Dzieje jednej miłości
ALEKSANDER KUPRIN
WIERA
DZIEJE JEDNEJ MIŁOŚCI
WARSZAWA
POWIEŚCI i
1929.
Dzieje jednej miłości
ALEKSANDER KUPRIN
WIERA
DZIEJE JEDNEJ MIŁOŚCI
WARSZAWA
POWIEŚCI i
1929.
Druk „OŚWIATA“ Tłomackie 4. Tel. 129-25
I.
W połowie sierpnia nastał wraz z pełnią księżyca jeden z tych strasznych okresów burz, jakie zwykły nawiedzać tylko północne wybrzeża Morza Czarnego. Gęsta mgła zasnuła ziemię i morze, a wielka syrena morskiej latarni ryczała bez ustanku jak bawół. Dniami całymi mżył drobny deszcz, który pokrył gościńce i drogi tak głębokiem błotem, że samochody i wozy utykały w niem zupełnie; ze stepów dął dziki wicher północny pod którym gięły się i znów prostowały czuby drzew, jak orkanem smagane fale. Dachy will kryte blachą, całą noc trzeszczały; okiennice w kominach przeraźliwie wyło. Kilka łodzi rybackich wypchnął wicher na otwarte morze; dwie z nich nigdy nie wróciły. Dwa tygodnie później znaleziono zwłoki rybaków rozrzucone po wybrzeżu. Kuracjusze, przeważnie Grecy i Żydzi, uciekali do poblizkiego miasta. Wzdłuż rozmiękłego gościńca widać było ciągnące sznurem wozy, przeładowane najrozmaitszym sprzętem domowym jak: materace, kanapy, kufry, stołki, umywalki, samowary i inne. Poprzez woal deszczu, pokrywający krajobraz cienkim muślinem, wydawało się to wszystko brudne, zużyte i nędzne. Na wilgotnych płachtach siedziały skulone kucharki i służące, trzymając kurczowo żelazka, blaszanki i koszyki. Pomęczone, spocone zwierzęta stawały co chwila; kolana drżały, a boki parowały, wznosząc się i opadając w ciężkim oddechu. Woźnice, otuleni w płachty, klęli ochrypłym głosem. Wygląd całej karawany był smutny i opłakany. Lecz jeszcze smutniej przedstawiały się opuszczone wille: szyby były wybite, po stratowanych wałęsały się bezpańskie psy, a wszędzie było widać nawiane kupy śmieci. Z początkiem września jednak pogoda odmieniła się nagle. Następowały po sobie dni jasne i spokojne, jeszcze jaśniejsze, słoneczniejsze i cieplejsze, niż poprzednio w lipcu. Na pustych rżyskach snuło się błyszczące babie lato. Drzewa stały spokojnie i roniły zwolna swe pożółkłe liście. Księżna Wiera Mikołajewna Cheine, żona marszałka gubernji nie mogła opuścić wybrzeża, zajęta doglądaniem prac adaptacyjnych w swej willi. A teraz rozkoszowała się w całej pełni pogodą tych jesiennych dni, spokojem, samotnością, przeźroczystem powietrzem i słonym, pieszczotliwym zefirkiem od morza.
II.
Prócz tego był to dzień jej imienin — siedemnasty września. Przemiłe wspomnienia z lat młodości czyniły jej zawsze ten dzień drogim, a każdego roku spodziewała się właśnie w tym dniu jakiegoś cudownego szczęścia. Jej mąż, zanim nad ranem wyjechał do miasta, dokąd pilne sprawy go wzywały, zostawił na jej nocnym stoliku maleńkie puzderko z parą wspaniałych kolczyków, o perłach w kształcie gruszki. Ten podarek spotęgował jeszcze jej dobre usposobienie. Była sama w domu. Brat jej Mikołaj, który zazwyczaj mieszkał u nich, również musiał wyjechać do miasta, gdzie objął posadę zastępcy prokuratora. Mąż obiecał jej przyprowadzić paru najbliższych przyjaciół. Na szczęście wypadły imieniny na czas jej pobytu na wsi. W mieście musieliby urządzić wystawne przyjęcie, może nawet wydać bal — podczas gdy na wsi wydatki dały się łatwo ograniczyć. Z powodu swego przodującego stanowiska, mógł książę tylko z trudem koniec z końcem związać. Skutkiem marnotrawnego życia przodków wielkie rodowe dziedzictwo znacznie się skurczyło, niemniej jednak musiał książę żyć ponad stan: przyjęcia, dobroczynność, toalety, wierzchowce i wszystko inne pochłaniało moc pieniędzy. Żona, której początkowa namiętność przemieniła się z czasem w szczerą i wierną przyjaźń, pomagała mu w miarę możności uniknąć ruiny; nie dając mu tego poznać, odmawiała sobie wiele i ograniczała wydatki jaknajbardziej. Chodziła właśnie po ogrodzie i ścinała kwiaty do przyozdobienia stołu. Na zaniedbanych grzędach znajdowały się jeszcze gdzieniegdzie duże barwne goździki, kilka lewkonij nosiło na swych cienkich łodygach po parę kwiatów, a na krzewach różanych po raz trzeci w tym roku otwierały się małe, karłowate i zdegenerowane pączki. Astry i begonje roztaczały swój chłodny przepych przesycając powietrze jesienno-melancholijnym zapachem. Inne kwiaty zwiędłe po szlachetnej miłości i szczęśliwem macierzyństwie, pokryły ziemię niezliczonymi nasionami nowego życia. Nagle od gościńca odezwał się znany głos trąbki automobilowej, zwiastującej przybycie Anny Nikołajewnej Friese, siostry księżnej Wiery. Jeszcze rano przyrzekła telefonicznie pomoc przy przygotowaniach do przyjęcia. Wiera wyszła na spotkanie siostry; czuły słuch nie omylił jej. Po chwili zatrzymał się przed wejściem elegancki samochód; szofer zgrabnie zeskoczył i otworzył drzwiczki. Siostry uścisnęły się serdecznie. Od