Read here

Młynarz z Zarudzia

Klemens Junosza · 1897 · Free in the US

25,239 words · about 1 h 46 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1897 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Młynarz_z_Zarudzia&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Klemens Junosza
Language
Polish
Published
1897
Length
25,239 words · about 1 h 46 min
Sections
7 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (7)
  1. Obrazek wiejski under 1 min
  2. Obrazek wiejski about 53 min
  3. Obrazek wiejski about 7 min
  4. Obrazek wiejski about 16 min
  5. Obrazek wiejski about 10 min
  6. Obrazek wiejski about 8 min
  7. Obrazek wiejski about 12 min

Continue:

Obrazek wiejski

MŁYNARZ Z ZARUDZIA

OBRAZEK WIEJSKI

PRZEZ

ę.

WARSZAWA

Skład główny w księgarni M. A. WIZBEKA,

ulica Szpitalna № 5.

—

1897.

I • II • III • IV • V

Дозволено цензурою.

Варшава, 12 Мая 1897 года

Obrazek wiejski

MŁYNARZ Z ZARUDZIA

OBRAZEK WIEJSKI

PRZEZ

ę.

WARSZAWA

Skład główny w księgarni M. A. WIZBEKA,

ulica Szpitalna № 5.

—

1897.

Дозволено цензурою.

