Read here

Jak Gryf-Mostowski budował młyn

Wacław Sieroszewski · 1914 · Free in the US

21,516 words · about 1 h 30 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1914 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Jak_Gryf-Mostowski_budował_młyn&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Wacław Sieroszewski
Language
Polish
Published
1914
Length
21,516 words · about 1 h 30 min
Sections
13 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (13)
  1. Front matter under 1 min
  2. I about 8 min
  3. II about 16 min
  4. III about 8 min
  5. IV about 6 min
  6. V about 5 min
  7. VI about 5 min
  8. VII about 12 min
  9. VIII about 5 min
  10. IX about 9 min
  11. X about 10 min
  12. XI about 2 min
  13. XII about 4 min

Continue:

Front matter

JAK GRYF-MOSTOWSKI BUDOWAŁ MŁYN.

I

I.

Było to dawno, na zaraniu nowej fali pielgrzymstwa polskiego... W długoletniej poniewierce więziennej, w niezmiernie twardych ciężkich robotach, w bolesnej włóczędze po niezliczonych etapach, po nieskończenie długich i dzikich drogach, to zadeszczonych i błotnistych, to zawianych śniegami, to spalonych słońcem i zatrutych nieznośną kurzawą — stracił był zwolna Gryf-Mostowski całą swoją elegancję, cały swój polor zewnętrzny, — stracił Gryfa, pozostał tylko Mostowski. Pozornie był to najzwyklejszy aresztant, w szarym chałacie z żółtym „tuzem“ na plecach, w szarej czapce-placku na ogolonej głowie, w potwornych żółtych „brodniach“ na okutych nogach. Niezmiernie skromny, wstrzemięźliwy w mowie i ruchach, starał się sam jak najmniej wysuwać i wyróżniać z masy otaczających go nędzarzy. A jednak zawsze prawie zwracano nań uwagę. Kiedy konwojowi dawano rozkaz „pouczyć“ więźniów, żołdacy z największą zaciekłością rzucali się na niego właśnie, choć się nigdy nie bronił i nigdy ich nie zaczepiał. Władze również zdawały się być doprowadzane do szału właśnie jego szaremi, spokojnemi, rozumnemi, niezmiernie smutnemi oczyma i do niego przeważnie zwracano się, gdy grzmiało przed frontem więźniów: — Zegnę w róg barani!... Zgnoję!... Nie ścierpię!... Zapomnijcie raz nazawsze, czym byliście, a pamiętajcie tylko, czym jesteście... Jesteście nikczemnemi zbrodniarzami, pozbawionemi praw i woli aresztantami, których dusze wolno wywlec i rozdeptać, jak brudne onucze! Na tym właśnie polegała cała wina Mostowskiego, że nie mógł zapomnieć, czym był. I choć nigdy o tym nie mówił, to jednak w poruszeniach swych, w sposobie trzymania głowy, w wyrazie suchej, rasowej twarzy, nawet w noszeniu żebraczych łachmanów, nawet w podwiązaniu łańcuchów kajdan oraz ich brzęku zachował jakiś wdzięk, jakąś schludność i dostojność stłumioną, przeświecające poprzez okropną skorupę więziennej pospolitości, jak cudny zarys bolesnego obrazu Carrière’a przez mgłę. — Widać zaraz, żeś pan, żeś hrabia!... Dla tego cię biją, dla tego prześladują!... Tybyś powinien, Mostowski, zupełnie, ale to zupełnie, w samej swej istocie, szczerze i niepowrotnie się zmienić, zdemokratyzować się!... — radzili mu przyjaciele. Bo miał ich, choć ich nigdy nie szukał. — Cóż... kiedy nie umiem być innym... demokratą, niż jestem!... — uśmiechał się smutno Mostowski. Niósł więc swój krzyż z rezygnacją do końca, aż wreszcie po odbytej katordze wywieziono go do Jakuckiej Obłasti i dano mu, jako osiedleńcowi, kawałek gruntu na utrzymanie. Towarzysze i sąsiedzi pomogli, pożyczyli nasion na zasiew, wskazali, jak sobie poczynać z rolą, i Mostowski przedzierzgnął się w rolnika. Dawne jednak cechy nie znikły w nim; owszem w wielu rzeczach wystąpiły jaskrawiej. Miał gospodarstwo najmniejsze i był najuboższym z osiedleńców okolicznych, bardzo naogół niezamożnych. Ale zato nie posiadał wcale prawie długów, a te, które od czasu do czasu musiał robić, skrupulatnie spłacał. Domek miał mały, zwykłą, nawpół zmurszałą jurtę jakucką, nabytą za trzy ruble, ale czystość i porządek panowały tam wzorowe. — Aż pfe! — mówił mu Zdrowy Rozsądek, najbliższy sąsiad, wygnaniec Wołgin. Przezywano go Rozsądkiem za niezmierne upodobanie w konsekwentnych rozumowaniach, przymiotnik zaś „Zdrowy“ już on sam sobie przyswoił. — I poco ta czystość? Nawet nikt jej nie zobaczy, bo przecież u ciebie nikt prawie, oprócz mnie, nie bywa. A dla mnie to zupełnie zbyteczne!... Przeciwnie, uważam to za burżujstwo, zupełnie pozbawione sensu! Bo pomyśl tylko, ile ty na to czasu tracisz i sił? Codzień zamiatasz izbę, aby ją za chwilę zaśmiecić... Myjesz naczynia, czyścisz garnki, pierzesz bieliznę... I poco to wszystko?... Kto cię tu widzi? A wyprana koszula tylko krócej się nosi, wiadomo!... No, zapewne, jeżeli ci taką rozkosz sprawiają co niedzielę... święte obłóczyny, że wynagradzają ci ścieranie palców i babranie się w gorącym ługu, to powiedz otwarcie, że taka jest twoja pańska fanaberja... Ale ty próbujesz dowodzić, że to jest jakieś