dzieciństwa łączyła je gorąca przyjaźń. Starsza Wiera odziedziczyła po matce dumnej angielce wysmukłą postać, regularne, lecz chłodne rysy, piękne, choć nieco za duże ręce i wspaniały tors, jaki się na starych minjaturach widuje. Młodsza odziedziczyła raczej mongolską krew ojca, tatarskiego księcia, którego przodek dał się ochrzcić dopiero z początkiem dziewiętnastego stulecia i który wywodził się w prostej linji od Tamerlana, a raczej Lang Temira, co po mongolsku oznacza „krew pijący“. Anna, szersza w barkach i o głowę od siostry niższa była ogromnie żywa, lekkomyślna i szydercza. Jej odstające kości policzkowe, przymrużone krótkowzroczne oczy, wyraz pychy zaczajony w drobnych zmysłowych ustach, a szczególnie wystająca nieco szczęka dolna, słowem cała jej twarz wskazywała na mongolski typ. Roztaczała jednak dziwny i nieprzemożony urok, pochodzący może z jej uśmiechu, bardzo kobiecych , lub też kokieteryjnej mimiki. Jej urocza brzydota zwracała częściej i silniej uwagę mężczyzn, niż arystokratyczna piękność siostry. Jej mąż był bardzo bogaty, lecz prostoduszny; niczem się nie zajmował, pozostawał tylko w stosunkach do jakiejś dobroczynnej instytucji i miał tytuł radcy kameralnego. Pomimo, że nim gardziła, urodziła mu syna i córkę; potem jednak postanowiła, że nie będzie więcej matką i słowa dotrzymała. Jej siostra Wiera pragnęła dzieci, ponieważ jednak oczekiwania nie ziściły się, darzyła namiętną, wprost chorobliwą miłością dzieci Anny. Było to dwoje miłych, zawsze poprawnych i posłusznych stworzeń o anemicznych twarzach i lnianych, jak peruki, lokach. Charakter Anny był zmienny i pełen uroczych, nieraz dziwnych sprzeczności. Nie stroniła od flirtu, choćby najryzykowniejszego i uprawiała go we wszystkich stolicach i kąpieliskach Europy, nigdy jednakże nie zdradziła swego męża, choć drwiła z niego przy każdej sposobności. Była ogromnie rozrzutna, lubiała hazard, taniec i dwuznaczne sztuki teatralne, zwiedzała zagranicą podejrzane kawiarnie, była jednak równocześnie a tak szczerze i głęboko pobożna, że w tajemnicy nawróciła się do katolicyzmu. Posiadała niebywale piękne ciało; na bale dekoltowała się głębiej, niż pozwalała na to moda i obyczaj; utrzymywano jednak, że pod głęboko wyciętą suknią nosiła cienki jedwabny trykot. Wierę natomiast, cechowała surowa prostota, tudzież chłodna i nieco wyniosła grzeczność wobec wszystkich. Ponieważ była niezależną, nie wypadała nigdy z tego prawdziwie królewskiego
III.
— Ach, jak chętnie tu przebywam, jak pięknie tu jest, powtarzała Anna, drepcąc obok siostry. Jeśli chcesz, to pójdźmy do tej ławki na szczycie skały. Jak dawno nie widziałam morza. Jakież rozkoszne jest to powietrze, serce wprost skacze przy oddychaniu! W zeszłym roku zrobiłam odkrycie w Miskhor. Czy wiesz, czem pachnie morze podczas przypływu. Rezedą, moja kochana. Na ustach Wiery zaigrał pochlebny uśmiech. — Jaką bogatą fantazję ty posiadasz! — Nie, nie, to nie tylko fantazja. Pamiętam, żeście mnie raz wyśmiali, gdy oświadczyłam, że światło księżyca ma różowy odcień. Otóż posłuchaj: w tych dniach powiedział mi malarz Boryckij, ten, który mnie portretuje — że mam rację, a wszyscy artyści oddawna to już wiedzą. — Czy ten malarz, to twój najnowszy flirt? — Co ty też wynajdujesz, odpowiedziała Anna, śmiejąc się. Szybko podeszła nad brzeg stromo opadającej skały, spojrzała w otchłań i krzyknęła nagle rzucając się wstecz, blada. — Jakie to wysokie, mamrotała słabym, drżącym głosem. Gdy z takiej wysokości spojrzę w dół, odczuwam zawsze w piersi emocję bolesną i przyjemną zarazem i takie mrówki w stopach... A jednak pociąga mnie to, tak pociąga... Chciała jeszcze raz tam podejść, ale siostra ją powstrzymała. — Moja Anno, na miły Bóg! słabo mi się robi, gdy cię widzę tak blisko przepaści. Proszę cię, usiądź. — Uspokój się, już siadam. Spójrz, jak tu pięknie. Oczy nie mogą się nasycić tem widowiskiem! Gdybyś wiedziała jak wdzięczną jestem Bogu za to całe piękno, które dla nas stworzył! Obie milczały przez chwilę. Głęboko pod ich stopami roztaczało się morze. Z ławki, na której siedziały, brzeg morza nie był widoczny, co jeszcze potęgowało wrażenie majestatu i nieskończoności. Leniwie i pieszczotliwie toczyły się błękitne fale morza. Błyszczące smugi znaczyły prąd, a wokół horyzontu ciągnęła się lazurowa wstęga. Niedaleko od brzegu kołysały się na falach barki rybaków, które gołem okiem ledwo można było odróżnić, tak małe się wydawały — jeszcze dalej zaś stał trójmasztowiec, którego białe żagle wydymały się pod wiatrem; zdawało się, iż fruwa w powietrzu. — Rozumiem cię, — powiedziała zamyślona, starsza siostra — lecz na mnie działa morze inaczej. Gdy widzę je znowu po długim czasie, jestem wzruszona, uradowana i zachwycona. Wydaje mi się zawsze, jakbym po raz pierwszy stanęła