Front matter
MIARKA ZA MIARKĘ.
Przekład
JANA KASPROWICZA.
całość
f|style=max-width:450px|align=justify|
MIARKA ZA MIARKĘ.
Przekład
JANA KASPROWICZA.
.
WlNCENCYO, książę wiedeński. ANGELO, namiestnik w nieobecności księcia. ESKALUS, stary pan, pomocnik Angela w namiestnictwie KLAUDYO, młody szlachcic. LUCYO, dziwak. DWAJ INNI, podobni mu szlachcice. WARRING, szlachcic, sługa księcia. PROFOS.
TOMASZ | mnisi.
PIOTR
ŁOKIEĆ, głupkowaty sługa policyjny. PIANKA, głupkowaty szlachcic. BŁAZEN, służący p. Przepędzonej. ABHORSON, kat. BERNARDYN, rozpustny więzień. IZABELLA, siostra Klaudya. MARYANA, narzeczona Angela. JULIA, kochanka Klaudya. FRANCISZKA, zakonnica. P. PRZEPĘDZONA, rajfurka.
Panowie, szlachta, straż, oficerowie, służba.
Rzecz dzieje się w Wiedniu.
AKT PIERWSZY.
SCENA PIERWSZA.
Komnata w pałacu Księcia.
Wchodzi KSIĄŻĘ, ESKALUS i panowie.
Książę. Eskalus. Eskalus. Panie! Książę. Chcieć wam rozwijać istotę rządzenia Znaczy, że w pustych lubuję się słowach, Gdyż świadom jestem, że wasza w tem wiedza Przekracza wszelkich wskazówek granicę, Jakich ma zdolność udzielić wam może. Jedno wam tylko zostaje: połączyć Uczciwość swoją ze swoim talentem I dać im działać. Wszak natury ludu I wszystkich grodu naszego urządzeń I praw wszelakich taką posiadacie Świetną znajomość, jaką nie umiały Wzbogacić dotąd sztuka ni praktyka Żadnego z znanych mi mężów. Tu oto Nasze zlecenie, od którego raczcie Nie odstępować. Więc każcie Angela Przywołać tutaj. A jakżeż myślicie, Będzie on naszą przedstawiał osobę? Bo trza wam wiedzieć, że go z szczególniejszym Wyznaczyliśmy namysłem, by nasze Wypełnił miejsce w naszą nieobecność; Żeśmy go w postrach odziali i łaskę, Że namiestnictwu jego poruczamy
Wszystkie czynności naszej władzy. Cóż wy O tem sądzicie? Eskalus. Jeżeli we Wiedniu Jest jaki człowiek, godzien tych zaszczytów I takiej łaski, to chyba Angelo.
(Wchodzi Angelo).
Książę. Właśnie przychodzi. Angelo. Waszej Łaskawości Zawsze posłuszny, spieszę po zlecenia. Książę. Jest pewien rodzaj pisma w twojem życiu, Które widzowi objawia wyraźnie Całe twe dzieje. Ty i twe przymioty Nie swoją tylko jesteście własnością, Byś się roztrwaniał dla swych cnót, a one Trwonił jedynie dla siebie. Niebiosa Robią li z nami to, co my z pochodnią: Nie świeci ona dla siebie: i nasze Cnoty jeżeli na jaw nie wychodzą, To tak, jak gdyby ich nie było. Duchy Na to swe piękne otrzymały znamię, Aby spełniały piękny cel. Natura Nie wypożyczy z swej doskonałości Ani drobinki, aby nie żądała Ta gospodarna bogini od wszystkich Swoich dłużników dzięki i procentów: Ale swe słowa zwracam do człowieka, Coby mnie raczej mógł pouczyć. Przeto Weź to, Angelo!
(Daje mu pełnomocnictwo).
W nieobecności mojej bądź mną samym; Niechaj we Wiedniu śmierć i przebaczenie Goszczą li w sercu twem i na twej wardze. Stary Eskalus, choć pierwszy wybrany, Twym jest podwładnym. Masz pełnomocnictwo. Angelo. Racz ten mój metal lepiej wypróbować, Dobry mój książę, nim wyciśniesz na nim Tak wielki obraz. Książę. Bez dalszych wybiegów. Długiej rozwadze poddaliśmy wybór,
Co was wyróżnił. Przyjmijcie więc zaszczyt. Taki jest pospiech naszego odjazdu, Że nie pozwala mi nawet rozstrzygać Spraw wielkiej wagi. Napiszemy do was, Jeśli warunki i czas nie przeszkodzą, Jak nam się dzieje, tak samo pragniemy Zasłyszeć wieści i o was. Żegnajcie: A szczęśliwego życzę wam spełnienia Naszych poleceń. Angelo. Lecz pozwólcie, książę, Byśmy wam mogli towarzyszyć chociaż Jakąś część drogi. Książę. Pospiech nie dozwala; Ale, na honor, niechaj was nie trapi Żadna wątpliwość, wasza władza moją; Więc obostrzajcie lub łagodźcie prawa Według uznania. Podajcie mi rękę; Pragnę odjechać potajemnie; kocham Lud swój, atoli nie chcę jego oczom Czynić ze siebie widowiska. Głośne Jego oklaski, natarczywe krzyki, Choć w dobrej chęci, nie są mi do smaku. Nie widzę także rozumu w człowieku, Który to lubi. Jeszcze raz: żegnajcie! Angelo. Niebo tym waszym niech sprzyja zamysłom. Eskalus. Niech was prowadzi i szczęsny da powrót! Książę. Dzięki. — Żegnajcie.
(Odchodzi).