prawo, jakiś... powszechny obowiązek... — W życiu powinien być jakiś ład, zarówno w wielkich rzeczach, jak w małych... — zaczął Mostowski. Ale Zdrowy Rozsądek nie dał mu skończyć. — Ład?... Poco ład? Może spróbujesz mi dowodzić, że żyjemy dla... jakiegoś ładu!... Dziwne mniemanie: ład pomaga w drobnych i wielkich rzeczach, vulgo ułatwia życie; a więc życie jest trudne, a więc żyjemy poto, aby zaprowadzać ład i ułatwić je sobie, a ułatwić je sobie należy dla tego, że jest trudne!... I tak wkółko! W istocie zaś wszystko to nicość i głupstwo! Pycha okłamujących się zer... Tchórzliwe omamianie siebie i innych, gdyż w gruncie rzeczy jaki związek zachodzi naprzykład między twoim codziennym czesaniem głowy i starannym mydleniem twarzy, a istotnie wielkiemi zagadnieniami celu istnienia świadomej siebie jednostki, albo powstania prabytu?... Ład w drobiazgach, bo bez niego nie dojdziemy do ładu w wielkich rzeczach!... Paradoks i wierutne kłamstwo!... Przedewszystkim wielkie rzeczy, rzeczy większe od jednostki, od człowieka, wcale od nas nie zależą, a małe, już dla tego, że są małe, nie mają najmniejszego na bieg życia wpływu... Jakie naprzykład ma znaczenie dla problematu wolności woli, albo dla dążeń do zastąpienia współczesnej, wszechludzkiej nienawiści, — wszechmiłością, jakie, pytam, ma znaczenie... porządek w twoim gospodarstwie, te stojące na miejscu miotły i łopaty, albo wyreparowane doskonale grabie, wyczyszczona uprzęż?... Co za znaczenie, pytam, ma to wszystko dla tych istotnie wielkich zagadnień?... — Zapewne, że wszystko jest błahostką... wobec śmierci!... — wtrącał z uśmiechem Mostowski, nie przestając krzątać się po izbie. — Albo nie?.. Sam to wciąż powtarzam!... Zresztą niech cię gęś kopnie!... Żyj sobie, jak chcesz, jeżeli ci to sprawia przyjemność, ale za to daj mi coś zjeść, bo u mnie w domu pustynia Sahara, pustynia Gobi i Głodny Step!... Od wczoraj nic nie miałem w ustach! „Zdrowy Rozsądek“ często nie miał nic w ustach; żył z kilku-rublowej rządowej zapomogi, której starczyło mu zaledwie na pokrycie małej części zaciągniętych „awansem“ na jej rachunek długów. Dla tego większą część miesiąca nie siedział w domu, lecz po kolei odwiedzał wygnańców sąsiadów, pomagał im w robocie i zabawiał roztrząsaniem rozmaitych kwestji. Nastały piękne wrześniowe dnie, złote od słońca, nakryte nieba błękitem, ciche, przejrzyste, przestronne, gdyż na polach nie było już zbóż, na łąkach traw, a gąszcze lasów mocno przerzedził opad liści. Rolnicy wypoczywali po niezmiernie wytężonej pracy w czasie krótkiego północnego lata. O tej porze zbierali się zwykle towarzysze u Mostowskiego na specjalną uroczystość „polskiego barszczu“. Miała ona swoją tradycję i swoje powody. Ogniskiem, gdzie skupiało się życie wygnańcze, była w tej okolicy sadyba Ćwieczkiewicza, syna zamożnych rodziców, któremu odbierane z ojczyzny od czasu do czasu zapomogi pieniężne pozwoliły i dom wybudować obszerniejszy i gospodarstwo prowadzić staranniej oraz udzielać gościnności wciąż napływającym nowym przymusowym przybyszom z dalekiego południa. Przygarniał ich do czasu, aż znajdywali sobie zajęcie, poczciwy Ćwieczkiewicz z właściwym mu ciepłem i serdecznością, bez względu na ich narodowość, wyznanie i przynależność partyjną. Było więc wciąż u niego rojno, gwarno; wciąż prawie stały na dziedzińcu wozy i konie przyjezdnych Jakutów oraz wygnańców, z otwartych okien buchał dym tytuniowy, głosy rozmów, wrzawa sporów, albo melodje śpiewów chóralnych. Od rana do wieczora stawiano tam samowary, których było na zmianę aż dwa sporej objętości, wciąż gotowano, pieczono, smażono. Okoliczni zesłańcy i niezesłańcy przyjeżdżali tutaj po nowiny, dla zobaczenia się z przybyłemi, dla zasiągnięcia wiadomości z miasta, o cenach zboża, o urodzaju traw, o polityce, o administracji, o nowych rozporządzeniach rządowych, wogóle o... świecie całym. Stężałe w ciężkiej pracy, wyczerpane powszednią biedą i troską mózgi zwiezionych tu ze wszystkich krańców państwa niewolników potrzebowały od czasu do czasu takiej umysłowej kąpieli. Stąd siedziba Ćwieczkiewicza stała się wielkim klubem wygnańczym, areną wiecznych dyskusji i roztrząsań na najrozmaitsze tematy. Obyczaj z biegiem lat ten stan rzeczy utrwalił i nikt nie próbował z Ćwieczkiewiczem pod tym względem współzawodniczyć, ani on sam nie myślał o zrzuceniu z siebie tej niezawsze łatwej powinności. Inni wygnańcy wyprawiali jedynie od czasu do czasu okazyjne festyny. Mostowski, który podtrzymywał ze wszystkiemi dobre sąsiedzkie stosunki, również uważał za konieczne urządzać raz w rok przyjęcie. Ze względu jednak, iż miał domek tak mały, że dwuch ludzi z trudnością poruszać się w nim mogło, wybierał dla uczty porę, kiedy pogoda była najpewniejszą, aby móc gości fetować na... otwartym powietrzu. Z tego oraz innych względów najdogodniejszą dlań okazywała się