Read here

Czytanki drugie

Rozalia Brzezińska i inni · 1911 · Free in the US

26,066 words · about 1 h 50 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1911 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Czytanki_drugie&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Rozalia Brzezińska i inni
Language
Polish
Published
1911
Length
26,066 words · about 1 h 50 min
Sections
20 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (20)
  1. Dla dzieci under 1 min
  2. Dla dzieci about 1 h 47 min
  3. Zagadka (6) under 1 min
  4. Zagadka (24) under 1 min
  5. Zagadki (27) under 1 min
  6. Łamigłówka obrazkowa (30) under 1 min
  7. Zagadka (32) under 1 min
  8. Zagadka (35) under 1 min
  9. Zagadka (45) under 1 min
  10. Zagadki (47) under 1 min
  11. Zagadki (64) under 1 min
  12. Zagadki (69) under 1 min
  13. Szarada, zagadka under 1 min
  14. Łamigłówki under 1 min
  15. Zagadka (93) under 1 min
  16. Zagadka (99) under 1 min
  17. Zagadki (102) under 1 min
  18. Zagadka (113) under 1 min
  19. Łamigłówka obrazkowa (118) under 1 min
  20. Rozwiązania zagadek, łamigłówek i szarad about 1 min

Continue:

Dla dzieci

DLA DZIECI.

CZYTANKI DRUGIE

UŁOŻYŁA

R. M. BRZEZIŃSKA.

Z RYSUNKAMI.

WARSZAWA

Skład główny w „KSIĘGARNI POLSKIEJ”, Plac Warecki 6.

—

1911

Tłocznia Wł. Łazarskiego, Marszałkowska 114 w Warszawie.

Dla dzieci

DLA DZIECI.

CZYTANKI DRUGIE

UŁOŻYŁA

R. M. BRZEZIŃSKA.

Z RYSUNKAMI.

WARSZAWA

Skład główny w „KSIĘGARNI POLSKIEJ”, Plac Warecki 6.

—

1911

Tłocznia Wł. Łazarskiego, Marszałkowska 114 w Warszawie.

f|

Wszyscy się modlą.

Piosnka ptasia w niebo leci, Kwiat modli się wonią, Przy paciorku klęczą dzieci, A kłosy się kłonią.

Letnim rankiem w rzeźwym chłodzie, Gdy cisza śpi głucha, Modlą się i rybki w wodzie, A wszystkich Bóg słucha.

Na dzień dobry.

Kogut pieje, Bo już dnieje; Dalej z łóżka dzieci! Już słoneczko niezadługo Ziemię nam oświeci!

Już skowronek, Jako dzwonek, Śpiewem Boga chwali; Hej! dziateczki! Kochaneczki! Dalej z łóżka! dalej!

Jak się myszki przenosiły.

Była raz stara mysz. Miała ona jednego lata dziesięcioro dzieci. Wszystkie były bardzo ładne, bardzo żwawe i ogromnie mądre. Przez lato miały te myszki śliczne mieszkanie na miedzy pod kopcem. Z jednej strony miedzy był łan żyta, a z drugiej łan jęczmienia. Rozkoszne życie pędziły tam myszy! Gdzie tylko się ruszyć, wszędzie stały kłosy pełne wybornego ziarna, żeby myszki miały co jeść, a rano i wieczorem na liściach kwiatów i traw stały czyste i chłodne krople rosy — żeby myszki miały co pić. Na miedzy i między kłosami można było swawolić do woli, biegać, gonić się, koziołki wywracać, bawić się w chowanego. A podczas skwarnego dnia i deszczu myszki chowały się do norki i tam spały długo i smacznie. Kiedy żniwa przyszły, zżęto i zebrano zboże z pola. Myszki i wtedy dobrze się miały, bo na polu tyle leżało nastrząsanego ziarna, że jeno biegały między ścierniem i gotowe ziarnka wybierały. Myszki chrupały dojrzałe żyto i jęczmień i wesoło figlowały. Ale na polach coraz smutniej, coraz puściej zaczynało się robić. Trawka zżółkła i zeschła, ścierniska ludzie zaorali, trudno było chociaż jedno ziarenko znaleźć, a do tego każde ździebełko zabierał im z przed nosa sąsiad chomik. Więc stara mysz rzekła do dzieci: — Dziatki moje miłe, nie możemy dłużej na polu mieszkać, trzeba się przenieść do wsi. I poszły myszki miedzą, wyszły na drogę szeroką, potem przeszły pod pło- tem na podwórko. Cicho tu było, bo myszki, według swego zwyczaju, podróżowały nocą. Wszyscy w zagrodzie spali, tylko pies posłyszał szelest i warknął pod nosem przez sen. Małe myszki zlękły się bardzo tego warczenia i chciały już uciekać, ale matka pisnęła, że psa bać się nie trzeba, bo to koty łapią myszy, nie psy. I prowadziła dziatki znaną sobie drożyną do progu domu. Pod progiem był spory otwór, którym myszki wygodnie przeszły do sieni, sień przebiegły prędko i przez dziurkę dostały się pod podłogę. Matka pamiętała wszystko doskonale, trafiła zaraz do dawnego swego mieszkania. Tu było jeszcze śliczne gniazdko, z kłaków i starej waty uwite. — Patrzcie dzieci — rzekła matka — tutaj przyszłam na świat, tutaj się wychowałam! A dzieci zapiszczały: — Jak tu ładnie! jak tu miło! Jeszcze tej nocy zaprowadziła myszki do komory; skosztowały tam one sera, chleba, słoninki, a nawet cukru. Bardzo im to wszystko smakowało; między beczkami i workami biegały niegorzej, niż po polu.