wobec tego wzniosłego dziwu. Potem jednak, gdy przywyknę, uciska mnie ta pustka i monotonna dal. Słowem, nuży mnie i staram się widywać je jak najmniej. Anna uśmiechała się, — W zeszłym roku — zaczęła nieco złośliwie — wybraliśmy się konno wielką kawalkadą z Jałty do Uczkosz, wiesz, tam ponad wodospadem. W górze weszliśmy we mgłę; było wilgotno i ciemno, a my jechaliśmy stromą ścieżką wśród sosen. Nagle, gdy wyjechaliśmy z lasu, mgła rozwiała się. Znajdowaliśmy się na wąskim cyplu skalnym, przepaść była pod nami. Wioski w dolinie wyglądały, jak pudełka od zapałek, lasy i sady, jak kępy traw. Cała okolica leżała przed nami jak mapa, hen, aż ku morzu. Do brzegu było jakie pięćdziesiąt wiorst. Zdawało mi się, że mogłabym tam pofrunąć! Jak pięknie, jak lekko! Zachwycona zwróciłam się do przewodnika: „Piękny widok, nieprawdaż Zajd-Ogły? On zaś, mlaszcząc językiem, odpowiedział mi: „Ach pani, ja widzę to przecież codziennie, gdyby pani wiedziała, jak mnie to już znudziło!“ — Dzięki za porównanie — zaśmiała się Wiera. Widzisz, my ludzie północy nie zrozumiemy nigdy dziwu morza. Ja kocham las. Przypominasz sobie nasz las w Jegorowskoje? Czy mogą się lasy — Ach wiesz: ja kocham wszystko — odpowiedziała tamta — a przedewszystkiem moją maleńką siostrzyczkę, rozumną Wieroczkę. Czy nie jesteśmy same jedne na świecie? Rzuciła się siostrze na szyję i tak trwały długo, przytulone do siebie. Nagle wyrwała się Anna z — Jakaż ja głupia! My tu rozczulamy się nad przyrodą, prawie jak w jakiej powieści, a ja tymczasem zapominam o moim podarku dla ciebie. Spójrz, obawiam się, że nie będzie ci się podobał. Wyjęła z torebki maleńki, dziwnie oprawny notesik; na niebieskim od starości aksamicie wił się w złocie wykonany, skomplikowany deseń o zadziwiającej precyzji — dzieło cierpliwego, doskonałego artysty. Książeczka zwisała na złotym, jak nitka cieniutkim łańcuszku, a kartki miała z płytek kości słoniowej. — Co za cudowne, zachwycające świecidełko! — wołała Wiera, obejmując siostrę. Serdeczne dzięki, moja droga! Gdzie znalazłaś ten skarb? — U antykwarjusza. Znasz przecie moją pasję do starych rzeczy. Widzisz, ten ornament tutaj, ma kształt krzyża. Prawdę powiedziawszy, znalazłam tylko oprawę; wszystko inne musiałam sama wymyślić: tabliczki, zamek i ołóweczek. Ale Molline przecież mnie nie zrozumiał, bo pomimo moich dokładnych wyjaśnień nie zrobił tego, jak chciałam. Kazałam zrobić zamek w tym samym stylu, co ornamenty, z matowego, cyzelowanego, starego złota, a on zrobił coś tak okropnego. Ale łańcuszek jest stary, prawdziwy wenecki. Wiera zachwycona przypatrywała się pięknej oprawie. — Jak starą być może ta książeczka?, spytała. — Nie odważę się podać dokładną datę. Prawdopodobnie pochodzi z końca XVII, albo połowy XVIII wieku. — Jakie to dziwne! — rzekła Wiera pogodnie zamyślona. — Trzymam w ręku przedmiot, którym bawiła się może Pompadour, albo królowa Luiza... Coś takiego ty tylko mogłaś wymyśleć, zamienić kalendarz w notesik. Ale chodźmy, już czas zająć się domowemi sprawami. Szły do domu murowaną terasą, ze wszystkich stron porosłą winogradem. Duże, czarne grona, rozsiewając wokół swą woń, zwisały ciężko wśród ciemnego listowia, które słońce przetykało złotymi refleksami. Światło przenikało zabarwione zielono, tak, że twarze obu kobiet były całkiem blade. — Czy każesz tutaj podać? — zapytała Anna. — Chciałam tak zrobić; ale wieczory są już chłodne. W jadalni będzie przyjemniej. Panowie będą tu potem mogli wyjść na papierosy. — Czy oczekujesz kogoś interesującego?. — Nie wiem jeszcze doprawdy, kto właściwie przyjdzie. Wiem tylko z pewnością, że dziadek przyjedzie. — O, jak to dobrze! Kochany ! — zawołała Anna, klaszcząc w ręce. — Mam wrażenie, że go sto lat nie widziałam. — przyjedzie też moja szwagierka, a może i profesor Spichnikow. Byłam też dlatego wczoraj w rozpaczy. Wiesz przecie, ci dwaj — dziadunio i profesor — to wielcy smakosze. A tu jak na złość, ani w mieście, ani tutaj nie można za żadną cenę dostać czegokolwiek. Łukaszowi udało się wydostać od przyjaciela, myśliwego, parę przepiórek, które właśnie przyrządza. Pozatem wyciągnął gdzieś wcale dobry rostbeaf — ten nieodzowny rostbeaf — i bardzo ładne raki. — Czegoż ty więcej chcesz? To przecież znakomity dobór! Poco się jeszcze troszczysz? Ale, między nami mówiąc, zdaje mi się, że dobre jedzenie to też twoja słaba . — też oprócz tego rarytas: dzisiaj rano przyniósł nam pewien rybak „kowala“. Istny potwór, powiadam ci, można się go przestraszyć. Anna, ciekawa wszystkiego bez względu na to, czy ją dotyczyło, chciała zaraz zobaczyć to szczególne zwierzę. Kucharz Łukasz, ogromny, chudy drab o gładko ogolonej, żółtawej twarzy, przyniósł rybę w naczyniu, ostrożnie je trzymając, by wody na posadzkę nie wylać. — Dwanaście i pół