druga połowa suchego tu i nocami nawet mroźnego września. Gwoździem przyjęcia był zawsze wyborny „polski barszcz z uszkami“, sporządzony z kwaszonych buraków czerwonych. Jedynie Mostowski umiał wyhodować w tej okolicy takie buraczki, ochronić je od letnich szronów i żarłoczności niezliczonych tutaj żuków i liszek. On jeden również miewał w swoich inspektach oprócz ogórków... arbuzy, nawet melony. Zaproszenia rozumie się wobec znacznych odległości były rozsyłane zawczasu, a w wilję dnia Zdrowy Rozsądek zapraszany bywał do robienia „uszek“. — I doprawdy: poco to wszystko?! Po co tyle zachodu z lepieniem rożków z ciasta?.. Poco mięso siekane, solone, pieprzone, zaprawiane... Zupełnie zbędne, nierozumne zachody!.. Wszystko przecież za dobrą chwilę znajdzie się w tymsamym żołądku!.. Doprawdy, hrabio — rzuć ty to wszystko razem do kotła, zmieszaj, dobrze zagotuj, a skutek będzie ten- sam, będą palce oblizywać i chwalić pod niebiosa, szczególniej, jeżeli to nazwiemy „potage à la reine“ lub coś w tym rodzaju! W zysku zaś będziemy mieli to, że zamiast męczyć się i trudzić palce, wypalimy sobie fajeczki, leżąc do góry brzuchem, gadając o wzniosłych przedmiotach, i że do twej „kulturalnej“ opinji przybędzie jeszcze jeden laurowy listek niesłychanie wytwornej, nikomu nieznanej potrawy!.. Co?.. Czy nie racja?.. — gadał wygnaniec, patrząc na Mostowskiego śmiejącemi się oczyma. Mostowski również się śmiał, ale nie przestawał cienko wałkować ciasta i kiwał na Zdrowy Rozsądek, aby śpieszył się z rozstawianiem rzędami kupeczek mięsnej miazgi. — Dobrze, dobrze!.. Wiesz, że jestem konserwatystą! Tak było w przeszłym roku, więc tak będzie i w tym!.. Zresztą zobaczymy, co powiesz jutro... Może wzgardzisz przestarzałym obyczajem?! — O, co to, to nie!.. Byłoby znowu rzeczą nierozsądną wyrzekać się osiągniętych już rezultatów... Co innego krytyczne uwagi o ich wartości... — Tak spierając się, żartując, podśpiewując, pracowali pilnie w ciągu dnia. Wieczorem Gryf-Mostowski z dumą spoglądał na pełny przetak białych, ładnie zwiniętych „uszek“. Zdrowy Rozsądek leżał wyciągnięty na pryczy i dowodził, że nie da się już więcej nabrać na podobny „kawał“, że umiera już od tej... kultury! — Wstyd pomyśleć, że zmarnowaliśmy tyle godzin, po to tylko, aby gromada dwunogich ssaków pożarła to w ciągu pół godziny... — I cóżbyś robił w te zmarnowane godziny?.. Wstydź się!.. — Cobym robił?.. Nicbym nie robił!. Czyż nic nierobienie nie jest najwznioślejszym ideałem człowieka. Do czego prowadzą wszystkie naprzykład wynalazki, odkrycia, techniczne ulepszenia, maszyny, jak nie do skrócenia czasu pracy?!. I coby stało się z ludzkością, gdyby miała za ideał pracę, a nie lenistwo!?. Zastój, wieczna niewola, w rezultacie gromada skołowaciałych z wyczerpania bydląt!.. Tak, hrabio, dobrze może takie bydlęta posiadać, ale zostać niemi... brrr!.. Człowiek stworzony został dla raju lenistwa, dla rozkoszy, dla życia wolnego od wszelkiej troski, dla zachwytów, dla użycia i kontemplacji... Niedarmo kolebką jego południe!.. Pomyśl tylko, hrabio — cudne lasy, palmy, ljany, kwiaty o odurzającym zapachu, dziko rosnące pożywne i smaczne owoce, motyle i ptaki o mieniących się barwach i słońce... słońce zamieniające wszystko w ciepły, boski przybytek, gdzie niepotrzebny ani dach, ani odzież... Spoczywam na aksamitnych trawach, a obok ona... hurysa!.. Co?.. Marzenie! Mostowski zmarszczył się zlekka. — Cóż jednak począć: los rzucił nas na północ!.. — Aha! Właśnie!.. Czekałem, że mi tak odpowiesz!.. Nieznośnym jest ten twój fatalizm, to godzenie się z losem!.. I nie wiem doprawdy, za co się tutaj dostałeś — niema w tobie krzty burzyciela! — Racja! Miałem zawsze większą skłonność do budownictwa i zdaje mi się, że w tym właśnie różnię się od was wszystkich... — Aby coś nowego zbudować, trzeba zburzyć stare, trzeba oczyścić miejsce!.. — Nie widzę konieczności!.. Przeciwnie, myślę, że to nowe trwale wyrastać może ze starych jeno podwalin... — Przenigdy! Aby mógł wyróść młody las, stary musi paść i zamienić się w mierzwę... Wszczynał się jeden z tych sporów bez końca i ładu, gdzie, potrącając o wszystko, nie dochodzi się do niczego. Mostowski mało się sam wywnętrzał, ale podawał krótkie, cięte repliki, nie przestając na chwilę załatwiać spraw gospodarczych: zmywał naczynia, łupał łuczywo, reparował odzież, ostrzył nóż albo siekierę, zszywał rozdarte chomąta lub coś podobnego. Ogień trzaskał na kominku, sypały się w górę skry z gorejących polanic, obsypywało się z nich zarzewie, tworząc kupy różowego żaru, i uciekało, topniało, niknęło bezpowrotnie paliwo i... czas. Dopiero gdy sam zostawał w swej izbie, Mostowski przysuwał przed snem na chwilę zydel do komina, siadał bezczynnie, zapatrzony w kupę popielących się węgli i myślał. — Aż niespodzianie dla samego siebie wzdychał głośno i wtedy wstawał.

