Read here

Oficyna

Klemens Junosza · 1897 · Free in the US

25,820 words · about 1 h 48 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1897 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Oficyna&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Klemens Junosza
Language
Polish
Published
1897
Length
25,820 words · about 1 h 48 min
Sections
7 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (7)
  1. Szkic under 1 min
  2. Szkic about 54 min
  3. Szkic about 7 min
  4. Szkic about 9 min
  5. Szkic about 7 min
  6. Szkic about 15 min
  7. Szkic about 16 min

Continue:

Szkic

SZKIC.

Szkic

SZKIC.

I.

Byle nie grymasić i nie wymagać za wiele, to w Warszawie można mieć wszelkie dogodności, a nawet komfort, zwłaszcza, jeżeli znajdzie się mieszkanie w porządnym domu i w dobrym punkcie. Pani Zenobia przez kilka lat miała lokal na Kościelnej i było jej dobrze; przez jakiś czas na Zakroczymskiej i również było jej dobrze; później na Przyrynku — doskonale! i byłaby do samej śmierci nie opuściła tego mieszkania pysznego i tej ulicy miłej, gdyby nie nadzwyczajne przyczyny i okoliczności. Każdy człowiek ma jakieś interesa, widoki na przyszłość, każdy dąży do polepszenia losu — i dla tego celu musi nieraz poświęcić wiele przyjemności osobistych i wyrzec się pewnych przyzwyczajeń. Nie przychodzi to łatwo, ale jak trzeba, to... trzeba. Pani Zenobia znalazła się w tem położeniu, że musiała zmienić „punkt“ i poszukać dogodniejszego, w części miasta ruchliwej, ożywionej, gdzie fala ludzi od rana do nocy płynie szerokim potokiem. Nabiegała się kobiecina po całej Warszawie, szukając nowej a dogodnej siedziby i nareszcie znalazła. Ulica była pryncypalna, punkt doskonały, wszystko tak blizko, że tylko ręką sięgnąć. Sklepik z pieczywem, skład wędlin, sklep z nićmi tuż — a komunikacya z całem miastem, idealna... Tramwaj za tramwajem się toczy, dzwoni, dudni, tylko wskakiwać, kupować bilet i jechać, dokąd dusza zapragnie... Na Kościelnej ani na Przyrynku, takich dogodności nie było. No — i sam dom! Jaki dom, co za dom! Ośm okien frontu, trzy piętra, brama jak w fortecy, sień malowana na czerwono, posadzka w niej w deseń, schody białe jak z marmuru, na nich chodnik, na każdem piętrze cynowa panna w negliżu trzyma, w ręce podniesionej wysoko, lampę gazową z kloszem... Ogromny szyk! Miejscami trochę przybrudzony, gdzieniegdzie odrapany, ale szyk! No — i jaka ulica, jacy lokatorowie... jakie sąsiedztwa! Na dole felczer, na pierwszem piętrze dwóch lekarzy, naprzeciwko apteka, o trzy domy dalej zakład pogrzebowy. W lokalach frontowych, woda na każde żądanie. Można pić ile kto chce, można się kąpać, a na upartego nawet i utopić. W oficynie dogodności takich nie ma. Gospodarz podobno chciał ponieść koszta i komfort, ale budowniczy bał się wiercić ścian, gdyż, jak się wyraził, oficyna była krucha jak francuskie ciastko... Poprzedni właściciel, który ją budował, lubił elegancyę i taniość, dał też najmniej kosztowną cegłę, i najtańszą robotę, w nadziei, że się ta oficyna będzie jakoś własnym ciężarem trzymała, a z czasem osiądzie się i ukrzepi jak należy. Liczono też trochę i na lokatorów, że będą z kategoryi... tych lżejszych. W rzeczy samej, któżby do mieszkań, złożonych z dwóch pokoików i kuchenki, wprowadzał kasy ogniotrwałe, fortepiany, ciężkie meble, marmurowe posągi! Ot, łóżka żelazne, krzesła wiedeńskie, albo koszykarskiej roboty, mała szafka, komódka, parawan, klatka z kanarkiem, a z kategoryi ciężkich przedmiotów, co najwyżej maszyna do szycia... Takie ruchomości murów, choćby bardzo delikatnych, nie zarysują, gospodarz może spać spokojnie... Zresztą trzeba oddać cześć zasłudze: — budowniczy, który ongi tę oficynę stawiał, zabezpieczył ją raz na zawsze od wszelkich ciężarem i rozmiarem imponujących ruchomości, zrobiwszy schody tak wązkie, że dwie osoby dobrej tuszy z trudnością minąć się na nich mogły... W tak zabezpieczonych mieszkaniach, aczkolwiek ciasnych, wilgotnych, i rzadko kiedy, chyba w drodze wyjątkowej łaski, odnawianych, nie brakło jednak nigdy lokatorów, a jeżeli czasem który miał się wyprowadzić, to w godzinę po wywieszeniu karty zgłaszali się już amatorowie, tak że gospodarz, a właściwie rządca, mógł wybierać. Swoją drogą, na pierwszem piętrze tej kruchej