Front matter
Bô Yin Râ.
Księga
Boga Żywego.
całość
Bô Yin Râ.
Księga
Boga Żywego.
Z przedmową
Gustawa Meyrinka
3
Nakładem Księgarni Ludwika Fiszera, Łódź-Katowice
Warszawa — Tow. „Ignis“ E. Wende i S-ka.
Zakłady Graficzne
Grapowa i Mazurkiewicza
w Łodzi.
Przedmowa.
Kto pragnie Bô Yin Râ „Księgę Boga żywego“ właściwie zrozumieć, niechaj ją czyta, jak coś zupełnie nowego, — niechaj ją czyta w spokoju, z najwyższą troskliwością i oddaniem, aż treść jej stanie się żywa w sercu i czaszce i dopomoże własnym myślom, aby same nić przędły dalej, — niechaj ją czyta nadewszystko, nie stosując żadnych kryterjów dotychczasowej wiedzy o mistyce, okultyźmie, magji, telepatji i podobnych dziedzinach: ukryłyby mu one tylko właściwy sens i uczyniły z „Księgi Boga żywego“ księgę o siedmiu pieczęciach. Im bardziej otwiera się dla dzisiejszej ludzkości dziedzina rzeczy tajemnych, tem zawikłańszem wydaje się prawidłowe ich ujęcie. Winną jest temu bezdenna powierzchowność i obojętność względem wszystkiego, co nie stoi w związku z zarabianiem pieniędzy, — z drugiej zaś strony smutna okoliczność, że wszelaka hałastra, w najmniejszym stopniu nie powołana, nie mówiąc już o pomazaniu, — śle w świat książki za książkami, roni je, że tak powiem, w galopie, — książki, których treść niby chwast zagłusza prawdziwe róże w cudownym ogrodzie tajemnego poznania. Kto chce się poważyć powiedzieć coś o „Sztuce Królewskiej“ prawdziwej magji, ten musi ją pierwej przez ciąg całego życia ludzkiego uprawiać, musi być jednym z owych wysłańców ducha, ze skroni których promieniują świetlane rogi Mojżesza. Wielu mniema, iż duchowe zdobycze filozofji jakiegoś Sankaracharya, Plotyna, Heraklita, Demokryta czy Hegla są najlepszemi owocami, które ma do oddania byt ziemski, — nie wiedzą oni, że nigdy nie gasnące, nigdy nie wyczerpane życie jest wiecznie wyższe ponad wszystko, co zerwać można z Drzewa Poznania. Wielki mędrzec chiński Lao-Tse powiedział niegdyś: „Oto siedzą mędrcy na górach i dumają o zagadkach wieczności, — Nawet najostrzejszy zmysł filozoficzny i zdolność do wyślęczenia sobie wolnego od luk logicznego światopoglądu wiodą na ławicę, jeśli nie stanie pobok przeżywanie magiczne i ciągłe czuwanie w wieczystej świadomości jaźni — poślubienie wszystkiego, co boskie, twórcze —: uderzenie toporem w głowę, strzał w serce: i oto owoce wszelakiego leżą w prochu. Od czasu jak w ostatniej minionej ćwierci ubiegłego wieku powołała do życia Rosjanka H. P. Bławacka tak zwane Towarzystwo Teozoficzne, dmąc w trąbę alarmową na prawie zamilkłą już sztukę magji, od tego czasu wezbrało jakieś duchowe poruszenie, które, — jeśli w ostatniej jeszcze chwili nie zostanie na właściwe tory skierowane, — wywoła nowe średniowiecze z wiarą w czarownice, histerję i urojenia. Ba, coś gorszego jeszcze: małpowanie istotnej magji, karykaturalna maska na prawdziwem obliczu nieśmiertelnej duchowości, potworna postać, co sobie kuśtyka, udrapowana w zbutwiałą szatę tak zwanej uczoności. Gdy tylko samoobłudnicy i awanturnicy wszystkich ras, medja, hypnotyzerzy i „pomazańcy“, pomazani zjełczałym tłuszczem próżności i samookadzania, usłyszeli z ust teozofów, że istnieje dzwon, co wieści , — już wiedzą wszyscy „dokładnie“, gdzie on wisi, a godni pożałowania ludzie, co im wierzą, wylatują oślepli na bezbrzeżną pustynię za mamiącym dźwiękiem, który — zda im się, że słyszą już przed sobą. Inni, rozważniejsi, imają się „świętych“ ksiąg, studjują to, co pozostało z dawnych czasów, okaleczone, fałszywie tłumaczone, źle rozumiane przez popów wszystkich ludów, zeszpecone i zasłonięte, i wątpią o lśniącej prawdzie, gdy im się nie udaje wcisnąć w jedno wspólne łoże prokrustowe zdań Mojżesza, Buddhy, Jezusa czy Zaratustry. Przyzwyczajeni do używania rozumu, jako jedynego narzędzia, i uważania wiedzy mózgowej za jedyną drogę wyzwolenia, gdy napotykają coś, czego inni przed nimi jeszcze nie rozdrobnili, — przyzwyczajeni odrzucać zdolność pojmowania przez uczucie, jako bezużyteczny twór przypadku i wyobraźni, nie odnajdą oni więcej drogi do Raju, z którego niegdyś jako praludzie sami się wygnali. Raz po raz pytają oni, jak karły Nibelungów, o rzeczy, których wiedzieć nie potrzeba. Bliżsi byliby rozwiązania zagadki Alberycha: „Jakże mam machać mieczem?“, gdyby sobie uświadomili, że zrodzony i żyjący na samotnej wyspie Robinzon Kruzoë ani o milimetr nie jest dalej od światłodajnego słońca, niż zamyślony szperacz wielkomiejski ze swemi tysiącami bibljotek. Nie myśli mózgu, nie, tylko uczucia i zgodne z niemi echo mogą obudzić duszę ze snu śpiącej królewny, iż wstanie ona, samą siebie wspomniawszy, aby pójść naprzeciw ojczyźnie trwałej świadomości i nieprzerwanych wspomnień, — zrazu śniąc jeszcze jak lunatyk, potem coraz bardziej i bardziej rozbudzona, coraz wyraźniej pojmując „Magję Słowa“, coraz radośniej dążąc naprzeciw światłu, naprzeciw wcześniej obudzonym duszom, iżby tam jeść z niemi z Drzewa Życia Wiecznego, a nie jak dotąd, niby trup pośród trupów, z Drzewa Poznania. Rosjanka H. P. Bławacka twierdziła, zakładając Towarzystwo Teozoficzne, iż czyni to na zlecenie mistrzów azjatyckich, tak zwanych Mahâtma. Unikam tu rozmyślnie krytykowania pani Bławackiej; wystarczy powtórzyć, co pisał Bô Yin Râ, autor tej książki, we wcześniejszych swych dziełach. Ani on sam, ani owo żywe źródło, z którego czerpie, ani wreszcie ci, których zwie on „Białą Lożą“, a których jest prawowicie obranym członkiem, — nie mają nic wspólnego z nauką pani Bławackiej lub jej inspiratorami. Mogłoby to tak przerazić niektórych, co gorąco przywiązani są do Towarzystwa Teozoficznego i w jego naukach zdobyli pewność: „Nie umrę“, — iż mogliby zgoła w przekonaniu, że zmartwią „mistrzów Morja, Koot-Humi i Hilarjona“, jeśli nakłonią się do innej „nauki“, odepchnąć książkę Bô Yin Râ nieczytaną, jako „czarnomagiczne“ dzieło szatana; — tym niech posłuży na pocieszenie zdanie z Bhagavath-Gîtâ: „Żaden uczciwy, o Kriszno, nie idzie drogą do podziemi“. Lecz oto jedno słowo dla wszystkich nieuprzedzonych, to jest: dla tych, którym o teozoficznych czy podobnych dziedzinach nic jeszcze w ucho nie wpadło. Człowiek mija jak cień. Od kolebki