ach, czemuż pozwoliłaś spać tak długo!... — „Wczoraj długo czuwałeś, Stasiu...“ Marzenia rozwiewa lekkie, zimne dotknięcie, towarzyszy piekący ból w boku. Chory otwiera oczy. — Co to? Co się stało?... Widzi się w pokoiku, napełnionym ogromną jasnością, u okna zawieszone białe firanki, z poza nich przegląda błękit nieba, zalany słońcem, a tuż przy jego łóżku stoi śliczna dziewczyna z modremi oczyma. Chory pośpiesznie przymknął powieki. Umarł więc... jest już na tamtym świecie... gdyż pamięta doskonale, że został zabity w lasach Kaukazu... Ha! więc mimo wszelkie rozumowanie istnieje świat pozagrobowy... a do tego wcale ładny!... Co większa, on sam wygrał na tej nagłej śmierci, gdyż widocznie nie dostał się do piekła... Może to czyściec?... Oczu otworzyć nie może, choć pragnie spojrzeć... Napewno czyściec!... Kiedy patrzał w okno, najwyraźniej widział dużą, czarną plamę... Zaczyna mu się mieszać w głowie, zmącone myśli nie układają się w obrazy. I znowu słyszy słodki głos, wymawiający szeptem: — Ciociu, ja się boję: on umrze!... Jaki blady!... — Niech Bóg uchowa, bo Jurek miałby straszny kłopot. — Ciociu, nie rusza się wcale, nawet jęczeć przestał... A tu felczera nie widać!... — Na kogo tam psy szczekają? Zobacz, może to on... — Nie, to Jurek wraca z pola!... Chory w tej chwili odzyskuje przytomność, podnosi powieki i oko w oko spotyka się ze spojrzeniem pochylonej nad nim dziewczyny. Ona cofa się szybko, jego ogarnia zmieszanie. — Proszę wybaczyć... — mówi z uśmiechem głosem tak cichym, że ledwie dosłyszeć go można. — Gdzie ja jestem?... Czarna plama u okna obraca się ku niemu i mówi, poruszając szybko drutami: — Jesteś pan u nas, u wdowy po byłym urzędniku Banku Polskiego... Strasiewiczu... Z kim mam honor?... Chory zamyśla się, oczyma szuka czegoś... Znowu ogarnia go noc... skacze przed nim miedziana głowa ze świecą... szumi bór... a nad borem leci anioł...
— Więc pan mówi, że trzeba położyć bandaż?... — Bandaż zawsze kładą, jeżeli żebro złamane... — Ale pan niekoniecznie przypuszcza, że jest złamane? Stwardnienie może pochodzić od uderzenia... — Prawda... Jednak kula, uderzając, mogła złamać żebro... ale mogła i nie złamać... choć zwykle łamie... — Widzę, że pan nic nie wie... Trzeba będzie posłać po Ormianina, Sembata — rozlega się głos pani Strasiewiczowej. — Proszę pani, jestem na przyrodzie, nie na medycynie, a przyjechałem tylko dla tego, że pan Szymon bardzo nalegał... — Cóż miałem robić? Doktór nie chciał jechać, felczer konno jeździć nie umie... Mówią, że nie mają obowiązku... Rozmawiali po rosyjsku. Chory słuchał i nie rozumiał, co się z nim działo. Otaczały go głosy męskie, dotykały go palce grube i szorstkie... Więc cóż się stało z Polakami?... Otworzył oczy i zobaczył twarze ogorzałe, spojrzenia obojętne i jedyną przychylną twarz pani Strasiewiczowej w obramowaniu czarnej koronki. Anioła nie było... — Otworzył oczy. — Przychodzi do siebie... — zaczęli szeptać zebrani. — Gdzie papier?... Dajcie mu wina!... Napij się pan i napisz ot tu, żeś został zabity niechcący... — nalegająco odzywa się do niego jeden z obecnych. — Daj pokój, Szymku, będzie zdrów! — powstrzymuje go Jurek. — Nic nie szkodzi... Niech pisze zaraz... na wszelki wypadek. Tymczasem oczy chorego uporczywie szukają czegoś; twarz jego rozjaśnia się nareszcie: we drzwiach ujrzał stojącego anioła. Błękitne oczy patrzały nań prosząco i ze łzami. Wziął ołówek i z wysiłkiem napisał: „Zostałem zabity niechcący. Stanisław Wichlicki“. Głowa mu opadła na poduszki i znowu pogrążył się w ciemnościach. — Stracił