KTO SIĘ NAJBARDZIEJ CIESZYŁ?

Jesień już była późna. Nietylko ranki i wieczory były zimne, ale i południowe słońce, jeżeli się pokazało, to grzało niezbytecznie. Wszyscy gospodarze chodzili już w kożuchach i matki powydobywały ze skrzyń zimowy przyodziewek dzieci swoich, żeby nie marzły. Kto się miał w co ubrać, temu było ciepło, ale Anusia ciągle jeszcze chodziła odziana tak samo, jak w lecie, i dzwoniła biedaczka zębami. Jej matka, wdowa, była bardzo biedna, pracowała pilnie, ale to, co zarobiła, wystarczało ledwie na wyżywienie jej i dziecka, a przyodziewku nie było już za co kupić. Kiedy raz dzieci wracały ze szkoły, a Anusia z niemi, jedna dobra , Jadwisia, spoglądała z litością na Anusię i bolało ją serce, że ta biedaczka tak marznie. Mając skręcić do swojej chaty, rzekła do Anusi: — Wstąp do nas, bo masz jeszcze spory kawałek drogi; ogrzejesz się i odpoczniesz sobie. — A twoja matusia? Może się pogniewa? — O! ty nie znasz widać mojej matusi. Ona jest bardzo dobra i litościwa, będzie ci bardzo rada. Weszły do izby, Jadwisia powiedziała matce, dlaczego Anusię przyprowadziła. Matka, popatrzywszy miłosiernie na to zziębnięte dziewczątko, pogłaskała Anusię, kazała jej usiąść i dała jej na miseczce kapusty, którą właśnie ugotowała na obiad. Podczas gdy Anusia zajadała kapustę, matka Jadwisi otworzyła skrzynię i zaczęła czegoś szukać. Wydobyła kilka przyodziewków i te, z których Jadwisia już wyrosła, kazała Anusi przymierzyć. Anusia, przymierzywszy jedno i drugie, chciała napowrót z siebie zdjąć, ale gospodyni powiedziała: — Nie zdejmuj, nie zdejmuj, dziecko kochane, bo to wszystko już twoje. Cały ten przyodziewek dostała w podarunku. Anusia nie mogła się nadziękować matce i córce i odeszła uszczęśliwiona. Ale chociaż jej radość była bardzo wielka, Jadwisia cieszyła się jeszcze bardziej.

Kotek Mruczek.

Był sobie kotek jeden mały, Mruczkiem go dzieci nazywały, uszki mu ślicznie stały w górę, zaś włoski miał on szare-bure. Oczęta Mruczek miał zielone i wąsy długie, nastroszone, jak jaka szczotka. Lubiła bardzo tego kotka Zosia, co ma niebieskie oczki, różową buzię, jasne loczki. A płatał Mruczek różne psoty. Raz poprzez rowy, poprzez płoty, mknął na pole w świat daleki, gdzie ponad stromym brzegiem rzeki chat się okienka małe świecą. Wtem od zagrody, z za opłotka, znienacka wypadł wprost na kotka pies — Łatka srogi.

Więc Mruczek w nogi. Ze strachu kot zębami dzwoni, pies za nim szczeka, pędzi, goni. Tam stoi w polu osiczyna — na nią się bury Mruczek wspina, tuli się w górze do gałęzi, a Łatka trzyma go w uwięzi i szczeka: hau, hau, panie bury, chciałeś pewnie dusić kury, kurczęta, albo drobne ptaszki. Ze mną, mój kocie, nie igraszki, jam tutaj stróżem i obrońcą. Kotek po sobie kładzie uszy, cały się jeży, ogon puszy, na Łatkę mruczy, par- ska, prycha. Lecz Łatka groźnie w dole czyha. Oj! zęby Łatki błyszczą groźnie, a tu wichura świszczy mroźnie; za wichrem wiotka osiczyna, gałązki drobne w dół nagina. Wtem drogą z miasta wóz się toczy. Na chwilę pies oderwał oczy od drzewa. Szust! już Mruczek skoczy przez pola, płoty, przez ogrody świsnął, z Łatką mknie w zawody, we wrota domu swego wpada i przed Zosieńką naszą siada, nad swą niedolą mruczy, biada. Zosia mu odpowiada: — Dobra to bardzo jest nauczka dla włóczykija — pana Mruczka; to złe ci było białe mleczko, słoninka z chlebem lub bułeczką? włóczyć się musisz, kotku bury, i z chat wykradać cudze kury. Nie kocham swego już koteczka, lepsza i milsza mi laleczka. A kotek biedny bardzo prosi, o przebaczenie panny Zosi.

Zagadka.

W każdym kącie pokoju siedzi kot i śpi, A naprzeciw każdego siedzi kotków trzy, Na ogonku każdego siedzi kotek znów — Policz ilu jest kotów razem i mów?

PIOSENKI HANI.