II

Nazajutrz zjazd zaczynał się od samego rana. Pierwszy zjawiał się zwykle Pierepiełow, krępy, tęgi syn popa z gubernji nadwołżańskiej, zawołany gospodarz, chlubiący się swemi zbiorami, swemi końmi, swym powodzeniem gospodarczym, swoim zdrowiem, siłą, wytrzymałością. Kazał Mostowskiemu pokazać sobie gospodarstwo, szedł do ogrodu, na gumno, do obórki, wszędzie wtykał swój krótki, kartoflasty nos, wszystko oglądał pilnie bystremi, świecącemi w wązkich szparkach oczyma. — Niezgorzej, niezgorzej!.. Sto osiemdziesiąt snopów z tego poletka!.. Nieźle, wcale nieźle!.. Ale sypać nie będzie!.. Z kłosa widzę, że spóźniłeś się ze zbiórką!.. Zobaczyłbyś u mnie w tym roku!.. Phi!.. Jakie żyto!.. Egipskie!.. Po dwa kłosy na jednej słomie! Sam Faraon w lata urodzaju nie powstydziłby się go!.. Ha!.. ha!.. Potym przyjeżdżał kandydat praw Muszkin na rozhukanym koniu i roztrajkotanym wózku. — A gdzież Eugienja Leonowna?.. Obiecała przecież przyjechać?.. — pytał uprzejmie gospodarz, starając się uspokoić i przywiązać do słupa rozognionego kłusaka. — Właśnie!.. Już nawet ubrała się i wyszła, gdy wtym koń... wściekł się, powiadam wam, wściekł się! Giez go ukąsił, czy co! Dość, że zaczął się rzucać, stawać dęba!.. I tak dalej!.. Żenia nie dowierza, jak wiecie, moim furmańskim zdolnościom... Musiałem sam jechać!.. — Pewnieście znowu za mocno spoprężyli siodełko, albo podogonie zrobili za krótkie!.. Zawsze tak... Wasz Rosynant zawsze dziwy wyrabia! — wstawił pogardliwie Pierepiełow — Jak to zawsze?!.. Kiedyż to jeszcze był taki wypadek?.. Nie przypominam sobie!.. — A w przeszłym roku, nie pamiętacie, na Boże Narodzenie u Ćwieczkiewicza!.. — O, to co innego!.. Wtedy wcale nie ja byłem winien... Gawron parobek poplątał i zmienił uprząż... z innego wziął konia... Świadkiem Mostowski!.. Pamięta pan?.. Mostowski kiwnął głową, lecz wyszedł, usłyszawszy na drodze dudnienie kół i brzmienie wesołych głosów. Domyślił się, że nadjeżdża Ćwieczkiewicz z towarzyszami. Siedziało ich na wysłanym słomą wozie pięciu, jak pięć promieni gwiazdy dookoła pani Róży, pełnej, białej i różowej blondyny. Powoził sam Ćwieczkiewicz. — Jak się masz, Jaśku?.. — krzyknął Mostowskiemu, zatrzymując konie. — Gdzieżeś to przepadał tyle czasu?.. Nosa nie pokazałeś?.. Zapomnieliśmy, jak wyglądasz?.. — Żniwa, żniwa!.. — mruczał ten, wyciągając uprzejmie rękę ku wysiadającej pani Róży. Spotkali się na chwilę spojrzeniem i młoda kobieta zapłoniła się zlekka. — Jak ma wyglądać?.. Wygląda jak... z okien- ka! — żartował wysoki Żurawkin, pochylając się niby niechcący z wozu nad białą szyją pani Róży.

dodał straszną polszczyzną. Ćwieczkiewicz zeskoczył z kozła i lejce zaczepił za róg wasąga, gdy tymczasem dwaj inni wygnańcy, ześliznąwszy się na drugą stronę wozu, już przywiązywali kantarami konie do słupa. Piąty jeszcze siedział na wozie, zapatrzony w cudny widok, otwierający się z pagórka sadyby na nieprzejrzane lasy, uchodzące blednącemi falami szmaragdu w błękitną dal słoneczną. Pustelnicza chałupka Mostowskiego rozbrzmiała śmiechem i gwarem. On sam zajął się rozstawianiem stołów i ławek na dworze, otaczając jednocześnie pilną opieką kocieł z gotującym się barszczem. Wkrótce potym na steczce z lasu ukazały się jeszcze dwie figury z dubeltówkami na plecach. — Aha!.. Barański i Heffding!.. A więc są już wszystkie „wewnętrzne i prywislinskija gubiernji“ i nie mamy co czekać!.. — zawołał Żurawkin. — Odkąd to pan tak wojuje z Polakami i dla czego? Śmiem pytać?!. — spytała, śmiejąc się, pani Róża... — Cóż robić!.. Kiedy wejdziesz miandzy wrany, krakaj że tak jak i ony!.. To oni na mnie napadają!.. Zaduży tu ich procent w porównaniu z rdzenną ludnością państwa!.. — Zapewne, zapewne: żydzi, Polacy i inni cudzoziemcy!.. — wtrącił niespodzianie Zdrowy Rozsądek... — Et tu Brute contra me!.. — Pozwólcie!.. — wmieszał się Muszkin. — Nie pozwalam!.. — rozśmiała się Róża. — Co wolno nam, to niewolno wam!.. My jesteśmy narodem podbitym, pokrzywdzonym przez was... — zauważył Ćwieczkiewicz. — Ach, mój Boże, znowu!.. Kiedyż nareszcie zaprzestaniecie tych sporów?.. — krzyknęła niecierpliwie pani Róża. — Czyż nie jednakowo cierpimy? Czyż nie jesteśmy wszyscy niewolnikami i wygnańcami? — Zapewne, że spory są jałowe, ale... cierpimy niejednakowo!.. Wy nawet tutaj jesteście na ojczystym gruncie, pracujecie dla swej kultury, dla przyszłości swego państwa, a nasze tęsknoty, wysiłki i cierpienia lecą w przepaść obcą i... bezdenną... — rzekł spokojnie Mostowski, zgarniając łyżką pianę z barszczu. — Cierpicie dla ludzkości!.. — wstawił grubym głosem Pierepiełow. Długie, miękkie wąsy zadrgały nad kącikami ust Mostowskiego, ale nic nie odrzekł. Zresztą w tej chwili weszli Barański z Heffdingiem i powszechna uwaga zwróciła się ku nim. Pokazywali parę zastrzelonych przez siebie po drodze jarząbków. — Całe stadko tutaj jest w tym gaju, wiedzą, że Mostowski szkody im nie zrobi, więc się tu chowają!.. — Trzeba będzie wybrać się kiedy na cały dzień z dubeltówką... Co, zgoda, chłopcy!? Choć co prawda koło mnie są niegorsze, nawet tłustsze... doprawdy!.. — dowodził basem Pierepiełow. Toczyła się rozmowa bezładna, urywana, hałaśliwa, pozornie