Варшава, 12 Мая 1897 года

W lesistej okolicy, obfitującej w łąki, bagna i wody, leży wioska Zarudzie. Rzeczka wije się za szeregiem chat nizkich, i po łagodnym spadku tocząc swe wody, ginie w ogromnym stawie, zarośniętym po brzegach trzciną i sitowiem. Rzeczka zowie się „Ruda“, gdyż w pewnych porach roku woda w niej przybiera barwę rdzawo-zrudziałą i ma smak metaliczny, żelazny. Widocznie przypuszczano tu obecność rudy żelaznej, gdy rzeczkę mianem „Rudy“ ochrzczono; wieś nazwano Zarudziem, a w okolicy były ze trzy Rudki, a Wólki: Rudzka, Zarudzka, Rudawa, Rudna, i — ktoby tam spamiętał!!? Okolica ta, odległa od dróg żelaznych, od świata jakby odcięta, zapadła, wyglądała bardzo smętnie. Szum lasów usposabiał do dumań, a szare mgły, wlokące się nad moczarami, błędne ogniki, migocące nocami, wyobraźnia ludu ubierała w kształty duchów, wiedźm i upiorów... Lud był dość ciemny, ale pracowity — i życie jego upływało spokojnie, cicho, jak woda rzeczki Rudej, bez gwałtownych wstrząśnień, bez szumu. Ponad brzegiem stawu ciągnęła się dróżka, z kolejami, wyrzniętemi głęboko w wilgotnym gruncie, z wybojami, w które zapadały się koła wozów. Ta drożyna, okrążając staw, dochodziła do wysokiej grobelki, utrzymującej w karbach posłuszeństwa wodę, której kazano młyńskie koła obracać. Wlokły się tędy ze wsi wozy ze zbożem, powracały z mąką, a młyn turkotał ciągle, gdyż w promieniu kilkomilowym nie miał współzawodnika. Niegdyś, przez długie lata, kiedy jeszcze młyn do dworu należał, mieszkał tu stary młynarz, Walenty, z córką jedynaczką, ślicznej urody dziewczyną. Poczciwy człowiek był, nie oszukał nigdy nikogo, szanowali go ludzie, i byłby zapewne do samej śmierci nie porzucił młyna, ale nieszczęście się stało... Piękna Kasia jakoś późno wieczorem poszła stawidło zasunąć. Nikt nie wie, jakim sposobem, boć przecie robiła to nieraz, ale czy jej się w głowie zakręciło, czy noga pośliznęła, dość, że padła biedaczka pod koła i śmierć przedwczesną znalazła. Pochował ją Walenty, ciężko nad stratą swoją zapłakał, a potem do dziedzica poszedł, pokłonił mu się nizko, dzierżawy się wyrzekł i jednego ranka powędrował w świat, nie wiadomo dokąd. Ludzie, co z Zarudzia na odpust chodzili, widzieli go w Częstochowie i opowiadali, że się jeszcze bardziej postarzał, że mu duża broda urosła, i że ofiarował się pieszo, o kiju żebraczym, aż do Ziemi Świętej wędrować. Tyle o nim wiedziano w Zarudziu. Dla młynarzów dzierżawa młyna była bardzo ponętną, to też gdy Walenty w świat poszedł, przed dworem aż się roiło od interesantów. Poprzyjeżdżali młynarze z dalszych okolic, żydkowie z miasteczek, targowali, krzyczeli, podkupywali jeden drugiego. Dziedzic, mając tylu do dzierżawy chętnych, o czas do namysłu poprosił. Tymczasem, gdy się już wszyscy rozjechali, aby po niejakim czasie powrócić i dalej układy poprowadzić, zjawił się jakiś człeczyna obcy, bardzo pokorny, cichy, zbiedzony widocznie długą podróżą, i po rozmowie z dziedzicem wziął młyn w kilkoletnią dzierżawę. Podobno dał cenę najwyższą, za trzy lata z góry zapłacił, a przytem umiał przemówić do serca dziedzica. Opowiadał, że rodzinę ma bardzo liczną, że z Prus pochodzi, lecz tam musiał sprzedać mizerny kawałek gruntu, gdzie wyżywić się nie mógł. Przyszedł więc tu, aby przytułek jaki znaleźć i spokojnie na kawałek chleba pracować. Podpisawszy kontrakt, udał się do opuszczonego młyna, który przedtem dokładnie zbadał i obejrzał, i tam rozłożył się na nocleg. Raniutko, ledwie się widno zrobiło, wstał, zapalił fajkę i, stanąwszy na moście, przypatrywał się okolicy. Widok stąd miał bardzo dobry, gdyż młyn znajdował się w samym środku dość obszernej kotliny, lasami otoczonej dokoła. Prusak patrzył długo, długo; na wygolonej jego twarzy z żółtemi faworytami malował się wyraz chciwości, nozdrza rozdymały się... a w oczach migał blask. Oskoma go brała — i nie dziw. Przed oczyma jego ciągnęły się pola szerokie, pokryte nieco płowiejącem już żytem, zwartemi ścianami pszenicy, wąsatym jęczmieniem, owsem kiściastym, a pomiędzy temi pólkami, pociętemi w kawałki, zieleniły się garbate zagony kartofli. Na tych pożądliwy wzrok niemca spoczywał najdłużej... A łąki!! jakby stworzone dla holenderskich krów, nizkie a dające trawę obfitą, soczystą. A las!! Oh, las! Jakież to pieniądze drzemią w tych sosnach czarnych, wiecznie szumiących, w tych dębach wiekowych... Niemiec patrzył długo, bardzo długo; potem wydobył z podróżnej torby kawał czarnego chleba, słoniny, trochę wódki, a posiliwszy się, zamknął młyn na kłódkę i, przewiesiwszy torbę przez ramię, udał się gościńcem ku miastu. Po kilku dniach powrócił, a za nim nadjechała fura żydowska, na której wśród stosu jaskrawych pierzyn i poduszek, siedziała wysoka, jasnowłosa kobieta z małem dzieckiem u piersi, a obok niej trzy dziewczyny podlotki i czterech chłopców. Cała rodzina rozgospodarowała się zaraz we młynie, kobieta zakrzątnęła się koło komina, dziewczęta pobiegły do ogrodu kartofle podbierać, chłopcy zaś sporządzili sobie wędki i ryby łowić zaczęli. Przyjechało kilka furmanek ze zbożem. Niemiec żwawo podniósł stawidła i młyn zaturkotał, głusząc obcy szwargot, rozlegający się w izbie. Nowy młynarz był to człowiek