bardzo dużo krwi! — Potrzeba mu spokoju, przedewszystkim spokoju! Tegosamego był zdania i Ormianin Sembat. Kazał przykładać jakieś zioła, które miały „wyciągnąć gorączkę“ z rany. — Żebro jest... zła krew, mało — mało ... Wszystko jak będzie, tak trzeba. Sembat takie słowo powiedział. Niech śpi! niech ma spokój!... Sembat jeszcze przyjdzie, choć Sembat nie skończył kukurydza — objaśnił na odchodnym, podrzucając na dłoni otrzymane pieniądze. Po jego odejściu zaszła sprzeczka pomiędzy panią Strasiewiczową a studentem z przyrody. — Wolno nie ufać temu, kto nie znalazł żebra! — mówiła staruszka. — Mówiłem, że nie jestem medykiem. Pani myśli, że to łatwo żebro poznać. Pani Strasiewiczowa odwróciła się majestatycznie. — Znałam owczarza, u którego leczyli się książęta... Mnie samą opuścili raz lekarze, a wyleczył prosty chłop... — To niczego nie dowodzi!... Nauka... — Owszem, dowodzi!... A co do nauki... dość mam nauk po nieboszczyku mężu. — Ten szarlatan zabije wam chorego! Jakieś średniowieczne zabobony! Radzę stanowczo zimne okłady. Wstyd, żeby w XIX wieku ludzie ucywilizowani wierzyli w gusła... I wy wierzycie, że on „takie słowo“ powiedział?!... — dowodził z oburzeniem student, zwracając się do Szymona. Szymon go poparł. — Ty tak zawsze, aby się mnie sprzeciwić — mówiła z gniewem pani Strasiewiczowa. — Możecie mu przykładać, co chcecie, ja umywam ręce... Ale pamiętaj, Szymku, że jak umrze, to będzie twoja wina. — A mama już kontenta, że z Jurka zwalić na mnie może! Justyna tymczasem, korzystając, że z powodu sprzeczki nikt na nią nie zwracał uwagi, wysunęła się nieznacznie za Sembatem i mówiła długo z nim na stronie. W czasie tej rozmowy Ormianin mrużył oczy, drapał się w brodę, wreszcie kiwnął głową i odszedł. Przeszło dni kilka. Chory spał ciągle, budziło go tylko pragnienie. Gdy był już w stanie zebrać myśli, zapytał zaraz: — A przewodnik mój?... rzeczy?... — Są już. Przewodnik sam przyszedł, a rzeczy przywieźliśmy. Wszystko jest w całości. Bądź pan spokojny — rzekł Szymon, który wszedł był właśnie do pokoju chorego. Jakby na potwierdzenie słów jego, w uchylonych drzwiach ukazała się ciemna, brodata twarz poczciwego Selima. — Bismillah! żyjesz!... Żyj, a wszystko będzie! Po kilku dniach gorączka prawie ustała, nabrzmiałość dokoła rany zmniejszyła się, chory przestał w nocy bredzić. Był tylko dziwnie niespokojny: wciąż siadał na posłaniu, czegoś szukał, odzież wychudłemi rękoma przerzucał, ale zapytany nie odpowiadał i pokornie kładł się znowu na poduszki. — Aby tylko nie zwarjował! — wzdychała pani Strasiewiczowa. — Co też ciocia mówi!... — To się zdarza. Pamiętam, u nas w domu pan Wilczyński, który był raniony w głowę. — Ależ on raniony w bok. — Proszę cię, nie przerywaj... Zawsze starasz się zbić mię z tropu... Helena umilkła; szyjąc, słuchała cierpliwie długiej historji o panu Wilczyńskim, a chwilami spoglądała na chorego, jak gdyby w obawie spełnienia się na nim groźnych przepowiedni; ale on leżał cichutko i wcale nie był podobny do pana Wilczyńskiego. Z dniem każdym polepszenie stawało się widoczniejszym: chory robił się coraz weselszy, uśmiechał się i dziękował. W domu tymczasem życie wracało powoli do zwykłego trybu. Wichlicki nauczył się prędko rozumieć różne jego szmery i głosy. Budził się zazwyczaj pierwszy, kiedy w domu panowała jeszcze cisza i wszyscy spali. Z łóżka swego widział przez otwarte okno niebo, płonące od wschodzącego słońca, górskie szczyty, w mgłę i cienie spowite, i rozmyślał nad niezwykłemi wydarzeniami ostatnich czasów, o owej nocy, kiedy śmierć