Eskalus. Proszę was, panie, pozwólcie swobodnie Pomówić z sobą. Zależy mi na tem, Ażebym nawskróś poznał swe zadanie. Mam wprawdzie władzę, lecz jakiej jest mocy, Jakiej natury, tego dotąd nie wiem. Angelo. To samo ze mną. Odejdźmy stąd razem. A ku naszemu wnet zadowoleniu Zbadamy sprawę. Eskalus. Słucham waszej łaski.
SCENA. DRUGA.
Ulica.
Wchodzi LUCYO i DWAJ SZLACHCICE.
Lucyo. Jeśli książę i inni książęta nie pogodzą się z królem węgierskim, to wszyscy książęta rzucą się na króla. Pierwszy szlachcic. Oby nam niebo dało swój pokój, ale nie pokój króla węgierskiego. Drugi szlachcic. Amen. Lucyo. Kończysz, jak ów świętobliwy korsarz, który z dziesięciorgiem przykazań udał się na okręt ale jedno wyskrobał z tablicy. Drugi szlachcic. Nie kradnij? Lucyo. Tak jest! to właśnie wyskrobał. Pierwszy szlachcic. To takie było przykazanie, które kapitanowi i jego czeredzie przykazywało wyrzec się własnego rzemiosła: boć wypłynęli na to, żeby kraść. Śród nas, żołnierzy, nie ma ani jednego, któryby, odmawiając modlitwę przedobiedną, smakował w prośbie, błagającej o pokój. Drugi szlachcic. Nie słyszałem ani jednego żołnierza, któremuby się taka prośba podobała. Lucyo. Wierzę, bo, zdaje mi się, sam nigdy tam nie byłeś, gdzie Pana Boga błagają o łaskę. Drugi szlachcic. Nigdy? Co najmniej tuzin razy. Pierwszy szlachcic. A na jaką nutę? Lucyo. Na jaką chcesz i we wszystkich językach. Pierwszy szlachcic. A zapewne także i we wszystkich religiach. Lucyo. Dla czegóżby nie? Łaska jest łaską, na przekór wszelkim dysputom, tak jak ty wierutnym jesteś łotrem mimo wszelkiej łaski. Pierwszy szlachcic. I owszem! Jedne nas strzygły nożyce. Lucyo. Tak jest, jak krajkę i aksamit. Ty jesteś krajką. Pierwszy szlachcic. A ty aksamitem; aksamitem postrzyżonym trzykrotnie. Wolę być krajką z kawała angielskiego włosiatego szaraczku, aniżeli aksamitem, postrzyżonym francuskiemi nożycami. A co? dobrze ci dogryzam. Lucyo. I owszem i owszem, widać dobrze cię przegryzło, zanim doszedłeś do takiej wprawy w odgryzaniu. Twoje własne zeznanie uczy mnie, jak pić twe zdrowie: dopóki żyję, pamiętać będę zawsze, ażeby nigdy nie pić po tobie. Pierwszy szlachcic. Zdaje mi się, że sam sobie zaszkodziłem, czy nie? Drugi szlachcic. Tak jest, zaszkodziłeś sobie bez względu na to, czyś się zaraził, czy wyszedłeś cało. Lucyo. Patrzcie! patrzcie! Idzie pani Uśmierzycka. Nabawiłem się pod jej dachem tyle chorób, że mi wypadają — Drugi szlachcic. Na ile, proszę? Pierwszy szlachcic. Zgadnijcie. Drugi szlachcic. Na trzy tysiące talarów rocznie. Pierwszy szlachcic. Ej! i więcej. Lucyo. Francuską koronę w dodatku. Pierwszy szlachcic. Wyobrażasz sobie we mnie same tylko choroby; ale mylisz się, jak najzupełniej czerstwy ze mnie człowiek. Lucyo. I owszem; ale to nie to samo, co zdrowy: jesteś czerstwy, to znaczy wyschły: Kości twoje wyschły; bezbożność biesiadowała na tobie.
(Wchodzi Rajfurka).
Pierwszy szlachcic. A! witajcie! A w którem biodrze głębsza scyatyka. Rajfurka. No, no... Aresztowali właśnie i zaprowadzili do więzienia człowieka, który był pięć tysięcy razy więcej wart od was wszystkich. Pierwszy szlachcic. A kogo to? proszę cie, powiedz. Rajfurka. A kogo by tam? Klaudya! pana Klaudya. Pierwszy szlachcic. Klaudyo w więzieniu? To być nie może. Rajfurka. I owszem; ale ja wiem, że tak jest. Widziałam, jak go aresztowali; widziałam, jak go odprowadzali; a co więcej! w trzech dniach mają mu uciąć głowę. Lucyo. A pomimo wszystkich tych błazeństw, byłoby mi jednak żal, gdyby się tak stało. Jesteście tego pewną? Rajfurka. Jestem tego aż nazbyt pewną: i to za to, że panna Julietta zaszła przez niego w ciążę. Lucyo. Wierzajcie mi, to być nie może, obiecał, że się ze mną spotka za dwie godziny; a w dotrzymywaniu obietnic zawsze był akuratny. Drugi szlachcic. Prócz tego, jak wiecie, zgadza się to z tem wszystkiem, o czem mówiliśmy przed chwilą. Pierwszy szlachcic. A przedewszystkiem zgadza się to z obwieszczeniem. Lucyo. Chodźmy dowiedzieć się prawdy.
(Wychodzi Lucyo i szlachcice).
Rajfurka. Tak więc trochę przez wojnę, trochę przez potnicę, trochę przez szubienicę a trochę przez ubóstwo tracę swoich gości.
