Front matter
DZIADOWSKI WYCHOWANEK.
POWIEŚĆ
Klemensa Junoszy
całość
DZIADOWSKI WYCHOWANEK.
POWIEŚĆ
Klemensa Junoszy
(Szaniawskiego).
Z rysunkami.
WYDANIE II.
SKŁAD GŁÓWNY W „KSIĘGARNI POLSKIEJ“
Warecka 14.
Druk J. Sikorskiego, Warecka 14.
—
1904.
ДОЗВОЛЕНО ЦЕНЗУРОЮ
Варшава, 13 Марта 1904 г.
I.
Czytelnikowi, który nie zna Zalesia, muszę powiedzieć słów parę o tej wiosce. Główną jej właściwością jest to, że się niczem osobliwem nie odznacza, różni się zaś od sąsiednich wiosek jedynie tylko ilością chałup, oraz gniazd bocianich na stodołach... Zalesie położone jest nad rzeczką, która się wcale nie nazywa, w blizkości lasu, obciążonego służebnościami, opisanemi bliżej w odnośnej tabeli, oraz w sąsiedztwie wiatraka, należącego do starego Niemca. Wjeżdża się do Zalesia przez most, który lepiej wszakże ominąć, gdyż jest zdradny. Wiedzą o tem mieszkańcy okoliczni i przejeżdżają zazwyczaj wbród przez rzekę, co przedstawia jeszcze te dogodności, że się zeschnięte koła wozu zamoczą, a zmęczona szkapa zaspokoi pragnienie. Konie lubią pić wodę z bezimiennej rzeczki, bo czysta jest, zwłaszcza w owym czasie, gdy w niej baby lnu i konopi nie moczą. Przezroczysta jej wstęga toczy się po piasku żółtym, po żwirku, po kamykach różnobarwnych. Rozciągnęła się po za wioską, po za chałupami, za kościołem, okrążyła cmentarz i dalej płynie przez łąki. Gdzieniegdzie przy brzegach jej tatarak rośnie, sitowie, niezapominajek moc. Nad brzegami tu i ówdzie rozsiadły się wierzby i spuszczają złotawe gałązki ku wodzie. Przychodzą do tej rzeczki kobiety i dziewczęta ze wsi z bielizną do prania i, uderzając kijankami, opowiadają sobie nawzajem najświeższe nowiny dnia; przychodzą chłopcy o wiośnie, aby fujarki z wierzbiny robić, w którym to kunszcie głupi Janek celuje; przychodzi niekiedy stary Piotr, zawołany rybak, i łowi drobne rybki na wędkę. Znają dobrze we wsi głupiego Jaśka, znają też i starego Piotra, bo ktoby ich nie znał! Dziwni oba i nie tacy, jak wszyscy ludzie we wsi — odmienni. Piotr wie o różnych różnościach, a choć do rozmowy nie skory, przecież czasem co nieco można z niego wyciągnąć. Odezwie się, a zawsze tak, że do myślenia da, że człowiek musi dobrze głowy nałamać. Jasiek znów także dziki, a od ludzi stroniący, niekiedy się odezwie niby ni w pięć, ni w dziewięć, najczęściej ludziom do śmiechu, ale później zawsze się pokaże, że nie było wcale z czego się śmiać i że Jasiek, choć głupi, prawdę powiedział. Piotr nie z Zalesia rodem był, a nawet niewiadomo skąd przybył tu przed laty. Podobno z dawnym dziedzicem skądś przywędrował. Póki dawny dziedzic żył, Piotr we dworze służył przy koniach, a po śmierci dziedzica, gdy krewni jego majątek objęli, w służbie już być nie chciał. Na komornem u jego gospodarza osiadł i żył, a taki był wszystkim ludziom przydatny, taki dla każdego usłużny i dobry, że się wszyscy przyzwyczaili do niego i polubili go. Ciężarem nikomu nie był, bo na kawałek chleba zapracował, od ludzi żadnych łask nie żądał, owszem, często sam biedniejszego poratował i wspomógł. Choćby owego Jaśka. Cała to historja o tym chłopcu. Temu lat piętnaście, albo i więcej, o wiośnie, tak, o wiośnie, bo już nad polami świegotały skowronki i świeżo odwalone skiby aż się czerniły ku słońcu, a już nawet i bociany klekotały w stodołach — jednego dnia przywlokła się do wsi kobiecina uboga, zmizerowana, blada — skóra i kości. Na plecach miała tobołek, a na ręku dziecko małe, co najwyżej roczne, a takie marne i wątłe na zdrowiu, jak i ona. Poszła tedy zaraz do pierwszej z brzegu chałupy, prosiła, żeby jej gospodyni trochę mleka sprzedała i pozwoliła przenocować pod dachem. Nadszedł i gospodarz sam, Jan Stępniak, bogaty chłop. Nadszedł z Piotrem. Zaczęli ową kobiecinę pytać: co za jedna? skąd? dokąd idzie? co ją do Zalesia przygnało? Niewiele co można się było dowiedzieć, bo tak z sił opadła, że ledwie parę słów mogła wymówić. Głowa jej chyliła się na piersi, oczy przymykały się, jakby z wielkiego niewywczasu, albo z niemocy może... Dali jej mleka, a raczej dzieciakowi dali, bo ona sama tylko trochę wody się napiła — i gospodarz zaprowadził ją do stodoły. Niezawodnie byłaby coś powiedziała, gdyby mówić mogła; ale gdy rano Piotr z Janem przyszli do niej, leżała na garści słomy, jak bezwładna. Dzieciak odtoczył się pod ścianę i wrzeszczał wniebogłosy. Piotr nachylił się nad chorą, popatrzył jej w oczy i zaraz pomiarkował, że z niej nic nie będzie. Oczy miała szeroko otwarte, chudą, pożółkłą ręką skubała na sobie ubranie. Poruszała ustami, jakby chcąc przemówić, ale głosu słychać nie było. Piotr ukląkł przy niej, nachylił się, a ona widać ostatnim wysiłkiem uczepiła się chudemi rękami jego kapoty i z wielką trudnością wyszeptała: — Ratujcie dziecko moje, Jasia, Bóg nagrodzi! Stępniak, trochę dalej stojący, dosłyszeć tego nie mógł, ale Piotr mu zaraz powiedział: — Janie, przemówiła... żąda, żeby ratować jej dziecko, Jasia. Słyszycie: jej dziecko — Jaś. — Dyć słyszę. — Ano, skoro Jaś, to