oficyny, pianino było — i dźwięki tego instrumentu rozlegały się nieraz w ciasnem, wysokimi murami otoczonem, podwórku... Owo pianino stanowiło własność pani Zenobii a dostało się na piętro sposobem wyjątkowym jedynie tylko dzięki silnej woli tej energicznej kobiety. Znajomi mówili o niej, że gdy się uprze, to nawet objuczonego wielbłąda przez ucho igielne potrafi przepędzić, a właśnie w tym razie uparła się i żadnych perswazyj słuchać nie chciała. — Proszę pani — mówili tragarze, — my tego pianina na żaden sposób nie wniesiemy... — A cóż mnie to obchodzi? — odrzekła z godnością. — Niech pani sama zobaczy, jakie wązkie schody. Niepodobieństwo... — Jeżeli schody za wązkie, to wnoście przez okno, przez komin, którędy wam się podoba, aby było wniesione. Zrobiło się małe zbiegowisko: z całego domu zeszły się sługi, z suteren przybiegła gromadka dzieciaków, zjawił się stróż, stróżka z najmłodszym infantem na ręku, nawet sam pan rządca znalazł się przed oficyną. — Proszę pani — rzekł uprzejmie — to, czego pani żąda, jest niemożliwe... — A komorne brać z góry było możliwe? — odrzekła pani Zenobia. — Uprzedzam, że dla pańskich niemożliwości kosztownego instrumentu na ulicę nie wyrzucę! Mam córkę i mam pianino i musi ono być w mieszkaniu, choćby przyszło mury rozbijać. Rządca cofnął się dyskretnie, zdając całą tę sprawę na łaskę losu, tragarze zaś, po odbyciu krótkiej sesyi, pokrzepiwszy siły „na rogu,“ spróbować szczęścia i pokonać niezwalczone, jak się zdawało, przeszkody. Przez godzinę blizko, schody były zupełnie zatarasowane, a komunikacya wyższych piętr z parterem przerwana. Nigdy jeszcze tynk z politurą nie całował się tak serdecznie, to też pianino w wielu miejscach wyglądało tak jak gdyby je kto pilnikiem oskrobał, a ściany klatki schodowej, pokaleczone były aż do cegły; ostatecznie jednak pani Zenobia postawiła na swojem... Pianino zajęło honorowy punkt w tak zwanym saloniku, a wieczorem, gdy już ustawiono skromne mebelki, panna Jadwiga zaczęła grać. Okna były otwarte, a wśród wysokich murów, otaczających podwórko, dźwięki instrumentu rozlegały się głośno. Z oficyn bocznych, z kuchen mieszkań frontowych, powychylały się głowy ciekawe; dzieciaki, korzystając z muzyki, tańczyły zawzięcie po podwórku, a nawet stróż idący zapalać lampki na schodach, zatrzymał się i rzekł do żony: — Nie ma co gadać; gra pięknie i głośno, niech się inszy kataryniarz schowa... Panna Jadwiga grała z godzinę, nareszcie zamknęła pianino i rzekła do matki: — Wie mama, tu jest prześlicznie!... — Tego nie powiem — odrzekła matka, widocznie mniej do zachwytów skłonna, — na Przyrynku było i lepiej i obszerniej. — O nie! Tu stanowczo jest ładniej i weselej. Tam był kąt, a tu jest świat, zupełnie co innego. — Aby nam tylko z tego „świata“ co przyszło. — Bez wątpienia przyjdzie, niechno tylko szafka będzie gotowa. Stolarz obiecuje na jutro, już tylko brak szyb, a ja upatrzyłam na froncie doskonałe miejsce do przybicia. Mam przeczucie, że doskonale nam tu będzie. — Ty bo zawsze ze swemi przeczuciami i snami... — Czy się nie sprawdzają? — Czasem... — Ależ zawsze... — Imaginacya! — Jednak, mamo, wartoby co zjeść. Narobiłyśmy się przy tej przeprowadzce, a choć ja pasyami lubię przeprowadzki... — Także gust! Ja bo nie cierpię, to istne piekło. — Przeciwnie, mamo, to najprzyjemniejsza rozmaitość... Wszystko się rujnuje, przewraca, wynosi — a na nowem mieszkaniu znowuż się ustawia, urządza, przybija... Zawiesza się obrazki i fotografie, zakłada firanki... Wie mama, ja już obmyśliłam. — Co takiego? — Wszystkie fotografie pozawieszam inaczej. — Byle nie dziś, bo już mam dość tego łomotania. W głowie mi huczy... — Zrobię to jutro, gdy mama wyjdzie na targ, bo tak jak jest, niema żadnego szyku... — Jak ci się podoba... Samowar już szumi, bułki stróżka przyniosła — są i serdelki. — Alboż dziś niedziela? — Wtorek, ale narobiłyśmy się, a z powodu tej utrapionej przeprowadzki nie było obiadu. — Ach prawda! Najzupełniej o tem zapomniałam. Panna Jadwiga nakryła stolik w kuchence i nalała herbatę do szklanek. — Ciekawa jestem — rzekła — jakich tu mamy sąsiadów?... — Od frontu sklepy i lokatorowie bogaci, a może tylko udający bogatych, a tu w naszej oficynie tak sobie, rozmaici... Niektórych poznałam