(Wchodzi błazen).
Cóż tam? Jakie masz nowiny? Błazen. Poprowadzili tam człowieka do więzienia. Rajfurka. A cóż on takiego zrobił? Błazen. Kobietę. Rajfurka. Ale co zawinił. Błazen. Łowił pstrągi w cudzej rzece. Rajfurka. A więc pannie zrobił dziecko? Błazen. Nie! tylko z panny zrobił panię; nie słyszeliście o obwieszczeniu? czyście słyszeli? Rajfurka. O jakiem obwieszczeniu, człowieku? Błazen. Wszystkie domy na przedmieściach właśnie mają być zburzone. Rajfurka. A cóż się stanie z domami w mieście? Błazen. Mają zostać na zasiew, i te byliby znieśli, gdyby nie pewien rozumny obywatel, który się wstawił za nimi. Rajfurka. Czy mają być zniszczone wszystkie przedmiejskie nasze domy schadzek? Błazen. Zrównane z ziemią, mościa pani. Rajfurka. To się nazywa zmiana w Rzeczypospolitej, prawdziwie! cóż się stanie ze mną? Błazen. Nie bójcie się; dobrym doradzcom nie zbywa na klientach: choć zmienicie miejsce, to nie potrzebujecie jeszcze zmieniać zawodu, a ja zawsze pozostanę u was czopowym. Odwagi; zmiłują się nad wami ludzie; was, coście prawie oczy stracili na służbie publicznej, was już tam jakoś uwzględnią. Rajfurka. Cóż nam wypadnie zrobić, mój ty Tomku. Czopie? Chodźmy na stronę. Błazen. Nadchodzi właśnie pan Klaudyo, prowadzony przez dozorcę do więzienia, a tam oto panna Julietta.
(Wychodzą).
SCENA TRZECIA.
Tamże.
Wchodzi: PROFOS, KLAUDYO, JULIA, służba sądowa.
Klaudyo. Co mnie całemu pokazujesz światu? Wiedź do więzienia, jak ci rozkazano. Profos. Nie czynię tego ze złej woli swojej, Lecz na Angela wyraźne zlecenie. Klaudyo. Tak to nam każe ten półbożek władza Płacić za winy według ich ciężkości, Jak rozkaz z nieba, kogo chce, dosięgnie, A kogo nie chce, to i nie; a zawsze Sprawiedliwością się zowie.
(Wchodzi Lucyo).
Lucyo. Mój Klaudyo! Cóż się to dzieje? skądże ta niewola? Klaudyo. Z zbytku wolności, mój Lucyo, wolności. Jak przesyt ojcem jest postu, tak samo Wolność, jeżeli zbyt jej nadużyto,
Zmienia się zawsze w niewolę. My ludzie, (Niby te szczury, łakome swej trutki) Po grzech sięgamy, spragnieni, i giniem, Gdy napijemy się z niego.
Lucyo. Gdybym ja tak mądrze przemawiać umiał w areszcie, to przywołałbym niektórych swoich wierzycieli. A jednak, by ci powiedzieć prawdę, wolę ja błazeństwa wolności, niżeli morał więzienia. Jakiż twój występek, Klaudyo?
Klaudyo. Mówić już o tem byłoby występkiem. Lucyo. Więc cóż takiego? mów! Klaudyo. Nie. Lucyo. Wszeteczeństwo? Klaudyo. Możesz tak nazwać. Profos Czas w drogę, mój panie. Klaudyo Jedno słóweczko.
(Da Lucya).
Lucyo, jedno słowo.
(Prowadzi go na stronę).
Lucyo. I sto, jeżeli wyjdzie wam na dobre. Więc tak się karze wszeteczeństwo? Klaudyo. Ze mną Rzecz-ci jest taka: Po sprawiedliwemu Stałem się panem łoża Julietty. Znacie tę damę; jest ona mą żoną, Tylko zewnętrznych dotąd formalności Nie ogłosiłem — ze względu, ażeby Otrzymać posag, zamknięty dotychczas W skrzyniach jej krewnych. Z takiej to przyczyny Chcieliśmy ukryć przed nimi swą miłość, Aż czas ich ku nam nakłoni. Atoli Wzajemność naszych kradzionych czułości Zbyt wyraźnemi los zapisał głoski Na Juliecie. Lucyo. Może zaszła w ciążę? Klaudyo. Tak! na nieszczęście! A nowy namiestnik Naszego księcia — czy szukać tu winy W blasku nowości, czy też że uważa Rzeczpospolitą za konia, na którym
Może od razu jeździć wielkorządzca, I, nim się jeszcze usadowi w siodle, Spinać go swoją ostrogą, ażeby Czuł jego władzę; czy też że tyrania Jest na swem miejscu właściwem, czy może Przepełnia wnętrze jego wysokości — Nie wiem; to jedno, że nowy namiestnik Rozbudził wszystkie zapleśniałe prawa, Które, jak rdzawy oręż, od niepomnych Wisiały czasów na ścianie — tak długo, Że dziewiętnaście przeszło zodyaków, A nikt nie użył z praw tych ni jednego, Aż tu on nagle, aby zyskać imię, Te zapomniane, te drzemiące prawa Przeciw mnie zwraca — tak, by zyskać imię.
Lucyo. Tak jest, zapewniam cię; a głowa twoja tak słabo trzyma się teraz na ramionach, że zakochana mleczarka strąciłaby ją westchnieniem. Poszlij do księcia i apeluj do niego.