widać chrześcijańskie dziecko i chrzczone. — Co tu robić, Piotrze? — zapytał zafrasowany gospodarz. — Kobiecisko zamrze, jak zapisał; niewiadomo, co za jedna, skąd jest?... Kłopot będzie — i z dzieckiem też. — Ha, wola Boża... A skoro, Janie kochający, pod waszym dachem taka się przygoda zdarzyła, tedy... — No, co tedy? Poradźcie mi. — Nad tą kobieciną śmierć stoi, trzebaby po księdza posłać, a dzieciaka niechby tymczasowie wasza do chałupy wzięła; toć nie psiak, jeno ludzkie dziecko i musi być głodne, bo się drze. Poszedł Jan po księdza, a chłopaka swego, Maćka, po wójta posłał; Piotr zaś wziął płaczące dziecko na rękę. — Cichaj, cichaj! — mówił, niosąc niemowlę do izby. — Nie bój się... albo ty jeden taki? I o to się nie frasuj. Taki ty dobry będziesz, jak i drugi... Że zaś sierota jesteś i nikt ci gruntu nie zostawi, to też bajki... nie każdy z fortuną się rodzi. Cichaj, mały. Wszedł Piotr do izby i opowiedział gospodyni, co jest. Janowa była prędka, ale nie zawzięta; więc choć z początku wygadywała co niemiara o karze Boskiej, o nasłaniu, o darmozjadach, o znajdach, o krowach, co mleka dawać nie chcą, o własnych dzieciach, z których tyle pociechy, co i nic — przecież tak gadając i pomstując, przyniosła świeżego mleka w garnuszku. — Rusz-no się, Magda! — zawołała na córkę. — Weź mleka i napój tego bachora, co niewiadomo czyj i niewiadomo skąd... napój go, bo głodny, a odziej go jaką szmatą, bo widać uziąbł w stodole. — Toć lato... — Ale! tobie lato, boś dziewka wielka i przy kominie siedzisz, a takiej kruszynie mogło być zimno w stodole. Nocą wiatr chodzi, — nie wiesz o tem, głupia? — Cich, cich! — mówiła Magda do dzieciaka, który patrzył na nią wystraszonemi oczyma — nie bój się... toć cię nie zjem, raku zatracony! Janowa, oddawszy dziecko córce, pobiegła do chorej. Zaczęli się ludzie schodzić, bo wiadomość o umierającej nieznajomej wnet się po całej wsi rozniosła. Nadszedł ksiądz z dziadkiem kościelnym, wójt, sołtys; przybiegł i kowal prosto z kuźni, zasmolony sadzami, w fartuchu, tak, jak stał przy robocie; poschodzili się niektórzy gospodarze — a najwięcej kobiety, bo te, jak wiadomo, są najciekawsze wszelkich przygód. Nieznajoma umarła, wymówiwszy jeszcze przed śmiercią parę razy: Jaś, Jaś, moje dziecko — ale więcej nikt się od niej nic nie dowiedział. Wójt, jak wójt, papierów zaraz jął szukać koło zmarłej, ale nic przy niej nie było; w owym zaś tobołku, który z sobą przyniosła, znaleźli trochę dziecinnego ubrania, kilkanaście złotych w gałganku i książkę do nabożeństwa, a w niej ładny obrazek. Takie było dziedzictwo Jaśka. Miał wójcisko kłopot z pochowaniem nieznajomej kobiety, aż do powiatu musiał jeździć. Załatwiło się przecież wszystko, jak należy — i po trzech dniach na cmentarzu, pod samym parkanem, przybył świeży grób. Po pogrzebie zgromadzili się ludzie przed cmentarzem i zaczęli radzić: co z dzieckiem zrobić? czyje ono będzie, kto je ma wziąć? Kowal powiedział pierwszy: — Jabym wziął, nawet zaraz wziąłbym, żeby chłopak miał choć ze dwanaście lat i mógł już do miecha stanąć, ale po takim drobiazgu to mi nic. — Pewnie, że nic — odezwała się kowalka — bo swoje dzieci mamy. Pięcioro Pan Jezus dał... — Jabym też wziął — mówił sołtys — wziąłbym do gęsi, ale po takiem maleństwie cóż mi? Jedni na drugich spoglądali — nie odezwał się nikt. Może niejeden miał chęć zaopiekowania się dzieciną, ale... każdemu na przeszkodzie coś było: Ten swoich dzieci miał gromadę, tamten chował sieroty po siostrze, inny żony się bał... — Słuchajcie, ludzie — odezwał się milczący dotąd Piotr — każdy z was ma swoje frasunki i swoje dzieci — ja nie mam. Wezmę to dziecko. — Wy, Piotrze!? — Ja! Wezmę z dobrej woli i wychowam. — Ależ, człowieku — odezwał się kowal — nie dasz rady. Dziecko małe, a wy nie macie ani swojej chałupy, ani żony, ani nic. — Bajki to... nie frasujcie się o mnie, ani o sierotę. W taki sposób Piotr został opiekunem Jaśka. Dziwili się ludzie, że tej opieki się podjął, i nie mogli zrozumieć, w jaki sposób się z niej wywiążę! Ale Piotr wiedział, co robi. Postanowienie co do zajęcia się losem dziecka powziął w tej samej chwili, kiedy konająca matka wychudłemi rękami uczepiła się jego rąk i szeptała błagalnie: „Jaś, dziecko moje, ratujcie!...” Zaraz na drugi dzień po pogrzebie nieznajomej, poszedł Piotr do miasta i nakupił różnych różności, aż się żydówka dziwiła, na co mu mogły być takie rzeczy potrzebne. Chusteczkę czerwoną kobiecą na głowę, pierwszej mody, paciorków niebieskich coś pięć sznurków i lusterko małe, ale bardzo foremne, w blaszanej oprawie, takie, co się składa i ma z drutu zawiaski. Prócz tego obwarzanków coś dziesięć. Wróciwszy do wsi, zaraz zaczął Janowej okrutnie basować, a Magdzie przypodchlebiać, dzieciom zaś dał po obwarzanku. Potem wyciągnął flaszkę z kieszeni, przypił do Jana, poczęstował Janowę i Magdzie dał kieliszek. Dziewka wstydziła się okrutnie, ale uproszona, odwróciła się do ściany i wypiła. Janowej chusteczka bardzo