do grobu. Co było przedtem? — Nie wie on tego. Co się z nim potem stanie? — Nie wie on tego. Może się on jedynie do wiary w istnienie dalszego życia; dowodów na to nie posiada. Może je sobie w najlepszym razie filozoficznie wyszperać należycie, ale już okoliczność, że delirjum, omdlenie czy ogłuszenie pozbawia go świadomości, daje mu żałosny, przykry przedsmak sądu, iż śmierć z pewnością winna nie być furtką do nowego życia, obdarzonego Twierdzą wprawdzie spirytyści, iż mogą podać dowody życia dalszego po śmierci. Ale istotnie i niewzruszenie uzasadnione nie są przecież te dowody. (Aczkolwiek prawdziwość pewnych fenomenów spirytystycznych nie ulega wogóle wątpliwości). Dowody — że tak powiem — pozacielesnego, to jest niezależnego od ciała, świadomego życia może jedynie każdy sam dla siebie zdobyć. Co przeżywa wewnętrznie ktokolwiek inny, choćby to był brat rodzony, jest dla mnie bezwartościowe. W najlepszym razie mogą zapewnienia innego człowieka uczynić mi wiarogodnem, że on może być nieśmiertelnym, — że i ja muszę nim być, nie wolno mi z tego wnioskować. Tak tedy jedna pozostaje droga do zdobycia dowodów, iż istnieje coś, co zapewnia nieśmiertelność, a droga ta jest: przeżyć to na sobie samym, tu, w tem życiu, na własnem ciele. Metody, któremi można to osiągnąć, są, jak to już zaznaczyłem, wskazane w dochowanych pismach starożytności, ale najzrozumialsze z nich nawet nie dają więcej, jak ślepe macanie. Nadto są one zastosowane do trybu życia, którego cywilizowany człowiek naszych czasów już nie wiedzie. Wielki mistyk hinduski, Rama Krishna, który umarł pod koniec zeszłego stulecia, powiedział o tem i słusznie: „Stare ścieżki są zasypane“. W „Księdze Boga żywego“ Bô Yin Râ jasno wskazana jest wyraźna, powiedziałbym prawie „łatwa“ droga, która z pewnością do celu wiedzie. A jaki jest cel? Nic mniejszego, jakkolwiekby to miało brzmieć nieprawdopodobnie, jak z „odzianego w skóry“, wygnanego z Raju zwierzęcia człowieczego stworzyć stopniowo owego promiennego praczłowieka, który zgodnie z podaniami, legendami, bajkami i księgami świętemi nie będzie znał śmierci. Czy wówczas nadludzie tacy są sobie równi? Czy weszli bez pragnień do Nirwany, jak Buddha, czy żyją w nadziemskiej błogości, jak Mohammed, czy duch ich rozpłynął się po całym świecie, jak duch Chrystusa, czy też wędrują nieśmiertelni cieleśnie, jak Eljasz? — takie oto pytania słyszę. Odpowiedź brzmi: Każdy idzie drogą swojej tęsknoty i osiąga cel swojej tęsknoty. Tęsknota ta zakorzeniona jest w sercu każdego człowieka; czy jest on już jej świadom, czy nie — ona jedynie jest owem działającem Czemś, co kształtuje los człowieka. Los ziemski jest niczem innem, jak niepodpatrzonym jeszcze przez nas procesem szlifierskim, co z surowego, ślepego kamienia tworzy promieniejące brylanty. Jeśli wytęsknił sobie ślepy kamień tylko zwykły blask, tedy wystarczy może, mówiąc obrazowo, czterokrotne szlifowanie; kamień surowy z wewnętrzną tęsknotą do tysiąckrotnego odbijania promieni słońca, — tysiąckrotnego też wymaga szlifowania. Lecz jako kamień nawet szlifowany pozostaje ślepym, jeśli nie pada nań światło słońca, tak i „oszlifowanemu“ człowiekowi konieczne jest połączenie — quasi „zjednoczenie się“ — z „Praświatłem“ (jak je nazywa Bô Yin Râ), aby się stać Świecącym, — aby się stać Nadczłowiekiem. Mówiłem o ludziach, których życie i los szlifują bez ich wiedzy. O tych, co sami wyszlifowują się ze stanu surowego kamienia i gdy dokonają tego pierwszego czynu, dalej z pomocą tych, których nazywa Bô Yin Râ „Białą Lożą“, do końca są szlifowani, aż wreszcie po śmierci, albo tu już osiągają cel swej ukrytej tęsknoty, — o tych jest mowa w książce niniejszej. Jużci tak łatwa, jak gra na fortepianie, nie jest ta sprawa. Komu w życiu wydaje się ważniejszem, lub nawet w przybliżeniu tak ważnem, niechaj zaniecha tego; zuboży tylko swój byt obecny, postrada tylko na ciele, ale na duchu nie zyska. Dla tych, co nie od dziecka i zanim spożyli z Drzewa Poznania powołani byli do tego, potrzebna jest straszliwa wprost stanowczość, aby sobie powiedzieć: oto powstaję i będę szedł ku światłu bez spoczynku i wytchnienia, póki będę „oszlifowany“, i choćbym po miljon razy miał wracać na świat, by zostać oszlifowanym: zapatrzony przed siebie, dopóki tego nie osiągnę, iść będę ku krainie lodowców. Powiedziane to jest obrazowo i podkreślać ma tylko niezmienne , które jest konieczne, aby wszelkim niepowodzeniom, co mogą się napiętrzyć po drodze, skutecznie się przeciwstawić. Porównanie mogłoby się jednak stać zwodniczem, gdyby się chciało dosłownie zastosować je w praktyce „Sztuki Królewskiej“ (tak nazywa drogę tę Bô Yin Râ). W rozdziałach książki niniejszej, które przy końcu tej przedmowy dokładniej wymienię, zaznaczone jest dobitnie, że idący świadomie tą „drogą“ winien swe pierwsze kroki czynić, przeciwnie, przez graniczące z biernością zaniechanie całej swej istoty. Podobnie, jak ktoś, kto zapomniał jakiego słowa czy imienia, tem trudniej może je sobie przypomnieć, im gwałtowniejsze czyni wysiłki, — z drugiej zaś strony tem łatwiej, im naturalniej i bardziej nieprzymuszenie ima się tego, — podobnie słuchać trzeba rad Bô Yin Râ odnośnie do „Magji Słowa“ czyli „ożywiania Samego Siebie we wszystkich członkach“. Ten rodzaj „rozwoju“ magicznego nie wymaga w żadnym razie wiary w Boga lub czegoś podobnego. Powiedziałbym raczej: wyobrażenie o Bogu, w najmniejszym choćby stopniu błędne, może raczej szkodzić, niż być użytecznem. Mogłoby ono na tym lub owym stopniu rozwoju magicznego doprowadzić do bolesnych, częstokroć niszczących starć wewnętrznych. Owo: „Boże, Boże, czemuś mię opuścił!