Mama Franusia i Hani z wyrobku żyje i dziatki swoje utrzymuje. Często jak wyjdzie o świcie, to dopiero w południe wraca. Hania, chociaż sama jeszcze nieduża, zaledwie siedem latek jej minęło, a musi dopilnować, nakarmić i zabawić malutkiego braciszka Franusia. Kapryśnik to nielada, często beczy, sam nie wie czego. Hania tego nie lubi, chciałaby, żeby dziecko zawsze było uśmiechnięte, jak słoneczko. Robi też, co może, żeby zabawić dziecinę. Oto z gałganków skręciła kulę, obszyła ją żółtym gałgankiem, podrzuca ją do góry, na sznurku ją buja i śpiewa:

Innym razem posadziła na kolanach Franusia, potrząsa nóżką i śpiewa:

Potem dziecko chciało jeszcze wyżej na nodze się huśtać, więc zaśpiewała taką piosenkę:

Dla rozśmieszenia Franusia taką ułożyła piosenkę:

O żabce znów inną znała śpiewkę:

Pokazując Franusiowi słoneczko na niebie, tak śpiewała Hania:

Przed nocą Hania bierze braciszka na kolana i tak mu powiada:

'

Dziaduś, bardzo stary, leży sam w izbie, postękując czasem, muchy gałązką opędza i mówi sam do siebie: — Mój Boże! wszyscy poszli, samego dziada zostawili. Tyle czasu, ani kto nawiedzi, ani zapyta, — czy ci czego nie trzeba, staruchu. Nawet Baśka, co niby taka przywiązana, a lata gdzieś z dzieciakami. Oj, bieda, bieda staremu, choremu. (wchodzi do izby, chowając coś za siebie). Dziadziu, dziadziu, zgadnijcie, co przyniosłam? Ej, smarkata, zapomniałaś o dziadzi, a teraz się przymilasz. Nie zapomniałam, nie. Ciągle myślałam o was, przez całe pół dnia. Myślałaś, a nie zajrzałaś ani na chwilę. Mnie tu tymczasem jeść się chce i pić się chce, a niema kto podać. (załamując ręce). O mój Boże, mój Boże! toć prawda, a ja o tem nie po- myślałam, tylko wciąż gracowałam, gracowałam, żeby zarobić dwie dziesiątki. Takżeś to chciwa? Oj chciwa, chciwa, tylko nie dla siebie. Patrzajcie, com ja dla was kupiła za te dwie dziesiątki. (Rozwiązuje chusteczkę i pokazuje gruszki). Toć gruszki, jako żywo. Tylko czy miękkie, tylko czy od ogrodnika, bo ja innych nie ugryzę, jeszcze połamię te półtora zęba, co mi w gębie zostało. Nie bójcie się dziadziu. Toć ja wiem, — przecie naumyślnie poszłam do gracowania, żeby wam najlepszych gruszek kupić. Jakeście wczoraj powiedzieli, że wam się żąda tych gruszek, żeście ich oddawna już nie próbowali, tak sobie powiedziałam, że koniecznie postaram się dla was o mięciutkie, jak masło, gruszeczki. (je gruszki i gładzi Basię po główce). Prawda, prawda, dobre, mięciutkie, nie połamię na nich zębów. A ciebie, dziecko, niech Bóg Wszechmogący tak błogosławi, jako ja cię błogosławię, za twoją dobroć, za twoje serce dla starego dziadka. Niech Pan Bóg o tobie tak pamięta, jak ty o mnie pamiętasz!

Siny dym się wije Pod lasem daleko; Tam pastuszki ognie palą I kartofle pieką.

A Żuczek waruje, Łapy sobie grzeje; Krówki ryczą, porykują, Dobrze im się dzieje.

A mój Żuczku miły, Obszczekuj od szkody, Bo jak zajmą krówki, Oj, będąż nam gody!

Czego się Franeczek i Polusia od gąsek nauczyli?