wesoła, a w gruncie rzeczy pusta i bezbarwna, wcale nieodpowiadająca smutkowi, tającemu się w oczach oraz rysach tych ludzi. Wreszcie gospodarz zaprosił ich do stołu, obstawionego talerzami gorącego barszczu. Gdy usiedli, podszedł z kieliszkiem i butelką do Róży. — Dziękuję! Wie pan, że nie piję!.. — No, tym razem... niech pani choć dotknie ustami!.. Będzie to do pewnego stopnia symbolem... A dzień ten doprawdy ma dla mnie poważne znaczenie! — Cóż takiego? — spytała z niepokojem. — Zaraz się pani dowie, niedługutko!.. Chwilkę cierpliwości... Muszę przedtym spełnić moje obowiązki gospodarza!.. — odparł, nalewając kieliszek. Siedzący obok Róży Ćwieczkiewicz podniósł brwi i wstrzymał giestem anegdotkę, opowiadaną mu półgłosem przez Żurawkina. — Wznoszę zdrowie gospodarza!.. Oby mu się wiodło we wszystkim! Niech ma urodzaje setne, zdrowie końskie, śpichrze pełne... — zaczął Pierepiełow. — A głównie dużo... buraczków!.. — wtrącił Żurawkin. — Istotnie barszcz wyborny!.. Ci Polacy mają jednak doprawdy rzeczy godne uwagi!.. Jakże on się przyrządza?!.. — pytał uprzejmie Muszkin. — Nie jedz, Muszkin!.. To barszcz szlachecki z krwi chłopskich niemowląt!.. — żartował Zdrowy Rozsądek, podstawiając swój talerz Mostowskiemu, aby mu dolał zupy. — Chcesz, a dowiodę ci tego niezbicie! — Nie trzeba!.. — A możeby kto powiedział speech?.. — Poczekajcie!.. Po deserze!.. — wstrzymywał ich Mostowski. — A więc będzie i deser!?.. Doprawdy? Cóż to za uczta Lukullusowa? — rozśmiał się Ćwieczkiewicz. — Powiedz — Baltazarowa!.. — wtrącił Żurawkin. — Mane-tekel... Pamiętasz? — Jeden melon dojrzał w tym roku, ale tylko jeden!.. — objaśniał Mostowski. — Ho, ho!.. Pokaż go!.. — Niech żyje Polska!.. — Cicho!.. Nie krzyczcie przed czasem!.. Zaczniemy go honorować po sprobowaniu fruktu!.. — Racja... Może on wart zaledwie... Prywislińskich gubernji. — A wy zaraz... Polska... — Tak!.. Tak!.. Ha!.. ha!.. — Kiepska z was „polityka“! To się robi powolutku, pocichutku!.. Niech czuje naszą dobrą wolę!.. Z początku samorząd, potym autonomję... — Ach, Żurawkin, mógłbyś być nawet niezłym oberpolicmajstrem!.. — Dla czego nie ministrem!?. — Oho! — Na ministra byłbyś... za ostry... za wyraźny! — Ja?.. Boże mię uchowaj!.. Tymczasem Mostowski, który znikł na chwilę ze dworu, ukazał się we drzwiach chaty z pięknym, żółto-plamistym, dość dużym melonem na półmisku. Zabrzmiały oklaski i wesołe wołania: — Wiwat hrabia! — Niech żyje kultura!.. — Jak ślicznie pachnie!.. — Ach, ach! Jeszcze kieliszek wódki, a będzie mi się zdawało, że jestem na pasiece w ojczystej Malinówce... Mostowski postawił melon przed panią Różą i podał jej nóż. — Krajcie, krajcie, Różo Lwowno, a ino... sprawiedliwie! — wołano na nią zewsząd. — Dobrze, ale Żurawkin powie mowę!.. — Owszem!.. Prosimy! — Żurawkin ma głos!.. Ciężko uniósł się z miejsca rosły Żurawkin, nalał sobie wódki, pogładził łopaciastą brodę i czekał, aż się zupełnie uciszy. — Szanowni słuchacze moi i współbiesiadnicy!.. Każdy z nas miał okres czasu, kiedy był kwiatem. Wszystko, wiadomo, zaczyna się od kwiatu! Płateczki naszych kielichów ciągnęły się ku słońcu, rwały w górę, drżały w podmuchach ciepłych wiatrów, pragnęły deszczu, tęskniły do burzy... Roje motyli, kolorowych jętek, miodonośnych pszczół oraz innych iluzji... unosiły się nad naszemi głowami, szepcząc o świecie, pełnym błękitnych tajemnic... Byliśmy dumni, dobrzy, wspaniałomyślni, a nadewszystko pewni siebie, gdyż potężna, zielona łodyga, ukryta w cieniu szerokich liści, zasilała nas obficie żyznemi sokami... Grubiała i pęczniała nasza zawięź z dnia na dzień i serce nasze biło pragnieniem czynu... Aż przyszedł dzień i rzuciliśmy w wir gorącej walki płatki naszych koron... Był to bolesny przewrót, upojny zgon, pełen jednak czarownych nadziei... Czuliśmy w sobie taką potęgę nadziei i wiary, że zmiana formy bytu nie martwiła nas... I nawet gdy zimno krwawego zachodu owiało nasze ogołocone z osłon czoła, nie ulękliśmy się go, nie zmartwili się, jeno zamknęli w mocną zawięź pewność naszą, że, bądź-co-bądź, przyjdzie dzień, a pękną zewnętrzne, twarde łuski i rozsypią się po świecie całym wyhodowane przez nas nasiona! Nawet gdy zacny los w osobie ogrodnika przykrył nas pewnego dnia szklaną bańką, nie utraciliśmy wiary w siebie, w swe przeznaczenie i nie ugięliśmy się, owszem mocniej zawarliśmy się w sobie i gromadziliśmy dalej w cichości to, co było naszym celem, naszym życiem, naszą treścią... Tężały dusze nasze w zamknięciu, zabezpieczone od wszelkich trosk światowych, grubiała na nas skorupa hartu i nie opuszczała na chwilę pewność, że oto, jeszcze trochę, troszeczkę tylko, a wzmogą się siły nasze do tyla, iż dźwigniemy w górę nasze ciała i pójdziemy w świat, rozbijając lub unosząc na sobie marne skorupy naszych więzień... Aż wżarły się te skorupy w boki nasze i zrozumieliśmy nagle, że powinniśmy to uczynić zaraz, natychmiast... Inaczej... zaczniemy gnić!.. To też gdy pewnego dnia ogrodnik uchylił szklanej bani, aby nam podłożyć pod boki miększe podstawki, sprobowaliśmy dźwignąć się... Okazało się jednak, że ciężar, ciężar własnego naszego jestestwa, ciężar nagromadzonych w nas wewnętrznych