już. — Już? — Przecież nie próżnowałam. W suterenie praczka... dzieci kilkoro, mąż na zarobek chodzi... Cicha jakaś kobiecina, — Na dole malarz, taki co pokoje maluje, widać nie źle się miewa, podobno kilku ludzi zatrudnia. — Aż kilku? — A tak. Sama malarka tak mówi, poznałam się z nią, młoda kobieta i porządnie wygląda. Na drugiem piętrze też małżeństwo, starzy ludzie oboje. On podobno emeryturę bierze, nazywają go radcą. Trzymają sługę, a u malarki także sługa jest. — Bogaci, mogą więc sobie na takie zbytki pozwalać. — A ty im może zazdrościsz? — Bynajmniej. Wogóle bez wielu rzeczy mogę się obchodzić, a bez usługi tem bardziej, choćby dlatego, że nikt mi nie dogodzi tak, jak ja sobie. Z pewnością ani ani ta pani z drugiego piętra takiej usługi, niema. — Naprawdę? — No przecież mama jest kucharka znakomita, a ze mnie pokojówka nie zła... Tak mi się zdaje przynajmniej. Ale nie skończyła mama o sąsiadach. Któż mieszka na trzeciem piętrze? — Nie wiem dokładnie, jakaś rodzina, podobno i córki są... Ojciec pracuje w kantorze. Jutro będę wszystko wiedziała. Jest tu jeszcze niby czwarte piętro, niby facyatka, pod samym dachem i mieszka tam kawaler... — Kawaler? — Tak, spokojny człowiek, a jak mówi maglarka, nigdy nie ma go w domu. Pani Zenobii oczy zaczęły się kleić; zmęczona całodziennem chodzeniem i przeprowadzką, pragnęła spoczynku... Zrozumiała to panna Jadwiga, sprzątnęła szybko ze stołu i posłała łóżka. — Niech mama idzie spać — rzekła, a po chwili dodała z — gdzie się to nasz kochany ojciec obraca? Czy ma przynajmniej jakie wygody? Jestem o niego bardzo niespokojna; od trzech tygodni nie miałyśmy listu. — Nie od trzech tygodni, lecz od miesiąca już... ja dnie liczę. Pisałam, że mieszkanie zmieniamy, więc wie jak adresować. Widocznie bardzo zajęty i czasu nie ma. — O przepraszam, ojciec dla nas zawsze ma czas, obawiam się... — Nie... — Moja Jadwigo, nie mów o obawie i nie rób żadnych przypuszczeń, bo mi to przykrość sprawia. Bóg jest miłosierny, poczekajmy jeszcze kilka dni, list niezawodnie nadejdzie... A teraz, moje dziecko, dobranoc, nakręć zegar i nastaw budzik na siódmą, żebym nie zaspała jutro. — Dobrze, mamo, dobranoc. — Dobranoc. Uklękły; każda przy swojem łóżku i modliły się gorąco, prosząc Boga, aby miał w swej opiece oddalonego męża i ojca, aby mu pozwolił powrócić szczęśliwie z długiej i dalekiej podróży — aby dał zdrowie i powodzenie na nowej siedzibie. Wkrótce potem światło w oknach pierwszego piętra zagasło — zaraz też zagasło na drugiem i trzeciem, w przypadłych do ziemi okienkach i na schodach. Podwórko, niby wielka na cztery piętra głęboka studnia, pogrążyło się w ciemności i widać było nad niem tylko maleńki kawałek nieba, przyozdobiony kilkoma gwiazdkami. Z ulicy dochodził przygłuszony turkot, a zresztą nic już nie mąciło ciszy nocnej. Mieszkańcy oficyny usnęli.

II.

Nazajutrz po południu, kiedy pani Zenobia chciała wyjść na miasto, zastała na schodach wielkie zgromadzenie kobiet, które z ożywieniem niezmiernem, z gestykulacyą opowiadały o jakiemś nadzwyczajnem wydarzeniu. Gniew i ciekawość zarazem malowały się na ich twarzach, a ponieważ wszystkie te panie mówiły jednocześnie i razem, ponieważ mowa ich gęsto upstrzona była wykrzyknikami, przeto na razie trudno było zrozumieć o co idzie. — Tego jeszcze nie bywało! — Pięć lat tu mieszkam, i o niczem podobnem nie słyszałam! — Awantura! awantura! — powtarzała malarka. — Proszę pani — przerwała szczupła lokatorka z drugiego piętra. — Co to pięć lat! Ja już jedenasty rok w tym domu siedzę, a także nic podobnego nie widziałam i nie słyszałam... Poczekajcie no panie... chciejcie posłuchać. Znosiłam cierpliwie rozmaite niedogodności: wilgoć, zimno, dym z pieców, ale tego jeszcze nie. Całe szczęście, że nie mam córek, gdyż musiałabym się wyprowadzić, albo natychmiast, albo od miesiąca, nie czekając kwartału. Państwo Kalińscy z trzeciego piętra niezawodnie tak będą musieli postąpić. To trudno, są pewne względy, wobec których... a kto ma córki, ten musi patrzeć na prawo i na lewo, przed siebie i za siebie. Czyż nie prawda, moje kochane panie? — Przepraszam — wtrąciła pani Zenobia, — widzę, że tu coś zaszło. — A naturalnie. — Dziwne, nadzwyczajne rzeczy!... — Ale co? Chciejcież panie powiedzieć co się