Franeczek i Polusia bali się wody — czy zimna, czy ciepła strach w nich budziła. Babcia staruszka rady z niemi dać sobie nie mogła. Jak tylko dzieci zobaczyły, że babcia szykuje balję do kąpieli, wybiegały z izby i znikały niewiadomo gdzie. Babusia czekała, czekała, sama myła się do czysta, porządkowała, a w końcu, niedoczekawszy się wnuków, musiała uprzątać balję. Dzieci wracały do domu brudne, usmarkane, umorusane — istne straszydełka. Aż raz przyjechała ciotka. Przywiozła dla babuni z Częstochowy obraz prześliczny, dla Franeczka spinkę do kapelusza, błyszczącą, jak złoto, a dla Polusi pierścioneczek z Matką Boską. Babcia obraz zawiesiła nad łóżkiem, czysto i pięknie usłanym. Ale jakże Franeczek nałoży na pokołtunioną głowę, z włosami podobnemi do kłaków, nowy kapelusz, ozdobiony kwiatkiem i błyszczącą spinką? Jakże Polusia włoży poświęcony pierścionek na obrosłą brudem rękę? Franeczek ze wstydu prawie całą głowę włożył w starą czapinę, a Polusia obie rączki fartuszkiem okręciła. A babcia dalejże opowiadać, jak to dzieci ani czesać ani myć się nie dają. Ciotka głową pokiwała, potem wzięła dzieci za ręce i rzekła: — Chodźcie, to wam pokażę różne stworzenia, one was nauczą, jak to trzeba się myć, kąpać i czesać! Ledwie wyszli na podwórko, a tu na przyźbie siedzi kotek i na nic nie zważa, tylko wodzi języczkiem po futerku, to jedną, to drugą łapką łebek wygładza. A ciotka powiada: — Widzicie, jak to kotek się czesze? Zobaczycie, jakie będzie miał futerko gładkie, świecące. Dalej stała gromadka gęsi, a każda gęś dziobem układała i wygładzała pióra. — I gęsi się czeszą — powiedziała ciotka. Poszli do rzeczki. Tutaj pluskały się całe stada gęsi i kaczek, co chwila zanurzały się w wodzie, potem biły skrzydłami, otrząsały pióra. Za chwilę nadbiegł Kruczek, jednym susem skoczył do wody, wykąpał się, wypluskał, aż miło. Ciotka zapytała teraz: — Widziałyście, jak się myją, kąpią i czeszą kaczki, gęsi, psy, koty? Na co one to robią? — Żeby były czyste. — Żeby były czyste, nie straszyły sobą ludzi i zwierząt, żeby nikomu nie sprawiały obrzydzenia, żeby były dla każdego i dla siebie samych miłe, przyjemne. A dzieci, czy mają być brudne, obrzydliwe, nikomu niemiłe? Franeczek i Polusia ze spuszczonemi głowami odpowiedzieli cichutko — „nie“. Ciotka zaprowadziła dzieci do domu, gdzie przygotowała pełną balję ciepłej wody — wykąpała oboje, wymyła, wyczesała do czysta; Polusi zaplotła dwa warkoczyki, a Franeczkowi przycięła zadługie włosy. Jak wdzięcznie wyglądały teraz dzieci! Jak ślicznie połyskiwał pierścioneczek na czystej rączce Polusi, jak zuchowato spoglądał Franeczek z pod nowego kapelusza!

Kasia.

Kasia szyć nie umie, Więc prosi siostrzyczkę: — Uszyj mi dla lalki Czerwoną spódniczkę, Uszyj piękny gorset, Fartuszek z falbaną, A ubiorę ślicznie Lalkę malowaną. Na to siostra powie: — Łatwo rozkazywać, Ale ponoć lepiej Igiełką wyszywać.

Popracuj też sama, Ucz się szyć cierpliwie, Igła i naparstek Potrzebne prawdziwie. Kasia posłuchała, Igła miga w ręku, By była próżniakiem Niema o to lęku.

Jak świnka jechała.

Wracali gospodarze z jarmarku. Ten wiózł balję, tamten stół żółto malowany, ów kołyskę. Walenty kupił na jarmarku świnkę, ale nie związał jej nóg, jak inni gospodarze. Posadził ją na wozie, położył przed nią wiązkę naci od rozprzedanej marchwi. Jedzie świnka, jak jaka pani. Walentowa z workiem soli, z maglownicą, z bułkami dla dzieciaków na tylnem siedzeniu, a Walenty ze świnką na przodzie. Znudziło się śwince siedzieć, wstała, a Walenty jedną ręką lejce trzyma, drugą — świnkę po bokach klepie. I wszystkim dobrze. Konik raźno biegnie ku domowi, świnka ani piśnie. A na innych wozach aż uszy bolą słuchać, taki kwik. Zajechali przed chatę. Wybiegły dzieci witać rodziców. Oglądają nową gadzinkę.

KOPANIE KARTOFLI.

Już dzień biały. Wstawać! dzieci! prędko! żwawo! bo wyruszać trzeba w pole, do kopania, do kartofli. — W polu zimno, wicher świszcze, deszczyk chłodny nas przemoczy. — Prawda, zimno, lecz w robocie ręce prędko się zagrzeją. Kto chce zjadać kartofelki, niechaj bierze kosz, motykę i wyrusza za mną w pole! Śpieszą dzieci do kopania, niosą kosze i motyki. Hej! ziemniaków jest niemało, i czas wielki do kopania: z tej zielonej, bujnej naci suche leżą dziś badyle! lecz pod temi badylami skarb ukryty, skarb prawdziwy — ledwie ruszyć pulchną ziemię, już się sypie moc ziemniaków — zdrowych, wielkich, jakby pięście. Oj, pracują dzieci żwawo — wybierają kartofelki. A wieczorem chróst przyniosą, rozpalą ognisko i ziemniaki będą piekli w gorącym popiele.

Pracujcie, dziatki!

Mały Jezus, Zbawca świata, Wasz rówieśnik, dziatki, Własną rączką codzień zmiata Kurz z progu swej chatki. I świętemu Józefowi, Strudzonemu wielce, Własną rączką dopomagał W pracy przy ciesielce. A wam czyżby każda praca Miała iść niesporo? Na kolana padnij, dziatwo, Przed Jego pokorą.

Módl się szczerze i gorąco Do Jezusa w niebie, By tę świętą chęć do pracy Przelał i na ciebie!

PANI CHOMIKOWA.