czterdziestu lat najwyżej, średniego wzrostu, jak się już , zabiedzony, wychudły, o wązkich, zaciśniętych wargach, rysach twarzy ostrych i oczach przenikliwych a sprytnych. Nazywał się Fryderyk Bajtel, po polsku umiał zaledwie kilkanaście wyrazów, ale i z tym szczupłym zapasem radzić sobie umiał, połowę pytań milczeniem zbywając, co wyrobiło mu nawet opinję bardzo mądrego człowieka. Zauważono też, że od czasu do czasu chodził do dworu, gdzie miał jakieś narady z dziedzicem, i że jeździł co tydzień na pocztę, wysyłał listy i dość często różne pisma odbierał. Na młynarstwie znał się nieźle, i z roboty jego ludzie byli dość kontenci, co jednak nie przeszkadzało im patrzeć na niego z pewnem niedowierzaniem i nieufnością. Po miesiącu pobytu w Zarudziu, Fryc doskonale obeznał się z miejscowością. Znał wybornie granicę gruntów folwarcznych i włościańskich, wiedział do kogo należy każdy kawałeczek pola lub łączki, jaką ma wartość, jaki dochód przynosi... W święto, gdy młyn był nieczynny, szwab włóczył się po polach, wszystko plądrował i lustrował. Nie uszło to uwagi wieśniaków. Wojciech Gil, najstarszy we wsi gospodarz, człowiek spokojny i dość zamożny, zwrócił pierwszy uwagę na zachowanie się młynarza. — Słuchajcie-no kumie — mówił do najbliższego swego sąsiada, Michała Muchy — słuchajcie kumie, co ten szwab tak węszy po naszych polach? — Ot, przykrzy mu się we święto, to łazi; bo i cóż ma robić. — Ej! nie, nie, mój Michale, to nie to; powiadam wam, że nie; on tu coś zamyśla. — Jeno wam się tak uwidziało. — Ale! ze dworu gumienny mówił mi, że on i do dziedzica często przyłazi i gada, i gada; czasem to i przez dwie godziny gadają. — Ciekawość!! — Pewnie, że ciekawość; ludzie słyszą, ale kto ich zrozumie? — Pewnie po niemiecku gadają? — Juści, boć to i nasz dziedzic nie co, jeno niemiec i dlatego niemca do młyna wpuścił. — Pewnie; ale ja coś słyszałem, że i dziedzic nie wieczny; on się też pono kręci za kupcami, sprzedać chce. — Żeby choć kto porządny kupił. — Dałby Bóg miłosierny! jeno mi się widzi, że tu będzie inaczej... — Oj, musieliście wy coś słyszeć, mój kumie?! Wojciech tajemniczą minę zrobił. — Wiadomo, żem coś słyszał i sam nie wiem, co zrobić... Ja miarkuję, że dziedzic chciałby folwark na kolonje puścić. — Ale! — Tak, tak, mój kumie, a jak, czego Boże uchowaj, to się stanie, to my gospodarze przepadniemy ze szczętem. Jeszcze z jednym dziedzicem pół biedy, można jakoś podołać, ale jak się tu cała gromada kolonistów zwali... — Wiadomo. Ni bydlęciu przejść nie dadzą, ni co. — A grunta nasze całe pomiędzy rzeką i dworskiem; tedy ja miarkuję, że będzie źle. Nie dokończył Wojciech, gdy nadbiegł zadyszany wyrostek i krzyknął: — O rety! tatulu, rety! to się ich najechało do młyna! — Kogo? — A juści kogo?! wiadoma rzecz: niemców; tak śwargocą, że aż huczy, jak gdyby się pszczoły roiły. Wojciech na kuma spojrzał. — A co? — rzekł — widzicie. Chłopak dalej ciągnął: — Takie szwabiska, we spencerkach, z fajkami, insi w surdutach, porozsiadali się pode młynem na grobelce, jak wrony, a młynarzowi jeno się ślepia śmieją, tak do nich cościć przemawia, ręcami macha, jak wiatrak: to tu pokaże, to tam pokaże, i na tatulową łąkę pokazywał, i na las. Tak het pokazuje, a oni jeno łbami kiwają i rechocą, jak żydy: — jo! jo! jo! I młynarka też do nich wylazła i też dogaduje: jo! jo! Postałem trochę na drodze, popatrzyłem, tymczasem oni jeszcze poszwargotali i poszli ścieżką do dworu, jak nieprzymierzając gęsi, a przodem szedł młynarz i precz im pola pokazywał, a jeden to się schylił, wziął grudkę ziemi w gębę i pożarł. — Do gęby wziął? — zapytał Wojciech zdumiony. — A jeno! wziął, sprawiedliwie, i pożarł... i drudzy za nim tak samo, jakby jagody zbierali. — Komedja prawdziwa! — wtrącił Walenty — i na co to im?... — Pazerność taka. Tedy, powiadasz, Jaśku, że do dworu poszli?... — A juści, toć patrzyłem swojemi ślepiami; poszli co do jednego, jeno się młynarka koło młyna ostała, a jeszcze coś krzyczała, szwargotała do nich... ale kto ją tam zrozumie? — Oj kumie! — rzekł Wojciech — nic to dobrego dla nas nie będzie. — Wola Boga miłosiernego! cóż tu poradzi? Wojciech się w głowę drapać zaczął. — Eh!.. poradzić to możeby co i poradził, ale żeby wszyscy za kupą szli. Tylko, że u nas to tak nie bywa, mój kumie; choć na to mówiący, gromada prawie cała będzie za jedno, to znajdzie się drugi i trzeci, co zechce swoim głupim rozumem iść naprzekór. — Prawda, święta prawda, Wojciechu, że jedna paskudna owca całe stado zarazi; toć to i ksiądz na kazaniu to samo powiada... ale próbowaćby nie wadziło. — No, juści tak, trzeba jeno wymiarkować, co niemcy we dworze zrobili. — Ale! wy będziecie miarkowali, a oni tymczasowie targu dobiją. — Et! nie bójcie się, toć grunt nie bułka za grosz, żeby ją kupić od słowa; a po drugie, że bez kontraktu, bez rejenta, też się nie obejdzie. Trzaby nam z gospodarzami pogadać... Słuchajcie, Walenty! pójdźcie-no wy w jeden koniec wsi, ja w drugi, zwołamy wszystkich, radzić będziem, jak mogąc. — Ano, niech i tak będzie. Pójdę ja, pójdźcie i wy, nawet ja swego chłopca do Rudki pchnę zaraz po Rocha — to chłop mądry i bogaty, dobrzeby od niego też jakie słowo usłyszeć.

