Front matter
JAN ŻYZNOWSKI
KRWAWY STRZĘP
(WSPOMNIENIA BAJOŃCZYKA)
całość
JAN ŻYZNOWSKI
KRWAWY STRZĘP
(WSPOMNIENIA BAJOŃCZYKA)
NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA
Zakłady Graficzne „Nasza Drukarnia“ w Warszawie.
W Paryżu
W sierpniu 1914 roku, kiedy na pogodne niebo Francji zwlokły się ze wschodu ciężkie chmury — treść beztroskiego życia Francuza zmieniła się do gruntu. Na rogach ulic tłumy ludzi, związanych z jednej strony umiłowaniem ojczyzny, z drugiej — lękiem o całość i byt jej, myślą najmniejszą, krwi uderzeniem serdecznem przywarli do siebie, sprzęgli się w jednę oporną całość, w jeden wspólny byt niezłomny. Ciężka, dawno nie goszcząca we Francji, powaga zawisła w powietrzu, skierowała myśl i oczy w stronę granic ziemi ojczystej, nieraz już trupami zasłanej, zawsze zwycięsko bronionej, pamiętającej krzywdy i rany serdeczne. A było to w pierwszą upalną noc sierpniową, kiedy ulicami Paryża, drogami, a nawet na przełaj przez wszystkie pola Francji, nie omijając żadnego serca człowieczego, pędziło groźne zwiastowanie z rozradowanych głośno ust — śmiech spędzające, kładąc na pogodne ócz patrzenie — cień, każąc myślom skupienie i wolę budząc żelazną, nieustępliwą. Od rowów granicznych aż poza grzbiety wspinających się fal morskich zawisło w powietrzu, do ziemi przywarło bezmierne, spiżowe czekanie. Aż dnia trzeciego uderzyło weń wyzwanie, niby obcy młot żelazny w szlachetny metal dzwonu. Zdawało się wówczas iż oto rozkołysała się cała ziemia i poczęła bić, bić z całej mocy w serc, nagle przetopionych w jedno olbrzymie serce Francji. Zbudziła się Na wydarte z pieśni wezwanie: „Aux armes“ zbiegli się wszyscy, niby po wielką nagrodę, malując w wyobraźni piękne obrazy jutrzejszych zwycięstw. Jutro zwycięskie, jutro poprzez krew, po przez radosnych ofiar zastępy, jutro! Z Marsyljanki śpiewem na ustach, zmęczeni, spoczeni, ciągnęli ulicami Paryża, zostawiając wszystkie wygody i radości życia w pokoju, w niepamięci — pomni tylko wielkiego jutra. A byli w pochodzie swoim tak potężni, tak rozkaźni, iż kładłbyś w niemym zachwycie przed ich nogami, jak kwiaty wszystko twoje życie, że chętnie tu zaraz na ulicach Paryża, poniosłbyś dla nich największą ofiarę, by stwierdzić, że z krwi jesteś, żeś się cały, jak oni sercem stał i że jak oni mścić pójdziesz skrzywdzone sponiewierane umiłowanie twoje.
Ostatnie przeszły czwórki, ciemny granat ich szynelów rozpływał się w dymie i mgle długiej ulicy Paryża. W krtani tysiąca niedostrzeganych Polaków kamieniał niby krzyk buntu, okrzyk: Jesteśmy Ciężkie pytanie wtłaczało się do polskiej piersi: Dokąd pójść, w którą stronę, nagłem poczuciem wielkiej mocy nabrzmiałe ramię zwrócić, jakim głosem krzyknąć, by świat usłyszał; Że Polska jest że każdy z synów gotów bronić jej granic wszystkiem życiem swojem. Ta świadomość istnienia, istnienia, w owej chwili, nadmiernego nie dawała, ani chwili spokoju, kazała skamłać o powierzenie garstce Polaków najniebezpieczniejszej, najniższej posługi, byle by tylko być i móc czynem ponad wszelką ludzką możność porazić wrogów i zadziwić przyjaciół. Żadnemu Polakowi, który był we Francji w czasie wybuchu wojny, nie obcem było to uczucie, nie posiadania ani ziemi pod stopami, ani nieba nad głową. Na tle przecudnych chwil zrywania się narodowego ducha Francji do czynu, garstka Polaków, odrzucona, jakby poza nawias wszelkiej treści ówczesnego życia, oderwana od ziemi, na której panoszył się wróg, której groził wróg, nie mogła obojętnie patrzyć na naród, co go bitewne z polskim wiązały tradycje, spajało jednakie zawsze pragnienie wolności, a który ginąć szedł w obronie własnej ziemi. Nie chwytając się tej, lub innej polityki, wszelkich politycznych ważeń, lub odmierzań, garść Polaków, goszcząca we Francji, z całym swoim odwiecznym dla Francji sentymentem, kryjąc, może nawet zapominając, swe, podczas niewoli, urazy, już w pierwszych dniach wojny zwróciła się do rządu francuskiego z prośbą przyjęcia ich do szeregów francuskich.
Dn. 21 sierpnia 1914 roku — po dekrecie ministra wojny, zezwalającym na przyjmowanie cudzoziemców do armji francuskiej, kilkuset Polaków podpisało dobrowolne zobowiązanie służenia Francji podczas wojny. Z naprędce zrobionym sztandarem z „Jeszcze Polska nie zginęła“ na ustach — ochotnicy polscy, jako prawni już żołnierze Rzeczypospolitej Francuskiej czwórkami w bojowym porządku przeszli przez Paryż, witani przyjaznem: „Vive la Pologne! Vive les Jako oddzielna grupa wojskowa, ochotnicy polscy odrazu zostali wcieleni do 1.go pułku cudzoziemskiego — części składowej Legji Cudzoziemskiej. W upalną niedzielę sierpniową dnia 22 sierpnia, długim towarowym pociągiem ze stacji Ivry w Paryżu — wyjeżdżało wojsko polskie, tak sie nazywała garstka polskich ochotników — do Dziwne było to wojsko polskie we Francji! Wojsko polskie?! Niespełna tysiąc ludzi o przeróżnym poziomie umysłowym, o przeróżnych, nagle pogrzebanych, podprzekonaniach politycznych, częścią wywiezionych z Polski, częścią dopełnionych przez socjalistów, lub monarchistów francuskich. Doktorzy, malarze, hrabiowie artyści, adwokaci, poeci, krawcy, dwóch kucharzów, rozpustnicy, skromnisie, ateiści, a nadewszystko studenci — słowem ci wszyscy, których wielka wojna europejska na paryskim zastała bruku i którzy ku niej radośnie pobiegli.