Klaudyo. Już to-m uczynił; lecz trudno go znaleść. Proszę cię, Lucyo, uczyń mi przysługę. Dziś do klasztoru wstępuje ma siostra, Aby rozpocząć próbę nowicyatu. Racz ją zapoznać z mem niebezpieczeństwem, Proś w mem imieniu, ażeby przyjaciół Do surowego posłała sędziego; Niech go i sama błaga; w tem nadzieję Wielką pokładam, w jej bowiem młodości Mieszka wymowa, która, choć słów nie zna, Porywa ludzi; a przytem zna ona Szczęśliwą sztukę, że, gdy tylko zechce, Zjednywa sobie wszystkich swym rozumem, Że swym dowcipem wszystkich przekonywa.
Lucyo. Daj Boże, aby to się jej udało, zarówno dla pocieszenia wszystkich powolnych tobie, znajdujących się pod groźbą surowego prawa, jako też dlatego, ażebyś mógł dalej używać życia, gdyż byłoby mi bardzo smutno, gdybyś je w taki głupi sposób miał przegrać w jednej partyjce maryasza. Idę do niej.
Klaudyo. Dzięki wam, dobry przyjacielu Lucyo. Lucyo. Za dwie godziny — Klaudyo. Idźmy już, dozorco.
SCENA CZWARTA.
Klasztor.
Wchodzi: KSIĄŻĘ i MNICH TOMASZ.
Książę. Nie, świętobliwy ojcze! Myśl tę rzućcie! Nie wierzcie temu, że strzała miłości Zdolna jest przeszyć serce męża. Jeślim Utajonego pragnął tu schroniska, To w poważniejszych, dojrzalszych zamiarach, Niżeli cele gorącej miłości. Mnich. Możecież mi je zawierzyć? Książę. Nikt od was, Mój świętobliwy panie, nie wie lepiej, Jak zawszem lubił życie na ustroniu, Jak u mnie zawsze w niskiej były cenie Huczne zebrania, na których szaleje Młodość i zbytek i pycha. Hrabi Angelo (jako jest człowiekiem Surowych zasad, stałym, powściągliwym) Oddałem władzę swoją tu we Wiedniu. A on zaś mniema, żem ruszył do Polski, Bom tę rozpuścił wieść między ogółem I w nią też wierzą. Teraz się pytacie, Czcigodny panie, na com to uczynił? Mnich. Owszem, mój książę! Książę. Mamy surowe prawa i ustawy (Na twarde konie uzda i wędzidło), Którym daliśmy drzemać lat czternaście, Że były jako stary lew w jaskini, Nie puszczający się na zdobycz. Dzisiaj, Jako te rózgi, które ojciec słaby Powiązał na to, aby je zawiesić Przed okiem dzieci więcej dla postrachu Niż dla użytku, raczej w nich szyderstwo Budzą, niż trwogę — dzisiaj i ustawy,
Zmarłszy dla kary, zmarły i dla siebie, Swawola za nos wodzi sprawiedliwość, Niemowlę bije swą mamkę, z kretesem Znikła wszelaka przyzwoitość. Mnich. W waszej Było to mocy rozwiązać znów pęta Sprawiedliwości, gdybyście zechcieli; A byłoby się to we was wydało Jeszcze groźniejszem, niż w panu Angelo. Książę. Lękam się tego, by się nie wydało Zanadto groźnem: jeśli z mojej winy Lud miał swawolę, byłoby tyranią Karać go za to, na com mu pozwolił — A pozwalamy, otwierając grzechom Swobodną drogę, zamiast je ukarać. Stąd też, mój ojcze, na barki Angela Złożyłem urząd: niechaj on pod tarczą Mego imienia wymierza im ciosy, Gdy ja, zeszedłszy z widoku, na siebie Żadnej nie ściągnę nagany. Chcąc bliżej Jego się rządom przypatrzeć, zamyślam, Niby braciszek waszego zakonu, Między pospólstwo iść i między książąt. Dla tego proszę, odziejcie mnie w habit Oraz nauczcie, jak się mam zachować, Abym wyglądał jako mnich prawdziwy. Więcej powodów, dla czego to czynię, W wolniejszej chwili myślę wam przytoczyć, Teraz to jedno: Angelo surowy I przed zawiścią ma się na baczności; Ledwie też przyzna, że ma krew w swych żyłach, Że mu do smaku raczej chleb, niż kamień A więc zobaczym, czy nas tylko łudzi Pozór, czy władza umie zmieniać ludzi.
SCENA PIĄTA.
Klasztor żeński.
Wchodzą IZABELLA i FRANCISZKA.
Izabella. Nie macie żadnych innych przywilejów? Franciszka. Czyż tych nie dosyć? Izabella. O dosyć! Nie na to Mówię, by żądać jeszcze czegoś więcej, Raczej-bym chciała surowszej reguły Dla sióstr zakonu świętej Klary. Lucyo. Pokój Dla tego miejsca! Izabella. A któż to tam woła? To głos mężczyzny! Słodka Izabello, Idźcie otworzyć furtkę i spytajcie, Po co przychodzi. Wam otworzyć wolno, Mnie nie — wy jeszcze jesteście bez ślubów; Po ich przyjęciu nie będzie wam można Rozmawiać z żadnym mężczyzną, prócz wtedy, Gdy przeorysza obecną; a podczas Waszej rozmowy nie będzie wam wolno Odsłonić twarzy, a gdy odsłonicie, Nie będzie wolno rozmawiać. Znów woła. Proszę was, dajcie mu odpowiedź.
(Franciszka wychodzi).
Izabella. Pokój i szczęście! A któż to tam woła?
(Wchodzi Lucyo).