wartości jest ponad nasze siły... Po krótkim kołysaniu się legliśmy więc znowu na dawne miejsce, odkładając ponowną próbę do dogodniejszej chwili... I znów cicho płynęły nam dnie, gromadziliśmy dalej skarby wewnętrzne i cieszyliśmy się niezmiernie, że ciało nasze poczyna się lśnić od naszego wzrostu, że na powierzchnię naszą zaczyna wybijać złota żółtość dojrzałości... Najwyższy czas!.. szeptaliśmy sobie, czekając z niecierpliwością nowej okazji... I oto przyszedł znowu ogrodnik w niebieskim fartuchu, dotknął ręką naszego kadłuba i, poczuwszy ciepło wewnętrzne, odciął nas ostrym nożem z łodygi, zanim mieliśmy czas pomyśleć o oporze!.. Teraz... Róża Lwowna pokraje nasz symbol i da po kawałku zebranym tu, aby pokrzepili z kolei swą jaźń i wzmocnili swą... złotą dojrzałość!.. Skończyłem!.. Wypił wódki kieliszek i usiadł. — Co, już koniec!?... — Protestuję! — Nic nie rozumiem... Bo jeżeli to ma się odnosić do nas, to wcale nie widzę związku... — Po kolei, po kolei!.. Kto chce mówić? Proszę się zapisywać do głosu! — Nikt nie chce mówić!.. Kto na takie brednie będzie odpowiadał!.. Melon, psujący się melon — naszym symbolem, według towarzysza Żurawkina. — Najmniejszego nie widzę podobieństwa!.. — I nawet niedowcipne!.. — Przepraszam, ale ponieważ porównanie tyczy się nietylko nas, lecz całego kierunku, którego my jesteśmy tu przedstawicielami, więc prosiłbym o bliższe wyjaśnienie... — zwrócił się uroczyście Muszkin do mówcy. Ten wstał i, najeżywszy brodę, odrzekł z sardonicznym uśmiechem — A więc dobrze: cofam me porównanie i ogłaszam, że przeciwnie jesteśmy granitowemi kolumnami, Bajardami bez strachu i słabości... — Nie o to chodzi!.. Jesteśmy ludźmi... wiadomo, ale... — Czyste drwiny!.. — O sobie, o sobie!.. Niech mówi szanowny mówca przedewszystkim o sobie!.. — To też mówię i o sobie, ale... na jakiej zasadzie, naprzykład, my... my, odrzucający prawo własności na ziemię, odbieramy tutaj przemocą grunta u krajowców... Albo: czy zapracowane są przez nas pieniądze, przysyłane nam gdzieś tam niewiadomo skąd i pochodzące z niewiadomego źródła, może wyciśnięte z robotników fabrycznych albo chłopów... Takich sprzeczności pełne jest życie nasze!.. — zaczął zgryźliwie Żurawkin, rzucając bystre spojrzenie na rozmawiającego z Różą Ćwieczkiewicza. Ten podniósł głowę i chwilę słuchał z drwiącym uśmiechem. — Przepraszam, przepraszam!.. Jedno nie ma związku z drugim... Poprostu głupstwo!.. — grzmiał Pierepiełow. Spór groził zamienić się w zwadę. Wtym Mostowski zadzwonił w brzeg szklanki. — Pozwólcie mi, kochani goście, powiedzieć słów parę w zupełnie innej sprawie. Przed paru dniami skończył się mój termin osiedleńczy... — Jak to? — A tak — sześć lat pobytu tutaj! Prawo wymaga dziesięciu, lecz dzięki manifestom... — Cóż z tego?... Mój skończył się przed dwoma laty, a siedzę wciąż!... — wtrącił grubym głosem Pierepiełow. — Więc masz zamiar korzystać z tych praw? — spytał Ćwieczkiewicz. — Tak, mam zamiar skorzystać!... Zapanowało krótkie milczenie. — W jakiż to sposób?... — Zażądam wydania paszportu... — Aha, i myślisz, że ci go dadzą!... — Co za wzruszająca naiwność!... — Sprobuję. W każdym razie uważam, że powinienem korzystać z przyznanych mi ulg... — Ulg oburzających, praw niewoli! — gorączkował się Muszkin. — Zostały mi narzucone jedne i drugie!... Nie ponoszę więc za nie odpowiedzialności!... — Tymbardziej!... Korzystanie z nich uprawomocnia je... Jeżeli przynoszą nawet kruszynę polepszenia w jednym kierunku, to stokroć razy pognębiają nas w innych... Ślizka to droga i nie radziłbym wstępować na nią... Musimy odrzucać wszelkie pra- wa, pochodzące od naszych przeciwników, dobre czy złe... inaczej zaplączemy się w sprzecznościach... — Jest to sprawa tak skromna, drobna i osobista, że nie uważam za rzecz odpowiednią podciągać ją pod reguły zasad!... — odparł spokojnie Mostowski. — Niema rzeczy błahych i drobnych w życiu, szczególniej w naszym życiu, sprowadzonym do poziomu wegietowania... A zresztą nie uznaję tych rozgraniczeń!... Każdą sprawę można podnieść do godności symbolu... W każdą rzecz można tchnąć wielkiego ducha... — grzmiał Muszkin. Mostowski nalewał, podawał gościom herbatę i nie odzywał się; uwaga i podniecenie zebranych słabły; część wygnańców wstała od stołu, rozproszyła się po podwórzu, poszła do koni, do ogrodu... — Więc doprawdy wybierasz się stąd? Czemużeś nie mówił nic dotychczas? — pytał Ćwieczkiewicz Mostowskiego, przytrzymując go za rękaw, gdy mu przyniósł herbatę. — Będziesz musiał uzyskać od jednej z tutejszych gmin chłopskich przyjęcie do swego grona... A to niełatwo... Już się rozpytywałem o to... — zauważył Pierepiełow. — A po przyjęciu odbiorą ci ziemię, którą masz, a nie wydadzą paszportu, na który liczysz! Zobaczysz!... — doda! Żurawkin. — Dokąd się podziejesz i co poczniesz wtedy? — pytał Ćwieczkiewicz. Mostowski spojrzał na Różę, milczącą i zamyśloną. — A jednak muszę!... Tak się składają okoliczności! — Zapamiętaj to sobie jednak, że wolność przedewszystkim wymaga pieniędzy! Jest najkosztowniejszym ze współczesnych wyrobów! — dorzucił Zdrowy Rozsądek. — I skąd ci się to wszystko wzięło... Wczoraj jeszcze lepiłeś