zrobiło. — Ładne rzeczy... bardzo ładne rzeczy! — Widzi pani — rzekła malarka, zwracając się do pani Zenobii — wczoraj w złą godzinę wymówiłam. — Co? — Ano tak, do kogóż ja to mówiłam? oczywiście do pani... tak... tak... pani się dzielnie znalazła z owym fortepianem: nie chciała pani ustąpić rządcy... więc od razu powzięłam dla pani nadzwyczajną sympatyę... Podobała mi się pani ze swojej energii, no... więc opowiedziałam mniej więcej o wszystkich lokatorach tutejszych, jakich pani będzie miała , bo przecież, gdy się gdzie mieszka, to jest niezbędne. Prawda? — Tak, tak — powtórzyło kilka kobiet. — Oczywiście, bez obmowy; którą się brzydzę, jak grzechem śmiertelnym, ale tak sobie, z życzliwości, po sąsiedzku, nie mogłam nikogo pominąć, więc wspomniałam też, że na czwartem piętrze, właściwie niby na facyatce, mieszka kawaler, i to jeszcze dodałam, że jest bardzo cichy i porządny... — Porządny — zawołała z oburzeniem lokatorka drugiego piętra — porządny! Moje panie, gdzie też kto na świecie widział porządnego kawalera i wogóle porządnego mężczyznę?! — Może gdzie jaki się znajdzie... — Nigdzie, nigdzie! Oto na przykład mój mąż mógł już zapomnieć, że był kiedyś kawalerem, trzydzieści sześć lat żyje ze mną, całą emeryturę wysłużył a swoją drogą... — Ale co? — Proszę pani, swoją drogą potrafi codzień przez dwie, trzy godziny z rządu oglądać albumy z fotografiami ładnych kobiet, a na ulicy, to tak patrzy, że nieraz ciągnę go za rękę i mówię: dajże pokój nareszcie, bo od takiego okulary niszczą się niepotrzebnie. Ale moje słowa pomagają akurat tyle co umarłemu kadzidło, dziad patrzy i patrzy... — Ale miała nam pani powiedzieć o tutejszym lokatorze, co to niby taki cichy i spokojny. — A właśnie... — Sam sobie szkodzi, sam, sam właśne szczęście odpycha... Ja wiem, że z trzeciego piętra dowiadywano się o niego: co za jeden jest, co wart i jakie może mieć widoki na przyszłość... Nie dziw, kto ma córki, musi dla ich dobra dowiadywać się. — Że, byliby mu dali najstarszą, Joasię to najpewniejsza rzecz. Ja to wiem doskonale. — Czy starał się o nią? — Starać się jeszcze nie starał; nawet nie bywał, ale mieli na niego oko. Byliby zaprosili go przy pierwszej sposobności i ułożyłoby się wszystko jak najlepiej. Ja sama byłabym do tego dopomogła. Tymczasem cóż się dzieje!? — Właśnie, tego jestem najbardziej ciekawa — rzekła pani Zenobia. — Zaraz się pani dowie... Dziś o godzinie czwartej. — Nie, o trzeciej! — Ależ o czwartej; patrzyłam na zegarek... — Może... — Z pewnością tak. Otóż dziś o godzinie czwartej przychodzi jakaś dama. — Dama? — Oczywiście dama. Dość wysoka, szczupła, przystojna, chociaż naprawdę nie wiem, bo miała dość gęstą woalkę na twarzy, a ja, przyznam się paniom, mam trochę krótki wzrok... — O wcale jeszcze przystojna — dorzuciła malarka, już nie pierwszej młodości. — To właśnie jest najbardziej oburzające! Tak się złożyło, że akurat w tej chwili powracałam z miasta, z apteki, kupowałam ziółka dla mego męża, gdyż przeziębił się i kaszle. A zawsze mówię: strzeż się zaziębienia... Ujrzawszy ową damę na schodach, od razu byłam zaciekawiona, do kogo też ona idzie?... Ubrana bardzo porządnie, nawet elegancko, całkiem czarno... kapelusz miała... — Także czarny — dorzuciła malarka, — widziałam przez okno... z dżetami i koronką... Wcale ładny kapelusz. — Więc weszłam z nią do sieni prawie jednocześnie i myślę sobie: Zapewne idzie do tej pani z pierwszego piętra, co się sprowadzała wczoraj — ale nie, pierwsze piętro mija... No chyba przecież i nie do nas, bo jej wcale nie znam... Pewnikiem na trzecie... Zatrzymałam się u siebie przede drzwiami, słucham... nie dzwoni, idzie wyżej... O! Zaraz mnie tknęło, że się coś niedobrego święci... Po cichutku, na palcach, wchodzę na trzecie... patrzę... a moja jejmość prosto na facyatkę. — Do kawalera!? — Ależ tak, tak! — No, no, dziwne rzeczy dzieją się w naszej oficynie... — Ale trzeba było wiedzieć jak weszła! Z jaką pewnością siebie, jak śmiało; zupełnie jakby do własnego mieszkania. Przyznam się, po prostu osłupiałam z podziwu, że przynajmniej przez pięć minut nie mogłam przyjść do siebie. — Ale któż jest nareszcie ta dama? — zapytała pani Zenobia. — Kto ona jest, nie wiem, a nazwisko nic mnie nie obchodzi; to tylko przykre i niemiłe, że w