Front matter
MAURICE MAETERLINCK
PIĘKNO WEWNĘTRZNE
WYBÓR Z PISM PROZĄ TŁÓMACZYŁ STANISŁAW WOMELA
całość
MAURICE MAETERLINCK
PIĘKNO WEWNĘTRZNE
WYBÓR Z PISM PROZĄ TŁÓMACZYŁ STANISŁAW WOMELA
WYDANIE DRUGIE, PRZEJRZANE I POPRAWIONE
LWÓW. WYDAWNICTWO „KULTURA I SZTUKA„
SKŁADY GŁÓWNE: LWÓW — KSIĘGARNIA AKADEMICKA WARSZAWA — E. WENDE I SPÓŁKA NEW YORK — POLISH BOOK IMPORTING CO. INC.
Niema nic sprawiedliwszego nad szczęście, nic nie przybiera wierniej kształtu naszej duszy, nic nie wypełnia sobą dokładniej miejsc, pootwieranych przez mądrość. Ale też niema nic tak bardzo pozbawionego głosu, jak szczęście. Anioł bolu umie przemawiać wszystkimi językami i zna słowa wszelakie, natomiast anioł szczęścia otwiera usta jedynie wówczas, kiedy może mówić o szczęściu zrozumiałem nawet dla dzikiego człowieka. Nieszczęście porzuciło jeszcze przed setkami lat dziecięce dreptaczki, szczęście zaś, zda się, śpi wciąż jeszcze w pieluchach. Niektórzy nauczyli się być szczęśliwymi, lecz gdzież są ludzie, myślący o swojem szczęściu, o użyczeniu głosu temu niememu archaniołowi, który ich dusze rozjaśnił? Skąd to niesprawiedliwe milczenie? Czyż mówić o szczęściu nie jest potrosze tem samem, co uczyć szczęścia? Czy nazywać je codzień po imieniu nie znaczy tyle, co wołać na nie? A czyż nie jest to pięknym obowiązkiem szczęśliwych, że pokazują drugim jak się ma być szczęśliwym? To pewna, że człowiek uczy się być szczęśliwym, a niczego nie uczy się łatwiej, aniżeli szczęścia. Żyjąc wśród ludzi błogosławiących swojemu życiu, poczyna się niebawem błogosławić własnemu. Uśmiech jest tak samo zaraźliwy, jak łzy, a czasy, nazywane szczęśliwymi, to częstokroć tylko epoki, w których ludzie umieli się nazwać szczęśliwymi. Zazwyczaj bowiem brak nam nie tyle szczęścia, ile jego świadomości. Na co się przyda być , jak tylko można, skoro się nie wie o tem, że się jest szczęśliwym. Poczucie najdrobniejszego szczęścia daleko więcej przyczynia się do naszej szczęśliwości, aniżeli największe szczęście, które dusza nasza niebacznie przeocza. Zbyt wiele istot wyobraża sobie, że szczęście jest czemś innem, niż ono same i dlatego to winniby ludzie, mający szczęście, pokazać nam, że nie posiadają nic ponadto, co i my posiadamy na dnie naszego serca. Być szczęśliwym, to znaczy mieć już poza sobą niecierpliwe pragnienie szczęścia. Od czasu do czasu powinienby stanąć przed nami człowiek, wyposażony przez los widocznem, godnem zazdrości, nadludzkiem szczęściem i rzec do nas poprostu: Posiadam wszystko, czego domagają się wasze codzienne życzenia, mam bogactwo, zdrowie, młodość, sławę, potęgę i miłość. Dzisiaj się mogę nazwać szczęśliwym, nie dzięki darom, użyczonym mi przez szczęście, lecz dlatego, że dary te nauczyły mnie sięgać wzrokiem ponad szczęście. W moich przedziwnych podróżach, w moich zwycięstwach, w mej sile i w mej miłości znalazłem spokój, szczęście, do którego dążyłem, ale jedynie dlatego, że te tryumfy pouczyły mnie, iż niema w nich prawdziwego szczęścia ani prawdziwego spokoju. Spokój i szczęście były we mnie, zanim je poznałem, lecz dopiero od kiedy je znam, są we mnie rzeczywiście. Wiem zarazem i to także, iż przy odrobinie więcej prawdy mogłem był posiąść wszystko, co posiadam, nie musiałbym wcale posiadać aż tak wiele szczęścia. Wiem, że dziś jestem szczęśliwszy, niźli byłem wczoraj, ponieważ wiem to nareszcie, że nie potrzeba mi już szczęścia do wyzwolenia duszy, do zaspokojenia myśli i do oświecenia serca. Nasz los właściwy polega na naszem pojmowaniu życia, na tej równowadze, która nastaje w końcu między nierozwiązalnemi zagadkami nieba, a niepewnemi odpowiedziami naszej duszy. W miarę, jak wzrasta obraz tych zagadek, zostaje w nich większy spokój, a wszystko, co się zdarzy mędrcowi, powiększa te pytania i te odpowiedzi. Tkanka codziennego życia jest jednakową prawie we wszystkich stuleciach, w których istnienie ludzkie osiągnęło pewien stopień nieuciążliwości. Ale podczas kiedy powierzchnia tej tkanki, zajętej przez szczęśliwe lub nieszczęśliwe zdarzenia, nie zmienia się dla oka, ciemnieje jednak lub jaśnieje odpowiednio do stopnia swej przeźroczystości i do przewodniej myśli tkającej ją generacyi. Ta myśl, jakikolwiek byłby jej kształt i przybranie, wychodzi w ostatniej linii zawsze na pewien sposób pojmowania życia. Zewnętrzne, czy to szczęśliwe czy nieszczęśliwe wypadki poszczególnego człowieka lub społeczności, wpływają tylko przemijająco na ludzkie szczęście lub nieszczęście, dopóki nie dotykają ogólnych myśli o bóstwie, o nieskończoności, o nieświadomem, o rządzie świata — myśli, będących rozjaśnieniem i strawą dla ludzi. W tem, a nie w wojnach lub zamieszkach społecznych, spoczywa odpowiedź na pytanie, czy jakieś plemię żyło w świetle, czy też w ciemności, w smutku czy też w radości; tu znajduje się klucz do rozwiązania zagadki, dlaczego niejeden naród pozostawił świadectwa piękna i pogody umysłu, pomimo wielu ciosów przeznaczenia, gdy tymczasem niejeden inny, chociaż wyposażony od natury dobrami szczęścia i wielokrotnie zwycięski, przekazał nam tylko pomniki ponurego, przejętego trwogą istnienia.