Wyjazd
O 11-ej przed południem odjazd. Jeszcze kilkanaście minut na pożegnanie, na rzucenie słów otuchy, prośby o pamięć na łzy kobiece, pocałunki, polecenia. Na uboczu, pod wysokim, odrapanym murem poprzez łzawy męt w krtani: — Sama... Tak smutno, obco tutaj... Tadzio we Lwowie.. W Warszawie... Będziesz pisał? — Tak! — krótkie, dalekie od myśli przyrzeczenie. — Boję się... Nie, mógłbyś mieć urazę potem całe życie. — Cicho Hal..., no już, no cii.. Serce za myślą biegnie, błąka się i wraca bardziej niespokojne — Wrócisz? — niepewne, lękliwe, a po chwili z bezbrzeżną, nie chcącą myśli złej dopuścić prośbą — Wróć! Błyszczące od łez oczy czekają jakiejś nieludzkiej obietnicy. — Będę się modliła. — Il faut tuer beaucoup des Boches! — zapiszczał głos młodej kobiety. — Jedź, pójdę już! — Zostań chwilę, jeszcze nie jedziemy! — Nie, pójdę na most, zobaczę cię jeszcze... — ujęła jego rękę, przywarła ustami — na rękę spłynęły duże czyste łzy. — Hal, ludzie patrzą! — Jedź! rzuciła szybko i zginęła w tłumie. Przez otwartą bramę widać długie podwórze, w głębi szereg towarowych wagonów. — Partons! Depechez vous! — naglił czyjś Rozległ się świst ostry, zagłuszający wszystkie okrzyki i ostatnie słowa pożegnań. W jednej chwili wagony zostały wypełnione, przepełnione, a nawet zzewnątrz oblepione. Po ciężkiem sapnięciu i przystęku parowozu, jęcząc powlokły się niechętne, leniwe wagony, niby zgraja opasłych bachorów, ciągnionych ręką matki Przejeżdżając pod mostem, wychyliłem się. Oparta o poręcz mostu, zamajaczyła mi znajoma sylweta młodej kobiety.
Pociąg wlókł się niemiłosiernie. Zaledwie po godzinie trzęsienia oddaliliśmy się natyle, że zbłękitniałe, jakby przezroczyste sylwety domów i wieżyc kościelnych Paryża rozpłynęły się w gęstwie rozpylonych promieni słonecznych i gorąca, Sacre Coeur tylko na wzgórzu Montmartre’u, niby obłok przejasny konturem fioletowym obwiedziony, ukazywał się jeszcze, ale już tylko na mgnienie powiek coraz bardziej przezroczysty aż zupełnie wzrokiem nieuchwytny.
Po trzydziestu ośmiu godzinach jazdy nieskończenie długim towarowym pociągiem, objedzeni rządową kiełbasą, serem, i sardynkami, prywatnemi śliwkami, opici mlekiem i winem czerwonem, stanęliśmy w Bayonnie. Powitani i prowadzeni przez kilku oficerów, wśród salw oklasków i serdecznych okrzyków na cześć polskich ochotników, przeszliśmy przez miasto, poczem weszliśmy w ciemną szerokę aleję. Po godzinnym marszu zatrzymano nas, podzielono na dwie grupy po pięciuset i wprowadzono do zagrody Towarzystwa Strzelniczego w Montbrun, między Biarritz a Bayonną. Długi drewniany barak, wypełniony świeżą słomą, jakaś umundurowana władza wskazała nam, jako miejsce noclegu. W pół godziny później z podłożoną pod głowę marynarką z wyciągnietemi i zmęczonemi, bo nieprzyzwyczajonemi do marszu nogami, ochotnicy polscy już spali. Głośne chrapanie uderzało o suche deski ścian. Blizkie fale szeptały otaczającej nas ciemni leśnej dziwne legendy.
W Montbrun
O godzinie ósmej rano ożywiła się cicha, otoczona wielkimi, starymi chojarami, zagroda w Montbrun. Do połowy rozebrani, nadstawiali wolontarjusze swe plecy pod szeroki strumień wody, który wychlustywał z ręcznej pompy, ciężko postękującej we władzy silnych i trochę za gwałtownych rąk Tu i owdzie pod drzewem, albo wprost na piasku słońcem zalanym, ktoś się golił, lub czyścił nieco zmiętą garderobę. Wygląd zewnętrzny był tu jeszcze wszystką miarą. Zależnie od wyglądu i stanu szat, które pono nie zdobią człowieka, sądziliśmy wartości, dopiero co poznanych kolegów. Wśród moich znajomych, z którymi nie rozłączałem się na krok byli: Ksawery Dunikowski, Stanisław Sztejnkeller, Jerzy Kijewski i Jerzy Szuryg. Pierwszy znakomity artysta rzeźbiarz, bez kapelusza, z długimi jasnymi włosami, był przedmiotem gapiostwa i wesołych uwag wszystkich. Drugi, który przyjechał „na wojnę“, jak mówił, i nic prócz ubrania na sobie, szczoteczki do zębów i... pudełka z pudrem nie posiadał, był typem, nietyle z pod ciemnej, ile wielu wesołej gwiazdy. Reszta wymienionych, najbliższych mi kolegów, niczem bardziej charakterystycznem się nie wyróżniała, chyba tylko modnym krojem ubrania.