naszej oficynie nie zdarzały się jeszcze podobne wydarzenia. Trzeba zapobiedz, żeby na przyszłość... — Eh, może być, że to jaka jego krewna może ciotka, albo siostra. — To się przecież wyjaśni... — Starałam się już i o to — rzekła z drugiego piętra; — bo ja wogóle mam takie przyzwyczajenie, że mało mówię, a dużo robię. — Jakim-że sposobem starała się pani? — Nie każdy wpadłby od razu na ten pomysł, ja wpadłam, zapytałam stróża, czy ją widział? Rzecz naturalna, że nie widzieć nie mógł, bo na to przecież jest stróżem, żeby pilnował kto wchodzi. Była u niego w stancyjce i zapytała gdzie mieszka pan Antoni Jarski. Widzicie więc, panie, że o żadnem pokrewieństwie nie ma mowy. — Ja bo nie widzę z czego to pani wnosi — rzekła pani Zenobia. — Albo widzieć pani nie chce — odparła złośliwa dama, — a jednak cóż prostszego? Krewna nie tytułowałaby go „panem,“ mogła przecież zapytać bez ceremonii: — czy tu mieszka Antoni Jarski? — Więc on się Jarski nazywa — rzekła pani Zenobia, jakby coś sobie przypominając. — Czy pani go zna? — Nie, ale nazwisko obce mi nie jest. Byłam niegdyś w bardzo blizkich stosunkach z panią Michałową Jarską... — A to prześlicznie, to doskonale! Teraz pewna jestem, że się wszystko wyjaśni i że nareszcie dowiemy się czegoś pewnego o tym kawalerze, który, między nami mówiąc, niewiadomo co za jeden jest... Ci państwo z trzeciego piętra będą bardzo kontenci. — Przyznam się — rzekła pani Zenobia, — że mnie nic a nic na tem nie zależy, czy będę wiedziała, kto on jest, czy nie... — A to mnie bardzo dziwi! — Dlaczego? Co mnie do kogo i co komu do mnie, każdy odpowiada za swoje. — A proszę pani, tak nie idzie! Jakież znaczenie miałaby opinia, głos ludzi!... — Zapewne, jeżeli ktoś popełni co złego, ludzie okazują mu niechęć lub pogardę, ale jak w tym wypadku, ja jeszcze nie widzę występnego czynu... — A to paradne! Jakto? Parter się oburza, drugie piętro się oburza, trzecie aż się trzęsie, tu oczywiście tym ludziom chodzi o szczęście Joasi, a pani nie widzi złego czynu? Cóż więc pani widzi? Cnotę, moralność, dobry przykład może? Niech-że nas pani oświeci, niech objaśni te wyższe poglądy, gdyż my kobiety proste nic a nic nie rozumiemy. Co pani widzi? No co? — Jakieś podejrzenia niejasne i mgliste, a przecież na zasadzie samych podejrzeń nie godzi się potępiać. Malarzowa kiwnęła głową. — Pani ma racyę — rzekła. — Pani jest w błędzie — odezwała się dama z drugiego piętra. — Ja rozumiem, że co czarne: to czarne a co białe to białe, bywa albo źle, albo dobrze, tu jest źle... Zresztą — dodała nasłuchując bacznie — zaraz to się wyjaśni, prawda wypłynie na wierzch, jak oliwa, wyjdzie jak szydło z worka. Proszę tylko posłuchać. Czy panie słyszycie? — Ja nic. — I ja nic. — A ja słyszę wybornie... Cicho!... para czułych gołąbków schodzi z wyżyn na mizerny padół płaczu... On ma buty trochę skrzypiące, ona stuka obcasami... A jak się śmieją! Jak się cieszą! Jak im dobrze! Czy trzeba jeszcze więcej dowodów... O! — dodała, zniżając głos aż do szeptu — i co mówią? Słyszycie panie? — On mówi: — „jestem uszczęśliwiony...“ a ona: „bardzo tęskniłam za tobą.“ Nie jest że to bezczelność... moje panie!? A teraz znowu on: — „Już się więcej nie rozłączymy i odtąd mieszkać będziemy zawsze razem.“ A to okropne, oburzające!... Razem! Może jeszcze w tej oficynie? O! za pozwoleniem! — Wszyscy porządni lokatorowie wyprowadzą się stąd zaraz, a raczej wymówią mieszkanie... Ja przedewszystkiem. Od roku, nie! od kwartału, albo nawet zaraz... Niech sobie gospodarz głowę urywa, niech robi co chce, wszystkie lokale stać będą ale nie nasza wina... Kawaler z damą, która stała się przyczyną takiego oburzenia, schodził z górnych piętr, śmiejąc się i rozmawiając wesoło; gawędzące niewiasty, chcąc zejść tej parze z drogi, cofnęły się na parter, tylko pani Zenobia, przypomniawszy sobie, że ma coś powiedzieć córce, zatrzymała się przed drzwiami swego mieszkania. Kobieta idąca z kawalerem, ujrzawszy ją wydała okrzyk radości. — To ty! — To ty! — zawołała pani Zenobia, rzucając się w jej — Po tylu latach, mój Boże, poznałam cię od razu! Jakże się mało zmieniłaś. Co robisz w tym domu? — Mieszkam tu. — I ja nic nie Antosiu — dodała, zwracając się z wymówką do młodego człowieka, — niedobry jesteś, żeś mi nie