II.

Gdy już ściemniło się i księżyc wypłynął na niebo, oblewając bladawem światłem rzeczkę, staw, pola i lasy, we młynie było bardzo gwarno i wesoło. Na kominie buchał ogień, a przy nim w ogromnych saganach gotowały się kartofle, któremi młynarka miała swych gości uczęstować. Fryc siedział przy stole z ołówkiem w ręku i obliczenia jakieś robił, poczem niemcy wydobywali z woreczków pieniądze i kładli je na stole. Zebrała się spora paczka, którą młynarz starannie zawinął w papier i do kieszeni schował. Gwarno było w izbie. Niemcy rozprawiali głośno, krzyczeli, śmieli się; gospodarz flaszę wódki z szafy wydobył, a ta bardziej jeszcze rozpromieniła twarze. Rozmowa stawała się coraz głośniejszą, wreszcie jeden z nich zaśpiewał, inni wtórować mu zaczęli i przez otwarte okna dźwięki pieśni rozległy się nad cichemi polami. Wiatr niósł je na swych skrzydłach do lasu, gdzie powtarzały się kilkakrotnem echem. Przebudzone ptaki na gałęziach ze zdumieniem słuchały tego chóru... Niemcy jedli i pili i znowuż śpiewali, a gdy już mieli uciechy do syta i uczuli zmęczenie, pokładli się, gdzie który mógł: we młynie, w stancji po kątach, a niektórzy na świeżem powietrzu, pod gwiaździstem jasnego nieba sklepieniem. Jeden tylko Fryc nie spał; obliczył raz jeszcze zebrane pieniądze, zawinął je starannie w papier, wsunął do kieszeni i pocichu, nie budząc nikogo, poszedł jeszcze do dworu. Częstym on gościem tam bywał i wiedział, że dziedzic późno się bardzo spać kładzie i że o interesach najlepiej lubi w nocy rozmawiać. O tym panu dziedzicu trzeba powiedzieć słów kilka. Niedawno, bo zaledwie od lat kilku przybył w te strony. Osiedlać się, ani gospodarstwu porządnego prowadzić nie myślał; kupił majątek tanio po to, aby sprzedać go drogo i znowuż nowej fortuny na spekulację szukać. Przehandlował on już w ten sposób dziesiątki tysięcy morgów ziemi, a gdzie się tylko pokazał, ciągnęła za nim zaraz rzesza kolonistów niemców, którzy nabywali od niego grunta, karczowali lasy i nowe sobie zakładali siedziby. Pan Wilhelm Sztern pochodził z Prus, gdzie pracował w jakimś kantorze zbożowym; otrzymawszy w spadku kilka tysięcy talarów, porzucił to stanowisko i przywędrował do naszego kraju szczęścia szukać, i wiodło mu się doskonale. Z początku kupił jakiś mały folwarczek, rozkolonizował go, zarobił trochę grosza; później rzucił się na większe, nareszcie, rozporządzając już groszem pokaźnym, stawiał się na licytacje i co lepsze majątki kupował. Szedł on niby w przedniej straży, a gdzie się tylko zatrzymał, wnet nadbiegała za nim gromada jego ziomków z rodzinami licznemi i budowała kolonje, w których rozlegała się mowa i pieśni niemieckie. Zarudzie Sztern nabył bardzo tanio na licytacji; konkurentów nie miał, gdyż żydkom, którzy nibyto do kupna przystępować chcieli, dał jakieś odczepne i, postąpiwszy kilkadziesiąt rubli nad szacunek, stał się właścicielem. Gdy Fryc wszedł do pokoju, pan Sztern wygodnie w fotelu rozparty, paląc fajkę, czytał jakąś gazetę niemiecką, w której znajdował pożądane wieści ze swoich stron rodzinnych. Zobaczywszy wchodzącego młynarza, odłożył na bok gazetę i spojrzał na niego pytającym wzrokiem. Fryc, milcząc, wydobył zzanadrza paczkę pieniędzy i położył ją na stole, poczem obaj zaczęli pocichu rozmawiać, spisywali warunki umowy, około północy dopiero rozstali się. Pan dziedzic zamknął pieniądze w żelaznej kasie, a Fryc powrócił do młyna, zbudził chłopców, zboże na kosz zasypał i puścił wodę na koła. Fryc bardzo mało sypiał; myśl dorobienia się, zebrania grosza, odpędzała sen z jego powiek. On pragnął, żeby młyn i grunt przyległy, i łąki zostały jego własnością. Gdy dzień się zrobił, niemcy opuścili młynarską siedzibę i powlekli się w stronę miasteczka, a we wsi zrobił się ruch niezwykły. Chociaż dzień był powszedni, nie brano się jednak do pracy; przed chatami ludzie gromadkami stali i rozmawiali z sobą, spoglądając to w stronę dworu, to na młyn, wymachując żywo rękami. Wojciech, który najgorliwiej do sąsiadów swoich przemawiał, chcąc się dowiedzieć, jaki miała skutek wczorajsza rozmowa dziedzica z niemcami, udał się do młyna na zwiady, aby Fryca wybadać. Przyszedłszy, starym zwyczajem Pana Boga pochwalił; niemiec skinął tylko głową i milczał. — Panie młynarzu — rzekł Wojciech — może byście mi dwa korce żyta zmełli, tobym dziś przywiózł. — Jo jo. — To przywieźć, powiadacie? — Jo! — A cóż jeno „jo i jo“, czy nie umiecie inaczej mówić? Niemiec milczał, udając, że nie rozumie, o co jest pytany. — Cóż to wczoraj tyle ludzi u was było? — zagadnął znowu Wojciech. — To swoja, wszystko