Gdziekolwiek się tylko udać, wszędzie płynie strumień życia obfity aż do rozrzutności. Toczy się u stóp pałacu pełnego szczęścia i chwały; przepływa pomiędzy ścianami więzienia, chociaż słońce nie jarzy się w jego nurtach. Nie głąb, szerokość i siła rzeki mają dla nas wagę właściwą, lecz czystość i pojemność czary, którą w niej zanurzymy. Wszystko, co czerpiemy z rzeki żywota, nabiera koniecznie kształtu tej czary, ona zaś sama ukształtowała się na naszych uczuciach i myślach, słowem, w łonie naszego wewnętrznego losu, jak owa czara dawnego artysty, uformowana na łonie bogini. Ma się czarę, zrobioną przez siebie samego i zawsze prawie taką właśnie, jakiej się nauczyło pożądać. Tylko pod jednym względem moglibyśmy się na los uskarżać, to jest, że nie poddał nam myśli o czarze większej, doskonalszej. Tak, nierówność jest tylko w pragnieniu, lecz ta nierówność uświadamia się dopiero w chwili, kiedy znikać poczyna. Czyż poznając, że pragnienie nasze mogłoby być piękniejsze, nie upiększamy go już tem samem? Czyż nie jest to podnoszeniem naszego losu nowym oddechem, a tem samem rozszerzeniem formy kształtującego się idealnego puharu, którego kruszec tężeje dopiero w zimną, nieugiętą godzinę śmierci? Niechaj się nikt nie skarży na to, że oczekuje gorętszego, wielkoduszniejszego uczucia. Niechaj się nikt nie uskarża, że spodziewa się trochę więcej szczęścia, trochę więcej piękna, trochę więcej sprawiedliwości. Z tem jest tak, jak ma być ze szczęśliwością wybranych. Każdy z nich odziany jest weselem i każdy ma szaty, odpowiadające wzrostowi. Nie może on sobie życzyć szczęśliwości większej, niżeli ta, którą posiada, gdyż posiadłby ją przez to właśnie, że życzyłby jej sobie. Ilekroć jestem pełen szlachetnej zazdrości o szczęście tych, którzy potrafią bardziej iskrzące się i cięższe naczynie zanurzyć w najjaśniejszem miejscu wielkiego strumienia, tylekroć, nie wiedząc o tem, biorę wybitny udział we wszystkiem, czego oni zaczerpną, a wargi moje dotykają razem z ich wargami brzegów tego puharu. W życiu zawdzięcza się wiele szczęścia i nieszczęścia tylko przypadkowi, ale spokój wewnętrzny nie zależy nigdy od przypadku. Wiem o tem, że są dusze budujące, inne lubią zwaliska, a są w końcu i takie, które przez całe życie błądzą z pod jednego obcego dachu pod drugi. Trudno przekształcić instynkt jakiejś duszy, lecz mimo to przyda się tym, które nie budują, poznanie radości drugich z tego powodu, że układają kamień na kamieniu. Wszystko im służy, myśli, skłonności, miłość, przekonania, złudzenia, nawet wątpliwości, a co burza zdruzgoce i porwie, to przyda się z większą wygodą opodal, do wzniesienia budynku mniej dumnego, lepiej odpowiadającego wymaganiom życia. Jaki smutek, jaki żal, jakie rozczarowania mogą jeszcze wstrząsnąć domem człowieka, który, dobierając kamienie budowlane swego domostwa, nie zarzucił tego, co madre i trwałe w smutku, żalu i rozczarowaniu. A czyż, aby użyć innego obrazu, z korzeniami wewnętrznego szczęścia nie dzieje się to samo, co z korzeniami drzew? Dęby, którymi wiatr potrząsa najsilniej, trzymają się w końcu najmocniejszymi i najżywotniejszymi korzeniami odwiecznego gruntu; los, szarpiący nami niesprawiedliwie nie wie lepiej o tem, co się dzieje w duszy, niźli wiatr o tem, co się odbywa pod ziemią. Szczęście jest raczej rośliną życia moralnego, niźli życia rozumu. W rozumie nie ukrywa świadomość wogóle, a poczucie szczęścia przedewszystkiem — tego, co najcenniejsze. Możnaby nawet czasem powiedzieć, co najwyższe i najbardziej pocieszające z tego, co rozum posiada, nie zamienia się w świadomość, jeśli nie przeszło przez akt cnoty. Nie wystarcza samo odkrycie jakiejś nowej prawdy w świecie woli lub wyobrażenia. Prawda nabiera dla nas życia dopiero od chwili, kiedy coś w naszej duszy przekształciła, oczyściła i wyrównała. Istota szczęścia lub nieszczęścia w zdarzeniu polega na pojęciu, jakie się zeń zaczerpnie; dla silnych w tem, co zaczerpną sami, dla słabych w tem, co inni zaczerpną. Być może, że na drodze od kolebki do grobu spotka cię tysiąc zdarzeń fizycznych, a żadne z nich nie znajdzie dość siły do przemienienia się w zdarzenie moralne. Tylko wówczas może sobie człowiek powiedzieć: „Może ja wcale nie żyłem“.