wspomniał... ale prawda, ty nie znasz Antosia... pozwól, że ci go przedstawię: Antoni Jarski, mój syn; jedyny... — dorzuciła z westchnieniem — było jeszcze dwoje dzieci, ale te Pan Bóg zabrał prawie z kołyski. — Moja najdroższa — rzekła pani Zenobia, — z przede drzwi nie puszczę cię; skoro los tak zdarzył, żeś tu przyszła, i że po tylu latach rozłączenia spotykamy się niespodziewanie, proszę, wstąpże do mnie, chociaż na chwilę, pana też proszę, bardzo proszę... — Wprawdzie — odrzekła zapraszana, — czasu wiele nie mam, wybrałam się z synem do miasta, w celu porobienia różnych sprawunków i wyszukania lokalu, bo teraz już w Warszawie stale mieszkać będę, ale do ciebie z największą chęcią wstąpię. Moja droga, tyle lat... tyle lat... będziemy miały o czem mówić... Pani Zenobia pociągnęła za rączkę od dzwonka, drzwi się otwarły, a w nich ukazała się panna Jadwiga. Jejmość z drugiego piętra, malarzowa i jeszcze kilka kobiet widziały z dołu tę scenę i słyszały rozmowę. Urok nadzwyczajnej, niepraktykowanej dotąd w dziejach oficyny przygody zniknął, pozostał fakt najzwyczajniejszy w świecie; matka przybyła odwiedzić syna, jest uszczęśliwiona, że go widzi i że odtąd już się z nim nie rozłączy. Na twarzy surowej małżonki emeryta malował się przykry zawód i rozczarowanie; natomiast malarka uśmiechała się tryumfująco. — A widzi pani — rzekła, — kto ma racyę? Pani, czy ja? — Jakto racyę?... Cóż ma do tego racya, albo nie racya? Co najwyżej może być omyłka... kto wie... Może ta pani mówi prawdę, a może, zobaczywszy znajomą, zmyśliła na poczekaniu bajeczkę, byle coś powiedzieć. — No, no... — Proszę pani, ja mam oko i mylę się rzadko. Pani, jako młoda, wierzy ludziom, ja zaś doświadczona i niedzisiejsza, jestem ostrożna. Jak jest i co jest, to się kiedyś pokaże, a ja swoje powtarzam, że tego u nas nie bywało i że ci z trzeciego piętra, tak czy owak są pokrzywdzeni. — Co też pani mówi? Któż im krzywdę wyrządza? — Dajmy na to, choć nie przysięgłabym, że ta pani jest rzeczywiście jego matką. Mówię, dajmy na to; — a ci z trzeciego piętra mieli na niego, jak już pani wspomniałam, oko, ze względu na swoją Joasię; tymczasem wciągnęła go do siebie ta nowa ... Też, jakaś bardzo przebiegła kobieta... — Ale skąd?... — Mówię pani, że przebiegła, z oczu jej to patrzy... Od razu poznałam po tym fortepianie wczorajszym, po sposobie mówienia, po wszystkiem. — A córeczkę jej pani widziała? — Widziałam. — Trzeba przyznać, że ładna, ale o ile się zdaje, kokietka... Joasia może bardzo źle wyjść na dzisiejszej wizycie... — Być może, lecz w każdym razie, ja mam racyę. Mówiłam, że kawaler jest porządny, i pomimo wszystkiego pokazało się, że jest porządny. — Wszyscy oni porządni — odrzekła, wzruszając ramionami, żona emeryta.

III.

Panna Jadwiga zdziwiła się bardzo, ujrzawszy gości. Nie była jej ta wizyta niespodziewana na rękę, gdyż miała zamiar meble inaczej poustawiać, fotografie pozawieszać nie tak jak wczoraj, założyć firanki, jednem słowem urządzić mieszkanie. Wszystkie te czynności miały być wykonane, gdy matka wyjdzie na miasto, tymczasem zachodzi nagła zmiana; matka zamiast wyjść, wraca i przyprowadza z sobą gości, jakąś nieznajomą panią i młodego człowieka również nieznajomego. Jeszcze z panią byłoby pół biedy, ale ten pan... Po co przyszedł i czego sobie życzy?... Jest przystojny i elegancko ubrany, panna Jadwiga spostrzegła to od razu... W czarnym garniturze jest mu do twarzy, uwydatnia się w nim ładny wzrost, zgrabna figura. Możnaby się założyć, że taki doskonale tańczy, również możnaby trzymać zakład, że jest miły, ma bowiem twarz sympatyczną i uśmiech ma ładne oczy siwe, regularne rysy twarzy, wysokie czoło, włosy blond, wijące się trochę, ma wąsiki i bródkę przystrzyżoną. Prezentuje się dobrze, ale kto jest i czego chce?... Zaraz się to wyjaśni. — Moja droga — mówi pani Zenobia do swojej towarzyszki, — przedstawiam ci moją córkę jedynaczkę... Jadwiniu, ucałuj panią, jest to najlepsza moja przyjaciółka, koleżanka z pensyi, nie widziałyśmy się już bardzo dawno... a to jej syn, pan Antoni Jarski... a wyobraź sobie, nasz sąsiad, mieszka w tej samej oficynie na facyatce. Co za szczególne zdarzenie!... Po tylu latach niewidzenia spotykamy się na schodach, tuż pode drzwiami naszego mieszkania... Moja