Idzie sobie młodziutka myszka strasznie smutna i żałosna. Miała się właśnie przenieść do stodoły z matusią i braciszkiem, aż tu jeż i matusię i braciszka pożarł, a ona sama została, nie wie, gdzie jest droga do stodoły, a w polu zimno i głód. Patrzy ta myszka, a tu idzie pani chomikowa. Pani chomikowa — sławna gospodyni, przez całe lato pracowała pilnie, najpiękniejsze ziarno znosiła do swoich podziemnych spichrzów. Uzbierała też zapas nielada! więcej niż półćwierci czystego jak złoto ziarna leżało w jej norze. Dumna też była pani chomikowa, puszyła się i wszystkiemi gardziła. Niesie więc i teraz pani chomikowa pszenicę do spichrza, a niesie tak dużo, że jej parę ziarnek z pyszczka na ziemię upadło. Zobaczyła to biedna sierotka-myszka, podbiegła i uronione ziarnka schrupała. Pani chomikowa wpadła w złość wielką, popędziła za myszką i za kark ją ostremi zębami chwyciła. Oj byłaby biedna myszka zginęła marnie, gdyby nie wielki ptak myszołów. Ten myszołów czatował już dawno na kopcu, bo mu się strasznie pani chomikowa podobała z tego, że była tłusta i spasiona jak opecek. Na małą i chudą myszkę myszołów nie patrzał nawet. Siedziało to ptaszysko na kopcu, niby drzemie, a na wszystko daje pilne baczenie. Pani chomikowa dobrze znała swego wroga i zawsze w porę umknąć potrafiła. Ale teraz ze złości na myszkę za pomniała o myszołowie, i za myszką jak szalona pognała. Tego tylko czekał myszołów — porwał tłustą panią chomikową, a chuda myszka uciekła.

Piosnka o Krakowie.

Bywaj Zosiu zdrowa, Daj buzi na drogę, Jadę do Krakowa, Kupić wstążek mogę.

A to miasto śliczne, A tyś w niem nie była; Tam domostwa liczne, Trzy dni byś błądziła.

Tam biją zegary I dzwonią nad wieżą, Kędy zamek stary Polskie króle leżą.

Nasz koniczek.

Nasz koniczek, nasz bułany, Ślicznie zgrzebłem wyczesany, Tylko na nim siartka świeci, Tylko parska, rży do dzieci.

Nasz koniczek nie płochliwy, Da pogłaskać lśniącej grzywy, Tylko nóżką przestępuje, Gdy go trawką Jaś częstuje.

Nasz koniczek dobre zwierzę, Leciuteńko trawkę bierze; Myśli sobie: ot dziecina, Wczas już karmić mnie zaczyna.

Jak urośniesz, miłe dziecię, Powiozę cię hen! po świecie, Poniosę cię w świat daleki, Het za góry, het za rzeki.

A gdy zbiegniem wszystkie drogi, To wrócimy w nasze progi, Gdzie ten domek, dach pochyły Nadewszystko sercu miły.

Zamieniał stryjek za siekierkę kijek.

Kupił stryjek Błażej nową siekierę w mieście i wielce ucieszony wraca do domu. Idzie drogą przez las i spotyka handlarza. — Co niesiecie? — pyta ów handlarz. — Nową siekierę. — To się ze mną zamieńcie. Dajcie mi tę siekierę, a ja wam dam źrebaka, co go na targ prowadzę. Podrapał się stryjek w czuprynę, myśli tak, myśli owak — jużci co źrebak, to nie siekiera. — Ha, niech-że tak będzie, jako mówicie — oddał siekierę, wziął źrebię i idzie pośpiewując: — Dobra zamiana taka, za siekierę mam źrebaka. Idzie stryjek dalej drogą przez pole i spotyka młynarza z krową na powrozie. — Wiecie co, Błażeju? — powiada młynarz — co wam po tym źrebaku, nie mało on zeźre, nim się z niego konia dohodujecie. U mnie we młynie — to co innego — paszy wszelakiej wbród. Wam pasować będzie krowa; niegłęboka jest, nieprzebierna i mleka da. Zamieńcie się ze mną i basta. — Jużci krowa w gospodarstwie potrzebniejsza — powiedział Błażej — i oddał źrebaka, a wziął krowę. Idzie Błażej dalej, przechodzi przez most, przez groblę, a tu rzeźnik prowadzi cielę. — Bójcie się Boga, Błażeju — woła rzeźnik — co wam po takiem krówsku? Wszak ci to gnat półwieczny, nijakiego z niej pożytku mieć nie będziecie, bo wam padnie do tygodnia. Zamieńcie się lepiej ze mną na cielaka, co jest młody i gładki. Podrapał się Błażej w ucho i powiada: — Toć szczera prawda: krowa do niczego, ledwie powłóczy nogami — lepszy już cielak. I oddał krowę, a zabrał cielę. Idzie Błażej z tem cielęciem przez targ w miasteczku, a wedle szynku stoi chłopak i na skrzypcach rzępoli, niby koło na niesmarowanej osi. — O la Boga! — zawołał Błażej — toć smyczka w garści trzymać nie umiesz, a skrzypce porządne masz. A chłopak powiada: — Kiej wy lepiej grać potraficie, to dam wam te skrzypki, a wy mi dajcie cielę. Zamienił się znowu Błażej; cielę poszło z chłopakiem, a on wziął skrzypki, nastroił i gra. Gra Błażej i do domu grający spieszy, bo się bardzo zapóźnił przez te zamiany. Niema co mówić, gra siarczyście, aż samemu nogi do tańca podrygują. A kiedy zagrał obertasa, to już wytrzymać nie mógł, podskoczył raz i drugi, o słup przydrożny się potknął, na kamień upadł, nogę sobie szkaradnie wywichnął. Leży sam jeden na drodze, a stęka, a jęczy z bólu. Nareszcie nadszedł dziadek, co na odpust zdążał, nogę Błażejowi naciągnął, ale mu spuchła i rozbolała. — Zaprowadziłbym was do domu — powiada dziad — ale muszę o świcie stanąć przed kościołem, bo mi garbata baba miejsce zabierze. — Oj, dziadku kochany, to mi choć kijek swój ostawcie. — Nie mogę, moiście wy, bo to kijek niezwyczajny, taki ma przywilej, że od najgorszego psa obroni. Za żadne skarby go nie oddam, chyba, że mi za niego dacie te swoje rozbite skrzypce. Co było robić? Oddał Błażej skrzypce, i o kijku powlókł się do domu. Tak to zamieniał stryjek na siekierkę kijek.