Żyjemy na łonie wielkiej niesprawiedliwości, a mimo to nie uważam tego za oznakę obojętności lub okrucieństwa, że mówi się czasami, jakoby tej niesprawiedliwości już nie było; gdyby nie to, nie wyszłoby się nigdy poza swoje koło. Trzeba koniecznie, żeby poszczególni ludzie pozwalali sobie tak myśleć, mówić i działać, jak gdyby wszyscy byli szczęśliwi. Jakież to szczęście, jaką sprawiedliwość, jaką miłość i piękno znaleźliby zresztą wszyscy inni dnia tego, kiedy los otworzy im publiczne ogrody obiecanej ziemi? Możnaby zaiste powiedzieć, że należałoby najpierwej zmierzać do tego, co „najpilniejsze“. Cóż, kiedy zmierzanie do tego, co „najpilniejsze”, nie zawsze jest najmędrszem. Lepiej częstokroć zmierzać zaraz do tego, co „najwyższe“. Kiedy zalew zagrozi mieszkaniu holenderskiego wieśniaka, kiedy morze albo rzeka sąsiednia przerwie groblę ochronną, wówczas będzie dla niego najpilniejszem ocalenie bydła, żywności i statku domowego, ale najmądrzej postąpi, jeśli na szczycie tamy stanie do walki z falami i zwoła tam wszystkich, mieszkających pod osłoną nadwerężonego wału ziemnego. Ludzkość była do dnia dzisiejszego, jako ów chory, który szukając spoczynku, przewraca się po łóżku, ale mimo to, ci tylko powiedzieli jej prawdziwie pocieszające słowa, którzy przemawiali do niej tak, jak gdyby nigdy nie chorowała. Albowiem ludzkość poczęła się na to, żeby była szczęśliwą, jak człowiek na to, żeby był zdrów. Ilekroć zaś mówi się jej o jej nędzy, tylekroć wygląda to nawet na łonie najogólniejszej i najtrwalszej nędzy, jak gdyby się jej mówiło tylko słowa przypadkowe i tymczasowe. Niema w tem nic zdrożnego, żeby zawsze tak do niej przemawiać, jak gdyby to dla niej była wilia wielkiego szczęścia i wielkiej pewności. Żyje ona rzeczywiście w takiej chwili, chociażby nawet nie miała doczekać się dnia następnego. Dobrze jest wierzyć w to, że trochę więcej pracy umysłowej, trochę więcej odwagi, trochę więcej miłości, trochę więcej żądzy wiedzy, trochę więcej żaru życiowego wystarczy pewnego dnia do otwarcia nam wrót radości i prawdy. Nie należy tego bynajmniej potępiać. Wolno się spodziewać, że pewnego dnia cały świat stanie się szczęśliwym i mądrym, a chociaż dzień ten nigdy nie nadejdzie, przecież nie jest to zbrodnią, że się go oczekiwało. Zaiste przynosi się wielką korzyść, jeśli się nieszczęśliwym opowiada o szczęściu, iżby się z niem zapoznali. Wyobrażają sobie oni tak chętnie, że szczęście jest czemś nadzwyczajnem i nieosiągalnem! Gdyby jednak wszyscy, mogący się uważać za szczęśliwych, wyłuszczyli poprostu przyczyny swego zadowolenia, zobaczonoby, że pomiędzy smutkiem a radością zachodzi tylko taka różnica, jaka dzieli uśmiechnięte i rozjaśnione przyjęcie jarzma od i gniewnego ugięcia się pod nie, albo małostkowe i egoistyczne tłómaczenie od harmonijnego i w dal patrzącego wykładu. Nieszczęśliwi zawołaliby wówczas: „I nic ponadto? Ależ w takim razie my także posiadamy w sercu naszem podstawowe warunki tego szczęścia”. Posiadacie je tam zaiste! Pomijając wielkie fizyczne cierpienia, posiada je cały świat. Ale nie mówcie o tem szczęściu z pogardą bo innego już niema! Najszczęśliwszym z ludzi jest ten kto najlepiej zna swoje szczęście, i kto najgłębiej przekonany jest o tem, że szczęście dzieli od nieszczęścia tylko myśl podniosła, niezmordowana, ludzka i odważna. Częste