“ jest nieuniknione dla tych, co się na początku drogi poddali wyobrażeniu, jakoby byli czemś oddzielonem od „Boga“. Z drugiej strony dla wielu owo ciepło uczucia, które odczuwają przy myśli o boskiem, może się zgoła stać bodaj niezastąpionym ożogiem, bowiem to, co ma być rozwinięte — lub raczej: przeniesione ze stanu snu w stan czuwania, są to owe spoczywające w nas osobliwe właściwości duszy, które się u tego lub owego objawiają niekiedy, jako słyszenie czy czucie na odległość lub jako tak zwana telepatja. Tylko na drodze wysubtelnionego, misternego czucia da się to osiągnąć, lecz nigdy przez czynności umysłowe. Póki ktoś mniema, iż przez wypytywanie tego czy owego rzekomo „wiedzącego“ przyswoi sobie takie zdolności, póty nie zrozumiał on jeszcze, o co wogóle idzie. To, co się ma dokonać, jest to proces rozwojowy od człowieka dnia powszedniego do Boga-człowieka, od poczwarki do motyla. — Czyż mniema ktoś poważnie, że można się czegoś podobnego nauczyć rozumem, ot, jak języka obcego? Już choćby sztuka muzyki, malarstwa czy poezji nie daje się zdobyć rozumem (choć sądzi tak większość ludzi), — a cóż dopiero królewska sztuka „przemiany świateł“ w człowieku, to jest: iżby na miejscu rozsądku postawić uczucie i dać mu pewność sądu (i inną, większą jeszcze!), która dotąd była przywilejem rozumu. To, co mówi autor „Księgi Boga żywego“ o Braciach pomocnych „Białej Loży“, sięga w świadomej celu praktyce w „Sztuce Królewskiej“ daleko poza mistycznych, znanych z historji ekstatyków i zachwyconych, jak Jane Leade, uznani święci i t. d. Kto posłucha rad jego, przeżyje dnia pewnego to, co może przeżywa małe kurczę, co sobie po długim śnie w powłoce jaja przebiło dziurkę w skorupce wapiennej, wylazło i oto znajduje nagle naprzeciw siebie młodych towarzyszy i starych przyjaznych swojaków, co je pouczą, jak znaleźć się należy w nowym, nieprzeczuwanym, promiennym świecie. Nie zrozumie ono może wówczas, czemu inne jaja tak obojętnie, niby martwe leżą, miast także się wyzwolić. Kiedy się później samo stanie matką, będzie wiedziało, nie mając potrzeby uczyć się tego w szkole, że jaja potrzebują ciepła macierzyńskiego i że bez niego zarodek umiera. Że ciepło pochodzi od słońca, o tem musi wiedzieć tylko słońce, bez którego żadna żywa istota nie miałaby własnego ciepła; kurze wiedza ta nie jest potrzebna; wystarcza, że słońce, mieszkając i działając niewidzialne w każdem stworzeniu, daje kurze ciepło i że kura posiada zdolność oddawania tego ciepła przy wylęgu. Niechaj jednak nie zwiedzie nikogo chęć wywnioskowania z tego obrazu, że podobnie słońcu ziemskiemu, szukać można i znaleźć w królestwie zjawisk tego świata! Prowadziłoby to do fałszywego pojęcia o Bogu! Przyczyną, iż świat ten istnieje, lub zdaje się istnieć, jest jakieś „Nic-Coś“, bez którego świat nie istniałby w teraźniejszości, przeszłości ani przyszłości, — „Nic-Coś“, które jest przyczyną — jedyną praprzyczyną, jaka istnieje — wszelkiego dążenia, wszelkiej tęsknoty. Odnośnie do tej praprzyczyny i do drogi, którą idzie uczeń Sztuki Królewskiej, można powiedzieć:
Mniema się, iż się stoi i czeka, — atoli idzie się i szuka; mniema się, iż się idzie naprzód i szuka, — atoli stoi się w miejscu i czeka.
Tak tedy — do uczucia — (rozum nie ma tu nic do czynienia) trzeba się ograniczyć, jeśli się chce słuchać tego, co radzi Bô Yin Râ o pierwszych krokach na „drodze“. Spyta mię ktoś, dlaczego wogóle piszę przedmowę do „Księgi Boga żywego“. Autor jest moim osobistym przyjacielem, ale nie prosił mnie on o to; piszę tę przedmowę, ponieważ sam przez ciąg całego życia ludzkiego „szukałem“ i ponieważ wiem, że wielu dzisiaj „szuka“ i że chwast, co pokrywa drogę, corazby gęstszy się im stawał, gdyby od czasu do czasu nie pielił go ktoś. A nadto: ponieważ wierzę, iż dobrze byłoby, aby „Poszukujących“ było więcej! I wówczas jeszcze nie napisałbym tej przedmowy, gdybym — zanim jeszcze poznałem autora — sam nie odnalazł tego właśnie, co napisano w jego książce.
Kto sądzi, iż napotka w tej książce na trudności, temu radzę rozważyć wymienione niżej rozdziały, jako zasadnicze filary dzieła, a wówczas inne rozdziały same się jak pleciona girlanda wić będą od kolumny do kolumny. Każdy może się na sobie samym przekonać, czy pojął, o co idzie: jeśli go bierze chętka po przeczytaniu książki siąść i napisać do autora list z zapytaniem, czy to lub owo właściwie zrozumiał, tedy — — tkwi on, jak powiada przysłowie hinduskie, niby łyżka w mleku: w mleku wprawdzie, ale bez możności jedzenia z niego. Jako te rozdziały, które (nie iżby miały być czytane w wyodrębnieniu od całości) winny być — zdaniem mojem — traktowane, jako zasadnicze filary, uważam:
Droga. O poszukiwaniu Boga. O świętości i grzechu. Jedność religij. O duchu. Na Wschodzie mieszka światło. Magja słowa. Biała Loża. Dziękczynienie.
styczeń 1919.
Wstęp.
Niechaj nie czyta tej książki, kto zbożny jest i wierzący! — Niechaj nie czyta tej książki, kto nigdy nie zwątpił w Boga! — — Książka ta pisana jest dla ludzi, co w twardych walkach wewnętrznych chcieli swego Boga. Książka ta pisana jest dla ludzi, co w cierniach zwątpienia cierpieli. Tym dopomoże ona! Dla tych będzie ona drogowskazem!
To, co tutaj wieszczę, prastara to mądrość. — — — Nieliczni, którzy ją w sobie potrafili odnaleźć, z dawnych czasów trzymali ją w tajemnicy. W zamierzchłych dniach świata — rzadko tylko i w wybranych tylko godzinach wolno było o niej poprzez ciemne symbole mówić. Oto nadszedł czas, aby o niej mówić wyraźnie, odkąd przez niepowołanych we wielu miejscach wszego świata skażone obrazy tej prawdy zostały rozpowszechnione i są rozpowszechniane. Na „dalekim Wschodzie“ postanowiono odsłonić Zachodowi długo i starannie przed oczyma profanów ukrywany święty ołtarz człowieka... Ten, kto go odsłania, jest powołany do tego. Ale oto przed Poszukującymi, co chcą się zbliżyć do świątyni, ustawiono cierniowy żywopłot ciężkich prób. — — Co z jej tajemnic daje się powiem wam. Lecz jeśli chcecie je zgłębić całkowicie, musicie je sami w swojem wnętrzu... Nie objawiają się one nikomu, co z wszystkich sił nie pragnie ich zdobyć. — Mało wam da tych słów. To, co tu jest dane, musi być wchłonięte i w bolesnej wytrwałości przemożone, inaczej napróżno było dane. — Nie może z tej księgi nic sobie przyswoić ten, kto umyka się bezmiernie uciążliwej próbie wewnętrznej swoich sił. — Tu wskazane jest tylko zzewnątrz to, co się we wnętrzu winno objawić. Aby się zaś objawiło, trzeba wielkiej i długotrwałej woli, i ten tylko, kto wykrzesze z siebie tę może liczyć na pojęcie moich słów. Znajdzie on drogę do Znajdzie on w sobie samym królestwo ducha i jego moc ogromną. w nim samym się narodzi...