Lucyo. Cześć wam, dziewico! bo lic waszych róże Świadczą mi o tem, jako nią jesteście. Czyliż możecie to uczynić dla mnie I zaprowadzić mnie do Izabelli, Nowicyuszki tego tu klasztoru, A pięknej siostry jej nieszczęśliwego Brata Klaudyusza? Izabella. Przecz nieszczęśliwego? Niech się was spytam, bo powiedzieć muszę, Żem Izabellą, jego siostrą. Lucyo. Piękna, Szlachetna dziewko! Brat wam pozdrowienie Szle; mówiąc krótko, on uwięzion.
Izabella. Biada! Za co? Lucyo. O, za to, co by karę jego Zmieniło w dzięki, gdybym ja był sędzia; Swą przyjaciółkę dzieckiem obdarował. Izabella. Nie drwijcie ze mnie. — Powiedzcie mi prawdę. Lucyo. To czysta prawda. Choć to grzech mój zwykły, Że wobec dziewic sprawiam się jak czajka, Że się zabawiam żartami, wśród których Język daleko od serca — w was jednak Świętą, niebiańską widzę snać istotę, Przez ślub zakonny tak uduchownioną, Że każde słowo przy was, jak przy świętej, Szczerem być musi. Izabella. Bluźnicie, panie, szydząc sobie ze mnie. Lucyo. Nie wierzcie temu. Krótko i po prawdzie Tak się ma sprawa: brat wasz z swą kochanką Oddawali się uściskom. Lecz wiecie, Że kto się karmi, ten się i napełnia; A jako pora rozkwicia pokrywa Urodzajami ugór w czas zasiany, Tak i jej plenne świadczy dzisiaj łono O jego skrzętnej, ochoczej uprawie. Izabella. Jakaż kobieta zaszła przezeń w ciążę? Może kuzynka moja, Julietta? Lucyo. Wasza kuzynka? Izabella. Tak jest, przybrana, jak dziewczęta w szkole Zmieniają swoje nazwiska z dziecięcej, Szczerej skłonności. Lucyo. To ona. Izabella. A zatem Niech ją poślubi! Lucyo. W tem-ci sęk jest właśnie. Książę opuścił miasto w dziwny sposób, A nie jednego z szlachty (mnie samego) Wodził na pasku nadzieją urzędu; Dzisiaj my wszyscy słyszymy od ludzi, Znających dobrze wszystkie tętna państwa, Że obietnice jego nieskończenie
Dalekie były od jego zamiarów. Na jego miejscu z całą jego władzą Rządzi Angelo, w którym śnieg stopiony Zamiast krwi płynie; człowiek, który nigdy Nie uczuł żądła rozigranych zmysłów, Ale postami i pracą dla ducha Raczej przytępia oraz powstrzymuje To przyrodzone ich ostrze. Ten człowiek, By krotochwilną przestraszyć swawolę, Co naokoło groźnych praw igrała (Niby ta myszka wokół lwa), wydobył Jakoweś prawo, które treścią swoją Zagraża życiu waszego braciszka; Więc go w te tropy aresztować kazał I chce postąpić z surowością prawa, By był przykładem dla innych. Zginęła Wszystka nadzieja, jeśli waszej prośby Tkliwość nie wzruszy Angela. W tem właśnie Jądro mojego pośrednictwa między Wami a waszym bratem. Izabella. Czy nastaje Na jego życie? Lucyo. Podpisał już wyrok, A, jak słyszałem, dozorca więzienia Ma go wykonać. Izabella. Cóż ma słaba zdolność Może uczynić dla niego? Lucyo. Próbujcie Sił swych... Izabella. Me siły! Niestety! ja wątpię. Lucyo. Nasze wątpienie to zdrajca, co nieraz Z rąk nam wytrąca dobro, którebyśmy Uzyskać mogli, jeśliby od próby Nie odwodziła nas trwoga. A zatem Idź do Angela, aby go nauczyć, Że, gdy dziewczęta błagają, mężczyźni Winni być szczodrzy, jak bogi; że, jeśli Dziewczęta z łzami padną na kolana. Wówczas do próśb swych takie mają prawo, Jak gdyby same wypełnić je miały.
Izabella. Zrobię, co można. Lucyo. A tylko bez zwłoki. Izabella. Spieszę natychmiast. Nie zabawię dłużej, Niżeli trzeba czasu, aby matkę Objaśnić o tem. Uniżone dzięki: Raczcie mu brata polecić; przed nocą Poszlę mu jeszcze wieść o swych zabiegach. Lucyo. A teraz żegnam. Izabella. Żegnaj, dobry panie.
(Wychodzą).
AKT DRUGI.
SCENA PIERWSZA
Sala w domu Angela.
Wchodzą: ANGELO, ESKALUS, SĘDZIA, PROFOS, służba sądowa i inni.