rozmowy o tej myśli są rzeczą zbawienną, nie dla wmówienia w drugich własnych myśli o szczęściu, dla tego, że w sercu słuchaczy wywołują zwolna życzenie posiadania własnej myśli tego rodzaju. Ta myśl jest dla każdego z nas odmienną. Wasza nie sprawia mi żadnej przyjemności; daremnie chcielibyście wymownie mi ją zachwalać; nie dosięgnie ona ukrytych organów mojej istoty. Muszę myśl moją w sobie samym i przez siebie samego osiągnąć. Mówiąc mi jednak o swojej myśli, dopomożecie mi bezwiednie do odnalezienia mej własnej. Może się zdarzyć, że mnie coś skrzepi, co was zasmuci, a co was pocieszy, to zasmucić mnie może. Lecz cóż to znaczy? Piękno, spoczywające w waszej pociesze, przejdzie w mój smutek a to, co wielkie w waszej żałości, wciśnie się w moją radość, jeśli skądinąd radość moja godną jest waszej żałości. Należy przedewszystkiem koniecznie na powierzchni naszej duszy ogołocić pewną wyżynę, gdzie moglibyśmy przyjąć tę myśl, jako kapłani dawnych religii oczyszczali i ogałacali szczyt góry z krzów i zarośli na przyjęcie świętego ognia. Nie jest to niemożliwością, że jutro z planety Marsa ześlą nam, w ostatecznej prawdzie o założeniu i celu wszechświata, niezawodną formułę szczęścia. Zmieni ona nasze moralne życie tylko tyle i o tyle je poprawi, o ile żyliśmy w oczekiwaniu i pragnieniu tej poprawy. Każdy z nas skorzysta z dobrodziejstw tej — zmiennej zresztą — formuły tylko w miarę bezinteresownej oczyszczonej, pełnej oczekiwania i rozjaśnionej już przestrzeni, jaką ta formuła zastanie w naszej duszy. Wszelka moralność, wszelka wiedza o sprawiedliwości i szczęściu powinna być jedynie jak najdalej patrzącem, wypróbowanem i zdolnem do przyjęcia oczekiwaniem oraz przygotowaniem się na to. Zaiste, należy sobie jak najserdeczniej życzyć nadejścia dnia, kiedy nareszcie żyć zaczniemy w pewności, w naukowo niewzruszonej prawdzie; tymczasem jednak możemy żyć w prawdzie jeszcze ważniejszej, a jest nią prawda naszej duszy i charakteru. Kilku mędrców dowiodło nam że to życie możliwe jest nawet wśród największych materyalnych błędów. Należałoby tak żyć, jak gdyby się ustawicznie było w przededniu wielkiego rozstrzygnięcia. Należałoby przygotować się na tak zupełne, serdeczne i skwapliwe jego przyjęcie, na jakie nas tylko stać. Najlepszym sposobem przyjęcia go któregoś dnia i w jakiejkolwiek wyłoniłoby się postaci, jest oczekiwanie go z godziny na godzinę i to tak wzniośle, tak szeroko, tak zupełnie i uszlachetniająco, jak tylko nasza dusza zdoła sobie wyobrazić. Nie zdobędziemy się dlań nigdy na dość wielkie rozmiary, dość piękna i majestatu. To pewne, że będzie ono lepszem od naszych najśmielszych nadziei, chociażby zaś im nie odpowiedziało, chociażby się im nawet sprzeciwiło, przyniesie nam już tem samem, że nam prawdę przyniesie, coś większego i wyższego, aniżeli wszystko, czego mogliśmy się spodziewać. Najgodniejszą podziwu będzie dla człowieka — chociażby miał przez to stracić wszystko, co podziwiał — wewnętrzna prawda wszechświata. Jeśli jednak przypuścilibyśmy nawet, że w dniu jej objawienia rozwiałby się z wiatrem najskromniejszy popiół naszych nadziei, zostanie nam przecież zawsze przygotowanie na coś cudownego, a ta cudowność wciśnie nam się w duszę tem potężniejszemi lub słabszemi falami, im szerszem i głębszem będzie łożysko, wyżłobione przez oczekiwanie.