Dalekie jest ode mnie dawać „dowody“. — Aby me słowa głosiły prawdę, musicie ich doświadczyć! W was samych jeno mieszka ów cichy sędzia, który umocni was w tem, co wzbudzi w was moje słowo. — — Dowodów moich nie moglibyście przecież zrozumieć, gdyż wy nie szliście temi drogami, po których ja musiałem kroczyć. — Niema tu „ważnych powszechnie“ dowodów. — Tu każdy znajdzie „dowód“ jedynie w — —
Nie przedkładam wam żadnej „nauki“, ani nie wieszczę żadnej „wiary“. — Ukazuję wam tylko mądrość „dalekiego Wschodu“, tajemnicę świątyni wieczności. — — — I niechaj oto słowo moje wykrzesze w was odwagę do obudzenia się dla samych siebie, gdyż jeszcze nie wie nikt z was — kim jest. — — — — — Błogosławienie i moc niechaj spłyną na tych, co są i — — —
„Namiot Boga u ludzi“.
Cicha wieść przybyła już w zamierzchłych czasach do Krainy Zachodu, ale ludzie Zachodu nie pojęli jej. Zasłona legendy kołysała się ponad świętym Graalem, a wieść pocieszająca wschodziła w ciemnych mitach. — Dzieje się jednak w naszych czasach, iż znowu mówi się Poszukującym o owym cichym czynie, i znowu szukają oni na złej drodze. Budują czczą „wiedzę“ o „duszy“, żyją w dusznej mistyce i szperają za siłami tajemnemi, aby się zbliżyć do co dla ich usiłowań mają jeno uśmiech współczujący, pełen przebaczenia i wyrozumienia... Nie zdoła żaden wkroczyć na skalne stopnie, wiodące do wyży słonecznych wielkich gór, a wszyscy pędzą po szerokich drogach pielgrzymich celów dolin. Wielu sądziło już, iż są na drodze do wielkich przewodników duszy, i oto przeszukują lasy, aby znaleźć „świętego“... Inni zasie sądzą, iż nauki ludów wschodnich są mądrością owych cichych i ukrytych przewodników. Tak tedy mówią sobie nie bez racji: „I u nas bywali w zamierzchłych czasach wieszcze i Ssanyâsin’i, — i my mamy swoje Wedy i Upaniszady! — Boskość jest wszędzie jednakowa! — Czemuż mamy my, synowie szukać zbawienia swego li tylko na — I prawdę mówią, — gdyż, jeśli o to tylko idzie, co można wszędy znaleźć w głębi głębokiej, — jeśli to tylko jest owa wiedza, przed którą kłonią się narody Wschodu, — tedy na każdem miejscu znajdą to samo, a w pismach swego ludu znajdą niechybnie nauki, godne Wed i Upaniszad... Ale czyn cichych przewodników nic nie ma wspólnego z temi naukami, a przewód ich niewidzialny wiedzie dalej, niźli do nieba, które wszędy można osiągnąć. Są oni potężnymi wspieraczami ducha w człowieku, a razem człowieka przyziemnego najlepszymi przyjaciółmi, pełnymi zrozumienia i pełnymi rady. Od najdawniejszych czasów słali oni Braci do wszystkich krain świata. I z pośród wszystkich ludów świata wybierali sobie „Braci“ i „Synów“. Wszystkim jednak, których wybierali, ojczyzną było pewne miejsce w głębokiej Azji, dokąd nikt nie mógł znaleźć dostępu, kto chciał tam przyjść nieproszony. Nieliczni, którzy tam od pradawnych czasów społem żyją, nigdy się w świecie ludzi nie pojawiają. Na to skazują tylko z pośród swoich Braci, których prawo przeznaczyło na A sami oni są li tylko wiernymi stróżami skarbu, który człowiek posiadł przed swoim upadkiem. Tworzą oni ową moc, przez którą inni w ludzkości. Czyż nie jest najwyższą głupotą przypuszczać, że ci wielcy przewodnicy są buddystami czy bramanami, lamami, punditami lub fakirami?! — — — — Nie trzeba jednak sądzić także, iżby się tu miało do czynienia z „uczonymi“ okultystycznej „wiedzy“... Pochodniami praświatła są „Starsi“ czyli „Ojcowie“ nie nigdy „pragnienia wiedzy“, a „Bracia“ i „Synowie“ przez nich wybrani już zdawna o niem. — Nie chcą oni nawracać świata na nauki mistyki wschodniej i filozofji. Jest im to obojętne, czy „wierzysz“ w biblję, w nauki Buddhy, w Wedy, czy Koran... Pośród wyznawców wszystkich tych wierzeń znajdują oni takich, którym mogą być przewodnikami i pomocnikami. Chcą oni jednak zbudować ci , które ciebie, jakim jakkolwiek wysoko czułbyś się wzniesiony w myśli i ekstazie, powiążą z — — — Dalecy są oni od owych nauczycieli, co człeka chcą biczować w aby potem — zmysłów swych niemocen — wierzył, iż moc posiada ściągnięcia ku sobie Boskości. Wiedzą, iż nigdy nie można pojąć tego, co jest i żyje poza wszelką myślą. Uśmiechają się, słysząc o tych, co się za zapoznanych uważają. Staną jednakże niewidzialni u boku każdego, kto w sobie pragnie — — Są oni prawymi arcykapłanami, co czarę błogosławieństwa podają każdemu pielgrzymowi, jeśli w najgłębszej głębi swego serca w Zali nie widzisz, że idzie tu o co innego, niźli mniemają ci, co z nauk mistycznych wszystkich ludów uczyniwszy bigos, nazwali tę potrawę „nauką o Bogu“, „Theo-sophią“?! — I z całą tą nauką, z praktykami i postami, z całą czystością swoich czynów i myśli, z całą wiedzą o rzeczach, o których wiedzieć nie potrzeba, nie zbliżysz się ani na szerokość włosa do tego celu, który poprzez najgłębsze czucia swego serca, jako cel ostateczny wszystkich swoich pragnień, przeczuwać możesz. — — — Może się staniesz błaznem, — może dla siebie i dla innych „świętym“, — ale nigdy nie dosiężesz. — — Jeśli chcesz znaleźć to, co każdej chwili możesz w sobie znaleźć, nie trzeba ci zwracać oczu ku wysokiemu Wschodowi. Ci, co kierują tobą stamtąd nawet wówczas, gdy w jednym kraju i w jednym domu z tobą żyją, mają ci co innego do ofiarowania. — Potrafią oni stworzyć w tobie, czego ty sam w sobie stworzyć. Coś, co zapuści w korzenie, dla czego ty będziesz pokarmem, a jednak coś, czego dotąd nie posiadasz i nigdy sam z siebie nie posiędziesz. I oni, Świecący praświatła, nie mają tego oczywiście sami z siebie. Oddają oni tylko dar, który się niegdyś, przed upadkiem człowieka, stał z wyższych regjonów udziałem ducha ludzkiego. Aleć „Najstarsi“ z Braci są ludźmi, co głębokiemu upadkowi ducha człowieczego nie ulegli. Żyją oni jeszcze na ziemi, bowiem nie znają śmierci, gdyż żyją w niezniszczalnej postaci duchowej, nie połączeni nigdy z ciałem, podobnem zwierzom, jako ty i ja. — — — (Znacie tylko dzieje kiedy prawicie o rozwoju „człowieka“ na ziemi!) „Najstarsi“ zasie stworzyli sobie w ludziach, co upadli i oto żyli w ciałach zwierzęcych, swoich „Braci“ i teraz jeszcze ich tworzą... Wśród wszystkich ludów znajdują tych, co mogą być im Braćmi, sami jednakże żyją tam, gdzie się najwyższe góry świata wznoszą, — niedostępni dla każdego, kogo pośrodek siebie sami nie wprowadzą. — — Tu jest zaprawdę „namiot Boga u ludzi“ na ziemi! — Tu sięga królestwo ducha pełne mocy, w ten świat ziemi! — — Stąd idą jego promienie do wszystkich, co mieszkają na ziemi.