Biegł Janek przez las i o mało nie nastąpił na pisklę, które wypadło z gniazdka. Był to mały szpaczek, miał zaledwie miesiąc życia. Janek podniósł ptaszka, zabrał do domu i otoczył opieką. Wynalazł koszyk, dno jego wysłał watą i ułożył szpaczka wygodnie, jak w gniazdku. Szpak siedział spokojnie, bo miał skaleczone skrzydełko, tylko od czasu do czasu dziobek otwierał. Wtedy Janek dawał mu kawałki mięsa, muchy, lub okruszyny sera. Szpaczek rozwinął się, skaleczone skrzydełko zgoiło się, i wyrósł na prześlicznego ptaszka. Do Janka przywiązał się ogromnie, siadał mu na ramieniu i dziobał go pieszczotliwie. Chłopiec słyszał, że szpaka można nauczyć mówić, postanowił więc sprobować. Powtarzał mu ustawicznie jeden i ten sam wyraz — i wkrótce dopiął, czego chciał. Szpak, choć niezbyt wyraźnie, umiał wymawiać: „Kto tam?“, „Jestem głodny“, „Grzeczny szpaś“ i tym podobne krótkie zdania. A już bardzo wyraźnie, głośno i donośnie wykrzykiwał: „Głupiś!“, „Gapa!“ Janek tych wyrazów szpasia nie uczył, ale bardzo często sam tych wyrazów używał, gdy się gniewał na brata, lub niecierpliwił, i szpak sam nauczył się od Janka tych wymysłów. Razu jednego ptaszek siedział w otwartem oknie, które wychodziło na podwórko. Jakiś obcy kot, zobaczywszy ptaszka, chciał go pochwycić. Szpak, widząc to, zaniepokoił się i zaczął skrzydłami poruszać. A kot już łapkę na oknie położył i drapieżny wzrok w nim utkwił. — Głupiś! gapa! głupiś! — zakrzyczał szpak. Kot, przerażony, że mowę ludzką usłyszał, zeskoczył prędko i uciekł. A szpak uszczęśliwiony zaczął teraz powtarzać wszystkie wyrazy, których się wyuczył: „Grzeczny szpaś! grzeczny...“ A potem poleciał do Janka i usiadł mu na ramieniu.

Wańdzia znalazła raz małego jeża. Chciała go nakarmić, dawała mu mleka i mięsa, ale jeżyk uciekał od tego wszystkiego, chował się w najciaśniejsze kąty, skręcał w kłębek i nastawiał kolce. Wtedy Wańdzia przez ręcznik wzięła ten kolczasty kłębuszek, wyszukała schowanego między kolcami pyszczka i łyżeczką wlała mu ciepłego mleka. Jeżyk, skosztowawszy, że to smaczne, wydłużył się, opuścił kolce i maleńkim języczkiem zaczął chłeptać mleko.

Odtąd jeżyk oswoił się zupełnie. W dzień spał zwinięty w kłębuszek, z najeżonemi kolcami, i bardzo był zły, kiedy go kto obudził. W nocy zato chodził nieustannie i stukał po podłodze, tak, jak gdyby miał buty z obcasami na nogach. Wańdzia opiekowała się jeżykiem, stawiała mu na noc jedzenie, nosiła go w far- tuszku, wyprowadzała do ogrodu i tam pilnowała, żeby jeżyk nie uciekł do lasu. Lato się już skończyło, z drzew pożółkłe opadły liście. Jeżyk stawał się coraz smutniejszy i złośliwszy. Często wchodził do łóżka i zagrzebywał się w pościeli tak, że go trudno było odnaleźć. Jednego rana ktoś zostawił drzwi od mieszkania otwarte. Jeżyk coprędzej wyszedł na podwórko, a potem za bramę i zniknął gdzieś w szerokiem polu... Kiedy Wandeczka obudziła się, zmartwiła się bardzo, że nigdzie swego ulubionego jeżyka znaleźć nie mogła. Przetrząsnęła wszystkie kąty — jeżyka nigdzie nie było. Smutnie spoglądała Wandeczka w pole i mówiła ze łzami: — Gdzie ty teraz jesteś, biedny jeżyku? kto ci daje jeść? kto ci daje pić? Zimno ci tam pewnie i straszno w pustem polu. Jeżyk tymczasem przyszedł do lasu, między krzakami wynalazł dołek, nanosił tam kupę liści i mchu; potem zagrzebał się na sam spód tej kupy i ułożył się wygodnie. — Jak mi tu dobrze, jak mi tu wygodnie! — myślał sobie jeżyk, zasypiając. — Już mnie tutaj nikt nie znajdzie, nie przerwie snu smacznego. W spokoju i cichości prześpię zimę całą.