Angelo. Z prawa naszego nie róbmy straszydła, Co miało ptaki drapieżne odganiać, A które z czasem przez przyzwyczajenie Stało się dla nich grzędą, miast postrachem. Eskalus. Tak, ale bądźmy ostrzy, by ciąć raczej, Niżeli zaraz zabijać. Młodzieniec, Za którym proszę, ma zacnego ojca. Niech wasza dostojność Raczy rozważyć (chociaż wiem, że zawsze Byliście stałym w swej cnocie) czy, gdyby W wybuchu waszych namiętności pora Sprzyjała miejscu, miejsce pożądaniu, Gdyby wzburzona wasza krew osięgnąć
Mogła zamiarów waszych cel — czy kiedy W tem swojem życiu nie uleglibyście Na owym punkcie, który w nim karzecie? Czybyście na się nie ściągnęli prawa? Angelo. Inna jest sprawa być kuszonym, inna Zasię ulegać. Nie przeczę, Eskalu, Że w trybunale, który wyrokuje O życiu więźnia, na więźniów dwunastu Jest jeden złodziej lub też dwóch, winniejszych Od sądzonego. Ale sprawiedliwość Tylko to chwyta, co widzi. Dla prawa Rzecz obojętna, że złodzieja sądzi Taki sam złodziej. Wszak-ci to jest jasnem, Że tylko taki podnosimy klejnot, Który ujrzymy, że zasię depcemy Bez myśli po tych, których nie dostrzeżem. Nie umniejszajcie jego win dla tego, Że takie winy są i we mnie; chciejcie Raczej mi wskazać, że i dla mnie wyrok, Którym dziś karzę jego winę, będzie Wzorem mej śmierci, że nie ma tu zgoła Innego względu. A zatem on umrze. Eskalus. Niech według waszej stanie się mądrości. Angelo. Gdzie profos? Profos. Jestem na rozkazy, panie. Angelo. Pilnuj, by jutro o dziewiątej z rana Klaudyo był ścięty, sprowadź spowiednika, Niech się na drogę dobrze przygotuje, Bo to ostatni krok jego pielgrzymki.
(Profos odchodzi).
Eskalus. Niech mu przebaczy niebo i nam wszystkim; Jednych grzech wznosi, drugich gubi cnota. Jeden bezkarnie uchodzi z pod gruzów Swoich występków, drugiego skazują Za winę, choćby najmniejszą.
(Wchodzą: Łokieć, Pianka, błazen i stróż).
Łokieć. Dalej, odstawcie ich tu. Jeśli to są dobrzy ludzie w rzeczypospolitej, co nic innego robić nie umieją, jak tylko występnie po publicznych po-
stępować domach, to nie ma prawa na świecie; odstawcie ich tutaj. Angelo. Cóż to, mości panie! Jak się nazywacie? W jakiej przychodzicie sprawie? Łokieć. Jeżeli łaska waszej dostojności, to jestem biednego księcia konetablem, a nazywam się Łokieć; opieram się na sprawiedliwości, miłościwy panie, i prowadzę przed waszą łaskawą dostojność dwóch notorycznych dobrodziejów. Angelo. Dobrodziejów? I owszem, cóż to za dobrodzieje? Czy to czasem nie złodzieje? Łokieć. Za pozwoleniem waszej dostojności, jużcić nie wiem dokładnie, czem oni być mogą ale że to wierutne łotry, tego jestem pewny, i że nie ma w nich ani krzty bezbożności, którą każdy dobry chrześcijanin mieć powinien. Eskalus. Znakomicie rzecz swą wyłożył; to dopiero mądry policyant. Angelo. Do rzeczy. Cóż to za ludzie? A więc nazywacie się Łokieć; czemu nie gadasz, mój Łokciu? Błazen. Nie może, miłościwy panie, świeci łokciami. Angelo. A wy co za jeden, mopanku? Łokieć. On, miłościwy panie? To czopowy, miłościwy panie; to kawał rajfura; parobas niepoczciwej baby, której dom, miłościwy panie, został, jak powiadają, zawalony na przedmieściu, a która teraz ciągnie profity z łazienek; a i to jest dom, jak sądzę, bardzo paskudny. Angelo. A skądże to wiecie, mopanku? Łokieć. Moja żona, miłościwy panie, którą detestuję wobec nieba i waszej dostojności. Eskalus. Co? twoja żona? Łokieć. Tak jest, miłościwy panie — a jest to, dzięki niebu, niewiasta uczciwa. Eskalus. I dla tego ją detestujesz? Łokieć. Powiadam, miłościwy panie, że i siebie samego tak dobrze detestuję, jak i ją, że jeżeli to nie jest dom rajfurki, to byłoby go szkoda, bo to nicpotem domisko. Eskalus. A skąd ty wiesz o tem, konetablu? Łokieć. A dyć, miłościwy panie, od mojej żony, która gdyby była kobietą o kardynalskich chuciach, to mogłaby się tam dopuścić kurwiarstwa, cudzołóstwa i wszystkich nieczystości. Eskalus. Za namową tej kobiety? Łokieć. Tak jest, miłościwy panie, za namową pani Przepędzonej; ale jak mu plunęła w gębę, tak wiedział od razu, z kim ma do czynienia. Błazen. Miłościwy panie! Za pozwoleniem waszej dostojności, nie taka jest sprawa. Łokieć. Udowodnisz mi to wobec tych łajdaków, ty honorowy panie, udowodnisz mi to. Eskalus Słyszycie tę jego przekładnię? Błazen. Miłościwy panie, przyszła do nas brzemienna, bo (z przeproszeniem waszej dostojności) zachciało jej się gotowanych śliwek; mieliśmy wtedy, miłościwy panie, tylko dwie w domu, a i te w odległym owym czasie leżały, jakby to powiedzieć, na talerzu od owoców — na talerzu za jakie trzy grosze; wasza dostojność zapewne już widziała takie talerze; nie są to chińskie talerze, ale zawsze dobre talerze. Eskalus. Do rzeczy, do rzeczy, mniejsza o talerze. Błazen. To prawda, miłościwy panie, talerz niewart jednej szpilki; w tem macie słuszność, miłości, wy panie; a więc do rzeczy. Otóż, jakem powiedział, pani Łokciowa, była, jakem powiedział, w ciąży, miała żywot mocno odęty i zachciało się jej śliwek, a ponieważ, jakem powiedział, leżały tylko dwie na talerzu, ponieważ ten Pianka tutaj, jakem powiedział, zjadł resztę i, jak