Szczęście jest zarazem więcej i mniej godne zazdrości, aniżeli się sądzi, gdyż jest czemś całkiem odmiennem od tego, co przedstawiają sobie ludzie niezupełnie szczęśliwi. Weselić się nie zawsze znaczy to samo, co być szcześliwym, a być szczęśliwym nie zawsze znaczy to, co być wesołym. Tylko drobne chwilowe szczęście uśmiecha się i zamyka oczy w uśmiechu; na pewnej wyżynie jest trwałe szczęście tak samo poważne, jak szlachetny smutek. Pierwsza lepsza dusza nie zdoła unieść szczęścia. Do szczęścia trzeba odwagi, jak do nieszczęścia. Może trwałe poczucie szczęścia wymaga większej siły, aniżeli trwałe poczucie nieszczęścia; albowiem oczekiwanie tego, czego się jeszcze nie ma, sprawia niemądremu sercu więcej uciechy, aniżeli pełnia posiadania wszystkiego, czego pragnęło. Ze szczytu trwającego szczęścia rozpoznaje się najlepiej żądze tego serca, które karmić się umie pozornie tylko trwogą i nadzieją, a któremu tak trudno żywić się tem, co ma, nawet wówczas, kiedy ma wszystko. Widzi się często istoty silne i pełne moralnego rozsądku a pokonane przez szczęście. Nie znalazły w niem wszystkiego, czego szukały i dlatego nie bronią go i nie trzymają się go z taką energią, jaką powinno się zawsze w życiu rozwijać. Trzeba już być bardzo mądrym, ażeby się nie dziwić temu, że szczęście także smutek przynosi ze sobą, oraz, żeby się w tym smutku nie skłonić ku mniemaniu, jakoby się nie posiadało prawdziwego szczęścia. Najlepsze z tego, co się w szczęściu znajduje, jest pewność, że ono nigdy nie upaja, lecz każe myśleć. Łatwiej je osiągnąć i nie tak rzadko, jeśli się raz nauczyło, że jedynym darem zostawionym przez nie duszom, umiejącym zrobić z tego użytek, jest rozszerzenie świadomości, jakiego nigdzie indziej nie byłyby sobie zdobyły. Dla duszy ludzkiej ma większą wagę poznanie wartości szczęścia, aniżeli jego użycie. Trzeba być bardzo mądrym, ażeby przez długi czas kochać szczęście, ale trzeba nieodzownie być jeszcze mędrszym, aby przyjść do przekonania, że stała i trwała strona każdej szczęśliwości, nawet na łonie niezamąconego szczęścia, mieści się jedynie w tej sile, która na dnie najgłębszem naszej świadomości może nam nawet w nieszczęściu dać szczęście. Tylko wtedy możemy się nazwać szczęśliwymi, kiedy szczęście wyniesie nas na takie wyżyny, że możemy stamtąd utracić je z oczu, nie tracąc równocześnie także chęci do życia. Można posiadać bardzo potężny i wysoki umysł nie zbliżywszy się nigdy do szczęścia, ale nie można mieć łagodnej, czystej i dobrej duszy, nie znając nic oprócz nieszczęścia.
Choćby los piękny zewnętrznie nie był nieodzownym, choćby sam w sobie dość nie wiele przedstawiał, należy go się, mimo wszystko, spodziewać i czynić tylko, co można, by go osiągnąć tak, jakby się doń przywiązywało bardzo wielką wagę. Pierwszym obowiązkiem mędrca jest pukanie do wszystkich świątyń, wszystkich mieszkań chwały, zdolności do czynu, szczęścia i miłości. Chociażby mu się nawet po trudzie gorącym i długiem czekaniu nic nie otworzyło, znajdzie on w samych tych usiłowaniach i słowach odszkodowanie za jasność i uczucia, których szukał. „Działać — powiada gdzieś Maurice Barres — znaczy tyle, co włączać do naszego myślenia szersze obrazy doświadczenia“. Działać — moglibyśmy dodać — znaczy tyle, co myśleć prędzej i zupełniej, aniżeli myśl. Działanie, to nie tylko myślenie mózgiem, lecz nakaz myślenia, dany całej istocie. Działanie, to nie zasypywanie we śnie najgłębszych źródeł myślenia, aby je na jawie otworzyć. Ale działanie nie koniecznie jest tryumfowaniem. Działać, to także tyle, co próbować czekać i być cierpliwym. Działać, to także tyle, co nadsłuchiwać, skupiać się, milczeć. Wydaje się to naturalnem, że szlachetne serce czeka ciągle na wielką miłość, ale jeszcze naturalniejszem jest to, że kocha w oczekiwaniu i że mniema, jakoby nie czekało w miłości. Czekanie zawsze prawie szkodzi bardzo w miłości, jako i w życiu. Kochając, uczy się człowiek czekać, a tak zwanemi rozczarowaniami drobnych miłostek podsyca najprościej i najpewniej niewzruszony płomień wielkiej miłości, która opromieni może resztę naszego życia. Często jest się niesprawiedliwym względem rozczarowań. Nadaje im się strapione, blade, pozbawione odwagi oblicze, a jednak są one pierwszym uśmiechem prawdy. Jesteś człowiekiem pełnym dobrej woli, starasz się być sprawiedliwym, pożytecznym, mądrym i szczęśliwym, ilekroć jednak zasmuci cię rozczarowanie, dzieje się to zawsze w żalu za kłamstwem, w którem żyłeś. A może wolisz żyć w świecie twych błędów i marzeń, niżeli w rzeczywistości? Najlepsze godziny idą często przy najlepszej woli na marne w walce pięknego marzenia z nieuniknionem prawem, którego piękno spostrzega się dopiero wówczas, kiedy piękne marzenie już wszystkie siły wyczerpało. Jeśli naprzykład oszukała cię miłość, czy sądzisz, że zbawiennem byłoby dla ciebie mniemanie przez całe życie, iż miłość tem jest, czem nie jest, czem być nie może? Czy nie wierzysz temu, że łudząc się w ten sposób, fałszujesz twe najważniejsze czynności i przez długi czas zasłaniasz sobie część prawdy, do której dążysz? A jeśli spodziewałeś się dokonać czegoś wielkiego, rozczarowanie wyznaczy ci miejsce wśród spraw drugorzędnych. Czyż to rzetelnie przeklinać zwiastuna prawdy aż do kresu dni swoich? Czyż to, policzywszy wszystko razem, nie prawda sama starała się o złudzenie ciebie, o ile nie była szczerą? Należy się uczyć tworzenia sobie z rozczarowań gromady tajemniczych, wiernych przyjaciółek i nieprzekupnych doradców. Jeżeli któreś z nich, okrutniejsze od reszty, powali cię na chwilę, nie odpowiadaj mu wtedy szlochając: „Ach, życie nie jest takie piękne, jak moje marzenie!