się udała. Magda niezmiernie ucieszyła się z lusterka, a bardziej jeszcze z paciorków, że były niebieskie. Miała ona włosy, jak konopie, właśnie więc niebieskie jej pasowało. Ma się rozumieć, że od tego dnia w chałupie Stępniaka nie nazywali chłopca znajdą, ale Jasiem, a mleka mu też nie żałowali, bo Piotr, to tem, to owem, w dwójnasób za nie wynagrodził, pomógł w robocie, poczęstował. Można powiedzieć, że za dużo robił, a wszystko dla Jasia. Bywało, jesienią, to nieckę wydłubie z olszyny, żółciutką, foremną, to łyżek gruszkowych narobi — i nie takich ladajakich, jak te, co na jarmarkach po parę groszy sprzedają, ale porządnych, wielkich, że w każdą można porządną porcję O miotły Janowa też nie miała kłopotu, bo Piotr mioteł narobił, krosna, międlicę naprawił, wszystko, co było potrzeba. Na zimę drew narąbał i we wszystkiem tak kobiecie podchlebiał, tak jej dogadzał, że aż Jan zaczął myśleć, czy czasem dziada złe nie opętało... Raz nawet okolicznie, ogródkiem, wspomniał coś o starym piecu, ale Piotr roześmiał się z tego i żyli sobie dalej w zgodzie i przyjaźni. Można było myśleć, że Piotr wychowańca swego bardzo umiłował, ale dziwne to było umiłowanie, bo rzadko kiedy spojrzał na niego. Bawi się dzieciak — to bawi, a płacze — to płacze, Piotrowi wszystko to jedno było. — Na to jest dzieciak, żeby się darł — mówił nieraz do Magdy — i ty nie lepsza byłaś, owszem, może nawet jeszcze głośniej wrzeszczałaś, boś się czuła na swoich śmieciach, przy matce, nie tak, jak ten robak...
II.
Na drugą zimę w zapusty Magda poszła za mąż i bardzo dobrze poszła, za Mikołaja Skrzypka, gospodarskiego syna, jedynaka — a że jej się samej zrazu w nowej chałupie przykrzyło, wzięła więc Jaśka do siebie. Chłopak już wtedy chodził dobrze i mówił; z psem Burkiem, z kogutem już wojował, i jak wziął kawałek chleba do ręki, to sobie wydrzeć nie dał. Rozumiał już, że co mu dali, to jego, i że chleb jest do jedzenia, ale nie dla psa, ani dla koguta... Ani się ludzie obejrzeli, jak kilka lat zbiegło od czasu, gdy Piotr wziął Jaśka do siebie. Dzieciak był już spory, właśnie w sam raz do gęsi, a nawet od biedy i z gadzinąby sobie poradził. Wtenczas opiekunów dla niego znalazło się dużo. Każdy chciał takiego sierotę wziąć, bo już pożytek z niego mógł być. Piotr powiedział: — Zasię! Wtedy, jak malutki był, nie chcieliście go znać, teraz ja go nie dam. Wziąłem dzieciaka od maleńkości i on jest mój. — I co wam, Piotrze, po tem? — pytali. — Sami dachu nad głową nie macie. — Niech was głowa o to nie boli. Dach nad nami wszystkimi rozpostarł Bóg Wszechmogący, ja was o dach nie proszę. — Ale co wam po chłopcu? — To, co i wam wszystkim. Ja nie pytam, co wam po dzieciach. — Nam jest co, bo dzieci nasze. — A ten mój. Zaciął się dziad i już więcej ani słowa nie chciał powiedzieć. Już taką miał naturę, że do rozmowy wyrywny nie był. Spytaj go, to powie albo tak, albo nie — i idzie w swoją drogę, nie przystaje, nie gada. Pochwalony, na wieki! witajcie, bądźcie zdrowi! — ot cała z nim rozmowa. Ale jak się wybrał z Jasiem nad rzekę, albo na łąki, albo na las, wtedy mówił dużo, dużo — a dzieciak tylko oczy wytrzeszczał, a słuchał. Wychodzili oba latem lub jesienią, bywało na cały dzień, albo ryby łowić, albo grzyby w lesie zbierać. Jasiek włóczył się z Piotrem po zioła, albo łódką z nim jeździł, bo rzeczka za wsią była większa, niż przy wjeździe, i nawet bystra dosyć — a w takich włóczęgach gawędził starowina z dzieciakiem. O czem? O tym wietrze, co wieje, o słońcu, co świeci, o ptaszkach śpiewających, ziołach różnych — o tem, co im pod oko wpadło. — A widzisz-no, Jasiu, tego ptaszka małego, co na kamieniu siadł, nad wodą samą i tak oto ogonkiem kiwa uciesznie? — Widzę, dziadziu. — Jakże go nazywają? — Nie wiem, dziadziu. — Pliszka! Pamiętajże sobie, że taki ptaszek — to pliszka; a teraz uważaj dobrze i jak zobaczysz pliszkę, to mi pokaż. Chłopak oczy wytrzeszczał, patrzył bacznie. — O, o, dziadziu! — zawołał po chwili — jest! jest pliszka! dwie pliszki, trzy pliszki, a czwarta czarna... — No, to wiedz o tem, żeś zełgał, bo czarnej pliszki jeszcze jako żywo nikt nie widział. — A ta, ta, dziadziu, patrzcie! — To jaskółka. Wstydź się, Jasiu, taki wielki chłopak jesteś, a jaskółki nie znasz... toć przecie pod strzechami gniazda mają. — Dziadziu? — zapytał dzieciak nieśmiało. — A co? — Prawda to, że jaskółki na zimę czepiają się pazurkami jedna drugiej i topią się w stawie, a na wiosnę żywe z wody wylatują? — Nieprawda. — Kiedy tak sama Magda powiedziała. — O, wielka rzecz. Magda wie tyle, co i ty, a ty tyle, co i ona, oboje zaś nic nie wiecie. Jaskółki na zimę do ciepłych krajów odlatują, a na wiosnę przylatują napowrót. — A, dziadziu, czy ja kiedy polecę do ciepłych krajów? — Jak w zimie wleziesz na piec, to będziesz miał ciepłe kraje. — Ale!? — Obaczysz. — A czy prawda, dziadziu, że nietoperz człowiekowi we włosy się wkręca i, jak się wkręci, to już go wyjąć niema sposobu? — Nieprawda — nietoperz to