O godzinie dziewiątej rano najbezpośredniejsza nasza władza, w osobie kaprala Haricot, oznajmiła nam, że o jedenastej będzie śniadanie. Czekaliśmy z niecierpliwością tej godziny, jako chwili atrakcji niezwykłej, pierwszej z życia wojennego, a jeśli nie wojennego, to wojskowego. O godzinie dziesiątej i pół, czwórkami z niedawno otrzymanymi talerzami i łyżkami, oczywiście ze śpiewem wyszliśmy z zagrody. Po dwudziestu minutach marszu doszliśmy do wilgotnej łąki, gdzie po półgodzinnem czekaniu w sposób nie bardzo smaczny zaspokojono naszą ciekawość, muszę powtórzyć tylko ciekawość. Jacyś brudni ludzie przynieśli kilkanaście dużych naczyń z t. zw. „soupe“ — dlaczego soupe nie wiem dotychczas. Zupa była zwyczajnym naparem na komarach, muchach, muszkach i t. p. owadach na łąkach i trzęsawiskach osiadłych i nad niemi fruwających. Jeść tego naparu było nie sposób, choćby dlatego, że nie można było z czystem sumieniem i nie wiem jak pustym żołądkiem zjadać częścią umarłe, częścią żywe jeszcze, acz dogorywające w strasznych mękach, jakieś nieznane mi z nazwy i obyczajów, bayońskie owady. „Soupe“ została wylaną na łąkę, co podwoiło, zwykle tam panującą wilgoć. Drugiem daniem było mięso bez smaku, gotowane łyko nieustępliwie twarde, wojenne mięso nie do zgryzienia i nie do pokrajania... łyżką. Po „śniadaniu“ poszliśmy do Bayonny. Po obnażonych głowach poznawano w nas wolontarjuszów, dla których wszystko było otworem, wszystko za pół ceny. Piękne Bayonki śniadolice i czarnookie wskazywały sobie wzajem ochotników lekkiem trąceniem łokcia i szeptem „Voilà les volontaires polonais, regarde, comme ils sont gentills“. Czego byśmy nie zrobili wówczas dla Francji, dla tych wszystkich, którzy nas szczerą witali serdecznością?! Cały dzień spędziliśmy w stolicy Basków. Późnym wieczorem wracaliśmy oddzielnemi grupami do naszych tymczasowych koszar. Zdala już dochodziły nas wesołe śpiewy kolegów. Naprzeciwko baraków po drugiej stronie szerokiej drogi w małym murowanym domku mieściła się kawiarnia, gdzie później spędzaliśmy większość chwil wolnych i wszystkie wieczory. Właścicielem owej kawiarni był gruby niski Bask, którego zastępowała, z głosem, we wszystkich sprawach, decydującym, córka jego, młoda przystojna, o nieznanem dla nas nazwisku — panna Wiktorja, przezwana przez nas już pierwszego dnia Wiktorynką. U niej spędziliśmy długi wieczór, pierwszy wieczór żołnierski, pełen beztroski, zapału i niezliczonych pytań bojowych zwróconych do naszej władzy w osobie jednego sierżanta i dwóch kapralów. Po północy dopiero wróciliśmy do baraku. Dzięki wyobraźni naszej, w której zupełnie nie zostawiliśmy miejsca na długie ćwiczenia, czekaliśmy wciąż na jakąś pobudkę, która nas zupełnie nieprzygotowanych, nawet jeszcze nieprzebranych, wezwie do walki. Oczekiwanie to wyrobiło w nas pewną wojowniczość, wobec nieznajomych kolegów z braku rzeczywistego wroga. Dla zadosyćuczynienia nerwom i znagła nagromadzonej energji urządzano wszelkiego rodzaju zapasy. Pierwszego też dnia na słomie mocowano się, goniono, dokazywano, jak kiedyś w szkole podczas dużej przemiany. Nazajutrz, już o godz. 6 zbudzono nas. Ustawiono podług wzrostu, podzielono na sekcye, poczem wyprowadzono nas na ćwiczenia. W drodze wszyscy bez wyjątku krzyczeli „gauche“ (lewą), by iść zgodnie w Staraliśmy się bardzo, jeden drugiego chciał prześcignąć w umiejętności wykonania pokazanego nam pół obrotu, lub obrotu. Podczas ćwiczeń zdziwieni, usłyszeliśmy polskie objaśnienia do komendy Tym objaśniającym był L. Malcz, który kilkanaście miesięcy przebył w Legji Cudzoziemskiej. Jemu też, jako byłemu żołnierzowi francuskiemu, wkrótce dano niewielki oddział wolontaryszów do nauki. Znajomością rzeczy wojskowych, dla nas pełnych niewyobrażalnych trudności, Malcz jako ex-żołnierz, stanął odrazu w oczach naszych na wysokości imponującej. Z powagą, pełną szacunku, pytaliśmy go o wszystko, tyczące armji, t. j. nawet o to, o czem on miał również słabe, jak my, Ćwiczenia nasze ranne i popołudniowe odbywały się po domowemu bez żadnej dyscypliny, co prawda nie była ona potrzebna, staraliśmy się aż nadto, by przekonać naszych kierowników o dobrej woli ich podwładnych.