“ Powiedz sobie: „Memu marzeniu czegoś brakowało, gdyż nie znalazło potwierdzenia w rzeczywistości”. W ostatniej instancyi, cała tak wychwalana siła mocnych dusz, powstaje tylko z odpowiednio wziętych rozczarowań. Każde rozczarowanie, każda zapoznana miłość, każda zniszczona nadzieja pomnaża wagę twej prawdy o wagę swojej, a im więcej złudzeń opadnie dokoła ciebie, tem szlachetniej, tem pewniej wystąpi wielka rzeczywistość, jako to słońce, które dokładniej widać przez obrane z liści konary zimowego lasu. Złamana radość przygniata nas jedynie wówczas, gdy nosi się ją ze sobą bez myśli i rozwagi, jak ów drwal, który nigdy ciężaru martwego drzewa ze siebie nie składa. Albowiem martwe drzewo nie na to jest, żeby je nosić na plecach, lecz na to, by je zapalić i zamienić w błyszczące płomienie. Tylko wtedy można swój ideał znaleźć poza sobą, jeśli się go dopełniało w samym sobie jak można było najczęściej. Albo, czy jest nadzieja poznania i skrępowania duszy rzetelnie głębokiej, kochającej, wiernej, niewyczerpanej, duszy szerokiej, żywej, dobrowolnej, samoistnej, odważnej, przychylnej i wspaniałomyślnej, jeśli się nie wie tak samo dobrze, jak ona, co to jest rzetelność, miłość, wierność, myślenie, życie, wolna wola, samoistność, odwaga, wspaniałomyślność i wielkoduszność? A skąd ma się je znać, skoro się tych rzeczy nie kochało i nie żyło pomiędzy niemi tak, jak je ona kochała i z niemi żyła? Miejmy zaufanie do miłości, jako je mamy do życia, gdyż na to poczęliśmy się, żebyśmy mieli ufność, a najbardziej jest potępienia godną myśl, skłonną do tego, żeby rzeczywistości nie ufać. Widziałem już nie jedno życie złamane przez miłość, ale gdyby to się nie stało przez miłość, złamałyby to samo życie zawiedziona przyjaźń, obojętność, niepewność, brak współczucia, lub chwiejność. Niema człowieka, któryby nieraz nie pomyślał, że jego życie się łamie, lecz ilekroć zdruzgoce się rzeczywiście, tylekroć zawdzięcza się nieszczęście przeważnie jakiejś próżnostce zwalisk. Oczywiście, że jest w miłości, jako i w reszcie naszej doli, wiele szczęśliwych i nieszczęśliwych przypadków. Może być że jakaś istota z sercem i duchem pełnym szlachetnych sił, serdeczności i wszelakich dobrych ludzkich dążeń, spotyka za pierwszym krokiem w życie, nie szukając wcale, duszę, która w upojeniu trwałego szczęścia urzeczywistni wszystkie życzenia miłości od najwyższych do najskromniejszych, od najpotężniejszych do najwątlejszych, od najbardziej wiecznych do najbardziej przelotnych, od najgwałtowniejszych do najłagodniejszych. Może się zdarzyć, że spotka bezpośrednio serce, któremu może bezustannie dawać, co ma najlepszego i bezustannie przyjmować, co ono ma najlepszego. Może się zdarzyć, że szturmem zdobędzie bogatą w życzenia duszę, zdolną aż do grobu przyjmować tysiąc razy więcej, niżeli wszystko to, co się jej daje i oddawać tysiąc razy więcej, niżeli wszystko to, co przyjęła. Albowiem miłość, opierająca się szeregom lat, tworzy się z tej przedziwnie nierównej wymiany i to, co człowiek daje, to ostatecznie posiada, a to co przyjmuje, tego nie posiada już tylko sam jeden. Bywają czasem takie zupełnie szczęśliwe dole, o ile jednak człowiek ma większe lub mniejsze prawo do spodziewania się czegoś takiego, postąpiłby niesłusznie, gdyby życie swoje w tej nadziei uwięził. Można się tylko na to przygotować, że pewnego dnia stanie się człowiek godnym takiej miłości, w miarę zaś, jak się będzie przygotowywał, oczekiwanie jego uzbrajać się będzie w cierpliwość. Mogłoby zdarzyć się również, że istota, o jakiej mówiliśmy właśnie, chodziłaby od młodości do późnego wieku tam i nazad wzdłuż muru, za którym czekało na nią szczęście w zbyt głębokiem milczeniu. Ale czyż z tego, że szczęście jego było po drugiej stronie muru, wynika, że po tej były tylko nieszczęście i rozpacz? Czyż nie jest szczęściem już samo to, że zdobyło się prawo kroczenia tak u boku szczęścia? Czyż nie wolimy czuć pomiędzy sobą a miłością, której się spodziewamy tylko — żebym tak rzekł — przeźroczystego i kruchego może przypadku, aniżeli wiecznego przedziału we wszystkiem, co w nas samych nieludzkie, niepożyteczne, niegodne? Szczęśliwy, kto może kwiat ten zerwać i zabrać ze sobą, ale nie należy znowu tak bardzo opłakiwać kogoś, kto przez całe życie kroczy w woni kwiatów niewidzialnych. Czyliż życie, które nie jest takiem szczęśliwem, jakby być mogło, jest już przez to chybionem, czy utraciło już wszelką wartość i cele? Gdybyście nawet nie przynieśli ze sobą wszystkiego, co mogłoby