uszka do barszczu z takim zapałem, że byłoby zuchwalstwem posądzić cię o jakikolwiek romantyzm!! — ciągnął z kieliszkiem w ręku. — To też nie jest to wcale romantyzmem. — Jak to nie jest romantyzmem? Rzucasz wszystko, co masz, i skaczesz jak skalny kozieł na łeb w najeżoną przeciwnościami przepaść!... Co do mnie, to skok taki nawet mi się okrutnie podoba, ale... psuje mi on twój obraz kulturalny, hrabio Mostowski! — Czas do domu! — rzekła nagle pani Róża. — Co znowu!... Jeszcze chwilkę! Co za pośpiech? — prosił Mostowski. Ale pani Róża znalazła tysiące powodów, skłaniających ją do niezwłocznego powrotu, więc Ćwieczkiewicz acz niechętnie poszedł do koni, a za nim pośpieszyło dwuch młodych przybyłych z nim ludzi, którzy cały czas sprawnie jedli, pili, przysłuchiwali się z wielką ciekawością rozmowie, ale nie brali w niej wcale udziału. Żurawkin zarzucił na rękę okrycie pani Róży i podał jej ramię. Po odjeździe Ćwieczkiewicza ogólny nastrój obniżył się znacznie; Muszkin próbował wprawdzie dyskutować z Pierepiełowym, lecz ten palił spokojnie fajkę i nie odpowiadał; Zdrowy Rozsądek również milcząco popijał wódkę; milczeli Heffding i Barański, a Mostowski wstawiał tak krótkie i ogólnikowe repliki, że mówca rzekł mu otwarcie: — Nie trudźcie się, gospodarzu! Widzę, że dzisiaj piwa z wami nie uwarzę! Czas wracać do domu... Jedź ze mną, Zdrowy Rozsądku!... Co?.. Zgoda?! — W charakterze niby... piorunochronu?... Owszem!... Ale pamiętaj, że w razie okrutniejszego nacisku mogę cię zdradzić, gdyż łaski pani Muszkinowej droższe mi są niż twoje!... Doprawdy!.. Mówię szczerze! — Ano, zgoda!... Cóż robić! Zawszeć w towarzystwie i śmierć będzie milszą!.. — rozśmiał się Muszkin. Odjechali, a za niemi niedługo wyruszył Pierepiełow, władowawszy na wóz worek ziemniaków, pożyczony Mostowskiemu na wiosnę. Został Barański i Heffding. — Siadajcie!... Przecież wy nie macie się do czego śpieszyć... Nie macie ani żony, ani dzieci, ani żadnej rzeczy z przykazania Bożego!... Doprawdy, napijemy się herbaty, pogadamy!.. — zapraszał ich Mostowski. Usiedli napowrót, jacyś niezwykle poważni i sztywni... — Cóż tam u was słychać!? Widzę, że macie mi nawet coś do powiedzenia! No, no, odważnie!... Zaczynaj, Barański, tyś mówniejszy... — zwrócił się do bladego ospowatego blondyna. — Bo proszę towarzysza, taka rzecz, że my chcemy... uciekać!... — A no wiem! — Więc to, co towarzysz powiedział... jakoś z tym... nie idzie! — Jak to nie idzie?... — Jak my uciekniemy, to ten paszport towarzyszowi wstrzymają, albo nawet zupełnie nie dadzą!.. — Zapewne, lecz wy już trzy lata uciekacie a jakoś wciąż siedzicie na miejscu... — Tym razem uciekniemy napewno! — wtrącił Heffding i śniada jego twarz, ciemnemi okolona włosami, rozjaśniła się nagle wesołym błyskiem — Nowy widzę projekt!.. — Tym razem już nie projekt, towarzyszu, a plan!.. — poprawił go poważnie Barański. — Aha, plan!?... Sypcie wasz plan!.. O co chodzi?... — Uciekamy nowym sposobem: łodzią, a potym przez morze!... Mostowski rozśmiał się: — Plan wcale nie nowy. Słyszeliście pewnie, że z Wierchojańska uciekała przed laty w ten sposób cała kolonja wygnańcza i że ją najspokojniej złapano przy ujściu rzeki... — Właśnie!.. Heffding widział jednego z nich w mieście i on mu wszystko wytłumaczył... Oni mieli za ciężką łódkę... — Nasza łódź będzie mała i lekka jak jaskółka!.. — wtrącił z rozmarzeniem Heffding. — Któż ją zrobi? — Heffding. Wiecie przecież, towarzyszu, że on stolarz. Nawet już zaczął i bardzo dobrze mu idzie!.. Zwieźliśmy deski... — Toście poto pożyczali u mnie konia... — Poto, towarzyszu... Przez chwilę milczeli. — Szkoda, żeście mi nie powiedzieli... Wolałbym wam dać pieniędzy na wynajęcie zaprzęgu u Jakuta... Tak istotnie możecie mnie wplątać!... — Myśmy nie wiedzieli o waszych zamiarach względem paszportu... A nie mówiliśmy, bo od gadania to tylko niechęć... — Myśleliśmy, że jak was przyprowadzimy do gotowej łodzi, to w was serce zagra!... — wstawił Heffding. — I pojedziecie z nami!... — dorzucił Barański. — Nawet rozmiary łodzi obliczyliśmy na trzech... — A z waszego paszportu nic nie będzie!.. — zaczął znowu Heffding. — Stąd nikomu jeszcze paszportu nie dali, tutejszy kraj przeznaczony jest na piekło wieczne... Tylko będziecie mieli przykrości w tych ich biurach... Naurągają wam i tyle... — Doprawdy, namyślcie się, towarzyszu... Byłby to taki szyk, gdybyście z nami pojechali... — Ach, przyjaciele moi, sami nie wiecie, co mówicie!.. Tysiące mil... Przeszkody i trudy nie do przebycia... — Wiemy, wiemy... lody!.. Ale my naszą łódź lekką wyciągniemy na krę, przewleczemy na drugą stronę i hajda! — odrzekł szybko Heffding i zrobił ruch ręką... Mostowski patrzał nań ze zdumieniem. — Wichry, fale, wiry... A pożywienie? Skąd weźmiecie pożywienia?... — powtórzył. — Weźmiemy z sobą broń, sieci!... Tam ptactwa nieprzejrzane chmary, a ryb, powiadają, tyle, że wiosło je z wody wyrzuca!.. — dowodził Heffding. — Zginiecie. Dziewięćdziesiąt dziewięć na sto, że zginiecie!... — A tu nie zginiemy?... I tu zginiemy. Każdy człowiek wkońcu umiera!.. — zauważył Barański. — I jaki zysk z tego życia tutaj... Co tu jest?... Nic niema... Wciąż