Jeż, Zefirek i Szarotka.

Bajeczka.

Biały Zefir i Szarotka, Bardzo miłe dwa szczeniaki, Raz znalazły koło płotka Jakiś dziwny kłębek taki: Był on z tej i z tamtej strony Igiełkami najeżony.

Zefir podbiegł i powiada, Nosek brzydko wykrzywiając: „Co to znowu za szkarada, Niby kłębek, niby zając?“

A siostrzyczka, a Szarotka, Siadła z boku cicha, słodka.

„Ja nauczę tą potworę! — Woła Zefir gniewny srodze —

Niech nie włazi tu nie w porę, I nie staje mi na drodze! Zapłaci mi zaraz krwawo — Rozgniotę go łapką prawą!“

Podniósł łapkę, mierzy z siłą, W nieruchomy kłębek wali... Ach! sto igieł wnet się wbiło, Wchodzi w łapkę coraz dalej! „Aj! aj! boli! aj, krew ścieka!” Zefir skomli i wyrzeka.

Więc po wodę i po leki Dobra Szarcia poleciała, Użyczyła swej opieki, Chorą łapkę owiązała; A Zefirek zapłakany Siedzi smutny, nadąsany.

Patrzy — a to co za dziwy? Ten kłębuszek — nie kłębuszek, Ale to jest zwierz prawdziwy: Z kolców wyszła para uszek, Oczka żywe, ryjek długi: — „Jeż ja jestem — na usługi!

W tym kolczatym mieszkam domu, Dobrej psinki ja nie kolę, Lecz pamiętaj, że nikomu Ukrzywdzić się nie pozwolę — Ranię do krwi, wyznam szczerze, Czy człowieka, czy to zwierzę”.

Duże A.

Siedzi Frania nad tabliczką, I coś pisze na niej, Bo A duże dziś zadała Pisać nasza pani.

Ach jak trudna ta literka! Spiczasta i długa! Mała Frania z nią się biedzi, Aż oczkami mruga.

Józio wesół tam w ogródku Bawi się konikiem, Bo już dawno umie pisać Duże A rysikiem.

„Mój braciszku, mój ty złoty, Porzuć no zabawę! Przyjdź mi pomódz — z tem A dużem Mam tak trudną sprawę!”

Jak najchętniej Józio śpieszy Na wołanie Frani, Starszy od niej o dwa lata, Chętnie pisze dla niej.

Takie śliczne A napisał, Że byłoby wzorem, Jakby sam już mógł się nazwać Siostry profesorem.

Z jego radą i pomocą, Wnet tabliczka mała Literkami z ręki Frani Pokryła się cała.

Potem poszli się zabawić, Wesoło biegają. Jak to dobrze, siostrze, bratu, Kiedy się kochają!

O pewnym chłopczyku i o koziołku.

Był paniczyk — ot ladaco, co się nie znał z żadną pracą, co to cały dzionek Boży do roboty nie przyłoży ani ręki, ani głowy, ale za to jest gotowy płatać zbytki w prawo w lewo, złamać gałąź, krzak lub drzewo, psa uderzyć, straszyć kota, nawet nieraz ten niecnota lubi drażnić i dziateczki, odbierać im zabaweczki. Ten chłopaczek zwał się Olo, był każdemu w oku solą. Raz w wieczornej cichej dobie, po podwórku skakał sobie, między studnią a oborą. Z studni wodę ludzie biorą, a w oborze koło kraty, koziołeczek stał brodaty. Paniczyka chętka bierze, zaczepić rogate zwierzę, a że bliżej iść się boi, więc zdaleka miny stroi: to języczek pokazuje, to jak z strzelby doń celuje, to mu bąka gra na nosie, to zakwiczy niby prosię... Kozioł, widząc takie psoty — „Wezmę ciebie ja w obroty! — tak pomyślał, i nie pyta, wprost rozpędza się z kopyta, głową nadół opuszczoną, rożyskami najeżoną, jak zajechał z tyłu Ola, — to go ta spotkała dola, że wyleciał z całej mocy, niby jaki kamień z procy; przyczem kozłów fiknął tyle, utarzał się w kurzu, w pyle, rozbił dzbanek na kawały, no i takie dostał wały, że miał sińców ze czternaście, guzów także kilkanaście. Lecz najbardziej go bolało, a i wstydu miał niemało, że za wszystkie psoty, sztuczki, doczekał się tej nauczki nie od człeka rozumnego, lecz od kozła rogatego!

Zagadka.

Mam piękną urodę I rogi i brodę, Odzież robią z mego puchu, Oj, lubisz mnie, mały zuchu! I nieraz się figiel spłata, Nieraz potrąci się brata, By się tylko na mnie dostać — Z bicza trzasnąć, starszym sprostać.

'

Poczciwy Bryś był nieładny, ale kochali go wszyscy, bo wiernie pilnował domu i do wszystkich w chacie bardzo był przywiązany. Raz gospodyni poszła z obiadem w pole, gdzie Kubuś wiązał snopki, a gospodarz żął pszenicę. W domu został Bryś i mała Hanusia, która spała w kolebce. Bryś, leżąc na progu chaty, oglądał się za nią. Wtem dziewczynka się zbudziła, usiadła w kolebce, chciała się z niej wydostać, lecz wypadła i głośno płakać zaczęła. Bryś przybiegł do niej, ale podnieść jej nie mógł. Popatrzył na płaczące dziecko, potem z głośnem szczekaniem wybiegł na podwórze i takiego narobił wrzasku, że aż sąsiadka przyszła zobaczyć, co się stało. Podniosła małą Hanusię i pochwaliła Brysia, który spoglądał na nią mądremi oczyma.