funta, ekscelencjo! — powiedział z prawdziwie kucharską pewnością siebie. — Dopiero była na . Ryba, nie mogąc zmieścić się wygodnie w naczyniu, leżała ze zgiętym ogonem. Łuski lśniły złotawym odcieniem, płetwy płonęły żywą czerwienią, a po obu stronach jej drapieżnego pyska znajdowały się dwa długie, wachlarzowate skrzydła, matowo niebieskie. Dychawki drgały, zdradzając czające się życie. Anna dotknęła głowy małym palcem; cofnęła go jednak i krzyknęła, skoro ryba uderzyła ogonem. — Ekscelencjo, proszę być spokojną, wszystko jak najlepiej przyrządzimy, — powiedział kucharz, zauważywszy widocznie niepokój Wiery. — Jeden Bułgar przyniósł nam właśnie wspaniały melon. Czy wolno mi jeszcze spytać, w jakim sosie mam podać rybę: tartare, polonaise, czy też menniere? — Proszę robić, jak uważacie; a teraz zabierzcie tę rybę, Łukaszu! — rozkazała księżna.
O godzinie piątej poczęli się goście schodzić. Książę Wasyl Lwowicz przywiózł swą siostrę Ludmiłę Lwowną Durasow, dobrotliwą, milczącą i otyłą wdowę, także szwagra Mikołaja Mikołajewicza, słynną pianistkę Jenny Reiter — przyjaciółkę Wiery jeszcze z pensjonatu (obie wychowały się w „smolnym“ instytucie) i młodego, bogatego światowca, znanego w całem mieście pod przydomkiem Wasjuczok; był on bardzo lubiany w towarzystwie, dzięki swym talentom, gdyż jako śpiewak, deklamator i aranżer żywych obrazów, widowisk i dobroczynnych bazarów, umiał doskonale zabawiać towarzystwo. Wkrótce potem przyszedł mąż Anny, wraz z wice-gubernatorem Sekkiem i grubym profesorem Spichnikowem — ogromną, gładko ogoloną i szkaradną bryłą mięsa. Wreszcie przyjechał w wynajętej dorożce generał Anosow z dwoma oficerami. Pierwszy, pułkownik sztabowy Ponamarjow, szczupły, zgorżkniały, męczącą pracą biurową przedwcześnie zestarzały człowiek; drugi, porucznik huzarów gwardji Baktyński, znany w Petersburgu jako doskonały tancerz i niezrównany aranżer. Generał Anosow, duży, otyły starzec, z trudem wysiadł z powozu, trzymając się jedną ręką siedzenia, a drugą oparcia. Równocześnie trzymał w lewej słuchawkę, a w prawej laskę z gumową nasadką. Jego prostacka twarz była tłusta i czerwona, nos mięsisty; wokół mrugających oczu zwisały workowate fałdy; jego usposobienie było jowialnie dobroduszne, trochę pogardliwe, zarazem cechował go pewien wyraz, często spotykany u odważnych a prostych ludzi, którzy nieraz niebezpieczeństwu, a nawet śmierci w oczy zaglądali. Obie siostry, które go już zdaleka zauważyły, przybiegły szybko i zdążyły jeszcze, by mu pomóc przy wysiadaniu, co też uskuteczniały, pół żartem, pół serjo. — Toż to jest przyjęcie, jak dla arcybiskupa! — wołał generał swym przyjemnym, basowym głosem. — Kochany dziadunio! — rzekła Wiera z lekkim wyrzutem. — Już cię od kilku dni oczekujemy, ale nie uważałeś tego za godne trudu, by nas — Pewno, to nasze południe pozbawiło dziadunia sumienia, — dorzuciła Anna. — Sądzę, że mógłby sobie przypomnieć swą chrześniaczkę. Zamiast tego bawi się w Don Juana i całkiem zapomniał, że jeszcze istniejemy na świecie... Generał zdjął kapelusz i schylając swą czcigodną głowę, ucałował obie siostry w ręce, potem policzki i znowu ręce. — Ależ dzieci kochane... zaczekajcież... nie obwiniajcież mnie... — wypowiedział wreszcie, dysząc astmatycznie po każdem słowie. — Pod słowem... ci przeklęci lekarze... przez całe lato mój reumatyzm... kąpali w jakiemś brudnem... i cuchnącem błocie. Nie dali mi odjechać... Jesteście pierwsze... które odwiedzam... Tak się cieszę... że was widzę... Jesteście zdrowe?... Wieroczka... Z ciebie prawdziwa lady... wykapana matka... I cóż, kiedy zostanę chrzestnym ojcem? — O, dziaduniu, obawiam się, że nigdy. — Nie wolno ci tracić nadzieji... Módl się do Boga... A ty, Anno, nic się nie zmieniłaś... Jeszcze przy sześćdziesiątce będziesz... ruchliwa jak motyl... Lecz pozwólcie, że wam przedstawię moich oficerów... — Miałem już pierwiej zaszczyt — powiedział pułkownik Ponamarjow, schylając się w ukłonie. — Zostałem już księżnie przedstawiony w Petersburgu — mówił huzar. — Ponieważ Wiera zna już obu panów, więc pozwól ty, droga Anno, że ci przedstawię porucznika Baktyńskiego. Świetny tancerz i żartowniś, przyczem prawdziwy kawaler. No, zbliż się mój kochany... A więc, dzieci... Co jest dziś dobrego do jedzenia, Wiero?... Od czasu mojej kuracji... mam apetyt, niczem porucznik. Generał Anosow, wierny druh zmarłego księcia Mirza Bułat — Tuganowskiego, przelał po jego śmierci całą swą przyjaźń na córki starego towarzysza. Znał je od najwcześniejszego dzieciństwa, a Annę do chrztu trzymał. Już za owych czasów był, tak jak i dziś, gubernatorem w K..., wielkiej lecz nawpół zniszczonej twierdzy. U Tuganowskich był prawie codziennym gościem. Dzieci były doń ogromnie przywiązane, przynosił im bowiem słodycze i podarki, prowadził je do cyrku lub