jest zwierzę, tak jak mysz. — A dlaczego mysz nie jest nietoperzem? — Bo nie ma skrzydeł. — Cielę też niema skrzydeł, a nazywa się tylko albo jałoszka, albo byczek... — Ty sam cielę jesteś. Powiadam ci, że mysz, to jest mysz, a nietoperz, to także jakoby mysz, tylko że ze skrzydłami. Mysz jada ziarno, słoninę, chleb, a nietoperz lata po nocy i łapie różne muszki, ćmy i żywi się niemi. Naumyślnie złapię kiedy nietoperza, to zobaczysz. — Ja się boję takiego zwierzęcia... — Nie bój się. Ja sam go sobie położę na głowie i zobaczysz, że mi się we włosy nie wkręci. Chłopak się zamyślił, a po chwili znowu na Piotra podniósł swoje wielkie, czarne oczy — bo śliczne oczy miał ten dzieciak — i rzekł: — Dziadziu, a skąd się biorą muchy? — Rozmaicie. Przylatują z lasu, albo za bydłem lecą. — A skąd się wzięły w lesie? — Były tam. — A gdzie były pierwej, niż w lesie? — Wcale nie były. — Ale ja pytam, dziadziu, gdzie muchy były wtenczas, kiedy ich jeszcze nie było? — Bardzo ciekawy jesteś, mój Jasiu, trzeba cię będzie uczyć... — A na co uczyć? — Na to, żebyś nie był głupi. — Dziadzio to się też uczyli, jak byli głupie? Piotr postanowił, że tymczasowo uczyć będzie Jasia sam. Ale czego i jak? Oto pytanie, które mu się wbiło w głowę, jak klinem. Nieraz letnią nocą, leżąc na przyzbie pod chałupą, dziadowina nie spał, lecz rozmyślał, zapatrzony w gwiazdy, mrugające na niebie. Ileż to razy Jaś zapytywał go o te światełka, co się na wysokościach palą, jak się które nazywa? a ile ich wszystkich? a jak daleko do nich? dlaczego jedne trzymają się nieba, jak przylepione, a inne znów niewiadomo za co i dlaczego odrywają się i lecą, lecą gdzieś w przepaść, wlokąc za sobą jakby sznurek złocisty? Dlaczego, choć się one odrywają od nieba, nie spadają na ziemię, żeby je można zobaczyć i albo w chałupie zawiesić, albo gdzie na wzgóreczku położyć, żeby świeciły chłopcom, jak na nocne pastwiska konie pędzą? Piotr nie miał się za głupiego; owszem, że się dużo włóczył po świecie, więc widział niejedno i słyszał wiele od ludzi, a i na pismo ciemny nie był, bo go w młodości jeszcze czytać nauczono — a od biedy i list potrafił napisać, choć namęczył się przytem i napocił, jak gdyby trzy fury twardego drzewa narąbał. Piśmienny tedy Piotr był i wiedział, co się Bogu od ludzi należy, i obcy kraj widział, i wiedział, co w wodzie jest, i jak się jaki ptaszek lub zwierzę nazywa, jakie obyczaje i przebiegi ma — to wszystko doskonale, jaknajlepiej znał; ale jak dzieciak zaczął o różne dziwne rzeczy pytać, to próżno Piotrzysko głowę łamał, żeby dać odpowiedź. Nieraz wieczorem Magda bajki różne lubiła opowiadać, a Jasia wtenczasby nawet kijem nie odpędził — słuchał chciwie i każde najmniejsze słówko pamiętał, a potem ciągle Piotra o duchy, o strachy, o upiory, o dusze pokutujące pytał, aż nieraz stary gniewał się, że sobie dzieciak głowę takiemi rzeczami zaprząta. — Ot, lepiejbyś na ziemię spojrzał — mówił Piotr — patrz, oto ziółko rośnie, mówiłem już, jak się zowie, — pomnij-że. — Wielka rzecz! rozchodnik. — Pamiętaj-że o tem i... — Dziadziu... a czy w rozchodniku też jest dusza? — Nie wiem. Niema. Co tobie zawsze tylko dusza w głowie? Przeżegnaj się, bo takie myślenie od złego idzie. — A złe to także duch, prawda, dziadziu? — Pluń i nie wspominaj. Pójdziemy dziś ryby łowić. Jak złapię z kilkanaście, to pójdę jutro do miasta i kupię ci czapkę. — Chciałbym. — No, to będziesz miał, i jeszcze ci coś kupię. — A co, dziadziu? — Elementarz. — Czy to też do odzienia? — Nie. Elementarz jest do uczenia. Książeczka taka, widzisz, co w niej litery stoją. Podług tych liter człowiek może na każdej książce czytać — a to dobra rzecz. Widziałeś kiedy książkę? — Widziałem w kościele... — Uczyć się chcesz? — Chcę, dziadziu — ale, żeby mnie dziadzio nie bił. — Za co cię mam bić? — Bo Magda mówiła, że nauka bez bicia nic nie znaczy. — Głupia Magda — odrzekł krótko Piotr. Kupił Piotr elementarz i zaczął Jasia uczyć, pokazując mu drewnianą wskazówką litery, tłómacząc, jak się jedne z drugiemi składają. Chłopak pojętny był i w przeciągu pół roku nauczył się czytać wcale dobrze, tak, że już z elementarza nie miał co robić. Wtenczas zabrał się Piotr do nauki pisania. Odbywała się ona zimową porą w izbie u Skrzypków. Na stole leżał kawał papieru, polinjowany ciesielskim ołówkiem, ręką Piotra, kałamarz z atramentem, w którym kilkadziesiąt much utopionych było, i pióra, wyskubane ze skrzydeł gęsi. Przy stole pochylony siedział Jaś, a obok niego Piotr, którego pisanie bardzo męczyło. Przy tej czynności Piotr zrzucał z siebie sukmanę, ocierał spocone czoło rękawami zgrzebnej koszuli i oddychał tak ciężko, jak gdyby wielki ciężar na sobie dźwigał. Przy lekcji siedzieli zwykle Magda i jej mąż, Mikołaj, oboje niepiśmienni, ale bardzo ciekawi, w jaki sposób nauka się odbywa. — Jasiu — mówił Piotr — pochwaliwszy Pana Boga, zacznij literę a, która, jak ci, tłómaczyłem, podobna jest do kółeczka, przy którem znów jest laseczka i kulasek.