mówię, zapłacił za nie uczciwie bo, jak to zapewne wiecie, panie Pianko, nie miałem wam wydać trzech groszy reszty. Pianka. Tak jest, prawda. Błazen. A no i owszem; otóż kiedy, jak sobie to przypomnicie, gryźliście właśnie pestki z tych wspomnianych powyżej śliwek — Pianka. Tak jest, prawda, gryzłem. Błazen. A no i owszem; powiedziałam wam wtedy, jak sobie to przypomnicie, że ten i ów nie byłby się nigdy wyleczył, wiecie, z tej choroby, gdyby nie był — takem wam powiedział — zachował dyety. Pianka. Wszystko to prawda. Błazen. A no i owszem. Eskalus. Dalej, nudny z ciebie błazen. Przystąp do rzeczy. Coście takiego zrobili żonie Łokcia, że mąż jej ma powód do skargi? Dojdź do końca. Coście jej zrobili? Błazen. Wasza dostojność nie może jeszcze dojść do tego. Eskalus. Nie, mopanku, nie mam wcale zamiaru. Błazen. Ale dojdziecie do tego, z przeproszeniem waszej łaskawości; ale spojrzyjcie tylko, miłościwy panie, na tego tu pana Piankę; człowiek ten ma ośmdziesiąt funtów na rok, a ojciec jego umarł w dzień Wszystkich Świętych. Czy nie w dzień Wszystkich Świętych, mości Pianko? Pianka. We wilię Wszystkich Świętych. Błazen. Tak jest, i owszem. — Spodziewam się, że to nie jest prawdą. Otóż, jak powiadam, siedział on sobie na niskim stołku — w izbie pod „Winogronem “, gdzieście sobie szczególnie upodobali. Nie siedzieliście? Pianka. Siedziałem; izba to obszerna i dobra na zimę. Błazen. Tak jest, — i owszem. Spodziewam się, że to nie są prawdy.
Angelo. Snać to bajanie trwać będzie noc ruską W czasie, gdy noce tam najdłuższe. Idę, A wam zostawiam zbadanie tej sprawy — Sądzę, że wszystkim wyprawicie chłostę.
Eskalus. I ja tak myślę; dzień dobry waszej łaskawości. c|w=85%|(Angelo wychodzi}.|przed=10px|po=10px A teraz dalej. Coście zrobili żonie Łokcia? Jeszcze raz! Błazen. Raz, miłościwy panie? Nic jej raz nie zrobiliśmy. Łokieć. Proszę was, miłościwy panie, spytajcie się, co ten człowiek zrobił mojej żonie? Błazen. Proszę waszej dostojności, raczcie się mnie spytać. Eskalus. I owszem, mopanku; a więc cóż jej kawaler zrobił? Błazen. Proszę was, miłościwy panie, raczcie się tylko przyjrzeć twarzy tego kawalera. Zacny panie Pianko, spójrzcie tylko na jego dostojność, to w uczciwym zamiarze. Czy wasza dostojność przyjrzała się jego twarzy? Eskalus. Tak, mopanku, jużem to uczynił. Błazen. Proszę was, przypatrzcie się jej tylko dobrze. Eskalus. Już się przypatrzyłem. Błazen. Czy wasza dostojność widzi w niej co złego? Eskalus. Nic a nic. Błazen. Przysiągłbym na księgę, że co ma w sobie najgorszego, to twarz. A zatem — jeżeli co w nim najgorszego, to jego twarz, jakże-ż więc mógłby pan Pianka zrobić coś złego żonie konetabla? Chciałbym to usłyszeć od waszej dostojności. Eskalus. Masz w tem słuszność. Konetablu, cóż wy na to? Łokieć. Po pierwsze — za pozwoleniem waszem — dom ten jest domem respektowanym; po drugie, jegomość ten jest respektowany; a i jego pani jest kobietą respektowaną. Błazen. Na tę rękę, miłościwy panie, żona jego jest kobietą bardziej respektowaną, niżeli ktokolwiek z nas wszystkich. Łokieć. Wisielcze jakiś, kłamiesz! Kłamiesz, wisielcze bezbożny! Nie przyszedł jeszcze ten czas, aby kiedykolwiek respektowała z mężem, kobietą lub dzieckiem. Błazen. Miłościwy panie! Była z nim respektowaną jeszcze przedtem zanim się z nią ożenił. Eskalus. Któż tutaj mędrszy, sprawiedliwość czy niegodziwość? Czy to prawda? Łokieć. A ty łajdaku, a ty wisielcze! A ty przeklęty Kannibalu! Ja z nią respektowałem, zanim się z nią ożeniłem? Jeżeli kiedykolwiek z nią respektowałem, albo ona ze mną, to niech wasza miłościwość nie uważa mnie za sługę biednego księcia. Udowodnisz mi, ty przeklęty Kannibalu, albo cię pozwę za czynną obrazę. Eskalus. A gdyby wam jeszcze dał w gębę, to moglibyście go jeszcze pozwać i o potwarz. Łokieć. Tak jest; dziękuję za to waszej dostojności. Co wasza dostojność rozkaże mi zrobić z tym gałganem? Eskalus. A więc, mój konetablu, ponieważ ten człowiek ukrywa rzeczy, które wydobyłbyś na jaw, gdybyś mógł, dla tego niech brnie dalej, dopóki się nie dowiesz, co to za rzeczy. Łokieć. Tak jest; dziękuję za to waszej dostojności; widzisz, ty przewrotny wisielcze, na co ci przyszło, musisz brnąć dalej, wisielcze ty jeden, musisz brnąć dalej. Eskalus Gdzie waść się rodziłeś? Pianka. Dyć w Wiedniu, miłościwy panie. Eskalus. Macie ośmdziesiąt funtów rocznie? Pianka. Tak jest — za pozwoleniem waszej łaskawości. Eskalus. Dobrze. A waść jakiej kondycyi? Błazen. Czopowy; czopowy biednej wdowiny. Eskalus. A nazwisko twej pani? Błazen. Pani Przepędzona. Eskalus. Miała więcej, niż jednego małżonka? Błazen. Dziewięciu, miłościwy panie. Przepędzony był ostatnim. Eskalus. Dziewięciu! Zbliżcie się, panie Pianko. Panie Pianko, nie życzę sobie, ażebyście zabierali znajomość z czopowymi; porządnie was ściągną, panie Pianko, a waść ich powiesisz; idź waść sobie, a żebym już więcej o waści nie słyszał! Pianka. Dziękuję waszej łaskawości; co do mojej osoby, to nigdy sam do szynku nie zaszedłem — zawsze mnie ktoś zaciągnął. Eskalus. Już dobrze. Nic więcej o tem, panie Pianko; bywajcie mi zdrowi.