Wypadkiem zgoła nieoczekiwanym, lecz przyjętym radośnie, był rozkaz wybrania z pośród gromady naszej kilku uświadomionych w sprawach gastronomiczno-kulinarnych legjonistów, którzy by się zajęli kuchnią i przygotowywali dwa razy dziennie „soupe“ dla ochotników. Wśród licznie zgłaszajacych się kandydatów na, odrazu przez nas wybranych i przezwanych, „warzy soupów“ byli tacy, którzy w cywilu mieli do czynienia z kuchnią, innym zaufano na słowo honoru. Odtąd jadło nasze stało się znacznie smaczniejsze, mimo, że na dnie kotła z zupą było zawsze z półtora funta piasku lotnego, napędzonego do t. zw. „marmitéy“ przez złośliwy wiatr. Godziny nieprzedłużane żadną troską mijały szybko, na szerokiej polanie — miejscu naszych ćwiczeń, podczas odpoczynków, a głównie u kochanej Wiktorynki, która miała prawie zawsze na ustach ten południowy słoneczny uśmiech, którym obdarzała wszystkich ochotników bez wyjątku, co bardziej pewnych i noszących sławę Don-Juanów doprowadzało do rozpaczy. U Wiktorynki kończył się zazwyczaj nasz dzień, zawadzający częstokroć o piękne księżycowe noce. Długie cienie wielkich sosen, fantastycznie pokrzyżowana, wysrebrzona światłem księżyca ziemia, fale oceanu wczulały do duszy polskiego ochotnika długie zamyślenia, tęsknoty wywlekające wszystkie myśli w strony, zdawało się na świecie najodleglejsze, bo sercu najbliższe. Z tęsknotą, która wyciskała tajoną łzę i wpychała ją wstydliwie w kąty ócz, łączyły się chwile beztroskiego oczekiwania dalszych wypadków. Dumy powieczorne wykwitały zazwyczaj w pieśni smutnej, chórem odśpiewanej, polskiej pieśni, niby modlitwy, której echo niósł dobry, stary las, otaczający nasze ustronie, aż gdzieś nad ocean. A nocą, kiedy wymodliły się stare, wierzące drzewa, fale morskie zda się powtarzały, może tam kiedyś już słyszane „Jeszcze Polska nie zginęła“. Wiedzieliśmy, że w Montbrun długo nie pozostaniemy, przypuszczenie to jednak, jako odrzucaliśmy precz poza myśl. Tak było nam dobrze w Montbrun, tak pięknie stawało się w nas, jak piękną jest rozśpiewana, dalekiem zapatrzeniem, dusza ofiary na stopniach ołtarnych. Byliśmy sami — nie zgrzytnęło nic obcego w naszem ustroniu. Powoli jakiś krąg niewidoczny obejmował nas wszystkich, zacieśniał się — tworząc zwolna coś tak bardzo jednego. Między nami, a najbliższą naszą władzą francuską był Malcz, od niego też po dwutygodniowym pobycie w Montbrun, dowiedzieliśmy się, że jutro, dnia 9 września przechodzimy na stałe do Bayonny. Wieczorem żegnaliśmy Wiktorynkę, poprzez zwykły jej uśmiech oczy rozświeciły się, usta zadrgały i długi perłowy zsnurek zawisnął na policzkach. Czego płakała, nikt nie wiedział. Może tej całej hałaśliwej beztroskiej gromady żałowała, że odchodzi, a może w tajemnych promieniach swego uśmiechu kryła szczęście miłości dla któregoś z kolegów, który jutra swego nie znał i nic obiecać mógł? Wczesnym rankiem opuszczaliśmy Montbrun, dźwigając przywiezione z sobą rzeczy i ciężkie karabiny. Szliśmy wesoło na nową kwaterę.
W Bayonnie
Za kilkunastoma skrętami, za tylomaż parkanami, w napoły wybudowanym gmachu, przeznaczonym na szkołę miejską, bez okien, drzwi i dachu, stłoczono naszą, obdartą już doszczętnie, gromadę. Umyślnie użyłem tego słowa „stłoczono“, trudno bowiem opisać takie wydarzenie, zjawisko czy, już Bóg raczy wiedzieć, co jeszcze — poprzedzone takim mniej więcej rozkazem: „Proszę wejść do wewnątrz, rozpakować się i być gotowym do ćwiczeń popołudniowych!“ Gdy zobaczyłem to „wewnątrz“ czubate od zakazanych, powykręcanych korpusów i na nich obsadzonych, czarnych, kędzierzawych łbów niezliczone szeregi, miałem wrażenie, że ktoś mi kazał wejść do pełnego kałamarza, tam się rozpakować i prędko zasnąć. Wrażenie to zresztą mieli wszyscy moi koledzy, którzy z początku myśleli: jak wejść i po co? — potem zadawali sobie pytanie: czy o ile się wejdzie jakimś tam cudem, do tego wnętrza czarnego i rojącego się, to po to, by tam zamieszkać. Zapytany przez któregoś z kolegów, sierżant odpowiedział: — Ech ben, oui! Quoi? Ta, bynajmniej nie dwuznaczna odpowiedź sierżanta, odrazu kazała nam szybkie postanowienie: owładnięcia gmachu siłą. W otwór zapowiadający na przyszłość wejście z drzwiami, klamką i zamkiem, ruszyliśmy zwartą masą, krzycząc groźnie: — Precz stąd! — Słuszajtie, towariszczi! Towariszczi my także ruskije! — W zęby bij! — Oo tak, dokrzykiwano do każdego uderzenia. — Na podwórze! — Czto wy, czto wy, wy wagabondy nie towariszczi! — Mi tu wszistkie dla odnoj cieli! Wypędzanie litwaków na świeże powietrze odbywało się szybko. Najpierw wylatywały kędzierzawe łby, potem oporne korpusy, po nich zaś w powietrzu już leciały nogi rozchwiane, walizy, kuferki, tobołki, słowem wszystko, co cuchnęło takim znajomym, lecz nie do zniesienia zapachem. W godzinę, po przymusowej eksmisji naszych sublokatorów, ledwo nie doszło do powtórnej bijatyki z powodu Maleza, którego jeden z „towariszczów“ obraził, oczywiście słowem. — Eto nie Warszawa, zdieś wsie sołdaty, tu nima litwak, panie polak, tu równy... Nie dokończył „sołdat nie litwak“ — musiał się obejrzeć w stronę, skąd mu przypomniano, że tu jednak nie wszyscy i że to z Warszawy jeszcze żyje między nami. Skończyło się na tem, że nasi czarni o nosach kształtu giętych mebli, poszli na skargę do jednego z oficerów. Oficer dosyć surowo zapowiedział nam, że różnic żadnych narodowościowych władza robić nie będzie, że wszyscy są tu po to, by się bić dla Francji