Widzę dziś jednak wielu, co go szukali na błędnych drogach. Chciałbym tych wielu skierować do nawrotu, gdyż czynne światło dalekiego Wschodu z trudem zapewne może ich napełnić, jeśli ich oczy są oślepione przez światła wszystkich czasów, przez pochodnie i lampy nocne, któremi człowiek upadły w zwierzęcość sam sobie drogę oświetlał. Zaiste, kto nie zbłądziwszy patrzy poprzez światła ziemi na Wschód, ten na wysokich górach znajdzie a kto je znalazł, temu na drodze jego będzie świecić, póki swój cel osiągnie, — — póki osiągnie! — — — — — — — — — —
Droga.
...Wszystkie rzeczy wielkie wymagają — Zanim zawiśniesz na nie zdołasz — — Zanim nie powiedzie cię słup ognisty przez suche morze! — — Wiele, wiele masz w sobie do przezwyciężenia, a więcej jeszcze musisz się nauczyć przezwyciężać, jeśli chcesz naprzód iść na swojej drodze. — — Morze grozić ci będzie połknięciem, pustynia nie da ci pożywienia; nadto nie na jedną chwilę zatrzymasz się w trwodze i zwątpieniu, odkąd wkroczysz na ową drogę do siebie samego i do swego Boga! — Jak ciężko jest to, wtedy dopiero poznasz, gdy będziesz na tej drodze... — Ale nie lękaj się! Na drodze tej nie jesteś sam. Towarzyszą ci wszyscy owi, co tobą po drodze tej kroczyli. — — — I musieli brnąć poprzez wszystkie niebezpieczeństwa. Ani jednemu z nich droga łatwiejsza nie była, niźli tobie. — A oto przybyli oni do Oto osiągnęli cel mąk i ze ślą ci pomoc i siłę. — — — Od owych, co w najwyższem świetle swego Boga promienieją słonecznie, co bosko, niby Jedność jedyna, wszystkich słońc, światu świecą, — do tych, co na tej szatę człowieka ziemnego noszą, płynie strumień światła poprzez wszystkie światy i wszystkich jednoczy w najdostojniejszej społeczności. — — A na najgłębszym szczeblu tej drabiny niebieskiej, tam stoją owi przewodnicy, co i ku tobie mogą dłoń pomocną wyciągnąć, jeżeli ich pomocy. — — Nie opuszczają oni nikogo, kto poprzez noce przerażeń toruje sobie drogę do owej ukojnej, cichej, wysokiej świątyni, iżby się jego Bóg w nim samym mógł narodzić. — — — Nie zzewnątrz ślą oni swą pomoc, bowiem głęboko w twojem wnętrzu są z tobą związani, odkądeś odważnie na swą drogę wkroczył — na tę samą drogę, poprzez którą i oni niegdyś musieli wędrować. — Kto nie jest jednym z ten nie jest mocen ci dopomóc, chociażby cuda ponad cudy spełniał. — — — Na drodze swojej wielu spotkasz fałszywych mędrców, mędrców, którym nauka samym bardzo jest potrzebna, a wielu pysznych krasomówców będzie cię „wiedzą“ swą olśniewać. — I spotkasz niejednego „świętego“ — samozwańca, co trawi się sam w swej próżności i mniema, iż jest „bez grzechu“, jeśli i innych swoją „świętością“ uwodzi. — Pokażą ci wielu fałszywych Hierofantów, co cię skwapliwie będą usiłowali otulić w daleką, obrębioną ciemnemi przypowieściami, fałdzistą togę swej złudnej nauki. — Jeśli tylko zaniechasz ostrożności, wpaść możesz w ich sidła, a rzadko uda się komu cało z obieży tych ptaszników ujść, jeśli tam popadł... I także strzeż się tych, co wiedzy świata tego używają do uzasadnienia swej „boskiej mądrości“! — — I strzeż się tych, co mocami cudownemi chcą umysł twój omroczyć! — — Strzeż się tych, co mniemają, iż potrafią z ziemi tej i życia na ziemi uczynić gnuśnego używania darów ducha królestwo, poświęcając troskę swą w pożywieniu i osobliwych praktykach, aby się w taki oto sposób weżreć i wpić w wyśnione państwo „wyższego ducha“! — — — Świecący praświatła, co blaskiem swym cały świat otacza, nigdy się takich środków nie imają. Nie będą też nigdy dążyli do tego, aby cię odosobnić od współbliźniego twego przez tajemnicze misterja i ogłupiające ceremonje. — Nie będą ci nigdy nadawali „tajemnych stopni“, „tytułów i godności“, przez które próżność twa byłaby tumaniona i śmieszna w tobie umacniana zarozumiałość. — Nie znajdziesz ich także z gestami kuglarzy na mównicach, ani na rynkach przed mnogim ludem. — Ofiarują ci oni swą naukę i pomoc w słowach i wnętrznem działaniu, nie ukazując ci siebie samych. — — Nie trzeba, abyś ich poznał, gdy ich spotkasz. Nie trzeba, abyś ich w szatach człowieczych odnalazł. Oni odnajdą ciebie i potrafią dopomóc ci, gdy nawet dorozumieć się nie zdołasz pomocnika. Innemi oni środkami działają, niżeli owi głupcy, co tłumy swych zwolenników tajemniczym gestem i pustem a głośnem słowem wabić usiłują. Nie zażądają oni nigdy, ni oczekiwać będą daniny za wiedzę swą i przewód, a raczej grosz ostatni podzielą z tobą, niźliby za swą pomoc pół grosza mieli wziąć od ciebie... Kto oczy ma, iżby widział, i uszy, iżby słyszał, ten niechaj sam się strzeże przed kuglarzami i bezczelnymi samozwańcami; rozpozna ich z łatwością! — Świecących praświatła trudniej jest odnaleźć. Zaledwie rozpoznasz ich w ich szatach ziemskich, albowiem lubią oni ciszę i ukrycie. — Błogo temu, kto im zawierzy! — — —
Lecz teraz, o Poszukujący, pójdźmy społem w ciszę, bowiem chcę ci początek drogi twej ukazać. Skup się w sobie i posłuchaj mię!