tak blizko zajrzała mu w oczy, gdy myślał, że wszystko stracone; i o tej chwili cudownego przebudzenia w pokoiku schludnym, pełnym słońca, na miękkiej, czystej pościeli, gdzie o uszy jego obijała się mowa polska, a przy łóżku stała złotowłosa, polska dziewczyna... I ta staruszka taka zabawna... i ci jej synowie, jak wilki leśne... i tajemnicza Justyna, która także zresztą miewała czasem uśmiech dla niego... A w obejściu wszystkich, w zwyczajach domu takie jakieś dziwne przypomnienie kraju rodzinnego, łagodność, grzeczność, uprzejmość... Więc choć przez otwarte okno obca strona zaglądała do wnętrza, pokoik, w którym leżał, zdawał mu się zupełnie podobny do tych, które widywał na wsi... Musiało to być mieszkanie tej złotowłosej dziewczyny: okno przysłonione było białemi, muślinowemi firankami; na ścianie wisiała półka z książkami, drzeworyt w drewnianej ramie; w kącie stał mały kuferek, pokryty kilimkiem, przy łóżku stolik, a na nim bukiet z róż; nad stolikiem wisiało nieduże lusterko, a w głowach nad łóżkiem mały krucyfiks hebanowy, otoczony wiązanką zasuszonych gałązek cyprysu. Po niebie i wzgórzach złociste tymczasem rozlewały się smugi. Pokoik napełniał się różowym blaskiem. W domu budziło się życie: w kuchni zaczynało się brząkanie naczyń, w podwórzu — skrzypienie wrót, ryk bydła, echo stłumionych rozmów i bosych nóg na ścieżce — to szły dziewczęta i krowy. Z każdą chwilą, w miarę, jak przybywało światła, mnożyły się objawy ruchu i życia ludzkiego: rozlegały się uderzenia siekiery, brzęk żelastwa, krzyżowały się energiczne wykrzykniki mężczyzn. — Jurek! gdzie świder? gdzie młotek?... Niech djabli porwą, nic znaleźć nie można!... — Pewnie w pokoju na stole! — Hej! Bysiu! Kse! Abastuman! Srokacz!... Stójże, przeklęty!... A w chwilę potym, ciężko sapiąc, kołysząc się na grubych nogach i racicami głośno stukając o twardą ziemię, szły woły, ciągnąc w tumanach kurzawy skrzypiący pług za sobą. Stanisław leżał z oczyma utkwionemi w okno i czekał cierpliwie: wiedział, że za małą chwilkę ujrzy je znowu na drugim zawrocie pagórka, nad przepaścią, wypełnioną różowym blaskiem. Przodem, w białej koszuli, postępował zazwyczaj Jurek z gałązką w ręku, prowadząc woły czarne, lśniące, którym od pyska zwieszały się cienkie sople śliny; za niemi, za rękojeść podtrzymując pług drewniany, szedł Szymon. Świeże, dopiero co rozpalone blaski poranku złociły ich postacie, a witały ich chóry ptaków, rozśpiewanych w puszczy. W domu potym jeszcze chwilę jakąś było cicho; czasem tylko pies ziewnął pod oknem lub zabłąkana pszczoła z brzękiem siadła na różach, aż znowu na ścieżce rozlegały się kroki, w kuchni zaczynały dzwonić naczynia, słychać było śmiech, odzywały się głosy kobiece. Nakoniec otwierano ostrożnie drzwi jego pokoju i srebrny głosik zapytywał: — Pan już nie śpi! Zaraz więc zrobię opatrunek. I z białą miednicą, pełną wody, z białym ręcznikiem, przewieszonym przez ramię, wchodziła Helena, jasna i różowa, jak sam poranek. W pierwszych chwilach oboje przy tej operacji bywali widocznie zmieszani: on wstydził się swojej bezradności i obnażonego ciała, ją mieszało jego zakłopotanie. Zdejmowała opaski, zmieniała opatrunek: wszystko to robiła szybko i zręcznie; potym stawiała miednicę z wodą na krześle przy łóżku i odchodziła, a po jej odejściu zjawiał się Selim i pomagał swemu panu w rannej tualecie. Zaraz potym przynoszono śniadanie: herbatę, chleb, masło i jaja na miękko. Selim usługiwał, ale młoda gosposia zaglądała co chwila, obrzucając ich jasnym, spokojnym spojrzeniem. Stanisław tak wkońcu