być lepszem w miłości — chociaż dusza, jak powiedziałem poprzednio, posiada ostatecznie tylko to, co dać może — czyż już to samo nie jest szczęściem, że się sposobność do dawania spostrzega? Tak, daję słowo, że na tej ziemi niema bardziej pożądanego szczęścia nad godną podziwu miłość, a chociaż się tej miłości nie znajdzie, nie przepadnie dla uspokojenia w naszej piersi, dla śmielszego i czystszego spokoju duszy na resztę nasze życia, to co uczyniliśmy, by się okazać godnymi tej miłości. Można też kochać zawsze. Miłuj co godne podziwu, a doznasz wszelkich uciech miłości godnej podziwu. Nawet w najdoskonalszej miłości kochających się najzgodniej, niema zupełnie równego szczęścia, a z pewnością ten jest najlepszym, kto najlepiej miłuje, a kto miłuje najlepiej, ten jest także najszczęśliwszym. W okazaniu się godnym miłości, idzie więcej o własne, niż o cudze szczęście. Nie należy mniemać bynajmniej, jakoby w nieszczęśliwych godzinach nierównomiernej miłości najwięcej cierpieć miał człowiek mędrszy, sprawiedliwszy, wielkoduszniej i najszlachetniej natchniony. Lepszy nigdy prawie nie jest pożałowania godną ofiarą. Zupełną ofiarą jest się jedynie wówczas, kiedy się pada ofiarą własnych błędów, nieprawości, własnej niesprawiedliwości. Jakkolwiek byłby ktoś niedoskonałym, może mimo to wystarczyć dla miłości cudownej istoty, ale najcudniejsza nawet istota nie wystarczy jego miłości, jeśli sam nie jest całkiem . Należy sobie życzyć, żeby szczęście wprowadziło pewnego dnia w dom twój kobietę wyposażoną we wszelkie dary serca i rozumu, kobietę, jaką miałeś sposobność podziwiać, kiedy przed twojemi oczyma przechodziły historyczne bohaterki chwały, szczęścia i miłości, ale nie zauważysz nic z tego, jeśli się nie nauczyłeś rozpoznawać i umiłowywać tych darów w życiu rzeczywistem. A czemże jest w gruncie rzeczy życie rzeczywiste, jeśli nie twojem własnem? Ta rzetelność, jaka jest w tobie, rozkwitnie w rzetelności ukochanej osoby; ta prawda, jaka jest w twojej duszy, znajdzie ukojenie w jej prawdzie i tylko to, co w twoim charakterze jest siłą, ucieszy się siłą jej charakteru. Ale cnota ukochanej istoty, która u progu naszego serca nie spotka się z cnotą nieco do niej podobną, nie wie, jakim rękom ma powierzyć przyniesioną ze sobą szczęśliwość. Mimoto, jakąkolwiek byłaby dola twego serca, nie trać odwagi. Nie wierz przedewszystkiem, jeśli nie doznałeś miłosnego szczęścia, że nie doznasz nigdy wielkiego szczęścia ludzkiego bytu. Gdy twoje szczęście przybierze postać rzeki, podziemnego strumienia, ruczaju, czy też jeziora, właściwe jego źródło bije w ukrytych komorach twojego serca, a najnieszczęśliwszy nawet człowiek może sobie wyobrazić i największe szczęście. Jest wprawdzie w miłości upojenie, jakiego człowiek nigdy nie zazna, upojenie to jednak pozostawiłoby w sercu poważnem i szczerem jedynie wielką posępność, gdyby w prawdziwej miłości nie znalazło nic pewniejszego, głębszego i bardziej niewzruszonego od tego upojenia. Albowiem najpewniejszem, najgłębszem i najbardziej niewzruszonem jest w miłości to samo, co w życiu szlachetnem. Nie każdy potrafi być w rzeczach wewnętrznych bohaterskim, godnym podziwu, zwycięskim, albo po prostu szczęśliwym, ale nawet najmniej wyszczególniony z nas może być sprawiedliwym, rzetelnym, łagodnym, braterskim i wielkodusznym, najmniej wyposażony może się przyzwyczaić do spoglądania naokoło siebie bez niechęci, zazdrości, mściwości i strapienia; najbardziej wydziedziczony może brać nie najgorszy udział w radości swego otoczenia, najniezręczniejszy może wiedzieć, do jakich granic wolno mu wybaczyć obrazę, usprawiedliwić pomyłkę i podziwiać jakieś słowo i czyn, jako rzeczy ludzkie, a najbardziej niekochany może miłość szanować i kochać. Wtedy pochyla on się nad źródłem, nad którem — częściej aniżeli się sądzi — pochylają się szczęśliwi w najgorętszych godzinach swojego szczęścia, by się upewnić, że są naprawdę szczęśliwi. Głęboko na dnie szczęśliwości miłosnych, jakoteż na dnie prostoty życiowej człowieka sprawiedliwego, do którego przypadek nie chciał się uśmiechnąć, niema nic niezmiennego i nieruchomego prócz sprawiedliwości, ufności, życzliwości, szczerości i wielkoduszności. Miłość nadaje tym świetlanym punktom trochę więcej blasku i dlatego należy szukać miłości. Największą korzyść przynosi nam miłość tem, że otwiera nam oczy na kilka spokojnych i łagodnych prawd. Największą korzyścią miłości jest to, że nam daje sposobność podziwiania tego na jednym przedmiocie, czego podziwianie na tysiącu rozrzuconych przedmiotów nie przyszłoby nam na myśl i do czego nie starczyłoby nam siły; to rozszerza nam serce na przyszłość. Ale i na dnie najcudowniejszej miłości tkwi zawsze tylko bardzo prosta szczęśliwość, bardzo łatwa do pojęcia tkliwość i uwielbienie, bardzo łatwo osiągalna szczerość i ufność, bardzo ludzki podziw i oddanie się, które mógłby poznać również człowiek z dobrą wolą, ale bez szczęścia miłości w swojem posępnem istnieniu, jeśliby tylko posiadał trochę mniej goryczy i niecierpliwości a trochę więcej żądzy i ochoty do czynu.