— Nasamprzód, o Poszukujący, będziesz musiał wiele — Fałszywe dano ci pojęcie o i tak oto zduszono ów zarodek, z którego kiedyś w głębinach duszy twej na świętych rzekach rozwinąć się miał Kwiat Lotosu, gdzie się narodzić mogło światło, co wiecznie będzie cię oświecać... „Duch, co unosi się ponad wodami“, wypełnia przestrzenie nieskończone, ale nie inaczej możesz się doń zbliżyć, jeno w — I wówczas dopiero, gdy się on w jako światło ze światła, objawi, będziesz mógł prawić o cichem jego władaniu. — — — Ci, którzy chcą bezmierność jego zgłębić, błądzą wielce... Mniemają, iż można zbliżyć się w skończoności do tego, czego wszystkie przestrzenie świata wypełnić nie zdolą, i nawet się nie domyślają, iż tylko karykaturę sobie tworzą, co ich opanowuje. — Posiejmy od nowa w duszy twej ów Kwiatu Lotosu zalążek: — może w twych siłach znajdzie on pokarm. — A kiedy kwiecie jego się rozwinie, wniknie w ciebie duch, co sam spłodzony z siebie żyje, i jako w tobie się narodzi... Nie pierwej poznasz — — — I nie wierz tym, co pouczają cię o Bogu swoich marzeń, o Bogu, co się w dusznej ekstazie daje dopiero odnaleźć. To, co tak oto można odnaleźć, to tylko złudna świata wewnętrznego. Nie znasz jeszcze bogactwa, które kryje w swych dalach dusza twoja. — A są tam siły i moce, którymbyś — jako ów prorok przed płonącym krzakiem — cześć i uwielbienie oddał, gdybym ci mógł je teraz ukazać. — — — — Dusza twoja jest niezmierzonem królestwem, a nikt jeszcze nie zbadał cudów królestwa duszy... Myślisz o duszy swej, niby o jasnej zasłonie, i sądzisz, iż w niej odnajdziesz. Lecz dusza twoja jest jako żyjąca chmura z mirjadów istot pełnych siły zbudowana, a masz się tych wszystkich istot dusznych stać. — I jeśli nie uczują one w tobie swego pewnego władcy, tedy ty, odurzony przez ich zastraszającą cię moc, ich się staniesz niewolnikiem. — Muszą ci służyć, jeśliś je opanował, ale wodzić cię będą na pasku przez najosobliwsze sztuczki, jeśli im w złudnej pokorze zaufasz. — — — Trzeba im silnej woli, aby się pod nią zjednoczyły. Póki nie zjednoczyłeś ich w pragnieniu, nie znajdzie dusza twa owego spokoju, co jest warunkiem, aby mógł zakwitnąć święty Kwiat Lotosu. — I nie wcześniej osiągniesz w sobie poprzez swą duszę objawienie owego cichego królestwa ducha, które przez siły duszy twej może ci się stać widne, poznawalne i słyszalne, gdyż w tobie, jako i wszędy żyje ono dzięki jednakim siłom... Nie wcześniej też otrzymasz znak od swego guru, nie wcześniej uczujesz w sobie owych wysokich przewodników, Świecących praświatła. — Dlatego dąż do tego przedewszystkiem, o Poszukujący, aby umocnić w sobie jasną i silną — Odnajdziesz i jedynie w ... Usiłuj z radosnem weselem i cichą powolnością opanować siebie w sobie samym i odwróć oczy swe od wszystkich tych obrazów, które ci podniecony umysł może ukazywać! Musisz zdobyć nasamprzód pełnię radości i ufności w — Dopóki w sobie samym się nie skupisz i nie zawrzesz ze wszystkich stron, napróżno będziesz usiłował posiąść królestwo swojej duszy, gdyż siły duszy twej przed tym się jeno kłonią, kto godzien jest ich czci. — — Lecz nie sądź, iż możesz cel ten kiedykolwiek osiągnąć, jeśli bezczynnie gnuśnieć będziesz w zewnętrznym spokoju! — — Musisz, jako człowiek świata zewnętrznego, z dnia na dzień przedsiębrać czyn, jeśli chcesz nauczyć się wolę swą tak hartować, iżby jej siły duszy twej były powolne. — — — Nic w świecie zewnętrznym nie jest do tyla nikłe, a żadna czynność nie jest sama przez się do tyla godna pogardy, iżby nie mogła ci być ku nauce. Nasamprzód musisz się nauczyć władać swemi ulotnemi i zmuszać je do tego, aby się każdej chwili w punkcie jednoczyły. — Samotność na pustyni, ni życie w dżungli pośród dzikich zwierząt nie bardziej sprzyjają twemu przedsięwzięciu, niżeli ruch wielkiego i ludnego miasta, w którem ty sam zajmujesz się swojem rzemiosłem. — A kiedyś już osiągnął ten pierwszy stopień w zupełnej pewności, iż myślami swemi i wolą swoją potrafisz rządzić, wówczas dopiero rozpocznij pierwszą próbę zjednoczenia sił swojej duszy! — I wówczas napotkasz jeszcze na różnoraki opór. Długo będziesz swej ustawicznej woli napróżno używał, aby ugiąć pod nią te wszystkie oporne siły swej duszy... Ale nigdy nie wolno ci tracić odwagi! — Nigdy nie wolno ci tracić wiary w samego siebie! — — Wszystko to są próby twej wytrwałości i zdobytej siły. Wiedz jednak, że w ten sposób musisz się wreszcie stać zwycięzcą! — Rozbłyśnie dzień, w którym przeżyjesz w sobie całą wielką radość zwycięzcy. Wówczas wzejdzie zarodek Kwiatu Lotosu, a na świętych stawach twojej duszy ujrzy oko twego guru pączek na nieruchomej, tajemniczej powierzchni wody... Wówczas zwoła on w świętej radości swoich towarzyszy, a tłum wybranych stróżów od dnia owego strzec będzie świętego stawu w krainie twojej duszy. Cud stał się! — Cud, którego człowiek dokonał; bowiem łatwiej jest słonia oszalałego na cienkim sznurze konopnym poprzez zgiełk rynku poprowadzić, niźli siły duchowe człowieka złączyć pod wolą. — — — — — — — — — — — Teraz jednak musi stłumione światło dnia miękkiemi swemi promieniami otoczyć pączek, by się on kiedyś w pełnej, błyszczącej okazałości mógł w kwiat rozwinąć. Wysokie, wielowiekowe drzewa otaczają staw i strzegą delikatnego pączka przed niszczącemi promieniami palącego słońca. — Wysokie mury świątynne powstrzymują gorący wicher. — Teraz, o Poszukujący, nowe się dla ciebie rozpoczyna działanie. Ale to działanie wymaga istotnego spokoju i najcichszego oddania się sprawie. Będziesz mógł spełniać je pracy dnia, a może też pracą poświęcać mu ciche godziny poranku. Oto nadszedł czas, iżbyś zaczął cicho i delikatnie do wnętrza do wnętrza — Nigdy nie będziesz dość cichy na to! — To, co się w tobie ukrywa, a oto ma się objawić, nie w głośnych rozmowach myśli daje się odnaleźć. „I jest to w głębi ciebie, ale ty jego słowa jeszcze nie pojmujesz, bowiem głos jego jest łagodny, niby odległy ptaków zew“. — — — Nie odstraszaj go od siebie! Bacz na najcichszy dźwięk! Łatwo możesz go niedosłyszeć... Na ciche twe pytania zrazu tak cicho odpowiada, że najdelikatniejszy