Mikołaj zaraz zaczął drapać się po głowie. — Kółko, jak kółko — mówił — to jeszcze, ale po co kulasek? — Aha! — rzekł Piotr — insza litera ma i po trzy kulaski, a przecie musi być dycht foremna. No, probój, Jasiu, kółko, tak, jak tu stoi w elementarzu. Stąd zaczynaj. Naprzód cieniuchno, potem grubo i znowu cieniuchno. — Tak? — A tak, ma się rozumieć, tylko trochę foremniej. Jaś przechylił głowę i, robiąc najdziwaczniejsze miny ustami, nakreślił kółko. — Niechże go! — rzekła Magda — to ci rak spekulantny, jakie piękne kółko napisał! — Dycht pisz, maluj obwarzanek! — zauważył Mikołaj. — Niema co, sposobny dzieciak, zakończył Piotr. — Napisz-że teraz, Jasiu, kulasek. Zrazu grubo, potem cieniej i bardzo cieniuchno. — Jest, dziadziu. Piotr wziął do ręki papier i zaczął mu się uważnie przyglądać. — Patrz-no, Mikołaju — rzekł — ta piękna litera to jest a.
— A juści, — potwierdził Mikołaj, — sprawiedliwy kulas, jabym tak nie potrafił... — Ani ja też, — dorzuciła Magda. — Zawdy co dziecięce ręce, to nie nasze, narobione, napracowane... — Juści, — rzekł Mikołaj. — Od sochy, od cepa, ręce grube. — Napisz teraz, Jasiu, b. — Dziadziu, — odezwał się dzieciak. — A co? — Jabym chciał napisać jeszcze a, i jeszcze, i jeszcze, choć kopę. Jak już będę dobrze a pisał, to mnie dziadzio b nauczy. — Jaki to rak prześcipny! — zauważyła Magda. — Ma rację, — rzekł Piotr, — niech pisze same a. Tymczasem my sobie z Mikołajem fajkę zapalimy. Mikołaj o to długo prosić się nie dał, owszem własnego tytoniu Piotrowi użyczył. Usiedli pod piecem i zaczęli gawędzić. Magda skrobała kartofle, trącając od czasu do czasu kołyskę, w której spała jedynaczka jej córka — Kasia. Jaś tymczasem ćwiczył się w pisaniu a. Gdy starsi gawędzili, on wciąż pisał, aż nareszcie nabrał pewniejszej wprawy. — No, teraz dziadziu — rzekł, podając papier Piotrowi, — moje a jest krzynkę foremniejsze i nawet podobne do tego, co w elementarzu. Piotr bacznie przypatrzył się pisaniu. — Niema co mówić, — rzekł, — ujdzie. No, chłopcze, napracowałeś się dziś dość, naści kawałek chleba i pójdźmy spać. — O, co wam tak spieszno? — przemówiła Magda, — zostańcie i chłopiec niech zostanie. Zaraz będzie wieczerza, pożywicie się trochę. Zostawał więc Piotr i Jasiek zostawał; starsi gwarzyli, a dzieciak słuchał, a wszystko, co usłyszał, brał na uwagę i pamiętał. Co raz w tę małą głowinę wpadło, to już pozostało w niej na zawsze. Uczył się Jasiek trochę od Piotra, a trochę od Magdy. Od Piotra czytania, pisania, ziół poznawania, od Magdy bajek rozmaitych. Bawić się z dziećmi nie lubił, mówił mało, nieśmiały był, a jak się odezwał, to tak jakoś dziwnie, jak nie dzieciak — i przez to właśnie we wsi głupim Jaśkiem go przezwali...
III.