i za nią. Byliśmy słowami jego niemile ździwieni i postanowiliśmy sami strzec swych interesów i wyrabiać sobie opinię. Noc dla naszych „towariszczów“ była dość ciężką, mniej odważni prawie nie spali z obawy o całość ich nie nadto czystą. Wywojowaliśmy sobie jednak, jakie takie miejsca na legowisko, no i nauczyliśmy „towariszczów“ odpowiedniego dla nas szacunku. Montbrun tłukło się w pamięci, żal budząc serdeczny za ustroniem, kędy dokoła nas i w nas było tak niezmącenie cicho i pięknie. Ze względu na ubrania nasze, które ledwo trzymały się naszych ciał, postanowiono nas przebrać w przyodziewek żołnierski. Po przyniesieniu z magazynów niezliczonej ilości ubrań, obuwia, czapek i bielizny, wyszeregowani w jeden rząd, czekaliśmy z niecierpliwością na kolorowe sukna i szmaty, które miały wreszcie przeistoczyć nas z cywilów w prawdziwych żołnierzy. Jakiś nieznajomy sierżant kolejno brał każdego z ochotników za ramię, spoglądał w oczy, potem niżej na piersi i ramiona, potem patrzył jeszcze niżej, następnie zupełnie już nisko, bo na nogi, wreszcie jak manekina tyłem do siebie, chwytał wzrokiem całość i wykrzykiwał jakiś numer. Wnet potem dwóch żołnierzy rzucało przed obejrzanego wolontarjusza: buty wielkie i ciężkie, podbite kopą gwoździ, czerwone niezmiernej szerokości spodnie, kurtkę krótką granatową t. zw, „veste“, czerwone kepi, bieliznę tyle mocną, ile kraciastą, jakąś flanelkę na brzuch, wreszcie skórzane szelki do ładownic, no i trzy ładownice do nabojów. Z jakim pośpiechem przymierzaliśmy otrzymane ubrania, z jaką dziecięcą radością wkładaliśmy każdy szczegół naszej wojennej garderoby, dziś nie sposób mi opowiedzieć. Brak ubrań odpowiednich miarą, a już przyobleczonych dla przeglądu, czynił z nas wystawionych w długi szereg, coś niesłychanie komicznego. Sterczące czerwone czapki, krótkie, zaledwie bioder sięgające kurtki, spodnie przeważnie za długie i za szerokie, jak morze Czerwone, buty ponad wszelkie wymagania, przyobszerne, nadawały nam wygląd straszaków polnych, broniących kapusty lub buraków przed wycieczkami zajęcy. Na niezliczone skargi z naszej strony, porucznik, patrzący na ten farsowy obrazek, odpowiadał: — Pozamieniać między sobą! Według rozkazu porucznika całą noc przerabialiśmy, zwężaliśmy, skracaliśmy i zamienialiśmy naszą garderobę. Doradcami naszymi w doszykowywaniu się byli żołnierze z Legji Cudzoziemskiej, nasi instruktorzy, którzy nam, prawdę mówiąc, imponowali wszystkiem, tj. zaciężkim, jednocześnie drobnokrocznym sposobem chodzenia, aż do złamanego daszka kepi, nasadzonego na tył głowy. Każdy z nas chciał wyglądać, jak żołnierz, sławnej na cały świat, pod względem wartości wojskowych Legji Cudzoziemskiej. Słów parę o Legji Cudzoziemskiej i legjonistach. Kim są jednostki, wstępujące do Legji afrykańskiej? Indywidua przeróżnych narodowości, za przestępstwa kryminalne, żyjące pod groźbą kary, lub uciekinierzy z więzień — dezerterzy, awanturnicy, szulerzy, albo wreszcie młodzi, żądni przygód i wrażeń chłopcy od lat siedmnastu. Podpisane zobowiązanie służby w L. C., niszczy wszelkie ciążące wyroki, pozostawia winnych bez kary, jeśli pobyt w szeregach Legji, sam przez się nie jest karą. Zobowiązania są pięcioletnie. Nauczanie trwa dwa lata, czas najcięższy dla Upalny klimat, marsze, bezbarwność życia, surowa dyscyplina są próbnym ogniem, przez który przejść musi każdy nowozaciężny. Po ciężkim, przygotowawczym okresie, pobyt w Legji jest już mniej przykry, zwraca bowiem żołnierzowi pewne minimum samodzielności przedwojskowej, której też zażywa w małych osadach afrykańskich, bądź jako załoga, bądź jako fachowy robotnik, bądź wreszcie, jako obrońca kolonistów francuskich przed napadami niezliczonych band dzikich marokańczyków. Okres względnej swobody i pracy bardziej samodzielnej nie rozświetla bezbarwnego życia legjonisty, którego wrażliwość coraz bardziej tępieje. Po trzech latach służby, legjonista afrykański staje się specjalnym, nigdzie w Europie nie widzianym typem człowieka. Wolne chwile spędza przy litrach wina — na które zarabia to praniem bielizny kolegów zamożniejszych, to grą w karty, wreszcie kradzieżą. Pojęcie cudzej własności u prawdziwego legjonisty nie istnieje. Nigdy nie pyta się, gdzie co jest — nie mówi — nie mam. „On se d...e“ szepnie tajemniczo i ma wszystko. Na niewygody nie skarży się — zawsze umie sobie poradzić. Brak obcowania z kobietami wyrobił w legjoniście pogardę dla płci pięknej. Łaskawy uśmiech kobiety, podług legjonisty nie wart rozlanych na podłodze kilku kropel wina. Ono jest dla niego całą radością i wszystką wartością. Nic więc dziwnego, że okoliczności, w jakich żyje żołnierz z Legji, zmyliły kierunek jego życia i narzuciły obce, z musu za naturalne przyjęte rzeczy. Rzadko który potrafi wytrwać pięć lat bez wyraźnego zboczenia (w większej części płciowego). Charakterystycznym także jest kult legjonisty dla własnego ciała. Mimo warunki, zachowuje on niebywałą, przesadną wprost czystość, staranność ubrania połączoną z pewną kokieterją. Okres pierwszy — ćwiczeń, grzebie całą przeszłość życiową, nawet w pamięci legjonisty — między którymi znaleźć można ludzi o różnym poziomie umysłowym i stanowisku społecznem. Od rosyjskiego księcia, francuskiego markiza, poety, aż do rzezimieszka, kieszonkowego złodzieja, spotyka się wszystkie klasy i stopnie socjalne. Wartość ludzką mierzy się tam latami służby. Po pięciu latach pobytu w Legji, legjonista