teatru i lepiej niż ktokolwiek inny umiał się z niemi bawić. Co jednak najbardziej dzieci zachwycało i najgłębsze na nich wywierało wrażenie, to opowiadania jego o wojennych wyprawach, bitwach, biwakach, o zwycięstwach i klęskach, o zabitych, rannych i srogich mrozach; były to długie opowiadania, któremi zabawiał dzieci w czasie między wieczorną herbatą, a znienawidzoną godziną, kiedy musiały iść spać. Od czasu powstania w Polsce brał Anosow udział we wszystkich wyprawach wojennych, prócz mandżurskiej. Bez wahania byłby i tam wyruszył, nie został jednak powołany — a ponieważ wiernym był zasadzie: „nie kładź palców między drzwi.... jeśli ci nie każą“, więc pozostał w domu. W ciągu całej swej karjery oficerskiej nigdy nie bił żołnierzy. W czasie polskiego powstania odmówił pewnego razu rozstrzelania jeńców, pomimo, że wyraźnie taki rozkaz otrzymał. „Szpiegów, — panie pułkowniku — kazałbym rozstrzelać, wielu pan chce, własnemi rękoma uśmierciłbym ich, ale jeńców — w żaden sposób.“ Wypowiedział te słowa tak skromnie, z takim respektem i bez cienia prowokacji lub pozy, patrząc przełożonemu w oczy tak otwarcie i mocno, że ten — zamiast kazać go rozstrzelać — odwrócił się i nic już w tej sprawie nie zarządził. Podczas wojny w r. 1877/79 został, mimo braku odpowiedniego wyszkolenia, mianowany pułkownikiem. Brał udział w przejściu przez Dunaj, w wyprawie na Bałkan, w ostatnim ataku na Plewnę. Był raz ciężko, cztery razy lekko ranny, prócz tego zranił go raz w głowę odłamek granatu. Radecki i Skobelew odnosili się do niego ze szczególnem poważaniem. Skobelew powiedział pewnego dnia: „Znam jednego oficera, dużo odważniejszego odemnie: jest to generał Anosow“. — Z tej wyprawy powrócił prawie głuchy, a trzy palce u nogi, które sobie podczas przejścia przez Bałkan odmroził, musiano mu amputować. Nabawił się też ciężkiego reumatyzmu. Dwa lata później chciano go przenieść w stan spoczynku on jednak bronił się przeciwko temu, a gubernator prowincji, który był świadkiem jego odwagi podczas przeprawy przez Dunaj, poparł go. Petersburg nie chciał zasmucać tego zasłużonego żołnierza i mianował go dożywotnim gubernatorem twierdzy K..., co było raczej urzędem honorowym, niż czemś koniecznem dla dobra państwa. W mieście znali generała wszyscy i kpili sobie niekiedy z jego słabostek i sposobu ubierania się. Nie nosił nigdy munduru, lecz ubierał się zawsze w staroświecki surdut i kapelusz o szerokich kresach; w prawej ręce trzymał laskę, w lewej słuchawkę. Zawsze towarzyszyły mu dwa tłuste, leniwe i dogi, wywieszając pokąsane jęzory. Gdy podczas rannego spaceru spotykał znajomych, wtedy rozbrzmiewał w pobliskich ulicach jego donośny głos, przy akompaniamencie szczekania psów. Podobnie jak wielu głuchawych, miał też i on szczególny kult dla oper. Zdarzało się nieraz, że podczas sentymentalnego duetu nagle oświadczał, swoim głębokim basem: „Do djabła, jak lekko on bierze to wysokie C, jakby orzeszki tłukł.“ Następstwem był dyskretny śmiech wszystkich obecnych, którego jenerał jednak nie przeczuwał nawet. Zdawało mu się, że tę uwagę szepnął tylko sąsiadowi na ucho. Jako wojskowy gubernator zwiedzał bardzo często — stale w asyście dwóch ochrypłych dogów — odwach, gdzie skazani na areszt oficerowie odpoczywali po służbowej mitrędze, grając we wista popijając herbatę lub opowiadając anekdoty. Wypytywał dokładnie każdego o nazwisko, kto mu karę wyznaczył, na wiele dni i dlaczego. Nieraz wyrażał swe uznanie za śmiały i karygodny czyn. Kiedyindziej łajał aresztanta tak głośno, że słychać go było na ulicy. Kiedy się jednak wykrzyczał, dowiadywał się, skąd dany oficer otrzymuje posiłek i czy dużo zań płaci. Zdarzało się czasem, że zabłąkał się tam porucznik z odległego garnizonu i oświadczał, że dla braku pieniędzy poprzestaje na żołnierskim wikcie. Wtedy Anosow rozkazywał natychmiast, by przyniesiono nieborakowi jedzenie z pałacu gubernatorskiego, odległego o dwieście kroków. W tem samem K... zaprzyjaźnił się z rodziną Tuganowskich; do dzieci przywiązał się tak bardzo, że dnia jednego nie mógł przeżyć, nie widząc ich. Gdy dziewczęta były dokądś zaproszone na wieczór, lub obowiązek zatrzymał go w domu, wtedy nie wiedział co począć ze sobą i błądził bez celu po ogromnych komnatach swego domu. Co roku brał na miesiąc urlop i spędzał go w Jegorowskoje odległem od K... o pięćdziesiąt wiorst. Na te dzieci, szczególnie dziewczęta przelał całą miłość i tkliwość. Był kiedyś ożeniony, jednakże tak dawno, że ledwo sobie to przypominał. Żona jego uciekła z aktorem trupy wędrownej, zakochawszy się w jego aksamitnym tużurku i koronkowych mankietach. Do śmierci otrzymywała od generała finansowe wsparcie, lecz mimo wszelkich prośb i skruchy, którą objawiała, nie chciał jej do siebie przyjąć. Dzieci nie pozostawiła mu żadnych.