(Pianka wychodzi).
Chodź bliżej, mości panie Czopowy. Jak się waść nazywasz, panie Czopowy? Błazen. Pompejusz? Eskalus. Jak dalej? Błazen. Zad, miłościwy panie. Eskalus. Słusznie; Zad największą u waści rzeczą; a więc w najbestyalniejszem znaczenia wyrazu, jesteś waść Pompejuszem, wielkim Pompejuszem, po części jest rajfur z waści, Pompejuszu, choć udajesz, czopowego. Czy nie tak? Powiedz mi waść prawdę, nic na tem nie stracisz. Błazen. Prawda, miłościwy panie, jestem biednym człowiekiem, który chce żyć. Eskalus. Jak to, Pompejuszu, chcesz żyć z rajfurstwa? Cóż myślisz o tem rzemiośle, mości Pompejuszu? Czy to prawne rzemiosło? Błazen. Miłościwy panie, jeżeliby prawo pozwoliło. Eskalus. Ale prawo nie pozwoli, mości Pompejuszu; rzemiosło to nigdy w Wiedniu dozwolonem nie będzie. Błazen. Czy wasza łaskawość chce owałaszyć i okapłonić całą młodzież w mieście? Eskalus. Nie, Pompejuszu. Błazen. A więc, miłościwy panie, według mego zdania, młodzież będzie robiła to, co dotychczas; niech tylko wasza łaskawość ujmie w karby dziewkarzy i birbantów a o rajfurów bać się nie będzie trzeba. Eskalus. Zaczynają się już ładne rządy, mogę to waści powiedzieć: ścinają głowy i wieszają. Błazen. Jeżeli tylko przez lat dziesięć ścinać i wieszać będziecie wszystkich tych, którzy grzeszą, w ten sposób, to radzę wam zawczasu zamówić sobie nieco głów gdzieindziej. Bo jeżeli to prawo utrzyma się w Wiedniu przez lat dziesięć, to wynajmę sobie najpiękniejszy dom po trzy grosze za sążeń; jeżeli łaskawość wasza dożyje dnia, w którym się to stanie, to raczy sobie przypomnąć, że przepowiedział jej to Pompejusz. Eskalus. Dzięki, dobry Pompejuszu, a — słuchaj — chcąc ci się odwzajemnić, radzę waści, nie dopuszczaj do tego, bym cię miał kiedykolwiek jeszcze zobaczyć przed sobą pod jakimbądź zarzutem — choćby nawet pod tym, żeś pozostał w dotychczasowem swem mieszkaniu. Jeżeli to się stanie, mości Pompejuszu, to przepędzę cię do twych namiotów i będę dla ciebie surowym Cezarem; mówiąc otwarcie, mości Pompejuszu, każę ci dać chłostę; tymczasem zaś, mości Pompejuszu, bywaj mi waść zdrowy. Błazen. Dzięki waszej dostojności za dobrą radę; pójdę za nią, o ile nie zarządzi inaczej ciało i fortuna.
Chłosta? Niech parob chłoszcze swego osła, Mnie nie odstraszy chłosta od rzemiosła.
(Wychodzi).
Eskalus. Zbliż się do mnie, mości Łokciu, zbliż się, mości konetablu. Od jak dawna znajdujecie się na tem stanowisku konetabla? Łokieć. Od lat siedmiu i sześciu miesięcy, miłościwy panie. Eskalus. Domyślałem się z twojej zręczności w sprawowaniu urzędu, że go waść spełniasz czas długi. Siedm lat, powiadasz? Łokieć. Siedm lat i sześć miesięcy, miłościwy panie. Eskalus. Ach, nie mały to był krzyż dla waści; dzieje ci się krzywda, że tak często obarczasz się tą służbą. Czy nie ma w dzielnicy twojej innych ludzi, zdolnych do spełniania tej służby? Łokieć. Prawdziwie, mało jest takich, miłościwy panie, coby się znali na podobnych sprawach. Ci, których wybiorę, zawsze wybierają mnie na swego zastępcę. Spełniam to za trochę grosiwa i tak robię za nich wszystkich razem. Eskalus. Słuchaj waści, przynieś mi nazwiska jakich sześciu lub siedmiu najzdolniejszych w twojej parafii. Łokieć. Do domu waszej łaskawości? Eskalus. Do mego domu; bądź mi zdrów.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Miarka za miarkę.