staje się wolnym obywatelem Francji. Wolność, droga dla wszystkich, dla ex-żołnierza Legji Cudzoziemskiej jest tylko kłopotliwą. Wszystko wkoło obce, inne od życia wczorajszego. Pięć lat — długie pięć lat — dalekie od wiru ogólnego, od środkowego motoru życiowego — w Afryce, potem jeden dzień swobody — rozejrzenie się, niezrozumienie wskutek teraźniejszego życia swojego otoczenia — machnięcie ręki — litr wina i powrót do Legji na drugie pięć lat. Następne pięć lat — to życie beztroskie w Tonkinie, dokąd wysyłają legjonistów po odbyciu pierwszego pięcioletniego zobowiązania. W Tonkinie legjonista bierze udział w życiu ogólnem, chodzi do miejscowych teatrów, herbaciarń. Pozatem pije zawsze, wszędzie, ciągle i uczy się palić opjum. W Tonkinie zaczyna nawet patrzeć inaczej na kobiety. O annamitkach opowiada, jako o jedynych kobietach, godnych legjonisty. Bezwzględne jej posłuszeństwo mężczyźnie, wychwala pod niebiosa. Często też żeni się tam, czasem nawet po kilkanaście razy, co nie przeszkadza, że po powrocie do Afryki, zapomina o swych małych żonach. Podczas drugiego pięciolecia żołnierz zwyczajny dostaje jakiś stopień wojskowy kaprala, lub nawet sierżanta. Kapral odrazu podnosi głowę do góry i pozostaje tylko w towarzystwie legjonistów, mających conajmniej dziesięć lat służby. Z biegiem czasu żołnierz Legji staje się najlepszym żołnierzem, mimo ciągłe pijaństwo, które nie przeszkadzaniu jednak do wypełniania wszystkich rozkazów z największą dokładnością. Tryb życia, częste, bardzo niebezpieczne starcia z marokańczykami, wyrobiły w nich pewne męstwo, pogardę śmierci i zimną rezygnację. Nic więc dziwnego, że wpływ długiego pobytu w Legji na awanturnicze już w przeszłości charaktery indywiduów, wytworzył typ żołnierza i nic prócz żołnierza. Stąd wartość wojska Legji cudzoziemskiej dla Francji jest niesłychanie duża. Największy zapał nowoupieczonego żołnierza nie dorówna wartości żołnierza z Legji jako takiego. Wszystkie zalety wojenne posiada w sobie legjonista. Spryt, podstęp, umiejętne wyzyskanie momentu, terenu, celność strzału, wytrzymałość i odwagę. Legjonista bije wszystkie rekordy marszów wojskowych. Dźwiga pod upalnem słońcem południa, nie szemrząc, swój ciężki tornister. W wykonaniu komendy nie omyli się nigdy. Czyż może być lepszy żołnierz? Rzeczpospolita wie o tem bardzo dobrze i płaci legjonistom dosyć hojnie. Sierżant, kapral nawet, po 10 latach służby otrzymuje żołd, sięgający 200 fr. miesięcznie. Widziałem legjonistę, dźwigającego 21 lat służby. Ci wszyscy, którzy odsłużyli trzy pięcioletnie okresy, mają zapewnione utrzymanie we Francji i prawo do zupełnego obywatelstwa Wojna obecna — to atrakcja, obiecująca legjoniście pobyt w Europie. Tłumnie też angażowali się ex-legjoniści do armji francuskiej, zaraz po wybuchu wojny. Takich instruktorów przysłano nam do Bayonny. Jako człowiek, legjonista raził nas — jako żołnierz — imponował. Opowiadane przez instruktorów przygody ich życia, otwierały nam szeroko oczy — często nie rozumieliśmy, jak podobne fakty mogły znaleźć sobie kąt w charakterze człowieka. Kadry nasze nie były zupełne — wszyscy podoficerowie niżsi byli z Legji, między nimi jeden niemiec nazwiskiem Franken. Franken 13 lat temu uciekł z armji niemieckiej — błąkał się kilka tygodni po świecie, poczem wstąpił do Legji, gdzie czuł się, jak w domu. Sierżant Guitare, Francuz, napozór surowy, krzyczący, był człowiekiem łagodnym, w głębi — dobrym nawet. Kilkanaście lat temu przegrał w karty powierzone mu pieniądze. — Odsiadywać karę w więzieniu? — Kiedy istnieje Legja — więc do Legji. Kapral Caramel, rabuś i złodziej kieszonkowy, opowiadający wesołe okradzenie w Paryżu jakiegoś burżuja. — Kiedy przyszli mnie aresztować, — mówił — udawałem zdziwienie, tłómaczyłem, że to pomyłka — kiedy jednak nie pozwolili się przekonać i chcieli mnie odprowadzić do więzienia — wyjąłem kartę mego zobowiązania do Legji. Komisarz ze świtą wrócił do komisarjatu a ja... ja coprawda na drugi dzień pojechałem do Saidy. No i jeszcze jeden — kapral Lolichon — całkiem już niewyraźne indywidyum, wiecznie pijane, a w rzadkich chwilach trzeźwości też nieprzytomne. Z tą „starszyzną“ naszą często też dochodziło u nas do najrozmaitszych sprzeczek. Ich przyjacielskie „toi“ nas obrażało — czego oni pojąć nie mogli. Taki kilkutygodniowy „bleu“ powinien być, ich zdaniem kontent, że raczy z nim rozmawiać stary legjonista. Jedynym oficerem naszego oddziału był porucznik Doumic, architekt, brat znanego pisarza i uczonego Rene Doumic’a. Do niego zwracaliśmy się z ciągłemi skargami na niestosowne obchodzenie się z nami niższej władzy naszej. Porucznik, widząc w nas tyle dobrej woli, przy pewnej kapryśności i ambicji, zakazał traktowania nas, jak ochotników Legji cudzoziemskiej. Adjutantem kompanji naszej był hiszpan-ochotnik, redaktor jednego z tygodników sportowych paryskich, niejaki Marca-Suza. Mały, tęgi, bardzo energiczny, był głównym dowódcą naszym. Niesłychanie wymagający, zamęczał nas ciągłem powtarzaniem pewnych, cokolwiek źle wykonanych zwrotów. Nawet w drodze do koszar po 4 godzinach ćwiczeń — nagłym: „Compagnie — halte“! zatrzymywał nas — kazał prezentować broń, na ramię ją brać, do nogi. Jeśli wykonaliśmy kazaną komendę bez omyłki — wracaliśmy do koszar — najmniejsze omyłka jednego była przyczyną szeregu powtarzanych ruchów. Kapralem także został Malcz, który, mimo pewną surowość i czysto polską