przywykł do tego spojrzenia, że tęsknił, jeśli go długo nie widział. Po śniadaniu przychodziła pani Strasiewiczowa, która, ile mogła, wysiadywała z robotą w jego pokoju, i zaczynała się rozmowa. — Dzień dobry panu! Jakże się spało?... — Bardzo dobrze, dziękuję pani. — Nie męcz się pan, nie ruszaj! a przedewszystkim nic nie mów... Wypadek pana to prawdziwa łaska Opatrzności dla Heli... Dziewczyna miała już wprawdzie trochę praktyki, gdy w zeszłym roku biednego Jurka dzik poszarpał... Och, co ten chłopak, to z pewnością swoją śmiercią nie umrze... Mam przeczucie... — Dla czegóż pani pozwala? — Mój panie, pan myśli, że oni mię słuchają? Od kolebki każde tak robi, jak mu się podoba... zawsze na swoim postawi... Ale nie po mnie odziedziczyli ten upór. Ojciec ich także zawsze robił, co chciał; ze mną się nigdy nie zgadzał... A jednak ja tak się starałam, bo usposobienie mam łagodne... odgadywać starałam się! Niekiedy zdawało mi się, że wiem, co myśli... tymczasem zawsze było co innego... Szymek taki sam, jak on... Gdybym była mądrzejsza, to już wówczas, kiedy nieboszczyk mój mąż leżał u nas chory, mogłam się była poznać na nim... Zabraniam mu naprzykład mówić dla jego dobra, żeby prędzej wyzdrowiał, i nie odzywam się sama... To mię za byle co po rękach całuje... Stało się więc, jak chciał: zostałam jego żoną i poszłam za nim na kraj świata, choć wszyscy moi byli temu przeciwni... Miał on wolę... i przez tę wolę zatruł sobie los... Jabym tylko chciała, aby naszym dzieciom było dobrze... Umarł i zostawił nas w takim położeniu, że ani rusz... ani naprzód, ani wtył!... A przedtym cośmy się nacierpieli, tego piórem nie opisać! Staruszka, wpadszy na ten temat, mogła nigdy nie skończyć opowiadania o swoich nieszczęściach i przygodach życiowych, a że to powtarzało się dość często, Stanisław słuchał coraz mniej uważnie, a zato coraz pilniej wpatrywał się w Helenę, pochyloną nad robotą, i... wcale się nie nudził: miał przed oczyma taki piękny owal twarzy, taką złotą główkę, takie świeże usta! Aż razu jednego, kiedy pani Strasiewiczowa, znużona gorącem, usnęła w fotelu, Wichlicki zapytał nagle Heleny: — Panno Heleno, pani nie jest córką pani Strasiewiczowej? — Nie. — Nie jest pani krewną nawet? — Nie. Mój ojciec był z panem Strasiewiczem na Syberji. Matki nie pamiętam. Wyjeżdżając z Syberji, państwo Strasiewiczowie zabrali mię z sobą. — Wprost stamtąd przyjechaliście tutaj? — Nie. Jakiś czas mieszkaliśmy w Rosji. — Ale kraju nikt z państwa nie zna? Ani pani, ani pan Szymon, ani pan Jerzy? — Nie. — I nikt z was go nie zobaczy!... nie pragnie zobaczyć!... — poprawił się. — Owszem! — odparła żywo. — Pani Strasiewiczowa ciągle się tam wybiera; utrzymuje jednak, że trzeba naprzód zebrać trochę pieniędzy. Pani Strasiewiczowa mówi, że ojczyznę mieć może ten tylko, kto ma pieniądze. — Pani Strasiewiczowa przesadza, ale ma też trochę racji... — odrzekł Stanisław i zamyślił się. — Dla czego pan czasem taki smutny? — zapytała go po chwili dziewczyna. — Wszyscy my trochę tacy... „okuci w powiciu“. — Ale pan pewnie miał „choć jedną wiosnę w życiu?