Minęło znów lat parę. Zaczynały się sianokosy, a dobre, bo pogoda sprzyjała. Kosiarze posuwali się po łąkach, a za każdym ciągnął się długi pas świeżo ściętej pachnącej trawy. Niekiedy przystawali, ostrzyli błyszczące kosy i znów cięli, aż do samego wieczora, do zachodu słońca. Dziewczęta grabiły, śmiejąc się i chichocząc, jak to zawsze u nich we zwyczaju — coraz to która zaśpiewała piosnkę i jakoś wesoło było wszystkim, dobrze. Dalej, na dworskich łąkach, już i kilka tęgich stogów stanęło, to znów kopice porozsiadały się rzędem. Rzeczka mieniła się od zachodzącego słońca, ptaki śpiewały po krzakach, bocian z długą szyją dążył do gniazda. Piotr z Jasiem pracowali u Stępniaka, obadwaj przy grabieniu, gdyż Piotr niedomagał i ciężko mu było kosą robić — a Jaś nie miał jeszcze tyle siły, żeby do kosy mógł stanąć. Kiedy już wieczór zaszedł i ludzie zbierali się ku domowi, Piotr rzekł do Jasia: — Niech oni sobie idą... my posiedzimy, a jeżeli ci się jeść chce, to idź i ty, ja spocznę trochę. Idź, Jasiu. — Nie, dziadziu, zostanę z wami, dopóki nie pójdziecie. — To zostań, dziecko, jak chcesz. Chłopiec wpatrzył się w Piotra dużemi swemi oczami. — Dziadziu — zapytał. — A co? — Wam coś dolega. — Skąd to wiedzieć możesz? — Bo dziadzio posmutnieli i blade są. Czy na was jaka niemoc przyszła, dziadziu? — Oj, niemoc, niemoc Pan Jezus dał, mój chłopcze. Od tygodnia jestem w sobie jak na pół przecięty. — To czemu dziadzio nie zgotują sobie lekarstwa. Ziół przecie nie braknie — i z łońskiego lata są na górze, i świeżych można nazbierać. Jabym sam zgotował, tylko nie wiem dobrze, jakie zioła są na waszą niemoc pomocne. — Na moją niemoc, Jasiu, żadne już ziele nie pomoże. — Dlaczego? — Bom już stary, śmierć idzie, widzę ją... Dzieciak cofnął się przerażony. — Gdzie ją widzicie, dziadziu, gdzie jest śmierć? Ja ją odpędzę, nie dam was zabrać, o mój dziadziu kochany! — Dziecko, dziecko... ty śmierci nie odpędzisz, a ja się jej nie boję. Czegobym się jej miał bać? Bóg miłosierny! Przyjść kazał na ten świat, człowiek przyszedł; odejść każe, człowiek odejdzie, takie prawo jest. Młodzi ludzie przychodzą, starzy odchodzą, a oto ziemia zawsze jednaka. Usiądę sobie tu na wzgóreczku, odpocznę. — Czy was co boli? — Nic; ot tak, nie mogę. Ale nie... Powlokę się ku wsi niedługo, a jutro chyba ty sam do grabienia pójdziesz, ja się nie dźwignę. — Ale! ktoby mi tam kazał iść, jak wyście chorzy. Nie odstąpię was, dziadziu. — Ja sam mogę zostać. — Choćbyście mnie nawet odpędzili, jak psa, to nie pójdę, — rzekł chłopak z płaczem. — Żałowałbyś mnie, gdybym umarł? — Oj, nie mówcie tak strasznie, nie mówcie! Co moje życie bez was? Jakeście mnie wzięli od matki i nie dali zmarnować się, tak chyba teraz zabierzcie mnie z sobą. — Nie bój się, Jasiu, nie bój, — rzekł starowina, głaszcząc dzieciaka po głowie. — Nie zginiesz, sieroto, na świecie, nie zostaniesz sam. Bóg będzie nad tobą. Daj-no mi kij, pójdziemy pomaleńku. Oparł się rękami na kiju, podniósł, ale po chwili siadł znowu. — Nie mogę, nie mogę, — mówił, — całkiem mi nogi jakby odjęło. — To siedźcie tu, — rzekł Jasiek, i pędem pobiegł ku wsi. Już się ściemniło prawie całkiem. Chłopiec biegł przez łąki, parę razy w rów wpadł, ale podniósł się zaraz i biegł dalej, bez pamięci, bez tchu prawie. Kiedy wpadł do izby Stępniaków, Janowa aż krzyknęła z przerażenia: — Jezus, Marja! co tobie? Chłopak na razie słowa nie mógł przemówić. — Co tobie? co? — Nieszczęście jakieś — rzekł Stępniak. — Oj! — wyszeptał chłopak — zaprzęgajcie duchem do woza... dziadzio tam, na łące... leżą. — Piotr? umarli? — Nie... zaniemogli... leżą, wstać nie mogą... zaprzęgajcie duchem, zaprzęgajcie... — Ja już od rana miarkowałam sobie, że dziadowina kruchy, — zauważyła Janowa. Jan wybiegł na podwórko, wyprowadził konia ze stajenki i zaprzągł, jak mógł najśpieszniej. Jaś uczepił się na tyle wozu — pojechali. — Cóż się Piotrowi stało. — pytał Stępniak chłopca, — co za przygoda? — Chcieli dziadzio do domu iść, nawet już szli, i siedli — powiadają: nie mogę. Powiadają: ty, Jasiu, idź spać, ja zostanę. Nie chciałem. Mówię: i ja zostanę. Dziadzio powiadają: dobrze! Siedzieliśmy na wzgórku, siedzieli. Dziadzio się wsparli na kiju, chcąc wstać — ale znów siedli. Powiadają: śmierć idzie. Zląkłem się, ale śmierci nie widziałem. Zląkłem się, a dziadziowi gorzej. Żebym mocniejszy był, tobym był ich zabrał na plecy i zaniósł, ale gdzie zaś! Niemam takiej siły. Myślę: polecę do was po konia. Poleciałem. Oj! jakem się bał. Ciemno, zdawało mi się, że śmierć goni za mną. Oj, bałem się, ale myślę: to lepiej... ja w nogach chybki, może przed nią ucieknę — a dziadzio będzie tymczasem bezpieczny: śmierć, za mną goniąc, zabaczy... — Oj głupi ty, Jasiek, głupi, — rzekł Stępniak. — Ano, wiadomo, co głupi, to głupi, ale na nogi ścigły: psa bywało doganiałem. Strach mnie pędził... wpadłem w rów, raz, drugi. Myślę: już mnie