obowiązkowość, służalczość nawet, zyskał ogólną sympatję kolegów. Jeszcze jednym z instruktorów naszych był stary kapral Haricot. Postać komiczna, ciężka, drżąca przed władzą, pozatem typ chłopa francuskiego dobrego, trochę podejrzliwego. Przy daniu pierwszej lepszej komendy głos Haricot’a łamał się, czasem zrywał się znagła i przechodził w jakiś chryp, lub pianie. Do wydobycia z siebie silniejszego dźwięku, stary kapral uprzednio pomagał sobie drobnymi i niebywale śmiesznemi ruchami Wszyscy wspomniani podoficerowie z porucznikiem Doumic’iem na czele, przygotowywali nas do wyjazdu na front. Pozatem w biurze kompanji mieliśmy dwóch Polaków: Jodkę i Rotwanda. Pierwszy ex-legjonista otrzymał odrazu stopień sierżanta ze względu na pracę biurową, mało miał styczności bezpośredniej z nami. Rotwand — uczeń szkoły Beaux Arts, w Paryżu, był typem młodego chłopca o dużej wrażliwości i wyobraźni stale podnieconej. Ten otrzymał stopień kaprala i pracował w biurze, z konieczności, również rzadko komunikował się z kolegami. Rotwand był naogół bardzo lubianym. Ze względu na niewielką ilość instruktorów naszych, utworzono oddział uczniów — kandydatów na podoficerów. Kandydatem mógł być każdy wolontarjusz. Niewielu jednak znalazło się chętnych pierwszego dnia po ogłoszeniu utworzenia podobnego plutonu. Drugiego dnia natomiast, kiedy zapytano, kto chce wstąpić do oddziału uczniów na podoficerów, z szeregu wyszło kilkunastu, między innymi: M. Rodzyński, mający za sobą kilkanaście miesięcy służby w Legji Cudzoziemskiej. Będąc chłopcem siedemnastoletnim, na skutek drobnej sprzeczki z rodzicami, wstąpił do Legji, skąd go jednak po długich staraniach rodziców uwolniono. Rodzyński wkrótce też został kapralem wolontarjuszów. Z plutonu uczniów kapralami wyszli Jerzy Kijewski, Włodzimierz i Tadeusz Szaniawscy (oficerowie armji rosyjskiej). Nowomianowanych kaprali Polaków porozmieszczano po sekcjach. W pierwszej: Malcz i Rusz. w drugiej: Kijewski Jerzy, Rodzyński Mieczysław i Szaniawski Włodzimierz; w trzeciej: Szaniawski Tadeusz i Jerzy Huzarski; w czwartej pozostali francuzi, lub kaprale z Legji Cudzoziemskiej. Po wprowadzeniu względnego porządku i sekcji, każdy z nas miał już pewne swoje miejsce, swoich najbliższych kolegów broni. To właśnie było przyczyną szybszego orjentowania się w wykonania wszystkich rozkazów, bez omyłek. Podział jednak na sekcje nie był ostatecznym, jeszcze szczegółowiej podzielono nas daleko później. Tak sformowani, poczęliśmy obmyślać wykonanie sztandaru — znaku Białego Orła, dla naszej kompanji. Wykonanie sztandaru polskiego polecono Dunikowskiemu i mnie. Wspólnie w jednej, ze szkół bayońskich wystylizowaliśmy Orła Białego. Panie bayońskie podjęły się wyhaftowania znaku na amarantowej materji. Życie nasze płynęło bez zmian. Dwa razy na tydzień chodziliśmy do Montbrun na ćwiczenia strzelnicze. Okazało się, że Polacy i w strzelaniu wyróżniali się celnością. Oddział nasz przezwano „Bataillon de fer“, z czego byliśmy niesłychanie dumni. Powoli z grupy naszej, jednako odzianej, poczęli wypełzać ludzie o bardziej jaskrawym kolorycie. Między innemi jeden Litwin, który zajmował się handlem. Wysoki, dobroduszny blondyn, coraz to z nowym przychodził przedmiotem, stawał na środku sali, poczem uroczystym głosem zachwalał wartość rzeczy, której się chciał pozbyć. „Oto piękna szczoteczka, może służyć do ubrania, do włosów, fuzji, butów, a dla legionisty nawet do zębów tyle wygód za 50 centymów. Można ją nosić w kieszeni“. Zdziwiony, że nie ma nabywców, dodawał: „Toż wy własnego szczęścia nie widzicie“. Litwin na ćwiczenia nie chodził prawie nigdy. „Ja mam sześć chorób — mawiał: — ustawiczny katar, reumatyzm, łamanie w kościach, bzika, a o innych już lepiej nie mówić“. Gdy go pytano — dlaczego wstąpił do wojska — odpowiadał naiwnie: „Cóż — ogólny entuzjazm pociągnął, a choroby to dopiero teraz. Reumatyzm od Ja przecież wcale nie mam słomy, a śpię przy drzwiach. Wolontery, wolontery inteligentni, a śpią... Boże zmiłuj się“. Każda rozmowa Litwina kończyła się gorzkiem narzekaniem. Z najweselszych nigdy i niczem nie przejmującycych się ludzi był Sztejnkeller. Pomysły Stejnkellera były znane nie tylko kolegom, ale i władzy. Najlepszy kolega, czasem bardzo dokuczył drobnymi żartami. „Dla Staśka niema nic świętego“ — mawiali poważniejsi. Różnorodne usposobienia wolontarjuszów zakreślały się coraz wyraźniej na tle ogólnego życia. Trzymano się wciąż jeszcze grupami. Bliżsi znajomi zajęli miejsce na słomie jeden obok drugiego. Grupy te, zawsze razem, widywało się w kawiarniach bayońskich wieczorem. Niedzielę spędzano w Biarritz. Naogół kompanja nasza przeżywała dosyć monotonnie czas który schodził na ćwiczeniach coraz bardziej męczących lub odpoczynku. Niepomyślne wieści z frontu zaczęły dochodzić do Bayonny. Poczęto myśleć o wyjeździe na pozycję. Pewnego wieczoru 49 pułk piechoty, stojący w Bayonnie, wyjeżdżał na Objuczeni żołnierze, z kwiatami w lufach karabinów, wśród oklasków, płaczu, życzeń, pożegnań, szli na stację. Coś się rwało w piersi, coś ciągnęło tam między nich. Trzeba jeszcze długo jednak było pozostać w Bayonnie. Niejednego widok całego ciężaru, który dźwigał żołnierz francuski — przerażał. Pytano siebie, czy aby podołam. Ćwiczenia bez tornistrów nadto nas męczyły. Jakoś tam będzie, pocieszano się. Obiecao nam zmianę naszego dotychczasowego mieszkania ze względu na chłodne noce. Pocieszono nas i