“ — dodała, uśmiechając się smutno. — Pani zna ten wiersz? — Całą prawie książkę umiem na pamięć! — Nie znalazłem tej książki wśród tych tu oto — i wskazał półkę, gdzie leżało kilkanaście podartych i zniszczonych tomów. — Nie, bo tamta schowana w kuferku. To moja pamiątka po ojcu... Mam jeszcze drugą, kupił mi ją Szymon na targu... Zaczyna się tak: A czy znasz ty, bracie młody... Tytułu nie wiem, bo pierwsza kartka wydarta. Pan wie, czyja to książka?... — Tak. To utwór Wincentego Pola. — Pan pewno dużo książek w swoim życiu przeczytał, pan miał sposobność i czas... — A pani dużo czyta? — Bardzo mało. Czasami w święto. Za życia pana Strasiewicza książek było więcej, bo on je sprowadzał; teraz dostajemy je tylko wypadkiem, a te które są w domu — przeczytane. — Czyż młodzi Strasiewiczowie wcale nie czytają? — Tylko Szymon... zresztą bardzo rzadko. Zawsze ogromnie są zmęczeni. W święto wysypiają się, a w powszedni dzień — robota. Ojciec ich pracował także po całych dniach. Toż tu, panie, była puszcza, kiedyśmy przybyli, las niebotyczny. Starszy pan Strasiewicz kupił ziemię. W mieście nie chciał mieszkać, bo przyzwyczaił się do roli. Pan Strasiewicz bardzo lubił rolnictwo; mówił, że rolnik zależy tylko od Pana Boga... Takie było jego przekonanie... Ach, jak jabym chciała mieć przekonanie! Coś tak gorąco pokochać całą duszą, jak pan Strasiewicz rolnictwo!... A pan czy ma przekonanie? — Ba! Alboż to tak łatwo! Na to trzeba posiadać jeszcze więcej pieniędzy, niż żeby mieć ojczyznę! Helena umilkła. Nakoniec podniosła oczy i spytała niezwykle poważnie: — Dla czego pan zawsze tylko pyta, a nigdy nic o sobie nie powie? Czy pan ma jaką tajemnicę? — Mam i chciałbym się zwierzyć komu... Ale od czego zacząć? od początku, czy od końca? od dziś, czy od wczoraj?... Właściwie początek mój... jeszcze w przyszłości... — Pan zawsze tylko żartuje. — Lepiej to, niż płakać! — Pan nie ma nikogo? — Mam matkę... — Co to?... Zasnęłam trochę!... więc pan ma matkę!... Słucham, słucham, proszę mówić dalej... Nie przerywać... Co za nieznośne gorąco!... Helu, przynieś mi trochę wody z sokiem! — rzekła pani Strasiewiczowa, ocierając spoconą twarz. — A więc pan... miał... matkę — przeciągała słowa, zbierając na druty pospuszczane oczka pończochy. — Mam, pani, poprawił ją Wichlicki, ale nie śpieszył się z odpowiedzią, gdyż Heleny nie było w pokoju. — Lubię pana, gdyż z panem łatwo się zgodzić... Więc cóż?... Miał pan matkę... W tej chwili dziewczyna ukazała się na progu. — Miałem matkę — odrzekł Stanisław — ale nie miałem pieniędzy... — Tak bywa zwykle. — Musiałem szukać zajęcia... Skończyłem przyrodę... — Otóż to właśnie! Dla czego nie medycynę?... Ten dudek z przyrody nie umiał nawet znaleźć u pana żebra... A jeszcze kłócił się ze mną... — Lubiłem naukę. Ale nauka czysta nie ma u nas powodzenia. Jest to dla nas zbytek, na który jesteśmy za ubodzy. — Wszyscy to mówią, wszyscy... — kiwała głową staruszka. — Zwróciłem się z moim towarem gdzieindziej... Po wielu staraniach znalazłem ludzi, którzy kazali mi robić odkrycia na polach... pod śniegami, tam, gdzie inni dojść nie chcą lub nie mogą. , że znajdę tam wiele rzeczy ciekawych, a może nawet wkońcu coś odkryję. — Jak to? więc pan tam iść zamierza?... i teraz nawet? — spytała Helena. — Choćbym nie chciał, muszę!... Ale ja chcę — odpowiedział i zamyślił się. — Hm, wyznam szczerze, nicby mię do tego nie zmusiło: nie poszłabym i basta! Życie tracić dla pieniędzy! — rzekła staruszka. — Wszyscy tracimy i na każdym miejscu po trochu życie! W tej chwili Justyna odwołała Helenę, gdyż trzeba było nakrywać do stołu, Szymon i Jurek ukazali się w progu. — Jakże zdrowie? — spytał Szymon — poprawia się panu? — Dziękuję. Lepiej mi. A panowie, co robicie? — Zaczynamy kosić. — A gdzie Selim? Dawno go nie widziałem. — Poczciwe Czerkiesisko pomaga nam. On panu potrzebny? — Tak, chciałem go posłać z listami do miasta. — To już chyba... w niedzielę! Bo potrzebny nam jutro.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Risztau.