swoja... — Niby z waszych stron? — Jo, jo. — A pocoście z nimi do dworu chodzili? — Do dworu, do dziedzica, grunt kupić, dużo gruntu kupić! — Kupili? tak odrazu? — Jo, jo. — I las? — Wszystko kupili! grunt, łąka, las, będzie dziedzic. Jo, jo. Wojciech splunął. — Niedoczekanie wasze — cygany! — Co wy gadać, co wy gadać? wy stara glupia chlop! My kupić, my dać pieniądz, my tu będzie siać i zbierać. My kolonje zrobić! My pieniądze dać, dużo dać i praca dać, dom stawić, dużo dom, dziesięć, dwadzieścia dom. Wojciech nie słuchał dalej, odwrócił się i chciał odejść; młynarz pobiegł za nim, wołając: — Pan Wojciech, pan Wojciech! — No, co? — Patrzyć Wojciech, ten wasz ląka wlazić w mój ląka. — Toć w dworską, nie w waszą! — Wlaśnie to teraz mój ląka; przedać pan Wojciech swój ląka, ja dać dobry pieniądz pan Wojciech, zaraz dać. — Idź do starego psa, kartoflarzu! — krzyknął rozgniewany Wojciech. — Widzisz go, jaki mechanik! Młynarz zaklął strasznie i, rzuciwszy pełne nienawiści spojrzenie, poszedł napowrót do młyna. Wojciech powrócił do wsi zły, zagniewany, milczący. Gdy go dopytywano, czego się od niemca dowiedział, machnął niechętnie ręką i mruknął przez zęby: — Zacznie się teraz życie, ale ciężkie; będziemy mieli sąsiadów!! Wieczorem przyszedł Walenty i jeszcze kilku gospodarzy i udali się z Wojciechem na osobność, do stodoły, gdzie przez długi czas naradzali się, co robić. Zaraz też Wojciech wóz wyszykował do szkapinę zaprzągł i obaj z Walentym wybrali się na całą noc. Wzięli z sobą worek obroku i trochę siana dla konia, dla siebie kawał chleba i pojechali. Szkapina wlokła wózek po wyboistych grobelkach, to po gościńcu piaszczystym; Walenty drzemał na wozie, a Wojciech, fajkę paląc i drogę zważając, rozmyślał. Ogromnie go to bolało, że niemcy grunt kupują i że wioskę kolonjami dokoła otoczą. Szkoda gruntu, że w obce ręce idzie, i znowu nieprzyjemna rzecz to sąsiedztwo szwabów. Spokoju nie będzie, przejść spokojnie nie dadzą. Będą ciągłe szkody, a ztąd zatargi, kłótnie, sprawy po sądach. Najgorsza rzecz! A tak było cicho i dobrze we wsi, żyli ludzie spokojnie. Bardzo się Wojciech tego nowego sąsiedztwa obawiał i dlatego właśnie do miasta wyprawił się z Walentym, aby jakiej rady poszukać. Wojciechowi zdawało się, że ludzie w mieście mądrzejsi, że się na wszystkiem znają, a osobliwie tacy niby adwokaci, doradcy, niby znawcy prawa. Najczęściej owi niby adwokaci są to wydrwigrosze, którzy tumanią, obiecują złote góry, aby tylko grosz złapać. Porada ich nie wiele warta, prawie zawsze złe skutki przynosi, ale pomimo tego wieśniak, jak tylko ma kłopot, jedzie do miasteczka, stuka ciężkiemi butami po nierównym bruku, rozgląda się wkoło, patrzy to na gmachy urzędów, to na obwarzanki na żydowskich straganach — i myśli, z którejby strony do takiego piśmiennika przystąpić i gdzie go wynaleźć? To tylko szczęście, że nasz świat małomiasteczkowy jest tak urządzony, że mądrzy sami szukają głupich, aby im przyjść z radą. Po co człowiek ma czas tracić, deptać po bruku i nie trafić tam, gdzie pragnie, kiedy dzięki usłużnym faktorom, będzie zaprowadzony do szynku, posadzony z wszelkiemi honorami na ławie, ażeby sobie po podróży odpoczął; pokrzepiony zostanie wódką i przedstawiony takiemu mądrali, który sam o sobie opowiada, że potrafi zrobić z kozła barana i z barana kozła... Gdy Wojciech z Walentym przybyli do miasta, dzień się już robił. Słońce patrzyło w brudne szybki okienek i przez wycięte w okiennicach serca i półksiężyce zaglądało do stancji żydowskich; szynkarze, przecierając zaspane oczy, otwierali naoścież drzwi szynkowni, a stary, białobrody, zgarbiony sługa bóźniczny trzykrotnem uderzeniem kija w okiennice wzywał nabożnych żydów do modlitwy. Na rynku było jeszcze pusto, tylko dwie kozy wychudłe zbierały resztki rozsypanego obroku, a nędzne, o zjeżonej sierści psisko węszyło koło jatek. Wojciech szkapinę swoją rozkiełznał, torbę z obrokiem zawiesił jej na łbie, a Walenty zsiadł z wózka i, poziewając, rozglądał się dokoła. Jeszcze nie zdążyli dwóch słów z sobą zamienić, gdy z bocznej ulicy przybiegł zadyszany żydek w wytartym chałacie: — Dzień dobry, panie Wojciechu! dzień dobry! — zawołał, — musieliście chyba całą noc jechać: z Zarudzia porządny kawał drogi! — A ty skąd wiesz, że ja Wojciech i z Zarudzia? — Oj, oj, ktoby was nie znał?! taki wielki gospodarz! takiego gospodarza każde dziecko zna. Dlaczego ja was nie mam znać?! I wy mnie także musicie znać, bo ja jestem na cały świat znany. Ja nazywam się Mendel, Mendel Szpak. Słyszeliście wy kiedy o Mendlu Szpaku?! — Nie. — Aj