V.
Wbrew oczekiwaniu wieczór był spokojny i ciepły. W jadalni, mimo otwartych okien, i na werandzie świece paliły się spokojnym płomieniem. Przy stole zabawiał książę Wasyl Lwowicz całe towarzystwo. Miał niezwykły i całkiem swoisty dar opowiadania. Tematem jego opowiadań były najczęściej jakieś prawdziwe zdarzenia w których główną rolę odgrywał ktoś z obecnych lub jakiś wspólny znajomy. Zmieniał jednak koloryt zdarzenia i podawał je z taką powagą, że słuchacze pokładali się ze śmiechu. Tym razem opowiadał o niedoszłem małżeństwie Mikołaja Mikołajewicza z pewną piękną i bogatą damą. Jedynie prawdziwem w tem wszystkiem była odmowa rozwodu ze strony męża tej damy. Książę świetnie jednak pomieszał fantazję z rzeczywistością. Przedstawiał, jak ociężały i nieco afektowany Mikołaj zmykał nocną deszczową porą, w mocno niekompletnym stroju; na rogu ulicy zostaje przytrzymany przez policjanta, który go wziął za złodzieja. Po długiej i gwałtownej wymianie zdań udało mu się wreszcie przekonać stróża spokoju o swej prokuratorskiej godności. Według opowiadania, byłoby doszło do ślubu, lecz w decydującym momencie zastrajkowali fałszywi świadkowie i zażądali podwyżki ich „honorarjum za fatygę“. Lecz skąpy Mikołaj odmówił temu żądaniu a jako przeciwnik jakichkolwiek strajków powołał się na ten a ten paragraf ustawy. Kiedy więc przyszło do przepisanego pytania: „czy zna ktoś jakąś przeszkodę i td., zawołali fałszywi świadkowie, jak jeden mąż: „Tak, tak! Wszystkie nasze zeznania są zmyślone i złożone pod presją gróźb prokuratora. Co zaś dotyczy małżonka tej damy, to jest on naprawdę najszanowniejszym człowiekiem na świecie, cnotliwy jak Józef i łagodny jak anioł. Z okazji tego małżeńskiego opowiadania, opowiadał książę Wasyl inne i nie oszczędził swego szwagra Gustawa Iwanowicza Friese. Jeśli było prawdą to co opowiadał, to jego szwagier w dzień po ślubie wtargnął do rodzicielskiego domu jego młodej żony z policją i uprowadził ją pod ochroną władz. Ta anekdota zawierała nieco prawdy: z powodu choroby matki nie mogła Anna w pierwszych dniach po ślubie opuścić domu rodzicielskiego, gdyż Wiera powróciła natychmiast po ślubie siostry do swych posiadłości na południu. Jasne więc, że w tym czasie musiał biedny Gustaw Iwanowicz zwiesić nos na kwintę. To opowiadanie wywołało wielką wesołość u wszystkich obecnych a nawet w mrugających oczkach Anny pokazał się uśmiech. Gustaw Iwanowicz głośnym i niepohamowanym śmiechem, a jego chuda twarz o gładkiej i świecącej skórze, z kilkoma białymi włoskami na skroni i głęboko osadzonymi oczami, wyglądała przytem jak trupia czaszka szczerząca zęby w niesamowitym grymasie. Książę ubóstwiał swą żonę jak w pierwszych dniach, starał się zawsze obok niej siedzieć i jakby przypadkiem ją dotykać, i umizgał się do z taką namiętnością i naiwną banalnością, że litowano się wprost nad tym biedakiem. Przed wstaniem od stołu, policzyła Wiera Mikołajewna obecnych. Trzynaście. Bardzo zabobonna, pomyślała: „Jaka szkoda, żem wcześniej tego nie zauważyła! Wasja źle zrobił, że mnie telefonicznie nie zawiadomił“. Podczas intymnych przyjęć wieczornych w obu domach Cheine i Friese grywano zwyczajnie po jedzeniu w pokiera, gdyż obie siostry lubowały się w grach hazardowych. Toteż ze względu na to wprowadzono specjalną regułę: każdy gracz dostawał równą ilość liczmanów oznaczonej wartości i z chwilą, gdy przeszły wszystkie do rąk jednego gracza, bezwzględnie kończono grę. Ta surowa reguła miała na celu poskromienie obu roznamiętnionych w grze księżniczek. Rzadko jednak zdarzało się, by czyjeś straty w grze wyniosły więcej niż sto do dwustu rubli. Podczas gry wyszła Wiera — która dziś nie brała w niej udziału — na terasę, gdzie podawano herbatę; po drodze zatrzymała ją pokojówka robiąc tajemniczą — O co chodzi, Dasza? pytała niezadowolonym tonem księżna, przechodząc do buduaru. Co ma znaczyć ta mina? Dasza