siedzisz, jak mysz pod miotłą, boisz się, żeby ci czego nawet bez żadnego powodu nie zrobili... Gdy ktoś coś zbroi, a kogo nawet nie znasz i z kim się wcale nie zgadzasz, jak naprzykład my, co jesteśmy z innej partji, ty odpowiadasz!.. Nieprzymierzając jak i was, towarzyszu, czepiać się będą za nas... Dla tego, towarzyszu, chcielibyśmy, żebyście do nas przystali... Myśmy nawet w tym zamiarze łódź większą... — powtórzył z naciskiem. Mostowski milczał chwilkę, poczym potrząsnął siwiejącą głową. — Nie, kochani moi, ja swoje wysłużyłem... Nie darmo przecie znosiłem wszystko lat tyle... Widzicie, jeżeli dostanę teraz paszport, to za pięć lat będę mógł wrócić do kraju... Do kraju! Czy wy to rozumiecie!.. Zupełnie jawnie... Będę mógł zamieszkać, gdzie zechcę, i robić, co zechcę!.. O tej chwili marzyłem całe długie lata, zrozumcie to... I ona dawała mi siłę... Urwał. — Tak, my to rozumiemy, towarzyszu... My też... Dla tego właśnie... pójdziemy na wszystko... — gadali jeden przez drugiego. Mostowski patrzał na ich oczy gorejące, na zapłonione twarze i trząsł głową. — Nie, to się nie uda!... — Więc co? Więc siedzieć tu!.. Ożenić się z jaką tutejszą i zupełnie się pogrzebać?... — zaczął żałośnie Barański. — Nie, tego nie mówię!... Poco zaraz się żenić, poco grzebać... Trwają przecież ludzie, żyją lata... — Nie, my uciekniemy z wami, czy bez was... To już postanowione!... — przerwał mu twardo Heffding. — W takim razie trzeba pomyśleć, jak to zrobić, żebyście mnie nie zgubili, bo na to się zgodzić nie mogę!... Teraz oni z kolei zwiesili głowy. — Jak to zrobić, my nie wiemy! My możemy tylko już nic więcej od was nie brać!.. — rzucił Heffding. — To nie ma znaczenia. Jak wy uciekniecie, to wszyscy my tutaj będziemy odpowiadać... Wiecie o tym dobrze... Mówiliście sami przed chwilą... — Więc dla tego mamy siedzieć na łańcuchu?... A wy niby nas pilnować będziecie!... — wybuchnął Heffding. — Nie mówię tego. Owszem pomogę wam... ale i wy powinniście pomyśleć o innych... — To też myślimy!.. Jedźcie z nami!.. — znowu prosił Barański. — Nie, o tym niema mowy... Wasze przedsię- wzięcie to jawne szaleństwo... Powiedzcie mi jednak, kiedy się wybieracie?... — Na wiosnę. Jak powódź przyjdzie. Wtedy wprost od naszej jurty można przetokami wydostać się na rzekę, zgubić wszelki ślad w wyspach, w rokicinach i niepostrzeżenie przemknąć się na północ... — Do Oceanu Lodowatego, a potym Oceanem wzdłuż brzegów do Ameryki... — dokończył Mostowski. — Ach szaleńcy, szaleńcy!.. Toż waszą łupinę chlust morza rozbije u pierwszych skał... — Może i nie rozbije!... Będziemy mieli żagiel, będziemy je zdala omijać!.. Mostowski wzruszył bezradnie ramionami. — Pojęcia nie macie o tym, na co się ważycie!.. — Dla tego chcielibyśmy, żebyście wy albo kto z was... — zaczął znowu żałośnie Barański. — Kto naprzykład: Zdrowy Rozsądek?.. — No temu, to nawet nie powiemy. Onby nas bez morza na suchym utopił... — Ćwieczkiewiczowi też nie powiecie... — Jemu choćbyśmy powiedzieli, to on od swej Róży nie odjedzie. Lewy wąs Mostowskiego drgnął boleśnie. — Od jakiej Róży?.. — Ano od Róży Lwowny... Mówią przecież, że ma się z nią żenić!... — I wygląda na to!.. — To nieprawda!.. Róża Lwowna ma narzeczonego w ciężkich robotach i za nikogo zamąż nie wyjdzie! Znowu milczeli chwileczkę. — Więc może powiedzieć Ćwieczkiewiczowi? Jak uważacie, towarzyszu? — Uważam, że nie należy mówić, gdyż z tego nic nie będzie!.. Nikt się na ten wasz szalony plan nie zgodzi. Nic nie odrzekli, ale po pochyleniu ich głów, po wyrazie twarzy odgadł upór niezłomny, postanowienie niecofnione. — Jeżelibyście, towarzyszu, pośpieszyli się, to moglibyście stąd przed nami odjechać... — zaczął łagodnie Heffding. — Właśnie, chciałem to powiedzieć!... — podchwycił Barański. — Nie o to chodzi!.. — Żal mi was, chłopcy!.. — zaczął z troską Mostowski. — I zupełnie bez powodu! Nam dobrze będzie, towarzyszu; ta zima — taka zawsze straszna, tęskna, ciemna, okrutna — przeleci nam jak strzała, nawet za krótka będzie, a potym jeżeli nawet zginiemy, to dobrze zginiemy... — Ile świata zobaczymy, ile przygód... A może się uda!.. Ech! Towarzyszu, namyślcie się! — szepnął gorąco Heffding. — Dobrze, dobrze!.. — uśmiechnął się — Opowiedzcie szczegółowo, co wy tam majstrujecie i jak... Wszystko opowiedzcie... Więc zaczęli jak dzieci jeden przez drugiego snuć przed nim swoje rojenia. Ich zapał, odwaga, wiara i przedsiębiorczość zaraziły go na krótką chwilę, słuchał z wielkim zajęciem i sam im lepsze myśli poddawał. — Widzicie, towarzyszu, to nie jest takie złe, więc może się skusicie!.. — Nie!.. Tylko w tych dniach jadę do miasta starać się o paszport!.. Cobyście wy sami o mnie pomyśleli, gdybym nie spróbował przedtym tej drogi... — Sprobujcie, towarzyszu, sprobujcie... Mybyśmy jej pewnie sami sprobowali, gdybyśmy ją mieli. Ale nam żal... — Może wam co kupić w mieście?... Może wam co trzeba... — Trzebaby świderków, ot, takich... i gwoździ. I blachyby trzeba mosiężnej... Bo dla morskiej wody, to, powiadają, dobra mosiężna... — zaczął mu wykładać Heffding. Przesiedzieli u płonącego ogniska całą noc.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…