waj, panie Wojciechu! wam się chce żartować od samego rana! Jakto, żeby wy nie słyszeli o Mendlu?! To nie może być. Jakto? Pierwszy faktor na cały powiat! Aj waj! co ja gadam na powiat! na całą gubernję! Kto chce zboże sprzedać, dam mu kupca; kto chce pieniędzy pożyczyć, zaraz znajdę takiego bogacza, który ma miękkie serce i wygodzi za bardzo mały procent, za dziesiątkę od rubla tygodniowo. — Nam nie potrzeba ani bogacza, ani kupca, — odrzekł Wojciech. — Ja wiem, czego wam niepotrzeba, a co wam potrzeba — to ja też wiem. Od czego ja jestem Mendel? Od tego, żebym wszystko wiedział... — Nie bajdurz po próżnicy, bo my mamy inny interes na głowie. — Ja i to wiem, że macie inny interes, żeście naumyślnie przyjechali do miasta z przyczyny tego interesu, żeście, zamiast spać spokojnie w chałupie, wlekli się całą noc po złej drodze. Walenty spojrzał znacząco na żyda. — Oj waj! — rzekł, śmiejąc się, Mendel. — Jeszczeście byli na moście, to ja już wiedziałem, że macie interes. Nie dziwujcie się, to jest taka prosta rzecz. Jak chłop jedzie do miasta na targ, to ma na wozie worki, a gdy jedzie do miasta za interesem, to ma na wozie tylko torbę z obrokiem. — Ny, wy macie tylko torbę! Torbę powiesiliście szkapie na łbie, a interes trzymacie w swojej głowie i nie wiecie, co z nim robić; a jak wy jego wyjmiecie ze swojej głowy i wsadzicie do mojej głowy, to zaraz będzie po interesie. Oj, oj! żebym ja miał tyle pieniędzy w kieszeni, co ja już miałem interesów, tobym zapytał, co Kraków kosztuje? Jak myślicie, gospodarze: czy wam kto zapłaci za to, że stoicie na ulicy? Chodźcie do izby; mój szwagier, Symcha Bas, ma pańską izbę! U niego nawet hrabiowie bywają. Wczoraj on sprowadził z Wierzbowa dwie kufy okowity, to ja prawdę powiem, że jeszcze jak żyję takiej okowity nie widziałem! Chodźcie do niego do izby, tam znajdziemy na wszystko sposób. Żeby nawet najgorszy interes, ja wam dam na niego lekarstwo! Tak jest na świecie. Jeżeli was, broń Boże, bok zaboli, jeżeli dostaniecie kolki, to wiecie, że trzeba iść do felczera, do Icka, żeby dał proszki i postawił bańki; — gdy zaś trafi się wam interes, a do tego ciężki, to musicie iść do faktora Mendla, który jest najlepszy doktór od wszystkich trudnych interesów — a jeżeli ten Mendel zaprowadzi was do Symchy, to się zrobi nad waszym interesem konsyljum. No, czy ja źle mówię?! Walenty w głowę się podrapał. — A no, Wojciechu! — rzekł — czy tak, czy siak, kieliszek gorzałczyny nie zawadzi, możeby i pójść. — Mądre słowo powiadacie, gospodarzu! bardzo mądre! weźcie szkapę za grzywę i prowadźcie ją za mną. To niedaleko, zaraz na drugiej ulicy, koło Szmulowego zajazdu. Mendel raźnie pobiegł naprzód i pierwszy stanął przed szynkiem, do którego wepchnął Wojciecha i Walentego. Napili się wódki, i usiadłszy na ławie, wyjęli chleb z węzełka i jedli powoli. Mendel do gospodarza coś po żydowsku powiedział, poczem wybiegł na miasto i niezadługo powrócił w towarzystwie jegomości z czerwonym nosem, obrzękłą twarzą i małemi, bardzo ruchliwemi oczkami. Ów człowiek miał na sobie brunatny, straszliwie wypłowiały surdut, zielony szalik na szyi, a na głowie zatłuszczoną czapkę z lampasem. Ujrzawszy tego wycierusa, Walenty i Wojciech powstali z ławy. — Ny, ny, ja wam mówiłem, że przyprowadzę osobę! jaką osobę! Ten pan dla nikogo w świecie nie przyszedłby do szynku — rzekł Mendel. — To jest przecie z przeproszeniem... traktjernia — odezwał się przybyły, spluwając na widok flaszek, które mu oskomę robiły. — Tak, tak, omyliłem się — mówił żyd — to jest traktjernia! ale i do traktjerni panby dla byle kogo nie przyszedł!.. Ale jak Mendel prosi, to pan przyszedł!.. Siadajcie, panie Wojciechu i każcie dać wódki i śledzia, bo pan adwokat ma taką naturę, że rano lubi wypić kieliszek wódki i przekąsić śledziem... Pan ma bardzo delikatne zdrowie i potrzebuje posiłku... niewiele, ale często. — Cierpię, z przeproszeniem, na wątrobę. — Pan adwokat ma taką frybrę wątrobianą, przez to może mało jeść... tylko do picia ma ochotę... Siadajcie, siadajcie; powiedzcie, co macie za przeszkodę, pan zaraz wam doradzi... z czarnego zrobi białe, z białego zielone. On może obrócić kota ogonem tak ładnie, że cały świat gębę otworzy. Wam naprzykład zdaje się, że ten stół jest sosnowy. Przysięglibyście na to? — Ma się rozumieć, bo sprawiedliwie sosnowy. — Posłuchajcie-no wy, jak ten pan zacznie gadać, to was przekona, że to stół blaszany, a zapłaćcie więcej, to się dowiecie, że on jest zrobiony z wypalonej gliny... I wy gotowi będziecie to zaprzysiądz. Wojciech z niedowierzaniem spojrzał na