złapie, ale nie, przyleciałem żywy. Oj, poganiajcie konia, poganiajcie! — Tedy powiadasz, że Piotr gdzie? wzgóreczku pozostał, co zaraz przy waszej łące, jak one krzaczki, co wiecie, figura niedaleko. — Wiem, wiem — wio! maleńki. Za chwilę dojechali do miejsca. — Pietrze! hej, Pietrze, jesteście tam? — zawołał Jan, schodząc z wozu. — Są dziadzio! są! — krzyczał Jasiek, który w oka mgnieniu znalazł się przy starym. — Bywajcie! Piotr leżał wyciągnięty na trawie; jedną rękę pod głowę podłożył, drugą na piersiach trzymał — oddychał ciężko. — Dziadziu! dziadziu! — krzyczał Jasiek, tarmosząc starego za ramię, — dziadziu, wstawajcie, wóz jest, zawieziemy was do chałupy. — Pietrze, co wam to, Pietrze? — pytał Stępniak. — Dźwignijcie się, fura jest. — Bóg zapłać, — odrzekł Piotr słabym głosem, — Bóg wam zapłać. Coś mi się przytrafiło, nie wiem... zasłabłem na urząd, ale teraz lżej mi krzynkę. — Probujcie się podnieść. Z trudnością, przy pomocy Stępniaka i Jaśka, wgramolił się starowina na wóz. Kiedy go przywieźli przed dom, wybiegła Janowa, i Magda ze swojej chałupy zaraz nadeszła, a pomartwili się wszyscy, bo każdy Piotra lubił za jego spokojność i uczciwość dla drugich. Posadzili go na ławie. — Ja zaraz, — rzekła Magda, — po Dysiową skoczę, ona znająca kobieta na każdą słabość, to was poratuje. — Nie, nie trzeba mi nikogo. Dajcie mi trochę mleka, jeśli macie. — Ola Boga! jeszczeby dla was mleka nie było! — Mnie już lżej, tylko że siły żadnej nie mam, ale może Bóg miłosierny poratuje. Powlokę się do stodoły, usnę... — Zostańcie lepiej w izbie. — Ano, jak wasza wola, to zostanę. Niedługo w chałupie Stępniaków światło zagasło, ludzie zasnęli twardo, tylko Jasiek czuwał. Nie mógł on oka zmrużyć, sen od niego uciekał. Usiadł sobie chłopczyna na małym stołeczku i w okno patrzył bacznie; zdawało mu się, że gdyby śmierć przyszła, to on by ją dostrzegł, krzyku narobił — i Piotra uratował. Choć go przejmował strach, siedział przecie ciągle i wzroku z okna nie spuszczał. Przez szybki widać było kawałek nieba i na niem gwiazdki jasne, świecące... Bał się dzieciak — jak dzieciak... pacierze odmawiał, Boga prosił, żeby Piotra nie zabierał jeszcze do siebie. Już też i miesiąc wszedł ogromny, czerwony, a potem wzbijał się ku górze, coraz mniejszy, bledszy; promienie jego między gałęzie drzew wchodziły, po trawie zroszonej się kładły. Miesiąc uciekał coraz wyżej, białe chmurki za nim goniły, po wsi koguty zaczęły się drzeć — gwiazdy bladły. Co to letnia noc! — krótkie jej życie. Gwiazdy mają odpocznienie, bo ledwie trochę poświecą, pomrugają, i oto już na wschodzie zaczyna się bielić, złocić, różowić, a potem już jasność wielka idzie, przedsłoneczna, wschodowa. Wstają ludzie w chacie i Piotr się też przebudził. — A co, a jakże wam? — pytają. — Bogu dzięki, — odpowiada stary, — ale do roboty nie pójdę, bom mdły, siły nie mam... — Nie chodźcie, dziaduniu, ja was popilnuję — powiada Jasiek, — może każecie jakich ziół nagotować? — A no, skoro lepiej, to lepiej, — powiadają, — to Bogu dziękować. — I każde idzie do swojej roboty, bo czas drogi. Pogoda jest, bo jest, ale kto zaręczy za jutro? Zabrali się wszyscy całym domem na łąki, tylko gospodyni sama została, żeby jeść ugotować. Piotr, podpierając się kijem, przed dom wyszedł, Jasiek za nim. — Jasiu, — odezwał się starowina. — Co chcecie? — A no, chciałbym ja ci coś powiedzieć. Wczoraj mnie tak nagle słabość oto dotknęła, że myślałem, że już koniec mój nastał. — Przecież wam ulżyło. — Juści tak. Ulżyło raz, a może drugi raz nie ulży. Duży jesteś chłopak, mój Jasiu, a choć cię ludzie we wsi głupim nazywają, przecie ja wiem, że ty rozum swój masz. Prawda? masz rozum? jakże ci się widzi? — Mnie się widzi, że mam, ale skoro ludzie powiadają, że nie, to może i nie. — Nie zawsze to prawda, co ludzie powiadają. — Nie? — O, nie zawsze! Otóż umiesz troszkę czytać, troszkę pisać, nie jesteś, Bogu dzięki, kaleka i nie wałkoń... to też myślę, że na świecie nie zginiesz. Ale, żem ja już, widzisz, stary, że mnie na tym świecie nie długo, chciałbym cię jeszcze, póki żyję, w dobre ręce oddać, żebyś na ludzi wyszedł. — Ja wolę z wami być! — Co ty wolisz, mój Jasiu, to nic nie znaczy. Jeszcze jesteś młody i musisz drugich słuchać, Pan Bóg ci matkę zabrał, ojciec twój niewiadomo, gdzie się obraca, tedy, chcąc nie chcąc, musisz dla mnie posłuszeństwo mieć. — Toć zawsze was słucham, dziadziu. — Tak powinieneś, moje dziecko. Dość już nachodziliśmy się za ziołami po lasach, dość nazbierali grzybów, trzeba, żebyś sobie upatrzył teraz coś takiego, coby ci kawałek chleba dało i poszanowanie ludzkie... — To mnie dziadzio chcą odpędzić od siebie? — Nie, chcę tylko, żebyś na ludzi wyszedł. Tu we wsi nie będzie ci dobrze, nie masz swojej roli, nie czeka cię żadne dziedzictwo, a nie chcę, żebyś za popychadło u ludzi miał być. Obmyśliłem ja już dla ciebie sposób. Chłopak płakać