zmartwiono. Wielki murowany dom z oknami i drzwiami obiecywał nam pewne wygody. Jednocześnie przyszłe locum nasze, mające chronić nas od chłodu nocy, mówiło, że nie prędko wyjedziemy na front. Zbliżenie się niemców pod Paryż, groźba zajęcia Warszawy, pochyliły nam głowy ciężkiem zamyśleniem o Polsce. Wesoły, względnie nastrój, beztroskiego żołnierskiego życia zmienił się. Coś gniotącego, trwożącego nadbiegło zdala i w piersi polskiej się przyczaiło. Pod koniec września przenosiliśmy się do opuszczonego przez 49 pułk — Niegdyś klasztor mieścił w sobie niezliczoną ilość pokoików, połączonych długiemi korytarzami. Stary dom, za nim zaniedbany owocowy, kaplica wschodnia, stojąca na tle kasztanów, były chwilowemi i przypadkowemi koszarami, dla podobnie przypadkowych żołnierzy. Każdy pokój — raczej cela mnisza, mogąca pomieścić dwóch, szczupłych i nie lubiących się wadzić ludzi — mieściła 6—7 legjonistów. W jednej z takich wąskich klatek znalazłem się z dr. A Blanksztajnem, K. Dunikowskim, J. Kijewskim, J. Szurygem, J. Rotwandem i K. Sztejnkellerem. Nauczeni doświadczeniem, że w wojsku ma się to tylko — co się ukradnie, co się z rąk słabszego wydrze — poczęliśmy się na wzór naszych cyganów rozglądać, gdzieby też można było znaleść do wzięcia, coś dla wygody codziennej. Jedynym do załatwienia podobnych wypraw był St. Szteinkeller — ten z najniewinniejszą miną w świecie przyniósł cztery nowe, naładowane słomą sienniki, dzban do wody i dwie kołdry. W jednym też naszym pokoju wszyscy spali na siennikach — wszyscy mieli wbrew zwyczajowi własne kołdry. Kołdra bowiem, ogólnie przykrywała dwóch wolontarjuszów. Pokój był zupełnie zajęty przez ułożone rzędem sienniki, które złożone na dzień, służyły za wygodne, miękkie fotele. Tragedją był brak oświetlenia w domu — świec, ze względu na ilość słomy, palić nie było wolno. Zaliczni mieszkańcy pokoików, ze względu na ciasnotę i dziesiątki różnych drobnych rzeczy: pasków, pasów, sprzączek, ładownic, przyborów do czyszczenia karabinów, którym groziło zaginienie, mimo ciągłe zakazy — zapalali świecę, co było powodem kar. Raz nawet pobito kaprala, który siłą chciał się wedrzeć do pokoju i zagasić światło. Ten gromadny czyn antymilitarny przeszedł jednak bez poważniejszych następstw. Najwięcej i najsilniej protestującym przeciwko ciemności był K. Dunikowski, który co wieczór zapalał świecę, powtarzając stale: „Przecież ja jestem człowiekiem — cóż wy chcecie — nie można pozwolić!...“ Nieustanne protesty nasze zmusiły jednak władzę do zaprowadzenia w całym gmachu elektryczności. Wieczory i ranki schodziły na kłótniach i wymawianiu sobie wzajemnie, jak kto spał, jak kto wogóle sypia, a zaczynały się przeważnie takiemi słowami: — Jerzy, psiakrew! (słowa aż nadto często używane w legjonie) Jeśli ty już tak bardzo lubisz spać na wznak, to po djabła się angażowałeś?! Albo: — Jestem cierpliwy, ale — jeżeli mi jeszcze raz będziesz pchał palce w nocy do ust i kopał po bokach, — to ci w nocy dam po gębie! — Ty z twojem chrapaniem mógłbyś iść do ogrodu. Co tobie się zdaje — gdzie ty jesteś? Chcąc uniknąć nocnych zdarzeń, a później dziennych sprzeczek — Dunikowski odgrodził siennik swój od innych szeroką deską. Nasz majątek chowaliśmy pod sienniki. — Codzień zrana w pośpiechu wydzierano sobie różne części naszego umundurowania. Niektórzy, bardziej pomysłowi, wypisywali nazwiska swoje na swoich i nie swoich rzeczach. Dunikowski naprzykład miał trzy paski z wypisanym na każdym X. Abdank Dunikowski. Potrzebne ćwiczenia znaliśmy już dobrze, były one coraz bardziej męczące — wielu też z nas słabszych i nieprzyzwyczajonych chorowało ze zmęczenia. Między chorymi jednak byli i tacy, którzy z lenistwa nie chodzili na ćwiczenia. Codziennie o godz. 5-ej rano przechodził długim korytarzem dyżurny kapral, wykrzykując na cały głos: — „malades! les malades!“ Wszyscy, którzy z jakichbądź powodów nie chcieli pójść na ćwiczenia, lub długi marsz wojskowy, zapisywali się na listę chorych. Nazwiska chorych wpisywano do specjalnej książki. O godzinie 9-ej rano zaczynała się wizyta lekarska. Chorych ustawiano jeden za drugim i kolejno wpuszczano do pokoju lekarza. Oględziny trwały zazwyczaj nie długo. Środki lecznicze były bardzo nieliczne. Na bóle gardła, piersi, nogi, ręki, nerek stosowano jodynę, — na żołądek jakiś podobny do kredy środek przeczyszczający, albo... albo też jodynę. wogóle nas nie obchodziły — bardzo natomiast — djagnoza. Po oględzinach, tj. zajrzeniu w oczy, popatrzeniu na język, doktor notował w książce dla chorych swoje uwagi. Notatki były trojakie: uwolniony od służby na tyle i tyle dni; druga porada umotywowana, ta uwaga nie uwalniała od służby, pozwalała jednak wypocząć pół dnia, trzecia i najgorsza to porada nieumotywowana. Za ostatnią adnotację groziło cztery dni kozy. Doktorzy Polacy byli bardzo względni nawet na lenistwo swych kolegów i uwalniali ich bardzo często. Uwalnianie się wolontarjuszów, czyli mówiąc słowami prawdy, wykręcanie się sianem od pracy, lub ćwiczeń, nie podobało się naszej władzy, która wszystkich „chorych“ bez wyjątku zamykała w jednym na ten cel przeznaczonym pokoju. To próżnowanie połączone z niesłychaną nudą, odstraszało wielu od możliwości odpoczynku i przyczyniło się do zmniejszenia ilości tzw. chorych. Dowcipni francuzi do melodyjnej rannej pobudki wymyślili słowa następujące:
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Krwawy strzęp.