żyda. — Oj, nie dziwujcie się — zawołał Mendel — to jest wiadoma rzecz... Gadajcie, co wam trzeba, jaką macie kwestję. Wojciech odchrząknął raz i drugi, westchnął ciężko i powoli zaczął opowiadać swe kłopoty: — jako się młynarz we wsi osiedlił, jako całą gromadę szwabów sprowadził, jako dziedzic chce szwabom grunt na kolonje rozprzedać i jako z tego będzie zarudzkim chłopom ciężkie życie i los. Bydlęciu przejść nie dadzą, w pola worywać się będą, łąki wypasą, a chłop cóż z taką czeredą poradzi? Za łby się z nimi wodzić, pomstować, to i obraza boska, i nie ładnie. Ciężko będzie... Pan adwokat coraz sobie z flaszki dolewał, śledzia jadł i słuchał; gdy zaś Wojciech swą relację skończył, spytał: — Durny ty, mój człowiecze! — rzekł, poważnie kiwając głową. — Wiadomo; żebym był mądrala taki, tobym rady nie szukał po ludziach — rzekł Wojciech, spoglądając ponuro — sam wiedziałbym, co robić. — Ja tobie powiem: dziedzic chce sprzedać? — Chce... — A niemcy chcą kupić? — Jużci, że chcą; grunt ładny, łąka czysta, las — aż im się ślepia świecą do niego, jak wilkom... — Pieniądze mają? — Pewnie, że mają; żeby nie mieli, toby gruntu nie kupowali. — To widzisz, braciszku, interes głupi... Dziedzic chce sprzedać... oni chcą kupić... pieniądze mają... któż co na to poradzi? Wolna wola... — Im wolna wola, a nam krzywda... Adwokat głową kręcić zaczął. — Trudno... trudno... ale, jak to powiadają, wszystko można, tylko... ostrożnie; możeby się sposób znalazł... ale, widzisz, bracie, sposób drogi! a wy, nie przymawiając, macie węża w kieszeni... — Zapłacimy, panie, zapłacimy! — Oni wszystko zapłacą... — rzekł protekcjonalnie Mendel. — Ja ich znam. Oni mają taki zwyczaj, że lubią narzekać na biedę, ale jak trzeba pieniędzy, nawet dużo pieniędzy, to wyciągną z różnych schowanek, ile trzeba, i zapłacą. — To się wie, że zapłacimy, aby jeno było za co. — Będzie za co! — zawołał Mendel — dlaczego niema być za co? jak tylko kto ma czem płacić, to ma i za co płacić, to wiadomo, nawet małe dzieci wiedzą o tem. — Aha, — mruknął doradca, — ale przedewszystkiem, ileż wy możecie zapłacić? — Albo ja wiem... — odpowiedział Wojciech. — No, ale tak, mniej więcej... — Nie znawca ja na to. Dość już długo na świecie żyję, alem jeszcze w takiej przygodzie nie był. Zresztą zdaje się, że nie nasza rzecz mówić wprzód, ile dać możemy, ale pańska powiedzieć, co pan żąda. Toć i na jarmarku, jeśli kto sprzedaje krowę albo świnię, to sam gada, ile za nią chce. — Fe, fe! Wojciechu, — zawołał Mendel, — jak można przykładać wielką sprawę, mądrą poradę, znaczną osobę do takiego paskudnego stworzenia. Pan adwokat może się obrazić. — A o cóż? Toć mówiło się dla przykładu, nieprzymierzając. Doradca przerwał ten spór. — Czort was zabierz, — rzekł — przymierzając, czy nie przymierzając, to dla mnie jedno, a grunt pieniądze. Sprawa ciężka — trzeba na koszta, na stemple, na papier, bez tego nie można; wiesz, bracie, że kto smaruje, ten jedzie, a kto nie, to nie. — Siłaż to na owe koszta? — zapytał Walenty. — Słuchajcie, — rzekł doradca — ja wam krótko powiem. Za moją pracę, za moją fatygę i myślenie ja teraz od was nie żądam nic. Wy dobrzy ludzie, ja z wami wódki wypił, śledzia zjadł, no — i ja was lubię... Odrazu polubiłem... — Macie szczęście, — wtrącił Mendel — naprawdę macie szczęście; pan adwokat nie każdego odrazu polubi, z innym nie chce nawet rozmawiać. — Krótko mówiąc, — odezwał się doradca — bez trochy czerwonych papierków zacząć nie mogę. — Kupa grosza, — rzekł Wojciech, drapiąc się po czuprynie. — Kupa! Jaka to kupa, — zawołał Mendel — to jest całkiem nic... Miarkujcie sami: taka wielka sprawa! samego papieru do niej trzeba tyle, ilebyście na wóz nie zabrali, a gdzie pióra, gdzie atrament, gdzie lak, a gdzie myślenie pana adwokata? Sieczka nie jest tak tania, jak ten interes... Żebym ja tak zawsze zdrowie miał! Nie macie się co namyślać, tylko rozwiązać worek i dać. — Skoro trzeba dać, to się da — ale chcielibyśmy wiedzieć, co z tego będzie? — Aj waj! Co będzie?! Ślicznie będzie! Jak pan adwokat zacznie kręcić, to tak zakręci, że niemcy nie będą wiedzieli, gdzie jest początek, gdzie koniec i gdzie środek. — Widzicie, panie — rzekł Wojciech — my wierzymy, że pan wie, co trzeba zrobić, ale i my też chcemy wiedzieć... — Albo takie wiedzenie zmieści się w waszej głowie? — Mendel. Wojciech się obruszył. — Ty żydku — rzekł z gniewem do Mendla — po próżności nie pleć. Przyszliśmy nie od siebie, jeno od gromady, a jak gromada zapyta, cośmy zrobili, toć nie możemy stać jak kołki, tylko musimy powiedzieć, co i jak. — Masz