zaczął. — Nie płacz, nie płacz, nie wypędzam ja cię ani za góry, ani za wody; będziesz tu bliziutko, a przy święcie, albo wolnym czasem, nikt ci nie zabroni przyjść do mnie, ma się rozumieć, póki ja przy życiu. — I co dziadzio chcą ze mną zrobić? — Oddam cię do naszego organisty na naukę. Będziesz się uczył nabożnie śpiewać, na organach grać, na książkach czytać, a zimową porą będziesz chodził do szkoły. No, jakże, podoba ci się? Chłopakowi oczy się zaśmiały. — Oj, dziadziu!... na książkach czytać, na organach grać! Oj, dziadziu! chciałbym ja, chciał, czy aby tylko potrafię? Czy będę się mógł uczyć? czy pan organista zechce mnie przyjąć? — Właśnie, że zechce, bom już z nim rozmawiał... Powiedział, że cię przyjmie na cztery lub pięć lat, za naukę i wikt masz mu obsługiwać; abyś tylko był posłuszny, bąków nie zbijał, swojej służby pilnował, organiściny słuchał — czy ci każe krowę na pastwisko wypędzić, czy ziela narwać, czy dziecko pobawić, to wiedz, że twoje prawo, bez żadnego skrzywienia, wszystko zrobić. — Zrobię, dziadziu, choćby mi kazali na kościół wyleźć, na sam dach, to wylezę! — Tego ci nie każą, ale słuch musisz znać. — Ale, dziaduniu, jak ja się zacznę uczyć na organach, to będzie huczało i dudniło. — Juści, że będzie... — Może się ksiądz rozgniewa i wypędzi mnie? — Nie bój się, toć wiadomo, że organiści nie rosną na drzewach, jak gruszki, jeno muszą się z maleńkości grania uczyć; a nie uczą się zaś, kiedy nabożeństwo w kościele, tylko wtedy, jak kościół pusty i ludzi w nim niema. Zresztą ksiądz już wie o tobie. — Wie? — Sam chodziłem prosić o pozwoleństwo. — Pozwolił? — Nawet i pochwalił. Dobrze, powiada, że sierotę do takiej nauki oddasz, aby niech chłopak będzie dobry, to i jemu nikt krzywdy nie uczyni. Pokłoniłem się księdzu i prosiłem, żeby na ciebie miał oko. Powiedział: dobrze, owszem, niech się aby prędzej mały nauczy do mszy służyć, bo staremu dziadkowi, powiada, ręce się trzęsą i często wino rozlewa. Przyobiecałem, że się prędko nauczysz — no, a jak się nie nauczysz, to będzie dla mnie wstyd. — Nie bójcie się, dziadziu, cobym się nie miał nauczyć. — Ja też tak miarkuję; nazywają cię ludzie głupim, ale mnie się widzi, że to nieprawda. — Albo ja wiem. — Ha, obaczymy. Jutro pójdziem do organisty... A teraz skocz-no na górę, tam przy ziołach moich węzełek jest nieduży, niby takie zawinięcie... — Wiem, dziadziu. — Idź-że i przynieś tu. Chłopak po chwili powrócił i złożył zawiniątko na kolanach Piotra. — Wiesz-że ty, Jasiu, co w tem jest? — spytał stary. — Nie wiem. — To całe dziedzictwo twoje; jakom je wziął, tak i oddaję. — Moje? a skądby ono moje miało być. — Po matce twojej zostało. Pieniędzy było trochę, tom dał na mszę za jej duszę, gałganki jakieści, jak były, tak i są — ale one ci na nic, lepiej je oddać Magdusinemu dziecku. — Oddam, dziadziu, tylko Magda z łąki powróci. — Oddaj, oddaj! tobie po tem nic, a Magdzie błogo będzie, że o jej dziecięciu pamiętasz. Ona też dla ciebie dobra była... — Oj, że dobra, to dobra; krzywdy od niej nigdy nie miałem. — Tedy, mój Jasiu — mówił dalej Piotr, — z całego twego dziedzictwa pozostała jeno ta oto książka nabożna. Piękny statek i oprawny też galanto, ze złotem wyciśnięciem, a we środku obrazki są. Zabierz-że sobie tę książkę, żebyś się miał na czem pomodlić, jak w kościele będziesz, — a szanuj, a nie zgub, nie utrać, boć to po matce twojej pamiątka. Oto tak, moje dziecko. Zresztą o nic się nie bój. Odziewadło ci siakie takie sprawię, żebyś między narodem, przy kościele będący, grzesznem ciałem nie świecił, żeby ludzie tobą nie pomiatali. — Dziadziu! — zawołał Jaś — dziadziu! — A co? — Patrzcie-no, dziadziu, tu coś napisane. — Gdzie? — A na książce, na oprawieniu... pisanie jakieści jest. — Czytaj-że, cóż tam stoi? Chłopak uważnie, przyglądając się niezgrabnym literom, wybąkał powoli te słowa: „Kochającej pannie, po chrzcie świętym Anieli, po ojcach Szaraczkównie, ten „Ołtarzyk złoty“ Budzik Pankracy, z kochania poczciwego, profesji stolarskiej, na wędrówkę idący“. Piotr nagle poczerwieniał na twarzy. — Jak? jak? czytaj-no jeszcze raz! Jaś powtórzył, tym razem już prędzej i wprawniej, odczytał jeszcze raz i jeszcze raz, a Piotr za głowę aż się trzymał. — Szaraczkówna! Budzik!! — powtarzał, — Aniela... Aniela... — Co z wami, dziadziu?! — pytał przestraszony dzieciak, nie wiedząc, jak ma wzruszenie Piotra zrozumieć. — Mocy Boska! — mówił stary, nie zważając na Jasia, — żem ja też pierwej do tej książki nie zajrzał!... — Co wy mówicie? co wam jest? czemuście się tak przestraszyli? — „...Kochania poczciwego, profesji stolarskiej“. Prawda, prawda! to on się do tej profesji sposobił... — Kto!? — Proś, dziecko, Pana Jezusa; proś, żeby Piotrowi jeszcze parę miesięcy po tym świecie chodzić pozwolił! Proś gorąco! — mówił Piotr drżącym od wzruszenia głosem...
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Dziadowski wychowanek.