Musi się być szczęśliwym, aby uszczęśliwiać, a musi się uszczęśliwiać, aby nadal zostać szczęśliwym. Spróbujmy się najpierw uśmiechać, ażeby nasi bracia nauczyli się uśmiechać, a wówczas, widząc ich uśmiechających się, będziemy się uśmiechali prawdziwiej. „Nie uchodzi mi samemu się martwić, skoro nikomu nie sprawiłem zmartwienia“, powiada Marek Aureliusz w jednym z najpiękniejszych swych wierszy. A czyż nie jest to martwieniem samego siebie, a zarazem uczeniem się jak drugim sprawiać zmartwienie, gdy się nie uczy być tak szczęśliwym, jak tylko można? Najmniejsza myśl, która kojarzy wzrok zadowolenia, dobry uczynek, albo najspokojniejszą najskromniejszą minutę szczęścia z czemś pięknem, trwałem i wiecznem, ma pełniejszą zasługę, wydarcie jej misteryom życia znaczy nieskończenie więcej, aniżeli ponure spostrzeżenie, które ból, miłość, zwątpienie łączy ze śmiercią, z losem lub z obojętnemi mocami, otaczającemi nasze istnienie. Nie dajmy się uwodzić pozorom. Hamlet, stojący nad brzegiem otchłani i skarżący się, wydaje nam się głębszym i bardziej zapalającym od Antonina Piusa, który te same moce spokojnie ogląda, przyjmuje i zapytuje, zamiast im złorzeczyć i zamiast szukać w nich źródeł zwątpienia. Wszystko, co się przez cały dzień zdziała, wydaje się mniej wzniosłem od najmniejszego gestu, wykonanego kiedy noc zapada; ale człowiek urodził się na to, żeby we dnie pracował a nie wałęsał się po nocy. Mówi się do nas: „Kochaj bliźniego twego, jak siebie samego!“ Jeśli się jednak kocha siebie samego małodusznie, dziecinnie i trwożliwie, będzie się bliźniego w taki sam sposób kochało. Niechaj każdy nauczy się kochać siebie wielkodusznie, zdrowo, mądrze i zupełnie; to o wiele trudniejsze, aniżeli się sądzi. Miłość własna silnej, jasnowidzącej duszy działa o wiele dobroczynniej, niżeli wszelkie poświęcenie duszy ślepej i słabej. Zanim się zacznie istnieć dla drugich, ma się istnieć dla siebie samego, a zanim się siebie rozda, należy siebie osiągnąć. Bądź pewien, że zdobycie trochę samowiedzy tysiąc razy więcej warte w gruncie rzeczy od oddania całej twej świadomości. Wystrzegajmy się tego, co uczynił ów latarnik morski w bajce, który sąsiednim chatom rozdał oliwę z wielkich latarń, mających oświecać morze. Każda dusza jest w swoim zakresie dozorczynią mniej lub więcej potrzebnej latarni. Najmniej znacząca matka, która pozwala najciaśniejszym macierzyńskim obowiązkom zasmucać, pożerąć i niszczyć siebie, oddaje drugim swoją oliwę a dzieci jej będą przez całe życie cierpiały z tego powodu, że dusza ich matki nie była taka jasna, jaką być mogła. Niemateryalna siła, jaśniejąca w naszem sercu ma przedewszystkiem świecić dla siebie samej. Tylko za tę cenę będzie także świeciła drugim. I jakkolwiek małą byłaby twoja latarnia, nie rozdawaj nigdy podsycającej ją oliwy, lecz wieńczące ją światło. Nad czem w sobie panujemy, nad tem panujemy u wszystkich, którzy do nas się zbliżą, Dokoła sprawiedliwego tworzy się wielki duch pokoju, ubezwładniający zwolna strzały złego. Cierpienia moralne, dosięgające człowieka, nie zależą już od niego. Jest to prawdą dosłowną, że ich złośliwość tylko dopóty może nam łzy wyciskać, dopóki nie pozbądziemy się żądzy zmuszenia naszych do płaczu. Ilekroć spojrzenia zazdrości krwawią nam serce, tylekroć jesteśmy zdolni rzucać takie spojrzenia, ilekroć zaś zdrada nam łzy wycisnęła, tylekroć tkwiła w nas zawsze zdolność do zdrady. Duszę można zranić tylko tą bronią, której sama jeszcze nie rzuciła na stos miłości.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Piękno wewnętrzne.