rację, człowieku — rzekł doradca — masz rację! wytłumacz więc gromadzie, że ja wziąłem się do interesu, ja! i że, ma się rozumieć, wszystko będzie dobrze. — I niby niemcy gruntu nie kupią? — Nie kupią! — A jeżeli im dziedzic sprzeda, to co będzie? — Wyprocesujemy. — A proszę pana, żeby tak, naprzykład, po dobroci pójść do dziedzica i prosić go, niechby zamiast sprzedawać niemcom, nam sprzedał... O pieniądze możnaby się przecież postarać. — Aj, aj! — wtrącił Mendel — dziwna wasza mowa jest. W interesie niema prośby — interes jest interes... — Zawsze wolelibyśmy zgodnie... — Ach! głupcy wy — rzekł doradca, machając ręką niechętnie — róbcie jak chcecie, wasza wola. Tylko, jeżeli chcecie, żebym ja waszej sprawy pilnował, to dajcie na koszta, a jeżeli nie, to bywajcie zdrowi i nie zawracajcie mi głowy. — Nie bałamućcie gospodarze, nie bałamućcie — wołał Mendel — dajcie na koszta... Klektanie to jest tylko, klektanie... trzy grosze nie warto. Macie co robić, to róbcie, bo pan adwokat nie jest czasowy człowiek. U niego, w kancelarji, w Icka domu na górze, od samego rana jest już taki ścisk, jak na jarmarku. — Nu tak, ja czasu nie mam, bałamucić nie mogę. Wojciech westchnął, sięgnął do kieszeni, wydobył długi woreczek, zawiązany sznurkiem, i odwróciwszy się do ściany, zaczął liczyć papierki. — Niechże pan porachuje — rzekł skończywszy — jest trzydzieści, jak jeden, akuratnie. Oczy pana adwokata aż się zaiskrzyły na widok pieniędzy, na które także i Mendel i Symcha Bas pilną zwrócili uwagę. Widocznie mieli oni z mądrym doradcą pewne rachunki i chcieli załatwić je przy okazji. W kilku słowach, po żydowsku porozumieli się, że trzeba jaknajprędzej gospodarzy wyprawić, a pana doradcę zatrzymać i nie wypuścić, dopóki długu nie zapłaci. Szło im także i o to, aby ów niby adwokat to, co ma przepić, przepił na miejscu, a nie gdzieindziej. Tak się też stało. Mendel pod jakimś pozorem wyprowadził Wojciecha i Walentego na miasto; a Symcha wciąż świeże flaszki podsuwał doradcy. Po dwóch godzinach wielki znawca prawa już o Bożym świecie zapomniał. Szynkarz przy pomocy dwóch żydów zaciągnął go do drugiej stancji, ułożył na ławie, jak nieboszczyka, i przykrył mu twarz starym workiem, aby muchy nie przeszkadzały mu spać. Już się słońce ku zachodowi zniżało, kiedy Wojciech z Walentym dojeżdżali do Zarudzia. Ładny wieczór był, pogodny, od rzeki wietrzyk pociągał, a we wsi, nad domostwami unosiły się białawe kłęby dymu. Wojciech, który prawie przez całą drogę milczał i rozmyślał tylko, odezwał się do Walentego: — Wiecie wy, kumie — rzekł — zdaje mi się, że myśmy głupstwo zrobili. — Niby w czem? — A no, dając temu doradcy pieniądze. — Kiedy inaczej nie można, to i cóż mieliśmy uczynić? — Otóż mnie się zdaje, że można inaczej. Nie trzeba nam było do miasta jechać, tylko z Rochem pogadać. Juścić to człowiek dobry i rozumny, on by nam źle nie doradził. Jak wam się zdaje? — Bo ja wiem — odrzekł Walenty — bo ja wiem. Ja na prawowanie i na sądy nie znawca. Jak mi kto krzywdę zrobi, to wziąłbym kij do garści, sprał dobrze i ze szkody wypędził, a na insze przebiegi głowy nie mam. Jak inni, tak i ja, za kupą pójdę, ale sam gromady nie poprowadzę. Wy, Wojciechu, prędzej każdą rzecz zmiarkujecie. Zaś według Rocha, dlaczegoby nie. On jest głowacz, jedźmy do niego, albo z Zarudzia przejdziemy — toć nie koniec świata, jeno sąsiedztwo bliziuchne. — A no to jedźmy. Skręcili w boczną drożynę, co się między polami ciągnęła i ginęła w zaroślach, a w pół godziny później byli już przed domostwem Rocha, który tylko co z pola powrócił od roboty. Przywitał gości uczciwem słowem i poprosił do izby, ale nie chcieli wejść. — Na dworzu lepiej będzie, — rzekł Wojciech — swobodniej, nie przeszkodzi nam nikt, a właśnie mamy wam coś powiedzieć i o radę prosić. — Jak wola wasza — odrzekł Roch — miarkuję ja o co chodzi, wiem, że na waszą wieś bieda idzie, a i nam to niemiłe. Dobrze tedy, pogadajmy, naradźmy się. Usiedli na klocu pod płotem, otaczającym ogródek, i gwarzyli długo, parę godzin. Już noc zapadła, złote gwiazdki mrugały na niebie, kiedy Wojciech z Walentym do Zarudzia wrócili. We młynie świeciło się jeszcze, wśród ciszy nocnej rozlegał się śpiew podochoconych przybyszów. Wojciech konia wyprzągł i do izby wszedł, ale nie zabawił w niej długo. Spać nie mógł, jakiś niepokój go ogarniał. Wyszedł przed chatę, patrzył w ciemną przestrzeń, to na gwiazdy migające na niebie, to na światło we młynie, patrzył i rozmyślał — a potem usiadł na kamieniu i pacierz odmawiać zaczął.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…