położyła na stół małą paczkę: staranne opakowanie tworzyły: biała bibułka i różowy sznurek. — Ja nie jestem winna, ekscelencjo, wyjąkała czerwieniąc się. On przyszedł i powiedział... — Co za „on“? — Jakiś posłaniec, ekscelencjo. — No? — On przyszedł i położył tę paczkę na stół. „Proszę to oddać waszej pani, ale własnoręcznie“. Spytałam jeszcze: Kto przysyła tę paczkę? Odpowiedział: wszystko jest wyjaśnione wewnątrz i znikł. — Już dobrze, możesz iść. Wiera przecięła nożyczkami sznur i wrzuciła go wraz z papierem do kosza. Przed nią leżało małe etui z czerwonego pluszu, nowe jakby wprost od jubilera. Uchyliła wieczko, podszyte jasno niebieskim jedwabiem i zobaczyła na czarnym aksamicie dna, owalny, złoty naramiennik, pod którym leżał starannie złożony list. Otworzyła go; pismo wydawało jej się znane. Lecz jako prawdziwa kobieta odłożyła list i oglądała przedewszystkiem klejnot. Był to naramiennik ze złota niskoprocentowego, bardzo gruby, lecz wewnątrz pusty, zewnątrz całkowicie pokryty , małymi i nieszlifowanymi granatami, w pośrodku nich zaś pięć wspaniałych, wprawdzie szlifowanych lecz nie rżniętych granatów wielkości grochu otaczało stary zielony kamień. Odruchowo oglądając pod światło, zauważyła Wiera, ogromnie ździwiona, że wypukła, gładka powierzchnia kamieni rozpłomieniła się pięknym ogniem karminowo czerwonych odbłysków. „To wygląda jak krew“ pomyślała i ogarnęło ją uczucie podobne do strachu. Wtedy przypomniała sobie list, otworzyła go i czytała następujące, ogromnie starannie wypisane słowa:
„Ekscelencjo
Wielce Szanowna Księżno
Wiero Mikołajewno!
W głębokiej czci, śmiem przesłać Pani moje życzenia imieninowe i ofiarować w pokornym hołdzie skromny haracz wiernego poddanego“. — „Ach! znowu ten człowiek“, szepnęła księżna rozczarowana. Mimo to czytała dalej: „Nigdy nie odważyłbym się zaofiarować Pani przedmiot, którybym sam osobiście wybrał. Nie miałbym do tego prawa i — powiem otwarcie — środków po temu. I wierzę, że żaden skarb na świecie nie jest godny Pani. Lecz ten naramiennik należał niegdyś do mojej prababki a ostatnio nosiła go moja zmarła matka. Zapewne zauważyła Pani wpośrodku pomiędzy szlifowanemi kamieniami jeden zielony. Jest to zielony granat — najrzadszy ze wszystkich tego rodzaju. Według starej tradycji, która się utrzymała w naszej rodzinie, posiada ten szlachetny kamień właściwość udzielania mocy jasnowidzenia kobietom, w których posiadaniu się znajduje: oddala od nich zgubne myśli i chroni ich mężów przed nagłą śmiercią. Wszystkie kamienie zostały wyjęte ze srebrnej bransolety i oprawione na nowo; może Pani więc być pewną, że nikt jeszcze tego naramiennika nie nosił. Wolno Pani tę śmieszną zabawkę wyrzucić lub komuś podarować, według upodobania. Dla mnie będzie wystarczającą świadomość tego, że była ona w rękach Pani. Usilnie proszę — nie gniewać się na mnie. Sama myśl, że przed siedmiu laty — była Pani wtedy jeszcze panną — miałem czelność pisać do Pani głupie, dziwaczne epistoły, co więcej nawet oczekiwać odpowiedzi, wypala mi rumieńce wstydu na twarzy. Dziś pozostało jeno bezgraniczne uwielbienie, bałwochwalcze ubóstwienie i pokorne oddanie. Mogę jedynie co chwila szczęścia Pani życzyć i cieszyć się Jej powodzeniem. W myślach chylę się kornie w głębokim pokłonie przed sprzętami, wśród których Pani żyje, przed posadzką, po której chodzi, przed drzewami, które w przejściu dotyka i przed służbą, do której Pani mówi. Nie zazdroszczę, ani ludziom, ani rzeczom. Jeszcze raz proszę o przebaczenie za spokoju tym niepotrzebnym listem. Pani oddany sługa do śmierci
— Czy mam pokazać ten list Wasji? i kiedy? Zaraz, czy też po odejściu gości?! Ach, lepiej później, teraz ośmieszyłabym tylko siebie i tego nieszczęśliwego biedaka. Tak rozmyślała księżna Wiera, podczas gdy jej wzrok nie mógł się oderwać od pięciu krwawych płomieni, które jarzyły się w głębi tych pięciu granatów.
VI.