podmuch wiatru w twojej duszy już głos jego rozwiewa. — Pewnego dnia jednak nauczysz się ów głos wewnętrzny. Nie tak, jak gdyby to z zewnątrz mówiono. I takoż nie w słowach twej mowy ojczystej. A jednak głos ten będzie ci zrozumialszym, niż wszystko to, coś od dzieciństwa przez słowa ust pojmował... I oto będziesz musiał pójść za tym głosem. Cała twa dalsza droga na ścieżce zgotowana będzie przez twą stałość. Zwolna nauczysz się poznawać, iż wola twa teraz nietylko służy ci, lecz, że potrafisz nią przez wyższy nakaz kierować... Coraz głębiej i głębiej zanurzać się będziesz w tajemnicę swej duszy. Im więcej będziesz poznawał, tem więcej będziesz przeczuwał w ukryciu. Wdzięcznie i troskliwie strzeż najniklejszego ze swych przeżyć, gdyż wdzięczność twoja przyniesie ci pełnię przeżycia. Poglądać będziesz na królestwo cudów wewnętrznych, o którem teraz żaden opis nie mógłby ci dać pojęcia... W życie twe wejdą rzeczy, które dzisiaj — i słusznie — zdają ci się niemożliwością. — — Ale największym cudem ci się wyda, że wszystko to oddane będzie w twą moc. — — — Jeżeliś dotąd wiernie słuchał wewnętrznych rad, tedy się zwolna oto otworzy Kwiat Lotosu. Tedy wcześniej czy później przeżyjesz ów dzień, w którym Kwiecie Lotosu zabłyśnie, rozpromienione światłem, nie z tego słońca ziemi pochodzącem. — — Oto, o Poszukujący, nastąpił dzień, w którym się jako Bóg, w tobie samym objawił przez twoje . On w tobie, a tyś w nim się ... A to, co tak się dokonuje, tajemnicą pozostaje nawet dla jasnowidzącego. — — — — Ale jeszcze nie wolno ci zarzec się swego guru, lecz w nowy sposób się z nim połączysz. — — Już gdy się Kwiatu Lotosu ukazał, może się zdarzyć, że ujrzysz swego guru w obrazie magicznym. Nie jest to on sam. Są to magiczne siły twojej duszy, które on wolą swą na obraz swój kształtuje. Błogo ci, jeśli tak, jako „doradca“, często może się on w pobliżu ciebie znajdować, widzialny i słyszalny dla ciebie. Ale nie troskaj się, jeśli obrazu jego, jako zjawiska zewnętrznego, nie ujrzysz. Nie zawsze jest dlań możliwe ukazywać ci się. Tem pewniej będziesz wówczas wewnętrznie odczuwał jego kierownictwo. Teraz zasie, gdy się twój Bóg w tobie, a ty w nim narodził, będzie się twój guru w jedności z głosem twego Boga i z tobą w najwyższem tylko życiu swego ducha objawiał. Będziesz go czuł zupełnie identycznie z sobą, póki przy tobie będzie. Nie będzie cię on więcej wiódł pouczając, lecz ty sam czerpać będziesz z jego skarbca życia wewnętrznego, czego ci brak. Nad wszystkiem tem świecić będzie słońce radości boskiej, a całe pasowanie się o światło i oświecenie, które było w tobie naciskiem wewnętrznym, zanim wkroczyłeś na ścieżkę, ukaże ci się teraz, jako padół męki... Widzisz przed sobą niezgłębioną wieczność i wiesz, że zjednoczony ze swym Bogiem będziesz poprzez jej najgłębsze cudy wiecznie kroczył naprzód. Gdy ujrzysz siebie samego w cierpieniu i radości, widzieć będziesz jeno atoli duch twój w Bogu twym wysoko ponad wszystko ziemskie i ludzkie będzie wyniesiony, gdyż dusza twa stała się wieczności. — — — — — — Tenci jest, o Poszukujący, bieg drogi, którą musisz przebyć, jeśli chcesz w sobie do Boga swego dojść, — w swem własnem . — — — Tać jest wysoka droga, co cię do najwyższego celu, do wiedzie. — Teraz słysz, co jeszcze mam ci radzić. Od owego dnia, który cię znajdzie zdecydowanym do wkroczenia na tę ścieżkę, wytniesz sobie tęgi kij podróżny, jeśli potrafisz mieć na swe usługi. — Wybierz słowa mędrca, które przemawiają do twego serca, słowa, przez które będziesz Poświęć niewielką chwilę każdego dnia i, jeśli to możliwe, o tej samej zawsze godzinie, podczas której będziesz usiłował połączyć się w rozważaniu z duchem tych słów. I słowo takie, które cię przeniknęło, na długi czas zatrzymaj dla swych cichych godzin, jako ćwiczenie swojej myśli, podobnie jak flecista stale się w tej samej melodji ćwiczy, dopóki dla niej najczystszego tonu nie odnajdzie. Znajdziesz w tej książce wiele słów, które ci będą mogły posłużyć do „ćwiczenia“. Inne podałem dawniej w innych miejscach, lecz nie masz potrzeby ograniczać się do słów. Biblja i Wedy pełne są słów, które ci mogą posłużyć, poeci i mędrcy wiele takich słów ludziom dawali. Niebezpieczne jest to jeno, że w słowach takich widzisz zarazem co im sens nierozumny zazwyczaj nadaje. Dlatego radzę ci z początku wybierać słowa z moich pism, jeśli się memu przewodowi ufnie oddajesz. — Od tego rozpoczynaj, aby w uchwycić treść tych słów. Potem jednak spróbuj znaleźć dla nich „bezsłowny“ sposób myślenia. A wkońcu przenikaj w bezsłownem ujęciu najgłębszy sens czytanych słów. Wyciskaj je na swoich oczach w jasnem piśmie, napisane przez twą własną rękę i odosobnione od innych słów. Odczuwaj je, jakgdyby wypłynęły z własnego twego ducha. Usiłuj stworzyć w sobie ten stan ducha, w jakim niegdyś mędrzec słowa te napisał. A teraz pocznij budzić swe ucho wewnętrzne i usiłuj dźwięk słów słyszeć w sobie, w duchu. Jeśli we wszystkich tych sposobach ćwiczenia po tygodniach czy miesiącach osiągnąłeś wyniki, które cię mogą uprawnić do zupełnej pewności, wówczas idź dalej, — ale — Ostrzegam cię, iżbyś nie ufał rychłej gotowości chwili! — — Być może będzie ci się zdawać, jakobyś mógł w niewiele godzin to wszystko osiągnąć; — może dziś już, czytając to, będziesz zdania, że na to nie trzeba ci już „ćwiczenia“. — ...Wielu z tych, co chcieli wkroczyć na drogę, pozostało na początku i nie poszli dalej, gdyż tak myśleli. — — jest tu wymagane, niżeli na pierwszy rzut oka domyślać się możesz pod tą nauką. — — I trzeba tylko często w tych samych słowach wypowiadać wiele rzeczy bardzo odmiennych. — Nie to, co poeci nazywają „odczuwaniem języka i jego brzmienia“, jest tu od ciebie wymagane, aczkolwiek człowiek, który to odczuwanie posiadł, jest już na połowie drogi do tego zadania. Jeśli jednakże wszystko osiągnąłeś i jeśli odsłoni ci to nowe, wielkie rozszerzenie tego odczuwania i rozległe, świadome przeżywanie swego bytu, wówczas słuchaj dalej, o ty, który dążysz do najwyższego z ludzkich celów! Teraz musisz jąć się tego, aby owe słowa w sobie samym . Teraz muszą te słowa — Nietylko duch twój, całe ciało twe musi w każdem włóknie słowa te odczuwać. — — — Słowa te muszą być z tobą w stopione. Ciało twe musi się stać ciałem tych słów, jakby nic nadto w tobie żywego nie było. — — Siły twej duszy muszą się wszystkie w tych słowach zjednoczyć, a musisz siebie samego jako odczuwać. — — A wówczas na drodze swej osiągnąłeś coś wielkiego! Po raz pierwszy doświadczysz, co to jest które porusza ciebie i wszystko żyjące. I będzie ci tak, jakobyś był na nowej ziemi, w nowym, nigdy nie przeczuwanym świecie... Dowiesz się wówczas po raz pierwszy, że wszystko to, co ludzie zwą „czuwaniem“, nie jest czem innem, jeno głębokim, głuchym snem i niejasnem marzeniem... I tu już, jeśli istniejące w tobie od początku siły zezwolą, może się zacząć jasne twe poglądanie w światy duchowe. — — — Ale i bez tego poglądania będziesz w innego przemieniony człowieka i posiędziesz świadomość siebie, która zaledwie da się z obecną twą świadomością porównać. — Jako w promiennem słońcu jasnego południa niknie światło małej lampki olejnej, tak to, co dziś nazywasz swoją „świadomością“, w tej nowej świadomości sczeźnie i przepadnie. — — I będziesz wówczas wiedział, czemu mówi mędrzec o „życiu“, jako o „świetle ludzi“, i wieloznacznych słów wspaniałą treść zrozumiesz... „Na początku było słowo, a słowo było w Bogu, i I światło świeciło w ciemnościach, a ciemności nie pochłonęły go“. — — — Ten, kto te słowa napisał, wiedział co mówił, i ty także będziesz wiedział, gdy dojdziesz do tego miejsca swej drogi. — — I będziesz wówczas wiedział i to, że ów wielki Mistrz z Nazaretu i jego dzieje dały jeno mędrcowi rysunek, na którym pozostawił jasne barwy najwyższego poznania wszystkim tym, co po nim mieli nadejść... Wielki Mistrz sam przecież nauczał jeno tego samego. — „Gdy się nie mówcie wielu słów, gdyż Ojciec wasz wie, czego wam trzeba“. Czemu mówili doń jego uczniowie: „Panie, nas modlić się“? — Czyż nie dość dawno już znali zwykłe „modlitwy“??? — Niezliczeni ludzie mówią dziś „Ojcze nasz“, ale „paplą oni, jako poganie“, i nie przeczuwają nawet, że gdyby potrafili „modlić się“ tak, jak się jedynie „modlić“ należy, w tych słowach posiedliby klucz do „Królestwa Niebieskiego“. — — — — Ale — „Królestwo Niebieskie pragnie mocy, i tylko ci, co mocy potrzebują, zdobywają je dla siebie“. — — Bez zupełnego pokonania swej niecierpliwości, bez żmudnych i długotrwałych ćwiczeń nie osiągniesz nigdy celu. Nie wierz jednak, aby dziki przymus lub gwałtowne natężenie mogło cię zbliżyć do twego celu. Nie tak jest to słowo rozumiane. Ciągle musi cię otaczać nastrój radosnej ufności i cichego wesela, a cała troska twa na to ma być skierowana, aby z nieskończoną delikatnością zdobyć ów słuch wewnętrzny, inaczej bowiem nie osiągniesz nigdy nagrody zwycięstwa. — I więcej trzeba siły, aby się tak oto w kiełźnie utrzymać, niźliby cię kosztował niejeden czyn bohaterski. — — Jeśliś jednak wszystko dobrze rozważył i ściśle chcesz się stosować do tej nauki, tedy mogę ci dać całą pewność, że i będziesz kiedyś należał do tych, co doświadczyli w sobie „Królestwa Niebieskiego“. — Rozpocznij więc swą stromą drogę. I niechaj niezmordowana wytrwałość wiedzie cię aż do końca. — Wysoka pomoc będzie ci jednak ciągle bliska... I nie oglądaj się za siebie na owo życie pełne cierpienia i radości, winy i zasługi, co może leżeć poza tobą! — Wiedz także, że bez znaczenia jest dla twego przedsięwzięcia, czyś posiadł całą uczoność ziemi, czy też jesteś najlichszym pośród niewiedzących. — — I nie usiłuj wyróżniać się ponad innych ludzi, a nie wierz, aby osobliwy tryb życia miał być dążeniu twemu potrzebny. — Tem mniej może ci pomóc lub zaszkodzić rodzaj pożywienia, jeśli tylko twe ciało w zdrowiu i sile utrzymuje. Jeśli chcesz mięsa zwierząt zabijanych unikać, tedy unikaj go, jeśli chcesz wyrzec się wina, tedy się go wyrzeknij, ale nie sądź, iżeś się stał przeto „czystszym“ lub zgoła „wyższym“ człowiekiem! — — — To samo tyczy się miłości zmysłowej między mężem a niewiastą. Nie zniżaj się do zwierzęcia i w mocnej dłoni trzymaj swe okiełznane popędy, aby nigdy wbrew woli twej nie mogły cię opanować, ale nie kaź przez bluźnierstwo obrządku, który wówczas dopiero możesz pojąć zupełnie, gdy należysz do obudzonych w duchu! — — — Nie bez zbadania najgłębszych przyczyn uważali kapłani najstarszych religij narządy rodne za święte, i zaiste, czcili oni w nich coś innego, niż tylko obraz wiecznie płodnej przyrody. — — Kto jednak chce i wyrzec się miłości zmysłowej, niechaj się jej wyrzecze, nie wynosząc się przeto ponad innych. Za cenę tę będzie mógł wzbudzić w sobie siły, którychby nie posiadł bez tego wyrzeczenia, ale do osiągnięcia celu nie są wszakże te siły. Konieczne jest tylko powstrzymanie się od wszelkich występków, któreby dążenie do ducha osłabiały lub tłumiły. — gdyż, jeśli samego siebie nie umiesz kochać, mało dobrego uczynisz swemu „bliźniemu“, kochając go także, „jak samego siebie“! — Unikaj wszystkiego, co mogłoby tobie lub innym szkodzić! — Unikaj też każdej myśli, pozbawionej miłości! — Idź sam swoją własną drogą, ale pozwól każdemu iść jego własną drogą, nawet gdyby cele jego leżały daleko poza tobą. Nie wiesz nigdy, kiedy nadejdzie godzina innego człowieka, a nie masz przeszkadzać mu we śnie jego godziną, — „obudzić“ go zaś wszelakożbyś nie potrafił, gdyż nikt nie ujdzie snu, zanim godzina jego nadejdzie. — — — A jeśli godzina jego jest bliska, tedy poprosi cię o naukę. — I wtedy dopiero wolno ci dać mu ją. — Wtedy dopiero staną ci u boku Świecący praświatła ze swą siłą duchową, jeśli zapragniesz mu dopomóc. — — — Ty sam nie jesteś powołany do prowadzenia innych, a ci, co są do tego powołani, nie będą nigdy innych aby się przewodowi ich powierzyli. Idź tedy ty w radosnym pokoju drogą do siebie samego. Twoja droga do siebie samego zawiedzie cię w królestwie ducha do twego guru. Twoja droga do siebie samego jest drogą twoją do bowiem nigdy inaczej do Boga swego nie trafisz, jeno w — — — — —
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Księga Boga Żywego.