ŚNIADANIE KOKOSZKI.

Miała raz babulka jedyną kokoszkę, codzień jej dawała pszennych ziarnek troszkę. Ale kurce było smutno samej jadać; w towarzystwie milej! niema o czem gadać!.. Raz gdy kurka jadła, ptaszyna nieśmiała na ziarnka smutnie spoglądała. A powraca ona z dalekiej podróży, a podróż daleka i męczy, i nuży. Głodną jest ptaszyna, ale nie śmie prosić, może kurka skąpa? Ot, głód trzeba znosić... Wtem kurka spostrzegła zgłodniałą ptaszynę. — Chodź-no bliżej do mnie, zjedz ziarn odrobinę; będziemy tu sobie zgodnie razem śniadać, w towarzystwie milej — niema o czem gadać!..

Zagadki.

Bywam niebieskie, bywam i czarne, Czasem poważne, czasem figlarne, Ocienione gęstym lasem I zwilżone rosą czasem.

Stoi gaj, pod gajem migaj; pod migajem łapaj; pod łapajem chapaj; pod chapajem łykaj.

'

BAJKA.

Była sobie bardzo stara babuleńka, niedowidziała już, niedosłyszała, o kijku chodziła i wciąż przed kominem siedziała. Nikt o tę babinkę nie dbał, więc komin nazywała swoim przyjacielem, a laskę córeczką. Raz przybłąkał się do tej babuleńki malutki szczeniaczek, co mu dopiero parę tygodni było. Był on cały biały, miał tylko czarne uszka i czarną łatkę na końcu ogonka. Szczeniaczek piszczał, bo był bardzo głodny, i widać, że z wody uciekł, bo był cały zmoczony i drżał z zimna. — Chodź, córeczko, — rzekła babuleńka do laski, — damy biednej psince odrobinkę ciepłej kaszki. A kiedy nakarmiła psinkę, dorzuciła drewek na komin i powiedziała: — Mój drogi przyjacielu, ogrzej psinkę. — I usiadła przy ogniu, a szczeniaczka na kolanach ułożyła. Psinka codzień robiła się większa, ładniejsza, ale była bardzo niegrzeczna. Szarpała babcię za suknię, odrywała frendzle od chustki, wyciągała z kątów różne śmiecie i obuwie i gryzła wszystko bez miłosierdzia. Nawet laskę-córeczkę nieraz ostrym ząbkiem drasnęła. A oparłszy się o komin łapkami, na ogień ujadała. Jeżeli babcia zamknęła się czasem w alkierzyku, żeby spokojnie zmówić paciorek, to psinka tak szczekała, wyła, ujadała, że babuleńka od tego wrzasku głuchła coraz bardziej. Taka była niedobra ta psinka. Raz patrzy babuleńka, a ta psinka najładniejszy czepeczek na drobne kawałki szarpie. — A ja, jaj! — krzyknęła babcia, i powiedziała do komina i do laski: — Trzeba nauczyć psinkę rozumu. I babuleńka na nosie psince pogroziła: a nie rusz! trzy razy zawołała. Ogień na kominie trzasnął jak z pistoletu, a laska zastukała dziesięć razy i na ogonek psince nastąpiła niechcący. Co to się zrobił za krzyk, za lament! Długo psinka z żalu utulić się nie mogła, a kiedy zasnęła, jeszcze przez sen skomlała. Na drugi dzień psinka powiedziała nadąsana: — Kiedy tak, to sobie stąd pójdę. — I poszła do węglarza; ale węglarz nic jeść nie dawał, więc poszła do rzeźnika. Rzeźnik karmił, co wlezie, ale bił, aż kłaki leciały. Więc poszła psinka do wielkiej pani. Pani najlepsze kąski dawała, pieściła, dogadzała, ale swobodnie biegać nie pozwalała. Psinka musiała wciąż siedzieć w pokoju i na świat tylko przez okienko wyglądać. Wzięła tedy psinka ogon między nogi, uszki spuściła i jak niepyszna wróciła do dawnych przyjaciół. Babulka właśnie spała, więc psinka wskoczyła na łóżko i w sama bródkę ją liznęła. Babulka zaraz się obudziła, psinkę uściskała. — Laseczko, córeczko, psinka do nas wróciła! — zawołała. — Kominku, kochany, psinka wróciła! — Laska stuknęła w ziemię, niby tancerka obcasem, ogień zatrzeszczał na kominie i aż błysnął jasnym płomykiem. Wszyscy się cieszyli z powrotu psinki. Psinka zaszczekała z wielkiej radości, fiknęła kilka koziołków, a nawet podniosła przednie łapki i zaczęła służyć z wdzięczną minką. A babuleńka, laska i komin dobrze zrozumieli, co to wszystko znaczy. Tedy fikanie koziołków znaczyło: dobrze mi tu, bo mnie kochacie! a znów szczekanie: dobrze mi tu, bo ja was kocham! a służenie znaczyło: przepraszam bardzo i już nigdy psocić nie będę!

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…