Jadwiniu, bawże naszych drogich gości, a ja przygotuję kawę. — Ja mamę wyręczę — rzekła panna Jadwiga i wybiegła do kuchenki. Nie o wyręczenie matki jej szło, ale o co innego. W kuchence było małe lusterko, a ten młody człowiek zjawił się tak niespodziewanie, że nie było nawet czasu na poprawienie grzywki nad czołem, która akurat mogła być rozwichrzoną. Co za nierozsądny zwyczaj, żeby wpadać do kogoś nagle i nie dać czasu na przejrzenie toalety. Niby to nic, a jednak nie zawadziłaby odrobina pudru na twarzy i jakiś mały kwiatek we włosach, tem bardziej, że młodemu człowiekowi dobrze z oczów patrzy. Panna Jadwiga zakrzątnęła się szybko koło kawy i koło własnej osóbki. — Zaraz będzie mamo — rzekła wchodząc napowrót do pokoju. — Panie zasiadły na kanapce i rozmawiały z sobą pół głosem, młody człowiek zbliżył się do panny Jadwigi. — Nie przypuszczałem nawet, na że mam tak miłe — My sprowadziłyśmy się tu dopiero wczoraj. Uważa pan zapewne, że wszystko jeszcze jest jak po ogniu... nic nie ustawione... — Nie spostrzegłem tego — odrzekł. — Bo panowie nie zwracają uwagi na takie drobiazgi... Mój ojciec, na przykład, mówi, że mu jest wszystko jedno, gdzie jaki mebel stoi... Czy pan dawno mieszka w tym domu? — Blizko dwa lata... — O! to pan dawny lokator. — A jednak nie znam nikogo z sąsiadów. — Czy być może?... — Rzeczywiście. Wychodzę z domu wcześnie, wracam późno. — Pan ma stałe zajęcie? — Tak. — W biurze. — Nie pani, w fabryce, jestem mechanikiem. — A wolno wiedzieć w jakiej fabryce pan pracuje? — W fabryce maszyn Müllera. — To nie. — Co pani powiedziała? Dlaczego nie? — Mój ojciec jest także mechanik i także pracuje w fabryce, ale w innej. Sądziłam, że może pan jest w tej samej. Ojciec bardzo często wyjeżdża — i teraz nie ma go w domu. — A gdzież jest? — Nie pamiętam jak się ta miejscowość nazywa, wiem tylko tyle, że bardzo daleko, i że wróci dopiero za kilka tygodni. Cukrownię tam zakładają. — A, pani ojciec montuje maszyny? — Tak... — To bardzo korzystne zajęcie i dobrze płatne... — Ale ciężkie, a ojciec już nie młody, spracowany i należałby mu się odpoczynek. Tylko — dodała, — wypoczynek dla ludzi tej kategoryi, to podobno niedościgłe marzenie. — Skądże pani przychodzi do tego wniosku? — Ojciec zawsze tak mówi, a on przecież zna dobrze swoje położenie. — Zapewne; wolę ja jednak naszą pracę, niż wiele innych i bynajmniej zapatrywań ojca pani nie podzielam, chociaż je rozumiem. Pochodzi to stąd, że pani ojciec jest już niemłody i zmęczony, a ja czuję w sobie siłę, dlatego też przyszłość mnie nie straszy. — I nie lęka się pan jej?... — Ani trochę. Niepowodzenie, biedę, wszelkie wogóle troski trzeba brać za uszy, w takim razie zlękną się, uciekną. — Doskonale! Należy jednak wiedzieć, gdzie ta bieda ma uszy?... jest przecież niewidzialna i nie posiada kształtów określonych. Możeby mnie pan nauczył, gdzie ich szukać? — Czy pani ma do czynienia z biedą? — Jakto? — Czy pani jest biedna? — O przepraszam, bynajmniej biedna nie jestem; mam pracę, która mi przynosi pewien dochód; mam ojca, który na nas zarabia, ale chciałabym wiedzieć o tych uszach biedy, na wszelki wypadek; taka wiadomość może się przydać w życiu. — Otóż, proszę pani, najczęściej są one w nas samych. — W nas samych!... w nas samych — powtórzyła w zamyśleniu — może to i prawda... tak, tak... to prawda niewątpliwa. — Wspomniała pani o swej pracy, czy wolno zapytać czem się pani zajmuje?... — Ja mam bardzo piękną i bardzo trudną zarazem robotę; mianowicie złote hafty. Wyszywam ornaty, chorągwie, różne ozdoby. Ponieważ teraz mam coraz więcej zamówień, więc opuściłyśmy dawne mieszkanie, i przeniosłyśmy się tutaj. Niespodziewana wizyta przeciągnęła się blizko dwie godziny; kiedy goście wyszli, panna Jadwiga odezwała się do matki: — Ani myślałam, mamo, że u nas dziś kto będzie. — Ani ja... dla mnie wielka to przyjemność. Taka dawna, serdeczna przyjaciółka!... Ona teraz w Warszawie na stałe zamieszka, aby tylko blizko nas... a jakże ci się podobał jej syn? Panna Jadwiga nie odpowiedziała zaraz. — Trudno na pierwszy rzut oka zdanie wydawać... ale wogóle... miły człowiek, jak się zdaje... — Rodzice jego matki byli to ludzie zamożni, prawie bogaci; posiadali duży majątek; ona wyszła zamąż bardzo młodo, lecz