Pułkownik Ponomarjow dał się długo prosić nim go zdołano namówić do partji pokiera — pozorując to tem, że nie pochwala gier hazardowych i zna jedynie trochę wista. Musiano poduczyć go naprzód w najważniejszych arkanach tej sztuki, którą posiadł jednak tak szybko, że po upływie pół godziny miał już wszystkie liczmany w kieszeni. — To jest jednak naprawdę niedozwolone! zawołała Anna w komicznem zirytowaniu. Nie zostawił nam Pan nawet czasu, by się nieco podniecić. Trzech z pomiędzy zaproszonych: Spiehników, pułkownik i wice-gubernator, poprawny, naiwny i nudny niemiec, byli tak przesadnie ceremonialni, że Wiera w głowę zachodziła, jakby ich zająć. Złączyła ich przeto wraz z Gustawem Iwanowiczem przy stoliku do wista. Z daleka dziękowała jej Anna opuszczeniem powiek a siostra rozumiała ją doskonale. Było wszystkim wiadomem że Gustaw Iwanowicz, jeśli nie był zatopiony w kartach, kręcił się dokoła swej żony i doprowadzał ją do bardzo złego humoru swojem zadowolonem uśmiechaniem, przez które odsłaniał zepsute zęby w swojej twarzy trupiej czaszki. Od tej chwili przeszedł wieczór szybko, ożywiony i bez przymusu. Wasjuczok śpiewał, przy akompanjamencie Jenny Reiter włoskie pieśni ludowe i wschodnie melodje Rubinsteina półgłosem. Jego organ był dość słaby, ale posiadał przyjemny timbre. Jenny Reiter, wybitna muzyczka, chętnie mu zawsze towarzyszyła przy fortepianie. Zresztą utrzymywano, że on ją adorował. W kącie na kanapce kokietowała Anna z huzarem. Wiera zbliżyła się do nich i słuchała z uśmiechem na twarzy. — Nie niech się pan nie śmieje, mówiła Anna wesoło, mrugając swemi uroczemi tatarskiemi oczkami. Pan uważa to pewno za ciężką pracę, szarżować na czele swego szwadronu lub brać z brawurą przeszkody przy wyścigach. Ale nasze troski są powszechnie niedoceniane. Proszę tylko posłuchać; ostatnio urządziliśmy tombolę. Zapewno wyobraża pan sobie, że to prosta sprawa. Otóż myli się pan! Cały tłum ludzi, sala pełna dymu, banda stróżów, stangretów i Bóg wie jakich indywiduów jeszcze, a wszystkie opadły nas z prośbami i skargami... przytem cały dzień na nogach... Teraz mamy znowu koncert na korzyść pracownic umysłowych, później znowu bal... — Nie odmówi mi Pani przecie, jeśli poproszę o mazura na tym balu? przerwał Baktyński, pochylając się lekko i uderzając ostrogami o krzesło. — Dziękuję... lecz moją największą troską jest nasz dom. Proszę mnie dobrze rozumieć: to jest dom dla zaniedbanych dzieci. — To ładnie. To musi być bardzo zabawne. — Milczałby pan! Jak można się z takich rzeczy śmiać? Proszę się wstawić w nasze położenie. My chcemy te nieszczęśliwe dzieci, które są przez zły przykład lub dziedziczność zepsute, nauczyć pieszczotą i łagodnem obejściem... — Hm! odezwał się huzar. — ...dobrych obyczajów i obudzić w ich duszy świadomość obowiązku... Pan mnie przecie rozumie? Proszę sobie wyobrazić, pomiędzy setkami, ba! tysiącami dzieci, które nam co dziennie przyprowadzają, ani jedno nie jest zaniedbane. Jeśli spytać rodziców, czy ich dziecko jest złe lub zepsute są od razu obrażeni. Nasza ochronka jest otwarta, wszystko jest przygotowane, a my nie mamy ani jednego wychowanka. Mamy ochotę wypisać cenę na każde dziecko, które nam przyprowadzą. — Poco premje, Anno Mikołajewno? wtrącił huzar. Weź mnie Pani za darmo. Daję słowo honoru, że niema na świecie bardziej zepsutego chłopca odemnie. — Cicho ma być. Z panem nie można wogóle serjo mówić, śmiała się swemi błyszczącemi oczyma. Książę Wasyl Lwowicz siedział przed dużym, okrągłym stołem i pokazywał siostrze, generałowi i swemu szwagrowi album familijne, własnoręcznie ilustrowane humorystycznymi rysunkami. Wszyscy czworo zaśmiewali się tak serdecznie, że przyłączyli się do nich inni goście, nie zajęci przy kartach. To album służyło jako ilustrowany dodatek do satyrycznych opowiadań księcia. Z niezamąconym spokojem pokazywał on n. p.: Historje miłosnych awantur dzielnego generała Anosowa w Turcji, Bułgarji i innych krajach“, „Przygody i zaloty fircyka Mikołaja Bułat-Tuganowskiego w Monte Carlo“, i td. — A teraz, moje panie i panowie, ujrzycie krótką biografję naszej kochanej siostry Ludmiły Lwownej, oznajmił rzucając na swą siostrę krótkie, a ironiczne spojrzenie. część: dzieciństwo. Dziecko podrosło i nazwano je Lima“. Na kartce albumu były wyrysowane umyślnie grube i dziecinne rysy; przedstawiały małą dziewczynkę, której twarz mimo, że z profilu rysowana miała dwoje ócz; wyciągnięte ramiona miały po pięć rozczapierzonych palców, dwie kreskowane linje wystawały z pod sukienki, jako nogi. — Nikt nie nazywał mnie nigdy Limą, zauważyła śmiejąc się Ludmiła Lwowna. Druga część: Pierwsza miłość. Jakiś uczeń szkoły kadetów kawalerji klęczy przed małą Limą i wręcza jej „własnoręcznie sklecone“ wiersze zawierające prawdziwe perły, jak np.: „Twa urocza, twa boska nóżka, to dowód że z nieba schodzisz“. — Jak państwo widzą, ta noga jest tu wiernie oddana. Tutaj namawia ten młody człowiek niewinną Limę do ucieczki z rodzicielskiego domu. Tu znowu widać porwanie. A teraz nadchodzi wreszcie krytyczny moment: rozgniewany ojciec przyłapuje „uciekinierów“. Tchórzliwy kawaler pozostawia Limę na łasce losu:
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Wiera.