szczęścia jakoś nie było. On wdał się w spekulacye ryzykowne, stracił dużo, zmuszony był zaciągać długi. Szło coraz gorzej. Martwił się, zachorował, wreszcie umarł i pozostawił ją z kilkoletniem dzieckiem w bardzo zawikłanych interesach. Opowiedziała mi w kilku słowach, ogólnie, swoją niedolę. Krewni niby to trochę dopomogli, jakiś wujaszek — prawnik zajął się likwidacyą; ocalono tyle, że mogła kupić niewielką kolonijkę i z tego się utrzymywała, z tego wychowywała syna. Obecnie syn już pracuje na siebie, a że zajęcie trzyma go w mieście, więc matka sprzedała kolonię i przenosi się tu, aby przy synu mieszkać... Taka to historya mojej przyjaciółki, z którą niegdyś przyjaźniłam się i żyłam jak z siostrą, a myślę, że i teraz tak będzie... — Wie mama — rzekła panna Jadwiga, — ponieważ koło naszych znajomych się rozszerza, przeto postanowiłam całe to mieszkanie zburzyć... — A to co znowuż? — Zburzyć, zburzyć i wszystko urządzić inaczej. Tu musi być ładnie!... — Co za szczególne amatorstwo przestawiania gratów! — Mamo; nie może inaczej być, tylko tak, jak ja mówię. Wspominała mama, że pani Jarska pochodzi z zamożnej rodziny. — Więc cóż z tego?... — Więc prawdopodobnie przyzwyczajona jest do eleganckich mieszkań, a jeżeli tu ma bywać... — Dziecko jesteś... — Niech mnie mama zostawi ten kłopot... Wszystko będzie jak trzeba. Oto, naprzód kanapka zamiast stać tu, stanie tam... Zobaczy mama, że to zupełnie zmieni pokój... proszę się przekonać... To rzekłszy, ujęła drobną, ale dość silną rączką kanapę za poręcz i wyciągnęła ją na środek pokoju. Spółcześnie ktoś zadzwonił. — Jezus Marya! znowuż ktoś, ale kto? Doprawdy mamo, to jakiś dzień feralny. — Moja Jadwiniu, postawże ten grat na swojem miejscu, a ja pójdę otworzyć. Może to list od ojca, może kto z zamówieniem. — Utrapienie — szepnęła panna Jadwiga, usiłując jak najprędzej przesunąć mebel. Pani Zenobia otworzyła drzwi i powitała gościa okrzykiem. — Pan Wacław! Co za niespodzianka. Nie widziałyśmy już pana chyba ze trzy tygodnie. — Wyjeżdżałem, proszę pani, a skoro tylko wróciłem, to oczywiście przedewszystkiem poszedłem na Przyrynek, tam powiedziano mi, że się panie wyprowadziły, więc stawiam się tu... Jakże się panie miewają? Panna Jadwiga? — Dobrze, dobrze... My nigdy źle się nie mamy — rzekła panna Jadwiga, podając przybyłemu rękę. — Rzeczywiście pomizerniał pan trochę, co panu było? — Mała rzecz, przeziębiłem się w drodze. — Teraz? wśród lata... — Najłatwiej, noc była chłodna — jechałem bryczką odkrytą... — To jakaś niedaleko podróż. — Przeciwnie... koleją, a potem bryczką... Byłem na zapadłej prowincyi. — Cóż pan tam robił?... — Interesa majątkowe. Ratowałem moją należność, a chcąc ją uratować, nabyłem folwark. Cóż pani na to, panno Jadwigo? — A no nic; winszuję. — Tylko?... — Chce pan, żebym płakała? — Sądziłem... — Nie trzeba nigdy sądzić zbyt pośpiesznie, gdyż można się w sądzie omylić... — W złą porę trafiłem, jak widzę... panna Jadwiga nie ma dziś humoru. — Zdaje się panu tylko — odrzekła młoda osoba i wyszła z pokoju. Gość pogładził czarne faworyty i zwrócił się do pani Zenobii, a w głosie jego brzmiał ton wymówki. — Nie rozumiem, proszę pani — rzekł — co to ma znaczyć? Po długiem niewidzeniu takie obojętne przywitanie... Przecież miałbym pewno prawo wymagać. — Wymagać? Nie sądzę. — Tak — powtórzył z naciskiem, — wymagać. Mam zwyczaj zastanawiać się nad każdym wyrazem zanim go wymówię; ważę słowa i dlatego... — Ależ panie! — Pozwoli pani, że jej przypomnę ostatnią naszą rozmowę. — Zbyteczny trud, doskonale ją pamiętam i bardzo mi przykro, że pan źle sobie tłómaczy moje słowa. — Pani mąż mógłby też coś o tem powiedzieć, ale ponieważ obecnie go nie ma, pozostawmy rzecz całą do jego przyjazdu. — Masz pan słuszność, tak będzie najlepiej. — W żadnym razie nie może to pozostawać w zawieszaniu. Ja zamiary moje radbym doprowadzić do skutku jak najprędzej, gdyż czas ucieka, a już, jak pani wiadomo, zmarnowałem go dużo. — Teraz pożegnam panią; bardzo żałuję, żem dziś przyszedł, panie nie macie humoru, a ja po chorobie jestem trochę rozdrażniony. Niech się pani nie gniewa, jeżeli niektóre wyrażenia moje nie były właściwe. Rzekłszy to pan Wacław, ukłonił się i wyszedł.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…